Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 64

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 6 min Lektor: Antoni Rot

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 6 min Lektor: Antoni Rot

Opis ebooka Treny - Jan Kochanowski

Jedne z najważniejszych utworów w polskiej kulturze - “Treny” Jana Kochanowksiego są dostępne w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Kochanowski jest jednym z najbardziej znanych polskich przedstwicieli kultury i literatury doby renesansu. Wraz z Mikołajem Rejem stworzyli podwaliny literackiego języka polskiego. Tren jako gatunek literacki do polskiej literatury wprowadził właśnie Kochanowski. Jest to z założenia utwór żałobny opiewający znaną postać. Wspomina się w nim najwybitniejsze cechy i czyny zmarłej osoby.

 

Poeta swoje utwory pisał po stracie ukochanej córki - Urszulki. “Treny” są wyrazem zwiątpienia w renesansową, humanistyczną filozofię życia. Są one świadectwem bólu ojca, który nie może pogodzić się z odejściem dziecka. Kochanowski zmaga się w nich ze sobą, z filozofią, z własnym cierpieniem.

 

Treny” są wyjątkowym tekstem w skali europejskiej. Kochanowski złamał konwencję trenu skupiając się na swojej córce i stawiając siebie i swoje uczucia na pierwszym planie. Jednocześnie jako cykl spełniają klasyczne wymagania gatunku. Pokazują osobistą drogę od niewypowiedzianego żalu po stracie, przez wątpliwości w sens i bunt przeciwko Bogu, po ukojenienie i pogodzenie się z losem.

Opinie o ebooku Treny - Jan Kochanowski

Fragment ebooka Treny - Jan Kochanowski

Jan Kochanowski

Treny

Tre­ny – no­ta edy­tor­ska

Tre­nach

Tekst Tre­nów zo­stał tu po­da­ny we­dług dru­gie­go wy­da­nia, ostat­nie­go opu­bli­ko­wa­ne­go za ży­cia po­ety, któ­re uka­za­ło się w ro­ku 1583 w Dru­kar­ni Ła­za­rzo­wej w Kra­ko­wie. Tekst przy­go­to­wa­łem zgod­nie z kry­te­ria­mi za­war­ty­mi w opra­co­wa­niu Za­sa­dy wy­da­wa­nia tek­stów sta­ro­pol­skich. Pro­jekt – typ B (edy­cje po­pu­lar­no­nau­ko­we), Wro­cław 1955. Zde­cy­do­wa­łem się jed­nak za­cho­wać pew­ne ce­chy ję­zy­ko­we, któ­rych nie uwzględ­nia się w edy­cjach po­pu­lar­no­nau­ko­wych, zwłasz­cza daw­ne koń­ców­ki flek­syj­ne i więk­szość daw­nych form or­to­gra­ficz­nych.

Edy­cja utwo­ru nie opie­ra się w ca­ło­ści na żad­nym z wy­dań współ­cze­snych, choć uwzględ­nio­no za­rów­no roz­strzy­gnię­cia za­war­te w edy­cji opra­co­wa­nej w ra­mach sej­mo­we­go wy­da­nia Dzieł wszyst­kich Ko­cha­now­skie­go przez Ma­rię Re­na­tę May­eno­wą, Lu­cy­nę Wo­ron­cza­ko­wą oraz Je­rze­go Axe­ra i Ma­rię Cy­tow­ską, jak i wy­da­niu przy­go­to­wa­nym przez Ja­nu­sza Pel­ca dla se­rii Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej.

Przy two­rze­niu ko­men­ta­rza obok wy­żej wspo­mnia­nych wy­dań bar­dzo po­moc­na by­ła wcze­śniej­sza edy­cja Tre­nów w se­rii Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej w opra­co­wa­niu Ta­de­usza Sin­ki, a tak­że pod­sta­wo­we słow­ni­ki, w tym Słow­nik pol­sz­czy­zny XVI wie­ku oraz – w za­kre­sie wy­ja­śnień hi­sto­rycz­no-mi­to­lo­gicz­nych – współ­cze­sne wy­da­nia kla­sycz­ne­go Dic­tio­na­ry of Phra­se and Fa­ble Ebe­ne­ze­ra Co­bha­ma Bre­we­ra.

Gwiazd­ką ozna­czo­no wy­ra­zy, któ­re są uży­wa­ne do dziś, ale któ­rych zna­cze­nie w  jest od­mien­ne od zna­cze­nia obec­ne­go.

prof. dr hab. Piotr Wil­czek
Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski, In­sty­tut Ba­dań In­ter­dy­scy­pli­nar­nych ”Ar­tes Li­be­ra­les”

[Mot­to i de­dy­ka­cja][1]

Ta­les sunt ho­mi­num men­tes, qu­ali pa­ter ip­se
Jup­pi­ter auc­ti­fe­ras lu­stra­vit lu­mi­ne ter­ras[2].  
OR­SZU­LI KO­CHA­NOW­SKIEJ,  
WDZIĘCZ­NEJ[3], UCIE­SZO­NEJ[4], NIE­PO­SPO­LI­TEJ[5] DZIE­CI­NIE, KTÓ­RA CNÓT WSZYT­KICH[6] I DZIEL­NO­ŚCI[7] PA­NIEŃ­SKICH PO­CZĄT­KI WIEL­KIE PO­KA­ZAW­SZY, NA­GLE, NIE­OD­PO­WIED­NIE[8], W NIE­DO­SZŁYM[9] WIE­KU SWO­IM, Z WIEL­KIM A NIE­ZNO­ŚNYM[10] RO­DZI­CÓW SWYCH ŻA­LEM ZGA­SŁA[11], JAN KO­CHA­NOW­SKI, NIE­FOR­TUN­NY[12] OCIEC[13], SWO­JEJ NA­MIL­SZEJ[14] DZIEW­CE[15] ZŁZA­MI[16] NA­PI­SAŁ.  
NIE MASZ CIĘ[17], OR­SZU­LO MO­JA.  

Tren I[18]

Wszyt­ki[19] pła­cze, wszyt­ki łzy He­ra­kli­to­we[20]
I la­men­ty, i skar­gi Sy­mo­ni­do­we[21],  
Wszyt­ki tro­ski na świe­cie, wszyt­ki wzdy­cha­nia  
I ża­le, i fra­sun­ki[22], i rąk ła­ma­nia,  
Wszyt­ki a wszyt­ki za­raz[23] w dom sie mój no­ście[24],  
A mnie pła­kać mej wdzięcz­nej[25] dziew­ki[26] po­mo­ście[27],  
Z któ­rą mię nie­po­boż­na[28] śmierć roz­dzie­li­ła  
I wszyt­kich mo­ich po­ciech[29] na­gle zba­wi­ła[30].  
Tak więc smok[31], upa­trzyw­szy gniaz­do kry­jo­me[32],  
Sło­wicz­ki li­che zbie­ra[33], a swe ła­ko­me  
Gar­dło pa­sie[34]; tym cza­sem mat­ka szcze­bie­ce[35]
Ubo­ga[36], a na zbój­cę co raz sie mie­ce[37].  
Pró­zno[38], bo i na sa­mę okrut­nik zmie­rza[39],  
A ta nie­bo­ga[40] le­d­we[41] umy­ka pie­rza[42].  
«Pró­zno pła­kać» – po­dob­no dru­dzy rze­cze­cie.  
Cóż, prze Bóg ży­wy[43], nie jest pró­zno na świe­cie?  
Wszyst­ko pró­zno; ma­ca­my, gdzie mięk­cej w rze­czy,  
A ono[44] wszę­dy[45] ci­śnie: błąd wiek czło­wie­czy[46].  
Nie wiem, co lżej[47]: czy w smut­ku jaw­nie ża­ło­wać[48],  

Tren II[52]

Je­slim kie­dy nad dzieć­mi piór­ko[53] miał za­ba­wić[54],  
A kwo­li te­mu wie­ku[55] lek­kie[56] ry­my[57] sta­wić[58],  
Bo­daj­że­bych[59] był ra­czej ko­leb­kę ko­ły­sał  
I z dru­gie­mi nie­waż­ne mam­kom pie­śni[60] pi­sał,  
Któ­re­mi by dzie­cin­ki no­wo­rod­ne[61] spi­ły[62]
I swo­ich wy­cho­wań­ców[63] la­men­ty to­li­ły[64].  
Ta­kie frasz­ki[65] mnie zbie­rać[66] po­ży­tecz­niej by­ło,  
Niż­li, w co mię nie­szcze­ście mo­je dziś wpra­wi­ło[67],  
Pła­kać nad głu­chym gro­bem[68] mej wdzięcz­nej dziew­czy­ny  
I skar­żyć sie na sro­gość[69] cięż­kiej[70] Pro­zer­pi­ny[71].  
Alem użyć w oboj­gu jed­na­kiej wol­no­ści[72]
Nie mógł – owom omi­nął[73], ja­ko w do­rdza­ło­ści[74]
Dow­ci­pu[75] coś ra­ne­go[76], na to mię przy­go­da[77]
Gwał­tem wbi­ła[78] i mo­ja nie­na­grod­na szko­da[79].  
Ani mi te­raz łac­no[80] do­wia­dać sie o tym[81],  
Ja­ka mię z pła­czu[82] me­go cze­ka cześć na po­tym[83].  
Nie chcia­łem ży­wym śpie­wać, dziś umar­łym mu­szę,  
A cu­dzej[84] śmier­ci pła­cząc, sam swe ko­ści su­szę[85].  
Pró­zno to[86]; ja­kie szcze­ście[87] lu­dzi na­szla­du­je[88],  
Tak w nas al­bo do­brą myśl[89], al­bo złą spra­wu­je.  
O pra­wo krzyw­dy peł­ne! O zni­ko­mych cie­ni[90]
Sro­ga, nie­ubła­ga­na, nie­uży­ta[91] ksie­ni[92]!  
Tak li mo­ja Or­szu­la, jesz­cze żyć na świe­cie  
Nie umiaw­szy, mu­sia­ła w ra­nym umrzeć le­cie[93]?  
I nie na­pa­trzaw­szy sie ja­sno­ści sło­necz­nej,  
Po­szła nie­bo­ga wi­dzieć kra­jów no­cy wiecz­nej[94].  

Tren III[99]

Wzgar­dzi­łaś mną, dzie­dzicz­ko mo­ja ucie­szo­na[100].  
Zda­łać sie oj­ca twe­go ba­rziej[101] uszczu­plo­na[102]
Oj­czy­zna[103], niż­li­byś ty prze­stać na niej[104] mia­ła[105];  
To praw­da, że­by by­ła ni­g­dy nie zrow­na­ła[106]
Z ra­nym[107] ro­zu­mem two­im, z pięk­ne­mi przy­mio­ty[108],  
Z kto­rych sie już zna­czy­ły two­je przy­szłe cno­ty[109]
O sło­wa, o za­ba­wo[110], o wdzięcz­ne[111] ukło­ny,  
Ja­ko­żem ja dziś po was wiel­ce[112] za­smę­co­ny[113].  
A ty, po­cie­cho[114] mo­ja, już mi sie nie wró­cisz  
Na wie­ki[115] ani mo­jej te­sk­ni­ce[116] okró­cisz[117].  
Nie lza, nie lza, jed­no[118] sie za to­bą go­to­wać[119],  
A sto­pecz­ka­mi twe­mi cie­bie na­szla­do­wać[120].  
Tam[121] cię uj­źrzę[122], da Pan Bóg[123], a ty więc z dro­gie­mi  

Tren IV[126]

Zgwał­ci­łaś[127], nie­po­boż­na[128] śmier­ci, oczy mo­je,  
Żem wi­dział umie­ra­jąc[129] mi­łe dzie­cię swo­je.  
Wi­dzia­łem, kie­dyś trzę­sła owoc nie­do­rdza­ły[130],  
A ro­dzi­com nie­szcze­snym ser­ca sie kra­ja­ły[131].  
Nig­dyć by ona by­ła bez wiel­kiej ża­ło­ści  
Mo­jej umrzeć nie mo­gła, ni­g­dy bez cięż­ko­ści[132]
I ser­decz­ne­go bo­lu, w któ­rym­kol­wiek le­cie[133]
Mnie by smut­ne­go by­ła od­bie­gła[134] na świe­cie;  
Alem ja już z jej śmier­ci ni­g­dy ża­ło­ściw­szy,  
Ni­g­dy smut­niej­szy nie mógł być ani te­skliw­szy[135].  
A ona (by był Bóg chciał) dłuż­szym wie­kiem swo­im  
Si­ła[136] po­ciech przy­mno­żyć[137] mo­gła oczom mo­im.  
A przy­nam­niej[138] tym cza­sem mo­głem był od­pra­wić  
Wiek swój[139] i Per­se­fo­nie[140] ostat­niej[141] sie sta­wić[142],  
Nie uczuw­szy na ser­cu tak wiel­kiej ża­ło­ści,  
Któ­rej rów­nia[143]

Tren V[148]

Ja­ko oliw­ka ma­ła pod wy­so­kim sa­dem[149]
Idzie[150] z zie­mie[151] ku gó­rze ma­cie­rzyń­skim szla­dem[152],  
Jesz­cze ani ga­łą­zek, ani list­ków ro­dząc,  
Sa­ma tyl­ko do­pi­ro[153] szczu­płym prąt­kiem[154] wscho­dząc;  
Tę, je­sli ostre cier­nie[155] lub rod­ne[156] po­krzy­wy  
Uprzą­ta­jąc, sa­dow­nik[157] pod­ciął ukwa­pli­wy[158],  
Mdle­je[159] za­raz, a zbyw­szy[160] si­ły przy­ro­dzo­nej[161],  
Upa­da przed no­ga­mi mat­ki ulu­bio­nej.  
Tak­ci sie mej na­mil­szej Or­szu­li do­sta­ło:  
Przed oczy­ma ro­dzi­ców swo­ich ro­stąc[162], ma­ło  
Od zie­mie sie co[163] wznió­sw­szy, du­chem za­raź­li­wym[164]
Sro­giej śmier­ci otch­nio­na[165], ro­dzi­com tro­skli­wym[166]

Tren VI[170]

Uciesz­na mo­ja śpie­wacz­ko, Sa­fo[171] sło­wień­ska[172],  
Na któ­rą nie tyl­ko mo­ja cząst­ka[173] zie­mień­ska[174],  
Ale i lut­nia[175] dzie­dzicz­nym pra­wem spaść mia­ła;  
Tęś na­dzie­ję już po so­bie oka­zo­wa­ła,  
No­we piosn­ki so­bie two­rząc, nie za­my­ka­jąc  
Ustek[176] ni­g­dy, ale ca­ły dzień prze­śpie­wa­jąc[177],  
Ja­ko więc li­chy[178] sło­wi­czek w krza­ku zie­lo­nym  
Ca­łą noc prze­śpie­wa gar­dł­kiem[179] swym ucie­szo­nym[180].  
Pręd­koś mi na­zbyt umil­kła, na­gle cię sro­ga  
Śmierć spło­szy­ła, mo­ja wdzięcz­na[181] szcze­biot­ko[182] dro­ga.  
Nie na­sy­ci­łaś mych uszu swy­mi piosn­ka­mi  
I tę tro­chę te­raz pła­cę so­wi­cie[183] łza­mi.  
A tyś ani umie­ra­jąc śpie­wać prze­sta­ła[184],  
Lecz mat­kę uca­ło­waw­szy, ta­keś że­gna­ła:  
«Już ja to­bie, mo­ja mat­ko, słu­żyć nie bę­dę  
Ani za twym wdzięcz­nym sto­łem miej­sca za­się­dę;  
Przyj­dzie mi klu­cze po­ło­żyć, sa­mej precz je­chać,  
Do­mu ro­dzi­ców swych mi­łych wiecz­nie[185] za­nie­chać[186]

Tren VII[190]

Nie­szcze­sne ochę­dó­stwo[191], ża­ło­sne[192] ubio­ry  
Mo­jej na­mil­szej co­ry[193],  
Po co me smut­ne oczy za so­bą cią­gnie­cie?  
Ża­lu mi przy­da­je­cie[194].  
Już ona czło­necz­ków swych wa­mi nie odzie­je,  
Nie masz, nie masz na­dzie­je[195].  
Ujął[196] ją sen że­la­zny, twar­dy, nie­prze­spa­ny[197].  
Już let­ni­czek[198] pi­sa­ny[199]
I uplo­tecz­ki[200] wni­wecz[201], i pa­ski zło­co­ne –  
Mat­czy­ne da­ry pło­ne[202].  
Nie do ta­kiej łóż­ni­ce[203], mo­ja dziew­ko dro­ga,  
Mia­ła cię mać ubo­ga[204]
Do­pro­wa­dzić, nie ta­kąć dać obie­co­wa­ła  
Wy­pra­wę[205], ja­kąć da­ła.  
Gie­złecz­koć[206] tyl­ko da­ła a li­chą tka­necz­kę[207],  

Tren VIII[212]

Wiel­kieś mi uczy­ni­ła pust­ki w do­mu mo­im,  
Mo­ja dro­ga Or­szu­lo, tym znik­nie­nim[213] swo­im.  
Peł­no nas, a ja­ko­by ni­ko­go nie by­ło:  
Jed­ną ma­lucz­ką du­szą[214] tak wie­le uby­ło.  
Tyś za wszyt­ki mó­wi­ła, za wszyt­ki śpie­wa­ła,  
Wszyt­kiś w do­mu ką­ci­ki[215] za­wż­dy po­bie­ga­ła[216].  
Nie do­pu­ści­łaś ni­g­dy mat­ce sie fra­so­wać[217]
Ani oj­cu my­śle­niem zbyt­nim gło­wy pso­wać[218],  
To te­go, to owe­go wdzięcz­nie[219] ob­ła­pia­jąc[220]
I onym swym uciesz­nym śmie­chem za­ba­wia­jąc.  
Te­raz wszyt­ko umil­kło, szcze­re[221] pust­ki w do­mu,  
Nie masz za­baw­ki[222]

Tren IX[228]

Ku­pić by cię[229], mą­dro­ści, za dro­gie pie­nią­dze,  
Któ­ra (je­sli praw­dzi­wie mie­nią[230]) wszyt­ki żą­dze,  
Wszyt­ki ludz­kie fra­sun­ki[231] umiesz wy­ko­rze­nić[232],  
A czło­wie­ka tyl­ko nie[233] w anio­ła od­mie­nić[234],  
Któ­ry nie wie, co bo­leść, fra­sun­ku nie czu­je,  
Złym przy­go­dam[235] nie pod­legł, stra­chom nie hoł­du­je[236].  
Ty wszyt­ki rze­czy ludz­kie masz za[237] frasz­kę so­bie,  
Jed­na­ką myśl[238] tak w szcze­ściu, ja­ko i w ża­ło­bie[239]
Za­wż­dy[240] nie­siesz; ty śmier­ci na­mniej[241] sie nie bo­isz,  
Bez­piecz­ną[242], nie­odmien­ną, nie­po­ży­tą[243] sto­isz.  
Ty bo­gac­twa nie zło­tem, nie skar­by wiel­kie­mi,  
Ale do­sy­tem[244] mie­rzysz[245] i przy­ro­dzo­ne­mi[246]
Po­trze­ba­mi; ty okiem swym nie­uchro­nio­nym[247]
Nędz­ni­ka[248] upa­tru­jesz[249] pod da­chem zło­co­nym,  
A uboż­szym nie zaj­źrzysz[250] szcze­śli­we­go mie­nia[251],  
Kto by jed­no[252] chciał słu­chać twe­go upo­mnie­nia.  
Nie­szcze­śli­wy ja czło­wiek, któ­rym la­ta swo­je  

Tren X[257]

Or­szu­lo mo­ja wdzięcz­na[258], gdzieś mi sie po­dzia­ła?  
W któ­rą stro­nę, w któ­rąś sie kra­inę uda­ła?  
Czyś ty nad wszyst­ki nie­ba[259] wy­so­ko wnie­sio­na  
I tam w licz­bę anioł­ków ma­łych po­li­czo­na?  
Czy­liś do ra­ju wzię­ta? Czy­liś na szcze­śli­we  
Wy­spy[260] za­pro­wa­dzo­na? Czy cię przez te­skli­we  
Cha­ron[261] je­zio­ra wie­zie i na­pa­wa zdro­jem  
Nie­po­mnym[262], że ty nie wiesz nic o pła­czu mo­im?  
Czy czło­wie­ka zrzu­ciw­szy