Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 563 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko umarli wiedzą - Ryszard Ćwirlej

Ekscytująca powieść mistrza kryminału z burzliwą historią z pierwszej połowy XX wieku w tle.

Lipiec 1932 roku. Europa pogrążona jest w głębokim kryzysie ekonomicznym. Z każdym dniem przybliżającym termin wyborów do Reichstagu społeczeństwo niemieckie coraz bardziej się radykalizuje.

Tymczasem urzędujący w Schneidemühl (dzisiejsza Piła) kapitan Carl Aschmutat, dawny znajomy Antoniego Fischera, wpada w poważne kłopoty. W mieście dochodzi do morderstwa, którego ofiarą jest znany działacz komunistyczny. Aschmutat musi jak najszybciej odkryć, kto stoi za atakiem, by zdążyć przed wizytą w mieście kandydata do urzędu kanclerza - Adolfa Hitlera.

Tylko umarli wiedzą to druga część serii o przygodach Antoniego Fischera. Tym razem poznański policjant pomaga swojemu przyjacielowi rozwiązać zagadkę zbrodni, która tylko na pierwszy rzut oka wydaje się prosta. Równocześnie Fischer ma do wykonania najtrudniejsze zadanie, z jakim przyszło mu kiedykolwiek się zmierzyć. Major Jażdżewski, oficer polskiego wywiadu powierza mu niezwykle delikatną i wymagającą misję. Misję, której przyjęcia Fischer nie mógł odmówić, gdyż zależy od niej dobro Rzeczypospolitej.

Opinie o ebooku Tylko umarli wiedzą - Ryszard Ćwirlej

Fragment ebooka Tylko umarli wiedzą - Ryszard Ćwirlej

Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Redakcja: Lidia Wrońska-Idziak

Korekta: panbook.pl

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce:

© Yolande de Kort/Arcangel Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-598-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Prolog

Schneidemühl

Poniedziałek, 11 lipca 1932 roku

Godzina 11.20 wieczorem

Wieczór był piękny. W rozgrzanym całodziennym upałem powietrzu unosił się ten jedyny w swoim rodzaju letni zapach kwitnących w przydomowych ogródkach kwiatów, zmieszany z lipowym aromatem dostojnych, rozłożystych drzew, rosnących wokół kościoła Świętych Janów. Od płynącej w dole, na prawo od Wasserstraße, Gordaliny, która była niewielką odnogą rzeki Küddow, wiał lekki wiatr, który przyjemnie chłodził rozgrzaną głowę Maxa Wargatscha, od ponad trzech lat bezrobotnego, byłego pracownika kolejowego i jednocześnie działacza Komunistycznej Partii Niemiec, zdeklarowanego wielbiciela Józefa Stalina i cieszącego się sympatią samego towarzysza Ernsta Thälmanna. Jak to z tą sympatią było naprawdę, nikt z jego miejscowych towarzyszy do końca nie wiedział. No, ale skoro Wargatsch tak mówił, to pewnie tak musiało być i nikt nie miał powodów, by to sprawdzać. Zresztą nie było jak. Thälmann siedział przecież w Berlinie, a Wargatsch, to wiedzieli wszyscy, dwa razy jeździł do stolicy na partyjne spotkania i wtedy właśnie miał poznać samego przywódcę Komunistycznej Partii Niemiec. Tam radzili o ważnych rzeczach, a oni tu, na samych kresach kraju, działali dla dobra całej niemieckiej klasy robotniczej, przygotowując się do nadchodzących wyborów do Reichstagu.

Dzisiejszego wieczoru też się przygotowywali. Cały zarząd miejscowej komórki partyjnej, składający się oprócz Wargatscha jeszcze z trzech osób: Walthera Junga, od trzech lat bezrobotnego, byłego pracownika meblarni, Oskara Wittmanna, stolarza, który też był bezrobotnym, i Ernsta Bauera, zredukowanego kancelisty, spotkał się w winiarni Paula Dreiera przy Neuer Markt. Omawiali sprawy organizacji najbliższego wiecu, który miał się odbyć za dwa dni, analizując przede wszystkim kwestię zapewnienia bezpieczeństwa jego uczestnikom. Spodziewali się, że na wiec może przybyć nawet ponad dwustu towarzyszy. Właśnie dlatego do obstawienia budynku, a także do pilnowania porządku w środku potrzeba było co najmniej pięćdziesięciu ludzi. Jung, który odpowiadał w partii za kwestie bezpieczeństwa, twierdził, że zebranie tylu ochroniarzy nie będzie żadnym problemem. Wielu jego ludzi liczyło po cichu, iż na takim dużym wiecu pojawią się jacyś nieproszeni goście z SA, którymi z największą ochotą się zajmą. Mieli w końcu do wyrównania sporo rachunków z ostatnich kilku lat. I właściwie na rozmowie o kwestiach organizacyjnych miejscowi przywódcy poprzestali, bo nic innego nie pozostawało im do przedyskutowania. Inne sprawy były poza ich zasięgiem, bo o tym, co będzie na wiecu, żaden z nich nie miał bladego pojęcia. Przemówieniami mieli się zająć towarzysze, którzy przyjadą do nich tego dnia z Königsbergu. Dlatego, nie mając już żadnych kwestii do obgadania, zabrali się jak zwykle za jedzenie i picie. Tym bardziej ochoczo, że Wargatsch płacił za wszystko z partyjnej kasy. Winiarnia Dreiera była znana z tego, że podawano tam nie tylko wino, lecz także doskonałe miejscowe piwo. A tak się akurat złożyło, że cała czwórka należała do grona zdeklarowanych piwoszy. Zamówili więc piwo i parówki, a potem jeszcze jedną kolejkę i następną… Przy piątej Wargatsch, który nigdy nie miał zbyt tęgiej głowy do picia, stracił rachubę.

Teraz szedł chwiejnym krokiem w kierunku swojego domu, starając się przypomnieć sobie, ile właściwie dziś wypił. Ale z rachunków nigdy nie był zbyt dobry. Chcąc się bardziej skupić, przystanął przed wystawą sklepu obuwniczego, ale buty nie interesowały go w tej chwili. Próbował na palcach porachować te wypite piwa, lecz gdy zatrzymywał się na piątym palcu, bo jego ręka miała akurat pięć palców, musiał się zastanowić i odszukać szósty. No i wtedy, gdy już go znajdował na drugiej ręce, zaczynał od nowa, od pierwszego piwa. Najwyraźniej nie szły mu te podliczenia, po piątej albo szóstej próbie machnął więc ręką i ruszył dalej. Minął właśnie kościół Wspólnoty Luterańskiej, który niegdyś należał do sekty Jana Czerskiego, i wkroczył na Alter Markt, od kilku lat noszący dumne imię Hindenburga. Po lewej stronie dojrzał skąpany w świetle ulicznych latarni pomnik w kształcie rotundy, poświęcony bohaterom Wielkiej Wojny. Na placu nie było żywego ducha i Wargatsch przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie przejść przez brukowaną jezdnię i nie wleźć do tej rotundy, bo nagle poczuł, że musi koniecznie się wysikać. Już chciał to zrobić, gdy nagle dostrzegł idących od strony Backerstraße trzech mężczyzn ubranych w robociarskie fartuchy. Wyglądali tak, jakby właśnie odeszli od swojego stanowiska pracy w jakimś warsztacie. Zrezygnował więc szybko z pomysłu odlania się na narodową świętość i spojrzał w prawo na schodzącą do rzeki niewielką Garberstraße, przy której kiedyś mieściły się warsztaty garbarskie, a teraz znajdowały się pralnia i magiel. To było jakieś rozwiązanie. Zejdzie sobie po cichutku i wysika się pod ścianą pralni, bo tam na szczęście nie było żadnego ulicznego oświetlenia. Można nawet powiedzieć, że w tym niewielkim zaułku panowały egipskie ciemności. Zadowolony Wargatsch ruszył w tamtym kierunku, mijając solidną bramę zakładu mechanicznego Ferdynanda Thomali, małego grubego skurwysyna, który w zeszłym roku odgrażał się, że on sam niedługo zrobi w mieście porządek ze wszystkimi komunistami i Żydami. Że z komunistami, to akurat zrozumiałe. Thomala należał do NSDAP i jak najbardziej mógł chcieć pozbyć się konkurentów komunistów, ale po jaką cholerę chciał się pozbyć Żydów, tego Wargatsch nie mógł zrozumieć. Ten ich cały antysemityzm był kompletnie idiotycznym poglądem. Przecież Żydzi w żadnym wypadku nie konkurowali z partią faszystowską. Antyżydowska retoryka faszystów nie miała żadnego sensu. W końcu ci Żydzi byli takimi samymi Niemcami, jak oni wszyscy. Nawet nie dawało się ich rozpoznać po tym, jak mówili czy jak wyglądali, bo byli tacy jak wszyscy inni Niemcy. Tyle tylko, że mieli jakąś tam inną religię. No, ale przecież faszyści nie wyróżniali się specjalnie religijnością. Więc o co im do cholery chodziło? – nie mógł zrozumieć tej pokrętnej antysemickiej logiki. Wszystko przez tego małego krętacza ze śmiesznym wąsikiem, który własne antyżydowskie fobie opisał w nudnej jak flaki z olejem książce Mein Kampf, a ci durnie z jego partii podchwycili je i zaczęli głosić hasła o wyższości rasy germańskiej nad semicką. Komunizm był przynajmniej prosty i nieskomplikowany. Chodziło w nim o redystrybucję dóbr, w wyniku przejęcia władzy przez proletariat. Czyli o to, że właścicielami fabryk i zakładów staną się robotnicy, którzy będą się dzielić tym wszystkim, co sami zarobią, i niczego nie oddadzą właścicielom, bo właścicieli nie będzie. Wyrżnie się ich wszystkich, także tego małego zasrańca Thomalę. Wargatsch uśmiechnął się do tych myśli, bo przez chwilę oczyma wyobraźni widział jak Thomala macha nogami wisząc na latarni. Ot, choćby tej najbliższej, na wprost bramy wjazdowej do jego zakładu. Jak już się go powiesi, to on, towarzysz Wargatsch, pójdzie wprost do jego biura, siądzie w fotelu i weźmie jedno cygaro z tej kasetki, którą Thomala miał na biurku. I wtedy nareszcie nastanie rewolucyjna, socjalistyczna sprawiedliwość.

Stanął pod ceglaną ścianą pralni i oparł się o nią dłonią. Drugą ręką rozpiął guziki rozporka. Zadowolony spojrzał w głąb uliczki, w kierunku rzeki. Tam, za ostatnim budynkiem, zaczynał się płot, a wzdłuż niego biegła wydeptana ścieżka, prowadząca do niewielkiej przystani, zakończona betonowymi schodkami wiodącymi wprost do wody. Pamiętał je jeszcze z młodych lat, kiedy z kolegami z podwórka wykorzystywali to zejście. Siadali na ostatnim stopniu i moczyli nogi w Gordalinie. Oczywiście nie kąpali się tutaj, bo rodzice wyraźnie tego zakazywali. W rzece nie wolno było się kąpać, bo prąd, mimo że na tej odnodze głównego nurtu Küddow znacznie wolniejszy, to nadal był i mógł być niebezpieczny. Dlatego latem chodzili się kąpać na drugi brzeg, dostając się tam przez drewniany mostek. Kilkadziesiąt metrów dalej, na łąkach, na których pasły się krowy, był sporych rozmiarów staw; zbiegały się do niego dzieciaki z całej okolicy. Po zabawie w wodzie wszyscy przyglądali się sobie wzajemnie, z uwagą, w poszukiwaniu pijawek. Zawsze znalazł się ktoś, komu trzeba było to paskudztwo zrywać ze skóry. Ale kto by się tam przejmował pijawkami!

– No proszę, kogo my tu mamy? – rozległ się jakiś głos za jego plecami. Natychmiast się odwrócił. Jakieś dwa metry od niego stało dwóch mężczyzn. Było jednak za ciemno, by rozpoznać twarze. Widział tylko ich masywne sylwetki. Ale on także nie należał do ułomków. A poza tym potrafił i lubił się bić. Gdyby nie jego wielkie pięści, na pewno nie zaszedłby tak wysoko w hierarchii partyjnej.

– To, zdaje się, jest to komunistyczne ścierwo, Max Wargatsch.

Poznał ten głos. Nie widział twarzy, ale dobrze wiedział, do kogo należy. Nawet uśmiechnął się, gdy udało mu się rozpoznać przeciwnika. Już dwa razy starł się z nim na pięści i dwa razy wygrał. Teraz też sobie poradzi, z oboma. Pochylił się lekko i uniósł dłonie zaciśnięte w pięści, czekając na ruch przeciwnika.

– No dalej, skurwysyny. Myślicie, że się was boję? Dalej, podejdź no tu który, a zaraz obiję wam te głupie mordy, że jeszcze przez miesiąc będziecie na nich nosić ozdoby od Maxa Wargatscha. Co, strach was obleciał, wy worki na gówno? Ruszać się albo spieprzać stąd. Wy tchórzliwe małpy, cholerni zasrańcy!

Żaden z nich jednak nie ruszył się z miejsca. Stali tak, jakby na coś czekali. Za późno to zrozumiał. Nagle poczuł uderzenie w lewą nogę, gdzieś w okolicach ścięgien łączących udo z goleniem. Kopniak był tak mocny, że Wargatsch natychmiast stracił równowagę i padł na bruk. Drugie uderzenie poczuł na plecach. Spróbował przeturlać się na bok, żeby uniknąć kolejnego ciosu, ale w tym momencie dopadli go ci dwaj, którzy wcześniej stali przed nim. Podbiegli i zaczęli go kopać ciężkimi, podkutymi butami. Czuł, że nie da rady się wyrwać. Pozostało tylko jedno.

– Ratunku! – zawołał najgłośniej jak potrafił, ale zaraz przerwał, bo na jego podbródku wylądował czyjś obcas gruchocząc kość.

– Wystarczy. Dosyć będzie. Halber, do cholery, powiedziałem, że już dość, bo ktoś tu jeszcze przylezie. Nie ma czasu.

– Co z nim?

– Bierzemy go dalej, tam za murem jest zejście.

Poczuł, że chwytają go pod ramiona i gdzieś wloką. Z nogi zleciał mu prawy but, gdy wciągali go w krzaki.

Nie czuł bólu. Jego organizm całkowicie zobojętniał. Ale Wargatsch czuł zapach. Ten jedyny, niepowtarzalny, który towarzyszył mu od najmłodszych lat – zapach wody i rzecznego szlamu. Tak pachniała Gordalina. To była jego rzeka. Nad jej brzegiem przecież się wychował… A potem poczuł jej chłód, gdy woda zaczęła otaczać go zewsząd. W końcu ciemność zamknęła się nad nim i pochłonęła całkowicie, pociągając wraz z prądem, o którym mama tyle razy mówiła, że potrafi być bardzo zdradliwy.

Rozdział I

Schneidemühl

Wtorek, 12 lipca

Godzina 8.05 rano

Wielki perszeron, człapiąc noga za nogą, szedł przez siebie, pociągając do przodu wóz z dwoma drewnianymi klatkami. Uwięzione w nich świnie zaczęły głośno kwiczeć, ale po chwili uspokoiły się, gdy wóz przejechawszy kilka metrów, znów się zatrzymał. Woźnica, w koszuli i kamizelce, ubrany jak do kościoła, nie musiał nawet ściągać ku sobie lejców. Koń stanął posłusznie jakiś metr przed tylną burtą poprzedzającej go furmanki. Były to już dwa ostatnie wozy tego poranka. Wcześniej przed nimi bramę rzeźni przekroczyło jakieś dwadzieścia transportów ze świniakami. We wtorek zawsze tak było, że rzeźnia odbierała żywiec od okolicznych chłopów. Podobnie wyglądały czwartki i soboty. Za to w poniedziałki, środy i piątki zarzynano bydło. Wprowadzono ten rozdział po to, żeby usprawnić robotę rzeźnikom, którzy zależnie od dnia tygodnia nastawiali się na konkretny rodzaj pracy. To pomagało również w obrocie już przygotowanym mięsem, bo każdy handlarz wiedział, czego w dany dzień może się spodziewać. A i ludzie kupujący też byli dzięki temu pewni, że idąc do rzeźnickiego sklepu we wtorek, dostaną świeżą wieprzowinę, a dzień później wołowinę.

Dziś wozów przed rzeźnię podjechało więcej niż zwykle, bo przeważnie o tej porze było już dawno po świniobiciu. W rzeźni starali się wyrobić jak najszybciej, żeby kwiki zarzynanych zwierząt nie przeszkadzały urzędującym naprzeciwko ich bramy policjantom. No, ale nie zawsze się to udawało, mimo że skup i bicie zaczynały się już o czwartej rano. Dziś sobie nie poradzili i dlatego policjant, który pełnił służbę przed wejściem do budynku Dyrekcji Policji, podszedł do dwóch ostatnich wozów, żeby sprawdzić, którzy to gospodarze przyjechali do rzeźni ostatni, i żeby powiedzieć im, by na przyszłość wstawali wcześniej, bo policja nie życzy sobie, żeby w godzinach urzędowania jakieś świnie darły się pod oknami.

Dyrektor Policji w Schneidemühl obserwujący wjazd do rzeźni ze swojego okna, z uznaniem pokiwał głową, widząc, że policjant stanął na wysokości zadania i wydobywszy notes służbowy, zaczął spisywać spóźnialskich. Odwrócił się i podszedł do jednego z dwóch skórzanych czarnych foteli ustawionych pod przeciwległą ścianą. Na drugim fotelu siedział jego podwładny. Dowódca zajął miejsce.

– To dla nas wielki dzień, Carl. Rozumiesz, co to znaczy? Sam Führer Narodowosocjalistycznej Partii odwiedzi nasze miasto. Nie muszę ci chyba mówić, że zależy nam na godnym przyjęciu, a jednocześnie na zapewnieniu naszemu gościowi absolutnego bezpieczeństwa.

– Niby jak mam to przeprowadzić? Z tego, co się orientuję, na stadionie miejskim ma być nawet pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Rozumiesz to, Josph? Pięćdziesiąt tysięcy to więcej niż wszyscy mieszkańcy Schneidemühl. Jak w takim tłumie zapewnić mu bezpieczeństwo? Przecież jeśli ktoś chciałby…

– Nikt nie będzie chciał, bo ci ludzie są nastawieni ideowo. Ale jednak zawsze coś się może zdarzyć. Masz do pomocy wszystkich naszych ludzi, lecz chciałbym też, żebyś ściśle współpracował z SA. Thomala mówi, że wybierze najlepszych z najlepszych spośród swoich. Oni zajmą się zabezpieczeniem porządku na stadionie i na trasie przejazdu.

– Najlepsi z najlepszych w SA? – Hauptmann Carl Aschmutat, wysoki blondyn z krótko przyciętymi włosami, o wysportowanej sylwetce, spojrzał na swojego szefa z niedowierzaniem, jakby ten wypowiedział właśnie jakąś kompletną bzdurę. – Przecież to brzmi jak kpina. Znasz tych idiotów śmierdzących piwem i objadających się parówkami, tych przesiąkniętych tanim tytoniem pętaków z wielkimi brzuchami. Czy myślisz, że ktoś taki może się do czegoś przydać?

Dyrektor Policji w Schneidemühl, Oberst Joseph Gruen, uśmiechnął się lekko. Dobrze wiedział, o kim mówi Carl. Znał ich wszystkich. Przynajmniej tych najważniejszych, z pierwszego szeregu, miejscowych piwożłopów i awanturników, leserów i obiboków, którzy po wstąpieniu do SA nagle stali się najlepszymi synami tej ziemi. No, ale tak zawsze się działo, podczas każdej rewolucji, że do zwycięskiego ruchu dołączały elementy, dla których najważniejsze było płynąć z prądem. Gruen dobrze wiedział, że całe SA to zbiorowisko mętów społecznych. Ale z nimi już niedługo zrobi się porządek. Najpierw trzeba jednak przejąć władzę w całym kraju, a do tego oni jeszcze byli potrzebni. Później zastąpią ich tacy odpowiedzialni i prawi ludzie jak on sam. Ludzie spod znaku SS. Fakt jego przynależności do tej elitarnej organizacji na razie stanowił tajemnicę, bo inaczej Gruen nie mógłby być miejscowym dyrektorem policji. Ale Joseph wierzył mocno, że przyjdzie taki dzień, być może już po najbliższych wyborach, kiedy jego partia przejmie władzę, a on będzie mógł wejść do budynku Policji w swoim eleganckim, czarnym mundurze.

Zadowolony z tych myśli, spojrzał na swojego podwładnego. Carl siedział w głębokim skórzanym fotelu tuż obok. Oddzielał ich tylko niewielki dystans, wyznaczony przez mały, okrągły stolik kawowy. Nie było na nim jednak filiżanki z kawą. Stały za to dwa kieliszki i butelka martella. Gruen podniósł ją i rozlał koniak.

– Proszę. – Przesunął napełniony do połowy kieliszek w kierunku podwładnego. Nie było w tym nic dziwnego, że szef częstował swojego pracownika koniakiem. Nie w tym przypadku. Gruen i Aschmutat znali się od lat. Obaj zaczynali pracę w mieście w tym samym czasie i obaj byli wówczas Oberleutnantami z frontową przeszłością. Później Gruena przeniesiono do Berlina; tam w ciągu kilku lat zrobił karierę. Kariera polegała na tym, że dosłużył się stopnia Obersta. Pół roku temu znów pojawił się w Schneidemühl, a w teczce przywiózł własną nominację na dyrektora miejskiej policji, zastępując Obersta Ludwiga Schustera, który od swojego następcy dowiedział się, że właśnie przeszedł na emeryturę.

Natychmiast po powrocie do miasta nowy dyrektor przypomniał sobie o swoim dawnym koledze. Wezwał go do siebie i jeszcze tego samego dnia powierzył mu stanowisko kierownika Wydziału Kryminalnego. Carl zgodził się na tę nominację, bo nie wiązała się z usuwaniem kogokolwiek ze stanowiska. Miejsce, które zajmował, było nieobsadzone od pół roku.

– Twoje zdrowie! – Aschmutat uniósł kieliszek i stuknął nim w drugi. Gruen uśmiechnął się zadowolony.

– Raczej powinniśmy wypić jego zdrowie.

– Kogo masz na myśli?

– Jak to kogo? Tego, który wkrótce do nas przyjedzie, Adolfa Hitlera. Powiadam ci, Carl, że teraz, gdy NSDAP wygra wybory, wszystko w tym kraju się zmieni. Nastaną nowe czasy. To będzie naprawdę dobra zmiana. Niemcy wreszcie wstaną z kolan.

Carl wzruszył ramionami. Jakoś dotąd nie zauważył, by Niemcy były na kolanach. Owszem, traktat wersalski uważał za europejską hańbę i narodową porażkę, ale nie katastrofę. Niemcy zawsze potrafiły wyjść z najtrudniejszej sytuacji jeszcze bardziej wzmocnieni, więc i teraz dadzą sobie radę. Nie był entuzjastą Hitlera ani tym bardziej jego partii. A porządków, które mogli wprowadzać ludzie pokroju Ferdynanda Thomali z miejscowej SA, najzwyczajniej się obawiał. Jedyna nadzieja, że nad tym motłochem zapanują ludzie tacy jak Gruen. Bo Oberst był porządnym człowiekiem. On naprawdę wierzył, że Niemcy muszą przejść narodową rewolucję, która jest jedyną receptą na kryzys gospodarczy, ale też kryzys moralny.

– Jego zdrowie, powiadasz? – Carl poruszał kieliszkiem, żeby zamieszać alkohol, a potem przyłożył nos do krawędzi, sprawdzając jakość uwolnionego aromatu. – Zdarzało mi się z nim pić francuskie wino, ale jego zdrowia nigdy. Zresztą on mojego też nie pił.

Gruen aż podniósł brwi w zdumieniu.

– Czy ty chcesz powiedzieć, że piłeś wino z Adolfem Hitlerem?

– No może niedokładnie z nim samym. Dzieliła nas w końcu kolosalna różnica w hierarchii służbowej. Ale przypominam sobie moment, kiedy chłopcy, było to zdaje się pod Arras, zimą siedemnastego roku, wyfasowali gdzieś w jakiejś francuskiej zagrodzie ogromną beczkę czerwonego wina. Zeszliśmy akurat z pozycji i mieliśmy trzy dni odpoczynku, więc jak to zwykle bywało, nasi żołnierze rozeszli się po okolicy, żeby sprawdzić, czy nie da się znaleźć czegoś do zjedzenia. No i wrócili z tą beczką. Nie było takiej siły, która by im zabroniła dobrania się do niej. Jedyne, co mogłem wtedy zrobić, to dać im moją manierkę, żeby i mnie nalali.

– Carl, to niewiarygodne. Ty naprawdę służyłeś razem z nim?

– Gdyby był zwykłym żołnierzem, pewnie bym go nie zapamiętał.

– O tak, już wtedy musiał wykazywać się niezwykłymi czynami. W końcu który Gefreiter może się poszczycić dwoma krzyżami żelaznymi zdobytymi na froncie?

– Nie był zwykłym żołnierzem, ale gońcem. Przenosił rozkazy, więc miałem z nim niemal codzienny kontakt.

– Niewiarygodne. Nie wiedziałem, że byłeś jego dowódcą.

– Bo nie byłem. W tym czasie jego bezpośrednim przełożonym był Anton Fischer, mój serdeczny przyjaciel, który zresztą wyniósł mnie rannego na własnych rękach z francuskiego okopu. Wrócił po mnie, gdy okazało się, że nie ma mnie wśród tych, którzy cofnęli się do naszych transzei.

– Tak, ten czas sprawiał, że ludzie potrafili zdobyć się na najwyższe poświęcenia. I dziś to braterstwo, które zrodziło się pod kulami nieprzyjaciela, jest wartością, z której możemy być dumni. A ten Fischer przeżył wojnę?

– Tak, ma się całkiem dobrze. Nawet dziś przyjeżdża tutaj. Ma niewielki majątek niedaleko od miasta.

– Ziemianin. – Gruen pokiwał głową z uznaniem.

– Ziemianin owszem, ale w wolnych chwilach. Majątek odziedziczyła jego żona, a on zarządza nim korespondencyjnie. Ale zawsze w lipcu, przed żniwami, zjeżdżają tutaj, żeby wszystkiego doglądnąć.

– No tak, a cały rok żyją sobie dostatnio z dochodów gdzieś w Berlinie. – Tę uwagę rzucił już mniej pochlebnym tonem. – Były dowódca takiego wielkiego człowieka powinien być przykładem dla innych, a nie prowadzić takie próżniacze życie.

– A któż ci powiedział, że pędzi próżniaczy żywot? Wręcz przeciwnie. Anton Fischer jest urzędnikiem wysokiego szczebla. I tak jak my nosi policyjny mundur.

– A, to przepraszam. Cofam wszystko, co powiedziałem. To postawa jak najbardziej godna pochwały. A gdzie pracuje? Na Aleksanderplatz?

Carl uśmiechnął się zadowolony.

– Nie, o ile pamiętam, to chyba na ulicy 27 Grudnia.

– Co? Co to za ulica? A raczej co to za data? Jakieś katolickie święto? To zaraz po Bożym Narodzeniu…

– Nie, to dzień wybuchu powstania w Posen. Powstania przeciwko nam. Bo mój przyjaciel Anton Fischer pracuje w Posen właśnie i jest tam komisarzem polskiej policji.

Gruen z sykiem wypuścił powietrze, które wstrzymywał przez chwilę, zszokowany tym, co usłyszał.

– Dowódca Führera NSDAP polskim policjantem? To znaczy, że on jest zdrajcą narodu niemieckiego!

– Niestety, nie. Nie jest zdrajcą. Zawsze był i jest Polakiem. I do tego jeszcze cholernie dobrym gliniarzem.

Poznań

Godzina 8.30 rano

Komisarz Antoni Fischer, solidnej budowy czterdziestolatek, o krótkich jasnych włosach, z równo przystrzyżonym wąsem, ubrany w porządny brązowy garnitur z bielskiej wełny, spod którego wyzierała ekstrawagancka czerwona kamizelka, podszedł do okna i wyjrzał na ulicę Ratajczaka. Jak zwykle o tej porze panował na niej ożywiony ruch. Ludzie śpieszyli za swoimi sprawami, automobile i dorożki zatrzymywały się posłusznie przed skrzyżowaniem, na którym kierował ruchem policjant z białymi mankietami i białą pałką w dłoni. Ruch, jakby nie było kryzysu – pomyślał Fischer i sięgnął do kieszeni, żeby wydobyć z niej swoją ulubioną wiśniową fajkę. Tę fajkę miał jeszcze z czasów Wielkiej Wojny, podczas której jako Leutnant armii cesarza Wilhelma walczył na francuskiej ziemi. Później towarzyszyła mu od pierwszego do ostatniego dnia powstania wielkopolskiego, kiedy zamienił mundur niemiecki na polski. I w końcu w tym polskim mundurze, już w randze kapitana, ruszył na front wojny polsko-bolszewickiej. Oczywiście z fajką w zębach, nic więc dziwnego, że jej ustnik był już niemiłosiernie pogryziony. Fischer nie zważał jednak na to. Lubił ją i koniec. Nawet jego żona Ursula nie dała rady z nią wygrać. Nie żeby chciała zaraz pozbawiać go tej jakże męskiej przyjemności. Przeciwnie, uważała, że z fajką bardzo mu do twarzy, bez przeszkód mógł więc palić wieczorami w bawialni. Jej nie podobała się ta stara. Kupiła mu nawet przy jakiejś okazji cały zestaw pięciu angielskich, niezwykle ekskluzywnych fajek wiśniowych z akcesoriami do czyszczenia i nabijania. Prezent i owszem, bardzo się spodobał, ale początkowy entuzjazm obdarowanego szybko przygasł, gdy okazało się, że palenie nie smakuje w nich tak wybornie jak w tej starej. Żeby jednak nie robić Ursuli przykrości, w domu korzystał z angielek, ale w pracy – ani myślał. Tu królowała stara, brzydka faja, jego frontowa towarzyszka, którą trzymał w zębach podczas każdego ataku.

Fischer podszedł do solidnego dębowego biurka ustawionego na środku pokoju. Na prawo od biurka, pod ścianą, stała byle jaka szafa na dokumenty, która poprzez dodanie do sosnowej deski dębowej politurowanej okleiny miała udawać prawdziwy dąb. Udawała bez sukcesu, bo okleina w niektórych miejscach się poodklejała i spod niej wyzierała cała mizeria mebla. Ta szafa była właśnie taka jak cała nasza policja – uważał Fischer. Z wierzchu glanc i blichtr, a pod spodem goła dupa. Dobrze, że choć biurko jest z litego dębu – pomyślał, omiatając spojrzeniem dobrze wypolerowany blat. Usiadł w fotelu i otworzył szufladę. Wydobył z niej metalowe pudełko, w którym trzymał tytoń, ubijak i zapałki. Nabicie i rozpalenie fajki zajęło mu mniej niż minutę. Po chwili biuro Fischera wypełnił aromatyczny zapach tytoniowego dymu. Siedział przez moment z przymkniętymi oczyma, delektując się smakiem, by w końcu sięgnąć po świeży numer „Kuriera Poznańskiego”. Przejrzał szybko kilka nagłówków, które mówiły o kryzysie gospodarczym w Polsce i w Niemczech, ale kryzys go dzisiaj nie interesował. Ile w końcu można o nim czytać. Czas najwyższy, żeby to zamieszanie w gospodarce wreszcie się skończyło. Jego interesowało dziś coś zupełnie innego. Notatkę, całkiem niewielką, bo tylko kilkuzdaniową, znalazł na samym dole pierwszej strony. Tytuł był równie lakoniczny: Kodeks Makarewicza do podpisu. To właśnie była ta najważniejsza dla Fischera wiadomość. Przeczytał prędko kilka zdań, niezbyt zadowolony, że tekstu jest tak mało. Więcej szczegółów dadzą zapewne jutro, jak już się to stanie. Bo artykuł mówił wyraźnie, że właśnie dzisiaj prezydent Ignacy Mościcki zamierza podpisać rozporządzenie z mocą ustawy o wprowadzeniu na terenie całego kraju jednolitego Kodeksu karnego. Fischer jako prawnik, który zaczynał studia na Uniwersytecie Poznańskim krótko po wojnie, był żywo zainteresowany tym aktem prawnym, nad którym prace Komisja Kodyfikacyjna prowadziła od ponad dekady. To był bardzo ważny dokument nie tylko dla prawników czy policjantów, lecz także dla całości niepodległej Rzeczypospolitej, którą wreszcie zaczynało spajać jednolite prawo.

Podniósł głowę znad gazety, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejść! – zawołał donośnym głosem, nawykłym od lat do wydawania rozkazów.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich, ubrany w nieco zbyt mocno opięty na brzuchu mundur, przodownik Anastazy Olkiewicz. Fischer uśmiechnął się na jego widok. Znali się od lat, bo Olkiewicz służył pod jego rozkazami jeszcze podczas powstania, a potem na wschodzie. Po wojnie na kilka lat zniknął gdzieś, ale w końcu odnalazł się w Poznaniu i to nie w wojskowym, ale policyjnym mundurze. Okazało się, że zaraz po zdemobilizowaniu, z jakichś niewyjaśnionych dotąd przyczyn, zamiast wracać do swojego miasta, wstąpił do policji na Zamojszczyźnie. W porę jednak zrozumiał swój błąd – że poznaniak nie może żyć na wygnaniu – i wrócił do domu. Tak się szczęśliwie złożyło, że oficerem, który przyjmował od niego podanie dotyczące przyjęcia do pracy, był Fischer. Szczęśliwie, bo gdyby nie ten przypadek, Olkiewicz zapewne wylądowałby, jako doświadczony weteran i policjant, w którymś z komisariatów na prowincji, w jakimś Grodzisku czy Opalenicy, bo prowincja w latach dwudziestych, rozpaczliwie potrzebowała wykwalifikowanych policyjnych sił. Ale Fischer uchronił swojego dawnego żołnierza przed zesłaniem i zabrał go do siebie, czyli do Wydziału Kryminalnego. Co prawda, Olkiewicz nie miał jakichś szczególnych zdolności detektywistycznych, lecz świetnie nadawał się do przepytywania ludzi. Potrafił szybko i bez żadnych kłopotów dogadać się niemal z każdym.

– No co tam, Anastazy? – zwrócił się Fischer do podwładnego, który po zamknięciu drzwi stanął przepisowe trzy kroki od biurka komisarza.

– Ja melduję, znaczy się melduję posłusznie, że już jestem.

Fischer znów uśmiechnął się pod wąsem, słysząc to „ja melduję” poprawione na regulaminowe „melduję posłusznie”. Starzy żołnierze, którzy mieli za sobą służbę w pruskiej armii, kiedy znaleźli się w powstańczych szeregach, zaczęli niemieckie komendy tłumaczyć na język polski i z niemieckiego ich melde zrobili kalkę „ja melduję”. Niektórym jeszcze po latach zdarzało się, tak jak Olkiewiczowi, meldować w taki właśnie sposób. Cóż, wojskowa skóra druga natura.

– No widzę, że jesteś. Nie wiem tylko, po co mnie z tym stanem rzeczy zaznajamiasz?

Przodownik zdjął policyjną czapkę i zupełnie nieregulaminowo podrapał się po łysej jak kolano głowie.

– Melduję, panie komisarzu, że Okoń ma citroëna.

Fischer nadal nic nie rozumiał. Okoń to był kolejny weteran, który został jego podwładnym. Podobnie jak Olkiewicz dochrapał się już rangi przodownika, ze sporymi perspektywami na dwa rąby starszego w najbliższym czasie.

– A o co chodzi z tym citroënem? Po co mi w ogóle gitarę zawracacie, jak dobrze obaj wiecie, że ja dziś jeszcze wyjeżdżam. Tu tylko wleciałem na chwilę, żeby papiery zdać wszystkie i już mnie nie ma.

– I właśnie o to się rozchodzi, panie komisarzu. O ten wyjazd. Okoń wziął dziś samochód, że niby ma jechać na kontrol do posterunku w Puszczykowie. Wie pan, obrócimy w trymiga – mówiąc to, mrugnął lewym okiem.

Fischer już się domyślił, o co im chodziło, więc pogroził Olkiewiczowi palcem.

– Ale żeby mi się ta kontrol odbyła! – Fischer zmarszczył brwi, udając srogość, ale nie mógł gniewać się na swoich ludzi za to, że chcieli mu ułatwić życie. Gdyby nie oni, musiałby wziąć dorożkę, bo jak dotąd nie był jeszcze posiadaczem własnego automobilu.

– Kontrol odbędzie się zaraz, jak pana komisarza się zapakuje do pociągu. Bo po jaką cholerę ma pani Urszulka z dzieciakami chodzić na nogach, jak my ją raz dwa przeflancujem z bagażami na dworzec. I do przedziału jeszcze się te klunkry załaduje i będzie fertig.

– To o dziesiątej trzydzieści musielibyście być u mnie na Matejki, bo pociąg do Krzyża odchodzi kwadrans po południu.

– Łe, co mamy nie być. Będziemy na mur beton, panie komisarzu.

Olkiewicz założył czapkę, zasalutował i zaraz zniknął. Nie minęło nawet pół minuty, gdy znów usłyszał pukanie. Pomyślał, że to Anastazy o czymś sobie przypomniał.

– No, czego tam jeszcze? – zawołał przekonany, że za chwilę znów ujrzy okrągłą twarz Olkiewicza. Tymczasem w progu stanął ubrany w cywilny, elegancki garnitur major Jażdżewski.

Komisarz poderwał się z fotela na widok znajomego. Jażdżewski był wojskowym, ale nie znali się z wojennych czasów. Ten Kresowiak przyjechał do Poznania już po wojnie. Oficjalnie był oddelegowany do któregoś z pułków piechoty, ale Fischer dobrze wiedział, że Jażdżewski nie zajmował się szkoleniem rekrutów. On był oficerem Oddziału II Sztabu Generalnego, odpowiedzialnym za poznański posterunek oficerski nr 4, zajmujący się gromadzeniem informacji wywiadowczych z terenu Niemiec. To była jednak wiedza dostępna tylko dla nielicznych wtajemniczonych. Akurat Fischer należał do tego wąskiego grona.

– Powitać pana majora! – Żołnierz uścisnął wyciągniętą dłoń policjanta.

– Dzień dobry, panie komisarzu.

– Proszę siadać. – Fischer wskazał okrągły stolik, przy którym stały cztery krzesła. Stolik też był erzacem prawdziwego dębu, ale na szczęście tutaj okleina nie zdążyła jeszcze poodłazić tak jak na szafie.

– A słyszał pan, że Pinecki przyjeżdża do Poznania? Ma stoczyć walkę z tym, no, jak mu tam, mistrzem świata…

– Iwanowem – podpowiedział policjant, który nie tylko słyszał. Wiedział na ten temat wszystko i dlatego jego dzisiejszy wyjazd był zaprawiony małą nutką rozczarowania. Pinecki, czyli polski mastodont albo olbrzym z Wielkopolski, jak go nazywała prasa, był jednym z najlepszych polskich zapaśników walczących w stylu grecko-rzymskim. Fischer już nieraz widział go w akcji i dlatego teraz żal mu było, że nie zobaczy go ponownie. W końcu znał się na zapasach jak mało kto, bo sam uprawiał przez lata tę dyscyplinę, a pamiątką po intensywnych treningach były mocno umięśnione ramiona i twardy kark. Ta walka przejdzie mu jednak koło nosa, bo nie będzie go w tym czasie w Poznaniu.

– No właśnie, Iwanow to Rosjanin mieszkający we Francji. Swoją drogą, trzeba by mu się dobrze przyjrzeć, jak tu przyjedzie. Ponoć to środowisko białych Rosjan jest mocno infiltrowane przez sowietów.

– Niestety, nie pomogę w tym panu. Wyjeżdżam jeszcze dziś i wrócę dopiero za miesiąc.

Jażdżewski uśmiechnął się pod równo przyciętym czarnym wąsem. Sięgnął do kieszeni marynarki i wydobył srebrną papierośnicę.

– Zapali pan, komisarzu?

– Nie, dziękuję. – Powiedziawszy to, wstał i poszedł do biurka, na którym zostawił fajkę w kryształowej popielniczce. Przyniósł swoje akcesoria i ponownie zasiadł za stołem. Po chwili kłęby dymu wypełniły pokój.

– A proszę sobie wyobrazić, że ja właśnie do pana w tej sprawie przyszedłem

– Co pan powie? – Jakoś wcale go to nie zdziwiło.

– A tak, właśnie. Jedzie pan do Schneidemühl?

– Jak co roku od ośmiu lat, panie majorze. Zawsze przed żniwami.

To był urlop połączony z pracą. Jeździli tam co roku, do niewielkiego majątku Winterhoff, który jego żona odziedziczyła po zmarłym stryju. Początkowo Fischer chciał sprzedać to wszystko, ale po przeanalizowaniu ksiąg rachunkowych doszedł do wniosku, że majątek przynosi dość poważne dochody. Trzeba było tylko znaleźć dobrego zarządcę. Na ogłoszenie w miejscowej gazecie odpowiedziało kilkunastu kandydatów, z których większość miała doświadczenie, ale z wykształceniem było gorzej. Na szczęście w tym gronie znalazł się jeden bez doświadczenia, za to po studiach rolniczych w Berlinie. I właśnie Frantz Ziegler dostał tę pracę. Szybko okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Młody ambitny człowiek chciał się koniecznie wykazać. Po dwóch latach dochody studwudziestohektarowego folwarku podwoiły się dzięki zastosowaniu nowatorskich metod hodowli drobiu i ujednoliceniu produkcji.

Każdego roku w lipcu właściciele jeździli jednak do Winterhoffu, by spędzić tam pracowity urlop. Pracowity oczywiście dla Antoniego, który w majątku przeprowadzał gruntowną kontrolę wszystkiego.

– Adolf Hitler będzie w Schneidemühl dziewiętnastego lipca.

– Dlaczego mnie pan o tym informuje, panie majorze?

– W związku z tą okolicznością chcielibyśmy powierzyć panu niezwykle odpowiedzialne zadanie.

Fischer pokręcił głową. Wiedział, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale nie mógł odmówić. Był w końcu nie tylko policjantem. Był też oficerem Wojska Polskiego i choć przeniesionym do rezerwy, to jednak od lat współpracującym z polskim wywiadem.

Schneidemühl

Godzina 8.50 rano

Jurgen Maschlanka, szczupły sześćdziesięciolatek, z nieco zbyt długimi, można by nawet powiedzieć zaniedbanymi włosami wydostającymi się spod starego kapelusza, spojrzał na luterański kościół zbudowany z czerwonej cegły i przeżegnał się niemal odruchowo. Nie, żeby był specjalnie religijny. Bardzo rzadko chodził do kościoła, ale z tym znakiem krzyża to był nawyk, który został mu z wczesnego dzieciństwa. Jego babcia zawsze powtarzała, że w kościele, czy to protestanckim, czy to katolickim, czy jakimkolwiek innym, mieszka Pan Bóg i dlatego człowiek przechodzący obok zawsze musi o tym pamiętać, bo jak zapomni się przeżegnać, to Pan Bóg może się zdenerwować na takiego bezbożnika i spalić go na miejscu piekielnym ogniem. Jakoś nie pomyślała, że piekielnym ogniem to raczej szatan mógł spalić, a dobry Bóg co najwyżej trzepnąć przez łeb takiego typa gromem z jasnego nieba. Zresztą Maschlance i tak było wszystko jedno. Kara to kara, wolał jej uniknąć. Dlatego już w młodości starał się na wszelki wypadek nie chodzić koło kościoła, a gdy już mógł o sobie decydować, przestał w ogóle w nim bywać. Lecz tu, na rzece, nie miał wyjścia. Codziennie przepływał koło dwóch kościołów. Najpierw mijał katolicki Świętych Janów, a później właśnie ten protestancki. Znak krzyża trzeba było więc robić dwa razy. Ale po latach pływania po Küddow tak mu to weszło w krew, że wcale się nad tym nie zastanawiał. Żegnał się i płynął dalej swoją płaskodenną rybacką łódką śmierdzącą rybami i rzecznym szlamem.

Odepchnął się wiosłem od wystającego z wody zwalonego pniaka, kierując łódź w kierunku środka rzeki, tam, gdzie nurt był najbardziej wartki. Po co wiosłować, jak woda sama niesie? Przy brzegu mogło być niebezpiecznie, bo takich powalonych drzew z wystającymi do góry gałęziami było tu sporo. Ale nie było się temu co dziwić. Tu nikt specjalnie nie dbał o bezpieczeństwo rybaków. Tym bardziej że w mieście było ich zaledwie kilku. I poza ich łódkami rzadko pojawiała się tu jakaś większa jednostka. Czasami tylko można było obserwować barki płynące do Schneidemühl z Usch, ale zdarzało się to niezwykle rzadko. Towary od dawna przewożono stamtąd ciężarowymi samochodami czy furmankami, ale przede wszystkim koleją. Oczywiście transport rzeczny był tańszy, lecz rzeka przepływająca przez miasto była nieuregulowana, a za miastem kręta i pełna piaszczystych łach, przez co właściciele większych barek niechętnie się tu zapuszczali. Prawdziwy wodny szlak zaczynał się w Usch i wiódł aż do Berlina, a nawet jeszcze dalej. A tu pływały każdego dnia tylko rybackie łódki, którymi codziennie dostarczano do miasta świeże ryby. Jurgen swoje sieci zastawił dzisiaj w nocy, jakiś kilometr za drewnianym mostem dla pieszych, mniej więcej na wysokości fabryki mączki ziemniaczanej, gdzie rzeka zakręcała łagodnie i gdzie nurt był nieco wolniejszy. To było miejsce, które lubił szczególnie, bo tu połów był zawsze pewny. Wrzucał sak nocą, obciążał go kamieniem od dołu; od góry w nurcie utrzymywała go boja oznaczona czerwoną, mocno wyblakłą chorągiewką.

Jeszcze kilka minut i powinien być na miejscu. Zastanawiał się, co też dziś znajdzie w swojej sieci. Jak zwykle będą płocie i leszcze, bo te ryby łowił każdego dnia. Zdarzały się również okonie, ale najwyżej cenił sobie szczupaki. W rzece było ich sporo, ale nie były takie głupie jak te inne mniejsze i mniej szlachetne ryby. Wczoraj na przykład nie było ani jednego, a szkoda, bo szczupaków Maschlanka nie musiał sprzedawać, chodząc od domu do domu. Gdy łapał taki okaz, zaraz zanosił go do restauracji Goldener Löwe przy Neuer Markt, a właściciel płacił, targując się chyba tylko z przyzwyczajenia. Maschlanka liczył więc, że dziś w końcu złowi złotego króla rzeki.

Spojrzał na prawo, na brzeg porośniętym krzakami i drzewami, pochylającymi się nad rzecznym korytem. Za chwilę będzie ich znacznie mniej i wtedy zza tej zielonej ściany wynurzy się majestatyczny budynek z czerwonej cegły, przypominający starożytne zamczyska zakonników z krzyżami na białych płaszczach, o których Jurgen uczył się bardzo dawno temu, w szkole powszechnej. O ile za widokiem kościoła na tamtym brzegu specjalnie nie przepadał, o tyle ten tutaj uważał za piękny. Zawsze gdy przepływał tędy, przestawał na moment wiosłować, dając się swobodnie ponieść nurtowi, i wpatrywał się w ten cud architektury. Tę monumentalną budowlę wzniesiono kilka lat temu, gdy miasto stało się stolicą rejencji. W końcu to nie w kij dmuchał i taka rejencja musiała jakoś wyglądać. Bo wcześniej w mieście takich reprezentacyjnych budynków nie było. Nawet na Neuer Markt, bo tam najwyższe kamienice miały zaledwie dwa piętra. Dlatego na tym dawnym placu, na którym odbywały się końskie targi, postawiono te wszystkie reprezentacyjne budowle. W ciągu zaledwie kilku lat powstało wielkie Landesmuseum wraz z przylegającym do niego Landestheater. Naprzeciw wyrosły budynki różnych miejskich urzędów, w tym finansowego. Ale najokazalszy był ten, który stał u szczytu Danziger Platz. Tu mieścił się Provinzialverwaltung, Reichsdankhaus oraz Rotkreuz[1]. Natomiast całe jego prawe skrzydło zajmowała Dyrekcja Policji.

Jurgen miał okazję poznać tę policyjną część dość dokładnie, a nawet można by powiedzieć – dogłębnie. Poznał bowiem pokój przesłuchań i cele w piwnicy, w której przesiedział dwie noce i jeden dzień. A wszystko przez nieuwagę i głupotę. Nieuwagę dlatego, że kompletnie pijany w piwiarni Goldener Löve zatoczył się i przewrócił na wielkiego jak kłoda Hansa Nowaka, głupotą zaś było to, że zamiast przeprosić i spieprzać w podskokach, poczuł się obrażony, gdy Nowak trzepnął go w łeb. No i przez tę głupotę, która kazała mu odpowiedzieć ciosem na cios, zainkasował jeszcze kilkanaście uderzeń, a potem właściciel knajpy wezwał policjantów, którzy zwinęli go, leżącego na podłodze, z obitą gębą, za zakłócanie porządku i wpakowali do aresztu. Od tej pory gmach z czerwonej cegły prócz podziwu budził w nim jeszcze szacunek, który wbili mu do głowy dwaj rośli policjanci. Poza tym przy użyciu pięści wytłumaczyli mu, że nie kalkuluje się rozrabiać w kulturalnych lokalach.

Przepłynął pod drewnianym mostem, dzięki któremu mieszkańcy drugiego brzegu rzeki mogli szybciej dostać się do dworca kolejowego; kawałek za nim zaczynała się trawiasta połać, na której pasły się kozy, a dzieciaki grały w piłkę. Dziś było jeszcze za wcześnie na piłkarzy, dlatego Jurgen zdziwił się bardzo, widząc kilku chłopaków biegających tuż przy brzegu. Pewnie wleciała im do wody piłka – pomyślał – i zaraz utwierdził się w tym przekonaniu, bo zaczęli do niego rozpaczliwie machać. Uśmiechnął się zadowolony. Nic bez niego nie zrobią. Tylko on na swojej łodzi może przyjść im z pomocą, tak jak ci rycerze z krzyżami na białych płaszczach ratowali niewinne kobiety i dzieci chrześcijańskie, porywane przez dzikich półnagich barbarzyńców słowiańskich. Uśmiechnął się zadowolony i mocniej machnął wiosłem, by skierować łódź do wołających o pomoc.

– Tutaj, tutaj jest! – krzyczeli chłopcy.

– Niech pan tu płynie! Szybko!

Spojrzał we wskazanym kierunku. Przy brzegu osiadł pień drzewa; najwyraźniej nurt zniósł go w to miejsce i osadził w mulistym dnie. To pewnie po tej burzy, co przeszła cztery dni temu i w mieście przewróciła kilka starych drzew, łamiąc sporo konarów.

Gdy był już blisko, dostrzegł piłkę między pniem a konarem. Wystawała zaledwie trochę ponad taflę wody, ale dało się dostrzec okrągły kształt. Jurgen musiał tylko podpłynąć jak najbliżej, na ile pozwoliły wystające z wody gałęzie. Jak będzie blisko, przyciągnie ją do siebie bosakiem i po sprawie. A potem powie chłopakom, że następnym razem, jak nie będą uważać, to on weźmie za ratowanie piłki opłatę w postaci papierosów albo ćwiartki żytniówki. No, ale z drugiej strony, skąd by oni mieli wziąć pieniądze na taką butelczynę? A, co tam, daruje im. Przecież ci rycerze też nie brali za pomoc nijakiej zapłaty.

– Tutaj, panie Maschlanka, jest! – wołał przejęty mały Dither Schmitt, wskazując na piłkę.

– No przecież widzę. Ślepy nie jestem!

– Ja jego pierwszy zobaczyłem – pochwalił się jego kumpel Stanislaus Altenberg, którego ojciec miał zakład szewski przy Zeughausstraße.

– Wcale że nie, bo to ja tu byłem pierwszy, jak mi się spławik zaplątał o te gałęzie – nie zgodził się z nim Willy Huber.

Jurgen Maschlanka popatrzył na nich zdziwiony. O co ci gówniarze się kłócili, nie bardzo potrafił zrozumieć. Piłka im wpadła do wody, a oni o czymś, co znaleźli gadali. Zaraz, co znaleźli? Wskazywali na piłkę, a tutaj o…

– O cholera jasna! – krzyknął, gdy jego łódź wpłynęła między gałęzie i kiedy wyraźnie dostrzegł, że coś, co wpadło do wody, wcale nie było piłką. Chciał się przeżegnać, ale w obu dłoniach trzymał wiosło. Zaraz jednak zapomniał o tym niepotrzebnym geście i zaczął działać. Rzucił wiosło na dno łodzi i podniósł bosak. Tak przygotowany przesunął się nieco bliżej dziobu, ale nie za blisko, żeby nie przeważyć, bo łódź mogła się przecież przewrócić.

W końcu zanurzył bosak w wodzie, pilnie obserwowany przez trójkę łobuziaków. Poczuł, że zakrzywiony hak zaczepia o coś, ale że na pewno nie jest to ubranie. Gałęzie utrudniały dostęp. Trzeba będzie dźwignąć od spodu. Ktoś musi wejść do wody. Spojrzał na chłopaków. Byli za mali, żaden z nich nie da sobie rady.

– Chłopcy, tak się nie da nic zrobić. Potrzebuję, żeby ktoś pchnął od dołu.

– Ja mogę. – Dither podniósł do góry rękę, jakby się zgłaszał w szkole.

– Nie dasz rady. Żaden z was. Słuchajcie, ja tu przytrzymam, żeby gdzie nie odpłynął, a wy gońcie po policję. Niech tu który przyleci jak najszybciej. No, już was nie ma.

Nie trzeba było im dwa razy powtarzać. Natychmiast pognali w górę skarpy, na której stał budynek Dyrekcji Policji. Maschlanka tymczasem uklęknął na dnie łodzi i zanurzył rękę w wodzie, próbując przekonać się, co przytrzymuje topielca. Nie bał się wcale, choć dobrze wiedział, że wielu ludzi panicznie boi się topielców. Ale czego tu się bać? Żył sobie człowiek, a potem się utopił i tyle. Maschlanka nie wierzył w żadne opowieści o urokach rzucanych przez utopionych, bo jeśliby rzucali urok, to on już by musiał od dziecka być zauroczony. Pierwszego topielca widział, jak miał pięć albo sześć lat. Ale dla człowieka, który wychował się nad brzegiem rzeki, to przecież coś zupełnie normalnego. Woda daje życie i to życie zabiera.

Wychylił się jeszcze mocniej i nagle jego ręka namacała pasek. Pewnie od spodni. Chwycił za ten pasek mocno i szarpnął. No i to był sposób, bo topielec poruszył się wolno, a po chwili Jurgen poczuł, że wypływa na powierzchnię tyłkiem do góry.

Burty łodzi nie były zbyt wysokie, a Jurgen wiedział, jak przerzucać przez nie saki pełne ryb. Wsunął więc hak bosaka za spodnie i powoli zaczął ciągnąć do góry.

– Poczekaj, pomogę ci – zawołał ktoś od brzegu.

– Nie idź tu, bo mi wypadnie – odpowiedział Maschlanka, nawet nie wiedząc komu, gdyż całkowicie skupił się na wciąganiu bezwładnego ciała do góry. Jeszcze kawałek i pas znalazł się ponad burtą. Teraz trzeba było postąpić tak jak z pełnym sakiem i pociągnąć szybko do środka, a nogę w tym samym momencie postawić na burcie, żeby zapobiec wślizgnięciu się ciała na powrót do wody. Raz i już!

Udało się. Reszta to była już igraszka. Po chwili nogi i ręce znalazły się w łodzi. Głowa głucho uderzyła o dno. Wtedy dopiero Jurgen popatrzył zadowolony w kierunku brzegu. Stali tam dwaj policjanci i oczywiście trójka chłopaków. Jeden policjant był młody i wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Tego nie znał. Drugi to był gruby Ulli Brenner, który bardzo lubił przeprowadzać kontrole jakości piwa we wszystkich miejscowych piwiarniach. Kontrolował je bardzo sumiennie, na samym sobie sprawdzając, czy właściciele nie rozcieńczają alkoholu aby za mocno. Bo rozcieńczali wszyscy, ale na szczęście robili to w granicach rozsądku.

– Maschlanka, kto to jest? Znasz go? – zawołał starszy policjant.

Dopiero teraz Jurgen uświadomił sobie, że nawet nie zwrócił uwagi na twarz topielca. To dlatego, że głowa spadła twarzą w kierunku dna. Pochylił się, chwycił ją w dłonie i obrócił.

Spojrzał w szeroko otwarte oczy nieboszczyka i nagle poczuł, że robi mu się słabo. Znał te oczy, znał tę twarz doskonale. Od urodzenia znał tego człowieka, bo jego ojciec mieszkał w tym samym domu, co Jurgen. I dlatego doskonale znał pierworodnego syna swojego przyjaciela Josepha Wargatscha. Nieżywy Max Wargatsch patrzył prosto w niebo, jakby chciał zabrać ze sobą obraz przepływających w górze chmur. Ale one nie były już dla niego. Maschlanka przejechał palcami po powiekach topielca i opuścił mu je delikatnie. Przynajmniej tyle mógł zrobić dla syna swojego sąsiada.

– No co, znasz go? – niecierpliwił się policjant Ulli.

– Znam! – krzyknął Maschlanka, podnosząc się z kolan. Chwycił wiosło i odepchnął nim łódź od pnia. Po chwili czub wbił się w piach. Młody policjant skoczył do przodu, by chwycić linkę zaczepioną do stalowej obręczy i zacumować łódź. Zawiązał linę na najbliższym krzaku.

– Kto to jest? – spytał znów Ulli.

– Max Wargatsch.

– Ten komunista? – zdziwił się policjant.

– No.

– No to się skurwysyn doigrał.

– Co? – zdziwił się Maschlanka.

– Jakby cicho siedział, to by se mógł jeszcze pożyć. A tak nosił wilk razy kilka… Młody, dalej, chodź tu – zawołał drugiego policjanta. – Bierzemy go na brzeg, a potem leć zameldować, że mamy tu morderstwo.

– Jak – morderstwo? – Maschlanka popatrzył najpierw na grubego policjanta, a potem na twarz Maxa. Rzeczywiście, wyglądała jakoś dziwnie, ale w pierwszej chwili wydało mu się, że to może od wody ten nos taki skrzywiony.

Ulli klepnął go w ramię, uśmiechając się zadowolony.

– Wierz mi, Jurgen, bo ja wiem, co mówię. W dzisiejszych czasach żaden działacz, czy to komunista, czy socjalista, czy nacjonalista, to z własnej woli sam się nie utopi. Dzisiaj, żeby stać się nieboszczykiem, wystarczy tylko pokrzyczeć na wiecu. A ten, z tego, co wiem, krzyczał chyba więcej niż inni.

Trzej chłopcy, odkrywcy zwłok, patrzyli na trupa z bezpiecznej odległości, tak na wszelki wypadek, żeby czasami utopiony nie rzucił uroku. Ale patrzyli zafascynowani, żeby jak najwięcej zapamiętać i później dokładnie opowiedzieć wszystkim tym, co będą chcieli słuchać. I mogli być pewni, że dziś słuchaczy im nie zabraknie. Bo takiej atrakcji w mieście jeszcze w te wakacje nie było. I to atrakcji w jednym bucie, bo topielec miał but tylko na lewej nodze.

Poznań

Godzina 10.25 przed południem

– A w tej walizce co jest? – Antoni Fischer wskazał na brązową ogromną walizę, która rozmiarami przypominała kufer podróżny.

– To tylko same ubhania – stwierdziła Ursula, wzruszając ramionami.

Żona Fischera była Niemką pochodzącą ze Schneidemühl. Mówiła już całkiem dobrze po polsku, ale „r” stanowiło problem nie do pokonania, dlatego w jej ustach brzmiało jak gruchanie gołębia, a nie jak twarda, dźwięczna głoska.

Poznał ją osiem lat temu, gdy gościł u swojego przyjaciela Carla. To, co pojawiło się między nimi już podczas pierwszego spotkania, było jak grom z jasnego nieba. Wcześniej Fischer czytał w romansach o płomiennych uczuciach, które rodzą się od pierwszego wejrzenia, ale nie bardzo wierzył w takie bajki. A nawet jeśli komuś mogło się coś takiego przytrafić, to na pewno nie jemu. No i właśnie jego, twardo stąpającego po ziemi urzędnika i weterana dwóch wojen, w końcu takie właśnie uczucie spotkało. Ale najważniejsze, że również Ursula, to co się między nimi zrodziło odczuwała w identyczny sposób. Przyjęła oświadczyny Antona i trzy miesiące od chwili zapoznania stanęli na ślubnym kobiercu. Na szczęście nie było problemu z ich wyznaniem. Oboje byli katolikami, więc ślub wzięli w katolickim kościele w Schneidemühl. Wkrótce po ślubie wyjechali do Poznania, mimo że Carl Aschmutat namawiał Fischera, żeby osiadł z żoną w jego mieście, obiecując, że nawet załatwi mu pracę w miejscowej policji. Ale Antoni ani myślał osiedlać się zagranicą, choć ta zagranica była zaledwie kilka kilometrów od Polski, a w mieście i okolicy mieszkali obok siebie Polacy i Niemcy.

– Nie po tom walczył o Polskę, żeby teraz iść na służbę do Niemiec – tłumaczył Carlowi swoje stanowisko. – I nie myśl sobie, przyjacielu, że mi było łatwo, bo to nasze poznańskie powstanie to przecież nic innego jak najgorszy z możliwych konfliktów, to wojna domowa, w której sąsiad strzela do sąsiada. Ale wtedy podjąłem decyzję i opowiedziałem się po tej stronie, co do której miałem przekonanie pełne, że opowiedzieć się trzeba. I dlatego dziś, przyjacielu, nie ma już dla mnie powrotu do Niemiec. Dla mnie Niemcy jako mój kraj skończyły się definitywnie w grudniu osiemnastego roku.

Carl nie pojmował tych dylematów Fischera. Dla niego wszystko było prostsze. Był Niemcem i nie miał żadnych rozterek związanych z narodowością. Przez długi czas nawet nie wiedział, że Anton Fischer, jego najlepszy przyjaciel, jest Polakiem. Poznali się w tysiąc dziewięćset szesnastym roku, w szkole oficerskiej. Po otrzymaniu promocji obu wysłano na front do Francji. Szczęśliwie dla nich, jako oficerowie uzupełnienia, dostali przydział do tego samego pułku. Przez cały ostatni rok wojny walczyli więc ramię w ramię, a jak to obrazowo ujmował Fischer, srali w to samo błoto. Wojna zbliżyła ich bardzo, a szczególnie jeden moment, kiedy to po nieudanym szturmie na francuskie okopy Antoni zorientował się, że jego przyjaciela nie ma wśród tych, którzy wrócili. Natychmiast ruszył na przedpole, pomimo artyleryjskiego ostrzału, i w końcu znalazł rannego Carla przysypanego ziemią we francuskim okopie. Na swoich plecach wyniósł go stamtąd i zawlókł do własnych transzei. Za ten czyn Fischer otrzymał swój pierwszy Żelazny Krzyż II klasy. Drugi, tym razem I klasy, dostał w listopadzie osiemnastego roku, dwa dni przed podpisaniem przez niemieckie dowództwo kapitulacji.

Gdy Ursula przyjechała do Poznania, nie umiała ani słowa po polsku. Anton, bo tak zwracała się do niego, stwierdził, że właściwie nie musi się uczyć polskiego, bo tu wszyscy rozumieją po niemiecku. Ona jednak się uparła, że musi się nauczyć tego języka, i osiągnęła swój cel. Za to ich dzieci, siedmioletni Eugeniusz i pięcioletnia Maria, mówiły po polsku i po niemiecku, dzięki temu, że rodzice od najmłodszych lat zwracali się do nich każde w swojej rodzinnej mowie.

Na początku, zaraz po przyjeździe do Poznania, Fisherowie zamieszkali w kawalerskim, czteropokojowym mieszkaniu przy ulicy Matejki, w którym dotąd on mieszkał samotnie. Było to jednak mieszkanie wynajmowane i Antoni zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później musi zapewnić rodzinie kawałek własnego dachu nad głową. Nie wiedział, jak to zrobić, bo w policji nie zarabiał jakoś szczególnie dobrze, a jego żona wniosła w posagu niewielkie pieniądze. No, ale przecież nie brał jej ze względu na bogactwo, ale z czystej miłości. Dwa lata później wydarzyło się coś, co całkowicie odmieniło ich materialny status. Okazało się, że zmarł stryj Ursuli, człowiek, który posiadał niewielki majątek rolny pod Schneidemühl. Jako że nie miał żadnych potomków, całość spadku przypadła Ursuli. I w ten oto sposób rodzina Fischerów stała się zamożną rodziną posiadaczy ziemskich. Szczęśliwie prócz majątku ziemskiego stryj zgromadził też sporo pieniędzy i dzięki nim marzenie o porządnym mieszkaniu dla rodziny mogło się spełnić. Udało im się korzystnie kupić ośmiopokojowy apartament na pierwszym piętrze, z oknami wychodzącymi na park, w kamienicy pod numerem osiemnastym. I całe szczęście, że nie zwlekali z wyborem. Gdyby nie ten zakup, ich pieniądze mogłyby być wkrótce nic nie warte. Nadszedł bowiem kryzys i okropna inflacja, która zniszczyła fortuny wielu ludzi. Fischerowie jednak mogli być spokojni o przyszłość. Mieszkania i majątki ziemskie nie ulegały dewaluacji tak jak banknoty.

– Tato, a czy ja mogę zabrać swoją szablę do Winterhoffu? – zapytał Eugeniusz, wymachując niewielką szabelką.

– A z kim zamierzasz tam walczyć? O ile mi wiadomo, nie widziano tam od lat żadnych Tatarów.

Chłopak właśnie czytał Pana Wołodyjowskiego i jak Mały Rycerz chciał siec tatarskie czambuły, ale ostatnio kiepsko było z wrogami w okolicy.

– To się usiecze kilku Szwedów albo Niemców w ich służbie.

– Żadnych Niemców nie będziesz usiekał – zawołała matka, grożąc mu palcem.

– Anielka, dawaj ten mały kufeh! – zwróciła się do służącej, która jednocześnie była u nich kucharką. – Jeszcze trzeba zapakować jedzenie na dhogę.

– Nie mówi się dhogę, ale drogę – poprawiła matkę Marysia.

– Ja ci dam pophawiać mamę! – zawołała Ursula, udając oburzenie.

– Pophawiać, poprawiać, pophawiać, poprawiać… – zadowolona Marysia zaczęła przedrzeźniać matkę.

– Ja ci dam przedrzeźniać matkę! – Antoni porwał córkę w górę i posadził ją sobie na barana. – A teraz za przedrzeźnianie mamy zostaniesz wyrzucona przez okno, prosto na te drzewa w parku, i zjedzą cię wiewiórki.

– Hi, hi, hi! – Marysia zaczęła się głośno śmiać. – Wiewiórki zjadają żołędzie, a nie dzieci!

Antoni zatrzymał się koło okna i ostrożnie zdjął małą z karku, a potem postawił ją na parapecie.

– Zobacz, przyjechali po nas samochodem. – Wskazał pięknego, granatowego Citroëna C4, o trzech szybach okiennych na każdym boku, który zatrzymał się właśnie przy chodniku na wprost bramy ich kamienicy.

– Pojedziemy samochodem!

Podbiegł do nich Eugeniusz; szybko wdrapał się na parapet, żeby sprawdzić, jak wygląda auto, które po nich przyjechało. Z samochodu wysiedli dwaj policjanci i poprawiwszy bluzy mundurów, ruszyli sprężystym krokiem przed siebie, ku bramie.

– Mamy wszystko gotowe? – zapytał Antoni, odwracając się do żony. – Bo chłopaki już idą na górę.

– Jedzenie jest, ubhania jest, buty jest, wszystko jest fertig.

– To ja jeszcze tylko wezmę coś z gabinetu – powiedział Antoni i szybko wyszedł na korytarz.

Jego gabinet-biblioteka znajdował się na samym końcu korytarza, po prawej stronie, z oknem również wychodzącym na park Wilsona. Fischer wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi na klucz. Wolał, żeby nikt z domowników nie wiedział, czym będzie się zajmował. Podszedł do dużej dębowej witryny z książkami, otworzył ją, a potem przysunął sobie krzesło. Wszedł na nie i z najwyższej półki zaczął wyjmować jeden po drugim kilka tomów. Gdy w równo poustawianym szeregu książek powstała luka, wsunął w nią dłoń. Nie musiał długo szukać, bo dobrze wiedział, że to, co zamierzał znaleźć, musiało się tam znajdować. Po chwili miał już w garści niewielkie zawiniątko. Pakunek owinięty impregnowanym płótnem i związany sznurkiem. Książki włożył na powrót na półkę, zszedł na dół i zamknął witrynę. Z pakunkiem w dłoni podszedł do biurka. Usiadł w fotelu i wyciągnął z kieszeni scyzoryk o dwóch ostrzach. Szybko przeciął sznurek, a potem odwinął płótno. Srebrny, połyskujący konserwującym smarem na oksydowanej stali rewolwer Colt leżał przed nim na blacie biurka. Fischer chwycił rękojeść i zaczął ścierać płótnem nadmiar substancji konserwującej. Doprowadzenie rewolweru do stanu używalności zajęło mu niecałe pięć minut. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie najlepiej go ukryć. W końcu zamierzał przekroczyć granicę z nielegalną bronią, a to, w razie ujawnienia, mogło zostać potraktowane jako kontrabanda. Co prawda, prawdopodobieństwo, że będą im kontrolować bagaże, było małe. Polskim celnikom wystarczyło tylko pokazać policyjną blachę, by zniechęcić ich do przeszukiwań, a niemieckich zadowalała doskonała niemczyzna wszystkich członków rodziny Fischerów.

Antoni doszedł do wniosku, że najprościej będzie, jeśli pistolet włoży do którejś walizki. Na razie nie mógł tego zrobić, bo bagaże właśnie były wynoszone. Słyszał zza ściany tubalny, niski głos Okonia. Policjant pokrzykiwał na dzieci, a jego udawane groźby pod ich adresem jak zwykle witane były salwami śmiechu.

– Ach wy wywijasy! Zaraz was tu zwiążę sznurem do prania i zapakuję do kufra!

Antoni uśmiechnął się pod nosem, włożył pistolet do kieszeni i rozejrzał się dookoła, jakby chciał sprawdzić, czy zostawia wszystko na swoim miejscu. Wziął z blatu płócienną płachtę i sznurek, czyli to wszystko, czym owinięty był pistolet, i włożył do paleniska kaflowego pieca stojącego w kącie pokoju. Wolał schować dowody rzeczowe na wszelki wypadek, gdyby żona niespodziewanie weszła do gabinetu. Nie chciał, by nie wiedziała, że zabiera ze sobą broń. Przecież to miał być najzwyklejszy, doroczny wyjazd do Winterhoffu. A tymczasem rodzinny wyjazd zmieniał się w przykrywkę poważnego zadania wywiadowczego. Poważnego? Nie, to zadanie było najpoważniejszą misją, jaką kiedykolwiek mu powierzono. I co do jednego Fischer był całkowicie przekonany: musi zrobić wszystko, co się da, żeby ją wykonać, bo – jak powiedział Jażdżewski – od tego, jak się sprawi, zależą losy całego kraju. I co najważniejsze – Antoni Fischer wiedział, że to prawda.

Zamknął za sobą drzwi gabinetu i wyszedł na korytarz, na którym Okoń i Olkiewicz przystanęli na chwilę, by lepiej uchwycić kufer z ubraniami.

– Może wam pomogę? – zaoferował się komisarz.

– Łe, w życiu. A co, my jakie ułomki jesteśmy? – oburzył się Olkiewicz.

– No i o to idzie – poparł go Okoń. – Raz dwa to się przerzuci do samochodu i zaraz możemy jechać.

– A czy aby się wszyscy zmieszczą?

– Pan komisarz i pani komisarzowa na kanapie z Marysią z tyłu – zaczął tłumaczyć Okoń – a Gieniu z przodu, obok mnie, bo on chce patrzeć na drogę. A Anastazy na girach podskoczy na dworzec.

– Jeszcze szybciej będę na peronie, jak wy tym automobilem. Przez Ogród Botaniczny i cmentarz żydowski w pięć minut przelecę. – Olkiewicz pochwalił się swoją znajomością tajnych przejść, z których Fischer sam korzystał niejednokrotnie, aby skrócić sobie drogę.

– No to co, wszystko zabrane? – Antoni spojrzał pytająco na żonę, która właśnie wychodziła z jadalni gotowa do wyjazdu, ubrana w kremową letnią garsonkę, doskonale pasującą do jej lnianych włosów. Kilka kosmyków wystawało spod modnego kapelusza.

– Wszystko, wszystko. Możemy jechać. Anielka, ale mi pilnuj domu. I żebyś wietrzyła pokoje…

– Wszystko będzie zrobione jak należy, proszę pani.

– No, Anton, co tak stoisz? Idziemy, bo się spóźnimy na pociąg.

Fiszer bez oporu poddał się rozkazom domowego dowódcy. Podszedł do wieszaka i zdjął z niego niezwykle elegancki kapelusz, przypominający te, które nosili kowboje na filmach o Dzikim Zachodzie, uśmiechnął się do Anieli i wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Dziewczyna zamknęła je i przekręciła klucz od środka.

Schneidemühl

Godzina 10.30 przed południem

Trzydziestoośmioletnia Urlike Koerber już dziś zdążyła być w kościele, potem na targu zrobiła zakupy, a teraz zaczęła na blat kuchennego stołu wykładać wszystko to, co udało jej się zdobyć. Niewiele tego było, kartofle, trochę marchwi, kapusta i fasola. Tyle żeby wystarczyło na duży garnek kapuśniaku, takiego na dwa–trzy dni. Ostatnio za pieniądze, które jej mąż przynosił z roboty, coraz mniej można było dostać. Choć pracował w odlewni żeliwa, czyli w fabryce, która mimo kryzysu miała cały czas zamówienia, a robotnicy pracę, to jednak nie zarabiał tak dobrze, jak jeszcze pięć lat temu. Co z tego, że co tydzień przynosił wypłatę, jak ceny cały czas szły w górę. No więc robiła co można, żeby dać radę z zakupami. Całe szczęście, że jej Thomas w ogóle miał jeszcze robotę i przynosił pieniądze, za które ona mogła kupować warzywa. Bo dzięki temu cała pięcioosobowa rodzina jadła codziennie. Ale Urlike dobrze wiedziała, że nie wszyscy mają się tak dobrze jak oni. Ci co mieszkali piętro niżej, Jungowie, ledwie wiązali koniec z końcem.

Lothe