Twórca historii - Walaszczyk Wojciech - ebook + książka

Twórca historii ebook

Walaszczyk Wojciech

0,0

Opis

Najnowsza książka Wojtka Walaszczyka to jedna z tych pozycji, które czyta się jednym tchem. Widzimy w niej Boga, działającego z mocą wśród ludzi takich jak my: zwykłych Polaków, żyjących w XXI wieku, którzy nie są herosami wiary. Każdy z nas zmaga się bowiem z podobnymi trudnościami, jak bohaterowie kolejnych rozdziałów Twórcy historii.

Agata Strzyżewska

 

Książka Twórca historii nie ma podziału na rozdziały. Zamiast rozdziałów jest prawdziwy człowiek i prawdziwa historia. To dziesięć różnych opowieści, które mają cechę wspólną – są jak motek wełny. Z perspektywy ludzkiej są zawikłane i poplątane. Kiedy jednak Bóg bierze je w swoje ręce, to nawet w tym, co poplątane, widać sens, a z motka zagmatwanego życia powstaje dzieło Bożej, zbawczej historii.

Radosław Siewniak

 

Zobacz, jak Bóg porusza się w życiu zwykłych, wydawałoby się nic nie znaczących w ogromnym wszechświecie, ludzi. Historie, które pokazują, że małe, często niewyraźne Boże wskazówki i słowa rodzą Jego potężne dzieła. Polecam gorąco – niezależnie od tego, w jakiej sytuacji dziś się znajdujesz, Bóg potrafi zrobić coś, co nie pojawiło się nawet w twoich najbardziej odważnych marzeniach.

Grzegorz Przeliorz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Rekomendacje

Najnowsza książka Wojtka Walaszczyka jest pełna dobrze opowiedzianych historii. Nasz Tata w Niebie jest prawdziwym autorem cudów, przełomów i niepojętych zmian, które zostały spisane i przepięknie podsumowane. To jedna z tych pozycji, które czyta się jednym tchem. Widzimy w niej Boga, działającego z mocą wśród ludzi takich jak my: zwykłych Polaków, żyjących w xxi wieku, którzy nie są herosami wiary. Każdy z nas zmaga się bowiem z podobnymi trudnościami, jak bohaterowie kolejnych rozdziałów Twórcy historii. Jednak tak samo jak oni, również my możemy doświadczyć, jak potężny Bóg bierze nasze życie w swoje ręce i dokonuje cudu. Książka Twórca historii przypomniała mi, że Bóg jest bliżej, niż nam się wydaje, i że może uczynić więcej, niż oczekujemy. 

Agata StrzyżewskaPrezes Fundacji Wszystko Jest Możliwe, autorka Szkoły Pasji i Wizji oraz Szkoły Słuchania Boga.

Książka Twórca historii nie ma podziału na rozdziały. Zamiast rozdziałów jest prawdziwy człowiek i prawdziwa historia. Twórca historii to dziesięć różnych opowieści, które Wojciech Walaszczyk przedstawia w pewiencharakterystyczny sposób: najpierw poznajesz historię bohaterów książki, opowiedzianą ich słowami; następnie autor przeprowadza z nimi rozmowę, aby na koniec zaprosić czytelnika do biblijnej puenty. Najbardziej zaskakująca jest ostatnia opowieść… ale nie sprawdzaj od razu, kto ją opowiada – niech poprzedzające historie doprowadzą cię do tej najbardziej niezwykłej.

Do napisania książki autor zaprosił dziesięć osób, w ten sposób zabierając czytelnika w podróż w głąb ludzkich historii, w których napotka momenty wstydu, bólu, dramatów, rozterek, potknięć i porażek, ale i śmiałych wizji i marzeń. Wszystkie historie mają cechę wspólną – są jak motek wełny. Z perspektywy ludzkiej są zawikłane i poplątane. Kiedy jednak Bóg bierze je w swoje ręce, to nawet w tym, co poplątane, widać sens, a z motka zagmatwanego życia powstaje dzieło Bożej, zbawczej historii.

Jezus Chrystus stał się twórcą historii każdego z bohaterów tej książki. Jak różni są ludzie i ich losy, tak w różny sposób Bóg zapisuje swoje działanie w historiach ich życia.

Kuzyn Jezusa, Jan Chrzciciel, powiedział o Nim: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego!” (Łk 3,4). Bardzo często myślimy w inny sposób. Wydaje nam się, że to my musimy prostować swoją ścieżkę, aby znaleźć drogę do Boga. Wydaje się nam, że to my musimy tak poukładać ścieżki swojego życia, aby pokierowały nas do Niego. A Jan Chrzciciel mówi: „Przygotujcie drogę dla Pana, bo oto On przychodzi”. Moglibyśmy powiedzieć: „No przecież Pan chyba zna ścieżki? Jest wszechwiedzący i wszechmocny. Wie, jak trafić do każdego człowieka. Czyż nie? Wie jak trafić do nas. Po co Mu przygotowywać drogę, skoro On i tak trafi?”. Najbliższy kuzyn Jezusa mówi jednak: „Prostuj ścieżki. Wyrównaj wszystkie nierówności. Dziurę zasyp, górę wyrównaj. Uczyń swą drogę równą i szeroką, aby Jezus miał wjazd do twojego serca. Aby mógł wejść prosto w nie. Prosto do twojego życia”.

To wskazuje na dwie bardzo ważne rzeczy, o których przeczytasz w książce Twórca historii. To nie my przychodzimy do Boga, ale On przychodzi do nas. To nie my kierujemy naszymi drogami tak, by poprowadziły nas do Niego, ale do nas należy przygotowanie swego serca, aby On mógł do niego bez żadnych przeszkód dotrzeć. To On robi pierwszy krok, a nie my. Bóg przychodzi do naszego życia codziennie. To, co możemy zrobić, to wpuścić Go, aby nie był tylko religijną figurą, gościem na chwilę, ale jego Zbawicielem i Panem. To jest historia każdego z bohaterów książki, którzy w pewnym momencie swojej wędrówki zrozumieli, że pozostałą część historii swego życia chcą powierzyć w ręce Boga – Twórcy historii.

Bóg może przyjść do naszego życia po najbardziej skomplikowanych obwodach naszych feralnych decyzji, upadków i potknięć, i często tak robi, ale potrzebuje do tego naszej zgody, chęci, pragnienia. Człowiek ma bowiem możliwość zatrzasnąć drzwi przed Nim, ma możliwość poplątać swoje drogi i myśli tak, że nie znajdzie czasu dla Boga. Wówczas On uszanuje naszą wolność, nasze wybory i na siłę nie stanie się dla nikogo twórcą historii zbawienia. On nie wyważy na siłę drzwi do naszego serca ani na siłę tam nie wejdzie.

Życie z Bogiem to więc nie kwestia pytania o to, co mamy robić, ale sprawa przygotowania dla Niego miejsca, aby mógł w nas żyć i tworzyć najpiękniejszą historię. Największą przeszkodę w podjęciu takiej decyzji Wojciech Walaszczyk widzi w chęci „bycia własnym zbawicielem”, czyli „próbie zbawienia siebie poprzez własną dobroć i sprawiedliwość”, która ostatecznie skończy się nie tylko fiaskiem, ale i wieczną katastrofą. Dlatego Bóg pyta, czy pozwolimy na to, aby On stał się naszym zbawicielem. Czy może uczynić w nas największy z cudów: nie tylko nas zbawić, nie tylko uczynić nas swoimi dziećmi, ale ostatecznie upodobnić do swojego doskonałego Syna, Jezusa.

Żydowski teolog i pisarz, Abraham Jeshua Heschel, napisał kiedyś: „Wszechświat jest skończony. Największym arcydziełem ciągle niedokończonym, ciągle tworzonym, jest historia. Albowiem Bóg, aby ukończyć swój wspaniały projekt, potrzebuje pomocy człowieka”. Ta „pomoc” wyraża się w tym, aby po prostu przyjąć Bożą pomoc; aby kropkę w historii naszego życia stawiały nie grzech i niezależność od Boga, ale Jego miłosierdzie i łaska.

Historie Noemi, Weroniki, Kariny, Artura, Dominiki, Nikoli, Oli, Ani, Grzegorza i Wojtka to historie osób, które zdecydowały, aby Bóg-Twórca historii, stał się twórcą ich historii. Bóg niezwiązany naszymi regułami czasu zaangażował się w życie każdej z tych osób. Wojciech Walaszczyk, składając wszystkie te narracje w całość, nie napomina ani nie moralizuje, ale pozwala zobaczyć, jak życie człowieka może zostać połączone z Bożym życiem. Dodatkową wartością tej książki jest odniesienie się autora do każdego świadectwa bohaterów w oparciu o Słowo Boże – Biblię.

Książka Twórca historii może stać się wskazówką, jak jeszcze bardziej zaufać Bogu, Twórcy historii czy też zachętą do tego, aby dopiero pozwolić Mu na tworzenie opowieści naszego życia.

„Jeżeli człowiek nie jest stworzony dla Boga, czemu jest szczęśliwy tylko w Bogu?” – pytał niegdyś Blaise Pascal. Wojciech Walaszczyk przedstawia życie dziesięciu szczęśliwych ludzi, którzy znaleźli szczęście w Bogu, rozpoznając, że On jest twórcą najlepszej historii.

Legnica, 15.03.2022 r.Radosław Siewniak

Zobacz, jak Bóg porusza się w życiu zwykłych, wydawałoby się nic nie znaczących w ogromnym wszechświecie, ludzi. Historie, które pokazują, że małe, często niewyraźne Boże wskazówki i słowa rodzą Jego potężne dzieła. Historie, które odkrywają, że chwała należy się tylko Temu, który włożył w serca ludzi Swoje Nowe Życie. Polecam gorąco, niech ta treść rozpali Twojego ducha i rozbudzi tęsknotę za Twórcą, który – niezależnie od tego, w jakiej sytuacji dziś się znajdujesz – potrafi zrobić coś, co nie pojawiło się nawet w twoich najbardziej odważnych marzeniach. Zobacz Boży majstersztyk! Nikt tego nie potrafi tak jak On, bo nikt nie wie tak wiele i nie widzi tak daleko, jak On.

Grzegorz Przeliorz

 

Podziękowania

Książka, którą właśnie trzymasz w ręku, nigdy nie zostałaby napisana, gdyby nie ci, którzy zechcieli opowiedzieć swoje historie. Stanowią one kanwę, na której powstała niniejsza pozycja. Dlatego też chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy się odważyli i którzy uwierzyli, że ich historia może być pomostem, po którym Pan Bóg będzie mógł wejść do historii życia innych ludzi.

Moje wielkie podziękowania dla: Noemi, Weroniki i Zygmunta, Grzegorza, Artura, Kariny, Dominiki, Nikoli, Oli, Ani. Przede wszystkim dziękuję Jezusowi Chrystusowi, którego historia połączyła historie wszystkich ludzi z Bogiem – Twórcą całej historii, który atramentem swojej łaski potrafi napisać każdą historię na nowo…

Wojciech Walaszczyk

 

 

Wstęp

Niniejsza książka składa się z historii różnych ludzi, którzy dzięki zaproszeniu Boga do swojej historii życia byli w stanie przejść przez „ciemne doliny”, nie pozwalając, aby te doświadczenia pozostawiły ich w miejscu zgorzknienia i cynizmu. Pozwolili, aby łaska Boża uzdolniła ich do zwycięskiego przejścia przez te doświadczenia. Niektóre z tych historii są już zamknięte, podczas gdy inne wciąż się piszą i czekają na swoje zakończenie.

Każdy rozdział niniejszej książki składa się z historii napisanej przez jej bohatera, wywiadu z nim oraz z refleksji, spostrzeżeń i komentarzy autora książki, którego historia również znajduje się w niniejszym opracowaniu.

 

 

 

Dlaczego historia?

No właśnie, dlaczego historia? W głównej mierze dlatego, że każdy z nas w większym lub też mniejszym stopniu potrafi się utożsamić z tą czy też inną historią. Słuchając różnych historii, czy to w kawiarni, w poczekalni, podczas podróży, w kościele, w pracy, w sklepie, na imprezach rodzinnych i gdzie by tylko jeszcze nie wspomnieć, z reguły próbujemy w nich odnaleźć siebie samych. Co więcej, próbujemy w nich znaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania i niejednokrotnie rzeczywiście je tam znajdujemy. Oczywiście niektóre historie są lekkie i zabawne i można się przy nich nieźle pośmiać, a inne z kolei – tak zwane wyciskacze łez – są trudne, wstydliwe, czasami i traumatyczne, i nie do końca zrozumiałe dla słuchaczy, którzy podobnych rzeczy nie przeżyli. Niektóre historie są prawdziwe, inne z kolei są wytworem ludzkiej wyobraźni. Jedni z nas bardziej lubią takich historii słuchać, a inni wolą je opowiadać. Niektórzy zawsze mają jakąś nową historię, podczas gdy inni od lat powtarzają ciągle te same, które wszyscy słyszeli już dziesiątki razy. (Znasz takich? A może sam jesteś taką osobą? W takim razie współczuję Twoim znajomym).

Oczywiście trzeba wspomnieć, że każdy z nas posiada swoje ulubione „motywy literackie”, na przykład dzieci, choroby, wakacje, praca, sukcesy, nowe gadżety, Bóg, szkoła i tak dalej. Są między nami tacy, którzy opowiadają tylko o swoich życiowych osiągnięciach i sukcesach, podczas gdy inni przodują w opowiadaniu o swoich życiowych porażkach, a przy tym szukają kogoś, kto mógłby się razem z nimi użalać, gdyż każda ich opowieść to historia z serii „wszyscy inni mają się lepiej ode mnie” lub „życie nie jest fair”. Zapewne i Ty, i ja posiadamy takie osoby w gronie swoich znajomych, więc zakładam, że wiesz, o czym piszę.

Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego kanwą niniejszej książki są prawdziwe historie, a mianowicie historia pozwala nam złapać kontekst prawd biblijnych, do których się odnosimy. Tym samym prawdy teologiczne ożywają i widzimy ich praktyczne zastosowanie w codziennym życiu. Bez tego kontekstu historii byłoby nam trudno wziąć jakąś „suchą” prawdę i zobaczyć jej zastosowanie w swoim życiu. Dlatego też sam Jezus, chcąc przekazać nam prawdy na temat Boga, Królestwa Bożego i jego funkcjonowania, nieustannie opowiadał różne historie, z którymi jego słuchacze mogli się w jakiś sposób utożsamić.

Tak, tak… historie… Tyle już ich było, tyle się ich właśnie pisze i tyle jeszcze będzie napisanych. Ale najlepsze jest to, że Bóg potrafi i chce wykorzystać każdą historię Twojego i mojego życia do tego, aby pomóc innym lepiej zrozumieć to, przez co obecnie przechodzą, rzucić nową perspektywę na sytuację, w której się znajdują, czy też wlać nadzieję do ich życia i objawić to, jaki On jest naprawdę.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że historie zawarte w niniejszej książce nie są czymś wyjątkowym, gdyż miliony ludzi na świecie mają podobne albo o wiele gorsze historie. Ale chciałbym powiedzieć, że moim celem nie jest pokazanie najbardziej traumatycznych historii, o jakich świat mógłby usłyszeć. Moim celem jest pokazanie, co się może wydarzyć, kiedy do naszej historii życia zaprosimy Tego, który jest twórcą całej historii ludzkości.

Ponadto każda z tych historii w pewien sposób objawia Boże serce i Jego sposoby działania, które bardzo często są dla nas totalnie niezrozumiałe. I choć Bóg rzeczywiście w swoim Słowie mówi: „Bo moje myśli to nie myśli wasze, a wasze drogi to nie drogi moje” (Iz 55,8), to jednak nie zmienia to faktu, iż Bóg jest Bogiem, który pragnie objawiać nam swoje drogi i swoje sposoby działania. Jak pisze psalmista „Objawił Mojżeszowi swoje drogi i synom Izraela – swoje dzieła” (Ps 103,7). W tym jednym fragmencie mamy wzmiankę o „Bożych drogach” i „Bożych dziełach”, co wskazuje na to, że mówimy tutaj o dwóch różnych obszarach Bożego objawienia. „Boże drogi” odnoszą się bardziej do Bożego serca, do Jego pragnień i zamiarów, podczas gdy „Boże dzieła” wskazują raczej na znaki i cuda oraz na ponadnaturalne działanie Boga w naszym życiu. Jestem przekonany, że i jedno, i drugie będziesz mógł zobaczyć w historiach, które tutaj przeczytasz. Wierzę też, że będą one świadectwem tego, że wiara w Boga ma bardzo praktyczny wymiar i w rzeczy samej jest jedynym sposobem na zwycięskie przejście przez różne trudne doświadczenia, które nas w życiu spotykają. Bo jeśli nasza wiara w Boga nie ma praktycznego zastosowania, oznacza to, że uprawiamy jedynie niedzielną religię, której motto brzmi: „Biblia Biblią, a życie życiem”. To z kolei oznacza, że fajnie poczytać sobie do poduszki historie biblijne o wielkiej rybie, która połknęła Jonasza, a po trzech dniach go wypluła, o przejściu wielomilionowego narodu suchą nogą przez morze, o mówiącym ośle, o chlebie, który spadał z nieba, czy też o chodzeniu po wodzie i zmartwychwstaniu człowieka, który trzy dni wcześniej umarł, no ale, wiecie… Życie to już przecież coś całkowicie innego i w codziennym życiu Biblia i wiara w Boga nie za bardzo się przydają. No właśnie, rzecz w tym, że wielu z nas właśnie takie ma podejście do historii, które zapisane są w Piśmie Świętym. Ale wiedz, że Bóg nie zamieścił tam tych wszystkich historii po to, abyśmy mieli coś do poczytania przed snem, czytamy przecież „Cokolwiek zaś wcześniej napisano, ma służyć naszemu pouczeniu, abyśmy dzięki wytrwałości i pociesze, których źródłem są Pisma, trwali przy nadziei” (Rz 15,4).

No właśnie, wszystkie historie zawarte w Piśmie Świętym, jak i historie, które będziesz czytał na stronach niniejszej książki, oprócz objawienia Bożego serca i Jego działania, mają na celu również przynieść nadzieję tym wszystkim, którzy ją stracili. I kto wie, może i Ty rozbudzisz w sobie na nowo nadzieję tam, gdzie już dawno ją straciłeś? Może właśnie ta książka pomoże Ci pozbyć się obecnego w Twoim sercu cynizmu, który jest wynikiem rozczarowania ludźmi, Kościołem, a może i samym Bogiem, który nie zadziałał tak, jak oczekiwałeś. Może dasz się raz jeszcze namówić i choć nieśmiało, to jednak dasz Bogu jeszcze jedną szansę, aby napisał Twoją historię na nowo?

Oczywiście nie wiem, jaka jest Twoja historia, ale wiem, że z pewnością jakąś posiadasz, gdyż co człowiek, to inna historia.

 

Historia Noemi – przyjęłam łaskę

Jestem samotną mamą. Wychowuję teraz pięcioletniego Jonathana, który kompletnie zmienił moją relację z Bogiem. Wyrwał mnie z potępienia i nauczył naprawdę kochać i przebaczać.

Od czasów dzieciństwa, mimo że raczej niewiele pamiętam, czułam się gorsza od innych i samotna. Gdy chodziłam do gimnazjum i liceum, zmagałam się z kompleksami, które skrzętnie ukrywałam. Zawsze byłam, wbrew sobie, duszą towarzystwa, zabawną, sarkastyczną, ironiczną dziewczyną. Aczkolwiek nie umiałam budować z ludźmi prawdziwych i szczerych relacji. Mój brak zaufania i strach przed zranieniem bardzo dominowały w mojej postawie, ale nie miałam jakiejkolwiek chęci wygadania się komuś ani zmiany. Myślę, że tak samo wyglądała moja relacja z Bogiem. Pochodzę z chrześcijańskiej rodziny, więc z tematem Boga byłam oswojona. Wychowałam się w konserwatywnym Kościele, mocno akcentującym system nagród i kar, głównie w relacji z Bogiem. Z tego powodu bałam się ufać Bogu, otworzyć przed Nim, bo czułam, że źle robię, nienawidząc siebie. Bałam się, że kiedy opowiem Mu wszystko, to On mnie ukarze, bo nie doceniam tego, co dla mnie zrobił. Wiec zdecydowałam się robić, co trzeba, aby być chrześcijanką, a resztę zepchnąć tak daleko, żeby nie wracało.

Po studiach wyjechałam do Holandii. Dostałam pracę w Amsterdamie i z zamiarem dorobienia sobie zostałam tam na pół roku. To był czas wolności. Daleko od domu, daleko od Kościoła. Czy daleko od Boga? Poniekąd tak. Rano i wieczorem nadal odmawiałam szybką modlitwę, ale był to nawyk i obowiązek. Pracowałam i imprezowałam, ile się dało. Myślę, że moje zakorzenienie w Bogu mimo wszystko nie pozwoliło mi się całkowicie zatracić. Z roku na rok przeciągałam swój pobyt tam. Oj, wtedy nie musiałam myśleć o niczym. Mogłam być wolna, nie przejmować się, że wszyscy już wyszli za mąż. A gdzie mój mąż? Nie odpowiadać na pytania o to, co dalej, w stylu: „Jaki masz cel?”. Nie miałam celu. Mój scenariusz życia był prosty: skończyć szkołę, wyjść za mąż, wychowywać dzieci. Poza tym nie miałam żadnego innego pomysłu.

Po dwóch latach poznałam tatę Jonathana. Muszę przyznać, że od zawsze miałam słabość do ciemnoskórych mężczyzn, aczkolwiek pobyt za granicą otworzył mi nieco oczy na tak zwane różnice kulturowe. I nie chcę uogólniać, ale zauważałam, że ciemnoskórzy mężczyźni bardziej preferowali otaczać się kobietami (liczba mnoga) niż poprzestawać na towarzystwie kobiety. Tata Jonathana miał również swoją przeszłość. W pracy krążyły o nim różne historie i nie chciałam wchodzić z nim w żadną relację. Jednak on dwa lata przypominał się, pytał moich znajomych o mnie, kiedy już razem nie pracowaliśmy, i po tym czasie zdecydowałam się z nim umówić i poprosić, żeby dał mi spokój. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i nigdy nie byłam w żadnym związku ani w ogóle z mężczyzną. Z jednej strony miałam tego dość. Z drugiej strony przecież byłam tak beznadziejna, że w sumie mnie to nie dziwiło. Nawet modliłam się wtedy o tę sytuację i tę randkę. Tata Jonathana bardzo podobał mi się fizycznie, no i te dwa lata starań… Pamiętam, że modliłam się: „Boże, a może to mężczyzna od ciebie? Może te plotki to plotki, a może tak zmiękczysz jego serce, że się zmieni?”.

Po naszym spotkaniu wcale nie byłam przekonana, mimo że usłyszałam od niego wszystko, co chciałam usłyszeć – że chce mieć rodzinę, że chce się ustatkować, że wierzy w Boga, że chodzi do kościoła i tak dalej.

Zaczęliśmy się spotykać na próbę, ale szybko wpadłam jak śliwka w kompot. Zamieszkaliśmy razem. Ponieważ sytuacja mieszkaniowa w Amsterdamie jest niezwykle skomplikowana i kosztowna, to w końcu okazało się, że muszę z nim zamieszkać, bo nie potrafiłam nic znaleźć w tamtym czasie. Ten związek był bardzo trudny. Pełen napięć, kłótni, poniżania, zdrad i coraz ciężej było mi to znosić, a po każdej kłótni i kolejnych przeprosinach traciłam do siebie cały szacunek. Oczywiście, że próbowałam się wyrwać, ale po każdym zerwaniu wydarzało się coś, co „zmuszało mnie” do powrotu do niego. Pewnego razu po wyprowadzce właściciel nowego mieszkania (mieszkałam tam chyba dwa tygodnie) przyszedł i powiedział, że budynek został przeznaczony do wyburzenia i mam dwa miesiące na wyprowadzkę. Więc znów wróciliśmy do siebie. Cały czas myślę, że miałam nadzieję, że jak już wybaczę siedemdziesiąt siedem razy, to wszystko się zmieni.

Równolegle cały czas zmagałam się z dużymi problemami zdrowotnymi. Miałam operacje ginekologiczne oraz poroniłam pierwszą ciążę. W końcu lekarz zdecydował się zrobić testy na płodność. Wyniki były pozytywne, co oznaczało, że nie mogę mieć dzieci. Ale w tym samym czasie trafiłam do szpitala z krwawieniami i pozytywnym testem ciążowym. Lekarz przeanalizował sytuację i powiedział, żebym się zbytnio nie nastawiała.

To było niezwykle trudne. Dziecko od zawsze było moim największym marzeniem. Co więcej, zawsze marzyłam o mulatku. Tak bardzo podobały mi się takie dzieci i chyba zawsze miałam nadzieję, że przez to dziecko będę mogła pokazać, jaka jestem naprawdę.

Dlatego ta diagnoza, brak wsparcia lekarzy i cała sytuacja z tatą Jonathana, który nie odpuszczał możliwości kłótni ani na chwilę, spowodowała, że wróciłam do Boga na poważnie. Pamiętam, jak płakałam i modliłam się, że nie może mi zabrać tego dziecka. Że się ogarnę, że już nie będę.

Wszystko zaczęło się układać. Będąc w ciąży, dostałam swoje mieszkanie w Holandii, wyremontowałam je i już wtedy wiedziałam, że nie będę miała prawdziwej rodziny. Zainteresowanie mojego partnera mną gasło z miesiąca na miesiąc. Do mieszkania wprowadziłam się sama i sama za wszystko płaciłam. Chyba już wtedy Bóg przygotowywał mnie na to, co miało nadejść.

Narodziny Jonathana to był istny cud. Dziecko, które nie miało się urodzić, a jednak jest – zdrowe, silne, piękne.

Czy cieszyłam się? Tak.

Czy byłam dumną mamą? Nie.

Czy chciałam chwalić się dzieckiem? Nie.

Wstydziłam się tego, że jestem sama. Że jestem chrześcijanką, a podjęłam takie decyzje. Jonathan był spełnieniem moich marzeń, ale również moim dzieckiem potępienia i wstydu.

Bałam się przyjechać do Polski, pokazać w domu, w kościele. Niesamowicie się wstydziłam. Czułam się brudna, gorsza, samotna, niegodna. I namacalnym dowodem tego wszystkiego był Jonathan. Tak jak wcześniej, te odczucia też mi towarzyszyły, ale były zakryte i schowane. Teraz każdy widział, każdy mógł zobaczyć i zapytać: „Gdzie jest ojciec?”.

Na szczęście zaczęłam przychodzić do Boga. Z początku bardzo nieśmiało, ale przychodzić. Głównie wstawiając się za synkiem. Miałam ogromne wsparcie w mojej rodzinie, która akceptowała nas i pomagała. Było to było dla mnie bardzo cenne i pomocne. Moja babcia, gorliwa chrześcijanka, przyszła do mnie i powiedziała: „No, już. Stało się. Tak zrobiłaś, ale módl się, będzie dobrze”. Bardzo mnie to pokrzepiło. Obawiałam się oskarżeń z jej strony, osądu, ale Jonathan zdobył serca wszystkich.

Pewnego dnia miałam również rozmowę z moim przyjacielem, któremu przyznałam się, jak bardzo boję się wrócić do Polski i tego, „co ludzie powiedzą”. I wtedy on powiedział mi, że to jest moje dziecko i jeśli zdecyduję się wychować je w poczuciu wstydu, to ono w nim zostanie. Ale jest jeszcze czas to zmienić.

Bardzo się tego uchwyciłam.

Po roku pobytu w Holandii z Jonathanem i licznych zachętach rodziny zdecydowałam się na powrót do kraju, bo widziałam, że nie poradzę sobie sama.

Bóg rozpoczynał moją przemianę od tej małej rzeczy – przyznania się, że nie dam rady sama.

Bardzo pobłogosławił nasz powrót do kraju. I zamieszkaliśmy u moich rodziców.

Po pół roku przyszłam do kościoła, do którego wcześniej nie uczęszczałam, i po raz pierwszy od czasu narodzin Jonathana zmierzyłam się z chrześcijanami. Czekałam na pytanie o to, gdzie jest ojciec/mąż, i się doczekałam, ale co ciekawe, kiedy dowiedzieli się, że jestem sama, to od razu zaproponowali mi pomoc, wsparcie i zapoznali mnie z odpowiednimi ludźmi. Byłam zaskoczona. Żadnego osądu? Żadnych rad?

Był to mały, ale wielki akt akceptacji i miłości, który powoli kruszył moje wewnętrzne mury.

Coraz więcej czasu spędzałam z Bogiem oraz Bóg coraz więcej mi objawiał przez moją relację z Jonathanem. Kiedy moje dziecko mnie nie słuchało i dostawało karę, to pomimo tego, że byłam zła czy rozczarowana jego nieposłuszeństwem, to zawsze miało możliwość przyjścia i przytulenia. Nawet przez zęby mówiłam, że je kocham.

Czy tak było z Bogiem? Czy ja również mogłam przyjść i się przytulić pomimo tego, że podjęłam takie decyzje w swoim życiu? Bóg pokazywał mi takie prawdy, że czasem całe tygodnie spędzałam na płaczu i modlitwie.

Odwiedzanie starych miejsc, odsłanianie starych ran, wyznawanie tego, nazywanie po imieniu, przepraszanie. To był niezwykle trudny czas, ale tak bardzo uwalniający. Dlaczego? Bo przeprosiłam? Też. Ale powiedziałam również Bogu, że nie mogę żałować tych decyzji, nie mogę mieć nadziei, żeby to się nigdy nie zdarzyło, bo oznaczałoby to, że wtedy nie miałabym Jonathana! To oznaczałoby, że miałabym innego Jonathana. Nie chciałam innego. Kocham mojego syna takiego, jaki jest, i nie żałuję jego narodzin.

To było dziwne, bo odkryłam, że ja po prostu zbłądziłam. Nie umniejszam ani nie bagatelizuję tego, bo wierzcie mi, że konsekwencje ponoszę sama i nie życzę nikomu, by przechodził przez to, co ja, ale to, co zrobiłam, i decyzje, które podjęłam, dla Boga były bez znaczenia. Boga nie obchodziła skala moich „wykroczeń”, ale to, żebym do Niego wróciła. Żebym jemu zaufała, żebym jemu oddała moje serce. Żebym zaryzykowałA zaufaniem Jemu, w szczerości i bez żadnych tajemnic czy barier.

kluczem do takiej relacji było przebaczenie samej sobie.

Wow… Nie potrafiłam tego zrobić. Nie zasługiwałam na to. Nie mogłam myśleć o sobie jako o córce Króla. Że ja będę siedzieć z Nim przy stole?

A jednak. Cały czas, na przykładzie mojego syna, Bóg pokazywał mi, że nie ma takiej rzeczy, która zmieni Jego myślenie o mnie.

Bardzo długo nad tym pracowałam i w końcu zaczęłam dopuszczać do siebie łaskę. Wyznawałam Bożą obecność we mnie. Rozmawiałam z Bogiem, oddawałam mu moją małą rodzinę, Jonathana, nasze zdrowie, finanse. Modliłam się: „Boże, Jonathan należy do Ciebie. Ty bądź mu ojcem. A ja będę mamą. Ufam Ci”.

Byłam sama i co prawda mieszkałam z rodzicami, ale całą resztę (jedzenie, auto, zajęcia) opłacałam sama. Moim pragnieniem było być z Jonathanem trzy lata w domu, żeby dać mu poczucie bezpieczeństwa, akceptacji i miłości. Nie miałam na to nadziei, bo oszczędności z Holandii się kończyły i musiałam rozglądać się za pracą. I nagle dostałam zasiłek z Holandii. Bardzo mnie to zaskoczyło, ale dziękowałam Bogu, bo dzięki tym pieniądzom mogłam być w domu z synem, tak samo jakbym miała męża i „prawdziwą” rodzinę.

To był cudowny czas. I nie zrozum mnie źle, samotne macierzyństwo to gehenna. Jonathan do czwartego roku życia budził się 3–5 razy w nocy, w dzień mało sypiał. Do tego dochodziły obowiązki domowe, zajęcia dodatkowe, zakupy, gotowanie i… wszędzie dziecko. Wszystko musiałam robić sama i to były i są cały czas konsekwencje moich decyzji, w których Bóg mnie zawsze wspierał, ale nigdy nie wyręczał. Pamiętam, jak modliłam się wieczorami: „proszę, tylko ta noc. Daj mi przespać jedną noc”, i wstawałam wtedy jeszcze częściej.

Ale w tym samym czasie niczego nam nie brakowało. Po trzech latach Jonathan poszedł do przedszkola, a ja dostałam list z Holandii, że przyznanie tego zasiłku to był błąd i muszę zwrócić dziewięć tysięcy euro.

Jednak na każdą trudną sytuację Bóg mnie przygotowywał. Wypracowałam z Nim już tak partnerską relację opartą na zaufaniu, że wiedziałam, że będzie dobrze.

Po licznych negocjacjach i reklamacjach rząd holenderski sam spłacił tę zapomogę i myślę, że tylko Bóg wie, jak to się stało. I dokładnie tak było cały czas. Mam mnóstwo świadectw, kiedy w czasie kryzysu zamiast załamać się, szłam do mojego Partnera w niebie i pytałam: „Co robimy teraz?”, i Bóg znajdował rozwiązanie.

Byłam akceptowana, kochana, piękna, mądra, ale myślę, że Bóg wiedział, że aby moja przemiana była doskonała, musiałam to naprawdę wyznać.

Kiedyś przyjechałam do kościoła i usłyszałam w sercu: „Wyjdź dziś na środek i podziel się tym, jak sobie radzisz jako samotna mama”. Byłam zszokowana. Nie chciałam wychodzić, bałam się. Bez przygotowania, bez konsultacji z pastorem. Nie.

Zaczęło się uwielbienie i czułam ponaglenie, aby podejść do pastora i zgłosić, że chciałabym się czymś podzielić.

Pamiętam, że usiadłam wtedy i pomodliłam się spokojnie, jasno i wyraźnie: „Boże, nie. Nie zrobię tego. Nie potrafię i boję się. Mojżesz Ci odmawiał i ja dziś również. Od razu przepraszam, ale nie zrobię tego”. I wtedy zapadła taka okropna cisza w mojej głowie i sercu. Odetchnęłam i wróciłam do śpiewania. I nagle uwielbienie przerwał pewien człowiek, który ogłosił, że ma przeczucie, że ktoś się chce czymś podzielić i że chce się modlić o uwolnienie ducha odwagi. Wiedziałam, że to o mnie chodzi. Podeszłam do pastora i po chwili stałam na środku, dzieląc się tym, jak sobie radzę, składając świadectwo za świadectwem, jak Bóg mi błogosławi, i zachęcając samotnych rodziców do zaufania Bogu. A na koniec przed całym Kościołem przyznałam, że jestem dzieckiem Bożym i czy im się to podoba czy nie, ja będę siedzieć w niebie przy jednym stole z nimi i Jezusem.

To był mój moment przełomowy. Przyznałam, że przyjmuję łaskę. Przebaczyłam sobie. Odrzuciłam strach, potępienie i wstyd. Przyjęłam Bożą miłość i zaakceptowałam siebie.

Do tej pory Bóg błogosławi mi pracą, dzięki której mogę się utrzymać, a jednocześnie mam czas na wychowanie dziecka. Wyremontowaliśmy piętro w domu, gdzie mamy swoje mieszkanie. I co więcej, Bóg kładzie mi na sercu edukację domową i wierzę, że pobłogosławi mi tak, że będę miała możliwość uczyć Jonathana w domu i utrzymywać nas.

Przez cały ten czas Bóg mnie zmienia. Pokazuje mi coraz to nowe rzeczy, uczy mnie, jak nad nimi pracować. A wszystko to potrafię dostrzec dzięki Jonathanowi i naszej relacji. Moje dziecko, które było moim marzeniem, ale i dowodem potępienia i grzechu, stało się objawieniem Bożego głosu, mądrości i relacji. Gdyby nie Jonathan, nigdy nie poznałabym Boga Ojca – Boga, który zaopatruje. Boga łaskawego. Nie wpuściłabym go tak głęboko do swojego serca i życia.

Ostatnio Bóg pokazał mi, że potrafimy się z Jonathanem komunikować bez słów – gestami lub nawet spojrzeniem. On w moich oczach widzi, że jestem zagniewana lub żartuję. Nie muszę nic wyjaśniać. To tak jakbyśmy byli jedno. Jedno ciało, jeden umysł.

Bóg chce takiej relacji ze mną i z tobą na pewno też. Chce, aby moje myśli pokrywały się z Jego myślami. Żebym nie miała wątpliwości, skąd taka myśl lub przeczucie. Chce być ze mną jednością. Nie chce, abym przychodziła do Niego na audiencje czy też na wizyty, ale żeby On zamieszkał u mnie na stałe. Zawsze. On chce w codziennym życiu, w małych rzeczach, objawiać mi swoją mądrość. Chce na bieżąco korygować moje pomyłki. Uczę się wsłuchiwać w Jego głos i rozmawiać z Nim o wszystkim.

Czuję, kiedy Bóg uśmiecha się na mój widok, czy na coś, co robię. Czuję, kiedy „wywraca oczami”, bo znów jestem uparta. Czuję Jego miłość, Jego obecność, Jego łaskę i wsparcie. tak, jestem samotną mamą, ale nie jestem już sama.

 

Wywiad z Noemi

Byłaś w tym toksycznym i trudnym związku przez cztery lata. Co sprawiało, że pomimo złego traktowania i nieszanowania nie potrafiłaś z tego związku zrezygnować?

Myślę, że w dużym stopniu strach przed samotnością. Jednak to poczucie samotności, które mi towarzyszyło, próbowałam wypełnić właśnie partnerem, choć on mi tego nie dawał, nie dawał mi takiej bliskości relacji i nie wspierał mnie. A poza tym, po prostu nie wiedziałam, co będzie dalej, co ludzie powiedzą, jeżeli się z nim rozstanę, no i czy w ogóle kiedykolwiek znajdę sobie kogoś innego, więc już może lepiej mieć kogoś niż być sama całe życie. Poza tym nikt mi nigdy nie powiedział, jak takie historie mogą się skończyć, że takie osoby może mają szansę. W Kościele, z którego pochodziłam, kiedy pojawiały się jakieś konflikty, rozwody, to po prostu te osoby jakby znikały i nie wiedziałam, co dalej się z nimi dzieje, czy odchodzą, czy gdzieś jest jakiś inny Kościół dla takich ludzi. I myślę, że po prostu nie miałam innego pomysłu. Nie miałam też tyle siły, żeby się uwolnić od tego związku, bo jednak było dużo uczuć i emocji związanych właśnie z nim.

Wróciłaś do Polski z poczuciem wstydu, bycia kimś gorszym, kto nie ma prawa o cokolwiek prosić Boga, gdyż sama podejmowałaś decyzje i teraz to jest twoja kara. Więc jedyne, co teraz możesz zrobić, to stać gdzieś z tyłu, gdyż sama jesteś sobie winna. Co takiego się stało, że zmieniłaś postrzeganie siebie samej w swojej relacji z Bogiem?

Myślę, że ten cały proces budowania od nowa relacji z Bogiem powoli dotykał każdej części mnie i w końcu nadszedł czas na zadanie sobie pytania, jak ja na siebie patrzę, i pokochanie samej siebie. Wiele razy miałam takie sytuacje, kiedy patrzyłam na Jonathana, jak śpi lub się bawi, i wtedy sobie myślałam, jakie mam szczęście, jaki on jest piękny, jaki on jest kochany. Z czasem zaczęłam słyszeć w swojej głowie również takie słowa: „Ja też tak na ciebie patrzę, ty też jesteś kochana. Ty też jesteś piękna”. Początkowo to było dla mnie żenujące i machałam ręką. Wychodziłam z pokoju, nie chciałam tego słuchać. Im dalej ten proces szedł z Bogiem, Jonathan też okazywał mi miłość, mówił mi, że jestem najpiękniejsza na świecie, że on mnie nigdy nie zostawi, że chce się ze mną ożenić, że tak bardzo mnie kocha. To wszystko razem powodowało, że zaczęłam wsłuchiwać się w te słowa, które słyszałam. Ja już ich nie ignorowałam, ja wręcz na nie czekałam i decydowałam się w tym momencie – kiedy do mojej głowy przychodziły pozytywne i negatywne myśli – świadomie wierzyć tym pozytywnym.

Powiedziałaś, że przyjęłaś łaskę. Czy to był moment przełomowy, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać w twojej relacji z Bogiem?

Tak, to ten moment pokochania siebie, zaakceptowania i przebaczenia był kluczowy, żeby ruszyć dalej, żeby to nie było tylko: „Dobra, dobra, Panie Boże, dzięki, przepraszam, idę dalej”. Bo to jest takie zakopanie tych emocji gdzieś tam, a jednak Bóg chciał, żebym ja patrzyła na siebie, żebym widziała to, co widzę, Jego oczami. To, co On tak naprawdę widzi.

Powiedziałaś, że ten, który był „dzieckiem potępienia”, stał się „dzieckiem objawienia”. O jakim objawieniu mówisz? Co Bóg objawił Ci poprzez Jonathana?

Bóg objawił mi to, jak powinna wyglądać tak naprawdę nasza relacja – moja i Boga. Ja cały czas wierzyłam w Boga i myślę, że ta wiara i podstawy chrześcijańskie pozwoliły mi się mimo wszystko wyrwać z tego wszystkiego, co przeżyłam. Był to Bóg król, do którego mogę przychodzić w wyjątkowych sytuacjach. Tak jak Estera bała się pójść bez zapowiedzi do króla, tak ja bałam się przyjść z błahostkami do Króla, bo On ma cały świat na głowie. Przecież mnie interesowały błahe rzeczy dotyczące Jonathana, miałam tyle cierpliwości, żeby mu kilka razy tłumaczyć różne rzeczy, wybaczać bez względu na to, co zrobił, ile razy popełnił ten sam błąd. Nie zabraniałam mu przychodzić do siebie, nie zamykałam się i nie mówiłam: „Teraz trzy dni bez mamy, bo jesteś niegrzeczny”. Przyjmowałam jego przeprosiny. Myślę, że w taki sposób Bóg objawił mi swoją miłość, swoją przystępność. To, że On chce być obecny w mojej codzienności, w najprostszych rzeczach, nie tylko wtedy, kiedy mam czas i jestem wypoczęta i nie myślę o niczym innym. Nawet kiedy w modlitwie zaczynałam myśleć o swoim dniu i przepraszałam za to Boga: „Przepraszam, że nie skupiam się na naszej modlitwie”, słyszałam takie: „Nie, opowiedz mi o tym, Ja chcę usłyszeć, o czym teraz myślisz, dlaczego się martwisz tym, co myślisz, że się nie uda…”. Zupełnie inny rodzaj relacji, mega uwalniający.

Choć ta historia nie jest łatwa, to zapewne nauczyła Cię czegoś, co może być lekcją dla innych. Jaką naukę wyciągnęłaś z tej historii?

Tak, Bóg pokazał mi pewne rzeczy. Pierwszą rzeczą, która była dla mnie bardzo odkrywcza, było to, że ja tak mocno skupiłam się na tym swoim grzesznym czynie. Nie, to nie za mocne słowo – był grzeszny. Tak bardzo się na nim skupiłam, że nie umiałam ruszyć dalej. Tak bardzo chciałam Pana Boga przeprosić, żeby przeprosić musiałam żałować, ale nie potrafiłam tego żałować, bo to by znaczyło, że nie chcę mieć Jonathana. Gdybym miała innego partnera, miałabym innego Jonathana. Ta sytuacja musiała się tak potoczyć, żebym ja miała takiego syna, jakiego mam. Byłam w pewnym momencie bardzo skołowana, bo było mi tak przykro, a z drugiej strony nie wiedziałam, jak mam za to żałować. Bóg mi powiedział, że nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia, co zrobiłam, nie ma znaczenia, jak daleko odeszłam od tej właściwej ścieżki, bo grzech to forma zbłądzenia. Cały czas mogę wrócić, cały czas On na mnie czeka. Może będę troszeczkę bardziej sponiewierana czy w gorszym stanie, konsekwencje pewnych czynów są ogromne, ale cały czas jest szansa. Doszło do tego, że ja dziękuję Bogu za to doświadczenie. Po prostu dziękuję Mu za to, że dzięki temu wszystkiemu poznałam takiego Boga. Gdybym miała normalną rodzinę, normalnego męża, skupiłabym się na codzienności. Może nigdy nie odkryłabym takiego oblicza Boga. Dzięki temu, co się wydarzyło, jakkolwiek to jest trudne, zyskałam cudownego Boga i bardzo Mu za to dziękuję. Drugą rzeczą, która bardzo mnie uwolniła, było przebaczenie tacie Jonathana. Było to dla mnie niezwykle trudne. Kiedy byłam w całym tym procesie i zbliżałam się do Boga, czułam się coraz świętsza i dawałam sobie coraz więcej prawa do oceniania go i wymierzania mu sprawiedliwości w moich modlitwach. One nie były częste, ale zdarzały się. Modliłam się: „Boże, błogosławię go jako tatę Jonathana, ale żebym nigdy nie usłyszała, że mu jest lepiej niż mi, żeby on nie miał rodziny, żeby mu się super nie powodziło. Nie zgadzam się na to. On nie może być szczęśliwy”. Bardzo mi to ciążyło, czy byłam tego świadoma, czy nie. Nie myślałam o nim cały czas, ale te myśli mi się pojawiały, to był taki kamień, przygniatający moje serce. Kiedyś był tu spektakl Twarzą w twarz w wykonaniu Cieszki Żółtko. Było to jej wyobrażenie na temat Sądu Ostatecznego. Bóg mi powiedział: „A co, jeśli na tej arenie siedziałabyś z tatą Jonathana?”. Wtedy strasznie się oburzyłam, pamiętam taką ogromną złość na Boga. „Jak śmiesz, on ze mną w niebie, jak to jest możliwe…?” Bóg wtedy tak mocno do mnie przemówił: „Spójrz, jaka jesteś. Chcesz przebaczenia, relacji ze mną, a nie jesteś w stanie dać tego bliskiej osobie, która do końca życia będzie tatą twojego syna”. Było mi bardzo trudno mu przebaczyć, ale nadszedł taki czas, że w końcu uklękłam i powiedziałam: „Puszczam go, niech żyje, niech jest szczęśliwy, życzę mu dobrze”. Jeszcze jedna rzecz, jakiej się nauczyłam, to nie mówić Bogu, co ma robić. Będąc samotną mamą, niestety muszę mieć wszystko pod kontrolą. O wszystkim ja decyduję, wszystko ja muszę ogarnąć. I również ja chciałam ogarnąć Boga i mówić mu: „Dobra, to jest czas, dobra, tu potrzebuję tego, tu potrzebuję tego”. Była taka sytuacja, kiedyś pewnej pani robiłam zamówienie i przyniosłam je razem z Jonathanem. Wszystko jej się podobało, Jonathan też jej się spodobał. Poprosiła mnie, abym zrobiła dla niej jeszcze jedną rzecz. Tymczasem byłam z Jonathanem w sklepie i on zobaczył takiego jeepa na sterowanie i oczywiście bardzo go chciał. To był czas świąt i wszystkiego było wszędzie pełno. Powiedziałam: „Nie kupię, ponieważ kompletnie tego nie potrzebujesz, nie jest to nam potrzebne, ale jak chcesz, możesz się pomodlić. Może Pan Jezus ci to da”. W swoim sercu powiedziałam: „Jezu żebyś nie ważył mu się tego dawać, on tego nie potrzebuje i tylko rozpuścisz moje dziecko”.

Po jakimś czasie poszłam donieść tę jedną domówioną rzecz, a ta kobieta mi zapłaciła. Powiedziała: „Poczekaj, mam jeszcze coś dla twojego syna”, i wyjęła to auto – identyczne, identyczny kolor. To auto było droższe niż to zamówienie i wtedy byłam w szoku. Bóg mi powiedział: „Ja będę robić to, co ja chcę, ty mi nie mów, co mam robić. Czy ty tego potrzebujesz, czy nie potrzebujesz, to nie jest twoja decyzja, żebyś wiedziała, co jest dobre, a co nie”. To przyniosło życie – większe życie, ponieważ jak każdy człowiek potrzebuję fizycznie doświadczyć działania Boga. Nikt o tym aucie nie wiedział poza mną i Jonathanem. Ta kobieta nie mogła wiedzieć o tym. Mnie to bardzo mocno zbliżyło do Boga i pozwoliło oddać Mu kontrolę – z myślą, że On wie lepiej.

 

Zaskoczona łaską

Gdybym Cię zapytał, o czym jest historia Noemi, to co byś odpowiedział? O matce samotnie wychowującej syna pochodzącego z grzesznego związku? O głupich wyborach? O konsekwencjach? O zagubieniu? A może o poczuciu wstydu z powodu tego, co się nawywijało w życiu?

Prawdopodobnie każdy miałby jakiś inny tytuł, który byłby wynikiem tego, co najbardziej przemówiło do niego w tej historii. To jest ciekawe, że możemy słuchać tej samej historii, a jednocześnie słyszeć inne rzeczy niż pozostali słuchacze. Dlaczego tak jest? Ponieważ to, co słyszymy, z reguły przepuszczamy przez filtr naszych osobistych doświadczeń, przez które w obecnym czasie przechodzimy, przez lęki, uprzedzenia, jak i wiele, wiele innych emocji. Dlatego jestem świadom, że trudno będzie jednoznacznie określić „ta historia jest o tym, że…”. W Twojej opinii to może być coś innego niż wmojej. Stąd też moje postrzeganie tej, jak i każdej innej historii zawartej w tej książce będzie w pewien sposób subiektywne, co niekoniecznie oznacza błędne – po prostu, takie ono właśnie jest! Podobnie będzie ze wszystkim pozostałymi historiami, które przeczytasz na stronach niniejszej książki.

A więc o czym dla mnie jest historia Noemi? Według mnie ta historia mówi o tym, że kiedy myślimy, że z powodu tego, co zrobiliśmy, nie zasługujemy już w życiu na nic dobrego, to nagle spotyka nas łaska, którą jesteśmy totalnie zaskoczeni. Kiedy myślimy, że ze względu na nasze upadki, w żaden sposób nie zasługujemy na to, aby kiedykolwiek zasiąść do królewskiego stołu i wraz z innymi królewskimi synami i córkami cieszyć się obecnością Króla, to nagle i niespodziewanie łaska Boża podnosi nas z miejsca wstydu i zaprasza do królewskiego stołu, przy którym znajdujemy całkowite przebaczenie, bezwarunkową miłość i akceptację Króla. Jednakże po tym, co właśnie napisałem, moglibyśmy odnieść wrażenie, że wszystko to jest możliwe ze względu na nas samych, ale nie jest. A jeśli to jest niemożliwe ze względu na nas, to ze względu na kogo? No właśnie…

W Drugiej Księdze Samuela (9,1–13) mamy historię człowieka o bardzo trudnym do zapamiętania imieniu – Mefiboszet.

Pewnego razu Dawid rzucił pytanie: Czy jest jeszcze ktoś, kto pozostał z domu Saula, abym mógł okazać mu łaskę ze względu na Jonatana?

W domu Saula natomiast był pewien sługa. Miał on na imię Syba. Wezwano go do Dawida, który go zapytał: Czy ty jesteś Syba? Tak, to ja, twój sługa – odpowiedział. Czy pozostał jeszcze ktoś z domu Saula – pytał dalej król – komu mógłbym wyświadczyć Bożą łaskę? Tak – oznajmił Syba. – Pozostał jeszcze syn Jonatana, który cierpi na niesprawność nóg. Gdzie on przebywa? – chciał wiedzieć król. Syba na to: Obecnie mieszka w domu Makira, syna Amiela, w Lo-Debar.

Król Dawid posłał zatem po niego i sprowadził go z domu Makira, syna Amiela, z Lo-Debar. A gdy Mefiboszet, syn Jonatana, a wnuk Saula, przyszedł do króla, upadł na twarz i złożył mu pokłon. Mefiboszecie! – ucieszył się Dawid. To właśnie ja, twój sługa – odpowiedział Mefiboszet. Wtedy Dawid zapewnił: Nie bój się! Bardzo chcę wyświadczyć ci łaskę ze względu na twojego ojca Jonatana. Zwracam ci całą posiadłość twojego dziadka Saula. Jeśli zaś chodzi o ciebie, to chciałbym, abyś zawsze jadał przy moim stole. Mefiboszet skłonił się i powiedział: Czym jest twój sługa, że zwróciłeś na mnie, martwego psa, uwagę?

Król tymczasem wezwał sługę Saula Sybę: Wszystko, co należało do Saula i do całego jego domu – zarządził – przekazuję synowi twojego pana. Będziesz uprawiał jego ziemię, ty, twoi synowie i słudzy, a zebrane plony będą zaopatrzeniem dla syna twojego pana. Będzie z nich korzystał, choć on sam, Mefiboszet, syn twojego pana, będzie jadał przy moim stole.

Syba, który miał piętnastu synów i dwudziestu służących, odpowiedział królowi: Postąpię dokładnie tak, jak mój pan, król, rozkazał swojemu słudze.

Mefiboszet zatem jadał przy stole królewskim, jakby był jednym z synów króla. Miał on także małego syna, który nosił imię Mika.

Wszyscy mieszkańcy domu Syby stali się sługami Mefiboszeta, a sam Mefiboszet zamieszkał w Jerozolimie, ponieważ zawsze jadał przy królewskim stole. Cierpiał on na niesprawność obu nóg.

Z powyższej historii dowiadujemy się, że Mefiboszet był wnukiem króla Saula, który to za swojego życia próbował zabić obecnego króla Dawida. Ale to też oznacza, że był synem Jonatana, za życia przyjaciela króla Dawida, z którym Dawid zawarł przymierze. Ponadto dowiadujemy się, że jego ojciec i dziadek zmarli, kiedy miał pięć lat i wtedy też podczas ucieczki został niefortunnie upuszczony na ziemię, czego skutkiem była kontuzja obu nóg. To oznacza, że już jako mały chłopiec dorastał ze swoją niepełnosprawnością, a co za tym idzie, z niskim poczuciem wartości, porzucenia i odrzucenia, na co też wskazuje miejsce, w którym Mefiboszet mieszkał – w miejscowości zwanej Lo-Debar, co oznacza „miejsce, w którym nie ma pastwiska”. Jakby tego wszystkiego nie było mało, to trzeba jeszcze dodać, że imię Mefiboszet oznacza „hańba, wstyd, haniebny, gorszący”.

Możemy przypuszczać, że wszystkie te rzeczy sprawiły, iż Mefiboszet był święcie przekonany, że tak właśnie będzie wyglądało całe jego życie – pełne hańby i wstydu, że nic się już nie zmieni i że do końca swoich dni przyjdzie mu żyć w Lo-Debar – miejscu, w którym nie ma pastwiska. I rzeczywiście, nic by się nie zmieniło, gdyby król Dawid nie zwrócił na niego uwagi i nie okazał mu swojej łaski. Ale zauważ, że to nie Mefiboszet szukał przychylności i łaski króla, ale to król szukał Mefiboszeta, aby okazać mu swoją łaskę.

Nie wiem, czy już zdążyłeś zauważyć analogię, jaką tutaj próbuję namalować – analogię do życia Noemi, jak i nas wszystkich, gdyż w pewnym sensie każdy z nas jest „Mefiboszetem”, którego znalazł Król i okazał mu swoją łaskę. Musimy pamiętać, że to nie my szukaliśmy Boga, ale to On szukał nas, aby okazać nam swoją dobroć i przychylność. Człowiek sam z siebie nigdy nie szuka Boga, a nawet jeśli Go szuka, to tylko dlatego, że Bóg włożył do jego serca takie pragnienie. I to też jest łaską od Boga.

A więc Boża łaska przychodzi do nas w miejscu, w którym jesteśmy – w Lo-Debar, czyli w miejscu, w którym nie ma pastwiska, w miejscu pustki, beznadziei i braku życia. Nie wiem, co dzisiaj jest Twoją krainą Lo-Debar, ale wiem jedno – że nie ma takiego miejsca, w którym łaska Boża nie mogłaby Cię znaleźć!

Jakże często myślimy, że jesteśmy skazani na miejsce, w którym obecnie się znajdujemy, przekonani, że nic lepszego w życiu już nas nie spotka. W swojej duchowej niepełnosprawności i niemożności podniesienia się z ziemi, z dala od Króla i Jego obecności, totalnie zdani na siebie samych, żyjemy z przeświadczeniem, że nie zasługujemy na łaskę i dobroć Króla. I poniekąd mamy rację, gdyż rzeczywiście łaska, która nas spotyka, nie jest zależna od nas – od naszej przeszłości, naszych grzechów, słabości i upadków ani też od naszych zasług i dobrych uczynków – łaska zależy od łaskawości Dawcy. Jeśli wciąż nie jesteś przekonany, że tak właśnie jest, to spójrz na werset pierwszy, gdzie Król Dawid pyta: „Czy jest jeszcze ktoś, kto pozostał z domu Saula, abym mógł okazać mu łaskę ze względu na Jonatana?”.

Po pierwsze król nie pyta: „Czy jest jeszcze ktoś godny, kto zasługuje?”, ale po prostu pyta: „Czy jest jeszcze ktoś…?”. To znaczy, że nie ma wstępnych kwalifikacji na podstawie naszych osiągnięć, zdolności, przydatności czy zasług. Prawda jest taka, że nikt z nas nie jest godny. Po drugie czytamy, że Boża łaska jest nam okazywana nie ze względu na nas samych, ale „ze względu na…”. W przypadku Mefiboszeta, łaska została mu okazana ze względu na jego ojca Jonatana, który za życia zawarł przymierze z Dawidem. Nam z kolei łaska Boża jest okazywana ze względu na jezusa. Tak, właśnie tak, wyłącznie ze względu na jezusa!

Z początku Mefiboszet bał się przyjść i zbliżyć do króla Dawida, gdyż spodziewał się, że ze względu na jego pochodzenie (był przecież potomkiem Saula, który kiedyś był wrogiem Dawida) Dawid będzie chciał go zabić. I kiedy Mefiboszet spodziewa się najgorszego, to nagle spotyka go nieoczekiwana łaska i dobroć króla, jak czytamy: „Wtedy Dawid zapewnił: Nie bój się! Bardzo chcę wyświadczyć ci łaskę ze względu na twego ojca Jonatana. Zwracam ci posiadłość twojego dziadka Saula. Jeśli zaś chodzi o ciebie, to chciałbym, abyś zawsze jadał przy moim stole” (2 Sm 9,7). Co? Takiego scenariusza Mefiboszet nigdy się nie spodziewał. „Król pragnie, abym zawsze jadał przy Jego stole? A ja cały czas żyłem z dala od króla w przeświadczeniu, że król mnie nienawidzi oraz że chce się zemścić na mnie…?”. W takim samym przeświadczeniu żyła również Noemi i w takim przeświadczeniu żyje wielu z nas. Boimy zbliżyć się do Boga, gdyż czujemy, że ze względu na swój grzech i swoją „niesprawność” duchową, jaką ten upadek pozostawił w naszym życiu, jesteśmy znienawidzeni, odrzuceni, niechciani i totalnie nieużyteczni dla Króla.

Kiedy Mefiboszet odkrywa serce króla, który pragnie, aby ten zasiadał z nim przy jego stole, to jego reakcją nie jest: „Aha, wiedziałem, w końcu będę miał to, na co zasługuję, gdyż należy mi się”, ale tym bardziej uznaje, że nie ma w nim nic, co mogłoby sprawić, że król chciałby go mieć przy królewskim stole, co zresztą potwierdzają jego słowa: „Czym jest twój sługa, że zwróciłeś na mnie, martwego psa, uwagę?” (Sm 9,8). Tak jak Mefiboszet, tak i każdy z nas musi uznać, że jest jak „martwy pies”, że jak mówi Biblia „jesteśmy martwi duchowo” i sami z siebie nie zasługujemy na łaskę i przychylność Króla. W Liście do Efezjan w rozdziale drugim czytamy: „Wy bowiem byliście martwi z powodu waszych upadków i grzechów […]. Jednak Bóg, hojny w swym miłosierdziu, kierując się swą wielką miłością do nas i to martwych z powodu upadków, ożywił nas z Chrystusem. Bo z łaski zbawieni jesteście” (Ef 2, 1; 4–5).

Ciekawe jest to, że kiedy Mefiboszet cały czas patrzy na siebie przez pryzmat swojego pochodzenia i swojej niepełnosprawności, myśląc „kimże ja jestem, nie zasługuję”, to Dawid nieustannie patrzy na przymierze, jakie zawarł z Jonatanem. I to ze względu na Jonatana Mefiboszet otrzymuje łaskę i ostatecznie zasiada przy królewskim stole, pozostając na utrzymaniu króla do końca swoich dni.

Podobnie jest z nami. Kiedy my często skupiamy się na tym, co w życiu zrobiliśmy i jak nagrzeszyliśmy, to Bóg Ojciec cały czas patrzy na przymierze z Jezusem. tylko ze względu na Jezusa i nowe przymierze, jakie Bóg Ojciec zawarł z Jezusem, możemy dzisiaj zasiadać przy stole Króla i doświadczać Jego dobroci, bliskości i zaopatrzenia. Co za łaska!

Mefiboszet znajdował się w beznadziejnej sytuacji, jednak król Dawid napisał jego historię na nowo, przywracając mu godność, znaczenie, wartość, poczucie bezpieczeństwa, i sprawił, że Mefiboszet nie żył już w Lo-Debar i nie był już sam, ale zamieszkał w Jerozolimie przy królu i jego rodzinie.

Podobnie było z Noemi. Znajdowała się w trudnej sytuacji, ale dzisiaj już nie mieszka w Lo-Debar, gdzie nie ma pastwiska, ale może powiedzieć: „Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie braknie. Pasie mnie na zielonych łąkach…” (Ps 23,1-2).

Co więcej, Noemi powiedziała, że teraz, przy królewskim stole, nie tylko obecne potrzeby jej i jej syna są zaspokojone, ale również jej przyszłość jest zabezpieczona. Bóg stał się jej mężem oraz ojcem dla jej syna. A ona sama mówi o sobie: „Chociaż wciąż jestem samotną matką, to jednak już nie jestem sama”.

Historia Noemi to historia osoby, która ze względu na swój grzech, swoje błędne decyzje i wybory żyje w Lo-Debar – w miejscu duchowej pustki, w miejscu potępienia, wstydu i lęku przed przyjściem do Boga, który może ją ukarać. I nagle dzieje się coś zaskakującego – właśnie w tym miejscu spotyka ją łaska Boża, której się nie spodziewała. To właśnie ta łaska sprawiła, że Noemi mogła zasiąść do stołu Króla. Przyjęła łaskę, a ta z miejsca wstydu i potępienia zaprowadziła ją do miejsca objawienia Bożej akceptacji, miłości i dobroci.

Zarówno historia Mefiboszeta, jak i historia Noemi wspaniale pokazują nam serce Boga, który nie rezygnuje z nas pomimo tego, że jesteśmy duchowo „chromi” i mamy swoje niedoskonałości i słabości. Przecież król Dawid, po tym, jak dowiedział się, że Mefiboszet jest niepełnosprawny, mógł powiedzieć: „taki człowiek na nic mi się nie przyda”, jednak tak nie zrobił. Nie takie jest serce króla. Fakt, iż Mefiboszet był niepełnosprawny, nie przeszkodził królowi Dawidowi w okazaniu mu łaski i zaproszeniu go do swojego stołu, gdyż pamiętajmy: on zrobił to ze względu na przymierze z Jonatanem.

Podobnie jest i z nami – Bóg zna nasze niedoskonałości. On wie o naszych upadkach, które uczyniły nas duchowo chromymi ludźmi, ale pomimo tego ze względu na Jezusa okazuje nam łaskę i zaprasza nas do swojego królewskiego stołu, abyśmy już na zawsze mogli siedzieć w Jego obecności.

To jest Ewangelia. To jest dobra nowina dla nas wszystkich, niezasługujących na tak wielką łaskę, która nas spotkała w naszym Lo-Debar. Ze względu na Jezusa zostaliśmy zaproszeni do obecności Króla!!!

Być może czytasz te słowa i wydaje Ci się to zbyt piękne, żeby było możliwe. Być może boisz się zbliżyć do Boga, myśląc podobnie jak Noemi, że ze względu na to, czego się w życiu dopuściłeś, Bóg Cię nienawidzi i chce się na Tobie zemścić i Cię ukarać. Ale posłuchaj, proszę: kiedy przerażony i zlękniony Mefiboszet pada na twarz przed królem, wtedy pierwsze słowa, które słyszy, brzmią: „Mefiboszecie! Nie bój się!”. Bóg dzisiaj woła ludzi takich jak Noemi – ludzi, którzy myślą, że ze względu na ich upadek Bóg chce się na nich zemścić i ich potępić. Ale On mówi: „Magdo, Beato, Grzegorzu… Nie bój się! Bardzo chcę wyświadczyć ci łaskę ze względu na Jezusa… Chciałbym, abyś zawsze przebywał w mojej obecności i jadał przy moim stole”.

Ale być może nie potrafisz się utożsamić z historią Noemi, gdyż nigdy nie dopuściłeś się takich „strasznych” rzeczy, jak ona, i nie musisz dzisiaj ponosić konsekwencji swoich błędnych decyzji. Zawsze byłeś „porządnym” człowiekiem, który być może nawet chodzi do kościoła, i tak właśnie na siebie patrzysz, myśląc sobie, że ty akurat ze względu na swoje dobre postępowanie zasługujesz na łaskę Króla. Jeśli tak jest, to chcę Ci tylko przypomnieć, że niemożność zasiadania przy królewskim stole jest wynikiem nie tylko tego, co w życiu zrobiłeś lub nie zrobiłeś, ale również wynikiem Twojego i mojego pochodzenia. Podobnie jak Mefiboszet był potomkiem Saula – wroga króla Dawida i przez sam ten fakt zasługiwał na śmierć – tak Pismo Święte jasno i wyraźnie pokazuje, że wszyscy jako potomkowie naszego ojca Adama, który w ogrodzie Eden zgrzeszył i stał się wrogiem Boga, dzisiaj zasługujemy na potępienie i życie z dala od Boga i Jego obecności. i tylko ze względu na jezusa i przymierze, jakie Bóg zawarł ze swoim Synem Jezusem przez Jego krew, dzisiaj możemy zasiąść z Królem do stołu. To oznacza, że nikt z nas nigdy nie będzie siedział przy królewskim stole, mrucząc sobie pod nosem: „dokonałem tego, dałem radę, zasłużyłem sobie na to, aby dzisiaj siedzieć przy stole Króla”. Tak nigdy nie będzie. Niestety taka postawa prowadzi do dwóch rzeczy…

Po pierwsze rodzi duchową pychę i arogancję, co z kolei sprawia, że z poczuciem wyższości patrzymy na innych „strasznych” grzeszników, takich jak na przykład Noemi, myśląc sobie: „ja to bym nigdy… Wszyscy, ale nie ja… Ja nie jestem taki jak ona”.

A po drugie – co jest nie tylko niemożliwe, ale i ogromnie niebezpieczne – próbujemy zasiąść do stołu Króla w oparciu o nasze własne zasługi, naszą dobroć, pobożność czy też moralność. W ten sposób próbujemy zbawić samych siebie, stając się swoimi zbawicielami. Jednakże dzisiejsza historia uczy nas, że tylko ze względu na jezusa i nic więcej została nam okazana łaska i tylko ze względu na jezusai nic więcej jesteśmy zaproszeni do stołu Króla.

A więc czy jest jeszcze ktoś, komu Bóg mógłby okazać łaskę ze względu na Jezusa?

Zasiądź do królewskiego stołu i wraz z całą Jego rodziną ciesz się obecnością Króla.

 

 

O autorze

Pastor i współzałożyciel Centrum Chrześcijańskiego WINNICA w Rybniku. Autor książki Pocałunek Nieba, mówca konferencyjny i budowniczy Kościoła. Jego nauczania są pełne łaski, która – jak wierzy – jest kluczem do owocnego życia chrześcijańskiego. Wyznaje i praktykuje proroczy wymiar prowadzenia służby i Kościoła, wspierając całym sercem rozwój Kościołów lokalnych w Polsce i za granicą. Mieszka w Rybniku wraz z żoną Olą i trójką dzieci.

Polecamy również

Książka Pocałunek nieba Wojciecha Walaszczykajest opisem wydarzeń, jakie miały miejsce na przełomie listopada i grudnia 2018 roku w Centrum Chrześcijańskim Winnica w Rybniku, kiedy to „Niebo pocałowało ziemię”. Autor nie tylko relacjonuje samo wydarzenie, ale także dzieli się tym, czego Bóg nauczył go podczas tego szczególnego czasu nawiedzenia. Z kolei ostatnia cześć książki zawiera inspirujące świadectwa ludzi, w życiu których Pocałunek Nieba pozostawił trwały ślad.

Po tej lekturze w twoim sercu zapłonie pragnienie Bożej obecności i rozbudzi się głód działania Ducha Świętego – Tego, który wymyka się wszelkim schematom i nieustannie zaskakuje swoją mocą.

Informacje o książce

Tytuł: Twórca historii. Każdy z nas ma historię do opowiedzenia

Autor: Wojciech WalaszczykRedakcja merytoryczna: Wojciech WalaszczykRedakcja językowa: Krystyna StobierskaKorekta: Elżbieta Siewniak, Anna KurekPrzygotowanie e-booka: Sylwia CupekProjekt graficzny okładki: Nikola Szemszur

Copyright © Wojciech Walaszczyk, 2022

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodzą z:Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, wyd. 1, Poznań–Tarnobrzeg 2017

Wydawca:SzaronKsięgarnia | Wydawnictwo | Hurtowniaul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustrońtel. 503 792 [email protected] [email protected]ążkę można nabyć u wydawcy.

Wydanie I, Ustroń 2022ISBN