Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko dobre wiadomości - Agnieszka Krawczyk

 

Wszyscy kochamy powieści o miłości…

Dziennikarka Izabela Oster z dnia na dzień rzuca pracę w telewizji. Nie wszystko jednak toczy się po jej myśli. Nowe oferty pracy nie spływają, a pracodawcy nie pukają do jej drzwi. Na szczęście przyjaciółka, Kamila Rudnicka-Clement, składa jej propozycję nie do odrzucenia. Kobieta odziedziczyła bowiem podupadające pismo dla pań, natomiast Izabela ma jej pomóc w odzyskaniu dawnej świetności magazynu. Muszą tylko przeprowadzić się do Krakowa…

Obydwie przyjaciółki stają przed bardzo trudnymi decyzjami. Ale właściwie dlaczego miałyby nie podjąć wyzwania? Życie pisze różne scenariusze, a do odważnych świat należy. Kobiety rzucają się w wir pracy. Los przygotował dla nich wiele niespodzianek: porywającą wenecką podróż, odzyskaną przyjaźń, wiosenny Kraków odkrywany na nowo, a wreszcie miłość… Bo wszystko jest możliwe, tylko trzeba chcieć i odważnie spoglądać w przyszłość.

Romantyczna opowieść, która zabierze Was do klimatycznego miasta nad Wisłą, pięknej, słonecznej Wenecji, i wszędzie tam, gdzie warto się zakochać.

Opinie o ebooku Tylko dobre wiadomości - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Tylko dobre wiadomości - Agnieszka Krawczyk

1.

Realizator dał znak iIzabela Oster poczekała, aż operator kamery zmieni plan izamiast wściekłej twarzy polityka, pokaże znowu ją. Pochwili widzom wcałym kraju ukazał się profil kobiety, awkolejnym kadrze zbliżenie jej dłoni. Fantazyjny manicure Zuli doczekał się już nawet własnej strony na portalu społecznościowym, zatytułowanej „Pazury Ostrej”, gdzie prawie codziennie wrzucano nowe zdjęcia. Oczywiście nieżyczliwi dziennikarce – atakich nie brakowało – uważali, żetoIzabela zleca prowadzenie tej witryny, ale kto bysię przejmował zawistnikami. Dzisiaj miała paznokcie pomalowane naczerwono wstylu ombre – kolor rozchodził się odgłębokiej czerni przy opuszkach palców dosoczystej czerwieni, jakby zanurzyła końcówki wekrwi. Bardzo adekwatnie dozakończonej właśnie rozmowy, conapewno zauważą widzowie.

Była zadowolona zdobrze wykonanej roboty. Zgodnie zeswoim zwyczajem wostatniej minucie programu „Info Global” rzuciła najbardziej niewygodne pytanie. Polityk, już rozluźniony, stracił głowę. Zupełnie nie był przygotowany nataki obrót sprawy. Iwtedy właśnie go przygwoździła. Dziwne, ale taka strategia zakażdym razem się sprawdzała.

Gość jeszcze chwilę wikłał się wdosyć nieskładnej ichaotycznej odpowiedzi, pozostawiając wwidzach wrażenie, żecoś kręci, gdy tak nerwowo próbuje wybrnąć zsytuacji, aIzabela pozwoliła mu się męczyć. Potem podsumowała jego wysiłki jednym dobrze wybranym bon motem izakończyła program.

– Bardzo dziękuję – zuśmiechem niewiniątka zwróciła się doswego interlokutora, gdy zeszli zwizji, anaekranie pokazała się prognoza pogody.

Polityk, nawet jeśli był zdenerwowany, nie dał tego posobie poznać. Nie oddziś wtym siedział idobrze znał reguły gry.

– Nieźle mnie pani wymaglowała, pani Izo. – Próbował skrócić dystans. – Chyba należy misię jakaś rekompensata?

– Jeżeli myśli pan ootrzymaniu zaproszenia dokolejnego programu, tobardzo chętnie. Widzowie napewno sąogromnie ciekawi dalszego ciągu wątku znielegalnym finansowaniem partii wtle. – Roześmiała się swobodnie.

Gość skrzywił się, jakby posmakował wyjątkowo niesmacznej potrawy.

Nie zemną te numery – pomyślała dziennikarka. – Jeżeli sądzisz, żejestem jakąś głupią dzierlatką…

– Zula, szef naciebie czeka… – Dorozmowy wtrąciła się niespodziewanie asystentka. Oster była jej wdzięczna zato, żesię pojawiła. Przelotnie uścisnęła dłoń nadętego polityka, który uśmiechnął się profesjonalnie iwbardziej oczywisty sposób wystosował zaproszenie nakolację. Zwyczajnie tozignorowała ipożegnała się szybko.

Czego mógł od niej chcieć Zawada?

Oster nie miała nad sobą wielu przełożonych. Jej pozycji wprywatnej telewizji Global PL odlat nikt nie podważał. Gdy tutaj przyszła, była toniewielka, raczkująca stacja, którą szczęśliwa koniunktura narynku idobra ręka doprogramów wyniosła naszczyt. Teraz jednak szykowały się zmiany iIzabela dobrze otym wiedziała. Właściciel stacji, Edmund Wernicki, wybierał się naemeryturę. Mówił oniej coprawda oddługiego czasu, ale niedawny zawał uzmysłowił mu chyba, żeczas podjąć decyzję. Global PL miała więc już oficjalnie przejść wręce jego dzieci. Aone – wiadomo – zamierzały zarządzać poswojemu.

Wernicki był wierny starej szkole. Mimo iż stacja miała charakter komercyjny, utrzymywał pasmo informacyjne, anawet kulturalne. Dokładał dotego, ale uważał, żewarto. Oster była przekonana, żejego syn, Wiktor, może nie mieć już podobnych sentymentów. Global PL napewno czekały zmiany. Pytanie tylko, wjakim kierunku…

Jacek Zawada był szefem działu informacyjnego. Dyrektorem programowym izaufanym Edmunda Wernickiego. Swego czasu Izabela przeżyła zJackiem krótkotrwały romans, ale oboje doszli downiosku, żenie ma sensu go kontynuować. Facet był obarczony żoną idziećmi, aOster nie życzyła sobie małżeńskich scen, doktórych zpewnością wcześniej czy później bydoszło.

Światek telewizyjny jest mały, agdy się romansuje wewłasnym biurze, sprawa jest nie doukrycia. Tak więc wszystko skończyło się nakilku gorących weekendach naMazurach, apotem powiedzieli sobie: „Żegnaj”. Naszczęcie nie popsuło toukładów zawodowych, czego Zula najbardziej się obawiała. Nie manic gorszego niż były kochanek wroli obecnego przełożonego. Jacek miał jednak klasę. Zniczego nie robił problemu.

Teraz jednak przyglądał się dziennikarce zpewną rezerwą izapalił papierosa, czego wogóle nie praktykował. Oster zdziwiła się, bowydawało się jej, żerzucił palenie przed kilku laty.

– Cosię dzieje? – spytała bez wstępów. – Ktoś umarł?

– Daj spokój. Bez tragizowania. – Mężczyzna strzepnął popiół, apotem wygładził rękawy swej idealnie skrojonej marynarki. Jak zawsze podkreślał, wkwestii ubrania był straszliwym snobem ikupował rzeczy szyte wyłącznie nazamówienie. Nic dziwnego, żedbał też onie wdosyć przesadny sposób.

Usiadła irozejrzała się zakawą. Odrazu zrozumiał, ocojej chodzi, iprzywołał sekretarkę. Chwilę czekali wmilczeniu, agdy asystentka przyniosła espresso, Jacek zaczął wreszcie mówić.

– Sama wiesz, jaka jest sytuacja. Edmund odchodzi, aszefem wszystkich szefów zostaje Wiktor.

– Tojuż przesądzone? – przerwała.

– Tak. Edmund madosyć. Pozawale lekarz oświadczył mu, żejeżeli nie zwolni tempa, może się todla niego źle skończyć. Zresztą nie majuż motywacji. Wtym biznesie osiągnął wszystko. Uznał, żeteraz czas, aby ktoś inny się wykazał.

– Aha. Rozumiem, żeWiktor zamierza się wykazać iwtym celu mnie wezwałeś.

– Zaprosiłem. Ale, tak, masz rację, analiza bezbłędna iszybka.

– Zakogo tymnie masz, Jacek? Już szmat czasu prowadzę programy publicystyczne. Myślisz, żenie potrafię dodać dwa dodwóch iocenić, cowtrawie piszczy? Szykują się przetasowania, topewne. Pytanie tylko – naile one mnie dotyczą.

Jacek westchnął, nie przestając obracać wdłoniach filiżanki.

– No właśnie. Otym chciałem porozmawiać, tylko proszę, nie denerwuj się.

Izabela poruszyła się zniecierpliwiona nakrześle.

– No, skoro tak zaczynasz, towidzę, żemam powody doobaw. Itopoważne.

– Narazie nic się nie dzieje. – Zrobił uspokajający gest dłonią. – Wiktor chce zmienić charakter stacji nabardziej… rozrywkowy.

– Machanie nogami ipióra wtyłku? Talent show igotowanie naekranie? – podrzuciła, ale wjej głosie nie było śladu życzliwości.

– Coś wtym stylu. Plus seriale telewizyjne wdużej ilości. Zamierza jeprodukować, bozna się nad tym jak mało kto.

Jasne. Synalek właściciela skończył jakąś szkółkę dla scenarzystów iteraz się będzie wyżywał twórczo.

– Cudownie. Odrazu niech wyprodukuje musical Stepująca kuchareczka, będzie miał wszystko w jednym – burknęła znad swojej kawy sarkastycznie.

Spojrzał nanią zurazą.

– Nie przesadzaj. Wiesz, jaka jest sytuacja narynku. Wpływy zreklam spadają, trzeba walczyć. Akurat uważam, żetonie sąnajgorsze pomysły napodniesienie oglądalności. Itak była już najwyższa pora, żeby coś zmienić. Inaczej poszlibyśmy nadno, tobyłaby tylko kwestia czasu.

– No nie mów, żejest aż tak źle.

– Nie jest dobrze, Zula. Internet wykończył gazety, ateraz bierze się zatelewizję. Każdy może obejrzeć wiadomości wkomórce, prosto zportalu internetowego.

– Chyba nie chcesz mipowiedzieć…

– Narazie nie. Wiktor zamierza przesunąć twój program napóźniejszą godzinę. Tapora jest nam potrzebna naserial. Wiesz, najlepsza oglądalność poprostu.

– Nie wierzę własnym uszom! Cotypieprzysz? – Zula odstawiła filiżankę nastół tak nieuważnie, żetaprzewróciła się, apotem stoczyła zblatu iroztrzaskała naparkiecie. Nawet tego nie zauważyli.

– Nie denerwuj się. Topewnie tylko chwilowa roszada. Damy ci cztery audycje tygodniowo zamiast trzech, tylko opóźniejszej porze.

– Czyli niby ojakiej? Przed północą? Amoże nad ranem? Tojest świetna godzina dla publicystyki! Wilki wyją, dojarki wstają dokrów, można podpytać paru posłów osprawy kraju. Bardzo słusznie skądinąd: wieczór powinien być zarezerwowany dla szansonistek imydlanych oper.

– Proszę cię, nie gorączkuj się tak. Myśleliśmy opaśmie wokolicach godziny dziesiątej. Toznaczy dwudziestej drugiej.

Popatrzyła naniego takim wzrokiem, żegdyby mógł zabijać, toJacek Zawada nie powitałby już następnego dnia.

– Tojakieś kpiny – rzuciła przez zęby. – Powiedziałabym dosadniej, gdzie mam twoją hojną propozycję, ale nie będę się wyrażać. Czy powinnam przygotować jakiś papier owypowiedzenie, czy wystarczy, żeteraz ci powiem „dowidzenia”?

– Zula, zastanów się jeszcze. Nie działaj pod wpływem emocji, bopóźniej nie będzie już odwrotu.

– Ach tak? Więc jeszcze nadodatek mnie straszysz? No, pięknie. Zabieracie miprogram, rzucacie jakiś ochłap iczego oczekujecie? Żebędę wdzięczna? Nic ztego, drogi Jacku. Odchodzę. Zatrudnijcie namoje miejsce pannę tańczącą narurze, napewno wypełni wam ramówkę odrana dowieczora.

Wstała iwyszła, trzaskając drzwiami.

Zawada krzyczał zanią, ale nie zamierzała się odwracać.

Cozagnojek.

Tyle lat. Taki świetny program. Dostała zaniego wszystkie możliwe nagrody. Liczyła się wśrodowisku, szanowano ją, wręcz się jej obawiano. Politycy przymilali się ozaproszenie do„Info Global”, mimo iż łatwo tam było oberwać. „Ostra” zawsze robiła szoł, amemy zkolejnych audycji zaraz podbijały sieć. Jak można ukręcić kark kurze znoszącej złote jaja?

Oster dziwiła się, ajednak symptomy nadchodzącej burzy wyczuwała odpewnego czasu. Jacek przebąkiwał ozmianach, ozjeżdżających słupkach oglądalności ispadających dochodach zreklam. Ten zawał Wernickiego też był czymś spowodowany… Stary poprostu gryzł się coraz gorszą kondycją spółki. Tylko żeZula była pewna, iżjej topoprostu nie dotyczy. Ona stanowiła jeden zfilarów tej telewizji. Bez jej programu Global PL poprostu nie istniała, nie była sobą. Izabela Oster tobyła marka – dziennikarska iosobista.

Nie dowiary.

Jeszcze zobaczą – pomyślała mściwie, siadając doswojego komputera. Szybko nasmarowała maila dowszystkich współpracowników. „Wzwiązku zezmieniającą się polityką firmy, nie widząc szans naporozumienie iwtrosce owysoki poziom programu, decyduję się odejść”. Ijeszcze parę kąśliwych uwag natemat nowej linii, wktórej zabraknie miejsca dla polityki ipublicystyki, aznajdzie się czas nawątpliwej jakości rozrywkę. Nie zastanawiając się zbyt długo, kliknęła „wyślij” iodchyliła się zdumą nakrześle.

Nareakcję nie trzeba było długo czekać. Telefon rozdzwonił się pominucie. Zawada dobijał się nakomórkę.

– Wiesz, cowłaśnie zrobiłaś? Teraz już nie da się tego odkręcić.

– No icoztego? – stwierdziła niefrasobliwie.

– Zapomniałaś, żemasz duży kredyt? Pewne rzeczy naprawdę lepiej jest przemyśleć.

Izabela zamarła nachwilę, wpatrując się wekran komputera, naktórym wyświetlały się odpowiedzi najej maila. Pocieszające, ale też pełne źle skrywanej satysfakcji ifałszywej przyjaźni.

Kredyt.

Prawie całkiem onim zapomniała.

Dwa lata wcześniej kupiła okazyjnie zrujnowane wielkie mieszkanie wKrakowie, wdzielnicy, wktórej mieszkała jako nastolatka, naGrzegórzkach. Tobył naprawdę niebywały fart. Kamienica szła doprzebudowy, właściciel pozbywał się całego ostatniego piętra, właściwie nadbudowanej nagłównej fasadzie budynku mansardy, zczterema wielkimi oknami odfrontu. Pobokach napłaskiej części dachu można było swobodnie wygospodarować dwa obszerne tarasy. Lokal był przestronny, bardzo wysokie wnętrza dawały niezwykłe możliwości adaptacyjne, awidok, jaki rozciągał się ztej kamienicy, poprostu zapierał dech wpiersiach.

Tylko żekosztował niemało iOster zaciągnęła naniego spory kredyt. Remont także przekroczył jej najśmielsze oczekiwania.

Wdodatku miała pełną świadomość, żekupno tego mieszkania tozwykły kaprys. Nie zamierzała przecież opuszczać Warszawy. Tupracowała, tubyła siedziba Global PL. Mieszkanie wKrakowie miało być inwestycją kapitału idrogą zabawką. Miejscem, gdzie będzie można spędzić weekend lub sylwestra. Zaprosić przyjaciół nafajną imprezę, bomieściło się nieopodal najbardziej rozrywkowej dzielnicy Krakowa, czyli Kazimierza.

Wszędzie blisko, można wrócić pieszo zkażdej balangi. Poza tym toogromne metrażowo mieszkanie odrazu skradło jej serce. Gdy tylko agent poinformował jąopojawieniu się tej oferty narynku, wiedziała, żemusi jemieć. Miłość odpierwszego wejrzenia.

Czyżby teraz miało stać się kulą unogi?

Bez problemu znajdę inną pracę. – Zula otrząsnęła się zezłych myśli. – Cotodla mnie.

No właśnie. Taka dziennikarka jak ona, powinna poprostu usiąść wygodnie ipoczekać, apropozycje posypią się same. Bez paniki, tylko spokojnie.

2.

Naparkingu pod redakcją, gdzie miała zaparkowane swoje auto – abył tosportowy kabriolecik wstylu lat sześćdziesiątych, który świetnie wyglądał nazdjęciach wplotkarskich czasopismach – zauważyła bilbord reklamowy. Wychodziła nowa pozycja Mistery’ego Clarka, jej ulubionego autora powieści sensacyjnych. Dotego stopnia ukochanego, żejedyną rozmową, jaką przeprowadziła wstudio zosobą spoza polityki, była tazClarkiem właśnie. Doskonale odstresowywała się przy serii jego zwariowanych książek zpostrzeloną Becky Corcoran.

Kobieta, pośmierci męża, prywatnego detektywa, chcąc nie chcąc, musiała przejąć jego praktykę izwdziękiem pakowała się zjednych kłopotów wdrugie. Najnowsza powieść zatytułowana Bez zbędnej zwłoki, zaluzyjnie wyobrażoną naokładce uchyloną trumną, zapowiadała się nieźle iIzabela zakonotowała sobie, żeby wstąpić doksięgarni. Potak ciężkim dniu należy jej się odrobina rozrywki, aBecky Corcoran napewno jej wtej materii nie zawiedzie.

Myśli dziennikarki natychmiast popłynęły wkierunku Kamili Rudnickiej-Clement, polskiej tłumaczki Clarka ijednocześnie jej najlepszej przyjaciółki odczasów studiów. Towłaśnie Kamila zorganizowała ten wywiad, którego pisarz udzielił stacji Global PL. Zresztą Zula była trochę nim rozczarowana – liczyła nafajerwerki humoru igejzer intelektu, afacet okazał się, owszem, solidnym rozmówcą, ale oemploi głównego księgowego zfabryki wyrobów gumowych. Chętnie zwierzał się zplanów naprzyszłość, rozwodził nad popularnością swych książek wwielu egzotycznych krajach, ględził oekranizacjach iinnych tego typu sprawach. Jeżeli Oster miała nadzieję nakilka soczystych, osobistych anegdot, tosrodze się zawiodła. Clark był przy tym bardzo przystojny isprawiał ogromnie sympatyczne wrażenie, ale brakowało mu ikry. Być może cały humor przelał naBecky Corcoran – filozofowała Zula potym spotkaniu. Zanim doniego doszło, zastanawiała się nawet, czy nie wcisnąć Kamili Rudnickiej-Clement, opiekującej się autorem zramienia wydawnictwa, jakiegoś kitu inie porwać go powywiadzie naromantyczną kolację. No apotem, kto wie, kto wie… Żadnego sensacyjnego zakończenia nie można było wykluczyć. Gdy jednak rozmawiała zClarkiem nawizji, aon opowiadał, jak bardzo wzruszyło go uwielbienie polskich czytelników, miała ochotę raczej bić głową ostół niż go dyskretnie uwodzić. Tobył urzędnik literacki, anie niegrzeczny chłopczyk. Niech go Kamila sama niańczy.

Rudnicka-Clement urodziła się wStanach. Matka, rodowita Amerykanka, związała się swego czasu krótkotrwałym małżeństwem zLeonem Rudnickim, znanym globtroterem iautorem filmów dokumentalnych – ojcem Kamili. Córkę wychowywała nazmianę babcia wWarszawie icała rodzina matki wNowym Jorku, bopani Clement, usiłująca robić karierę aktorską, także nie była wzorem rodzica.

– WStanach nazywam się Clement, atutaj Rudnicka. Tak jest poprostu prościej – mawiała zawsze Kamila. Gdy wyszła zamąż zasyna właściciela firmy medialnej, Franka Strzegomskiego, pojawił się prawdziwy problem. Jej nowe nazwisko stało się niemożliwe dowymówienia dla zagranicznych krewnych. Rozwiązała niewygodną kwestię wten sposób, żepozostała przy połączonych nazwiskach swoich rodziców, tłumacząc mężowi, iżrobi tozgłębokiego szacunku dla ich życiowego dorobku.

Tak się złożyło, żeKamila studiowała dziennikarstwo wWarszawie natym samym roku, coIzabela, ponieważ wróciła wówczas dokraju, by opiekować się chorą babcią. Była znią naprawdę blisko związana. Tozresztą dzięki staruszce poznała swego przyszłego męża, choć, jak zawsze wzdychała, nie była tozbyt szczęśliwa okoliczność.

Małżeństwo zeStrzegomskim szybko przestało się układać. Izabela nie bardzo wiedziała, ocotak naprawdę chodzi, ale Franek iKamila oddłuższego czasu mieli zesobą coraz mniej wspólnego. Wreszcie napoczątku tego roku rozstali się nadobre.

Wszystko todziwnym trafem zbiegło się zpremierą nowej książki ipobytem Mistery’ego Clarka wPolsce. Kamila poinformowała Izabelę oostatecznym zakończeniu sprawy wprzerwie pomiędzy wywiadem telewizyjnym abankietem nacześć autora, urządzonym pod Warszawą.

– Coty? – Oster zareagowała zdziwieniem. – Jak to… Rozwiodłaś się?

– No, tak, właśnie mówię. Przedwczoraj była rozprawa. Już po wszystkim.

– Dlaczego minie powiedziałaś?

– Byłaś zajęta, zresztą… Jakie tomaznaczenie? Grunt, żetojuż zamknięty rozdział. – Wzruszyła ramionami Kamila ispojrzała nazegarek. Pojawiła się nabankiecie przelotem, należało jeszcze załatwić wiele spraw. Izabela nie mogła się nadziwić, żejej przyjaciółka przyjęła towszystko ztakim spokojem, przecież według badań rozwód jest drugim najbardziej stresującym wydarzeniem wżyciu. Zaraz pośmierci małżonka.

Wynikało ztego, żepomiędzy nią aFrankiem musiało się już bardzo źle układać. Nawet gorzej niż źle, skoro zareagowała takim chłodem. Rozstali się, ponieważ już ich nic zesobą nie łączyło – nie mainnego wytłumaczenia.

Toprawda, każde znich zajmowało się czymś innym. Franek prowadził swoją firmę igłównie wniej się udzielał, aKamila tłumaczyła. Początkowo traktowała towkategoriach hobby znudzonej pani domu. Potem jednak okazało się, żejest wtym naprawdę dobra. Małżonkowie nie widywali się chyba zbyt często. Ich piękny dom wKomorowie stał zwykle pusty, boKama najchętniej mieszkała wwarszawskim mieszkaniu odziedziczonym pobabci, aFranek często bywał zagranicą winteresach. Dzieci nie mieli, natomiast Rudnicka-Clement zupodobaniem hodowała labradory.

Izabela wyjechała zparkingu pod stacją telewizyjną. Niemal dokładnie wmomencie, gdy włączała się doruchu, zadzwonił jej telefon. Rzuciła okiem nawyświetlacz: Irena Lorde zkonkurencyjnej stacji, Superwizji. Znały się dobrze, raz nawet prowadziły razem debatę przed wyborami parlamentarnymi.

– Słyszałam, żeodchodzisz zGlobala – rzuciła Irena bez wstępów, gdy tylko Zula przełączyła natryb głośnomówiący.

– Widzę, żedobre wieści szybko się rozchodzą – odparła ironicznie.

– Cochcesz? Tomały światek, atam-tamy biją głośno. Podobno wysłałaś emocjonalnego maila dowszystkich, więc się nie dziw.

Emocjonalny mail. Tak właśnie nieżyczliwi skomentowali jej pożegnanie. Warto wiedzieć izapamiętać naprzyszłość.

– Dzwonisz wjakiejś konkretnej sprawie, czy żeby się podzielić tymi cennymi spostrzeżeniami?

– No, już nie bądź taka, nie obrażaj się. Gdybyś szukała pracy, todaj znać Mirońskiemu, on zawsze jest wpotrzebie.

Izabela miała ochotę jąkopnąć. Szybko zakończyła rozmowę kpiącym śmiechem, zapewniając, żepropozycji madość iprogram Karola Mirońskiego nie mieści się nawet nanajdłuższej liście. Karol kierował działem publicystycznym wjednej znajwiększych stacji, czyli Antenie 1, ale znany był zeswego wybuchowego charakteru iwpadania wgniew. Miał niewiarygodnego nosa donewsów iafer, lecz bywał poprostu nieznośny. Prowadzący jego programy zmieniali się zprędkością światła, aon niewiele sobie ztego robił. Był twarzą swojej telewizji ichoćby zadźgał kogoś nawizji, wcale bytonie zaszkodziło jego reputacji. Amoże nawet bypomogło, kto wie? Izabela szczerze nie znosiła Mirońskiego, cookazywała wsposób żywiołowy. Była zresztą ztego znana. Wolałaby pójść nazasiłek dla bezrobotnych, niż prosić go opracę.

Zerknęła nazegarek. No cojest? Minęło już tyle czasu, ajeszcze nie zadzwonił nikt poważny? Miała się zacząć obawiać? Była przekonana, żenie zdąży zamknąć swego biura, ajuż zaczną jąnagabywać producenci zinnych stacji. Wierzyła głęboko, żeprzed wieczorem spłynie kilka wstępnych propozycji dorozważenia, azaparę dni będzie już popierwszych spotkaniach. Narazie jednak się natonie zanosiło.

Przejechała przez miasto izaparkowała pod swoim domem. Nie poszła odrazu nagórę. Zawróciła wkierunku galerii handlowej, żeby kupić sobie książkę. Dzień był wystarczająco straszny, należała jej się nagroda. Pokrótkiej chwili, już znową powieścią Clarka wtorbie, wstąpiła doinnego sklepu. Butelka białego wina pomoże jej jakoś znieść ten wieczór. Pierwszy dzień bez pracy, zatozkredytem – jak uświadomiła sobie znagłym przerażeniem.

Nie zdążyła wysiąść zwindy naswoim piętrze, gdy znów rozdzwonił się telefon. Tym razem była toKamila.

– Mam już nowego Clarka – poinformowała jąnawstępie Izabela.

– O, szkoda. Przyniosłabym ci, nawet zautografem autora. Polubił cię. Uważa, żejesteś bardzo solidną dziennikarką.

Przyjaciółka prychnęła wyniośle, żeby dać dozrozumienia, cosądzi otakiej ocenie swojej pracy. „Solidna”, atodobre. Nataki komplement mógł się zdobyć jedynie amerykański pisarz owrażliwości buchaltera.

– No tak – ciągnęła Rudnicka-Clement niezrażona. – On twierdzi, żerzadko kto tak dobrze przygotowuje się dowywiadu. Był zaskoczony, jak wiele najego temat wiedziałaś. Inni dziennikarze nawet nie czytają jego książek. Jeden oświadczył mu nawet, żewoli nie czytać, żeby się nie uprzedzać doautora.

– Bęcwał – skomentowała Zula iKamila przez moment myślała, żeprzyjaciółka manamyśli Clarka. – Pewnie studiował wieczorowo.

– Lub nakursie korespondencyjnym – dodała wesoło, zrozumiawszy, żeOster mówi odziennikarzu.

– Aksiążkę zpodpisem Clarka możesz miprzynieść. – Izabela wróciła dotematu. – Postawię jąnapółce jako eksponat, nie będę nawet dotykać.

– Proszę bardzo. Załatwione. Wprzyszłym tygodniu przyjdą egzemplarze podpisane przez niego wStanach. Bardzo mu zależało nadobrej promocji wPolsce.

– Polubił nasz kraj, nie maco.

– Manad Wisłą mnóstwo fanów. Zupełnie jak William Wharton – skomentowała Kamila. – Chciałam zapytać, czy nie masz ochoty nakolację. Mogłybyśmy gdzieś pojechać, choćby doPergoli.

Restauracja Pergola mieściła się wKomorowie niedaleko dawnego domu Rudnickiej-Clement, który porozwodzie przypadł jej byłemu mężowi. Kamila rozstała się zwillą bez żalu, bonigdy nie odpowiadała jej nowoczesna architektura. Wciąż jednak miała sentyment dotej okolicy. Urokliwych lipowych alei iniewielkich knajpek ukrytych wmalowniczych ogrodach. Zula pomyślała, żekolacja zprzyjaciółką jest miłą alternatywą dla samotnego wieczoru zbutelką wina. Powieść Clarka nie zając, nie ucieknie.

– Zgoda. Twoja propozycja spadła mijak znieba. Dzisiaj rzuciłam pracę. Zamierzałam się upić białym winem, wziąć długą kąpiel, apotem poczytać twego podopiecznego. Być może uratowałaś mnie przed stoczeniem się nadno niemoralności.

– Dno niemoralności zpowodu butelki wina, wanny iksiążki? Przyznaję, żetobardzo wstylu Becky Corcoran, ale nie przesadzajmy. – Kamila roześmiała się nerwowo. – Powiedz milepiej, coztąpracą? Cosię stało?

– Jak tomówią: przyszło nowe imnie zmiotło.

– Cotyopowiadasz? Przecież jesteś podporą tej stacji. Jeśli oni tego nie widzą, tosąślepi, głusi, no igłupi nadodatek.

– Jeżeli jajestem podporą, tonajwyraźniej był tokolos naglinianych nogach. – Zula westchnęła. – Dyrektor programowy oświadczył mi, żezewzględu naspadki dochodów zreklam muszą zmienić profil. Będzie więcej rozrywki, mniej publicystyki. Mój program miał przejść dopasma cierpiących nabezsenność.

– Tojakiś obłęd. Przecież twoje programy wygrywały wrankingach oglądalności nawet zfilmami fabularnymi.

– No widzisz, chyba tookazało się niewystarczające. Nie mogłam się natozgodzić, Kama. Tobybyło poniżej mojej godności.

– Jasne, rozumiem. Tym bardziej powinnyśmy jechać natękolację. Nie uczciłyśmy mojego rozwodu, ateraz dzięki tobie mamy kolejną okazję dozabawy.

– Raczej kolejną stypę – powiedziała Oster ponuro.

– Aco? Jeszcze nikt nie zadzwonił zpropozycją?

– Żebyś wiedziała. Cholernie mnie tomartwi. Narazie tylko tażmija Lorde zatelefonowała, żeby miżyczliwie doradzić zwrócenie się opomoc doMirońskiego.

– Niech się sama doniego zwraca, mądrala jedna.

– Wrzeczy samej. Posłałam jąnadrzewo, ale gryzę się… Mam nadzieję, żemoje akcje zabardzo nie spadły.

– Nawet tak nie myśl. Jesteś najlepsza. Zawsze byłaś ibędziesz. Przebierz się szybko, bozagodzinę jestem uciebie ijedziemy nabalety.

Zula uśmiechnęła się. Jak dobrze mieć przyjaciółkę.

3.

Kiedy Rudnicka-Clement zjawiła się wmieszkaniu Oster, zastała przyjaciółkę zkieliszkiem wdłoni, kompletnie nieprzygotowaną dowyjścia, wdodatku wtotalnej rozsypce. Nastole stała nawpół opróżniona butelka wina.

– Wybacz, ale musiałam – stwierdziła tytułem wyjaśnienia.

– Cosię stało? – Kamila zdezaprobatą oceniła wzrokiem nieład panujący wniewielkim apartamencie przyjaciółki. Izabela zajmowała bardzo ładne, choć niezbyt obszerne mieszkanie tuż przy Wiśle, zpięknym widokiem narzekę. Nie należało doniej. Warszawskie mieszkania wyłącznie wynajmowała, przenosząc się okresowo zjednej dzielnicy dodrugiej, jakby nie mogąc się zdecydować, gdzie właściwie chce osiąść.

– Karol domnie zadzwonił – wyznała dziennikarka, upijając duży łyk.

– No icoztego?

– Wyprowadził mnie zrównowagi.

– Botopierwszy raz… – westchnęła Kamila, siadając nafotelu pod oknem.

Była toprawda. Miroński działał naZulę jak czerwona płachta nabyka, zresztą zewzajemnością. Nie było takiej branżowej imprezy, naktórej bysię nie pokłócili naśmierć iżycie. Oster nie potrafiła tego racjonalnie wytłumaczyć: sama postawa tego faceta, jego krytyczne imomentami seksistowskie uwagi, poglądy, jakie wygłaszał, nawet ton jego głosu doprowadzały jądoszału. Wszystko budziło wniej sprzeciw. Oczywiście, sama nie była aniołem. Tonie tak, żezdobywała swoje tematy iinformacje zawsze wsposób kryształowy. Słynęła zpodpuszczania gości nawizji wniezbyt szlachetnym stylu. Ale to, doczego przyznawał się bez skrępowania Karol, było poprostu wstrętne. „Cel uświęca środki” stanowiło nadrzędne hasło jego życia idałaby sobie rękę uciąć, żema je gdzieś wytatuowane. Naprzykład napośladku, botochyba najlepiej definiująca go część ciała – pomyślała mściwie.

– No więc, cosię stało tym razem? – popędziła jąRudnicka-Clement.

– Zadzwonił niby towyrazić współczucie, żemnie wylali. Rozumiesz, rozeszła się wieść, żezostałam wylana zGlobala!

– Przecież tonieprawda. Napewno zrobił to, żeby ci zagrać nanerwach. Oj, Zula, myślałam, żemasz więcej rozsądku, ale tydzisiaj jesteś naprawdę roztrzęsiona. – Pokręciła głową przyjaciółka.

Oster zdawała się jej wogóle nie słuchać. Przeżuwała swoje upokorzenie.

– Niepotrzebnie wogóle znim gadałam. Zaproponował mipracę przy swoim programie. Rozumiesz? Przy programie! Stwierdził, żetoitak więcej, niż mogę dostać ukogokolwiek innego, aon potrzebuje zdolnych prezenterów. Jakbym jabyła wyłącznie prezenterką. Idiota! Wdodatku cały czas powtarzał, żebym łapała wlot, botoszansa, która może się nie powtórzyć, aostatnich gryzą psy.

– Comu powiedziałaś?

– Żeby się wypchał iżepewnie doskonale wie, oczym mówi, bowokół niego wszyscy szczekają, czy coś takiego. Wkażdym razie palnęłam coś wyjątkowo głupiego. Byłam zdenerwowana.

Kamila się zaśmiała.

Izabela przypatrywała się jej zezmarszczonym czołem.

– Daj spokój. Nie myśl o idiocie, jedziemy na kolację. Przebieraj się, bo nie mamy za dużo czasu.

– Straciłam apetyt.

– Przez Karola Mirońskiego? Wolne żarty. Tylko bysię ucieszył. Zrobił tospecjalnie, żeby cię sprowokować. Wyczuł krew jak rekin. Chyba się nie dasz podejść jak dziecko?

Zula odrazu się rozchmurzyła. Przyjaciółka miała rację. Karol topalant inie można mu dawać satysfakcji. Awłaśnie żebędzie się dobrze bawić. Wszystkim naprzekór.

Pokwadransie siedziała już wsamochodzie Kamili iprzyglądała się, jak koleżanka prowadzi.

Rudnicka-Clement była bardzo ładną kobietą. Miała długie włosy wmiodowym odcieniu, ozawsze starannie podwiniętych końcówkach ilekko przerzucone przez ramię doprzodu. Widać było, żesporo czasu poświęca nadbanie ourodę. „Wypielęgnowana” – jak kiedyś złośliwie określiła jąIrena Lorde, która poznała Kamilę najednej zmedialnych imprez. Irena zazdrościła praktycznie wszystkim kobietom piękniejszym odsiebie, więc jej zdanie nie bardzo się liczyło, ale wtym akurat coś było. Rudnicka-Clement umiała wydobyć swoje walory. Zawsze znajdowała natoczas ipieniądze. Jej były mąż świetnie zarabiał, adzięki majątkowi rodziców sama także chyba nie biedowała. Zula nigdy wtonie wnikała, ale przyjaciółka raczej nie narzekała nabrak funduszy. Powodziło się jej doskonale. Praca tłumacza wbranży wydawniczej była bardziej zabawą niż ekonomiczną potrzebą. Robiła to, bosprawiało jej toprzyjemność iwypełniało czas. Inaczej byłaby tylko żoną bogatego męża nudzącą się wpodwarszawskiej posiadłości. Tak toprzynajmniej widziała Oster wczasach, kiedy przyjaciółka była jeszcze mężatką.

Dzisiaj Kamila założyła elegancką jedwabną bluzkę ispodnie zlekkiego materiału. Jej smukłą szyję ozdabiał delikatny szalik zjakiejś cienkiej jak mgła tkaniny operłowym odcieniu. Choć były torzeczy wznakomitym gatunku iuszyte zklasą, Zula uważała stylizacje przyjaciółki za niezbyt wystrzałowe. Rudnicka-Clement była znatury nieśmiała, nie lubiła zabardzo rzucać się woczy, toteż ijej kreacje nie należały doodważnych. Dziennikarka była zkolei przekonana, żetowłaśnie strojem można najlepiej wyrazić siebie, odróżnić się odszarego tłumu.

Dojechały doPergoli izapytały ostolik. Kelnerka poprowadziła jedoogrodu. Obie bardzo lubiły tuprzychodzić. Restauracja mieściła się wstarej willi, właściwie wzabytkowym dworku. Przechodziło się przez wnętrze wyposażone wmeble zlat dwudziestych, żeby wkońcu wejść naurokliwe patio. Różany ogród został urządzony zesmakiem wstylu francuskim. Były tu kwietne pergole, alejki, klomby oraz różne rodzaje pnączy. Latem zapach tak upajał, żeaż kręciło się wgłowie, aopadające płatki nieraz przypominały śnieg.

Zamówiły napoje iKamila zaczęła się przypatrywać Zuli ztroską.

– Już milepiej. – Uspokoiła jądziennikarka. – Miałaś rację, wycieczka dobrze mizrobiła. Opowiedz lepiej oswoim rozwodzie. Dobrze się ukrywałaś zcałą tąsprawą. Cosię właściwie stało?

Przyjaciółka westchnęła ipoprawiła szal.

– Nic, oczym byś nie wiedziała. Tonie było coś nagłego, zdrada czy coś wtym guście. Oddawna mieliśmy zesobą coraz mniej wspólnego. Prawie się nie widywaliśmy, dom wiecznie stał pusty.

– Nie mogliście się dogadać?

– Próbowaliśmy kilka razy, ale nie pomogło. Zrozumiałam, żejuż nic wtym nie ma. Staliśmy się sobie zupełnie obcy. Może nawet się lubimy, ale bardziej jak znajomi ztej samej ulicy, anie jak małżeństwo. Sama nie wiem, kiedy towszystko się ulotniło, wygasło…

– Smutne.

– Czy jawiem? Teraz myślę, żewcale nie było między nami miłości. Pamiętasz, odradzałaś miten związek. Twierdziłaś, żenie jestem zakochana.

– Bonie byłaś. Facet ci się podobał izjakichś niezrozumiałych dla mnie powodów chciałaś wyjść zamąż – mruknęła Zula.

Kamila pochyliła głowę.

– Chciałam mieć dzieci – wyznała.

Przyjaciółka milczała chwilę, bonagle wszystko ułożyło się wlogiczną całość. Te lata spędzone zFrankiem, najpierw wielkie nadzieje istwarzanie pozorów udanego związku, apotem powolne oddalanie się odsiebie iwreszcie rozwód.

– Zawsze pragnęłam mieć rodzinę… Wiesz, jacy byli moi rodzice. Ojciec ztymi swoimi podróżami ipomysłami naoryginalne wyprawy: psim zaprzęgiem poAntarktydzie czy pieszo popustyni Kara-kum.

– Tak, pamiętam ten jego cykl wtelewizji „Przez Sześć Kontynentów”, uwielbiałam go, gdy byłam małą dziewczynką.

– No właśnie. Amama usiłowała się wybić jako modelka iaktorka. Głównie natym koncentrowała swoją energię. Namnie już nie starczało czasu. Ciotka Viola Clement ibabcia Rudnicka były dla mnie bardzo dobre, ale toprzecież nie tosamo. Dlatego zawsze chciałam mieć własną rodzinę: męża dzieci, najlepiej kilkoro. Pewnie uważasz, żejestem śmieszna?

– Wcale nie, tylko nigdy otym nie mówiłaś. Myślałam, żewychodzisz zaFranka, boci się poprostu spodobał.

– Toteż. Przystojniak zniego, nie można zaprzeczyć. – Roześmiała się Kamila. – Był też pierwszym mężczyzną, który podzielał moje marzenia: fajny dom, duża rodzina, wspaniałe życie. Nie wyszło…

Zula nakońcu języka miała pytanie, ale ugryzła się wjęzyk. Tobyło widać jak nadłoni. Napewno się starali. Nie raz inie dwa, skoro małżeństwo trwało kilka lat. Musieli się wmiędzyczasie mocno rozczarować idojść downiosku, żepoza dążeniem dozałożenia rodziny tak naprawdę nic ich nie łączy. Gdy ten imperatyw zniknął, nic nie pozostało. Istotnie chyba lepiej się było rozstać.

– Przykro mi– szepnęła wkońcu Oster, zdając sobie sprawę, jak banalnie tobrzmi. – Wiem, żemusiałaś toprzechorować.

Rudnicka wzruszyła lekko ramionami izabrała się doswojej sałatki, którą wmiędzyczasie przyniósł kelner.

– Czy jawiem? Myślę, żeprzechorowałam tojuż nawcześniejszym etapie, gdy umarły nasze wspólne nadzieje. Teraz wystarczyło już tylko postawić kropkę nad „i”. Dłużej trwało uzgodnienie spraw majątkowych niż podjęcie decyzji osamym rozwodzie, powiem ci szczerze. Chyba oboje odetchnęliśmy zulgą, żetafikcja się skończyła. Odniosłam wrażenie, żeobojgu nam wstyd, żesię wzajemnie zawiedliśmy.

– Oczym ty mówisz? – Nie rozumiała Zula.

– No tak. Nie spełniliśmy pokładanych wtym związku nadziei. Jachciałam domu, spokojnej przystani imęża jak zbajki. Dostałam zimną industrialną willę zbasenem przypominającym obudowany betonem lej pobombie. Anadokładkę wiecznie zapracowanego biznesmena zpasją dorobienia pieniędzy. Gdzie romantyczne wieczory przy świecach iwyjazdy doFlorencji, żeby się włóczyć pomostach? On liczył na oddaną żonę, ciszę domowego ogniska itupot małych stóp. Otrzymał kobietę zajętą literaturą, ciągle wrozjazdach iwbiegu, awieczorami zajmującą się głównie psami. Żałosne, prawda?

– Nie bardzo. Poprostu rzeczywistość nie sprostała marzeniom. Tak często bywa. – Oster skinęła nakelnerkę, byprzyniosła jej kolejny kieliszek wina. Całe szczęście, żetoKamila prowadziła. Istne zrządzenie losu.

– Byliśmy tym wszystkim zmęczeni. Sama powiedziałaś: życie nam się rozminęło zmarzeniami. Wszystko poszło nie tak. Idlatego musiało się skończyć…

– Szlachetnie zwaszej strony. Niektórzy się męczą zesobą dośmierci, bowsumie takie życie nie jest złe: stabilizacja, przyzwyczajenie, przyjaźń ispokój. Ludzie nie oczekują więcej.

– Jaoczekiwałam.

– Dlatego jesteś teraz sama.

– Nie jestem sama. Mam Dropsa iKeksa. Moje dwa psy.

– Znakomite towarzystwo! Świetnie, żenie potrafią mówić inie reagują nate banialuki, które wygadujesz.

Kamila wybuchnęła śmiechem. Miała tęniezaprzeczalną zaletę, żetrudno jąbyło zdenerwować czy zawstydzić irzadko się obrażała.

– Tożadne banialuki. Czytałam ostatnio, żewnaszym pokoleniu ludzie sązapatrzeni wsamych siebie iwewłasny sukces. Tonowy sposób nażycie – coś wrodzaju wyzwania, aegzystowanie wparze stanowi tak naprawdę inną formę egoizmu, bowewspółczesnym związku myśli się tylko osobie.

– Orany. Kto wypisuje takie brednie? – Zula skrzywiła się nad swoim kieliszkiem. Wciąż nie mogła się zdecydować nadanie główne iodpół godziny skubała tylko przystawkę.

– Adam Szot, ten guru psychologii.

– Internetowej diagnozy związków – uściśliła Zula. – Moim zdaniem tofrustrat. Nie zdziwiłabym się, gdyby go porzuciła żona lub partnerka idlatego wypisywał te wszystkie wydumane pseudomądrości.

– Daj spokój. Sam stwierdził, żejego teksty sąskierowane doludzi potrzebujących odpowiedzi nakonkretne pytania. Znajdujących się wtrudnej sytuacji, nażyciowym zakręcie. Jeśli nie masz takiego problemu, diagnoza może wydać się nietrafiona.

– Bardzo wygodne, naprawdę – mruknęła Oster bez przekonania. – Nie uważasz, żedobra porada psychologiczna powinna być uniwersalna? Żeby każdy mógł wniej znaleźć jakąś wartość? Moim zdaniem Szot toszarlatan.

– Oj, proszę cię. Nie będziemy chyba gadać opsychologii. Mam dla ciebie pewną propozycję – odezwała się niespodziewanie Kamila.

Izabela popatrzyła naprzyjaciółkę zezdumieniem. Franek prowadził firmę medialną, ale nie zajmował się telewizją, raczej produkcją isprzedażą reklam. Poza tym byli już porozwodzie, zatem nie bardzo widziała możliwość pomocy ztamtej strony. Rudnicka-Clement nie chciała jej chyba zaprotegować wwydawnictwie? Oster zupełnie nie nadawała się dotakiej pracy. Nie mogłaby być ani redaktorką, ani osobą zajmującą się wizerunkiem. Nie miała dotego cierpliwości iumiejętności dyplomatycznych, była zbyt porywcza. Zawsze zdołała powiedzieć odwa słowa zadużo iwytrącić rozmówcę zrównowagi. To, coświetnie sprawdzało się wpublicystyce, niekoniecznie musiało być atutem wbiznesie.

– Propozycję? Zamieniam się wsłuch… – Oparła się wygodniej.

– Może byś najpierw jednak coś zjadła? – nonszalancko zaproponowała Kamila. – Nie chcę gderać, ale jeżeli wypijesz jeszcze trochę wina napusty żołądek, będziesz tuśpiewała jak zastarych, dobrych, studenckich czasów.

– Zawiedziesz się, moja droga. Już dawno tego nie robię. Ale masz rację. Skoro zanosi się narozmowę ointeresach,wezmę chyba pastę. – Skinęła nakelnerkę izłożyła zamówienie. Rudnicka-Clement zdecydowała się nakawę, apotem dłuższą chwilę patrzyła naprzyjaciółkę wmilczeniu, jakby zastanawiając się, odczego zacząć.

4.

– Pamiętasz moją teściową, Michalinę Strzegomską? – zapytała, gdy już przyniesiono zamówienie.

– Tak, zmarła chyba wtym roku, prawda? – rzuciła Zula znad makaronu.

– Owszem, tuż przed naszym rozwodem. Tozresztą chyba ostatecznie mnie upewniło codosłuszności decyzji, bowówczas zrozumiałam, żenic wżyciu nie trwa wiecznie – filozoficznie stwierdziła Kamila.

– Chorowała? – Zainteresowała się Zula, która bardzo słabo znała rodzinę Strzegomskich.

– Nie. Tobył wypadek samochodowy. Bardzo niefortunny zresztą. Lubiłam Michalinę, aona mnie.

Oster wywołała zpamięci teściową przyjaciółki, którą poznała naślubie. Była tobardzo wysoka ipiękna kobieta zdużą klasą. Naprzyjęciu piła wyłącznie koniak inie kryła się zpaleniem papierosów. Taki poprostu miała styl. Izabela nie mogła sobie uświadomić, czym się zajmowała, ale chyba było tocoś związanego zwnętrzami czy architekturą. Dom Strzegomskich, wktórym odbywało się wesele, był bardzo piękny.

– Michalina zapisała micoś wspadku – ciągnęła Rudnicka-Clement, obracając wdłoniach filiżankę. – Sprawa ciągnęła się trochę, zresztą rozwód wcale wtym wszystkim nie pomagał.

– Ale numer! Coci zapisała? Posiadłość Strzegomskich? Tobybyło dopiero. Wydziedziczyłabyś własnego męża. – Zula pękała ześmiechu.

– Zapisała mi… gazetę.

– Jaką gazetę? Prenumeratę? Mam nadzieję, że nie jakiś miesięcznik hobbystyczny, bo one są z reguły dosyć nudne.

– Bądź poważna. Tobyła jej gazeta. Założyła jąibyła jej właścicielką. Nosi tytuł „Stylowa Kobieta”, awychodzi wKrakowie.

Oster zatrzymała się wpół gestu zwidelcem wręku, apotem pokręciła głową.

– „Stylowa Kobieta”? Pierwszy raz słyszę. Nigdy nie widziałam takiej gazety wkioskach. Jesteś pewna, żewciąż się ukazuje?

Kamila westchnęła isięgnęła doswojej eleganckiej zamszowej torby przewieszonej przez oparcie. Wydobyła zniej magazyn wlakierowanej okładce. Gruby izwyglądu budzący zaufanie. Odrazu jednak dało się zauważyć, żecoś jest znim nie tak. Był jakby przestarzały, zarówno odstrony szaty graficznej, jak itreści, coZula zrozumiała, gdy tylko przerzuciła pobieżnie strony.

Długaśne artykuły omeblach, jakichś nudnych wystawach sztuki irównie kiepskich koncertach. Wywiady znikomu nieznanymi artystami, fotografie przedziwnych instalacji. Recenzje książek, októrych dowiadywała się pierwszy raz wżyciu. Skąd się wogóle wzięło takie czasopismo? Niby pełne treści izdjęć, ajednak oniczym.

– Hm. Ktoś towogóle kupuje? – Zwróciła przyjaciółce gazetę.

– No właśnie. Tojest największa zagadka. Kiedy zostałam właścicielką, poprosiłam obilans. Byłam pewna, żegazeta tego typu musi przynosić straty. Wyobraź sobie, żeona zarabia nasiebie!

– Niemożliwe. Chyba żetojest pralnia brudnych pieniędzy. Jabym tego nie kupiła nawet zazłotówkę inie sądzę, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach się natozdecydował. Wtym nie mażadnej wartościowej treści. Ani jednego artykułu, który bym chciała przeczytać. Kompletne dno.

– Tak samo uważam. Ajednak się utrzymuje, itozreklam.

Zula ponownie wzięła „Stylową Kobietę” doręki. Faktycznie reklam było sporo. Galerie sztuki isklepy zantykami. No tak, zapewne tubyła odpowiedź. Odpowiednio sprofilowana grupa docelowa. Może tędziwną gazetę rozdawano poprostu zadarmo, areklamodawcy wpisywali sobie towkoszty lub zwyczajnie oszaleli?

– Myślisz, żechodzi oartykuły sponsorowane? – podrzuciła Kamila, wyłapując spojrzenie przyjaciółki. – Zauważyłam, żedużo faktur wystawionych jest natęsamą firmę spod Krakowa.

– Niewykluczone. Awłaściwie dlaczego tagazeta masiedzibę właśnie tam? – Zainteresowała się Zula.

– Michalina pochodziła zKrakowa. Zawsze mówiła zsentymentem, żetomiasto zklimatem, pełne artystów isztuki, gdzie żyje się wzupełnie innym rytmie.

– Toprawda. Tylko żejamam teraz wtym mieście zklimatem ogromny kredyt dospłacenia – westchnęła Izabela.

Przyjaciółka spojrzała nanią bystro.

– A, istotnie… Zapomniałam, żetyteż pochodzisz zKrakowa. Cozaszczęśliwy zbieg okoliczności.

– Nie bardzo rozumiem.

– Przejdę dosedna. Chciałabym odnowić „Stylową Kobietę”. Toznaczy poprowadzić ją, ale wzupełnie innym kierunku. Może zmienić tytuł, ale zpewnością zmodyfikować zawartość. Kusi mnie praca wgazecie, ten spadek odMichaliny todla mnie gwiazdka znieba, życiowa szansa. Pewnie bym nie zaryzykowała, ale teraz, gdy tyrzuciłaś pracę ijesteś wolna… Pomyślałam, żewedwie mogłybyśmy spróbować.

– Chyba żartujesz!

– Zula, nie wygłupiaj się, tylko poprostu powiedz „tak” izostań moją wspólniczką. – Kamila wpatrywała się wnią zwyczekiwaniem.

Oster znieruchomiała nad resztką swojego dania.

– Wspólniczką? – zapytała niepewnie.

– Tak. – Rudnicka-Clement potwierdziła zcałą mocą. – Mam trochę oszczędności, natym rozwodzie nie wyszłam wcale źle, więc oforsę napoczątek nie mamy się comartwić. Tydałabyś wkład merytoryczny. Trzeba byzanalizować rynek, no izreorganizować redakcję. Tam pracują cztery osoby nastałych etatach, jak zadawnych dobrych czasów.

– Mają umowy opracę? – zdumiała się Izabela, aKamila skinęła głową.

– Moja teściowa wyznawała zasady socjalne. Żadnych śmieciówek, współpracowników, stażystów ipraktykantów. Wszystko wstu procentach legalnie ibez jakiegokolwiek wyzysku.

– Bardzo szlachetnie ichwalebnie, moim zdaniem, ale teraz tojuż naprawdę nie rozumiem, jak tagazeta była wstanie działać. Nie do wiary! Ona nadal wychodzi? – Nie wierzyła dziennikarka.

Rudnicka-Clement zaprzeczyła.

– Ostatnio nie. Strasznie się pożarli wredakcji pośmierci Michaliny. Nie byli wstanie wydać numeru. Naczelną jest przyjaciółka mojej teściowej, jeszcze chyba zczasów szkolnych, pani Nina. Rozmawiałam znią raz przez telefon iubawiłam się setnie. Próbowała mnie odrazu ustawić dopionu. Rozumiesz? Ona mnie, właścicielkę. Starała misię uświadomić, żemisja Michaliny powinna być kontynuowana, boona bysobie tego życzyła, iże niechybnie przewraca się wgrobie zpowodu zmian, które planuję.

– Cudownie. Właśnie kogoś takiego nam potrzeba, koncyliacyjnego iugodowego – ironicznie stwierdziła Oster.

Kamila roześmiała się głośno.

– „Nam potrzeba”: czy tooznacza, żesię zgadzasz? Bardzo się cieszę, Zula.

– Wiesz, Kama, tagazeta tonajlepsza propozycja, jaką otrzymałam wciągu ostatnich dziesięciu godzin – mruknęła dziennikarka.

– Musiałam uprzedzić inne oferty – zażartowała przyjaciółka.

– Otak, totynamówiłaś Antenę 1 itelewizję publiczną, żeby wogóle się domnie nie odezwali?

– Nie mów, żechciałaś akurat tam pracować. – Zainteresowała się Kamila.

– Chciałam otrzymać propozycję – uściśliła Izabela. – Jaką dałabym odpowiedź, tozupełnie inna sprawa.

– Zresztą Antena 1 się odezwała, wosobie Mirońskiego – przypomniała Rudnicka-Clement, nacoOster tylko prychnęła, dając dozrozumienia, cosądzi otakim poziomie kontaktów. Odezwać się doniej mógł prezes albo ktoś naznacznie wyższym stanowisku niż szef programu informacyjnego, zktórym itak nie miała przyjemności rozmawiać.

– Mniejsza ztym. – Izabela zbagatelizowała sprawę Anteny 1 iKarola. – Opowiedz milepiej oreszcie tego dziwnego zespołu redakcyjnego, jeżeli coś jeszcze wiesz.

– Tyle tylko, cowynika zakt oraz rozmowy zNiną. Jest pan Stefan, który robi zdjęcia, moim zdaniem bardzo udane wzestawieniu ztreścią artykułów, ipara młodych dziennikarzy: Bartek iWeronika, całkowicie podporządkowanych szefowej.

– No tojuż jest coś, naczym można bazować – westchnęła Oster. – Artykuły osofach wzwierzęce cętki iempirowych toaletkach nie mogą jednak zostać.

– Doskonale otym wiem. Dziesięć stron oletnim koncercie wjakimś uzdrowisku także odpada…

– Jeżeli topismo masię sprzedawać, anie egzystować dzięki hojności jakichś tajemniczych sponsorów, musimy przemyśleć profil. Dokogo mabyć skierowane? Kto majekupić iczytać? Jakie maprezentować treści itematy? – Zula się zapaliła ijuż wjej głowie zaczął rysować się plan.

Rudnicka-Clement przytaknęła.

– Mam świadomość, żetakich gazet narynku sądziesiątki ibardzo trudno się przebić zkolejną. Moda iuroda, styl życia, ploteczki ihoroskopy – wszyscy tooferują.

– Dlatego mybędziemy inne – stwierdziła zprzekonaniem Oster. – Daj mitylko trochę czasu, żebym sobie wszystko ułożyła.

Kamila odetchnęła ioparła dłonie nablacie stolika.

– Wiedziałam, żemogę naciebie liczyć. Już tycoś wymyślisz. Jesteś najlepsza.

– Dzięki. Tego miteraz trzeba. Energetycznego kopa. Może tojest właśnie najsłuszniejsze rozwiązanie? Nie szukać wswojej branży wsensie ścisłym, awziąć się zacoś innego, choć wsumie pokrewnego? Zacząć budować odnowa, tworzyć inną, ale kompletną wizję odpoczątku?

– Adam Szot podsuwa dokładnie taką koncepcję psychologiczną. „Moje nowe ja”, kreowanie siebie nanowych zasadach, nie wopozycji dostarego obrazu siebie, ale jakby wuzupełnieniu.

– Widać Szot czasami powie coś niegłupiego – stwierdziła Zula zpełnym powątpiewaniem.

– Oczywiście, żetak. Nie śmiej się zniego. Czytałam wjednym artykule, żegdy brał udział wczacie najakimś portalu psychologicznym, serwer uległ awarii zpowodu ilości wejść, taki jest popularny.

– Cozabufon – mruknęła obraźliwie pod adresem psychologa dziennikarka, bobyła pewna, żeon sam kolportował te informacje natemat swej kolosalnej sławy. – Może imypowinnyśmy tak reklamować naszą gazetę? – zastanowiła się. – Czytelnicy tratowaliby się wkioskach isalonikach prasowych woczekiwaniu nakolejny numer „Stylowej Kobiety”? Nie, ten tytuł jest całkiem dobani. Tak się mogła nazywać gazeta wlatach dziewięćdziesiątych, anie teraz. Tomusi być coś zakręconego, nowoczesnego.

– Wierzę, żecoś wymyślisz.

– Wymyślimy. – Poprawiła Kamilę przyjaciółka. – Nie zwalaj wszystkiego namnie. Ispakuj się.

– Poco?

– Jak topoco? Jedziemy doKrakowa. Popierwsze, wobecnej sytuacji nie ma sensu, żebyśmy mieszkały wWarszawie, apoza tym musimy pilnować interesu tam, namiejscu. Jak zamierzasz kierować gazetą, która jest wKrakowie, nie mieszkając tam?

– ADrops iKeks? Cojamam znimi zrobić? – Zatroszczyła się Rudnicka.

Zula westchnęła głęboko namyśl olabradorach. No tak, jeszcze ito.