Tu i teraz - Hennelowa Józefa - ebook + książka

Tu i teraz ebook

Hennelowa Józefa

0,0

Opis

Nadać naszemu „Tu i teraz” sens i nadzieję potrafią tylko niektórzy. 
I właśnie im trzeba dziś dać wyraźny i mocny głos.

Józefa Hennelowa, Pani Ziuta. Każdy stały czytelnik „Tygodnika Powszechnego” wie, o kim mowa. Opatrzność daje łaskę długiego życia tym, którzy mogą świadczyć o ludziach i sprawach pozornie należących do przeszłości, ale ważnych dla nas „Tu i teraz”. Oni są dla nas, współczesnych, bezcennymi świadkami epoki, gdy niełatwo było zachowywać przyzwoitość, kroczyć drogą rozsądku, ale i prawdy, rozróżniać czas kompromisu od czasu świadectwa.

Dla całego środowiska inspirowanego duchem i spuścizną „Tygodnika Powszechnego” jest Pani Ziuta stałym i niezmiennym drogowskazem. Któż inny bowiem ogarnia dziś całe niemal dzieje czasopisma, które potrafiło zachować rolę jedynego, opozycyjnego ośrodka „między Łabą a Władywostokiem”?
(ze wstępu Pawła Stachowiaka)

Pani Józefa Hennelowa od lat zachwyca celnymi spostrzeżeniami i ostrym piórem, w ostatnim czasie głównie za sprawą felietonów na stronach Klubów „Tygodnika Powszechnego”. Ta książka jest tego najlepszym dowodem.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Wstęp

Józefa Hennelowa, Pani Ziuta. Każdy dawny czytelnik „Tygodnika Powszechnego” wie, o kim mowa. Opatrzność daje łaskę długiego życia tym, którzy mogą świadczyć o ludziach i sprawach pozornie należących do przeszłości, ale ważnych dla nas „tu i teraz”. Oni są dla nas, współczesnych, bezcennymi świadkami epoki, gdy niełatwo było zachowywać przyzwoitość, kroczyć drogą rozsądku, ale i prawdy, rozróżniać czas kompromisu od czasu świadectwa. Potrafiło to czynić środowisko „Tygodnika…”, kierowane „mądrością etapu” Stommy, Turowicza, Kozłowskiego i Hennelowej. Ten „neopozytywistyczny” imperatyw dotyczył nie tylko tego, co dziś należy już do historii – relacji z komunistyczną władzą, ale również wciąż aktualnych problemów Kościoła, świata i Polski. Roztropność w ocenianiu współczesnych zjawisk, odczytywanych w duchu ewangelicznym, niesłabnące zainteresowanie tym, co „tu i teraz”, ale zawsze w kontekście zakorzenienia w tradycji, to wyznaczniki myślenia i pisania ludzi środowiska, którego – obok Stefana Wilkanowicza – najstarszą przedstawicielką jest Pani Ziuta.

Jej doświadczenie, w którym jest nie tylko czas, ale są również miejsca i ludzie, ma walor bezcenny. Dzięki niej możemy sięgnąć do czasów dawnego Wilna, zasiąść w ławach powojennego, jeszcze nie złamanego UJ, zajrzeć do redakcji „Tygodnika”, spotkać na korytarzach Turowicza, Bardeckiego, Stommę, Gołubiewa, Kisiela, Wojtyłę i tylu, tylu innych, najważniejszych ludzi tamtej epoki. Możemy wraz z Nią zasiąść na sali toruńskiego sądu i obserwować proces zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, uczestniczyć w setkach spotkań, współtworzyć kształt nowej Polski po roku 1989. To niezwykła perspektywa, powinna nas ona skłaniać do uważnego wsłuchiwania się w głos Pani Ziuty.

Dla całego środowiska inspirowanego duchem i spuścizną „Tygodnika Powszechnego” jest Pani Ziuta stałym i niezmiennym drogowskazem, któż inny bowiem ogarnia dziś całe niemal dzieje czasopisma, które potrafiło zachować rolę jedynego opozycyjnego ośrodka „między Łabą a Władywostokiem”? Dzisiejszy „Tygodnik…” nie ma z Nią łatwo. Pani Józefa nie zawsze akceptuje wszystkie wybory swych redakcyjnych dzieci i wnuków, nieraz ich chłoszcze za brak historycznej perspektywy, za to że, Jej zdaniem, nie kultywują w dostatecznym wymiarze pamięci swych antenatów. Ba, potrafi nawet spojrzeć na Redaktora Seniora z perspektywy starszej koleżanki, to i owo mu wytknąć. Czasem się na to zżymają, ale przecież wiedzą, że to wszystko nieważne, mało istotne, naturalny konflikt pokoleń, to minie, bo Jej słowa zasługują na refleksję, są ważne „tu i teraz”, nawet jeśli niektórym zdają się tylko świadectwem przeszłości.

Kluby „Tygodnika Powszechnego” uznają za swoją legitymację fakt, że Józefa Hennelowa zechciała publikować felietony na klubowej stronie. Od roku 2012 aż do dziś jest Ona regularnie obecna w tym miejscu. Kluby miały i mają problem ze swą tożsamością, jaka powinna być natura ich relacji z Redakcją „TP”, czy mogą i powinny kultywować pamięć o tygodnikowo-znakowej tradycji? Kluby to „Tygodnik” czy nie do końca? Obecność Józefy Hennelowej na stronie klubowej to znak, że są one wewnątrz, nie poza, że stanowią część tygodnikowej tożsamości, że stanowią ważny czynnik jej promocji w „czasach nowych”.

Niniejszy tom nie rości sobie prawa do nakreślenia panoramy dorobku Józefy Hennelowej, pragniemy jedynie utrwalić w pamięci słowa najnowsze, pisane wtedy, gdy Jej nazwisko przestało już być obecne w przestrzeni medialnej. Każdy, kto zechce poznać wcześniejsze teksty Pani Ziuty, zdobyć pełniejszą wiedzę o tym, kim jest, według jakich zasad i wartości myśli czy działa, powinien sięgnąć do licznych książek Jej autorstwa. Wymieńmy jedynie kilka: Votum separatum. Publicystyka 1982–1999, Niedowiarstwo moje. Refleksje religijne oraz wywiad rzekę Bo jestem z Wilna… I najnowsza, głęboko osobista: Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć, znakomicie opracowana przez Annę Mateję, wydawczynię 3-tomowego wyboru pism Jerzego Turowicza. To dzięki jej cotygodniowej pracy i zaangażowaniu Zofii Katarzyny Morstin felietony Józefy Hennelowej mogły znaleźć swoje miejsce na stronie Klubów „TP”.

Pani Józefo, ten tom, zawierający teksty, które zechciała Pani powierzyć Klubom „Tygodnika Powszechnego”, jest wyrazem naszej czci i uznania dla wszystkiego, czego Pani dokonała podczas dziesiątków lat współtworzenia środowiska „TP”, jednego z fundamentów niepodległej Rzeczpospolitej. Proszę pamiętać, Kluby „TP” będą czynić wszystko, aby tygodnikowa spuścizna nie została zapomniana. One po to istnieją. Niech Bóg darzy Panią łaską zdrowia ducha i ciała, po najdłuższe lata.

Paweł Stachowiak

2012

Tu i teraz

11 października 2012

Zaproszenie do portalu internetowego Klubów „Tygodnika Powszechnego” to niespodzianka, z którą trzeba sobie poradzić. Czy mam prawo zajmować komuś czas, pozostając na coraz węższym marginesie tego, co się dzieje? I co robić, jeśli nie zgadzam się z tekstem z ostatniego numeru „Tygodnika Powszechnego” – przykładem jest choćby, tak gromko ogłoszony, manifest Kościoła Otwartego („TP” nr 40, 30 września 2012). Otwartość Kościoła rozumiem nie jako jego wyróżnik, cechę do dyskusji, lecz jako po prostu ewangeliczność, bo przecież Kościół był, jest i będzie posłany do wszystkich bez wyjątku. Czy mam prawo występować ze swoim zdaniem?

Pomocą i odpowiedzią staje się tytuł, który proponuję także na przyszłość – Tu i teraz, bo przecież tak naprawdę to jest właśnie rzeczywistość zadana każdemu, czy jest w największej wspólnocie, czy w zupełnej samotności. A jeśli zadanie, to także sens, a zatem i nadzieja.

Wszystko byłoby optymistyczne, gdyby nie to, że czas wydaje się nieustannie mnie wyprzedzać, tak samo jak wszystkich dookoła. Jeszcze parę dni temu wydarzeniem z kręgu „tu i teraz”, wydarzeniem ważnym i bardzo pocieszającym, było dla mnie przysłuchiwanie się debacie Klubów w Łagiewnikach (6 października) i to tej debacie, która wydała mi się najważniejsza: Wierzyć, jak to łatwo powiedzieć… Bez porównania ważniejszej niż wszystkie pytania i niepokoje związane z manifestem otwartości Kościoła. Cieszyłam się na ciąg dalszy, nawet bez mojej obecności, w innych miastach albo na łamach pisma.

Wydarzeniem tak samo godnym uwagi i pocieszającym był krakowski wieczór we wtorek, 9 października. Prezentacja dorobku Jacka Woźniakowskiego, wznowiona przez wydawnictwo Universitas, i dyskusja kilku osób – ks. Adama Bonieckiego, Adama Michnika, prof. Jacka Purchli, prof. Stanisława Rodzińskiego, Henryka Woźniakowskiego (prowadzenie: Nawojka Cieślińska-Lobkowicz, która sześciotomowy wybór pism prof. Woźniakowskiego przygotowała do druku) – których warto zawsze słuchać, bo razem z autorem wznowionych pism tworzyli świat najbliższych mi myśli i odkryć.

Ale wystarczyło środowego posiedzenia Sejmu (10 października), żeby „tu i teraz” zmieniło się w awanturę. I to pełną znaczenia, perspektywicznie bardzo ważną. Projekt zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej – mimo wniosku o odrzucenie – skierowany do pracy w komisjach oznacza powrót do wizji budowania moralności społecznej przede wszystkim przy pomocy środków bogatych, w tym wypadku systemu zakazów i kar prawnych. To jest wizja sięgająca bardzo głęboko, godna najwyższej uwagi i zastanowienia. Na razie trzeba przypomnieć i postulować tylko jedną sprawę – moralność to jest odpowiedzialność przede wszystkim włas-na. Za cudze sumienie nie będziemy rozliczani. Dlatego projekt ustawy, która ma chronić życie dzieci nierokujących zdolności do samodzielnego egzystowania i najsłuszniej w świecie przypominać, że to życie jest tyle samo warte, musi bezwzględnie być uzupełniony tym punktem prawnym ustawy, w którym rodzicom nie tylko zabrania się ich eliminacji, ale także gwarantuje pomoc, bez której nie potrafią sobie przecież poradzić, gdy dziecko się urodzi. A nadto – zgodnie z zasadą uczciwości, że heroizmu wolno wymagać tylko od siebie, a nikomu nie narzucać – ta sama ustawa winna gwarantować, że jeśli matka nie czuje się na siłach podjąć odpowiedzialności za swoje macierzyństwo, państwo i społeczeństwo zapewnią temu dziecku opiekę na miarę jego potrzeb.

Taki komentarz usłyszałam zresztą w ciągu jednej doby przynajmniej kilka razy i uważam, że powinien być powtarzany, i to nieustannie, wszystkim autorom projektu, którzy będą dążyli do jego uchwalenia w polskiej rzeczywistości prawnej. Inaczej tryumfalne ogłaszanie zwycięstwa „obrońców” życia brzmiałoby nieprawdziwie.

O klęsce mediów

24 października 2012

Od niedawna znajduję w „Tygodniku Powszechnym” dużo listów do redakcji, a jest to rubryka, z której istnienia cieszę się wyjątkowo mocno. Bo wprawdzie rozumiem niepokoje autorów tekstów Rzeczpospolita dezinformacji i Duch dziejów się ulotnił z „Tygodnika” nr 42 i 43 (wydania z 14 i 21 października 2012), którzy szukają przyczyn klęski mediów, jednak bez rozmowy pisma z czytelnikami żadne medium na dłuższą metę nie może kwitnąć. Tylko współdziałanie, a nie bierna konsumpcja, daje życie. Mam też nadzieję, że przynajmniej w prasie katolickiej powróci rubryka przeglądu prasy wartej uwagi i wtedy, kiedy się jej zdanie podziela, i wtedy, kiedy warto na ten temat toczyć dyskusje. Liczy się przecież współdziałanie, a nie propaganda.

Jest jednak coś ważniejszego – pisma, tytuły, programy mogą ginąć, natomiast problem zawodu dziennikarskiego to sprawa osobna. To ta profesja, a nie same redakcje, zdają teraz najtrudniejszy egzamin. To jakość tego zawodu, a mówiąc dobitniej: etyka dziennikarska albo jej brak, rozstrzyga o tym, czy ten zawód jest jeszcze coś wart. Tymczasem problem etyki, wydaje się, przestał już zaprzątać gremia zespołów redakcyjnych, a nawet same kierownictwa stowarzyszeń dziennikarskich (w tym również stowarzyszenia z przymiotnikiem: „katolickie”). Od kiedy nie obraduje już Rada Etyki Mediów? Niedawno przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich stanął pod zarzutem współtworzenia imprezy partyjnej, co przecież jest zaprzeczeniem najbardziej elementarnych zasad dziennikarstwa, i nie wyjaśnił niczego, nikt również niczego od niego nie chciał.

Kiedy się zrodzi niepokój związany z faktem, że tylu pierwszoligowych dziennikarzy nie ma własnego zdania w kwestiach spornych, jeśli tylko pojawia się obowiązek dania świadectwa lojalności partyjnej? To samo dotyczy manipulowania gościem albo gośćmi zaproszonymi do „dyskusji”. Kiedy zginęła troska o niemieszanie komentarza z informacją? Kiedy przestało przeszkadzać wprowadzanie języka inwektyw i pogardliwego traktowania każdego, kto stoi na innym stanowisku? Bardzo bym chciała namówić moich dawnych kolegów z „Tygodnika Powszechnego”, żeby nie tylko zapraszali gości do dyskusji nad tymi zmartwieniami, ale podzielili się własnymi doświadczeniami w tej mierze.

Na koniec pozwalam sobie wyrazić prośbę związaną z problemem, któremu poświęcam ten komentarz. Prośbę pod adresem ojca dyrektora radia toruńskiego: w ciągu kilku dni w okolicy 20 października, w kolejnych wypowiedziach ojca dyrektora słyszałam następujący zwrot, opatrzony bardzo poważnymi oskarżeniami: „media wątpliwego nurtu”. Nie rozumiem tego wyrażenia, nie wiem, czego dotyczy. Uważam, że powinno ono być wyjaśnione precyzyjnie, z podaniem definicji i przykładów.

Bronię kultury dyskusji

8 listopada 2012

Nie mam jeszcze nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Przypuszczam, że to, co było najgłośniejsze w minionych dniach, „Tygodnik” skomentował. Ale ja chciałabym pierwsze linijki poświęcić samemu „Tygodnikowi”, żeby szczerze powiedzieć (a to w związku z apelem redakcji do przełożonych Redaktora Seniora – „TP” nr 45, 4 listopada 2012, s. 3), że wcale tak bardzo się nie martwię zakazem wydanym mu przez zwierzchność rok temu, żeby nie występował w telewizji ani radiu. Awantury, które zaprezentowały oba media w ostatnich dniach, kiedy dziennikarze bez najmniejszych zahamowań wrzeszczeli na siebie, nie pozwalając na żadną dyskusję, a gospodarze programu nie byli w stanie nad nimi zapanować, postawiły kropkę nad i wobec poczucia, że wypowiedzi przed kamerami i mikrofonami to marnowanie czasu. Jeżeli ktoś, kto stanowi autorytet duchowy i umysłowy, może zamiast udziału w takich gremiach napisać jeszcze parę książek, które będą czytać bodaj i nasze wnuki, to naprawdę nie warto się martwić. No i na pewno nie warto używać w „Tygodniku” nieuprzejmych form interwencji, zwłaszcza na terenie tak delikatnym jak przełożeństwo i posłuszeństwo w zakonie. I na pewno również nie warto obdarzać prawem publikacji listów, których autorzy nie mają odwagi podpisać się nazwiskiem, o podaniu nazwy miejscowości nie wspominając.

Ja wiem, że kultura publicznej dyskusji już prawie zanika, ale trzeba jej bronić na takich łamach jak „Tygodnik”, cokolwiek by się działo.

A drugą uwagę odnieść chcę właśnie do tego tematu, który w ostatnim tygodniu spowodował największe poruszenie i zgorszenie równocześnie. To wytykanie przez polityków, dziennikarzy i odbiorców, kto powinien był zjawić się na pogrzebie prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w świątyni Opatrzności Bożej, a kto się nie zjawił. Każdy, kto zabierał głos, demonstrował najwyższy stopień zgorszenia, oburzenia, gniewu i pretensji. Także ci, którzy sami na pogrzebie nie byli. Jak gdyby nikt nie zdawał się ani przez chwilę pamiętać, że gdyby tam zjawili się ci wszyscy przedstawiciele władzy (którzy nota bene reprezentowani byli każdy przez swego zastępcę), nikt pewnie nie byłby w stanie zapewnić, że powagi żałobnej nie zdepcze buczenie, obelżywe okrzyki, znieważające transparenty i że po prostu najbliższa rodzina zmarłego tego właśnie nie chciała i na to nie zasługiwała.

Na koniec jedno życzenie, prawie modlitwa: żeby w tym roku Święto Niepodległości nie zostało sprofanowane jak w zeszłym.

Pytanie o patriotyzm

13 listopada 2012

Kiedy w „Tygodniku Powszechnym” na 11 Listopada przeczytałam tekst ks. Adama Bonieckiego (Wspólnota, „TP” nr 46, 11 listo-pada 2012, s. 2), zrobiło mi się żal, że autor, cytując na końcu wiersz Kasprowicza, po prostu nie przepisał go w całości. Wydaje mi się, że ta poezja jest już zupełnie zapomniana, a w każdym razie wśród setek tysięcy słów wypowiedzianych z okazji tego święta ani jedno nie było nawiązaniem do oskarżenia i wyznania sprzed tylu lat. Pewnie słusznie, bo nikt zdawał się nie potrzebować w tym dniu rachunku sumienia, za to trybunów oskarżających było bez liku.

Najbardziej zdumiało mnie wyznanie pewnej posłanki biorącej udział w Marszu Niepodległości, że widziała w nim całe rzesze „wielkich patriotów”. Po czym poznaje się takich ludzi w marszu masowym, podczas którego jedynym obowiązkiem jest spektakularne kroczenie w pochodzie, ewentualnie ze skandowaniem i podnoszeniem flag? Patrząc wstecz na Dzień Niepodległości, mam wrażenie, że słowem najczęściej używanym było w nim nawet nie imię ojczyzny, lecz właśnie słowo „patriotyzm” traktowane jako wyróżnik i jako cnota najwyższego rzędu. Tylko że wszystko, co w tym słowie jest zawarte, dla wypowiadających się zdawało się realizować przede wszystkim w tym marszu. Nie we mszy za ojczyznę, nie w odwiedzinach grobów, nie w milczącym hołdzie i nie w radości, z jaką każdy – świadomy, że uroczystość należy do niego i jest ogromnym darem – chce po prostu się cieszyć.

Gdybym była w stanie uczestniczyć w warszawskich wydarzeniach niedzielnych, chciałabym – odszedłszy sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, gdzie w dalszym ciągu i zawsze powinno się zaczynać świętowanie 11 Listopada – pójść z wieloma ludźmi podobnie jak ja czującymi jeszcze w dwa miejsca: do podziemi katedry, gdzie spoczywają prezydenci dwudziestolecia i prymas Wyszyński, a także na Pole Mokotowskie, gdzie od niedawna dzieje się coś bardzo ważnego i wyczekiwanego: odkrywane są nareszcie szczątki ofiar stalinizmu, bohaterów najczarniejszego okresu terroru powojennego. Chciałabym pobyć tam, żeby im wszystkim podziękować za to, co dostaliśmy znowu i czego obyśmy nigdy nie zmarnowali.

Popieram ministra Boniego

5 grudnia 2012

Umarł Przyjaciel – prof. Jacek Woźniakowski – jeden z tych, którzy rozpoczynali historię „Tygodnika Powszechnego”, a potem całego środowiska. I chciałoby się spokojnie skupić na wspominaniu z wdzięcznością całego Jego dorobku i wspólnych przeżyć. A tymczasem nie da się nie reagować na zjawisko tak dotkliwe i sytuację tak dojmująco aktualną jak apel ministra administracji i cyfryzacji Michała Boniego. I od razu powiem, że hasłem wywoławczym jest dla mnie kategoryczne stwierdzenie: Michała Boniego, który zaapelował o przeciwstawianie się mowie nienawiści i wszelkim objawom nietolerancji, trzeba poprzeć, bo on ma rację. Gdybym to mówiła głośno, postarałabym się o trzy wykrzykniki. Boni ma rację w tym, że wreszcie nas wezwał do spojrzenia prosto w oczy złu, które przecież nie od dziś jest rzeczywistością społeczną i polityczną; z której wyniknąć może nieprzewidywalny w skutkach wybuch destrukcji.

Opinia dostarczana nam przez media zawiera od czasu wygło-szenia apelu ministra Boniego głównie protesty, krytyki i wybrzydzania. „To nic nie da” – mówią jedni i tłumaczą dlaczego. „To będzie miało skutki gorsze od samej choroby” – mówią inni. Większość stara się dowieść, że zjawisko albo nie istnieje, albo jest winą i odpowiedzialnością tylko strony przeciwnej. Wtedy następuje licytacja na słowa nienawiści i takie, które nimi jeszcze nie są, albo językoznawcze wywody, co to jest mowa – w tym również mowa nienawiści. Kończy się na wymienianiu nazwisk i atakowaniu konkretnych postaci za pojedyncze zachowania, a niebezpieczeństwo, które nam wisi nad głowami, zostaje zignorowane. Tymczasem Michał Boni może się mylić w wielu praktycznych propozycjach, ale winien być słuchany w tym, co najważniejsze: w nazwaniu choroby, która nas toczy. Zamiast uświadomienia sobie, że ta choroba zagraża państwu, a nie lokalowi jednej partii czy jednego stowarzyszenia.

Kontynuuje się w polskich mediach nieodpowiedzialne zagęszczanie sensacyjności. Chciałabym wreszcie zobaczyć dziennikarza, który odbierając telefon agresywnego słuchacza, obrażający jakiegoś jego przeciwnika, zareaguje bodaj jednym słowem. Chciałabym zobaczyć program informacyjny, w którym po raz dziesiąty w ciągu dnia nie zostanie pokazany polityk znieważający swojego wroga w imię podobno najświętszych przekonań i wartości. Chciałabym bez lęku przyjmować komunikat o uroczystej ofierze mszy świętej, która nie będzie stanowiła tylko usprawiedliwienia dla dalszych punktów tego samego programu już ściśle politycznych zachowań, na przykład marszu, transparentów, skandowania haseł.

Nienawiść może bowiem zawłaszczyć także świat wartości i to byłoby najgroźniejsze.

Tysiąc dobrych znaków

11 grudnia 2012

Im więcej dociera wiadomości o podejmowanych w tysiącach miejsc Polski staraniach o bliźnich, o sprawienie im chociaż chwili radości na Boże Narodzenie, tym większa nadzieja, że nie zatryumfują nad nami wydarzenia ponure i pokusa, aby na nich się skupić, szukając winnych, koniecznie za dzielącymi nas barykadami.

Chciałabym dzisiaj po prostu dołączyć swoje życzenia do tego tysiąca dobrych znaków. I będzie to życzenie bardzo proste: aby jak najwięcej z nas potrafiło ofiarować komuś na Gwiazdkę swój czas i swoją obecność. Nawet bez prezentu, bez paczki, bez odśpiewanej kolędy, jeżeli brak nam głosu i słuchu. Największym ciężarem człowieka było, jest i będzie osamotnienie, i jeśli tylko można na chwilę bodaj je unicestwić, ofiarując czas bez rachuby, obecność, która potrafi obyć się bez słów, ale jest otwarta na tego, przy którym usiądziemy, to Boże Narodzenie staje się znowu rzeczywiste, a nie tylko tradycyjne i konwencjonalne.

Gdy przyjdą do ludzi samotnych – i w swoim odczuciu niepotrzebnych – wolontariusze ze wspólnoty parafialnej, oby mieli chwilę więcej czasu, by nie tylko złożyć życzenia i wręczyć upominek, ale pozostać dłużej. A najbardziej marzę o ziszczeniu się rzeczy niewyobrażalnej w tej chwili: że właśnie w wielkie święta, takie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, samotni w domach, z których już wyjść nie potrafią, doczekają się wysłannika niosącego im Eucharystię. Chrześcijanie pierwszych wieków, docierający z Eucharystią także do więzień, pewnie by nie uwierzyli, że to w naszych warunkach uznawane jest za niewykonalne, chociaż tak właśnie jest na przykład w Polsce. Wierzę, że kiedyś okaże się to możliwe.

Lekcja mądrości

18 grudnia 2012

Niepamięć bywa błogosławiona. Goi rany z przeszłości, łatwiej pozwala przebaczać albo odzyskiwać zaufanie do bliźnich czy siebie samego. Ale ta sama niepamięć to kalectwo albo pułapka, gdy z przeszłości chcemy za wszelką cenę wyciągnąć, jak z banku, korzyści na przyszłość. Wtedy najczarniejszy obraz z wczoraj, potrzebny jak listek lauru na głowę, może prowadzić do nieprawdy.

Będę szczera: zupełnie nie rozumiem, dlaczego musieliśmy z takim natężeniem obchodzić 13 grudnia, czyli trzydziestą pierwszą rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. To było po prostu świętowanie, chociaż przecież ta data nie nadawała się do tego zupełnie. Przecież myśmy tutaj sięgnęli po tak mało fortunne zagrania, jak tak zwane rekonstrukcje z przebieraniem się w akcesoria tamtego dnia i powtarzaniem scen, które miały być pełne martyrologii, a były z konieczności tylko zabawą. Przecież rozpętano w mediach całą rzekę wspomnień, które okazywały się często konfabulacją. I nawet trudno mieć pretensje do dziennikarza, który dziś ma niepełną trzydziestkę, że na przykład nie wiedział, iż z internowania działacze „Solidarności” często wychodzili nie na wolność, lecz do więzienia kończącego się procesami. Wspomnienia ludzi rozciągały się od zupełnej czarności po naiwną nierealność. I jedyną możliwość zrozumiałego odniesienia do tamtego czasu – to znaczy skupioną pamięć o ofiarach, a także ludziach najbardziej zasłużonych – jak zwykle potraktowaliśmy prawie marginesowo.

Dlatego chciałabym przypomnieć ten zespół faktów związanych z tamtym rozdziałem historii, o którym ku mojemu zdumieniu nikt w tym roku nie powiedział ani słowa. Było bardzo dużo odniesień do autora stanu wojennego, pełnych nieukrywanej chęci jak najsurowszego wymierzenia kary bodaj dzisiaj. Był gorszący telewizyjny spór dokoła wiadomości o polityku odwiedzającym gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szpitalu. Więc może przypomnijmy, że tuż po zawieszeniu stanu wojennego, w czerwcu 1983 roku Jan Paweł II odwiedził Polskę jeszcze pełną więźniów, a podczas tej wizyty nie tylko przyjął gościnę w Belwederze i wysłuchał przemówienia generała, na które odpowiedział, punktując wszystkie swoje zatroskania o Polskę, ale także kilka dni później spotkał się z gen. Jaruzelskim na Wawelu, odbywając długą rozmowę w cztery oczy, której treści nigdy nie poznaliśmy. Dla nas była to przecież lekcja prawdziwej mądrości i powagi w odniesieniu do najtrudniejszych egzaminów.

Czy nie było lepiej sięgnąć dziś po tamte homilie i czytać je niekoniecznie w aurze rozkołysanych emocji, jakie na przykład towarzyszą manifestacjom ulicznym? Do życzeń składanych czytelnikom przed tygodniem, po wszystkich przeżyciach ostatnich dni, chciałabym dołączyć jeszcze to jedno życzenie: żebyśmy mogli lepiej obchodzić się z pamięcią i niepamięcią. Tym bardziej że mamy, chociaż już po tamtej stronie, Nauczyciela i Mistrza.

Marzenie na Nowy Rok

28 grudnia 2012

Życzenia przy opłatku bożonarodzeniowym składamy innym: od najbliższych po przygodnych wędrowców. Ale życzenia na Nowy Rok można chyba złożyć także samemu sobie, mając nadzieję, że to nie są życzenia nazbyt egoistyczne. Takie życzenie właśnie chowam na koniec tego tekstu i jest to życzenie, o którym marzę.

W tegoroczne święta kilka przekazów, które do mnie dotarły, było szczególnie pocieszających. Przyjaciel z Niemiec w świątecznym telefonie opowiedział o swojej radości, że córka wolontariuszka, spędzająca obecne miesiące w Betlejem w ekipie pomagającej dzieciom niepełnosprawnym umysłowo, przyleciała na parę dni świętować Boże Narodzenie z rodziną. A ja przy okazji dowiedziałam się o jeszcze jednej z tysięcy rzeczy, które dzieją się w świecie i oznaczają po prostu dobro. Ktoś także opowiedział mi o pasterce niedaleko Krakowa, w trakcie której dzieci włączyły się w odtwarzanie szopki betlejemskiej. Pomyślałam, że dla nich to była najwspanialsza lekcja wiary, która nie jest ani konwenansem, ani przyzwyczajeniem, tylko najprawdziwszym życiem. A telewizja, prócz wielu niepotrzebnych komunikatów z odwiecznych naszych awantur politycznych, przekazała na szczęście komunikat o najbliższej akcji Jerzego Owsiaka, który chce tym razem objąć pomocą nie tylko dzieci, ale i najstarszych. I dziennikarze musieli zająć się informacją nie tylko o tym, czego ludziom brakuje, ale i o tym, co można zmienić na lepsze i to nie życzeniowo, ale biorąc w tym udział.

Chciałabym więc na Nowy Rok mieć nadzieję, że ile razy będę słyszała o obronie wartości, usłyszę nie tylko słowa oburzenia, protestu czy wezwania do walki, ale zaproszenie do tego, co da się zrobić samemu i z najbliższymi, żeby te wartości trwały i nabierały znaczenia w dzisiejszym świecie. Marzę o tym, aby pokazywano mi, ile razy się da, ludzi, którzy nie tylko w te wartości wierzą, ale także wiedzą, jak je realizować: jak Jurek Owsiak, jak Janka Ochojska, jak siostra Małgorzata Chmielewska.

2013

Uczciwe, rzetelne, kościelne…

4 stycznia 2013

Niestety tym razem nie zgadzam się z ks. Kazimierzem Sową i to bardzo zasadniczo. Wypytywany przez „Gazetę Wyborczą” (2 stycz-nia 2013) o stosunek do mediów ojca Rydzyka (radio, telewizja, gazeta codzienna) spokojnie polemizuje z ich hasłami i bez tracenia równowagi przyznaje, że kierowany przez niego kanał Religia.tv nie cieszy się takim poparciem hierarchii w Polsce, donosi także, że nie będzie rywalem ojca Rydzyka w ubieganiu się o koncesję cyfrową. Eksponuje w tej rozmowie tezę, której nie potrafię przyjąć („Gazeta Wyborcza” podkreśla ją dużą czcionką): „(…) jesteśmy wolnym krajem. Każdy ma prawo głosić dowolną bzdurę”.

Otóż, niestety nie – nego maiorem. Rzeczywiście teza, z jaką ojciec Rydzyk organizuje protesty, brzmi: żądamy wolności słowa, której nam nie dają. Ale z jednej strony jest to zwyczajna nieprawda, gdyż wtedy twórcy jego mediów nie mogliby się skarżyć na to, że są atakowani. Jak wolność słowa, to przecież wolność słowa… A z drugiej strony, niepodobna wyobrazić sobie uczciwie wierzącego dziennikarza, który wyznawałby zasadę: każdy ma prawo głosić dowolną bzdurę, czyli uchylać się od wszelkiej odpowiedzialności za słowo.

Nie chodzi mi wcale o sam spór na temat miejsca na multipleksie dla telewizji toruńskiej. Chodzi o to, że media mające służyć Kościołowi muszą być do gruntu uczciwe i rzetelne, a nie tylko w pewnym procencie, jak się pociesza Lech Wałęsa. Nie mogą być jednostronne w informacji, bo to jest fałsz. Nie mogą być byle jakie, bo to jest grzech przeciwko prawdzie – prawda nigdy nie jest byle jaka. Nie mogą być nieumiejętne, bo każda praca musi być pracą odpowiedzialną, a to znaczy, że potrafimy ją wykonywać dobrze. Nie może operować słowem jako narzędziem wzniecania złych emocji, do czego niestety posłużyć mogą również słowa piękne i wzniosłe. Rachunek sumienia za stan mediów w Polsce, a w wyniku tego za stan opinii publicznej i jakość naszego przeżywania spraw wspólnych w ojczyźnie, w Europie i na świecie, w największym stopniu jest obowiązkiem właśnie dziennikarzy spod znaku Kościoła. I tego zlekceważyć nie wolno pod żadnym pozorem.

Kilka słów o uczciwości

10 stycznia 2013

Tu i teraz coraz większy zgiełk i coraz gwałtowniejsze konfrontacje. Może, zamiast włączać się w rzekę komentarzy przeczących jeden drugiemu, jeszcze raz posłuchać Jana Pawła II. Kiedyś powiedział nam coś bardzo ważnego i trudnego – zdanie, do którego prawie nigdy nie wracamy: demokracja bez wartości może się zmienić w zakamuflowany lub jawny totalitaryzm. Co to właściwie znaczy? Jak to rozumieć? Przecież to jest ostrzeżenie, i to wyjątkowo poważne.

Refleksja nad tym zdaniem, taka naprawdę dogłębna, zajęłaby na pewno setki stron. Dziś spróbujmy zadać tylko parę pytań o to, co właśnie się dzieje w tym naszym polskim świecie odzyskanej demokracji. Czy wartością nie jest uczciwość pamięci? A przecież z okazji niefortunnego pomysłu lewicy, by świętować stulecie urodzin sekretarza partii z lat siedemdziesiątych, i wnioskodawcy, i protestujący przeciw nim zaprezentowali kompromitującą niepamięć, nie wierzę, że niezawinioną. Jedni nie chcieli pamiętać o tym, co złe, drudzy o tym, co wróżyło zmiany na lepsze, nie dające się porównać z terrorem poprzednich etapów komunizmu. Ale nikt się tym zdawał nie niepokoić.

Czy wartością nie jest uczciwość w poszanowaniu prawa przyjętego za zgodą społeczną i według reguł dobrowolnie przyjętych? A przecież w proteście przeciw wyrokowi sądowemu w sprawie lekarza-kardiochirurga użyto przeciw sędziemu wszystkich możliwych zarzutów, nie dbając ani o fakty, ani o reguły postępowania, ani o zasadę od tysięcy lat przyjętą: że we własnej sprawie sędzią nigdy nikt nie jest. A co najsmutniejsze, działo się to często na forum mediów Kościoła i rozgrywane było przez ludzi powołujących się na ten autorytet. I znowu nikt się tym zdawał nie martwić.

Czym możemy się pocieszyć w aurze tak mało pocieszającej? Może rozmową radiową – w Radiu TOK FM – z Tadeuszem Mazowieckim o jego książce Rok 1989 i lata następne, jednej z książek jeszcze cenniejszych niż dla nas, starych tygodnikowców, są książki o historii „Tygodnika Powszechnego” i jego twórcy. A może króciutką relacją w radiowej Dwójce o tegorocznych trzechkrólowych pochodach, które nie tylko były przeżyciem pocieszającej wspólnoty, ale – jak mówił autor wypowiedzi – rodzą trwalsze więzi, z których powstają wspólne pomysły, wspólne dobre projekty i dokonania. Tak jak u Jurka Owsiaka, który czasem nie potrafi precyzyjnie dywagować w radiu i telewizji, ale za to pomaga konkretnie, skutecznie i z roku na rok mądrzej.

Komentatorzy jak sędziowie

16 stycznia 2013

Nie mogę nie zareagować od razu. We wtorek, 15 stycznia, rano w jednym z programów radiowych (nazwa tu nieistotna) dziennikarze zaczęli roztrząsać fakt, który po prostu powinien był pozostać sprawą prywatną. Jeden z zasłużonych opozycjonistów i polityków obecnych wyprocesował sobie odszkodowanie za czasy prześladowania i niesprawiedliwe wyroki. Został wymieniony nie tylko z imienia i nazwiska, ale wyliczono także: sumę odszkodowania i zestawiono ją z emeryturą, którą otrzymuje, roztrząsając jej wysokość. Nie mogłam się nadziwić, że – niezależnie od tego, jakie kto z dziennikarzy miał zdanie – ta sprawa w ogóle została potraktowana jako temat, do którego rozmówcy i medium mają prawo.

Osoby publiczne podlegają surowym osądom, bo oczekujemy, że ich publiczna działalność i zachowanie w życiu nie będą przeczyły jedno drugiemu. Ale nasza wiedza o nas samych mówi nam, że sędziami bywamy mało sprawiedliwymi, a to z racji jednej ze słabości, która jest równie brzydka, jak rozpowszechniona. To zawiść bazująca na bardzo subiektywnym poczuciu sprawiedliwości, która to wartość (oczywiście sprawiedliwość) sprawiedliwością jest wtedy, gdy staje po naszej stronie, jak to formułuje bohater filmowy. Dlatego nasze własne zasługi i nasze własne krzywdy tak łatwo mogą nam się wydać większe niż zasługi i krzywdy bliźnich, a ich nagrody mniej zasłużone niż te, które powinniśmy dostać, a nie dostajemy. Boję się trochę, że niefortunna dyskusja radiowa (tylko jeden uczestnik odmówił wypowiedzenia opinii) będzie zachętą dla wielu reakcji działających na zasadzie tego mechanizmu, o którym napisałam. I po co to było?

Tytuł bez wartości

29 stycznia 2013

To już dawno przestało być śmieszne. Widzimy na ekranie ministra, który cztery razy powtarza tę samą informację i prawie ten sam komentarz. To są cztery ujęcia, ale nikt na to nie zwróci uwagi. Satyryczni dziennikarze dodają swoje ironiczne słówko o bezradności szefa resortu. I rzecz jasna udają, że nie wiedzą, iż to po prostu czterech ich kolegów w różnym czasie i miejscu zadało ministrowi podobne pytanie. Ma być śmiesznie i jest niby śmiesznie. Raz jeszcze udało się „przyłożyć” rządowi.

Jest w niedzielnej telewizji taki program, w którym pięciu opozycyjnych polityków przypada na jednego rządowego. Bardzo zadowolony z siebie gospodarz programu cieszy się razem z nimi, gdy kolejnym kwestiom towarzyszą wybuchy śmiechu. Repliki merytoryczne najczęściej kończą się wielogłosem przerywających, bo przecież nie o meritum chodzi. Chodzi o dobrą zabawę, tylko pytanie, czy ona jeszcze kogoś bawi.

Tadeusz Mazowiecki pisze w swoich wspomnieniach – Rok 1989 i lata następne, że po 1989 roku prasa obawiała się najbardziej, żeby nie sekundować władzy, bo to był znienawidzony obowiązek prasy oficjalnej w PRL-u. Dzisiaj mam coraz częściej wrażenie, że ta reakcja zrozumiała wówczas, wcale nam nie przeszła, chociaż czasy są kompletnie inne.

Czasem w telefonach od widzów słyszę głosy zaniepokojenia, które świetnie rozumiem. Jeśli wyobrazić sobie Polskę jako statek płynący po wzburzonym morzu, który nie ma innego zadania, niż płynąć bezpiecznie i osiągać kolejne porty, to przecież oczywiste, że temu, kto stoi za kołem sterowym albo się pomaga, albo staje się nieodpowiedzialnym współpasażerem. Na cóż się komuś zda uciecha, że sternik nie jest ideałem? Tylko szaleńcowi. Jest takie pojęcie, jak „kierowanie z tylnego siedzenia”. Wiadomo, że bywa wręcz niebezpieczne i że tego robić nie należy. Tymczasem w sferze opinii publicznej coraz częściej mamy opozycję, która albo drwi, albo podnosi alarm polegający na obsypywaniu sterników emocjonalnymi epitetami. A nie słychać kontrpropozycji typu: lepiej będzie tak i tak ani tym bardziej oferty pomocy. A przecież milionom Polaków na nic się zdadzą sceny takie jak w Sejmie ostatnimi dniami, nie przydadzą się one ani lepszym szkołom, ani lepszym szpitalom, ani lepszym dojazdom do pracy… I jeszcze tysiącom spraw, które składają się na nasz dzień powszedni.

Okładka najnowszego numeru „Tygodnika Powszechnego” (nr 4, 27 stycznia 2013) wniosła na tę arenę opinii publicznej jeszcze jeden ton, którego pismo dotąd, jak mi się zdaje, nigdy nie miało. Okładka, i jeszcze artykuł wewnątrz numeru (Elegia na odejście Michała Majewskiego), i jeszcze zdjęcie, i jeszcze tytuł w Obrazie tygodnia. To jest ton „religii smoleńskiej”. Od razu po pogrzebie nie pora na jakikolwiek komentarz. Pogrzebom należy się milczenie. Więc tylko jedna uwaga na temat ogromnego tytułu na okładce: Matka polityka. Polityk to tytuł, który sam w sobie nie zawiera żadnej wartości. Natomiast dzisiaj rodzi setki ciężkich pytań. Tytułem do chwały byłby tytuł: Matka męża stanu. Ale takie określenie przysługuje zazwyczaj po zamknięciu bilansu.

Nam się należy?

5 lutego 2013

Pytanie sprzed trzech tygodni – zapisane w komentarzu z 16 stycznia – które próbowałam ocenić: czy moralne jest roztrząsanie słuszności lub niesłuszności czyichś żądań otrzymania nagrody za prześladowania polityczne (casus Zbigniew Romaszewski), poruszyło szerokie kręgi opinii. Zgadzam się, że nie tylko zawiść może powodować krytyczną ocenę tych, którzy wystawiają rachunek własnemu państwu za to, co dla niego zrobili lub wycierpieli. Ale warto chyba być powściągliwym, bo naprawdę łatwo zapomina się o tych przywilejach, które i nam się trafiają, a które obiegowo już dawno temu nazwane zostały prawami nabytymi.

Wyznaję szczerze, że głęboko zgorszyli mnie związkowcy rolnicy, którzy w proteście przeciw sprzedawaniu ziemi cudzoziemcom po prostu blokowali drogi ciągnikami przez długie godziny zupełnie niewinnym współobywatelom. Nie potrafię czuć się solidarna z „Solidarnością” PKP na Śląsku, gdzie w obronie własnych przywilejów pasażerom przez dwie godziny nie pozwolono nigdzie dojechać. Już nie mówię o zapowiadanym z tych samych racji strajku generalnym kolei w całej Polsce. Czym w takim razie różni się „Solidarność” od roszczeniowych związków zawodowych w innych krajach? Po co dotąd wymachuje poparciem Jana Pawła II, który przecież nauczał: „solidarność to nigdy jeden przeciw drugiemu”?

„Nam się należy” – to hasło, które słychać najczęściej i jest w nim tyleż racji sprawiedliwej, co bezwzględnego samolubstwa grupowego albo wręcz jednostkowego. Zgadzam się w stu procentach z ojcem Maciejem Ziębą OP, który w tekście Wolność nie może uderzać w słabych opublikowanym niedawno w „Gazecie Wyborczej” (2–3 lutego 2013), przekonuje, że zderzanie wartości i antywartości, haseł białych i czarnych nie może dać nic innego niż nieustający konflikt. Tylko że nic nie wskazuje na to, żeby rosło przekonanie o potrzebie porozumienia racji, które od razu okładane jest etykietą kompromisu, a więc dwuznacznością moralną.

Do niedawna jednym z moich ulubionych programów telewizyjnych była Loża prasowa. Teraz po ostatniej niedzieli (3 lutego) pewnie już nieprędko tam zajrzę. Przeraziło mnie zderzenie wrogości wzajemnej dziennikarzy – takiej, w której nic nie zdaje się gotowe do jakiegokolwiek ustępstwa, bez czego przecież nie można marzyć o porozumieniu. Dlatego chciałabym podziękować wszystkim kolegom z telewizji i radia (a nie jest ich wielu), którzy czasem wpadają na pomysł zapraszania do rozmowy ludzi mądrych, a nawet poświęcają im dużo czasu. Jest to wydarzenie, po którym zostają w odbiorcy dobre uczucia i dobre myśli, czyli pogoda, której może brakować w klimacie za oknami, ale której brak wewnątrz nas skutkuje zawsze zagrożeniem nie do zlekceważenia.

Pogarda zamiast solidarności

19 lutego 2013

Sama pisałam niedawno w „Tygodniku Powszechnym” (nr 6, 10 lutego 2013), dlaczego jestem przeciw stanowieniu instytucji pod nazwą: związki partnerskie. Powinnam więc przyjąć z aprobatą decyzję większości sejmowej odrzucającej z miejsca wszelkie projekty na ten temat. Ale to nie jest tak. Głosowanie w Sejmie tak naprawdę zupełnie nie zajmowało się perspektywami kulturowymi i ideowymi ewentualnego świata, w którym wszystko zostałoby pomieszane (jak zapowiada się na przykład we Francji, a może i w Wielkiej Brytanii). Tak naprawdę było to głosowanie za postawą posłanki Krystyny Pawłowicz, czyli za osądem losu ludzkiego łamiącego ogólny porządek płci w sposób tragiczny. Los ten zdarza się, niestety, bez żadnej winy ludzkiej, a – jak się okazało – w imię wartości (?) powinien być nie tylko odrzucony, jako niezasługujący na jakąkolwiek solidarność, lecz odrzucony z pogardą i ze wstrętem. Bo przecież szyderstwo publiczne z tego losu w telewizjach (nie wiadomo po co) pokazywane dziesiątki razy to była najsilniejsza nuta w wystąpieniach pani poseł, wziętych w dodatku w obronę przez poważne gremium profesorskie w Poznaniu. Pojęcia nie mam, co dalej nastąpi, ale ten właśnie fakt każe czekać z niepokojem, bo nie widzę na razie odpowiedzi na pytanie, o co w ogóle chodziło uczestnikom tego zwycięstwa uznanego przez nich zdaje się za triumf moralny.

I jeszcze uwaga na marginesie najważniejszego w minionych tygodniach wydarzenia, to znaczy zapowiedzianej przez Benedykta XVI jego abdykacji. W jednym zgadzam się z krytykami reakcji mediów: było ich naprawdę o wiele za dużo, bo pisał i mówił ktokolwiek chciał, choćby nie miał nic do powiedzenia. Dlatego i na tym skromnym marginesie nie ośmielę się pisać cokolwiek w rodzaju komentarza. Nie mam za to wątpliwości, że z setkami milionów ludzi dzielę poczucie głębokiego przejęcia się tym, co przeżywa Kościół, i potrzebą włączania do każdego momentu naszej modlitwy właśnie tej troski i tego, że dotyczy ona w tej chwili sprawy na miarę świata.

Najłatwiej uchwalić ustawę…

26 lutego 2013

Co to właściwie będzie, ta szykowana przez rząd ustawa o języku nienawiści?

Tak się ostatnio składa, że moje przewidywania nasycone są pesymizmem. Dziś nie ukrywam, że nie czuję się przekonana, iż jakakolwiek ustawa na temat języka nienawiści (bo to już jest termin niemal urzędowy) przyniesie skutek oczekiwany przez projektodawców.

Język agresji, wrogości i pogardy w opinii publicznej, a nawet w stosunkach międzyludzkich całkiem prywatnych, jest oczywiście faktem. I mamy za co się kajać i czego wstydzić. Ale co mogłaby tu pomóc ustawa? Ustawa porządkuje zasady prawne i konsekwencje wynikające z ich przekraczania. Te konsekwencje to nieuchronność sankcji bardzo precyzyjnie określonych. Tymczasem zacząć trzeba od ustalenia bezdyskusyjnej definicji, co to jest język nienawiści i kiedy mamy z nim do czynienia. Czy to zespół słownikowy (rejestr wyrazów zakazanych)? Czy może także intonacja albo literacka zdolność operowania metaforą czy porównaniem, użytymi w celach zupełnie przewrotnych? Kto zmierzy ironię albo tonację obraźliwą, chociaż słowa są zwyczajne? Czy liczy się, w jakim otoczeniu i jak głośno zabrzmiał ten język, wszystko jedno: mówiony czy drukowany, na żywo czy powtarzany w zwielokrotnionej wersji przekazu radiowo-telewizyjnego albo internetu?

Poszukujący zadośćuczynienia nie zadowoli się już wtedy żądaniem sprostowania dezinformacji (co przewiduje prawo prasowe) albo przeproszenia. Skoro istniałaby ustawa, to najbardziej satysfakcjonujące będzie oczekiwanie wyroku sądowego. I nie ma wątpliwości, że liczba spraw sądowych będzie rosła i rosła. A każda z tych spraw to pole, na którym język nienawiści może znów wyrosnąć, tym razem w charakterze rekompensaty.

Boję się tego mechanizmu i dlatego boję się takiej ustawy. Trudno mi uwierzyć, że przyniosłaby ona coś dobrego. Jeśli nie powstrzyma języka nienawiści poczucie przyzwoitości i głęboko zakorzeniona kultura poszanowania bliźniego, nie pomoże droga prawna. Pierwszym krokiem w tym kierunku, setki razy to już stwierdzono, jest przyhamowanie medialnej pasji posługiwania się cytatem z tego języka jako najatrakcyjniejszą formą relacji prasowej czy elektronicznej. Dopóki tak będzie, że najobraźliwsze słowa najchętniej są upowszechniane w materiałach dziennikarskich, nie poradzimy sobie nawet w majestacie najgłośniej uchwalanych ustaw i najdobitniejszych wyroków sądowych. Tak myślę.

Pożegnanie z Krzysztofem

26 marca 2013

Miał być list wielkanocny z życzeniami dla wszystkich czytelników „Tygodnika Powszechnego”. Ale po porannej wiadomości o odejściu Krzysztofa Kozłowskiego pożegnanie z Nim jest sprawą, o której nie można nie myśleć. Straciliśmy Kogoś, kto po Jerzym Turowiczu najlepiej rozumiał „Tygodnik” i jego zadania dla Kościoła i Polski. Kto się napracował od 1956 roku w redakcji, w środowisku i w polityce jak mało kto poza Nim. Kto był przyjacielem wielu z nas, a autorytetem dla wszystkich. Kto miał swoje tajemnice dotyczące najgłębszych przeżyć i przywiązań, o których czasem napomykał, najchętniej cytując wielkich pisarzy. Wtedy kilka słów nagle przywołanych było jak klucz otwierający Jego samego. Kronikarze powinni raz jeszcze przypomnieć całość Jego dokonań; tych, które ujęto w książkach Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki (Gliniarz z „Tygodnika”, Polska Oficyna Wydawnicza BGW 1991; Obywatel KK, czyli Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską, Fundacja „Świat Ma Sens” 2011), oraz wywiadzie rzece Michała Komara (Historia z konsekwencjami, Świat Książki 2009). Ja chciałabym jeszcze tylko dorzucić to, co najbardziej mną wstrząsało od przeszło roku: choroba Krzysztofa, złożona z wielu rozdziałów i trwająca od grudnia 2011 roku do dzisiaj, nie przeszkodziła mu w kierowaniu Fundacją Jerzego Turowicza, która kolejno upamiętniała różnymi działaniami stulecie urodzin Naczelnego „Tygodnika”. Wszystkim kierował Krzysztof, który przecież od początku choroby stracił wzrok, a nieraz był wyłączony, bo ciągle wracał do szpitala. Aż do ostatniej z Nim rozmowy podczas odwiedzin dostawałam od Niego jakąś dawkę mądrej refleksji o sprawach, dla których oboje pracowaliśmy. Tyle że coraz bardziej dominował w tej refleksji spokój człowieka, który widzi, odczuwa i rozumie więcej niż ja. Jak Mu za to dziś podziękować?

Wdzięczność

3 kwietnia 2013

To może nawet i dobrze, że właśnie w tygodniu wielkanocnym, w którym odżywa cały wymiar i pociecha zmartwychwstania, żegnamy Krzysztofa Kozłowskiego – jednego z ludzi, którym „Tygodnik Powszechny” zawdzięcza to, czym był przez długie lata (i niech by tak było dalej). Chyba trochę łatwiej pogodzić się z utratą, która nie jest na zawsze, a także odnaleźć w spotkaniu dokoła Zmarłego tę więź „Tygodnikową”, którą koleje losu wiele razy nadszarpywały, ale przecież nie zdołały jej zniszczyć. Wszyscy, którzy pamiętają, ile mu zawdzięcza pismo i cały wielki prąd obywatelski, który doprowadził do odzyskania wolnej Polski, będą mogli w piątek, 5 kwietnia, na Salwatorze w Krakowie jeszcze raz przeżyć uczucie wyjątkowo ludzi ze sobą łączące: wdzięczność. Im mniej będzie przy tym słów, tym to uczucie może być głębsze i skuteczniejsze dla tego, co jeszcze będziemy robić.

I nie wydaje mi się, żeby była dysproporcja w tej pamięci, którą chcę tu dołączyć. Pamięci o wszystkich, którzy w święta wielkanocne szli komukolwiek z pomocą, której tak wielu potrzebowało: na drogach, w wędrówkach, w bezradności spowodowanej niedostatkiem, w domach tysiącami oraz dziesiątkami tysięcy pozbawionych prądu, a więc światła i ogrzewania. Myślę, że zawsze wtedy, w każdej mszy i pacierzu, powinni mieć miejsce ludzie z tych służb, które jadą, by ratować, naprawiać i pomagać. Zawsze napełnia mnie podziwem, że jest ich tak wielu i radzą sobie tak wspaniale, że każda bieda zostaje opanowana.

Dziękuję już czysto prywatnie za życzenia pod moim adresem; to naprawdę pocieszające poczuć się w Klubie „Tygodnika Powszechnego” jak w domu przyjaciół.

Wzniosła katastrofa

17 kwietnia 2013

Ja wiem, że to nie jest miejsce na polemiki tak zasadnicze. Ostatnio jednak w felietonach i notatkach internetowych autorzy zamieszczają nawet tematy strategiczne, dotykające sedna polskiej racji stanu. Nikt nie przejmuje się dysproporcjami. Chcę więc powiedzieć przynajmniej tutaj, że propozycję posłanki prawicy, skierowaną do Ministerstwa Edukacji, by każdy nowy tydzień w szkole obowiązkowo rozpoczynał się od odśpiewania Mazurka Dąbrowskiego, uważam za wzniosłą katastrofę. Doskonale rozumiem intencje kierujące posłanką, ale już słyszę, jak będzie wyglądało wykonywanie naprawdę niełatwego hymnu polskiego przez dzieci, wcale nie zawsze muzykalne, przez nauczycielkę nieradzącą sobie z kierowaniem chórzystami, bez akompaniamentu, który podtrzymuje śpiewających. Dziewięćdziesiąt razy na sto będzie to karykatura, a nie uczczenie spraw wartych najwyższego szacunku. Już nie warto wspominać, że ma się to powtarzać co tydzień i to obowiązkowo – bo ten rytuał najpierw spowszednieje, a potem obrzydnie. A jeszcze spytajmy, czy jeśli będzie to obowiązek, to będzie rozliczany w stopniach choćby ze sprawowania?

Oczywiście nie wierzę, by Ministerstwo Edukacji, nawet gdyby jego szefem był najlepszy przyjaciel posłanki, zrealizowało ten pomysł. Ale na razie nie potrafię zrozumieć, dlaczego poparło go z całą powagą tak dostojne Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych? Przecież wszystkim nam chodzi o wychowanie ludzi naprawdę rzetelnie traktujących swój stosunek do własnego kraju.

Targowisko i papieska misja

23 kwietnia 2013

To nie jest błaha sprawa, choć dotyczy tylko paru słów przypisywanych papieżowi Franciszkowi. W bardzo ciekawej rozmowie z kard. Kazimierzem Nyczem („TP” nr 16, 21 kwietnia 2013) Marek Zając zapytuje: „Czy to prawda, że tuż po wyborze, przed wyjściem na główną loggię bazyliki Świętego Piotra, papież powiedział do ceremoniarza, żeby sam sobie włożył czerwony mucet obszyty gronostajami i że »karnawał się skończył«?”. Jak wiadomo, te słowa zostały natychmiast rozpowszechnione przez każde medium, które się do nich dorwało. Otóż kard. Nycz po prostu zaprzecza: „Bzdura. Stałem może trzy metry od papieża. Z całą kulturą, z typowym dla siebie kapitalnym uśmiechem dał znak, że chce być w białej sutannie. Bez komentarzy. Tak się niestety tworzą legendy, nie zawsze sympatyczne”. Przeczytałam i ucieszyłam się. Ale zaczęłam nasłuchiwać, czy ktokolwiek to zauważy i sprostuje. Przecież ochranianie papieskiej misji przed targowiskiem niesprawdzonych ciekawostek i sensacyjek powinno być jednym z najważniejszych dziennikarskich zadań, przynajmniej tam, gdzie dziennikarze i samych siebie traktują poważnie.

A teraz inna mała sprawa, już własna, polska. Chciałabym przyłączyć się bardzo gorąco do głosu protestu redaktor Agaty Puścikowskiej z „Gościa Niedzielnego” nr 16, która fakt umieszczenia w częstochowskim Parku Miniatur Sakralnych czternastometrowej gipsowej figury Jana Pawła II nazwała „gigantomanią antypapieską”. Ten pomnik ma podobno bić wszelkie rekordy wielkości i będzie widoczny z każdego miejsca w Częstochowie. W dyskusji radiowej usłyszałam również informację, że można zapewnić możliwość jego obracania, tak aby gest wyciągniętych rąk papieskich nie był adresowany na stałe tylko w jedną stronę miasta. Smutno pomyśleć, że to w takim kierunku zmierza nasza świadomość, jakim darem był dla nas i sam Jan Paweł II, i jego nauczanie. Wiem, że nic już się nie da zrobić, pomnik został zaakceptowany przez Kościół częstochowski, ale może jeszcze ktoś się odezwie, nie tyle z protestem, co z lepszymi sposobami uczczenia zbliżającej się kanonizacji.

Świat prawdziwy, świat wymyślony

30 kwietnia 2013

W niedzielę, 28 kwietnia, wieczorem słuchałam radia toruńskiego akurat, gdy autor książek o tematyce historycznej (w trakcie audycji nie powtórzono jego nazwiska, i choć się domyślam, kim był prelegent, ponieważ nie jestem tego zupełnie pewna, nie mogę podać jego nazwiska) ubolewał po wielokroć, z wielką emocją, że w polskich relacjach o Holocauście przemilcza się uporczywie i tendencyjnie fakt udziału samych Żydów w eksterminacji braci. Widział w tym zdecydowanie złą wolę i chęć usprawiedliwiania tej tragicznej kolaboracji. Tymczasem dzień wcześniej, 27 kwietnia, ukazał się w „Gazecie Wyborczej” obszerny esej Adama Michnika o książkach historyka żydowskiego Raula Hillberga, który właśnie tym tematem zajmował się przede wszystkim, opisując kolejne działania Judenratów i policji żydowskiej w gettach różnych miast. Nikt jednak w radiu toruńskim nie zderzył ze sobą obu faktów. Kto nie czytał „Gazety” w sobotę, a słuchał radia w niedzielę, otrzymywał przekaz zupełnie fałszywy. Oczywiście autor toruński mógł być nagrany przed sobotą, ale przecież jest rzeczą podstawową każdego medium, by jego przekaz był prawdziwy w momencie nadawania.

Jedna z najważniejszych książek Jana Pawła II nosi tytuł Pamięć i tożsamość. Poświęcona jest właśnie roli pamięci w tworzeniu świadomości, bycia wewnątrz wspólnoty narodowej, co stanowi jedno z najcenniejszych ludzkich przeżyć. Tylko że w naszym dzisiejszym świecie pamięcią steruje przede wszystkim przekaz medialny. A w przekazie medialnym rządzi wiele czynników sprawczych, które rozstrzygają, co odbieramy. Jeżeli coś się wydarza, a nie ma przy tym sprawozdawcy lub kamery, do ilu ludzi dotrze informacja o tym? Jest rocznica, o której piszą na jednych łamach, ale na kilkunastu innych nie wspomną ani słowem. Kto ją zauważy, nawet jeżeli jakaś wspólnota świętowała ją z największym przejęciem? Jest ważny temat, o którym można by się wiele dowiedzieć od znawców. Kto rozstrzyga, że zostaną zaproszeni ci najlepsi, a nie ci najbardziej sympatyczni dla gospodarzy studia albo redakcji? Itd., itd.

Jest w Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza krótkie zdanie, które nie daje mi spokoju. Autor streszcza tam dramatyczne wydarzenia wojny kozackiej jakby w przyspieszonym tempie i pisze między innymi: „Tysiące ginęły bez pamięci i bez śladu”. Zawsze przypomina mi się to zdanie, gdy myślę o gęstwie wydarzeń, z której dziennikarstwo wykrawa swoje skrawki świata. Czy na pewno prawdziwego?

Pieśni i zgrzyty

6 maja 2013

W ostatnich dyskusjach o patriotyzmie i kondycji społecznej powiedział ktoś bardzo mądre zdanie (niestety, nie pamiętam autora): ludziom potrzebne są zbiorowe przeżycia, bo to one pobudzają wzrost albo nawet i dopiero pojawienie się dobrych uczuć, dobrych myśli, dobrej woli i twórczego działania. I że jednym z takich przeżyć jest wspólne śpiewanie.

Wiemy to od bardzo dawna i każda epoka miała i ma swój repertuar. Kościół wiedział to od zawsze i do dziś jednym z najpiękniejszych przeżyć są na przykład kolędy na Rynku Głównym w Krakowie, na które co roku zbiegają tłumy. Każdy chyba (wyjąwszy ludzi do gruntu niemuzykalnych) ma albo miał taki krąg czy takie środowisko, w którym czasem śpiewa się i jest wspaniale. Aż dziw, że tak zwane wychowanie muzyczne w szkole nigdy chyba nie zaspokajało tej właśnie potrzeby (ja w każdym razie tak to właśnie pamiętam: nasza nauczycielka zawsze była rozżalona na nas i zawsze zawiedziona; za to na zbiórkach harcerskich śpiewanie wychodziło nam na medal). Teraz jednak coraz częściej potykam się o te właśnie słowa i melodie, które kiedyś dla mnie (a do dziś na pewno dla wielu) niosły przeżycia i wzruszenia naprawdę potrzebne i pocieszające. Tak się dzieje na przykład z Rotą Marii Konopnickiej. Pytam sama siebie: czy dalej powinno się śpiewać antyniemieckie deklaracje tak słuszne w czasach Wrześni? Co one mają znaczyć dla nas? Co pod nie podłożyć? Nie potrafię bez oporu włączyć się do legionowej piosenki Hej, strzelcy wraz