Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Książka stawia pytania, których historia długo nie chciała usłyszeć.
W cieniu największych zbrodni III Rzeszy przez dziesięciolecia pozostawał temat eksperymentów medycznych prowadzonych na więźniach niemieckich obozów koncentracyjnych. Za drutami Auschwitz, Dachau, Buchenwaldu, Neuengamme czy Stutthofu ludzie stawali się materiałem badawczym dla lekarzy i koncernów farmaceutycznych.
Paweł Skutecki prowadzi czytelnika od zapomnianego obozu w Potulicach aż do sal procesowych Norymbergi. Analizując relacje świadków, dokumenty archiwalne i materiały historyczne, stawia pytania, które do dziś budzą emocje: jaki był udział przemysłu farmaceutycznego w nazistowskim systemie? Kto korzystał z wyników eksperymentów? I czy ofiary doczekały się sprawiedliwości?
To opowieść o cierpieniu, pieniądzach, nauce i odpowiedzialności. O historii, której nie wolno przemilczeć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 501
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział pierwszy
Lebrechtsdorf. potulice i historia tej książki
W obozie potulickim aplikowano często i przez dłuższy okres czasu wszystkim bez wyjątku, dorosłym i dzieciom jakieś dziwne zastrzyki w klatkę piersiową, po których puchły ręce, oczy, piersi, bolała głowa, występowała silna temperatura, wymioty, pojawiały się wrzody na całym ciele oraz brązowe plamy i dużo dzieci po tych zastrzykach umierało.
Urodziłem się i mieszkam w Bydgoszczy, raptem kilkanaście kilometrów od miejsca, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu Niemcy mordowali mieszkańców także mojego miasta, gdzie zginęła ogromna liczba dzieci i gdzie według niektórych relacji prowadzono zbrodnicze eksperymenty pseudomedyczne. O doświadczeniach, których ofiarami byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych, niewiele dzisiaj wiadomo, a najskuteczniej historycy omijają temat eksperymentów polegających na testowaniu szczepionek i leków wyprodukowanych przez niemieckie koncerny farmaceutyczne.
Czy powodem jest to, że te konkretne koncerny wciąż funkcjonują na rynku? Czy może na tle mordowania milionów ludzi głodem i trującym gazem kwestia nielegalnych doświadczeń pseudomedycznych wydaje się zbrodnią o relatywnie mniejszym znaczeniu? Na te pytania próbowałem znaleźć odpowiedź. Mam ogromną nadzieję, że częściowo udało mi się to zrobić na kartach tej książki.
Potulice, Potulitz, Lebrechtsdorf i znów Potulice – nazwa tego miejsca zmieniała się z biegiem lat. Dzisiaj po obozie praktycznie nie ma śladu. Jest pamiątkowy krzyż, tablica informacyjna, cmentarz, prowadzona przez miejscową szkołę podstawową izba pamięci i to wszystko. Inaczej niż w Sztutowie czy Oświęcimiu, nie zachowano oryginalnych budynków, nie odbudowano baraków, nie stworzono muzeum, nie można zobaczyć na własne oczy, jak wyglądała obozowa codzienność. W Potulicach życie się toczy swoim torem. Po wojnie utworzono tam kolejny obóz, tym razem dla Niemców1. Dzisiaj sercem wsi i wiodącym pracodawcą jest więzienie.
Czytając nieliczne relacje więźniów potulickiego obozu uderzają informacje o szczepieniach, a właściwie o testowaniu szczepionek, które powodowały ogromne cierpienia u osób poddawanych iniekcji. Taką relację zamieścił między innymi Tadeusz Samselski:
W obozie potulickim aplikowano często i przez dłuższy okres czasu wszystkim bez wyjątku, dorosłym i dzieciom jakieś dziwne zastrzyki w klatkę piersiową, po których puchły ręce, oczy, piersi, bolała głowa, występowała silna temperatura, wymioty, pojawiały się wrzody na całym ciele oraz brązowe plamy i dużo dzieci po tych zastrzykach umierało. Szczepionkę wstrzykiwano w klatkę piersiową jedną igłą dla pięciu osób2.
Pytałem każdego. Żaden z historyków, badaczy zajmujących się obozem w Potulicach nie wiedział, co to mógł być za preparat, mało tego – nikt się tym wcześniej nie interesował. Spędziłem długie godziny w bydgoskim Archiwum Państwowym, gdzie są przechowywane dokumenty dotyczące potulickiego obozu, w tym również nieliczne zachowane akta dotyczące tamtejszego szpitala, rachunki za kupowane w bydgoskiej aptece leki – ale nie natrafiłem na żaden trop. Szukałem intensywnie w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej, ale tam też nie natrafiłem na ślady zainteresowania tym tematem. To wystarczyło, żeby w imię szacunku dla ofiar eksperymentów sprzed osiemdziesięciu lat spróbować dowiedzieć się, do udziału w jakich doświadczeniach byli wykorzystywani więźniowie z Potulic.
O obozie wciąż krążą opowieści, także te dotyczące eksperymentów pseudomedycznych. Aż trudno uwierzyć, że nikt na poważnie nie zajmował się tym tematem. Ale bądźmy szczerzy: niemieckie doświadczenia prowadzone na więźniach obozów koncentracyjnych, a dotyczące szczepień i szczepionek produkowanych przez wiodące i dzisiaj koncerny farmaceutyczne, to wciąż temat tabu. Nie wypada pytać o to, co niemieckie – zwłaszcza farmaceutyczne – koncerny robiły podczas drugiej wojny światowej. A jednak ludzie pytają. W tym także byli więźniowie, których garstka wciąż żyje i zasługuje na prawdę.
O wielkich obozach, gdzie uśmiercano miliony, wiadomo sporo, oczywiście nie wszystko, ale wiele. A co z takimi obozami, jakich było mnóstwo, w których przez całą wojnę przewinęło się raptem kilkadziesiąt tysięcy więźniów? Takich właśnie jak położone pod Bydgoszczą Potulice – początkowo zaledwie jeden pałac zaadaptowany na obóz, potem nieco rozbudowany, ale wciąż na swój sposób „kameralny”. Z założenia był to obóz przesiedleńczy, miały tutaj przebywać krótki czas rodziny przeznaczone do wysiedlenia z „odwiecznie niemieckiego” Pomorza do rezerwatu polskości w Generalnej Guberni. Tyle tylko, że Niemcy najpierw pozamykali w obozach wyrzuconych z własnych gospodarstw Polaków, a potem zmienili zdanie i już nie chcieli ich nigdzie przesiedlać. Więźniowie zostali w obozowej próżni, nie mieli perspektyw ani na przesiedlenie, ani na wolność.
To co wyróżniało Potulice na bogatej mapie niemieckich obozów zagłady to ogromna liczba, w porównaniu do wszystkich zgonów, zmarłych dzieci. Śmierć najczęściej przybierała postać głodu, chorób (zwłaszcza zakaźnych), ciężkiej pracy i tak wprost: kija, karabinu, twardej ręki, buta, ciężkiego kamienia. Katami byli zazwyczaj nie SS-mani, ale kapowie – więźniowie funkcyjni, zwykle pospolici bandyci, mordercy, niekoniecznie posiadający niemieckie pochodzenie. Ile ofiar potulickiego lagru zabrały na tamten świat wstrzykiwane przez obozowego lekarza substancje? Precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie być może nigdy nie poznamy.
Datą, od której zaczęła się najpierw na papierze, a potem w rzeczywistości historia potulickiego obozu było 15 listopada 1940 roku. Wtedy to zaczęła swoją działalność utworzona przy inspektoracie Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, zlokalizowana w Gdańsku Centrala Przesiedleńcza. Centrala miała w swojej gestii trzy obozy przesiedleńcze. Pierwszy mieścił się w Toruniu, przy ulicy Grudziądzkiej, na terenie dawnej fabryki smalcu3. Drugi przez krótki okres funkcjonował w Tczewie, a od września 1941 roku został przeniesiony do podbydgoskiej Smukały4, gdzie znalazł siedzibę w dawnej fabryce karbidu. Trzeci utworzono w Potulicach, nieopodal Nakła, niedaleko Bydgoszczy.
Obóz w Potulicach formalnie powstał jesienią 1940 roku, a działalność rozpoczął w lutym 1941 roku5. Więźniowie byli początkowo upychani w opuszczonym kilka lat wcześniej przez hrabinę Potulicką pałacu i okolicznych zabudowaniach gospodarczych. Hrabina Aniela Potulicka w 1932 roku przekazała posiadłość Katolickiemu Uniwersytetowi w Lublinie i od 1934 roku Księża Chrystusowcy prowadzili tam seminarium. Niemcy już we wrześniu 1939 roku wszystkich ich uwięzili i rok później założyli w pałacu szkołę dla podoficerów SS, która szybko ustąpiła miejsca obozowi przesiedleńczemu. Warunki od początku były bardzo surowe.
„W owym czasie obóz składał się z budynku pałacowego oraz z przybudówką i dawnych warsztatów klasztornych. Pomieszczenia te nie zostały umeblowane. Wysiedleńcy spędzali noce na słomie rozścielonej na gołej podłodze. Przykrywano się kocami lub częściami garderoby. We wszystkich pomieszczeniach więźniarskich panował chłód, bowiem budynki obozowe nie były ogrzewane. Brakowało nadto urządzeń higienicznych, takich jak umywalnie czy ubikacje. Całość więźniarskiej powierzchni mieszkalnej była mocno zagęszczona
– piszą Włodzimierz Jastrzębski i Tadeusz Jaszowski6.
Pomieszczenia pałacowe były na tyle wysokie, że Niemcy na każdym poziomie zbudowali – oczywiście rękoma samych więźniów – drewniane piętro. W ten sposób podwojono pojemność pałacu, ale i tak brakowało miejsca dla wciąż dowożonych Polaków. Postanowiono więc zbudować ogromne, stumetrowej długości i dziewięciometrowej szerokości baraki, które więźniowie nazywali „barakami murzyńskimi” albo „psimi budami”. Były to pomieszczenia bez okien i tak niskie, że można było się w nich poruszać wyłącznie na kolanach.
Pomimo tych wszystkich zabiegów pałac pękał w szwach od nadmiaru uwięzionych, ponieważ nadchodziły stale nowe transporty wysiedlonych. Niemałą pomocą w rozluźnianiu „przestrzeni życiowej” była duża śmiertelność, zwłaszcza dzieci i starców. Ludzi o dużym stopniu kalectwa zamykano zaraz po przywiezieniu w bunkrach i zagładzano na śmierć
– wspomina Cecylia Samselska7. Baraki w nowym obozie zostały oddane do użytku w marcu 1942 roku, ale niewiele to pomogło, przepełnienie wciąż dawało się we znaki więźniom.
Symbolicznie, ale jakże okrutnie: pierwszą ofiarą śmiertelną obozu był już 9 lutego 1941 roku dzieciak, półtoraroczny Edward Smutek. Według statystyk, większość ofiar śmiertelnych obozu stanowiły dzieci, oficjalnie – 56 procent, z czego większość stanowiły dzieci poniżej piątego roku życia.
Były więzień obozu, Tadeusz Samselski wyróżnia trzy fazy istnienia obozu8.
Od listopada 1940 roku do lipca 1941 był to obóz przesiedleńczy podległy Centrali Przesiedleńczej w Gdańsku. Komendantem obozu był wówczas oficer SS Waldemar Tennstaedt, który nadzorował raptem jednego zastępcę, dwie Żydówki rejestrujące więźniów i czternastu strażników obozowych. Jastrzębski i Jaszowski do obsady obozowej zaliczają też doktora Leona Konkolewskiego, do którego jeszcze wrócimy.
Więźniowie w tym okresie byli faktycznie kierowani do przesiedleń. Część wysyłano do Generalnej Guberni, część do robót na teren Rzeszy, a część osadzonych nadających się zdaniem funkcjonariuszy SS do zniemczenia – do obozu w Łodzi. Szacuje się, że w tym okresie przez Potulice przeszło co najmniej trzy tysiące osób.
Drugi okres trwał od września 1941 roku do stycznia 1942 i w tym czasie potulicki obóz był obozem pracy podległym obozowi w Stutthofie. Komendantem obozu, podobnie jak obozów w Smukale i Toruniu, został Max Pauly, ale w jego imieniu (a właściwie „w zastępstwie”) władzę sprawował SS-Untersturmführer Paul Ehle, który formalnie piastował stanowisko naczelnika obozu. W Potulicach służbę wartowniczą objęła towarzysząca mu kompania SS-Totenkopfverbande. SS-mani ze Stutthofu przejęli wszystkie stanowiska w administracji obozu. Utworzono wówczas nowy Referat Specjalny Służby Bezpieczeństwa, liczący pięć osób i odpowiadający za wywiad na terenie obozu, przygotowywanie akt osób przeznaczonych do zniemczenia, kontrolę korespondencji oraz nakładanie kar na więźniów. W tym okresie w obozie zarejestrowano 2397 więźniów.
Trzeci, najdłuższy okres to trwający od stycznia 1942 roku do wyzwolenia Potulic to obóz karny. Od lutego 1942 roku komendantem zostaje SS-Sturmbannführer Riller, a jego zastępcą Waldemar Tennstaedt. Później władzę nad więźniami przejmuje Herman Ling. W grudniu 1943 roku zastępuje go SS-Obersturmbannführer Fritz Schultz, który będzie komendantem obozu aż do jego upadku.
W trzecim okresie obóz w Potulicach nabrał charakteru obozu karnego. Polacy przywożeni do Potulic, Torunia i Smukały rekrutowali się przeważnie spośród ludności wiejskiej, wyrzuconej brutalnie ze swoich gospodarstw. W zasadzie do obozu byli skierowani wszyscy ci, którzy w momencie wysiedlania przebywali w domostwie. Winą tych wysiedlanych było to, że przyznawali się do polskości oraz posiadali mieszkanie i gospodarstwa przydatne dla osadników niemieckich. Wysiedlano nocą przez zaskoczenie, dając przeciętnie 30 minut na ubranie się i przygotowanie podręcznych bagaży
– relacjonuje Samselski9. Po 1943 roku do obozu w Potulicach zaczęto kierować także Polaków karanych za przestępstwa „polityczne”, oczywiście te ewidentnie domniemane lub niewielkiej wagi, bo poważniejsze były karane natychmiastowym rozstrzelaniem. Zwykle winą było to, że dana osoba – lub cała rodzina – odmówiła przyjęcia III grupy narodowościowej. Grupę tę stanowiły osoby, które można było ze względów rasowych uznać za „mniej wartościowych” Niemców. W tym okresie do obozu trafiło mnóstwo nieletnich więźniów, były to „dzieci bandytów” z Białorusi, a potem z terenu całej Polski.
Z czasem rosła liczba i więźniów, i strażników. O ile w lutym 1942 roku wachmanów SS było w obozie 37, to we wrześniu tego samego roku doszło do nich aż 145 żołnierzy z Basarbii. Niemcy obawiający się polskiej partyzantki w sierpniu 1944 roku – kiedy trwało Powstanie Warszawskie – wzmocnili straż o ponad półtysięczny batalion Ukraińców będących na usługach hitlerowskich Niemiec.
Ile osób było więzionych w Potulicach? Liczba ta zmieniała się, ale uznaje się, że ogółem przez obóz przeszło około 25 tysięcy więźniów. W końcu 1944 roku stan liczebny więźniów wynosił 11 214 osób, z czego w barakach mieszkało 7061 osób, a pozostali byli wywożeni do pracy poza obozem i tam też spali.
W Potulicach zabijano głównie głodem. Tak było najtaniej, najbezpieczniej i najokrutniej. Najtaniej, bo przecież brak pożywienia, mordowanie głodem nic nie kosztuje. Wystarczy bunkier, czyli miejsce odosobnienia, najlepiej jeśli będzie tam wilgoć, ciemność, bardzo zimno albo bardzo gorąco, jeśli będzie stała woda do połowy łydek. Wtedy to długo nie potrwa. Najbezpieczniej, bo przecież nie wiadomo do końca co wolno, a co za chwilę będzie zabronione. Niby wolno bezkarnie mordować Polaków, którzy przecież nie są ludźmi takimi jak Niemcy, ale jednak obozowe władze skrupulatnie wypełniają karty zgonów, metodycznie i konsekwentnie fałszując ich przyczyny, więc po co ryzykować? A śmierć głodowa jest przecież absolutnie niezawiniona, bo niby kto personalnie miałby być mordercą, skoro delikwent sam umarł? Trzeci motyw jest jednak bardziej wyrazisty: okrucieństwo. Bezwzględne, piekielne okrucieństwo wyrażające się w satysfakcji ze słuchania dochodzących z bunkra jęków, rzężeń, łkania i wreszcie ciszy. Okrucieństwo patrzenia na to, jak gaśnie nadzieja. Jak gaśnie życie.
Potulicki więzień dostawał 200 gramów chleba dziennie, rano kawę z żołędzi, w południe zupę z brukwi, sałaty, pokrzyw. Wieczorem znów kawa. Czasem do chleba dawano małą porcję margaryny lub marmolady z buraków. Dwukilogramowy chleb musiał wystarczyć dla dwunastu więźniów. Tak żywiono wszystkich: pracujących, zdrowych, chorych, dzieci i starców, oprócz tych, którzy w ramach kary mieli obniżone racje żywieniowe, nawet do zera. Wartość kaloryczna dziennego wyżywienia wynosiła ok. 700-1000 kalorii. Za dużo by umrzeć, za mało by przeżyć. Jednym z efektów głodu było to, że praktycznie wszystkie matki cierpiały na brak pokarmu, w efekcie czego noworodki umierały z głodu. Formalnie przepisy obozowe mówiły o tym, że dzienna racja pożywienia na jednego więźnia miała wynosić 800 kalorii. To o 500 mniej niż w słynącym z okrutnych warunków obozie Stutthof. Więźniom dawano do jedzenia wszystko, co było możliwe do zdobycia najniższym kosztem. W aktach obozowych10 zachowały się dokumenty świadczące o tym, że w lutym 1944 roku w przyobozowym gospodarstwie zachorowało 19 świń. Zostały one zabite i przekazane do obozowej kuchni. Chore zwierzęta to nie wszystko. Są dowody na to, że dawano więźniom mięso psów. Zachował się dowód zakupu 18 czerwca 1944 roku jednej czwartej tony psiego mięsa, które trafiło do obozowej kuchni.
Niskiej jakości i skąpo wydzielana żywność była zabójcza w zestawieniu z chłodem i pracą ponad siły. Zimno towarzyszyło więźniom przez cały czas, nie byli przecież ubierani stosownie do warunków pogodowych. Przebywali w obozie w prywatnych ubraniach, tych samych, jakie mieli na sobie w chwili aresztowania. W późniejszym okresie trafiały do Potulic transporty ubrań po zamordowanych więźniach Auschwitz, ale były to ubrania nieadekwatne do pracy, jaką więźniowie byli zmuszeni wykonywać. W obozie był bowiem obowiązek pracy fizycznej. W pierwszej fazie więźniowie pracowali przy budowie nowego obozu, w kuchni, ogrodach, magazynach, lazarecie i przy pracach porządkowych. Znaczna część prac była całkowicie bezsensowna i miała tylko jeden cel: zniszczyć zdrowie i psychikę uwięzionych. Temu służyło kopanie i zakopywanie rowów, przenoszenie kamieni z miejsca na miejsce, a potem z powrotem. Z czasem utworzono specjalne brygady, kompanie pracownicze: Strafkolonie (kompanię karną), Erdkolonie (kompanię ziemną) i Steinkolonie (kompanię kamieniarską). Podobnie jak w innych obozach, także tutaj więźniowie podczas pracy byli szykanowani i bici bez żadnego powodu i bez możliwości obrony. Niemiec mógł bezkarnie zabić każdego więźnia. Praca więźniów przynosiła konkretne korzyści finansowe administracji obozowej, dlatego wypożyczano więźniów do pracy poza drutami obozu. We wspomnieniach pojawiają się tematy prac polowych w majątkach w Wyrzysku, Bydgoszczy, Tucholi, Grudziądzu, Toruniu, Kowalewie, Mroczy, Sośnie, Sępólnie. Były to miejsca, gdzie więźniowie nie tylko pracowali, ale też tymczasowo spali. Pozostali w obozie byli wcielani do brygad dziennych (Tageskommando), które rano wychodziły do pracy w okolicznych fabrykach lub gospodarstwach, a wieczorem wracały do potulickiego obozu. Kilkuset więźniów zatrudniały dwa przedsiębiorstwa zlokalizowane na terenie obozu: zakłady lotnicze „Hansenwerke” i firma futrzarska Schultz11.
Więźniów mordowano nie tylko przy okazji, mimochodem, jakby od niechcenia. Zabijano ich także planowo, na rozkaz. Mordowano przede wszystkim więźniów chorych, starych, niedołężnych, niezdolnych do pracy. Musiał w tym uczestniczyć, co najmniej biernie, naczelny lekarz obozowy, doktor Leon Konkolewski12, pod którego władzą byli więźniowie obozowego szpitala i który podpisywał akty zgonu. Temat wywózki i zamordowania jednorazowo co najmniej kilkudziesięciu osób pojawia się w kilku relacjach byłych więźniów. Jedną z nich – Romana Żelazko – cytują Jastrzębski i Jaszowski:
Pamiętam, że w 1943-1944 r. zebrano na placu obozowym wszystkie osoby ułomne, nie nadające się do pracy i wywieziono do jakiegoś obozu. Osoby te nie powróciły już. Według opinii ogółu, osoby te zostały spalone w krematorium. Wywieziono kilkadziesiąt osób13.
Dokąd wywieziono te osoby? Gdzie było krematorium, o którym mówili więźniowie? Czy w ogóle istniało, czy może ciała zostały zakopane w bezimiennych mogiłach rozsianych na terenie Pomorza? Na te pytania nie poznamy już odpowiedzi. Znał ją natomiast doktor Leon Konkolewski.
W 1947 roku prokurator J. Nowakowski przesłuchiwał go w charakterze świadka. Doktor Konkolewski opowiadał szeroko o tym, o czym chciał, a pomijał niewygodne dla siebie fragmenty życiorysu – nie mówił nic o przynależności do niemieckiej grupy narodowościowej, o charakterze swojej pracy w obozie. W pewnym momencie Konkolewski mówi:
Opracowanego systemu znęcania się, poza bardzo ciężkimi warunkami pobytu w ogóle nie było, stosowano tylko od czasu do czasu represje. Formą represji masowej, dotykającej wszystkich był zakaz otrzymywania paczek lub korespondencji, a represje indywidualne polegały na biciu kijem, umieszczaniu w piwnicy, przydzielaniu do kolumny karnej i w niektórych wypadkach, jak np. za otrzymanie paczki w nielegalny sposób – skierowywaniu o obozów koncentracyjnych. Znam wypadki wysłania za karę do Stutthofu, a poza tym wiem o dwóch transportach około 100 ludzi w sumie, którzy nie nadając się do pracy w Potulicach, zostali wysłani do obozu w Oświęcimiu, jak przypuszczam na zniszczenie14.
Warto w tym miejscu przypomnieć nazwisko obozowego lekarza z Auschwitz, który za udział w selekcjach – identycznych jak te, w których musiał brać udział dr Konkolewski – został skazany przez sąd w Lipsku. Horst Paul Silvester Fischer został oskarżony o udział w selekcjach, podczas których de facto skazywał na śmierć więźniów niezdolnych w jego opinii do pracy. Drugi zarzut stanowiła zgoda na wymierzanie kary chłosty. Oba zarzuty zostały uznane za udowodnione i doktor Fischer usłyszał karę śmierci. Zgilotynowano go w Lipsku osiem lat po naturalnej śmierci doktora Konkolewskiego – 8 lipca 1966 roku. Niewielu lekarzy poniosło tak poważne konsekwencje swoich czynów dokonywanych za drutami obozów.
Na temat selekcji, które kończyły się dla najsłabszych tragicznie, pisali także byli więźniowie. Walenty Opięła wspominał:
W grudniu 1943 r. na zarządzenie komendanta obozu zabrano do bunkrów na zamku wszystkich Polaków – kalekich, gruźlików, ułomnych i umysłowo niedorozwiniętych. Było tam circa 50 osób różnej płci i w różnym wieku. Trzymano ich w tym bunkrze około sześć dni. Dochodziły nas stamtąd krzyki jakby „psy wyły”. Ludzie ci jakby oszaleli. Słyszeliśmy to wyraźnie, gdyż przechodziliśmy tamtędy do pracy. Po sześciu dniach, nocą wywieziono ich wszystkich z tobołami rzekomo do Nakła, by puścić ich na wolność. Samochody niemieckie przywiozły jednak wszystkie tobołki tych Polaków z powrotem do obozu. Wszelkie ślady po tych Polakach zaginęły do dnia dzisiejszego. Rzekomo zostali wymordowani15.
Nie byłoby możliwe, żeby główny lekarz obozu nic o tym nie wiedział.
Jastrzębski i Jaszowski podają co najmniej kilka podobnych relacji świadków. Wynika z nich niezbicie, że miały miejsce co najmniej dwie duże selekcje i co najmniej kilkadziesiąt osób podczas każdej nich zostało zabranych albo do Majdanka, albo zostało zamordowanych w niewyjaśnionych okolicznościach.
Można zaryzykować twierdzenie, że w obozie nie było ani jednego zdrowego więźnia. Przy morderczej pracy, głodowym wyżywieniu, ekstremalnym stresie i warunkach sanitarnych urągających jakimkolwiek standardom, nie było więźnia, któremu by nie doskwierały żadne dolegliwości. Choroba głodowa razem z epidemiami chorób zakaźnych zbierały obfite żniwo. Więźniowie chorowali i umierali przede wszystkim na tyfus plamisty, czerwonkę i gruźlicę, ale także na zapalenie płuc, odrę, błonicę, anginę.
Choroba głodowa była wieloukładowym zespołem chorobowym, będącym konsekwencją całego zespołu doznań psychicznych oraz uszkodzeń fizycznych powstałych w wyniku bicia, wyczerpującej pracy fizycznej, strachu, stresów beznadziejności, poniżania godności ludzkiej, oczekiwania końca więzienia
– pisał Samselski16.
Epidemie regularnie nękały obóz: w styczniu 1942 i maju 1943 r. tyfus plamisty, czerwonka w drugiej połowie 1942 i pierwszej połowie 1943 r., gruźlica w styczniu i lutym 1944 r., odra w sierpniu i wrześniu 1941 r. Wszechobecny, permanentny głód i niewolnicza, mordercza praca sprzyjały epidemiom, ale także bardzo poważnie wpływały na psychikę więźniów, którzy cierpieli na depresje, apatie, a finalnie podobnie jak w innych niemieckich obozach koncentracyjnych – „muzułmanieli”. Muzułmanami nazywano w niemieckich obozach więźnia skrajnie wyczerpanego, apatycznego, który przestawał mieć kontakt z rzeczywistością i zwykle szybko umierał. Głodny, chory, wychudzony więzień stanowił niewydajnego pracownika, w związku z czym obozowy lekarz, doktor Konkolewski, złożył w lutym 1944 roku pismo do komendanta obozu zwracając uwagę na obrzęki głodowe i szkorbut będące efektem dramatycznie złego żywienia więźniów.
Choroby zakaźne stanowiły jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji więźniów. Od 1 lipca 1941 r. do 15 lutego 1943 r. doktor Konkolewski zanotował w oficjalnych statystykach 2789 takich przypadków, ale przez blisko rok, od października 1941 do 15 sierpnia 1942 nie prowadzono w obozie statystyk dotyczących chorób zakaźnych.
Obozowy szpital mieścił się w baraku nr 19. Był on odgrodzony od reszty obozu dodatkowymi drutami kolczastymi. Jak pisze Samselski: „powszechnie wiadomo było, że z tego baraku nikt nie wychodził zdrowy i żywy”17. Nie było to niczym wyjątkowym w systemie niemieckich obozów koncentracyjnych, w każdym z nich szpital służył do wielu celów, ale w żadnym leczenie więźniów nie było istotnym zadaniem rewiru, jak nazywano obozowe szpitale.
Włodzimierz Jastrzębski i Tadeusz Jaszowski publikują wstrząsającą relację Anny Śnieguły:
Dzieci pracowały począwszy od 11 roku życia. Ja pracowałam z początku w szpitalu dziecięcym, a krótko po tym w szpitalu męskim. W szpitalu dziecięcym widziałam jak codziennie umierało 13-15 dzieci. Umierały z głodu. Widziałam jak obgryzały sobie z głodu palce. Nagie zwłoki tych dzieci wyrzucono na korytarz baraku. Chorowały najczęściej na krwawą biegunkę18.
Dzieci umierały w obozie masowo, ale najwięcej z nich zmarło latem 1944 roku. Ponieważ potulicki obóz nie miał własnego krematorium, trzeba było zwłoki chować tradycyjnie, w ziemi. Zmarłe dzieci wywożono na cmentarz w specjalnie skonstruowanych trumnach z odsuwanym dnem. Nad grobami usuwano dolną deskę i martwe ciała dzieci po prostu wysypywano do cmentarnego dołu. We wspomnieniach więźniów pojawia się motyw surrealistycznego konduktu jaki widywano kilka razy dziennie: grupa starszych mężczyzn ciągnących wózek z trumnami. Początkowo zmarłych, zarówno dzieci i jak i dorosłych, chowano w prywatnej odzieży, później zwłoki ubierano w papierową koszulę, a na końcu zakopywano nagie ciała. Oczywiście nie były to żadne pogrzeby, nikt z bliskich nie mógł uczestniczyć w ostatniej drodze zmarłego. Anonimowi więźniowie wieźli trumny klekoczącymi wózkami, wysypywali rozpaczliwie chude ciała zmarłych do pustych grobów i zasypywali ziemią z wapnem. Dzisiaj nie wiadomo nawet ile ciał zostało pochowanych na potulickim cmentarzu. Mówi się, że co najmniej pięć tysięcy. Oficjalna lista ofiar jest trzykrotnie niższa.
Głównym lekarzem obozu był wspomniany wcześniej doktor Leon Konkolewski. W 1928 roku otrzymał on dyplom doktora wszechnauk lekarskich na Uniwersytecie Poznańskim. Specjalizował się w zakresie chorób wewnętrznych, chorób płuc, anatomii patologicznej. W 1935 roku objął stanowisko ordynatora Oddziału Wewnętrznego Szpitala Miejskiego w Toruniu. Po wybuchu wojny został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen-Oranienburg. Szybko jednak przeniesiono go do obozu w Potulicach, gdzie od 1941 roku do końca wojny był etatowym lekarzem. Po wojnie wrócił do Szpitala Miejskiego w Toruniu, jakby nigdy nic się nie stało. Był aktywnym działaczem społecznym, szefem Rady Miejscowej Związku Zawodowego Służby Zdrowia, działaczem Polskiego Czerwonego Krzyża. W 1954 roku otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.
Po wojnie nie mówiło się o tym, że doktor Konkolewski był Niemcem III grupy (angedojczem – Eingedeutsch). Nie mieszkał w obozie, według relacji świadków codziennie dojeżdżał z Bydgoszczy. Leon Konkolewski jeszcze pojawi się w tej opowieści. Oprócz niego w obozie pracowali także inni lekarze. Cecylia Samselska wymienia kilku: Niemca III grupy Tadeusza Szafrańskiego, małżeństwo lekarskie Dębskich i przeniesionego do Potulic po likwidacji obozu w Smukłe doktora Rochonia19.
O obozie w Potulicach wiedziałem już sporo, ale wciąż nie miałem odpowiedzi na pytania, które nie dawały mi spokoju: czy w podbydgoskim obozie prowadzono zbrodnicze eksperymenty pseudomedyczne, zwłaszcza w zakresie farmaceutyków: leków i szczepionek? Które koncerny farmaceutyczne mogły testować na więźniach swoje produkty? Czy ofiary niemieckich doświadczeń, te które przeżyły obozowe piekło, otrzymały jakiekolwiek zadośćuczynienie?
Tak zaczęła się moja podróż po obozach koncentracyjnych, zastrzykach, nazistowskich, niemieckich organizacjach i koncernach, które z więźniów zrobiły sobie rezerwuar ludzkich królików doświadczalnych.
Rozdział drugi
Zob. P. Skutecki, Funkcjonariusze piekła Potulice 1941-1950, Wydanie II, Wydawnictwo Brda, Bydgoszcz 2025
T. Samselski, Żywi i martwi o hitlerowskim obozie Potulice 1941-1945, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 1997, s. 14.
Więcej na ten temat: T.S Ceran, „Szmalcówka”. Historia niemieckiego obozu w Toruniu (1940-1943) na tle ideologii nazistowskiej, IPN, Bydgoszcz-Gdańsk 2011.
4Zob. M. Maleszka, Niemiecki obóz przesiedleńczy w Smukale (1941-1943), IPN, Bydgoszcz-Warszawa 2023.
5 W. Jastrzębski, Potulice. Hitlerowski obóz przesiedleńczy i pracy 1941-1945, Bydgoskie Towarzystwo Naukowe, Bydgoszcz 1967, s. 17-18.
6W. Jastrzębski, T. Jaszowski, Potulice oskarżają, Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich, Bydgoszcz 1968, str. 29.
T. Samselski, Żywi i martwi…, op.cit.
8 Tamże. Włodzimierz Jastrzębski dzieli losy potulickiego obozu na dwa okresy: obóz przesiedleńczy – zamykający się datami 1.02.1941-19.05.1941 – i później, do końca wojny – obóz pracy.
9T. Samselski, Żywi i martwi…, op.cit., s. 10.
Akta są przechowywane w Archiwum Państwowym w Bydgoszczy (sygnatura zespołu: 6/98/0)
M. Gratkowski, Biznes w cieniu Hokolokaustu. Działalność Fritza Emila Schultza na tle eksploatacji gospodarczej i ludobójstwa III Rzeszy na terenie okupowanych ziem polskich, Wydawnictwo Brda, Bydgoszcz 2026.
12 P. Skutecki, Funkcjonariusze piekła. Potulice 1941-1950, Wydanie II,Wydawnictwo Brda, Bydgoszcz 2025.
13 W. Jastrzębski, T. Jaszowski, Potulice oskarżają…, op.cit., s. 86.
14 Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, nr XII, Wydawnictwo Prawnicze 1960., s. 169
Tamże, s. 86-88.
T. Samselski, Żywi i martwi…, op.cit., s. 14.
Tamże, s. 14.
18 W. Jastrzębski, T. Jaszowski, Potulice oskarżają…, op.cit., s. 49.
19 T. Samselski, Żywi i martwi, op.cit., s. 45.
Szczepienia. pierwsze eksperymenty, pierwsze ofiary
Jest jednak oczywiste, że dany człowiek musi wyrazić zgodę na eksperyment i że tenże nie może narażać go na niebezpieczeństwo ani życia, ani zdrowia20.
Trudno wyobrazić sobie jakikolwiek postęp nauk medycznych bez eksperymentów, ale gdzie są ich granice? Czym właściwie jest eksperyment medyczny? Jak go odróżnić od czegoś, co nazywa się zbrodniczym doświadczeniem pseudomedycznym? Jakie aspekty lekarskie, etyczne, moralne i prawne trzeba brać pod uwagę rozważając ocenę konkretnego eksperymentu medycznego? Dlaczego szczepienia – jako procedura profilaktyczna, a nie lecznicza – były w Norymberdze w jednym rzędzie wymieniane obok mordowania więźniów po to, żeby pozyskać ich czaszki do upiornej kolekcji? Czym były dla ludzi sprzed wieku niepożądane odczyny poszczepienne? I wreszcie dlaczego historia szczepień tak bardzo jest zakorzeniona w krzywdzie niewinnych ludzi? Już po pobieżnym zapoznaniu się z prawdopodobnymi eksperymentami pseudomedycznymi prowadzonymi na więźniach obozu w Potulicach pojawiło się mnóstwo pytań.
Eksperymenty i doświadczenia były od zarania dziejów prowadzone w dziedzinach nauki zajmujących się przyrodą nieożywioną. Chemicy, fizycy, mechaniki opierali na wynikach doświadczeń wiele swoich odkryć. W naukach biologicznych zaczęto stosować tę metodę jako równoważną dociekaniom intelektualnym dopiero w XVII wieku. Eksperyment biologiczny wszedł na dobre do kanonu narzędzi naukowych na przełomie XIX i XX wieku. Niestety, od początku doświadczenia medyczne były poważnie obarczone dylematami etycznymi, bo naukowcy nie stronili od zarażania zdrowych osób po to, by szukać wyjaśnienia procesu zarażania, testować metody leczenia, albo badać skuteczność i bezpieczeństwo szczepionek, które od samego zarania nowoczesnej medycyny opartej na farmacji stanowiły jedno z najpoważniejszych wyzwań medycyny. Trudno się temu dziwić, bo koncepcja szczepionek jako produktów medycznych pozwalających na ustrzeżenie się przed zachorowaniem lub przynajmniej przed ciężkim przebiegiem chorób zakaźnych grożących regularnie epidemiami, brzmiała o wiele atrakcyjniej, niż zajmowanie się pacjentami, kiedy już choroba poczyniła mniejsze czy większe szkody. Świat nauki przyjmował więc ze zrozumieniem eksperymenty medyczne biorąc pod uwagę fakt, że przynosiły one ogrom cierpień i szkód dla osób biorących w nich udział. Warunkiem było to, żeby ewentualny zysk naukowy przewyższał straty, jakie niosły za sobą doświadczenia przeprowadzane nie tylko na ochotnikach. Ludzi zarażano więc kiłą, durem plamistym, rzeżączką, dzieciom podawano zarodki glist w żywności, zarażano je płonicą.
W roku 1902 Moll ostrzegał świat lekarski przed tego rodzaju praktykami, przytaczając i cytując około 1000 eksperymentów dokonanych na ludziach i oficjalnie publikowanych w pracach naukowych. Przeprowadzanie doświadczeń kontynuowano jednak dalej. Eksperymentowano z kokluszem, beri-beri, dżumą, trądem, pelagrą, zimnicą i porażeniem dziecięcym. Doświadczeniom poddawano głównie więźniów, osoby skazane na śmierć, nieuleczalnie chore dzieci, chorych psychicznie i ludność tubylczą w krajach kolonialnych
– piszą Andrzej Jakubik i Zdzisław Ryn w artykule „Eksperymenty pseudomedyczne w hitlerowskich obozach koncentracyjnych”21.
Historia szczepień sięga daleko głębiej w mroki historii niż się powszechnie wydaje. Już około tysięcznego roku po Chrystusie w Chinach zaobserwowano, że osoby, które przechorowały ospę, drugi raz nie chorują na tę samą chorobę. Było to podstawą do eksperymentów z zakażaniem małych dzieci, by nie zachorowały w przyszłości. Co prawda masa dzieci umierała, ale generalnie przeżywalność niemowląt tysiąc lat temu oględnie mówiąc nie należała do wysokich. W osiemnastym wieku ta metoda budowania odporności znana była w medycynie arabskiej, a stamtąd dotarła do Europy. Jak pisze Martin Hirte w książce „Szczepienia, za i przeciw”:
Od pacjentów, u których ospa miała łagodny przebieg, izolowano szczepionkę w celu minimalizowania szkód („wariolokacja”). Sukcesy były jednak nieznaczne, a skutki uboczne przerażające22.
Przełomową datą w historii szczepień jest do dzisiaj 14 maja 1796 roku, kiedy Edward Jenner wykonał pierwsze szczepienie przy użyciu substancji pozyskanej z wydzieliny ropnej pęcherzyka krowianki, ospy na którą chorowały krowy. Chodziło o to, żeby zakazić zdrowego człowieka niegroźną dla niego chorobą, co miało wytworzyć odporność na bardzo wówczas śmiertelną ospę. Eksperymentowi poddano jednego chłopca, którego sześć tygodni po zaszczepieniu próbowano zakazić ospą – bezskutecznie, co Jenner uznał za dowód działania wynalezionego przez siebie preparatu. Szczepionka budziła jednak poważne kontrowersje, nawet jeśli będziemy mieli w pamięci standardy etyczne i technologiczne obowiązujące w ówczesnej farmacji. Mimo wszystkich wątpliwości niemiecki rząd jako pierwszy na świecie 8 kwietnia 1874 roku wydał dekret o przymusowym szczepieniu ochronnym przeciwko ospie preparatami wytworzonymi z limfy cielęcej. Co ciekawe, w tym samym dekrecie była mowa o odszkodowaniach dla tych, którzy w efekcie szczepienia doznaliby uszczerbku na zdrowiu. Nie bez powodu ten zapis znalazł się w dokumencie: szczepionka przeciwko ospie niosła za sobą ogromne ryzyko powikłań, wśród których największy strach budziło poszczepienne zapalenie mózgu. Ten właśnie niepożądany odczyn poszczepienny doprowadził do śmierci syna Edwarda Jennera. Nieco głębszą analizę szczepionki Jennera podaje w książce „Szczepienia. 300 lat oszustw” doktor Jerzy Jaśkowski. Cofnijmy się do roku 1796, kiedy Edward Jenner pobrał z ręki dojarki Sary Nelms wydzielinę i wszczepił ją – poprzez skaryfikację, czyli nacięcie skóry – chłopcu, który nazywał się James Phipps.
Chłopiec dostał lekkiej gorączki, jak podaje opis, ale nic więcej się nie zdarzyło. W związku z brakiem jakiejkolwiek większej reakcji u chłopca Jenner ponownie zakaził go prawdziwą ospą. Problem polegał na tym, że to znowu była wydzielina z takiego ropnia. Czyli nie wiadomo właściwie czym zarażono chłopca. I ponownie po tym szczepieniu nie wystąpiły żadne poważniejsze obawy. Jenner uznał to za swój sukces
– pisze dr Jaśkowski23. Dwa lata później Jenner opublikował opis swojego eksperymentu i... został wyśmiany przez społeczność lekarską, która podnosiła dwa argumenty: mizerną, jednoosobową skalę eksperymentu i fakt, że znanych było mnóstwo przypadków osób, które zachorowały na krowiankę, a potem i tak umarły na ospę prawdziwą. Doktor Drake postanowił zweryfikować doświadczenie Jennera już w 1799 roku i przeprowadził bliźniaczy eksperyment na kilkorgu dzieci: wszystkie zachorowały zarówno po „szczepieniu”, jak i po zakażeniu ospą prawdziwą. Jenner ponoć otrzymał raport od Drake’a, ale go zignorował. Niezależnie od wątpliwości, szczepienia ruszyły pełną parą. Szacuje się, że w samej Anglii w 1801 roku zaszczepionych było ponad sto tysięcy osób.
Jenner natomiast przeprowadzał kolejne eksperymenty. Jeden z nich powinien przejść do historii oszustw w medycynie, ale dziwnym zbiegiem okoliczności zwykle bywa przemilczany. W przytułku dla bezdomnych Jenner zaszczepił kilka osób, a kiedy ci nie zachorowali, autor doświadczenia opisał je i wysłał do Royal Society.
Niestety lekarze strasznie się ponownie oburzyli, ponieważ okazało się, że owi bezdomni już wcześniej chorowali na „ospę”. Jenner oczywiście o tym fakcie zapomniał poinformować w referacie przesłanym do Royal Society. Tym razem mu się nie udało, ponieważ królewskie Towarzystwo, pomimo małej liczby przysyłanych referatów, zdecydowanie odrzuciło ten artykuł z adnotacją, że nie nadaje się nie tylko jako naukowy, ale nawet do Zdrowia Publicznego. Jednym z głównych powodów odrzucania było zatajenie faktu, że niektórzy jego pacjenci chorowali wcześniej na „ospę” prawdziwą (...) Po drugie okazało się, o czym Jenner „zapomniał” napisać, że ok. 90% przypadków ludzi, którzy mieli ospę stanowiła grupa uprzednio zaszczepionych. Jenner ukrywał także przypadki ludzi, którzy chorowali zarówno na ospę krowią i prawdziwą. A takich przypadków w wiejskich okolicach były setki24.
Jenner wkrótce zmienił sposób przygotowywania szczepionki. Teraz wymaz z pęcin konia – czyli gnój – rozsmarowywał na krowich wymionach. Efekt tych zabiegów nazwał „tłuszczem ospy krowiej”. Pierwszy chłopiec, którego zaszczepiono nowym preparatem, John Baker, zmarł w przytułku z powodu gorączki zakaźnej, którą według dzisiejszej nomenklatury nazwalibyśmy sepsą poszczepienną. Nie czekając na efekty zaszczepienia kolejnych sześciu chłopców Jenner pojechał do Londynu wygłosić referat na temat nowej metody. Oburzenie było powszechne.
Lekarze nie mogli się zgodzić z tezą: weź wymaz z pęcin końskich i jego odchodów (czyli gnoju) i podaj do krwi dziecka. To już nie mieściło się w głowach nawet ludzi z tamtego okresu
– pisze doktor Jaśkowski opisując również ze szczegółami, jak dopiero w latach 20. Jenner kupił sobie dyplom lekarza na Uniwersytecie Szkockim płacąc zań 15 funtów.
Jenner nie był jedynym kontrowersyjnym eksperymentatorem szczepionkowym. Do historii przeszedł także doktor John C. Martin, który w 1836 roku postanowił zmodyfikować metodę pozyskiwania szczepionki: pobierał on płyn od człowieka zmarłego na ospę, zaszczepiał ten płyn na krowich wymionach, a następnie stamtąd go pobierał i szczepił nim ludzi. Efektem była olbrzymia epidemia i trwająca kilka miesięcy panika.
Pod koniec dziewiętnastego wieku poważny przełom sprawiło odkrycie Louisa Pasteura, który dowiódł, że za choroby odpowiadają mikroby.
Prowadził on między innymi badania nad zarazkami pasterelozy zwanej również cholerą drobiu i odkrył, że zarazki, które stały „zapomniane” przez kilka tygodni w laboratorium, zmniejszyły swoją aktywność i nie wywoływały choroby. Wręcz przeciwnie – zakażone nimi kury stawały się odporne na późniejsze zachorowanie. Pasteur opracował pierwsze modele immunologiczne dotyczące funkcji szczepień, jak również pierwsze sposoby wytwarzania szczepionek
– pisze Hirte25. Pasteur jest też twórcą nazwy „vaccination”, od łacińskiego vacca, czyli krowa, na cześć pierwszych eksperymentów Jennera.
Pierwsze szczepionki były przygotowywane z myślą o największych zarazach ówczesnych czasów – ospie (1798 r.), wściekliźnie (1885 r.), dżumie (1897 r.), błonicy (1925 r.), gruźlicy (1927 r.), tężcu (1927 r.), żółtej febrze (1937 r.).
Pierwsze szczepionki były wedle dzisiejszych kryteriów źle oczyszczone i niosły ze sobą wiele skutków ubocznych. Udokumentowano tysiące przypadków ofiar szczepienia przeciwko ospie
– przyznaje Hirte26.
Jedną z pierwszych szczepionek, o dużej skuteczności i niestety również o sporym ryzyku, była szczepionka przeciwko gruźlicy. 30 listopada 1931 roku w Kurierze Warszawskim doktor Jerzy Szpakowski opisywał historię szczepień i szczepionek mając na uwadze przede wszystkim BCG (od Bacillus Calmette-Guérin, szczepionka opracowana we Francji w 1921 roku przez Alberta Calmette’a i Camille’a Guérina i stosowana przede wszystkim przeciw gruźlicy), a to ze względu na potworne wydarzenia związane z tym preparatem, które zabiły kilkadziesiąt dzieci w Lubece.
Dla medycyny zupełnie nowe horyzonty i możliwości otwarły się z chwilą, gdy geniusz Pasteura wyjaśnił, że jedyną przyczyną wszystkich chorób tak zwanych zakaźnych są różne, niedostrzegane przedtem, mikroskopijne drobnoustroje, zwane zarazkami albo bakteriami chorobotwórczymi
– pisał doktor Szpakowski. W 1882 roku nastąpił przełom, kiedy Robert Koch odkrył zarazek gruźlicy, zwany później „prątkiem Kocha”. Ruszył wyścig naukowców i lekarzy, którzy na bazie tego odkrycia chcieli wynaleźć sposób na zwalczenie gruźlicy. Minęło ponad dwadzieścia lat, kiedy nastąpił kolejny przełom.
W roku 1905 zajął się tą kwestią słynny już wówczas bakteriolog francuski prof. Albert Calmette. Stwierdził wkrótce, że na zakażenie gruźlicą (zarówno jak i na zakażenie kiłą, trądem, nosacizną) jest odporny tylko taki osobnik, w którego ustroju znajduje się już ognisko żywych zarazków danej choroby. Inaczej mówiąc, na zakażenie gruźlicą bywa odporny tylko ten, kto jest już zakażony. Otóż Calmette zaczął pracować nad rozwiązaniem właśnie tego, zdawałoby się tak beznadziejnego wniosku
– opowiadał doktor Szpakowski. Punktem wyjścia do poszukiwań była obserwacja, że na gruźlicę choruje nie tylko człowiek. „Perlica”, na którą cierpią krowy, wydawała się odmianą ludzkiej gruźlicy. A jednak zarazki „perlicy”, choć nie atakowały dorosłych ludzi, zarażały czasem niemowlęta, które dostawały nieprzegotowane mleko od zakażonych krów.
Chcąc więc jeszcze bardziej osłabić zarazki gruźlicy bydlęcej, Calmette zaczął hodować je w specjalnych warunkach: czysty szczep tych zarazków zasiał na pożywce, składającej się z ziemniaka i żółci, następnie zaś w pewnych odstępach czasu przesiewał je na takie same, lecz świeże pożywki. W ciągu 13 lat dokonał aż 230 takich przesiewów! Przez cały ten czas, nie zmieniając pierwotnego szczepu ani razu nie wypuścił zarazków poza obręb swego laboratorium
– czytamy w Kurierze. Zarazki po przejściu całej, długotrwałej procedury, były tak osłabione, że nie stanowiły zagrożenia, a mimo to mogły uodparniać zaszczepione osoby na zarazki prawdziwej, bardzo groźnej choroby, jaką była wówczas i do dzisiaj jest gruźlica. Nowa, zmodyfikowana i osłabiona rasa bakterii otrzymała nazwę BCG – od nazwisk naukowców, którzy ją opracowali: Calmette i Guerin.
Tę właśnie, stworzoną przez siebie, rasę laseczników użył Calmette jako szczepionkę przeciwgruźliczą. Okazało się mianowicie, że BCG, wprowadzona do ustroju człowieka, zakaża go, lecz choroby nie wywołuje; organizm zaś, reagując na szczepionkę, staje się odporny na powtórne zakażenie. Tak więc Calmette rozwiązał niezwykle trudne zagadnienie – zakażając sztucznie gruźlicą ustrój człowieka, uodpornił go na zakażenie zwykłe, to znaczy, że powtórne zakażenie nie mogło już wywołać objawów choroby.
Co bardzo ważne, z pierwszych badań wynikało jednoznacznie, że szczepionka będzie działała wyłącznie wobec ludzi, którzy są całkowicie wolni od zakażenia. Ponieważ gruźlica była wówczas wszechobecna, można było zaryzykować tezę, że większość osób dorosłych miało już styczność z zarazkami gruźlicy. Rozwiązaniem problemu było szczepienie noworodków, sugerowano iniekcję do dziesiątego dnia po urodzeniu.
Według tej metody zawartość całej ampułki podaje się noworodkom na łyżeczce na pół godziny przed ssaniem i to powtarza się trzykrotnie co drugi dzień. W każdej ampułce w 2 cm 3 specjalnego płynu jest zawieszona jedna setna grama czystej hodowli BCG, zawierająca… 400 milionów zarazków. Trzykrotna więc porcja, którą otrzymuje noworodek, zawiera 1 miliard 200 milionów osłabionych, lecz żywych bakterii!
– tłumaczył z entuzjazmem doktor Szpakowski.
Pierwsze eksperymenty na zwierzętach przyniosły dobre rezultaty. Na dzieciach pierwszy raz przetestowano szczepionkę BCG w 1922 roku w Paryżu. Zaszczepiono wówczas 178 dzieci. W ciągu trzech lat żadne z nich nie zmarło na gruźlicę. Ruszyły masowe szczepienia. Tylko we Francji do połowy 1930 roku zaszczepiono ponad ćwierć miliona noworodków. I wtedy wydarzyła się tragedia. W niemieckiej Lubece latem 1930 roku zaszczepiono zgodnie z procedurami 251 niemowląt. Prawie wszystkie zachorowały na ciężką postać gruźlicy, a 72 zmarły. Przyczyną dramatycznego wypadku było, jak się szybko okazało, skażenie szczepionki BCG zjadliwym szczepem przechowywanym w tym samym inkubatorze.
Tragedia noworodków i ich rodziców w Lubece stała się ze zrozumiałych względów przyczyną, dla której szczepienia BCG nie przyjęły się w niemieckim społeczeństwie. Jednak badacze niemieccy potrafili z tego nieszczęścia nauczyć się bardzo dużo, a opis tych badań tworzy pokaźny tom, wydany przez Urząd Zdrowia Rzeszy
– pisze doktor Janusz Zeyland w wydanej w 1937 roku książce „Gruźlica płuc u dzieci”27. I rzeczywiście, tragedia w Lubece została potraktowana po prostu jako pewnego rodzaju eksperyment medyczny. Wyciągnięto z niej wnioski, ale pozostała kwestia oceny etycznej. Kilka miesięcy po tym wydarzeniu, 26 października 1930 roku w Kurierze Polskim (numer 294), w dziale „Medycyna i życie”, redakcja opublikowała przegląd ówczesnych artykułów medycznych i badań klinicznych dotyczących szczepionki BCG, także w kontekście wydarzeń w Lubece:
Z powołaniem się na prace Rosenfelda, Greenwooda, całego szeregu innych badaczy i naśladowców Calmetta stwierdzić należy, że możliwość uzyskania odporności przez BCG w chwili obecnej nie jest całkowicie pewna, a statystyki raczej przemawiają na niekorzyść (…) E. Nobel w pracy swojej poświęconej omawianej sprawie konkluduje, że cała sprawa uodporniania przeciwgruźliczego nie jest tak dojrzałą, aby o niej mówić, jako o rzeczy dokonanej: nie przekroczyła bowiem jeszcze stadium eksperymentu.
Eksperymenty – zbrodnicze, albo co najmniej dyskusyjne etycznie – to oczywiście nie jest wynalazek II wojny światowej i Niemców.
Przed wybuchem II wojny światowej dokonywano między innymi następujące doświadczenia na więźniach: 1800 więźniów z trzech więzień amerykańskich w stanie Illinois zakażono sztucznie zimnicą (malarią) po zgłoszeniu się ich na ochotnika; dużą liczbę skazanych na śmierć w Turcji zakażono durem plamistym, nic nie wiadomo o ich zgodzie; w Manili wykonano doświadczenia z osłabionymi szczepami dżumy na 900 przestępcach skazanych na śmierć; nie wiemy również, czy odbyło się to po wyrażeniu zgody więźniów; na Hawajach zakażono trądem przestępcę skazanego na śmierć, który wyraził na to zgodę; karę śmierci darowano; zakażony zmarł po dwóch latach na trąd; więźniom w Ameryce wstrzyknięto paciorkowce (streptokoki) po dobrowolnym zgłoszeniu się. Przykładów podobnych można podać więcej. Gdy dzisiaj rozważa się te doświadczenia, nie można się oprzeć uczuciu najgwałtowniejszego sprzeciwu zarówno ze względu na niebezpieczeństwo owych doświadczeń, jak też ze względu na to, że nie można mówić o zgodzie dobrowolnie wyrażonej przez skazanego
– pisze Józef Bogusz, w artykule „Norymberski proces lekarzy hitlerowskich a pojęcia o badaniach na ludziach28.
Eksperymenty medyczne można podzielić na dwie kategorie: eksperymenty lecznicze, których celem jest przede wszystkim działanie w interesie zdrowia osoby poddawanej doświadczeniu oraz eksperymenty biologiczne, które prowadzą do odkrycia lub potwierdzenia teoretycznych hipotez dotyczących biologii i zdrowia człowieka. Według badaczy eksperymentem biologicznym jest również doświadczenie, którego celem jest zaznajomienie większej liczby osób z eksperymentem demonstrującym znane już prawidła i metody.
Nieco inny podział eksperymentów zaproponował Władysław Fejkiel, były więzień obozu koncentracyjnego Auschwitz w artykule „Eksperymenty sanitariatu SS w Oświęcimiu”29. Jego zdaniem eksperymenty medyczne można podzielić na trzy grupy: eksperymenty biologiczne, farmakologiczne i chirurgiczne. W szerokiej definicji eksperymentu biologicznego, zdaniem Fejkiela, niemieccy lekarze z Auschwitz zmieścili sześć kolejnych podgrup: opracowywanie metod masowej sterylizacji kobiet i mężczyzn, sztuczne zakażanie osób zdrowych przez wstrzykiwanie krwi chorych na dur plamisty w celu ustalenia okresu inkubacji oraz stwierdzenia, kiedy krew osobnika chorego jest najbardziej zakaźna, próby mające na celu zbadanie leczniczej skuteczności szczepionek w przebiegu duru plamistego, eksperymenty mające na celu opracowanie metod zwalczania markieranctwa u żołnierzy Wehrmachtu, eksperymenty przeprowadzane w celu zbadania zmian w narządach w różnych okresach choroby oraz próby znalezienia preparatu, który po wstrzyknięciu powodowałby najszybciej zgon.
Mnie, nie tylko w kontekście Potulic, najbardziej interesował temat eksperymentów dotyczących chorób zakaźnych i szczepionek. Warto przytoczyć fragment artykułu Fejkiela dotyczący tego zagadnienia:
Eksperymenty polegające na sztucznym zakażaniu zdrowych – krwią chorych na dur plamisty przeprowadzali (w latach 1942-1943) lekarze SS: obersturmführer dr Helmuth Vetter i obersturmführer dr Friedrich Entress. Doświadczenia Entressa miały na celu, jak się wydaje, stwierdzenie, kiedy, tj. w jakim okresie choroby, krew chorego na dur plamisty jest najbardziej zakaźna. Vetter natomiast dążył do rozstrzygnięcia problemu czasu kwarantanny po durze plamistym. Z punktu widzenia kół gospodarczych III Rzeszy i firm korzystających z pracy niewolniczej więźniów było to zagadnienie doniosłej wagi. Chodziło o tysiące dni roboczych, traconych przez 3-miesięczną kwarantannę. Nic dziwnego, że Vetter jako agent koncernu I.G. Farbenindustrie (któremu poświęcam osobny rozdział – przyp. PS) przeprowadzał te eksperymenty z ogromną gorliwością (...) Ad. 3. W tej grupie zabiegów eksperymentalnych, przeprowadzanych również przez dra Vettera, chodziło o wypróbowanie działania bliżej nie znanych szczepionek przeciwdurowych (Eikultur-Impfstoff)30.
Obecnie pod względem prawnym definicja zbrodniczego eksperymentu pseudomedycznego jest zależna od danego kraju, od specyfiki jego systemu prawnego. Najważniejszą definicją, w kontekście niemieckich zbrodni, będzie oczywiście definicja niemiecka. W książce „Zbrodnicze eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych Trzeciej Rzeszy” Stanisław Sterkowicz, cytuje definicję zawartą w dokumencie rządu Niemiec, złożonym 24 października 1963 roku do dyspozycji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, w którym czytamy, że
są to zabiegi o charakterze eksperymentalnym, dokonywane przez lekarzy w obozach koncentracyjnych o formie masowych prób, mających na celu zdobycie umiejętności lekarskich i stanowiących jaskrawe pogwałcenie zasad godności ludzkiej31.
Wspólną konferencja przedstawicieli Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Zarządu Głównego Polskiego Czerwonego Krzyża i Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację przyjęła tuż po wojnie następującą definicję:
Przez niedozwolony eksperyment pseudomedyczny rozumie się każdy zabieg lub czynność medyczną lub chirurgiczną wykonaną lub zarządzoną przez lekarza w celu rozszerzenia umiejętności i przeprowadzoną na osobie pozbawionej wolności i bezbronnej bez względu na mogące wyniknąć dla niej szkody lub niebezpieczeństwa i utratę zdrowia przejściowo lub na stałe.
Jan Olbrycht, były więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen, przed Najwyższym Trybunałem Narodowym 10 grudnia 1947 roku wygłosił oświadczenie dotyczące eksperymentów:
Jest jednak oczywiste, że dany człowiek musi wyrazić zgodę na eksperyment i że tenże nie może narażać go na niebezpieczeństwo ani życia, ani zdrowia. Wszak bez zgody chorego lub jego opiekuna nie może być podjęta operacja, a lekarz dokonujący bez zgody operacji podlega karze. Jest to zasada obowiązująca w całym cywilizowanym świecie i podlegali jej także niemieccy lekarze, ponieważ zgodnie z jednomyślną opinią komentatorów niemieckiego prawa karneg (…) – eksperyment na żywym człowieku bez jego zgody jest przestępstwem32.
Od pierwszego wykonanego zastrzyku ze szczepionką badaczy, decydentów, producentów i pacjentów, interesowały dwie sprawy: skuteczność oraz bezpieczeństwo szczepień konkretnymi preparatami. Bezpieczeństwo jest określane jako poziom występowania niepożądanych odczynów poszczepiennych, zwłaszcza poważnych, tych, które zagrażają życiu lub zdrowiu osób zaszczepionych. Dzisiaj decydujemy się na używanie szczepionek, których „rzadkie” NOPy (występujące rzadziej niż raz na tysiąc szczepień, a częściej niż raz na 10 tysięcy), mogą stanowić poważne zagrożenie zdrowia i życia. Na stronie polskiego rządu (www.gov.pl) możemy przeczytać, że w Polsce NOPy odnotowywane są średnio raz na 10 tys. przypadków. Bardzo istotne jest słowo „odnotowywane”, bo jak często one faktycznie występują, tego nie wie nikt. Nie jest to specyfika polskiego systemu ochrony zdrowia, bo na całym świecie, nigdzie rejestr niepożądanych odczynów poszczepiennych nie działa prawidłowo. Załóżmy jednak, że co najmniej raz na 10 tys. przy jakimkolwiek szczepieniu zachodzi reakcja organizmu, która powoduje potrzebę u pacjenta lub lekarza, by zgłosić NOP (w Polsce nie ma funduszu odszkodowań za powikłania poszczepienne po szczepionkach innych niż przeciwko COVID-19, więc motywacja w postaci finansowej nie jest przesłanką do zgłaszania odczynów). Być może z tego powodu tak mało NOPów jest w Polsce zgłaszanych do rejestru. W kontekście szczepień przeciwko COVID-19, do 1 lutego 2022 roku – w Polsce podano 51 312 649 dawek szczepionek, a zgłoszono łącznie lekkich i ciężkich NOPów 17 989. Czyli jeden NOP przypadał na 2852 szczepień. Jeśli chodzi o poważne i ciężkie niepożądane odczyny poszczepienne, zagrażające życiu lub zdrowiu osoby zaszczepionej, to na ten sam dzień w polskim rejestrze było 2245 takich przypadków, czyli jeden na 22 856 szczepień.
Podaję te dane po to, byśmy sobie uświadomili, jaki poziom bezpieczeństwa szczepionek jesteśmy dzisiaj w stanie zaakceptować. A jak to wyglądało sto lat temu?
W polskim czasopiśmie „Przegląd epidemiologiczny” z roku 1948 (Tom II, nr 1-2) znalazła się publikacja dotycząca tego zagadnienia. „Ogólne odczyny poszczepienne przy uodparnianiu szczepionką według Weigla w Zakładzie Produkcji Szczepionki Przeciw Durowi Plamistemu im. R. Weigla w Lublinie”33 autorstwa doktora Leszka Tomaszewskiego pozwala nam poznać ówczesny stan wiedzy na temat charakteru niepożądanych odczynów poszczepiennych, bezpieczeństwa szczepionki Weigla, ale także akceptowalnego poziomu bezpieczeństwa szczepień w ogóle. Tomaszewski powołuje się (bez podania źródła) na badania innych polskich lekarzy. P. Radło stwierdził jeden silny odczyn poszczepienny na 17 tysięcy przeprowadzonych szczepień. Radło szczepił ludność wiejską, która miała być „z natury oporniejsza na występowanie zmian alergicznych”. Tomaszewski mówi też o pracy Grota, który podawać miał dwa przypadki wstrząsów po pierwszym wstrzyknięciu szczepionki:
Grot wysuwa jako postulat przy uodparnianiu metodą Weigla przestrzeganie pewnych zasad, zmierzających do uniknięcia wstrząsów poszczepiennych: wywiad w kierunku poprzednich uczuleń oraz ostrożne postępowanie u ludzi ze schorzeniami choroby”. NOPami zajmował się także Przybyłkiewicz: „Na 1039 dokonanych szczepień w czasie wojny stwierdził 20 odczynów patologicznych (1,92%). Przybyłkiewicz obserwował parokrotnie występowanie odczynu natychmiastowego, pojawiającego się bezpośrednio po wstrzyknięciu szczepionki.
Tomaszewski przeprowadził również własne badania:
Zaszczepiłem ogółem 500 osób; 10 oryginalną szczepionką Weigla, 77 osób szczepionką z dodatkiem popłuczyn odwłoków, a resztę normalną szczepionką produkcji lubelskiej. Odczynów patologicznych miałem w ogóle 11, z tego 7 przypada na osobników uczulonych (...) Według moich danych odnośnie stosowania szczepionki normalnej, nie odwłokowej, miałem na 423 szczepionych 2 ciężkie odczyny patologiczne, co stanowi 0,47%.
Kwestia szczepień, doświadczeń mających dać odpowiedź na podstawowe pytania o bezpieczeństwo i skuteczność konkretnych szczepionek, była przed II wojną światową kwestią kluczową. W ówczesnym świecie zarazy stanowiły bardzo realne i śmiertelne zagrożenie nie tylko dla maszerujących tysiącami kilometrów olbrzymich armii, ale też dla cywilów, zwłaszcza tych, którzy zamieszkiwali coraz ludniejsze aglomeracje miejskie, gdzie ewentualny wirus był w stanie rozprzestrzenić się szybciej niż informacja o zagrożeniu.
Nie wolno mylić szczepionek z lekami. To są zupełnie innego rodzaju produkty medyczne. Tutaj mamy do czynienia z żywym wirusem, chorobą i cierpieniem, które próbujemy wykorzystać do własnej obrony. Ludzie badający wirusy i opracowujący szczepionki byli – i w jakimś sensie wciąż są – postrzegani jako bohaterowie wyrywający bogom część niedostępnej śmiertelnikom potężnej wiedzy. To balansowanie na granicy zdrowia i choroby, życia i śmierci budziło lęk, ale i ogromne nadzieje. Od końca XIX wieku ludzie wierzyli w to, że kiedyś człowiekowi uda się pokonać śmierć, a co najmniej przezwyciężyć zarazy zabijające niezależnie od trybu życia, zamożności, pozycji społecznej czy czegokolwiek innego. Wrotami do nowego, lepszego świata miały być szczepienia.
Problem w tym, że znane i testowane wówczas szczepionki nie były ani stuprocentowo skuteczne, ani tym bardziej bezpieczne. Wypadki takie jak w Lubece nie powinny oczywiście wpłynąć na ocenę samych szczepień, tak jak nikt nie ma wątpliwości odnośnie podróży samolotowych z tego względu, że co jakiś czas zdarza się katastrofa, ale zaufanie niemieckich, a potem szerzej: europejskich rodziców odnośnie szczepień dzieci zostało bardzo poważnie nadwyrężone. Lata 20. i 30. ubiegłego wieku, a potem czasy II wojny światowej to błyskawiczny rozkwit koncepcji związanych ze szczepieniami. Powstało wówczas mnóstwo nowych preparatów, które wymagały weryfikacji na żywym organizmie, na osobach dorosłych i na dzieciach. Tyle tylko, że nikt nie miał czasu i możliwości, żeby w sposób zgodny z etyką lekarską przekonywać kandydatów na uczestników eksperymentów medycznych. Zgodnie z etyką lekarską najpierw trzeba było przekonać kogoś do wzięcia udziału w eksperymencie polegającym na przyjęciu szczepionki. Na tym etapie badacz mógł stwierdzić co najwyżej bezpieczeństwo preparatu na podstawie statystyki niepożądanych odczynów poszczepiennych w relatywnie krótkim okresie czasu, do kilku tygodni, nic co działo się później już go nie interesowało. Jednak nawet gdyby szczepionka była całkowicie bezpieczna, to wciąż jej używanie byłoby bez sensu, gdyby nie dowiedziono jej skuteczności. A jak można udowodnić skuteczność szczepionki? W normalnych warunkach bada się w dłuższym okresie, czy osoba zaszczepiona na daną chorobę faktycznie jest na nią uodporniona lub, jeśli są takie narzędzia, to czy wytworzyła przeciwciała. Blisko sto lat temu koncerny farmaceutyczne pracujące nad szczepionkami nie traciły czasu, tylko po prostu zarażały osoby zaszczepione zarazkami choroby, przed którą szczepionka miała chronić. W normalnych warunkach nikt by się na taką procedurę nie zgodził, ale w obozach koncentracyjnych więźniów nie pytano o zdanie. Dzięki temu można było skrócić proces weryfikacji skuteczności szczepionek z nawet kilku lat, do kilku tygodni. Na szali była nie tylko przewaga w kontekście militarnym, ale i ekonomicznym, bo przecież koncerny farmaceutyczne na całym świecie doskonale wiedziały, że wojna kiedyś się skończy, w odróżnieniu od zysków płynących z produkcji szczepionek.
Rozdział trzeci
20 Jan Olbrycht, w: Okupacja i medycyna, Książka i wiedza, 1971, str. 35.
21 A. Jakubik, Z. Ryn, Eksperymenty pseudomedyczne w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, w: Okupacja i medycyna, Książka i Wiedza, Warszawa 1975, s. 92.
M. Hirte, Szczepienia, za i przeciw, Impfen – Pro&Contra, Munchen 2012, polskie wydanie: Wydawnictwo Certa, 2014.
23 J. Jaśkowski, Szczepienia. 300 lat oszustw, Franciszkański Ruch Ekologiczny, Charytatywny i Historyczny, Gdańsk 2016, s. 38.
Tamże. s. 39.
25 M. Hirte, Szczepienia…, op.cit., s. 11.
Tamże, s. 12.
J. Zeyland, Gruźlica płuc u dzieci, Warszawa, 1937, s. 224.
J. Bogusz, Norymberski proces lekarzy hitlerowskich a pojęcia o badaniach na ludziach, w: Okupacja i medycyna, tom V, Książka i wiedza 1984, str. 202.
29 W. Fejkiel, Eksperymenty sanitariatu SS w Oświęcimiu, w: Okupacja i medycyna, Książka i wiedza, 1971, str. 40 i dalej.
Tamże, s. 41.
31 S. Sterkowicz, Zbrodnicze eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych Trzeciej Rzeszy, Wydawnictwo MON, Warszawa 1981.
32 Okupacja i medycyna, Książka i wiedza, 1971, str. 35.
33 L. Tomaszewski, Ogólne odczyny poszczepienne przy uodparnianiu szczepionką według Weigla w Zakładzie Produkcji Szczepionki Przeciw Durowi Plamistemu im. R. Weigla w Lublinie, w: Przegląd epidemiologiczny, Tom II, nr 1-2, 1948 r., s. 98 i dalej.
III Rzesza. filozofia i konstrukcja zła
Doświadczenia farmakologiczne z polecenia i według instrukcji koncernów farmaceutycznych przeprowadzali lekarze SS w różnych obozach koncentracyjnych34.
Dzisiaj trudno jest nam zrozumieć, jak możliwe było piekło obozów koncentracyjnych, w których lekarze zamiast ratować życie, odbierali je. Nie zrozumiemy tego, jeśli nie spróbujemy zrekonstruować sposobu myślenia ówczesnych Niemców. Etyka lekarska wydaje się uniwersalna w wielowiekowej, liczącej kilka tysięcy lat tradycji zawodu medyka. Definicją tej profesji jest ratowanie zdrowia i życia. Niemcy jednak wprowadzili do obrotu intelektualnego, duchowego, czy nawet religijnego nowy język, a ten z kolei diametralnie zmienił etykę. Po wojnie wielu badaczy próbowało zrozumieć, jak było możliwe piekło nazizmu. Badano to zjawisko na płaszczyźnie filozoficznej, psychologicznej, religijnej i każdej innej. Ogromne wrażenia wciąż robią rozważania Hannah Arendt35, a na polskim gruncie niesamowita praca Tomasza Cerana dotycząca zbrodni pomorskiej36.
Jednak moim zdaniem trzeba sięgnąć do języka i pamiętać, że mówimy o Niemcach. O narodzie, z którego wyszło wielu wybitnych artystów, kompozytorów, filozofów, poetów, naukowców. Jak można było sprawić, żeby z takim zaangażowaniem deptał wszystko to, w co święcie wierzył jeszcze dwa pokolenia wcześniej?
Jeśli ktoś chciałby spróbować zrozumieć co się wówczas wydarzyło, dlaczego to się stało, jak to było możliwe, będzie musiał podjąć pewien karkołomny trud. Trzeba bowiem zapomnieć wszystko co wiemy, wszystko co się wydarzyło od połowy ubiegłego wieku do dzisiaj. Wszystkie te szumne i świetnie na papierze brzmiące prawa człowieka, prawa pacjenta, prawa dziecka. Trzeba zapomnieć nawet definicję człowieka, bo przecież jeszcze sto lat temu dyskusyjną kwestią było człowieczeństwo nie tylko rdzennych Afrykańczyków, Amerykanów czy Australijczyków, ale też Żydów i Romów. To był zupełnie inny świat, niż ten, który znamy z własnego doświadczenia. I jak długo będziemy próbowali przyłożyć dzisiejszą miarę do ówczesnych wydarzeń i poglądów, niczego nie zrozumiemy. Będzie nam łatwiej szermować drastycznymi ocenami osób i wydarzeń, ale nie przybliży nas to do zrozumienia i uniknięcia powtórki w przyszłości. A tak naprawdę chodzi przecież o to, żebyśmy byli w stanie dzisiaj zobaczyć coś, czego nie widzą media i politycy. Tak samo, jak w III Rzeszy byli przecież lekarze i pacjenci, którzy widzieli ogrom okrutnego, nieludzkiego zła nazwanego potem ludobójstwem i zbrodniami przeciwko ludzkości. Część Niemców naprawdę mogła nie być świadoma tego, co się działo za płotami z drutu kolczastego, ale spora część wiedziała i nie widziała w tym nic złego. Bo przecież w szkołach nauczyciele mówili, że to nie są ludzie, że te dwunożne przypominające człowieka stworzenia nie mają duszy, w radiu i w gazetach mądrzy ludzie, profesorowie i inni eksperci wciąż twierdzili, że podludzi nie wolno traktować na równi z Niemcami. Nie jest łatwo stanąć prosto i upomnieć się o rozum będąc pensjonariuszem domu dla obłąkanych, jeśli ci najbardziej kontrastujący z racjonalną konstrukcją świata i fundamentalną logiką trzymają w rękach karabiny, a zewsząd słychać głosy naukowców powtarzających te same ideologiczne zaklęcia. Język był i jest zawsze pierwszą ofiarą totalitaryzmu, a ten z kolei zawsze prowadzi do zbrodni. Nie ma innej możliwości. Język, który odczłowiecza, który zmienia dobro w zło i zbrodnię w bohaterstwo, jest szczytową formą każdego totalitaryzmu.
Partia nazistowska opierała się na specyficznej filozofii, która była zbudowana na nowym języku. Języku opartym na niemczyźnie, ale głęboko zmodyfikowanej nowym paradygmatem ideologicznym. Był to język podkreślający rolę ras (niższych i jednej wyższej), przestrzeni życiowej, tysiącletniej Rzeszy (co nadawało wszystkim działaniom charakter ostateczny i konieczny).
Polityka zdrowotna hitleryzmu służyła realizacji tych celów. Przejawem tego była – z jednej strony – koncepcja zachowania zdrowia społeczeństwa niemieckiego, z drugiej zaś strony – określone w programach NSDAP (Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, partia nazistowska, której liderem był Adolf Hitler – przyp. PS) stworzenie narodom podbitym takich warunków sanitarno-zdrowotnych, aby po pewnym okresie pracy tych narodów dla dobra III Rzeszy nastąpiło ich powolne biologiczne wyniszczenie” – twierdzi Jerzy Kasznicki w artykule „Zbrodnicze założenia medycyny hitlerowskiej”37. Trzeba jednak zauważyć, że nazistowska etyka lekarska opierała się na nienaukowych, rasistowskich teoriach biologicznych, socjologicznych i historiozoficznych dzisiaj już zapomnianych myślicieli, jak m.in. Józef Artur de Gobineau, Houston Steward Chamberlain, Vacher de Lapouge, Otto Ammon. Kluczem do zrozumienia tej idei było twierdzenie, że rasy nie są sobie równe, a rasa nordycka dominuje nad pozostałymi. To w oczywisty sposób zmieniło podstawową definicję konstytuującą jakikolwiek sensowny dyskurs: definicję człowieka. O tym kto jest, a kto nie jest człowiekiem, miała decydować sztanca przygotowana przez architektów nowego świata. Wcześniej już od wielu wieków trwały dyskusje, czy Murzyni są ludźmi, czy Pigmeje należą do tego samego gatunku co Europejczycy, ale wydawało się, że na gruncie teologii, etyki i nauk biologicznych te wątpliwości zostały jednoznacznie rozstrzygnięte. Tymczasem Niemcy wyciągnęli je na światło dzienne raz jeszcze i nie pozostawili pola do dyskusji czy sporów, tylko położyli na stole własne rozwiązanie: ludźmi są ci, których Niemcy uznają za ludzi.
Fundamentalne dla nazizmu dzieło Adolfa Hitlera „Mein Kampf”38 trafiło w niemieckie tęsknoty i oczekiwania podszyte kompleksami w idealnym momencie. Niemcy byli upokorzeni przegraną Wielką Wojną, ale przede wszystkim wciąż mieli rozbuchane kulturą romantyzmu poczucie własnej wartości, dumy narodowej i duchowej przewagi nad resztą świata, choć oczywiście po Wersalu dysonans między samooceną a realnymi warunkami międzynarodowymi był dla Niemców okrutnie bolesny. Teoretycy nazizmu w umiejętny sposób odwoływali się do niekwestionowanej przez nikogo twórczości takich myślicieli jak Immanuel Kant, Georg Wilhelm Friedrich Hegel i Fryderyk Nietzsche. Byli to filozofowie, którzy tworzyli konstrukty teoretyczne na sposób wcześniej niespotykany, wszyscy trzej stworzyli własny aparat pojęciowy, a w efekcie łatwo było przeprowadzić taką interpretację ich poglądów, jaka była aktualnie potrzebna do hitlerowskich celów politycznych i innych. Dzisiaj trudno nam zrozumieć, jak można było tak czytać Kanta, żeby jego etyka stała się antyetyką. Autor „Krytyki czystego rozumu” przekonywał, żebyśmy postępowali w każdej chwili tak, by można było maksymę naszej woli ustanowić uniwersalną zasadą. Niemieccy naziści zrozumieli to tak, że nie istnieją żadne ogólne zasady oprócz tych, które sami głoszą. Podobnie było z krytykującym Niemców i uważającym samego siebie za Polaka Fryderykiem Nietzsche, który kochał Szopena i polską duszę uważał za swoją39. System nazistowskiej, rasistowskiej ideologii był więc oparty na fundamentalnym niezrozumieniu albo co gorsza na manipulacji źródłami, co prowadziło do rażącego nadużycia intelektualnego.
Tym niemniej kwestia rasy jest kluczowa, żeby zrozumieć szaleństwo nazizmu. Krew i rasa to synonimy, osadzone głęboko w parareligijnym języku nazistowskiej filozofii, stąd mowa o „misterium”, które ma „przezwyciężyć stare prawdy”. Nową prawdą był natomiast konsekwentnie prowadzony podział na „ludzi w pełni” (Vollmenschen) i „podludzi” (Untermenschen). W wydanej w 1935 roku książce „Der Aufstieg des Arbeiters durch Rasse und Meisterschaft” profesor Karl Valentin Müller twierdzi, że jednym lub drugim jest się od urodzenia i nie ma możliwości, żeby zmienić swoją tożsamość. Na to wszystko nałożyć trzeba triumfującą na początku ubiegłego wieku ideę Karola Darwina, która została przeniesiona ze świata zwierząt do świata polityki. Darwinizm społeczny i polityczny wskazywał bezwzględną konieczność, by słabsze, gorsze narody ewolucyjnie ginęły robiąc miejsce, „przestrzeń życiową” dla lepszych i mocniejszych nacji. Jeśli czytać dosłownie tę ideę, nie ma w niej miejsca na dylematy etyczne czy moralne. Chodzi przecież o konieczność, o coś, co i tak samoistnie się odbywa od tysięcy lat, a jedyna zmiana polega na dwóch aspektach: samoświadomości narodu i rasy wybranej oraz możliwościach technicznych dominacji nad światem. Hitler pisał w „Mein Kampf”:
Silniejszy gatunek eliminuje słabszy, energia witalna zerwie więzy fałszywego humanitaryzmu wobec jednostki, aby zastąpić je humanitaryzmem natury, który wyeliminuje słabszych na korzyść silniejszych.
Język, w którym „humanitaryzm” jest „eliminacją”, jest językiem na wskroś totalitarnym. To język zbrodni.
Lekarze kształceni w latach trzydziestych ubiegłego wieku odbierali nazistowskie nauki podczas studiów, ale nie zapomniano również o indoktrynacji tych, którzy kończyli szkoły medyczne wcześniej. Dla nich przeznaczone były czasopisma, do prenumeraty których byli zobligowani, takie jak „Rasse”, „Volk und Rasse”, „Sonne”, „Archiv für Rassen-Biologie”. Od 1939 roku redaktorem naczelnym tego ostatniego tytułu, dwumiesięcznika, był profesor Alfred Ploetz, autor terminu „higiena rasowa”. Nazizm nie zostawiał zbyt wiele miejsca do spekulacji. Najważniejsze zasady ideologiczne zostały potwierdzone w prawie. Norymberskie ustawy rasowe z 15 września 1935 roku o obywatelstwie Rzeszy oraz o ochronie krwi i honoru niemieckiego określały, kto może sprawować urząd publiczny, ale także kto może być lekarzem. Już nawet małżeństwo przestało być prywatną sprawą obywateli Niemiec, stało się bowiem elementem polityki rasowej państwa. Ustawa z 7 kwietnia 1933 roku o reorganizacji kadry urzędniczej mówiła wprost, że ze służby państwowej i wolnych zawodów trzeba wyrzucić wszystkich niearyjczyków, ale również te osoby, które nie gwarantują realizacji nazistowskiej ideologii. Moralność hitlerowska stała się po prostu prawem, co potwierdził sam Hitler przemawiając na zjeździe prawników w październiku 1936 roku, kiedy powiedział:
Państwo totalne nie ścierpi różnicy między prawem a moralnością40.
Rasizm w wykonaniu Niemców był ideologią dziurawą i pełną zaklęć absolutnie oderwanych od normalnej, przyzwoitej metody naukowej. Przykładowo, specjaliści z Urzędu Polityki Rasowej NSDAP (Rassenpolitischesamt) opracowali metodę odróżniania na podstawie cech fizycznych przedstawicieli „rasy panów”, od „podludzi”. Brano pod uwagę takie rzeczy jak: wzrost, budowę ciała, długość nóg, kształt głowy, układ kości twarzy, wysokość i szerokość nosa, położenie oczu, szparę powiekową, wargi, linię zarostu włosów, owłosienie ciała, kolor włosów i oczu, kolor skóry, grupę krwi. Warto przypomnieć sobie wygląd czołowych liderów nazistowskich Niemiec, żeby zrozumieć absurd tej pseudonauki, która doprowadziła do najstraszliwszej wojny, jaką dotychczas widziała ludzkość. Budowanie narracji na definicji człowieka, której efektem była koncepcja eliminującego, eksterminującego rasizmu opartego na kształcie uszu musi budzić dzisiaj zdumienie i przerażenie. Wówczas jednak te koncepcje były przyjmowane jako oczywiste.
Jak do tego doszło? III Rzesza nie miała do dyspozycji portali społecznościowych i telewizji, musiała radzić sobie w tradycyjny sposób, choć posługiwała się narzędziami znanymi nam dzisiaj także z mediów społecznościowych. Nazistowska ideologia miała wówczas twarz i radiowy głos znanych ekspertów, naukowców, profesorów, autorytetów. Oponentów nie dopuszczano do głosu, wypychano z kraju, a w późniejszych latach po prostu mordowano lub izolowano w obozach koncentracyjnych. Jedna Rzesza, jeden naród, jeden wódz – brzmiało nazistowskie wyznanie wiary, ale w domyśle czwartym, najważniejszym członem hasła było: jedna prawda. Nazistowscy poddani mieli do spełnienia historyczny obowiązek, nie powinno ich nic rozpraszać, a już na pewno nie jakieś wątpliwości odnośnie głównej linii ideologicznej państwa. Zabronione były jakiekolwiek dyskusje na temat legalności reżimu, jego celów i stosowanych metod. Język walki sprawiał, że polaryzacja obejmowała każdą sferę życia. Można było być albo wrogiem, albo towarzyszem broni. Nie było niczego pomiędzy tymi dwiema postawami. A kwestionowanie zasadności fundamentalnych idei nazizmu było równocześnie przejściem na drugą stronę barykady. Prawa wojenne obowiązywały najpierw w języku, a chwilę później już wszędzie.
