Truciciel - Karolina Kasprzak-Dietrich - ebook + audiobook + książka
PROMOCJA

Truciciel ebook i audiobook

Kasprzak-Dietrich Karolina

5,0

Opis

"Truciciel" to pasjonująca historia skromnej krawcowej i bogatego projektanta mody, którzy nie potrafią bez siebie zyć, lecz okoliczności nie pozwalają... Czytając ją czujesz masaż na otwartym sercu!

 

"Wyobraź sobie, że kończysz związek jednym zdaniem.. a potem latami rozrywa Ci serce z tęsknoty..."

- Choć jestem marzycielką, mam duszę samotnika – tak mówi o sobie autorka, Karolina Dietrich-Kasprzak. Zafascynowana życiem i otaczającą go przyrodą, dużo czyta, jeszcze więcej pisze.

Twórczyni kryminałów (Grabarz, Podstępna schizofrenia, Velveteen youth, Moje córki) powraca w świetnym stylu z pierwszym erotykiem „Truciciel”, niosącym ogromny ładunek emocjonalności…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 265

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 50 min

Lektor: Karolina Kasprzak-Dietrich

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Sortuj według:
Fiba1

Nie oderwiesz się od lektury

super czekam na ciąg dalszy
00

Popularność




Wydanie, redakcja i korekta: Studio Million

Ilustracje na okładce: Unsplash.com, Pixabay.com

Skład: Karolina Przesmycka-Szustak

Druk: druk-24h.com.pl

Wydanie II, 2022

Copyright © Karolina Kasprzak-Dietrich & Studio Million licensed by Kubatura sp. z o.o.

All rights reserved.

ISBN 978-83-67103-15-2

Kubatura sp. z o.o.

www.STUDIOMILLION.pl

Tę książkę dedykuję Wam, Drodzy Czytelnicy, za to, że daliście mi szansę.

Autorka

Siedziałem za kierownicą białego mercedesa. Nowy nabytek prosto z salonu. Spojrzałem do lustra. Moje białe jak mleko implanty zabłysnęły z większą mocą niż majowe słońce. Cały czas nie dowierzałem, że to auto należy do mnie. Koniecznie chciałem czerwone alufelgi. Boczne lusterka też musiały być w krwistym kolorze. Dodatkowo wbudowana kamera, ale wiadomo – to już przeżytek. Jestem pionierem, zawsze taki byłem. Toteż na moją gwiazdę czekałem pół roku. Czasem bywam próżny, lecz nic nie poradzę, że kocham mercedesy. Pierwszy wyjazd: moje rodzinne miasto – Gniezno. Tak mnie naszło na sentymenty, choć rzadko bywam ckliwy. Jestem umysłem ścisłym, nie lubię się rozklejać. Moim zdaniem to zaleta, a że nie liczę się ze zdaniem innych, to oszczerstw rzucanych za moimi plecami nie analizuję. Bary mam szerokie, mogą pluć. Jedyną rzeczą, jaka na moment zdjęła mi z twarzy uśmiech, był zapach ulic. One ciągle pachniały jej ciałem. Zganiłem się za te myśli. Dość już wycierpiałem, teraz jedynie mogę brać i odrywać metki. Nie ta, to inna, nie inna, to następna, ale nie Kasandra. To wiedźma, femme fatale, a może zwyczajnie nikt. Zero… Dlaczego więc ją czuję? Wydawało mi się, że tęsknię za Gnieznem, a może wcale nie za Gnieznem. Może w duchu liczyłem, że ją spotkam, wyjdę z auta, spojrzę z tryumfem i powiem: „widzisz, co straciłaś idiotko?”, a ona uklęknie i będzie mnie prosić, bym wrócił. Odejdę bez słowa, w samej rzeczy, tak to sobie wyobrażam. Choć trudno było mi się do tego przyznać, ale wystarczyło, że zobaczyłem te ulice, kawiarenki, przystanek i ten park. Wszystko to pachniało nią! Aż tak bardzo nie mogę się oszukiwać. Przejechałem miasto wzdłuż i wszerz po czym wróciłem do Poznania.

Uśmiechnęłam się do lustra.

Kas, jesteś fajną dupą, niczym się nie przejmuj. Czarne oczy, zgrabna sylwetka, wystające kości jarzmowe, a co najważniejsze, masz Daniela, razem wszystko przetrwacie, najważniejsza jest miłość.

Poczułam się lepiej. Podobno takie zabiegi dobrze działają na psychikę. Zaczęłam je praktykować i faktycznie było lepiej. Daniel chrapał, sen go powalił. Dziś przez cały boży dzionek stał na targu i sprzedawał warzywa. Kuzyn zatrudnił go na umowę zlecenie i dlatego w końcu on też przynosi do domu pieniądze. Co prawda, to nic pewnego, praca zaledwie okresowa. Odkąd Daniel pokłócił się z szefem, stracił stałe zatrudnienie. Na szczęście udaje nam się związać koniec z końcem, a będzie jeszcze lepiej. Ja dużo pracuję, szefowa dobrze mi płaci, a praca to moja pasja. Nie wyobrażam sobie życia, gdy nie pracuję w zawodzie, urodziłam się z igłą w ręce, a z nitką w ustach.

Moje życie ułożyło się zupełnie inaczej, niż planowałam. Teraz, projektując ubrania, szyjąc, obszywając, cerując i doszywając, staram się o tym nie myśleć. Czasem w życiu jest tak, że pewne decyzje podejmuje za nas los, a nam nie pozostaje nic innego jak się z tym pogodzić. Odgarnęłam kruczoczarne włosy z oczu i pogwizdując, zaczęłam szykować się do pracy.

Jak nie przyjeżdżałem do Gniezna, to nie przyjeżdżałem, jakbym na wszystkich mieszkańców się zgniewał, a to przecież była wina tej zołzy. Teraz jestem tutaj drugi raz z rzędu. Wczoraj wieczorem odbyła się kameralna impreza u Gawła Menzy. Komisarza Gawła, mojego przyjaciela z lat szkolnych. Jego urodziny, tym razem czterdzieste, na które zazwyczaj zapraszał mnie i Tymka Waligórkę. Nasza święta trójca, znajomość, która przetrwała od podstawówki (choć nie byliśmy w równym wieku), zebrała się kolejny raz przy wspólnym stole. Prowadziliśmy bardzo skondensowane męskie pogaduchy o pogodzie i nie tylko. Wspominaliśmy szkolne perypetie. Daria, żona Gawła, przygotowała kolację, na której nie była obecna. Raz, że nie chciała nam przeszkadzać, bo to przecież męski spęd, a dwa, jak poinformował nas Gaweł, ponoć wieczorami nie robi nic innego, jak tylko siedzi na zydlu w swoim gabinecie i pali fajkę za fajką. Taki to jej wieczorny rytuał. W ten sposób odreagowuje stres po pracy. Jest adwokatem i zazwyczaj broni wszystkich przestępców z czarnych zakamarków Gniezna i okolic.

Daria z Gawłem, zawzięta pani adwokat i równie zawzięty policjant, cieszą się ogólnym uznaniem. Wszystko jakoś uchodzi im płazem. A podejrzewam, że niejedną tajemnicę skrzętnie ukrywają.

Mają swoje układy, a mafia właśnie za to im płaci. Tylko tych pieniędzy u nich jakoś nie widać. Ale, co tam… Nie mój cyrk, nie moje małpy.

– Trzeba wiedzieć z kim i co – tak zawsze twierdził Gaweł.

– Wolę tego nie wiedzieć – odpowiadałem z uśmiechem i zmieniałem temat. Zresztą Tymek reagował podobnie. Ojciec zawsze mnie uczył, że czym mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. Coś w tym było, choć pochłaniałem w szkole książki i byłem żądny wiedzy. Przyznawałem ojcu rację, że pewnych rzeczy lepiej jest nie wiedzieć. Tym bardziej, że Gaweł miał bardzo specyficzną urodę, żeby nie powiedzieć, iż był po prostu brzydki. Z roku na rok jego rysy twarzy się wyostrzały i w końcu zaczął tworzyć dystans swoją aparycją. To już nie był ten sam chłopak co kiedyś. Czasem robił się dziwnie nerwowy. W takich chwilach rozmowy o niczym były jak najbardziej wskazane. Tak czy siak, będąc u niego, nie potrafiłem się wyluzować, piłem kieliszek za kieliszkiem, zagryzałem białą kiełbasą i kolorowymi koreczkami, jakie donosiła nam Daria.

Jednak moje myśli znowu krążyły wokół Kasandry. Jadąc do Gawła, około godziny dziewiętnastej niespodziewanie ją zauważyłem. Szła ulicą w seledynowej sukience, a tę podwiewał wiatr, tym samym uwidaczniając jej długie, zgrabne nogi. Przeszedł mnie dreszcz. Szła z marketu, w dłoniach ściskała ciężkie papierowe torby wypchane prawdopodobnie spożywką. Z jednej wystawał por i bagietka. Sporo miała tych zakupów. Byłem ciekawy, o kogo dba? O mnie nie potrafiła. Pozwoliła mi odejść…

Jej czarne, gęste włosy sięgały niemal do pasa, zakrywając długą, smukłą szyję. Tyle razy jej powtarzałem, że powinna je spinać w koczek, bo o wiele lepiej prezentowała się w upiętych włosach. Nie, ona wie lepiej. „Nie będziesz mną rządził”. Głupia pipa, teraz leci z zakupami zmęczona po pracy, by upichcić jakiś obiadek dla swojego kochasia. W sumie to nie wiem, czy kogoś ma, tak tylko się domyślam. Z tyloma zakupami, o tej godzinie? Nie potrafiłem tego widoku zinterpretować inaczej.

Sukienkę, o dziwo, miała ładną, seledynową w żółte mazaje, krótką z szerokiego koła. Rękawki takie, jakie lubiłem, lekko za łokieć. Ciekawiło mnie czy sama ją sobie zaprojektowała i uszyła, czy może kupiła. Wyobraziłem sobie, jak ślęczy nad maszyną do szycia, fastryguje i przeszywa. Wycina, przekreśla coś mydełkiem krawieckim, nawleka igłę, delikatnie przeklinając. Lekko zgarbiona, z wytkniętym językiem i uśmiechem na ustach. Tak, ten opis idealnie do niej pasował.

W mojej rodzinie temat Kasandry od dawna jest tematem tabu, może dlatego, że ja nigdy nie pytam. Boję się, że znowu zobaczę u swoich spowinowaconych te pełne pożałowania spojrzenia. „Rzuciła cię, a ty wciąż o niej myślisz, biedaku”. Gorzej, gdybym usłyszał: „U Kas jest super, ma narzeczonego, świetnie sobie radzi”. Wolałem nie pytać nikogo, żeby nie wiedzieć. Nawet kuzyna, męża Wioletty, siostry Kas, z którym przecież cały czas mam kontakt, bo jestem ojcem chrzestnym jego córki Gabrysi. On też milczał, nabrał wody do pyska i się nie odzywał.

Tego wieczoru razem z Gawłem i Tymkiem obaliliśmy dwie zero siedemdziesiąt pięć Finlandii, co zupełnie mi nie pomogło, w żołądku czułem ścisk, a w sercu ból. Znowu o niej myślałem. Nawet słysząc, jak pijany Gaweł idzie na Tymka z pięściami, nie reagowałem. Duchem byłem z nią.

Rano wstałem, a kiedy Gaweł użyczył mi alkomatu i upewniłem się, że mogę spokojnie wsiąść za kierownicę, postanowiłem wrócić do Poznania, do mojego domu. Od siedmiu lat tam mieszkam. To przez nią się wyprowadziłem z Gniezna. Nie musiałem, nikt mnie nie zmuszał, ale nie zniósłbym widoku tej czarownicy średnio raz w tygodniu spacerującej ulicami. Gniezno jest małe i z pewnością bym na nią trafiał.

Z tego, co wyczytałem między wierszami z rozmowy z Gawłem, pracuje w jakiejś podrzędnej firmie krawieckiej. Nie rozwija się, jest zadowolona z nędznej wypłaty. A przecież mogła mieć wszystko, być właścicielką sto razy prężniejszej firmy, której ja jestem właścicielem.

Gaweł chciał powiedzieć coś więcej, ale ja udawałem gieroja i szybko uciąłem temat, żeby pokazać kolegom, że ten problem już mnie nie dotyczy. DOTYCZYŁ… jak najbardziej!

Zawsze jej powtarzałem, że ma potencjał, talent, że świat potrzebuje takich zdolnych projektantów jak ona. Jednak Kas była lękliwa i zakompleksiona, bała się lepszego. Często mówiła, że lepsze jest wrogiem dobrego. Ale mnie jakoś umiała wyrzucić z życia. Czyli zaliczała mnie do lepszych? Tak, właśnie to pojąłem! Może ten alkohol wcale do końca nie wyparował, że naszło mnie na przemyślenia i doszedłem do takich wniosków?

Włączyłem piąty bieg i rura na Poznań. Moje myśli nadal były przy Kas. Zasrana trucicielka rozsiała w moim organizmie truciznę, która pomału mnie zabija.

Będąc już w Poznaniu, nadal nie mogłem uwolnić się od myśli o niej. W końcu postanowiłem rozładować napięcie w domu uciech. Zamówiłem panienkę ubraną jedynie w prześwitującą halkę, która eksponowała wydatny biust i nie zasłaniała waginy. Pociągnęła mnie za dłoń.

– Trzy stówy i robisz, co chcesz. Pięć dych dopłaty jak chcesz, żebym połknęła.

– A możemy tylko pogadać? – zapytałem. Pierwszy raz byłem u kurwy.

– Tylko seks, żadnych rozmów. To moja praca, nie jestem powiernicą.

Ogarnąłem ją wzrokiem i zrezygnowałem.

– To pa. – Wybiegłem w popłochu. Wystraszyłem się, sam nie wiem czego…

Leżałam odwrócona tyłem do Daniela, byłam zmęczona. Dziś w pracy szefowa dała mi wycisk. Tysiąc białych koszul musiało wyjść na Holandię. Mnie przypadło najgorsze. Dla mnie najgorsze! Doszywanie kołnierzyków. Czasem miałam wrażenie, że szefowa celowo daje mi najgorszą robotę. Tłumaczy się tym, że jestem najzdolniejsza najdokładniejsza, ale nie zawsze dawałam wiarę jej słowom. To ciotka Gawła, Gaweł to cały czas przyjaciel Wojtka. To mógł być ich cichy układ. Wojtek zapewne jest żądny zemsty. Myślę, że tylko czeka na dogodny moment. Taki to charakter.

Daniel przybliżył się do mnie i chwycił mnie za pierś. Ja pierniczę, zebrało mu się na amory, a ja ledwo zipię. Zatem udaję, że śpię i nie reaguję.

– Śpisz?

Milczę.

– Śpisz? – powtórzył pytanie, nie przestając masować mojego cycka.

– Daniel, jestem zmęczona – odpowiadam niechętnie.

– Kas, proszę, tylko raz. Mogę possać twoje sutki? – Bywały takie momenty, że miałam go dość. Był kiepskim kochankiem, w ogóle przeciętny pod każdym względem, a jednak jestem jego dziewczyną, mało tego, planujemy ślub.

Czasem myślę, że to kara za to, że w tak okrutny sposób zostawiłam Wojtka. To nie tak miało być! Ja chciałam go tylko ukarać, dać nauczkę, nastraszyć. Zbierało mu się, od miesięcy mu się zbierało, aż w końcu moja cierpliwość się skończyła. Wybuchnęłam w najmniej odpowiednich okolicznościach. Stało się!

A poza tym, skąd miałam wiedzieć, że to będzie mu na rękę? Tak jakby na to czekał, nie walczył o mnie.

Kiedy powiedziałam mu, że to koniec, liczyłam na to, że się opamięta, przestanie mnie wiecznie pouczać, zwracać uwagę, nakazywać. Rządzić mną. Miałam nadzieję, że najdłużej po tygodniu stanie pod drzwiami mojego mieszkania z bukietem kwiatów i mnie przeprosi. Obieca się zmienić. Poudaje skruchę. On natomiast więcej się nie pojawił, mimo że wielokrotnie pisałam do niego esemesy z przeprosinami. Może zwyczajnie go wyręczyłam. To on był tym zranionym, a ja tą najgorszą. I tak pozostało po dziś dzień.

Czy słusznie zostałam osądzona? Nikt z nami nie mieszkał i nie wie, jak było naprawdę. We wszystkim go wyręczałam, pracowałam dwadzieścia cztery godziny na dobę, zrobił sobie ze mnie tanią siłę roboczą. Przeklęty egocentryk!

W firmie, którą razem rozkręcaliśmy, choć to on czuł się właścicielem, pojawiła się nowa krawcowa, Angela i to zapewne ona zajmuje teraz moje miejsce. Może nawet są razem…

Nikt z rodziny nic nie mówi, a ja nie pytam. Wszyscy nabrali wody w usta, nawet mój szwagier. Przecież mógł mi cokolwiek powiedzieć o Wojtku, jestem matką chrzestną jego córki, a on jest Wojtka kuzynem. Wie o wiele więcej. Męska solidarność wygrała. Moja siostra Wiola wszystko zawsze miała gdzieś i choćby chciała, to nie potrafiłaby mi nic powiedzieć. Była skupiona na dorastającej Gabrysi i rocznym Mikołaju. Taki przypadeczek po szesnastu latach małżeństwa niby wyczekany, ale moim zdaniem wpadka.

„Kas, nie rozpamiętuj” – karcę siebie w myślach.

– Jak musisz – powiedziałam Danielowi. – Jessu, jakim on był kiepskim kochankiem. Kochał mnie i szanował, pomagał, wyręczał. A już na pewno nie podważał mojego autorytetu, tak jak robił to Wojtek, ale w łóżku nie potrafił zadowolić kobiety. Chwycił moją drugą pierś i chaotycznym ruchem zaczął ją masować. Potem podniósł moją koszulę i próbował wcelować w dziurkę i jak zawsze gubił się między tymi dwoma. Znowu muszę go nakierować. Jego członek jest rozmiarów takich, jakich bym sobie nie życzyła.

„Ja pierdolę” – myślę. Ujęłam jego kutasa w dłoń i wcelowałam w odpowiednią dziurkę. Wszedł. Wyjątkowo miałam mokro, może dlatego, że w tym momencie wspominałam Wojtka. Dlaczego o nim myślę? Minęło tyle lat. Może dlatego, że on jako jedyny potrafił mnie dobrze zerżnąć? Razem uczyliśmy się miłości, wspólnie spełnialiśmy najśmielsze fantazje erotyczne. A zaczęło się tak zwyczajnie: pierwsze niewinne spojrzenie, nieśmiałe muśnięcie dłoni, pierwszy pocałunek. Skończyło się na klapsach, kajdankach i całej gamie gadżetów stricte typu BDSM. Oboje to lubiliśmy.

Z Danielem już tak nie potrafię. Może dlatego, że za dużo musiałabym mu tłumaczyć. Wojtkowi nigdy niczego nie musiałam mówić, on znał moje myśli i pragnienia. Ale co z tego! Był tyranem i despotą. W dodatku skąpym materialistą. Po tych przemyślanych wnioskach postanowiłam trochę się postarać i pokręcić dupką, może tym razem uda mi się dojść do orgazmu. Nawet coś poczułam, ale w momencie, w którym być może nadchodził orgazm, on wyjął członka i mocno go ścisnął, zeskakując z łóżka jak oparzony tarzan.

– Już, już! – krzyczał. – Mam nadzieję, że doszłaś. – Biegł do łazienki. Po niecałej minucie wrócił. – Nie mogłem dłużej, tak mnie podniecasz, że prawie spuściłem się do środka. Nie możemy sobie na to pozwolić. Rozumiesz!

– Tak – odpowiedziałam zawiedziona.

– Nie mamy pieniędzy, a dziecko to spory wydatek – tłumaczył.

– Wiem – powiedziałam bezradnie. Wtulił się we mnie.

– Dobrze ci było? – zapytał.

– Tak – odpowiedziałam w taki sposób, że nawet trzylatka bym nie przekonała. Zasnęłam. Śnił mi się Wojtek, uprawialiśmy perwersyjny seks. Mieliśmy wszystko, byliśmy młodzi, zdrowi, piękni i prawie bogaci. Przed nami z otwartymi rękoma stała i czekała świetlana przyszłość, wołała nas. Czego nam zabrakło? Tego, czego zabrakło podróżującym Titanikiem. SZCZĘŚCIA.

Teraz też czegoś mi brakuje, skoro mam faceta, a cały czas myślę o Wojtku.

Wyszłam do marketu. Nadal myślałam o tym wszystkim. Czy sobie polepszyłam? Sama nie wiem, Daniel cały czas nie miał pracy, siedział w moim portfelu, toteż był hojny. Kupował mi kwiaty i bombonierki, za moje pieniądze. Ale kupował, a Wojtek jedyne co potrafił mi kupić, to przeterminowaną czekoladę, za którą jeszcze ode mnie skasował. Nawet mi nie wydał z tych pięciu złotych, schował do kieszeni, jakby tak musiało być.

Idąc z ciężkimi siatkami, spojrzałam na ulicę. Właśnie przejechał biały mercedes, a ja byłam pewna, że widziałam w nim Wojtka. Czy mam już przywidzenia, wpadam w paranoję, czy może tęsknota płata mojej głowie figle? Czy on mi kiedyś wybaczy, czy będziemy kiedyś w stanie usiąść naprzeciwko siebie i porozmawiać o tym wszystkim jak ludzie? Pytania kłębiły się w mojej głowie. Raczej nie, bo to zawzięty gnojek. Zapewne prędzej czy później będzie chciał się zemścić. Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobił. Ośmieszyłam go, odrzuciłam. Na tamten moment nie potrafiłam inaczej. Siostra do dziś mi się dziwi, że tak postąpiłam, a szwagier patrzy na mnie z litością w oczach. Znajomi moi i Wojtka, gdy ich spotykam, rozmawiają o pogodzie. Nikt nie wspomina tego feralnego wieczoru. Nie mam też pojęcia co słychać u Wojtka, czy się ożenił, czy kogoś ma, czy może związał się z Angelą? Nie wiem. Moja szefowa, która jest ciotką Gawła, przyjaciela Wojtka, tylko między wierszami zdradza szczątkowe informacje. A to Wojtek kupił hotel, a to działkę, a to buduje ogromny gmach pod Poznaniem. Powodzi mu się. Jasne, że to ja zostałam tą najgorszą, dlatego mam za swoje. Może powinnam zostawić go w bardziej intymnych okolicznościach? Nie potrafiłam, coś we mnie wstąpiło i już. Zastanawiałam się, czy moja szefowa informuje Gawła, jak u mnie jest fatalnie. Skoro mi mówi, jak u Wojtka jest super, to zapewne Gawłowi mówi co słychać u mnie. Gaweł zapewne przekazuje to Wojtkowi i tak krążą różne pierdoły.

Nie jest najlepiej w moim życiu i to żadna tajemnica. Co miesiąc biorę zaliczkę, bo nie starcza do pierwszego, potem wypłata jest okrojona i znowu biorę zaliczkę. Mamy z Danielem chyba z pięć kredytów, ale pieniądze niezainwestowane w sposób, żeby się zwróciło. Wszystko wydajemy na sprawy bieżące, opłaty, sprawunki itp.. „Trudno” – myślę, odstawiam ciężkie siatki na chodnik, przecieram grzbietem ręki pot z czoła, chwytam ponownie papierowe torby i idę w kierunku mieszkania. To chyba nie był Wojtek, co by robił w Gnieźnie? A może jednak to on jechał, czyżby wrócił na stare śmieci? Chyba bym tego nie chciała, nie zniosłabym jego widoku średnio raz w tygodniu. Gniezno jest małe.

Piję piwo, choć rzadko mi się to zdarza. Znowu o niej myślę. „Czyżby wyjazd do Gniezna do reszty popalił mi styki w mózgu? Czy nadal ją kocham?” – pytam siebie w myślach zupełnie bez sensu… „NIE!” Piwo mi nie wchodzi, ale piję i na moje nieszczęście wspominam…

Tamtego ranka Kas była jakaś nieobecna, inna, dziwna. Nie wnikałem za bardzo, ponieważ jak każdej babie, jej też zdarzało się mieć fochy. Tylko stopniowo mi je dawkowała, ale nie trwały dłużej niż dobę. Powiedzmy, że mój palec i kutas łagodziły jej złośliwy, krnąbrny charakter.

Drzemała, to oczywiste, mogła być na tamten moment zmęczona. Myślałem, że śpi, ale coś mi podpowiadało, że tylko udaje. Żeby to sprawdzić zasadziłem w jej gorącej cipce swojego palucha. Zaczęła się kręcić, jęknęła, a potem zaczęła się wić. No i powiedziała coś, co z jej ust usłyszałem pierwszy raz: „Wojtek, nie mam ochoty”. „Co?” – myślę. „Moja Kas nie ma ochoty, to znaczy, że jak najbardziej muszę mocno ją zarżnąć”. Wszedłem w nią, a ona wydobywała z siebie dźwięki, które chciałem usłyszeć. Z tym że nawet przez sekundę na mnie nie spojrzała. Czułem te prądy, błyskawice, ona też zapewne je czuła. Jej sutki sterczały jak guziki starej klawiatury, a ja je ssałem i podgryzałem. Nie patrzyła na mnie z pożądaniem. Już nie, a ja na tamten moment nie znałem przyczyny.

Fakt, że za nami był ciężki okres. Nie, on trwał nadal! Kas całymi dniami szyła spódniczki na import, a ściślej, na wybieg do Paryża. Nowy kontrahent dobrze płacił, ale był też wymagający. Żadna z zatrudnionych wtedy w naszej szwalni dziewczyn nie poświęcała się tak bardzo, jak robiła to moja narzeczona. Przecież to była nasza wspólna firma, nasza wspólna przyszłość! Liczył się każdy grosz, zawsze byłem oszczędny i pracowity, Kasandra zresztą też. Wiedziała, do czego dążymy, znała priorytety, jeszcze przed miesiącem sama narzucała tempo. Więc mogła się poświęcić, nic nie trwa wiecznie. Najdłuższa zima przemija!

Dobudowana do domu moich rodziców oficyna, którą przerobiłem na warsztat krawiecki, przestawała być wygodna. Było coraz więcej zleceń, potrzebowałem więcej rąk do pracy, sprzętu, który poprzez dotacje unijne był na wyciągnięcie ręki i też musiał się gdzieś zmieścić. No i w przyszłości planowałem oszczędzić mojej lubej dodatkowej pracy. W końcu byliśmy zaręczeni i chciałem, żeby to ona kiedyś wydawała polecenia, a nie bawiła się w szwaczkę. Choć twierdziła, że lubi pracować. Wiedziałem, że góra rok, a cała nasza włożona praca i energia zaowocują. Tym bardziej że w tamtym okresie stawaliśmy się coraz sławniejsi i cieszyliśmy się uznaniem na rynku. Najpierw wśród lokalnych klientów, ale niedługo później poszerzyliśmy swoje terytoria. Parę dni wcześniej wybraliśmy wspólnie logo naszej firmy – żółta błyskawica miała przecinać napis marki Gold Sky. To Kas wymyśliła nazwę, a mnie się spodobała.

Firma nazywała się Fauda kontra Kas, trzy pierwsze litery jej imienia i moje nazwisko. To akurat był mój pomysł. Może nie w tej kolejności, w której życzyłaby sobie moja narzeczona, ale tak lepiej brzmiało. Poza tym planowaliśmy ślub. Po czasie sama przyznała mi rację. Firma Fauda kontra Kas i nazwa naszej marki, Gold Sky, którą przecinała żółta błyskawica, zaczęły być rozpoznawalne w Polsce, a także w Europie. Dlaczego błyskawica? Bo już od pierwszego naszego pocałunku ją poczuliśmy. To nas połączyło. Co rozłączyło? Nie wiem.

Kiedy już doszła do orgazmu, to nie pocałowała mnie, śliniąc mój nos, tak jak zazwyczaj to robiła, tylko wstała, odrzucając do tyłu swoje czarne włosy i wyszła do łazienki. Chciałem z nią porozmawiać, chciałem być miły. Martwiłem się, zastanawiałem, co spowodowało u niej tak fatalne samopoczucie. Tego dnia miała odbyć się impreza na cześć naszego zwycięstwa. Trzy kontrakty, dwa występy w Paryżu i jeden w Mediolanie. Nasze kolekcje zdobywały serca paryżanek i nie tylko. Były minimalistyczne, ale eleganckie. Miały coś w sobie, może serce Kas, które wkładała w każdy wykonany, swoją drobną ręką, projekt.

– Jesteś zła? – zapytałem, a raczej krzyknąłem przez zamknięte drzwi łazienki.

– Nie, skądże… – odpowiedziała tak, że wcale mnie nie przekonała.

– W co się dziś ubierzesz? – Wiedziałem, że tym pytaniem ją rozzłoszczę, ale tym samym zmuszę, by wylazła z tej cholernej łazienki.

– W tę czarną sukienkę z golfikiem. – Ona też wiedziała czym mnie rozzłościć.

– Czarny we wrześniu? Kas, to będzie bardzo ważna impreza, będą na niej zaproszeni fotoreporterzy i dziennikarze. Chciałbym, żebyś wyglądała zjawiskowo. – Tak, byłem, jestem i pewnie będę przeklętym wzrokowcem.

– To co mam włożyć, jak się uczesać? Wszędzie musisz wkładać swoje paluchy, wtrącać się, niszczyć mnie. – Co ją tak wyprowadziło z równowagi? Trochę przesadzała. Zacząłem żartować:

– No wiesz, masz rację, wszędzie muszę włożyć swoje paluchy. – I kiedy wyszła z łazienki, kolejny raz włożyłem jej w pochwę palec.

– Zostaw mnie! Nie mam ochoty na marne żarty. – Odepchnęła mnie, pierwszy raz tak ordynarnie.

– Od kiedy to są dla ciebie marne żarty?

– Od wczoraj. – Poszła do kuchni. Potem, aż do wyjścia, mnie unikała.

Wdziałem swój najlepszy garnitur, walnąłem na moją śniadą twarz nieco fluidu, który pożyczyłem od narzeczonej i powiedzmy, że byłem gotowy do wyjścia. Zapukałem do jej pokoju, gdzie zwykle projektowała i szyła.

– Mogę wejść? – zapytałem przez zamknięte drzwi.

– Tak.

Wszedłem. Miała na sobie śliczną, srebrną sukienkę. Posłuchała mnie, nie założyła tej czarnej. Sukienka miała półgolfik i była bez rękawków. Odsłaniała drobne, opalone ramiona Kas. Jedyne co mi się nie spodobało, to że nie spięła włosów, tylko je wyprostowała i luźno rzuciła na plecy. To kompletnie nie pasowało do tej sukienki, powinna to wiedzieć, dlaczego nie wie? Do golfików i półgolfików lepiej jest spiąć włosy.

– Nie zepniesz włosów? – Wiem, że powinienem najpierw ją pochwalić. W końcu nad sukienką pracowała dwa popołudnia, ale te rozpuszczone włosy wszystko zepsuły, cały efekt, a do wyjścia z domu zostało niewiele czasu. Chciałem dobrze.

– A muszę? – Spojrzała na mnie z pogardą.

– Wyglądałabyś sto razy lepiej. Proszę.

– Powoli mam cię dość – powiedziała, zbierając włosy w niedbały kok.

– Właśnie widzę, ale nie wiem, co cię boli.

– Wszystko, cały ty! – Spięła włosy, pochwyciła niewielką kopertówkę w dłoń i wyszła. Na imprezę jechaliśmy w milczeniu. Kas co chwilę wyjmowała z torebki pomadkę i poprawiała pomalowane już usta. Nie odezwała się do mnie ani słowem, a ja nie miałem pojęcia, o co chodzi. Zresztą nie było czasu się nad tym zastanawiać. Przed nami impreza, a nazajutrz z pewnością pojawimy się na stronach tytułowych wszystkich lokalnych gazet. Myślałem, że wszystko się ułoży. Już sobie wyobrażałem nagłówki. „Nowa polska firma zrzeszająca najlepszych krawców i projektantów wkracza na arenę dziejową”. „Wymiata wszystkich istniejących, ich dzieła podbijają serca Francuzek i Włoszek”.

Tak też się stało. To nie były tylko moje wyobrażenia. Czekałem, aż Kas się uśmiechnie, ale ona ani razu tego nie zrobiła. Toteż kiedy wszedłem do hotelu, w którym odbywała się uroczystość i zobaczyłem optymistyczną, uśmiechniętą Angelę, nową pracownicę, to z nią zacząłem rozmawiać. Miałem nadzieję, że Kas rozpogodzi się i w końcu wyluzuje. Angela była bardzo apetyczną kobietą, nie za bardzo w moim stylu, bo blondynka, ale miała czym oddychać i na czym siedzieć. W dodatku lubiła moje żarty. Spędziłem w jej towarzystwie pierwszą godzinę, obserwując kątem oka moją narzeczoną. Siedziała na swoim miejscu, struta jak mało kto. A przecież za moment wspólnie będziemy wznosić toast. Dziękować i pysznić się. W końcu podszedłem do niej i chwyciłem ją za rękę.

– Za moment będę przemawiać. Mam nadzieję, że mi potowarzyszysz? – oznajmiłem tryumfalnie.

– Jasne! – powiedziała tonem obrażonej kury. Trzymając ją za rękę, w blasku fleszy i towarzystwie całej naszej rodziny, przyjaciół i zaproszonych gości, zacząłem przemawiać, przede wszystkim oficjalnie dziękując. Sam nie wiem za co, ale na tym polegają przemowy. Dziękuje się rodzinie, że przy nas jest, że nas wspiera. Dziękuje się przyjaciołom, kontrahentom, tak wypada i tyle. Po owacjach, oddałem mikrofon swojej drugiej połówce. To był błąd. Odwaliła taki numer, którego nawet w najgorszych, w najczarniejszych myślach nie mógłbym sobie wyobrazić. Zbladłem i miałem wrażenie, że za moment wypiję butelkę wódki.

– Witam wszystkich, ja też jestem bardzo dumna z osiągnięć mojego narzeczonego, Wojtka Faudy. Zresztą… byłego już narzeczonego, bo niestety z przykrością muszę stwierdzić, że do siebie nie pasujemy. Zatem chciałam wszystkim wszem wobec oznajmić, że odchodzę z firmy. Wojtek musi sobie sam poradzić, ale ja wiem, że da radę. Uważam, że jestem mu absolutnie niepotrzebna, bo to chory egoista, który myśli tylko o swoich czterech literach. Nasz związek to nieporozumienie i tyle. Szczerze, to mam go dość. – Odłożyła mikrofon i wyszła, co ja mówię – wybiegła. Chciałem biec za nią, ale mnie zatkało. A w zasadzie, wmurowało w podłoże. Wszyscy obecni na sali również zamarli. Po niecałej minucie ktoś się roześmiał, ale ja nie wiedziałem kto, gdyż moje pole widzenia ogarnęła czarna mgła. Stałem jak osioł i czekałem, aż się wybudzę. Nawet się uśmiechnąłem, ale cały czas stałem w tym samym miejscu. Ktoś robił mi zdjęcia, raził fleszem po oczach, a ja miałem wrażenie, że zaraz coś rozwalę. Nagle podeszła do mnie Angela, położyła mi na ramieniu dłoń i szepnęła:

– Nie martw się, to skończona idiotka. – A potem wzięła mikrofon i powiedziała do wszystkich: – Najwspanialsza partia w okolicy jest wolna, a ja wiem, że jutro będą tworzyć się pod jego domem kolejki wspaniałych kobiet, trzeba to uczcić. – Uniosła wypełniony winem kieliszek, który zostawiła po sobie Kas. Wszyscy jakby odetchnęli z ulgą. Ta krępująca sytuacja, którą wywołała, była dla wszystkich niewygodna. Nagle zrobiło się normalnie, jakby jej słowa nigdy nie padły. Jakby nie było Kasandry. Nigdy!

Jak ona mogła zerwać ze mną w taki sposób, przy tylu świadkach i przy okazji tak bluźnić? Może byłem chytry, oszczędny, może żałowałem jej grosza, ale to tylko dlatego, że chciałem do czegoś dojść, coś osiągnąć. Przecież robiłem to wszystko dla niej! Kochałem ją, powinna o tym wiedzieć. Czuć, kurwa, cokolwiek.

Więcej się nie spotkaliśmy, kiedy wróciłem do notabene jej mieszkania, było puste. Nie było też jej rzeczy osobistych. Zniknęła, a mnie zalewała kurwica. Byłem pewien, że ją zastanę skruszoną, płaczącą i przepraszającą. Pewnie, że bym jej wybaczył. Rozumiałem ją. Ostatni okres był bardzo ciężki. Napięty, wymagający, tyle się działo. „Być może kogoś ma” – myślałem. Ale nic nie tłumaczyło jej godnego pożałowania zachowania.

Musiałem opuścić jej mieszkanie. Pokątnie dowiedziałem się, że ona tymczasowo mieszka w hotelu. Zmuszony byłem wyjechać, wyprowadzić się, zmienić numer telefonu, aby uniknąć natrętnych telefonów od znajomych. „I co? I jak? Macie kontakt?” – już to słyszałem w uszach. Nie mogłem zdzierżyć tych pełnych współczucia spojrzeń rodziny i znajomych. Upokorzyła mnie przy wszystkich, jedyna kobieta, której ufałem.

Daniel wiercił w mojej pochwie palcem i oczekiwał, że zacznę jęczeć. Nie wiem, czy wiedział o tym, że zawsze z nim udaję orgazm, czy nie miał bladego pojęcia. Chyba nie był aż tak głupi? Wojtek zawsze wiedział, czy mam orgazm, jego nie dało się oszukać. Mówił, że moja cipka tak mocno pulsuje, jakby to w niej było serce. I nie spoczął, dopóki nie błagałam, by przestał. Z obecnym partnerem to inna historia, ale o to mi chodziło. Seks to nie wszystko, a Daniel uchyliłby mi nieba. Może nie był taki wspaniałomyślny w łóżku jak Wojtek, ale najzwyczajniej w świecie, to dobry człowiek.

Wiem, że wtedy przed laty przegięłam, ale to było silniejsze i Wojtkowi od dawna się zbierało. Człowiek to nie maszyna. Ile mogłam wytrzymać parcie na sławę, na pieniądz? Jakim kosztem? Zrobił sobie ze mnie tanią siłę roboczą, wmawiając mi, że to dla naszej przyszłości. Jakiej przyszłości? Skoro pojawiła się nowa pracownica Angela i Wojtek robił do niej maślane oczy, a mnie traktował przedmiotowo: „uszyj tak, tu skróć, tam podszyj, za duże, za małe, źle skroiłaś spodnie, dlaczego nie masz gustu? miałaś go, co się z tobą dzieje?”. W ostatnim naszym wspólnym miesiącu tylko tak się do mnie zwracał. „Jak ty się ubrałaś? jak uczesałaś? Zobacz Angelę, to fajna babka, bierz z niej przykład”. Pięć nocy z rzędu nie przespałam, żeby nadążyć z produkcją, żeby udobruchać nerwowych kontrahentów, bo pokaz, bo modelki czekają, bo nowe kontrakty, a on jeszcze nade mną się psychicznie znęcał. O NIE, DOŚĆ! Tak sobie powiedziałam, ale nie sądziłam, że zerwę z nim w tak spektakularny sposób. To wyszło samo z siebie, po tygodniach frustracji i zapędzania w kozi róg. Nagle wszystko robiłam źle. I wyszła ze mnie ta gorsza Kasandra.

Któregoś dnia wszedł do mojej pracowni, jakieś trzy dni przed rozstaniem. To chyba dolało oliwy do ognia. Nigdy tego nie zapomnę! Schwycił mnie wtedy za ramię, sztucznie żałując, że jestem pracusiem, że to dobrze. Wręczył mi czekoladę. To mnie dobiło, a ręce opadły. Wyłączyłam owerlok. Mój narzeczony położył na stole Milkę kupioną gdzieś w markecie, najprawdopodobniej z kosza, bo miała pomarańczową naklejkę z przeceną. Dodatkowo kazał mi za nią zwrócić sobie dwa złote. Pękłam. Rozumiem, że oszczędzał, rozumiem, że na naszą przyszłość, choć wcale nie wiedziałam, czy na naszą, w końcu pojawiła się zjawiskowa Angela. Może w głębi duszy planował mnie zostawić, może czekał na odpowiedni moment? Po tym zerwaniu ani razu się nie odezwał. Gdyby mu na mnie zależało, toby walczył. Więc nie mogę myśleć inaczej, ale chyba wyświadczyłam mu przysługę.

Usłyszałam głos Daniela, który wyrwał mnie z przemyśleń. – Już doszłaś? – przytaknęłam. Wtedy we mnie wszedł, posapał, pojęczał, wykonał chaotyczny taniec niczym ogier na kobyle i ekspresowym tempem zszedł ze mnie, trzymając czubeczek swojego fiuta, żeby tylko nie popuścić kropli genetycznego materiału.

A ja znowu brnęłam myślami w dno…

I wtedy, kiedy otworzyłam tę Milkę i zobaczyłam na niej biały nalot, wyjęłam ostentacyjnie z szufladki pięć złotych (prosił mnie o dwa) i rzuciłam mu na blat. Miałam dość, w dodatku rozkazał mi uszyć dodatkowo pięć par spodni, bo Angela się nie wyrobiła. Byłam zmęczona, ale zrobiłam to dla niego. Czy on nie miał serca? Wiem, że tę firmę rozwijaliśmy razem, i wiem też, że robiłam to po części dla siebie. Poza tym lubiłam swoją pracę, urodziłam się krawcową. Już jako mała dziewczynka nie bawiłam się lalkami, tylko dla nich szyłam. Jednak nie można przekładać ponad wszystko pieniędzy. Wojtek traktował mnie przedmiotowo. W dodatku nie zauważył, że to mnie boli, że czuję się zmęczona, wyczerpana, że przestałam czuć satysfakcję z pracy. Przestał mnie kochać? Gdyby mnie kochał, zauważyłby to!

W ten dzień, kiedy miała się odbyć impreza, chciałam włożyć czarną sukienkę, miałam wzdęty brzuch, tylko ja o tym wiedziałam, bo aż tak bardzo nie rzucał się w oczy. Jednak w czarnym lepiej bym się czuła. Zabronił mi. No to chociaż chciałam iść na imprezę w rozpuszczonych włosach, też nakazał je spiąć.

Oczywiście, że tego dnia patrzył na mnie z pożądaniem, ale z jeszcze większym pożądaniem patrzył na Angelę. Tak to czułam. I stało się, pękłam jak bańka mydlana, jak nasze szczęście, bo przecież kiedyś byliśmy szczęśliwi. Tylko ten ostatni okres, ten szalony czas. To on mnie wykończył. Wojtek starał się udawać silnego, że nad wszystkim panuje, ale summa summarum zachowywał się jak despota. Niby świat stanął przed nami otworem, ale ja miałam wrażenie, że tam nie pasuję. Wojtek o wszystko się czepiał i ciągle wytykał moje błędy, że to źle, tamto też. „Musisz teraz uważać, bo dziennikarze będą chcieli wyłapać każdą naszą wpadkę, jesteśmy sławni”. I tak jakoś nerwy mi puściły i samo ze mnie wyszło, kiedy obserwowałam Wojtka, z jaką dumą przemawia, jak jeży się ze szczęścia. Mnie za nic nie dziękował. Powinien, przecież pracowałam, dlaczego mi nie podziękował? Tylko dał mikrofon i oznajmił: „Teraz wypowie się moja narzeczona”. Nawet nie przedstawił mnie z imienia i nazwiska, bo po co? FAUDA! To mieli ludzie zapamiętać. Po co jakaś tam Kasandra Wójcicka, podrzędna krawcowa. Wzięłam od niego ten mikrofon i stało się najgorsze, nawet się tego nie spodziewałam, nie planowałam tego. Jakoś samo wypłynęło z moich ust. Po wszystkim zrobiło mi się gorąco i uciekłam. Nie wiem, jak zakończyła się ta impreza i co powiedział Wojtek. Jak się wytłumaczył. Na drugi dzień nagłówki lokalnych i nie tylko lokalnych gazet pisały tylko o tym. „Nowa gwiazda mody i dobrego smaku, Wojciech Fauda, podczas uroczystości firmowej został brutalnie potraktowany przez swoją narzeczoną”. Czytałam i nie wierzyłam. Za pierwszym razem przeczytałam, że nie potraktowany, a zamordowany. Przetarłam oczy, a jednak było napisane „brutalnie potraktowany”.

Nie odezwał się do mnie więcej, nie zadzwonił. Mieszkałam w hotelu, bo bałam się wrócić do mieszkania. Po tygodniu dowiedziałam się od naszego wspólnego znajomego, że się wyprowadził. A ja po dwóch latach poznałam Daniela i tak jakoś się toczyło. Wojtek był złym człowiekiem, bezwzględnym! Dlaczego więc o nim myślę? Zupełnie tego nie rozumiem. Może przez te pierwsze wspomnienia. Przecież kiedyś było pięknie.

Już w liceum znaliśmy się z widzenia, ale bliżej poznaliśmy się, dopiero będąc na studiach. Wojtek był na trzecim roku studiów, a ja właśnie zaczynałam. Obydwoje wybraliśmy tę samą uczelnię ASP w Łodzi, wydział tkaniny i ubioru. Tak samo fascynowaliśmy się modą. Z tym że ja nie raz miałam wrażenie, że Wojtek ze mną rywalizuje, na każdym kroku próbował mi udowodnić, że jest lepszy ode mnie. „To bez sensu” – myślałam. I ani mi się śniło pójść w jego ślady. Moglibyśmy się pozabijać, a tego nie chciałam. Zresztą ja zawsze byłam skromna i pokorna. To ON. To ON był pewnym siebie, chamowatym dupkiem. Bardzo długo to tolerowałam, bo go kochałam, ale tak długo dzban nosi wodę, póki ucho się nie urwie.

Często po zajęciach siedzieliśmy pod wierzbą w łódzkim parku i marzyliśmy o karierze i sławie. Wojtek miał straszne parcie na karierę, ja też, a może wcale nie… Może to przez niego taka się stałam. Z roku na rok się zmieniał, był coraz bardziej uparty, zaborczy, jak sobie coś postanowił, musiał to osiągnąć. Ale wtedy, na początku, przeżywaliśmy piękne chwile, nasza miłość była czysta, niczym nieskażona. Dzieliliśmy się każdą radością i każdym smutkiem, jak dzieci, które jeszcze nic nie rozumieją. Suchą bułką potrafiliśmy się podzielić, a już na pewno nikt za nią nikogo nie kasował. I to pamiętam, za to kochałam Wojtka. Poza tym to mój pierwszy mężczyzna, to z nim straciłam cnotę. To on pomógł mi spełnić każdą, nawet najbardziej szaloną fantazję erotyczną, razem się uczyliśmy miłości. Zresztą ja mu nic nie musiałam tłumaczyć, on odgadywał moje pragnienia. Seks z Wojtkiem zawsze był cudowny.

Nic to, otrząsnęłam się z niewygodnych wspomnień. A raczej Daniel pomógł mi wrócić do rzeczywistości.

– Dobrze ci było? – spytał i się przytulił. – Bo mnie tak.

– Mnie również – powiedziałam bez emocji, tak, jak zwykle.

– No to super – szepnął mi do ucha.

– Daniel, szukałeś jakiejś stałej pracy?

– Tak, byłem w pośredniaku, może coś w przyszłym tygodniu będą dla mnie mieli.

– Okey. To ja wstaję do swojej, bo pomrzemy z głodu.

– To ja poleżę i spróbuję coś znaleźć na necie.

Nałożyłam na siebie podomkę, nic nie mówiąc.

– Pa… – usłyszałam za plecami.

Wyszłam z naszej sypialni, stwierdzając w duchu, że i tak mam w życiu przewalone. Najpierw z Wojtkiem, teraz z Danielem. Widocznie taki mój los.

Wszystko na mojej głowie. Miałam tylko nadzieję, że Daniel znajdzie pracę i tym samym odciąży mnie z nadmiaru obowiązków. Za bardzo i za szybko pokazywałam facetom, że wiele potrafię. Imponowało im to, ale potem mnie wykorzystywali. Lepiej grać głupią blondynę, jak Angela na przykład. Wojtek, po co ja go wspominam. Zasrany truciciel rozsiał w moim organizmie truciznę, która pomału mnie zabija.

CZTERY LATA PÓŹNIEJ

Jakby wszystko wracało do normy, wyczyściłem swoje życie z toksycznej miłości, Kas stała mi się obojętna. Oczywiście czas leczy rany, a my pewnie nie raz będziemy narażeni na spotkania, jesteśmy spowinowaceni, lecz jestem pewien, że nawet w najmniejszym stopniu się nie zdenerwuję. Moje życie teraz to zupełnie inny świat, inny niż przed laty, jestem uznanym w całej Europie, ba, na całym świecie, projektantem. Posiadam swoją szwalnię i kilka firmowych sklepów. Kobiety pchają mi się do łóżka, a ja mam problem, którą wybrać. Wszystkie mi się podobają, a to przecież jest postęp. Co jedna to ładniejsza, inteligentniejsza, zdolniejsza.

I tak sobie myślę, może Kamila, może Julia? Na ten moment żadnej nie mydlę oczu, takie… luźne, przelotne znajomości. Siedząc u siebie w mieszkaniu i wszystko z boku analizując, czuję się zwycięzcą.

Spojrzałem na kryształową ławę od Versace. Leżał na niej kolejny podpisany przeze mnie w tym miesiącu akt notarialny. Następna kamienica stała się moją własnością. Jeszcze jeden hotel nad jeziorem Powidzkim i kończę swoją ekspansję.

Kiedy myślę o Kasandrze, nie czuję już nic, ta kobieta nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Czas zrobił swoje. Fakt, upokorzyła mnie na forum całej rodziny, przy wszystkich znajomych i podświadomie pragnąłem zemsty, ale odpuściłem temat. W końcu to ona swoim żałosnym wyskokiem zaznaczyła, jaka jest zadufana w sobie i tak naprawdę, mnie niegodna.

Rozstanie z nią miało jednak swoje plusy. Jeszcze bardziej rzuciłem się w wir pracy i nie zaprzestałem się bogacić. Jakbym chciał sobie wynagrodzić cierpienie. Chyba udało się, czuję, że stoję na piedestale. Zdobyłem wszystko, o czym marzyłem.

Ostatnio mój umysł zaprząta Julia. Jest księgową w mojej firmie, a przy tym seksowną, skromną brunetką z dobrego domu. Jej ojciec wiele mi pomógł, to od niego kupiłem sporą działkę pod Poznaniem, na której wybudowałem centralę. Julia nie jest jednak dobrym materiałem na żonę. Gdyby była, nie interesowałaby mnie jednocześnie Kamila, młodziutka, zdolna projektantka, która ma więcej pomysłów niż ja włosów na głowie, a czuprynę wciąż mam gęstą. W dodatku jest szatynką z pięknym biustem. Szatynki też mi się podobają, zresztą zawsze będę mógł ją namówić na to, by się przefarbowała na czarno. Wstałem i kręcąc się w kółko, otworzyłem szufladę, by dobrać odpowiedni krawat do śnieżnobiałej koszuli. Wybrałem karmelowy w delikatne serduszka. Trochę śmieszny, ale zarazem fikuśny. Do tego spodnie z niegniotącego się lnu w kolorze camel, cieniutki pasek z wężowej skóry i pasujące do niego buty. Koniecznie złote spinki do mankietów. Na dworze było ciepło, zrezygnowałem z marynarki. Spojrzałem w lustro, moje czarne włosy świetnie lśniły, a ja sam nie wiedziałem czy to dzięki wczorajszej wizycie u stylisty, czy zasługa słońca. Podobam się sobie i jestem z siebie dumny. Wreszcie uszły ze mnie resztki trucizny, którą pozostawiła we mnie ta żmija i czuję się wolny. Spojrzałem na telefon, wiadomość od Gabi. Moja chrześniaczka. Jak ten czas leci! Za dwa miesiące będzie pełnoletnia.

„Wujek masz Messengera?” – zapytała w esemesie.

„Nie. To znaczy, mogę mieć, to nie problem”.

„Załóż sobie, to Cię zaproszę na grupę”.

„Okey” – odpisałem. Oczywiście, że mi się nie chciało ściągać jakiejś tam aplikacji, zrobiłem się leniwy, ale mam od tego ludzi. Badania naukowe podobno pokazują, że to kobiety lepiej ogarniają nowoczesną technologię, więc, nie czekając zbyt długo, zadzwoniłem do księgowej.

– Cześć, jak założyć Messengera? – wypowiadając te słowa poczułem się trochę jak kretyn, bo w rzeczy samej czułem się nowoczesny… – Nie jest mi do niczego potrzebny, wolę maile ale chrześnica się uparła…

– Ściągnij aplikację, potem samo się zrobi – odpowiedziała, słodko szczebiocąc.

– Okey. – Jednak, jak to w takich przypadkach, telefon był zbyt „ciężki”. – Co robisz dziś wieczorem? Pomożesz mi?

– Jasne, rozumiem, że pytając o Messengera, chciałeś zaprosić mnie na kolację?

– Przejrzałaś mnie. – Nawet dobrze, że tak to wyszło. – O dziewiętnastej u Michaela?

– Z przyjemnością – odpowiedziała kokieteryjnie.

– Już nie mogę doczekać się tej lekcji – dodałem.

– Już myślałam, że nigdy nie poprosisz.

– Mówisz i masz, marzenia się spełniają.

– Pa.

– Pa.

Tak się pożegnaliśmy. Lubię odważne dziewczyny.

leżałam w łóżku wyciągnięta i odprężona. Daniel ostatnio naprawdę się stara. Wytłumaczyłam mu, gdzie dokładnie znajduje się mój punkcik G i teraz potrafi go odnaleźć językiem. Miałam nieziemski orgazm. Wszystko zaczęło się układać. Przechyliłam głowę w bok i spojrzałam na bukiet czerwonych goździków. Było ich chyba z pięćdziesiąt. Daniel jest hojny, no i już nie siedzi w mojej kieszeni. Znalazł świetnie płatną pracę. Czuję, że go pokochałam na zabój. Na szczęście nie myślę już o Wojtku. Chwała Bogu. Daniel wyleczył mój organizm z tej paskudnej trucizny, którą na długo wlał we mnie były narzeczony. To ona nie pozwalała mi żyć z kimś innym, a co najgorsze, kochać Daniela. Jestem czysta, a Daniel zdał wszystkie możliwe egzaminy. Stanął na wysokości zadania. Ma stałą pracę i sporo zarabia. Jest jeszcze kilka kredytów do spłacenia, ale to te, które ciągną się za nami od lat, kiedy było źle. Za dwa lata nasze konto będzie czyste.

Dziś miałam wolne od pracy, więc postanowiłam uszyć sobie prześliczną spódniczkę. Ostatnio tylko praca i praca, cały czas szyłam, ale nie to, co chciałam. Dziś postanowiłam dać upust swoim nagromadzonym twórczym tęsknotom. Daniel wyszedł do pracy i w mieszkaniu byłam sama. Spojrzałam na telefon. O! Esemes od Gabi.

„Ciociu, masz Messengera?”.

„Jasne”.

„A mogę Cię zaprosić do grupy?”

„Jasne”. Moja kochana chrześniaczka. Jeszcze niedawno stałam przy niej do chrztu. Moja siostra nie była wierząca, lecz kiedy mama jeszcze żyła, to wyprosiła, żeby Wiola ochrzciła swoje dziecko. Tym sposobem Gabi została ochrzczona u schyłku ósmego roku życia, inaczej nie mogłaby przyjąć pierwszej komunii. Mam wrażenie, że te chrzciny odbyły się wczoraj.

A teraz ma już prawie osiemnaście lat. Jak ten czas leci. Zapewne chce utworzyć rodzinną grupę na Messengerze. Informować na bieżąco o poczynaniach odnośnie imprezy, która zbliżała się wielkimi krokami. To będzie pompa, tak powiedziała moja siostra. Gabi była nowoczesna, miała chłopaka pochodzącego z bogatej rodziny i wspólnie z nim planowała zorganizować najpiękniejszą imprezę wejścia w dorosłość. Już za dwa miesiące będzie dojrzałą kobietką. Zresztą zawsze była poukładana i wiedziała, czego chce.

Trochę przerażał mnie fakt, że na tej imprezie spotkam się z Wojtkiem. O ile dojedzie. Ogólnie czułam się od niego emocjonalnie czysta, ten człowiek przestał mnie interesować, nic już do niego nie czułam. Liczył się już tylko Daniel i to z nim zamierzałam wziąć ślub. Jest nam razem dobrze, w łóżku się dotarliśmy i czujemy się razem szczęśliwi. Daniel nie zwraca mi co chwilę uwagi w stylu: a to źle siedzisz, a to źle stoisz. Szanuje mnie i liczy się z moim zdaniem. Wojtek nie jest mnie wart, nigdy nie był! Zresztą, z jego temperamentem podejrzewam, że zdradzałby mnie średnio raz w tygodniu. Moje życie byłoby pewnie mieszanką łez i systematycznego wybaczania. I po co to wszystko? Dla sławy, pieniędzy i prestiżu? Teraz tak na to patrzę. Sorry, nie jestem na sprzedaż. I mam szczerą nadzieję, że ułożył już sobie życie. Kiedy pojawi się na imprezie, z podniesioną głową powiem mu „cześć”, a potem nie zaszczycę go ani jednym spojrzeniem. Bo nie zasłużył. I bardzo dobrze, że go wtedy tak spektakularnie zostawiłam. Nie żałuję. Wstydzę się, że kiedykolwiek żałowałam. Że wysyłałam mu te żałosne esemesy z przeprosinami. Wstyd i hańba. Rozczesałam włosy, uwielbiałam nosić rozpuszczone, Danielowi też bardziej się wtedy podobam. Zarzuciłam podomkę i usiadłam do maszyny. Z szuflady wyjęłam skrawki materiału. Mój nie za bardzo ulubiony, ale modny w tym sezonie kolor camel. Przed tygodniem sfastrygowałam sobie boki. Teraz wystarczy zrobić owerlokiem, przeszyć i koniecznie uwieńczyć całość grubym paskiem z gumy.

Daniel już tak nie uważa podczas stosunku i coraz częściej mówi o dziecku. Dzięki temu seks jest pełniejszy, już nie taki urwany. Byłabym przeszczęśliwa, gdybyśmy jednak zdecydowali się na dziecko. Wszystko się zazębia. Dziękuję, losie!

Stałem naprzeciw nowoczesnego budynku, położonego na przedmieściach Poznania. Bił po oczach bogactwem, jakbym sam go sobie zazdrościł. „Daj spokój, przecież to twoja własność” – myślę. „Zasłużyłeś…”

Zaciągnąłem się mocno papierosem. Lubię to uczucie, choć tym razem zadrapało w gardle. Byłem właścicielem kilkunastohektarowej działki pod Poznaniem. Powodziło mi się wyśmienicie. Kontrakty, nowe projekty, uznanie. Jednak wszystko to okupiłem ciężką pracą. Od zawsze byłem, jak twierdziła Kasandra, profesjonalistą.

No właśnie, Kas… Znowu o niej pomyślałem. Co prawda jestem już czysty, ale czy ona wie, ile osiągnąłem? Może powinna wiedzieć i wylewać łzy do poduszki, i wić się z bólu, że pozwoliła mi odejść, i to w tak okrutny sposób. Ośmieszyła mnie przed całą rodziną, tego się nie wybacza. Znów podniosło mi się ciśnienie. Im dłużej przez lata o tym myślałem, tym większą odczuwałem furię. JAK ONA TAK MOGŁA!? Oby ją piekło pochłonęło! W tym momencie chciałem, by cierpiała.

Wzdrygnąłem się i zacząłem pouczać: „Wojtek, daj spokój, minęło tyle lat. Tak cię to boli? Daruj sobie zemstę, niech sobie żyje. Ta kobieta nie jest warta nawet zemsty. Przecież ty nic nie czujesz, chyba że nienawiść”. Ale ja wolałbym czuć obojętność, kurwa mać! To wszystko ciągle wraca do mnie jak bumerang.

Czarnym lakierkiem od Kazar pokręciłem w bruku kółka, tym samym wgniatając wypalonego peta w podłoże. Wyobraziłem sobie, że to ona. Pomogło. Nawet bardziej niż wypowiedziany wulgaryzm. W głowie jednak zakiełkowała myśl: „Zniszczę cię, Kas…”

Mimo złych wspomnień nadal rozpierała mnie duma z własnych osiągnięć. U mnie zawsze pieniądze były na pierwszym miejscu. Może to się Kas nie podobało? Gdyby miała choć trochę oleju w głowie, choćby jedną drugą tego, co maszyna do szycia, to byśmy razem świat zdobywali. Bylibyśmy jego panami!

Spoglądałem na swoją własność, wielki kilkunastohektarowy teren, którego nie byłem w stanie ogarnąć wzrokiem. Sam budynek był gustowny i nowoczesny. Ogromna betonowa bryła z dużymi przeszkleniami, otoczona błyszczącym, nierdzewnym płotem. Gdzieniegdzie, szarą elewację zdobiły lite dechy w kolorze żółtym. Cały przeogromny teren otaczał równo przystrzyżony trawnik. Ze szczytu budynku świeciła wielka neonowa żółta błyskawica, a zaraz obok napis: Gold Sky. Stałem i patrzyłem. Rozpierała mnie duma. Czy byłem zadufanym w sobie dupkiem? Nie wiem, ale cały czas nie wierzyłem, że ten budynek stanowi moją własność. Nie wierzyłem, że w środku znajdują się ludzie, setki ludzi, którzy dla mnie pracują. Na mnie, poprawiłem się, wygładzając jednocześnie kołnierzyk białej jak kreda koszuli.

Pamiętam, jak przed dekadą rozpoczynałem pierwsze projekty w małej firmowej oficynie, dobudowanej do domku rodziców. Było tam ciasno i wilgotno. Jednak to w tej właśnie zapyziałej dziurze, umeblowanej w jeden duży stół, niezbędny do pracy, stworzyłem pierwsze projekty i rozmawiałem z ważnymi kontrahentami. Pracowałem dniami i nocami. To dzięki tym krojom zdobyłem uznanie. To tam razem z Kasandrą, tfu, tfu, to imię ciężko przechodzi mi przez gardło, wymyśliliśmy nazwę mojej, dziś prężnie prosperującej, liczącej się w całej Europie, firmy. FAUDA KONTRA KAS. Potem trochę zmodernizowałem nazwę. FAUDA KONTRA FAUDA, tak brzmiało sto razy lepiej, a Kas powinna to zrozumieć, a nie, mieć do mnie pretensje. Zresztą nie zasługiwała na moją miłość. Pozostała z tyłu, ponieważ nie potrafiła się dostosować. Teraz banery z reklamą mojej firmy wiszą w każdym mieście, mam wrażenie, że na całej kuli ziemskiej. Nigdy nie zawiodłem ani moich pracowników, ani kontrahentów. Wszyscy we mnie wierzą, tylko ona zwątpiła.

Zdecydowanym krokiem zbliżałem się do wejścia. Idąc chodnikiem, spoglądałem na pasma zieleni równo przystrzyżonej trawy. Wizualizowałem sobie, jakie mógłbym posadzić nowe drzewa. Może bonsai? A może afrykańskie palmy, albo judaszowce, które będę zabezpieczał na zimę włókniną? Nie, judaszowce wiosną kwitną na różowo, będzie zbyt pstrokato. Coś wymyślnego, coś co będzie komponować się z żółtymi dodatkami na elewacji i z moim logo. Lubiłem wschodnie i południowe inspiracje. Rozmyślając nad całorocznie kwitnącą roślinnością, chwyciłem klamkę.

To, co zobaczyłem, mimochodem rozwarło mi usta. Nie wierzyłem własnym oczom. W życiu trudno było mnie zaskoczyć, a jednak moim pracownikom się udało. „Wszystkiego najlepszego na naszej nowej drodze”. Krzyknęli wszyscy, łącznie z Angelą, najlepszą projektantką, która nigdy mnie nie zawiodła. To ona przez ostatnie lata zawsze była i podtrzymywała mnie na duchu. Miałem wrażenie, że jest w stanie zrobić dla mnie wszystko. Teraz stała i trzymała w dłoniach wielki, trzypiętrowy tort.

– Szefie, wybaczamy ci wszystkie wybryki, bo wiemy, że wszystko robisz dla naszego dobra.

– Jakie wybryki? – zapytałem z uśmiechem, wcale nie ciekawy odpowiedzi. Dobrze znałem swój wymagający, choleryczny charakter.

– Ależ żadne? – Zmrużyła oczy, kokietka.

– Jestem aż takim tyranem? – wydusiłem kolejne zdanie.

– Szefie, jesteś gorszy, niż myślisz, ale jednocześnie nie znamy większego geniusza! No i to cudowne lokum, z nowym sprzętem do szycia! Jest bosko, standardy Unii Europejskiej, a może i lepiej!

– Teraz to można pracować, szefie! – zaznaczyła sześćdziesięcioletnia Jola. Powinna już iść na emeryturę, ale twierdziła, że będzie tak długo pracować, aż doczeka się mojej cudownej przemiany. Chciała zobaczyć mnie na ślubnym kobiercu. Ja i ślub – ha, ha, dobre… Kiedy ktoś zaczynał ten temat, nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Wiedziałem, że moja załoga współczuje mi tego, co wydarzyło się lata temu… A teraz… Teraz nie czuję nic. Nie wiem, czy jestem w stanie ponownie zaufać. Nie wiem. Na szczęście praca rekompensuje wszystko.

– To co, kroimy tort! Macie chociaż talerzyki? Czy jak zawsze ja muszę o wszystkim myśleć? – Podniosłem głos, niby w żartach, ale poskutkowało.

– Szef to potrafi zepsuć klimat. – Angela bezradnie opuściła ręce, kładąc wcześniej tort na stół. Jola, najlepsza krawcowa, ratowała sytuację, wręczając mi bukiet kwiatów. Dopiero teraz go spostrzegłem.

– No widzisz, Jola, ja się nie zmienię, lepiej zaiwaniaj już na emeryturę. Niedoczekanie twoje, jeżeli liczysz na moją cudowną przemianę.

– Niedoczekanie twoje, szefie – odgryzła się z uśmiechem.

– Piękne kwiaty, ale ja nie baba– zmieniłem temat i zrobiło się całkiem wesoło.

Nie wiem, czy znam słowo empatia, lecz naprawdę cieszyłem się z tego gestu, jaki wykonała tego dnia moja załoga. Dla mnie.

Daniel zniknął na całą dobę, tłumacząc się pracą i obowiązkami. Nie komentowałam tego, ponieważ niegdyś nie mógł znaleźć sobie stałego zatrudnienia. Więc cieszyłam się, kiedy przed paroma tygodniami coś się wykluło na horyzoncie i trwało! Starałam się do niego nie dzwonić, aby mu nie przeszkadzać. Jestem krawcową i wiem, że w pracy najważniejszy jest spokój i skupienie. Przynajmniej dla mnie, uwielbiam się ślimaczyć. Spojrzałam na ławę stojącą na środku pokoju, uśmiechnęłam się do siebie. Wyglądała jak stół chirurgiczny. Na białym jak mleko obrusie leżały równo w rządku poukładane niezbędne mi przybory. Cążki, nożyce krawieckie, moje ulubione jedwabne nici, wszystkie możliwe kolory, miara krawiecka i mydełko. Rozmyślam o Danielu i gdzieś tam między tymi myślami próbowałam zwizualizować sobie krój sukienki, którą zamierzałam uszyć. Musi być wymowna, ale skromna. Taka w moim stylu, kolor najlepiej uniwersalny. Szary, jestem brunetką. Już ją sobie wyobraziłam: szary dół z koła do kolan, szary dekolt, obszyty białą lamówką. Do tego czarne szpilki. Oczywiście kreacja musi być bez rękawków. Mam długą szyję, łabędzią, tak zawsze mawiał Wojtek. No właśnie… Wojtek. On to umiał chwycić mnie za szyję, oj umiał. „I co z tego?” – ganiam się za te myśli. Nie wiem, czy nadal jest, ale był wstrętną egoistyczną świnią i tylko pieniądze miał w głowie. A spróbowałby ktoś zrobić mu coś na przekór! Tak jak potrafił szaleńczo całować, w ten sam sposób był w stanie mnie zrugać. Nigdy nie zapomnę, jak przy wszystkich pracownikach skrzyczał mnie, bo zmierzyłam długość rękawa koszuli na wyprostowanej ręce. Szyłam dla niego, był wtedy modelem. Mógł wcześniej pomyśleć, określić się. Sama jego obecność mnie zestresowała. Pośpiech i stres zakłóciły mój spokój. Zmierzyłam długość rękawa na wyprostowanej ręce i księciunio miał za krótkie rękawki. To był szalony czas i nikt nie nadążał z robotą. Nie mieliśmy chwili wytchnienia. A dodatkowo jego wymagania i wieczne czepialstwo! Biedaczysko, nie mógł świecić w towarzystwie. PAJAC! Tak też krótko po tej awanturze rozstaliśmy się, oczywiście doszło kilka innych wątków, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie był mężczyzna dla mnie.

„Po co ja to rozpamiętuję, przecież było już dobrze!” Związałam się z Danielem i latka lecą. Czy to są dobre lata? Nie jest super, ale też nie jest źle. Daniel zawsze mnie doceniał i przede wszystkim wyręczał, ale teraz pracuje. Na mnie jednak ciąży większość obowiązków domowych. Nie jest lekko, bo ja też pracuję i często biorę nadgodziny. W mieszkaniu czasem panuje chaos, ciężko mi na bieżąco nadrobić zaległości. Mój wybranek planuje solidny remont, ostatnio poprosił mnie, żebym dopisała go do mieszkania. Mieszkanie należało do mojej świętej pamięci babci i nie chcę się nim z nikim dzielić. Zresztą może go dopiszę, nie chcę być taką samolubną świnią jak Wojtek. Niebawem weźmiemy z Danielem ślub i to będzie nasze wspólne mieszkanie.

Daniel zaczął przynosić do domu całkiem dobre pieniądze, pracował jako barman w jednej z dyskotek. Trochę też handlował, zwłaszcza sezonowo: w czerwcu truskawki, w lipcu wiśnie, w listopadzie znicze. I tak miesiąc gonił miesiąc. Już nie było tak jak kiedyś, pieprzona sinusoida. Raz jest, raz nie ma. Kolejny kredyt i znowu jest.

„Zresztą, Kas, pieniądze to nie wszystko” – pouczam sama siebie i siadam do swojej ukochanej maszyny Singera. Tę też dostałam w spadku po babci. Wyciągnęłam szary jedwab z szufladki komody, stojącej obok. Wszystko już miałam zaplanowane, jeżeli chodzi o sukienkę, wystarczyło nadusić na pedał. Sprawdziłam ilość oleju w pojemniku, zamknęłam klapkę i nacisnęłam pedał. Usłyszałam swój ulubiony dźwięk. Igiełka uderzała w bębenek i to sprawiło, że wszystkie troski odeszły… Zagrała moja melodia.