Transformacja cyfrowa. Opowieść o wiedzy - Rafał Maciąg - ebook

Transformacja cyfrowa. Opowieść o wiedzy ebook

Maciąg Rafał

0,0

Opis

Transformację cyfrową można zdefiniować jako zmianę sposobu rozumienia i przedstawiania sobie świata. To coś znacznie więcej niż tylko techniczne wynalazki, które odmieniają nasze otoczenie. Zresztą – jest dokładnie na odwrót: to my inaczej widzimy świat i inaczej konstruujemy wiedzę na jego temat. Dzięki temu nowemu spojrzeniu, a także zgodnie z jego nową logiką, tworzymy technologie, które go eksploatują. Stajemy się inni, inna jest także nasza cywilizacja. Obudziliśmy się w nowym, głęboko zmatematyzowanym świecie i próbujemy się do niego przystosować. Książka niniejsza to przewodnik, w którym Autor stara się opisać zasady jego istnienia.

Recenzowane Dzieło (zdecydowanie przez duże D – to nie przypadek czy grzeczność, lecz ocena ładunku intelektualnego), (…) jak pisze we wstępie sam autor, „jest pewnym eksperymentem”, którego głównym zadaniem jest przedstawienie sposobu rozumienia zjawiska pod nazwą „transformacja cyfrowa”. To ze strony Autora naukowy understatement, w istocie oferuje on coś znacznie bardziej rozległego i głębokiego – refleksję nad filozofią cyfrowości. (…) to Dzieło wielkie, refleksyjne i wartościowe, niepowtarzalne w doborze i analizie problematyki cyfrowej transformacji w tak szerokim kontekście filozoficznym.
Prof. dr hab. Bohdan Jung

Na pytanie, dlaczego warto przeczytać tę książkę, odpowiedź jest tyleż łatwa, co oczywista: dlatego, że oferuje przygodę intelektualną wysokiej próby.
Dr hab. Jan Kreft, prof. Politechniki Gdańskiej


Rafał Maciąg – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, pracownik Instytutu Studiów Informacyjnych, dramaturg, twórca teatralny, autor książek: Deus ex machina. Nowe media i ich projekt poznawczy (2012), Pragmatyka Internetu. Web 2.0 jako środowisko (2013), W stronę cywilizacji Internetu. Zarządzanie w naukach humanistycznych (2016). Zajmuje się następującymi zagadnieniami: teoretyczne modele wiedzy zbudowane na podstawie teorii złożoności, teoria sieci, informacja w kontekście technologii, sztuczne sieci neuronowe, zwłaszcza w obszarze przetwarzania języka naturalnego, systemy cyber-fizyczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Moim dzieciom: Joasi, Stasiowi i Zuzi

Wstęp

Książka, którą oddaję w ręce Czytelników, jest pewnym eksperymentem. Jej główne zadanie to przedstawienie sposobu rozumienia zjawiska znanego pod nazwą transformacja cyfrowa. Oczywiście, zgodnie z naturą istnienia nazw, jego denotat jest moją własnością, jako używającego tego pojęcia, ale wymaga ode mnie, abym z grzeczności i szacunku odwołał się także do opinii i przeświadczeń innych ludzi. Rzecz jasna, staram się wypełnić tę powinność. Staram się jednak także nieco poza nią wykroczyć, ponieważ z założenia innym ważnym pojęciem, będącym kluczem do zrozumienia transformacji cyfrowej, jest wiedza. W szczególności uważam, że transformacja ta dotyczy wiedzy, z jej dynamiki się wytwarza i ostatecznie do niej się sprowadza.

W tym miejscu pojawia się problem: to, co tutaj piszę, również jest wiedzą – książka jest więc w pewnym sensie autoteliczna, ale to nie jest główne zmartwienie. Posiadanie bowiem takiej świadomości powoduje, że muszę poruszać się nie tylko w przestrzeni zwykłych tematów, ale także niejako ponad nimi, starając się zrozumieć ich lokalną rolę w wytwarzaniu się wiedzy na temat transformacji w tej książce. To prowadzi do pewnej gry treścią, która czasem wydaje się męcząca, a może nawet – niezrozumiała. Radzę sobie z tym, obficie odwołując się do źródeł, które w moim mniemaniu spełniają rolę intelektualnej kotwicy, pozwalając na chwilę zatrzymać i ustabilizować myśl. Ich obecność jest także ważna dlatego, że metapozycja, którą sobie uzurpuję, skłania do bardzo szerokiej perspektywy. W istocie, aby wypełnić obowiązki tego położenia, żadna perspektywa nie jest wystarczająca, a jednak muszę dokonywać wyborów, co z pewnością może powodować u Czytelnika poczucie zawodu w niektórych miejscach.

Transformacja cyfrowa została tutaj przedstawiona jako fenomen dający się dobrze zrozumieć dopiero na najwyższym poziomie wiedzy – wiedza ta może być rozumiana jako wiedza o niej, ale przecież, jak się okaże, musi opierać się na wiedzy rozmaitego rodzaju. Wśród oszałamiającego bogactwa tych związków proponuję pewną ścieżkę, która pokonawszy najpierw szybko zakręty historii technologii komputerowej, rozpoczyna się jako opowieść o liczbiei matematyce jako przedmiotach wiedzy w rozdzialeSens pojęcia „transformacja cyfrowa”. Jest to oczywiście poszukiwanie odpowiedzi na pozornie proste pytanie o źródła i dzieje cyfrowości. Ma ono jednak szersze tło: matematyka pod koniec XIX wieku okazała się polem pytań ogólniejszych, dotyczących jej prawomocności – a te stały się pytaniami o naturę poznania matematycznego. Rozpoczęła się wtedy dyskusja – wciąż niekonkluzywna – której niezwykłym i nieoczekiwanym wkładem była koncepcja, będąca wzorcem konstrukcji komputera, zwana maszyną Turinga. Praktyczną twarzą cyfrowości okazała się idea digitalizacji/digityzacji, reprezentująca poziom utylitarny i techniczny. Zderzenie tych dwóch, zupełnie różnych w swoim zasięgu i wadze, podejść jest kluczem do zrozumienia transformacji cyfrowej.

W rozdziale następnym formułuję najważniejsze założenia metodologiczne, wprowadzające ideę złożoności i uczące dystansu pozwalającego przyjąć pewną nadrzędną pozycję ponad obserwowanymi fenomenami. Są to podstawowe narzędzia, które tworzą wiedzę i jednocześnie zachowują konieczne rozumienie tego faktu. Wiedza jest tutaj rozumiana niejako technicznie: jako jej wypowiadanie, co ma realizować potrzebę znalezienia pierwszej i początkowej podstawy jej istnienia, będącego echem istnienia człowieka w świecie.

Osobnym wątkiem tej części jest temat sieci jako strukturalnego konstruktu, pozwalającego opisywać rzeczywistość w sposób względnie nowy (ich teoretyczny rozkwit przypada na lata dziewięćdziesiąte XX wieku), dzięki temu także, że dają się łatwo zmatematyzować. Jednocześnie są one strukturą doskonale znaną na różne sposobyz codziennego doświadczenia i dającą podstawę do uogólnień, takich jak idea sieciowego społeczeństwa. Sieci są rodzajem intelektualnego totemu współczesności, co nie zmienia faktu, że wistocie wszelkie systemy złożone są z definicji sieciami.

Po rozdziale mającym na celu wprowadzenie do rozległej przestrzeni myślenia, która jest potrzebna do zrozumienia transformacji cyfrowej, przychodzi czas na nią samą. Rozumienie to – ryzykowne i spełniające warunki wcześniej wspomnianego eksperymentu – dąży do przejścia od poziomu pewnej praktycznej rzeczywistości do postulowanej złożoności. Ten fragment książki można potraktować jako osobną część, posiadającą własne rozdziały, które komplikują się (ale bez przesady) w miarę zagłębiania się w przedstawiane okoliczności. Zaczynam od powszechnych sposobów jej rozumienia, ale głównie po to, aby wykazać ich niedokładność, a nawet uproszczenie, mimo szczerych i kompetentnych wysiłków. Potem powtarzam rekurencyjnie, lecz na głębszych poziomach opisu, jej tytuł, deformując go stosownie, aby na końcu pozostać już przy samej „transformacji”. Oczywiście określenie „głębiej” jest tylko figurą retoryczną, bo wertykalny porządek jest właściwie przeciwny: coraz ogólniejszy i bardziej abstrakcyjny. Nie chodzi jednak zupełnie o rozwiązanie tej dialektyki, ale pokazanie napięć interpretacyjnych i poznawczych, jakie kryją się za pojęciem i fenomenem tak pozornie łatwym i zrozumiałym. W ten sposób ma jednocześnie zalśnić na moment mechanika samej wiedzy.

Ostatni akapit wstępu poświęcam chwili bieżącej. Jest on pisany w momencie, kiedy świat ogarnęła pandemia wirusa o nieznanej dotychczas skali. W wielu krajach, tak jak w Polsce, z mniejszą lub większą determinacją, wprowadzono zakaz podróżowania, przemieszczania się, a nawet wychodzenia z domu. Z lękiem obserwuje się rosnące w coraz bardziej stromych wykresach liczby zakażonych. Z milczeniem są przyjmowane także nie tak wielkie, ale coraz większe liczby zgonów. Pandemia, mająca swój początek w Chinach, objęła z mocą Stany Zjednoczone, Europę i inne obszary. W tej sytuacji ogólne problemy, które tutaj są rozpatrywane, wydają się odległe, choć obecność cyfrowych usług, przede wszystkim i prawie wyłącznie komunikacyjnych, zyskuje nowy sens i powód do powszechności. Trzeba jednak podkreślić, że oile trywialne realizacje cyfrowej transformacji, takiego rodzaju, jak wymienione w podrozdziale zatytułowanym O transformacji cyfrowej, z pewnością zyskają nowei nieoczekiwane realizacje, dezaktualizując dotychczasowe, o tyle głęboki mechanizm tej transformacji, oparty na fenomenie wiedzy, pozostanie nadal ważny i decydujący. Jest on zbyt podstawowy, zbyt stary i zbyt głęboki. Może ulec jedynie podobnie głębokim procesom, prowadzącym do rekonstrukcji cywilizacji i kultury, a może nawet – do upadku cywilizacji. Być może pandemia jest ich zapowiedzią. Zanim jednak nastąpią, będą podlegać opisanym tutaj zasadom.

Kraków, marzec 2020

Transformacja cyfrowa – początki

Transformacja cyfrowa wydaje się pojęciem banalnym i dobrze znanym. Cóż może być odkrywczego w tych dwóch słowach, z których pierwsze, mimo że brzmi obco, wydaje się przecież jasne. Drugie, przymiotnik, do niezrozumiałych także nie należy. Rzeczywistość cyfrowa jawi się jako powszechna obecność i dominacja maszyny, która ostatecznie przybrała kształt komputera w latach czterdziestych XX wieku. Ta maszyna okazała się jeszcze bardziej wszechstronna, kiedy połączono ją z innymi, podobnymi maszynami, tworząc sieć, która oplotła cały świat. W ten sposób cyfrowość jako fenomen, jako pewien materialny fakt pojawiła się w naszym otoczeniu.

Dobrze to ilustruje jej definicja w Wikipedii – specyficznym źródle, bo opartym na swoistym plebiscycie, uzupełnionym przez typowe procedury badawcze, na przykład analizę literatury. Plebiscyt polega na dobrowolnym tworzeniu haseł przez użytkowników, nawet jeżeli bezpośrednimi autorami są roboty tylko częściowo przecież autonomiczne. Taka społecznościowa, partnerska podstawa jej istnienia sprawia, że wpisuje się ona w skomplikowane konteksty obyczajowe, polityczne czy kulturowe, co opisał Dariusz Jemielniak (Jemielniak 2015). Można ją traktować w pewnym sensie jako vox populi, kalkę bieżących przeświadczeń. I tak też – bardzo trywialnie – może być rozumiana definicja transformacji cyfrowej, która się w niej pojawia: „jest to wykorzystanie nowej, szybkiej i często zmieniającej się technologii cyfrowej do rozwiązywania problemów” („Digital Transformation” 2019).

Transformacja cyfrowa – tak banalnie rozumiana – straciła już zupełnie walor nowości. Oswajamy ją i włączamy w codzienne życie na niezliczoną ilość sposobów, czemu sprzyja ta prosta okoliczność, że obydwa wspomniane wynalazki – komputer i sieć – są dosyć stare. Jednak to codzienne i kolokwialne rozumienie transformacji cyfrowej jest raczej sposobem na uniknięcie jej głębszego zrozumienia. A niewykluczone, że to właśnie z jej powodu przełom XX i XXI wieku będzie symbolicznym momentem o takim znaczeniu dla cywilizacji zachodniej, że wyznaczy początek nowej ery – jeżeli oczywiście ta cywilizacja będzie zdolna trwać dalej.

Warto więc przypomnieć sobie pokrótce historię dwóch cyfrowych urządzeń, które zostały tutaj wspomniane. Jedno można powiedzieć na pewno: nie są one wcale nowe. Komputery to przedmioty codziennego użytku istniejące od co najmniej pół wieku. Najsłynniejsza konstrukcja, będąca dziełem Johna Prespera Eckerta, Johna Williama Mauchly’ego i Johna von Neumanna, nazywała się EDVAC (Electronic Discrete Variable Automatic Computer) i została uruchomiona w 1951 roku. Jej teoretyczne założenia von Neumann opublikował w słynnym First Draft of a Report on the EDVACw 1945 roku (Neumann 1993). Konstrukcja ta wprowadziła koncepcyjne rozwiązania, które są stosowane do dzisiaj. Druga wojna światowa była okresem bardzo intensywnych badań, w wyniku których powstało wiele konstrukcji, które można nazwać cyfrowymi maszynami. Wśród nich, w wyniku patentowego procesu sądowego w USA z 1973 roku, za pierwszy komputer uznano maszynę ABC, stworzoną przez Johna Atanasoffa i Clifforda Berry’ego na Uniwersytecie Iowa w 1942 roku. Jednak to niemiecki badacz, Konrad Zuse, zbudował w 1941 roku aparat nazwany przez niego Z3 – i to on powinien być uznany za twórcę pierwszego programowalnego komputera (Ceruzzi 2003; O’Regan 2016). Tak czy owak, od tamtych czasów minęło blisko osiemdziesiąt lat.

Trzeba przy tym pamiętać, że komputer to nie jest jednak jeden wynalazek i jedno, to samo od początku, urządzenie. To raczej ogólna nazwa fali ulepszeń, rozszerzania możliwości, nowych zastosowań, które tak opisuje lapidarnie Ceruzzi:

W latach 1945–2002 komputer ciągle się zmieniał, za każdym razem na nowo definiując swoją istotę. „Komputer” zaczynał jako szybki kalkulator naukowy; Eckert i Mauchly przekształcili go w UNIVAC, maszynę do ogólnego przetwarzania danych. Ken Olsen uczynił z niego procesor informacji w czasie rzeczywistym, który działał symbiotycznie z jego użytkownikami. Ed Roberts przekształcił go w urządzenie, które każdy mógł posiadać i używać. Steve Jobs i Steve Woźniak zamienili go w urządzenie, które było zarówno przydatne, jak i zabawne. Gary Kildall i William Gates przekształcili go w znormalizowaną platformę, która może obsługiwać bogactwo oprogramowania komercyjnego sprzedawanego w sklepach detalicznych. Bob Metcalfe, Tim Berners-Lee i inni zamienili go w okno na globalną sieć (Ceruzzi 2003, s. 345).

Metamorfoza i rozwój komputera nie kończą się jednak na 2002 roku. Niezwykłego impulsu do udoskonalenia tego aparatu dostarczyły na przykład sieci neuronowe, które przeżywają od kilku lat fazę intensywnego rozwoju w swej – dość długiej, bo sięgającej lat pięćdziesiątych – historii. Wymuszają one jego odpowiednie ulepszenia, pozwalające na efektywne obliczenia, które pojawiają się w wielkiej ilości, aby obsłużyć ich funkcjonowanie.

Historia Internetu jest podobnie długotrwała. Wprawdzie we Francji prowadzono udane próby nad siecią pod nazwą Minitel, bardzo przypominającą współczesny Internet, jednak ten ostatni powstał na terenie innego kraju. Opowieść o jego stopniowym stawaniu się jest raczej notowaniem kolejnych technicznych wynalazków, składających się powoli na coraz bardziej złożoną konstrukcję, która w pewnym momencie eksplodowała swoimi możliwościami, a także terytorialnie i liczbą użytkowników. Z powodu tej ewolucyjnej specyfiki trudno podać datę powstania Internetu. Zazwyczaj słyszy się o pierwszej wiadomości e-mail przesłanej między UCLA a Uniwersytetem Stanforda w 1969 roku. Ale może równie ważne jest nawiązanie pierwszej długodystansowej komunikacji między komputerami w MIT i SDC (System Development Corporation) w 1965 roku, co można uznać za inaugurację komputerowej sieci. W 1973 Vint Cerf i Robert Kahn zakończyli pracę nad specjalnym oprogramowaniem pozwalającym obsługiwać przesyłanie danych przez sieć, zwanym protokołem, które jest jego podstawą do dzisiaj. Nosi ono nazwę TCP (Transmission Control Protocol). W 1978 pracę swą zakończył Jon Postel, tworząc system adresów pod nazwą IP (Internet Protocol), dzięki którym dane trafiają tam, gdzie powinny. Ale może należy raczej cofnąć się do postaci Leonarda Kleinrocka, który w artykule z 1962 roku przedstawił matematyczną teorię sieci opartych na przesyłaniu danych podzielonych na części, tak zwane pakiety – to podstawa techniczna przesyłania danych w Internecie. Nie można także zapomnieć o takich wizjonerach, jak Vannevar Bush („As We May Think”, 1945) czy Joseph Carl Robnett Licklider („Man-Computer Symbiosis”, 1960), przedstawiających śmiałe i wyprzedzające czas projekty technicznych systemów komunikacyjnych (Banks 2008; Fuller i Hart 1995; Ryan 2010).

Wszystkie omówione zdarzenia łączy wspólna cecha: pojawiły na terenie USA i były finansowane przez agendy rządowe, głównie ARPA (Advanced Research Projects Agency), przemianowaną w 1972 roku na legendarną DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency). Ich przebieg był barwny i łączył różnych ludzi, którzy wywodzili się z trzech odrębnych środowisk: akademickiego, biznesowego i rządowego. Ta ostatnia kombinacja była także wynikiem swoistego politycznego projektu, który już w 1970 roku senator J. William Fulbright nazwał „kompleksem militarno-przemysłowo-akademickim” (Fulbright 1970). Ale Stany Zjednoczone w latach sześćdziesiątych – choć lata te także w Europie są okresem gigantycznej erupcji idei, teorii i zmian obyczajowych – były też kolebką ruchów społecznych, które Theodore Roszak szybko nazwał kontrkulturą, aby podkreślić ich wywrotowy, choć także twórczy charakter (Roszak 1969). To niezwykłe zjawisko stało się głosem sprzeciwu młodego pokolenia Amerykanów i zbierało w sobie wszystkie możliwe pola społecznej i kulturowej aktywności, łącząc ze sobą obszary polityki, sztuki i obyczajów. Realizowało się jako wielki, fundamentalny, a jednocześnie idealistyczny i optymistyczny bunt, wymierzony przeciw kłamstwu, przemocy, wykorzystywaniu człowieka, niesprawiedliwości czy nierówności w imię miłości, równości, wolności. Te ostatnie pojęcia były pojmowane bardzo szeroko, prowadząc do postaw anarchistycznych, naruszających celowo obyczajowe normy, odrzucających ograniczenia wszelkiego typu: polityczne, społeczne czy estetyczne. Dominującym tonem tej rewolucji, w przeciwieństwie do innych, było jednak odrzucenie agresywnej i zaciętej twarzy zemsty, odwetu czy rewanżu, a w zamian – przyjęcie postawy przyjaźni, akceptacji i tolerancji (Gair 2007). Państwo i społeczeństwo jawiło się młodym ludziom – bo była to niewątpliwie rewolucja generacyjna – z tej perspektywy jako biurokratyczny, skostniały twór. Ta generacja bała się także świata podzielonego między nieludzkie mocarstwa, pogrążonego w zimnowojennym wyścigu zbrojeń i wystawionego na groźbę atomowej anihilacji. Internet powstawał więc nieco paradoksalnie jako jednocześnie pomysł militarny, potencjalna technologia o znaczeniu biznesowym, ale także – skutek kontrkulturowej fali idei, która opanowała amerykańskie uniwersytety (Maciąg 2013; Markoff 2005; Turner 2006).

W historii Internetu pojawiają się także Europa i Europejczyk: CERN (Organisation Européenne pour la Recherche Nucléaire) pod Genewą i Brytyjczyk Tim Berners-Lee. Mniej więcej trzydzieści lat temu wymyślił on nową usługę, wykorzystującą techniczną sieć łączącą komputery, już dosyć dojrzałą i sprawdzoną, czyli Internet. Usługę tę nazwał World Wide Web. Jej burzliwe narodziny można prześledzić na specjalnej stronie CERN-u, gdzie powstała1. Opisał ją także we wspomnieniach sam Berners-Lee (Berners-Lee 2000). Prostota genialnego założenia jego idei: połączyć nie maszyny, ale treści, zbliżyła ją do zwykłych ludzi, którzy nie musieli mieć żadnych technicznych kompetencji, aby z niej korzystać. To sprawia, że współcześnie utożsamiamy ze sobą techniczną sieć i pewien rodzaj jej wykorzystania, używając nazwy Internet jako synonimu WWW. Ale najważniejszym skutkiem tej łatwości był gwałtowny, wykładniczy skok liczby użytkowników, co zostało wsparte przez dwa deregulacyjne posunięcia amerykańskiego rządu z początku lat dziewięćdziesiątych: wyjęcie spod państwowego zarządu gospodarki adresami w sieci oraz uwolnienie rozbudowy jej infrastruktury technicznej (Mueller 2002). Usprawiedliwiona jest więc także taka interpretacja, która mówi, że Internet w tym węższym znaczeniu powstał w 1989 roku, kiedy Berners-Lee opisał swój pomysł, lub w 1990, kiedy ruszył pierwszy serwer z usługą WWW.

W tej drugiej wersji Internet, jako powszechna usługa, pojawił się trzydzieści lat temu, ale jako techniczny wynalazek jest starszy o co najmniej piętnaście lat, więc zbliża się do lat pięćdziesięciu. Komputer też ma przynajmniej siedemdziesiąt lat. Te dziesiątki lat istnienia dwóch źródłowych wynalazków cyfrowej codzienności każdego z nas dostarczają dość doświadczeń, aby pojawił się głód podsumowania, choć trzeba przyznać, że erupcja nowych fenomenów z nimi związanymi wydaje się nie mieć końca. Mechanizm mnożenia nowych technologii, aparatów i zastosowań pracuje na najwyższych obrotach. Transformacja cyfrowa jest z pewnością pojęciem ten głód zaspokajającym, choć pełni bardzo wiele innych funkcji i w wiele kontekstów się wpisuje – to naturalny skutek bogactwa i intensywności procesów oraz zjawisk. W wypadku Internetu próbowałem się z taką rzeczywistością zmierzyć w książce poświęconej idei cywilizacji Internetu – proponowałem tam pewne modele jej zrozumienia i rozprawiałem się z pewnymi pojęciowymi przyzwyczajeniami (Maciąg 2016). Tłem tych myśli było tak zwane zarządzanie humanistyczne, dziwny, hybrydowy twór, a przez to z niezwykłymi możliwościami, pozwalający na łączenie pragmatycznej i prostej refleksji głównie społecznej z teorią filozoficzną, a ściślej: poznawczą. Jednak rzeczywistość wymaga bardziej zaawansowanych propozycji rozumienia. Takich narzędzi ma dostarczyć niniejsza książka.

1https://home.cern/science/computing/birth-web (dostęp: 15.08.2019).

Sens pojęcia „transformacja cyfrowa”

Pojęciowa zbitka: transformacja cyfrowa1 staje się popularnym przedmiotem wyszukiwania w Google dopiero w 2015 roku2. Wcześniej linia trendu jest prawie płaska i przylega do osi wykresu. Oczywiście jest to tylko krzywa obrazująca względne zainteresowanie, porównane do poziomu maksymalnego, a nie wykres oparty na bezwzględnych liczbach i obejmuje okres dopiero od 2004 roku. Jednak jej kształt jest wyrazisty; wspina się ona od wspomnianego roku 2015 konsekwentnie, a maksimum przypada na samym końcu, w roku 2019, prawdopodobne jest więc jej dalsze wznoszenie się. Dzięki temu wykresowi dobrze widoczne stają się dwie jego cechy: obecność istotnego trendu oraz względnie nieodległy start okresu wzrostu zainteresowania. Konstrukcja pojęciowa, jaką jest transformacja cyfrowa, okazuje się więc znacznie młodsza niż techniczne wynalazki, z którymi się kojarzy, i istnieje w szerszym obrocie intelektualnym dopiero kilka lat. Oznacza to tyle, że dość niedawno pojawiła się potrzeba ogarnięcia pewnego obszaru świata względnie nowym pojęciem, co było czynnością poznawczą, wynikającą najpewniej z upowszechniającego się przeczucia, iż potencjalnie stare procesy w którymś momencie przyjęły fazę istotnie nową – wymagającą nowego narzędzia nazywania, a więc włączania w obręb wiedzy. To nowe pojęcie mówi więc także wiele na temat zdolności rozumienia świata, a nie świata samego.

„Transformacja cyfrowa” to zbitka dwóch słów. Zgodnie ze słownikiem Oxford University Press („Transform | Definition of Transform by Lexico”), słowo pierwsze, „transformacja” (transformation), pochodzi od „transformować” (transform), które jest oparte na łacińskim „transformare”. To ostatnie powstało ze złożenia dwóch słów: prefiksu „trans” oraz słowa „form”, które może funkcjonować zarówno jako rzeczownik, jak i jako czasownik. Łaciński oryginał „trans” oznacza „poprzez” (ang. „across”). Słowo „form” pochodzi od łacińskiego „formare” – „formować” (ang. „to form”), a ono wywodzi się od łacińskiego „forma”. To ostatnie pojęcie wcale nie jest zakończeniem pochodu znaczeń, przeciwnie, otwiera je. Na jego początku znajduje się głęboka refleksja poświęcona formie, przedstawiona przez Arystotelesa w Metafizyce, gdzie pisze on: „formą (. . .) nazywam istotę każdej rzeczy i pierwszą substancję” (Arystoteles 1996, s. 348).

Idea formy, jak widać, jest bardzo głęboko umocowana metafizycznie: określa istotę rzeczy, czyli ich uobecnienia w świecie, które stanowi o wszystkim, czym one są, jakie funkcje pełnią, jakie relacje tworzą itp. Istota ta kształtuje ich materię, która obok formy jest drugim fundamentalnym aspektem Arystotelesowskiej ontologii. Forma, co więcej, jest zakorzeniona w pierwszej i jedynej przyczynie wszystkiego, więc posiada pewną transcendentalną sankcję, leżącą poza zasięgiem świata ludzkiego. Zmiana formy jest zatem dramatyczną ingerencją w rzecz, zmieniającą jej istotę, która umieszcza tę rzecz pośród innych i nadaje im wszystkim w ten sposób pewien porządek. Transformację można w tym kontekście zrozumieć jako przekroczenie istniejącej istoty danego bytu. Re-formowanie jego obecności w świecie i wobec świata. Jeżeli nie wskazujemy takiego bytu, można podejrzewać, że chodzi o wszystko, o całość, o przekroczenie podstawowe i nieograniczone. Trzeba się poważnie zastanowić, czy ta intuicja rzeczywiście nie towarzyszy temu słowu, kiedy pojawia się w zbitce „transformacja cyfrowa”.

Co więcej, transformacja jest pewną nieprzemijającą i nieustającą właściwością świata – wynika to z jej fundamentalnej i niedokonanej natury. Opisuje coś, co trwa, co z istoty swojej jest przebiegiem i procesem. W całości zatem, jako pojęcie i jako wyobrażenie o świecie wzięte razem, jest paradoksem. Zamyka bowiem w jednorazowym opisie świata, jakim jest słowo, pewną ciągłość, nadając jej podzielny, dyskretny charakter i ingerując w ten sposób w jej sedno. Paradoks jednak niekoniecznie jest błędem, a jedynie wskazówką, jakiej udziela nam system naszego rozumowania, że napotkano problem, z którym ten system nie może sobie poradzić i wymaga przejścia do innego, bardziej ogólnego poziomu myślenia (Sorensen 2005). Paradoks w wypadku transformacji polega na pewnej niewspółmierności świata i języka, który o nim opowiada, i technice, za pomocą której język radzi sobie z tym problemem. Jest jasne, że ta niewspółmierność, a innymi słowy: niedokładność czy niedostosowanie języka, to jego podstawowa i częsta słabość. Podjęcie jednak refleksji na temat mechanizmu, który leży u podstaw tych właściwości języka, pozwoli na oszacowanie jego zdolności do opisu świata. Naszej zdolności do opisu świata. Ten problem, który dotyczy przecież kwestii fundamentalnych, zostanie podjęty w rozdziale poświęconym ogólnym podstawom i źródłom rozumowania.

Słowo drugie we frazie „digital transformation”: „digital” pełni funkcję differentia, czyli wprowadza odróżnienie, które pozwala zdefiniować specyficzną część pewnej większej i nadrzędnej całości (genus), jaką jest transformacja. Ten porządek wynika z klasycznej idei definicji, która opiera się na teorii przedstawionej przez Arystotelesa w Topice (Bayer 1998, s. 487). Zawarty w nim rodzaj zależności pokazuje, że to pojęcie transformacji ma charakter bardziej ogólny i stoi wyżej w hierarchii opisu świata. Skądinąd jest to jasne w świetle sensu wynikającego z łacińskiego źródłosłowu wyrazu „forma”. Opisuje on przecież pewne fundamentalne cechy świata, wobec których wszystkie inne mają charakter dodatkowy. To bardzo ważny wniosek, który zwraca uwagę na część frazy zwykle traktowaną dość lekceważąco. Transformacja jako idea i jako fenomen jest w oczywisty sposób starsza i bardziej podstawowa niż jej cyfrowy charakter.

Słowo „digital” ma równie ciekawe i bogate koincydencje. Pochodzi od słowa digit (cyfra), wywodzącego się z łacińskiego digitus – palec (ang. finger), ale w słowniku Merriam-Webster doczytamy, że może być pokrewny do greckiego (ang. perhaps akin to Greek) deíknȳmi, deiknýnai („Definition of DIGITS”), a to słowo, które oznacza wskazywanie, pokazywanie (ang. to show, point out), ma bardzo rozbudowane kontynuacje w wielu językach („Definition of DICTION”). Varanini obszernie analizuje konotacje związane z tego rodzaju znaczeniami, które tworzą interesującą sieć powiązanych znaczeń. Wskazywanie, które łączy się z palcem, ma źródła w języku praindoeuropejskim i pojawia się także w sanskrycie. Dla Varaniniego to sygnał fundamentalnego znaczenia aktu wskazywania, który pozwala różnicować elementy świata. Jego obecność w kontekście liczb nie jest więc przypadkowa, zwłaszcza że angielskie słowo „finger” ma korzenie w języku starogermańskim, dokąd zostało zapożyczone także z praindoeuropejskiego słowa „pięć”. Wskazywanie i liczenie wydają się bliskimi sobie aktami. Ten pierwszy poprzedza drugi w porządku organizowania i nazywania otaczającego świata (Varanini 2018, s. 15).

Słowo „digital”, poza anatomicznym sensem odnoszącym się do palców, nie tylko jednak wskazuje na cyfry jako takie, ale koncentruje się obecnie tylko na tych, które tworzą system binarny, czyli dwóch tylko: 0 i 1 („Definition of DIGITAL”; „Digital | Definition of Digital by Lexico”). Dzisiaj to, co można określić jako należące do świata cyfrowego (ang. digital), jest w domyśle binarne. System binarny, ale także sama zasada wprowadzenia takiego systemu, jest fundamentem współczesnych komputerów. Dwa stany mogą stanowić odzwierciedlenie wielu różnych wartości, nie tylko liczb, ale także dychotomii prawdy i fałszu. Dają się one także przedstawić jako opozycja obecności i braku. Inżynierowie informatycy nie potrzebują ich interpretacji ontologicznej, która niewątpliwie kryje się na dnie przywołanej opozycji. Wystarcza im obecność lub brak potencjału elektrycznego, który nadaje jej fizyczny kształt i umożliwia manipulację jej symbolicznymi sensami: liczbami i stanami logicznymi prawdy i fałszu.

W słowniku Merriam-Webster zwraca się uwagę na jeszcze jeden, wyraźnie inny kontekst znaczeniowy związany z tym słowem, który kontynuuje rysującą się koincydencję z rzeczywistością komputerów. Ten kontekst wypowiada dobitnie Floyd w swoim podręczniku elektroniki cyfrowej: „Analogowość to coś, co opiera się na wartościach ciągłych. Wielkość cyfrowa to taka, która ma dyskretny zestaw wartości” (Floyd 2014, s. 16). Właśnie ta dyskretność, czyli podział na wyraźnie odróżnione części, tworzące strumień, naśladujący nieprzerwany potok rzeczywistego, źródłowego fenomenu, jest techniczną cechą, na której opierają się wszystkie techniczne rozwiązania cyfrowe, w odróżnieniu od analogowych. Gdy się dobrze przyjrzeć, logika kwantyfikacji jest immanentną cechą liczby i stanu logicznego. Można ją kontestować, przyjmując nieskończoną rozciągłość liczby jako pewnej abstrakcji i zacierając logiczną granicę między prawdą i fałszem. W ten sposób uruchamia się dialektyka kontinuum i stanów pojedynczych, dosyć ważna na pewnym etapie matematyki. Świat wydaje się ciągły, ale liczenie go w różnych aspektach wydaje się koniecznie wprowadzać podziały. Takie są najprostsze fizyczne procesy, jak na przykład poruszanie się ciała w przestrzeni. Opisywanie ich ciągłości w sposób matematyczny wymyślili Newton i Leibniz, wprowadzając bardzo podstawowe narzędzie matematyczne: rachunek różniczkowy (Kline 1972, s. 342). Starożytni Grecy nie znali współczesnego pojęcia ciągłości. Na tej niewiedzy opierały się paradoksy Zenona z Elei. Ciągłość ma jeszcze jedną wadę: ginie w nieskończoności, która jest pewną niepodzielną całością. Zrozumienie tej możliwości istnienia pojawiło się dopiero w XIX wieku dzięki koncepcji Georga Cantora (Kline 1990, s. 992). W ten sposób zbliżamy się nieuchronnie do problemu liczby.

Liczba i matematyka

Na plan pierwszy w słowie „digital” wysuwa się taki byt, jak cyfra, która przynosi ze sobą opowieść o niezwykłej intelektualnej przygodzie człowieka. Monumentalne dzieło, spisujące tę opowieść z bezprecedensowym zaangażowaniem, to książka Georgesa Ifraha Histoire universelle des chiffres (Ifrah 1981). Jej autor nie ma wątpliwości, że jest to opowieść o dziejach ludzkości, sięgająca początków jej istnienia, związana z bardzo podstawową umiejętnością i potrzebą liczenia, pojawiającą się we wszystkich kulturach, której początki giną w mrokach przeszłości. Czynność liczenia w czasach, kiedy się pojawia, opiera się na wykorzystaniu różnych, drobnych, z czasem specjalnie przygotowanych przedmiotów, takich jak kamienie czy figury z gliny. Jednak wraz z rozwojem, liczbą zastosowań i ich wyrafinowaniem, prowadzi w końcu do wynalazku symbolicznego przedstawienia narzędzi liczenia w postaci cyfr. Ifrah twierdzi, że najstarsze w dziejach ludzkości symboliczne piktogramy będące cyframi stworzyli Sumerowie w Dolnej Mezopotamii około 3200 roku przed naszą erą (Ifrah 2006a, s. 23), co zbiega się z czasem pojawienia się w tym miejscu i czasie pisma.

Liczenie, liczby, systemy liczbowe to wielka historia intelektualnych dokonań człowieka, będąca sumą wynalazków powstałych w różnych miejscach świata, których ewolucja doprowadziła do powstania i rozwoju dziedziny nauki o niezwykłym znaczeniu, jaką jest matematyka. Matematyka tworzy niedający się pominąć kontekst, w którym obecność takiego symbolu jak cyfra realizuje się relatywnie w najbardziej zaawansowany sposób, odzwierciedlając jednocześnie pewien stan rozpoznania świata jej towarzyszący: pewną wiedzę, obraz przeświadczeń czy wierzeń. Wilder pisze: „matematyka nie jest czymś z natury uniwersalnym, absolutnym lub z góry ustalonym; podlega prawom rozwoju i wpływom innych elementów kultury, podobnie jak sztuka i nauka” (Wilder 1967, s. 285). Trudno sobie wyobrazić transformację cyfrową bez komputera, a komputer bez matematyki. Rozmach, jaki towarzyszy stopniowemu doskonaleniu się tej dziedziny wiedzy, ma własną dynamikę.

Historia matematyki, którą referuje Ifrah (Ifrah 2006b, s. 569) zaczyna się około XVIII wieku przed naszą erą w Mezopotamii, potem przenosi się do starożytnego Egiptu, a w V wieku przed naszą erą ujawnia w Grecji, gdzie rozwija się za sprawą Pitagorasa, Archimedesa i Euklidesa. Na początku naszej ery w rozwój matematyki włączają się Chiny, a w jej pierwszych wiekach – Indie, którym zawdzięczamy pojęcie zera, będącego przeciwieństwem nieskończoności; pojęcia opartego na nieznanej w Europie w tamtym czasie mistycznej głębi. Od IX wieku naszej ery w rozwoju matematyki biorą udział muzułmanie: al-Chuwarizmi (zlatynizowana wersja jego nazwiska dała początek słowu algorytm), Abu Kamil, al-Karadżi i inni. W 1202 roku włoski matematyk, Leonardo z Pizy, znany jako Fibonacci, pisze dzieło pod tytułem Liber abaci, referujące osiągnięcia matematyki arabskiej i greckiej, które stanie się podstawą matematyki europejskiej w następnych trzech wiekach. Rozwój matematyki przenosi się bowiem do Europy, a cywilizacja zachodnia stopniowo przejmuje hegemonię także w tej dziedzinie nad resztą świata, bo przecież, jak łatwo zauważyć, historia polityczna jest wpisana w dzieje matematyki z bezwzględną dokładnością, powtarzając rysunek dominujących politycznie i cywilizacyjnie obszarów świata.

Rozwój matematyki w Europie w XIX i na początku XX wieku przynosi niewątpliwie najbardziej zaawansowany i jednocześnie abstrakcyjny sposób postrzegania liczby, co jest związane z pojawieniem się najbardziej fundamentalnych pytań o matematykę i jej byty. W XIX wieku dochodzi także do rewolucyjnych zmian dotyczących matematycznych idei. Dramatyczne przeobrażenia dotyczą najwcześniej geometrii, a realizują się w pełni w jej idei zaproponowanej przez Hilberta w 1899 roku w jego Grundlagen der Geometrie (Podstawach geometrii). Idea aksjomatów była znana od czasów Euklidesa, ale Hilbert zdefiniował je w sposób klarowny, jako samoświadomy, arbitralny, własny i swobodny wybór założeń, na których oprze się dalsze, formalne rozumowanie. Ten pomysł został nieco wcześniej zaproponowany już przez Peana. We Wstępie Hilbert pisze, że jego badania „to nowa próba wybrania dla geometrii prostego i kompletnego zestawu niezależnych aksjomatów i wywnioskowania z tych najważniejszych twierdzeń geometrycznych” (Hilbert 1950, s. 1). Peckhouse komentuje to tak: „podstawowymi przedmiotami jego systemu aksjomatów [Hilberta] są »rzeczy myślowe«, tj. wytwory ludzkiej myśli (. . .). Geometria staje się teraz dyscypliną spekulatywną, jej związek z intuicją jest nieistotny lub, jak ujął to Hans Freudenthal, połączenie między rzeczywistością a geometrią zostaje zerwane” (Peckhaus 2003, s. 142).

Hilbert tłumaczy swoje postępowanie w liście do Fregego tak:

każda teoria jest tylko rusztowaniem lub schematem pojęć wraz z ich niezbędnymi relacjami ze sobą, a podstawowe elementy można wymyślić w dowolny sposób. Jeśli mówiąc o moich punktach, myślę o jakimś systemie rzeczy, np. system: miłość, prawo, kominiarz (. . .), a następnie przyjmuję wszystkie moje aksjomaty jako relacje między tymi rzeczami, wtedy moje twierdzenia, np. twierdzenie Pitagorasa, dotyczą również tych rzeczy. Innymi słowy: każdą teorię można zawsze zastosować do nieskończenie wielu systemów podstawowych elementów (Frege 1980, s. 40).

Krok poczyniony przez Hilberta ostatecznie ugruntował drogę rozumowania opierającego swą sensowność jedynie na wewnętrznych relacjach, inferencjach. Takie rozumowanie nie wymaga zewnętrznych odniesień, w szczególności nie tylko nie potrzebuje uzasadnienia opartego na doświadczeniu, ale nawet jakiegokolwiek związku ze światem (realnością). Opiera się wyłącznie na wewnętrznym porządku wprowadzonym przez konstrukcję aksjomatów. Taki rodzaj techniki Humphreys nazywa aksjomatyzacją syntaktyczną (Humphreys 2004, s. 552). Murawski pisze, iż

w ten sposób geometria staje się czystą teorią matematyczną. Aksjomaty nie były już traktowane jako oczywiste i konieczne stwierdzenia. Pytanie o ich prawdę straciło znaczenie i sens. Jako aksjomaty można przyjąć dowolne zdania. Głównym problemem był teraz problem spójności danych aksjomatów. Geometryczne systemy dedukcyjne stały się nieinterpretowanymi systemami aksjomatycznymi, których różne interpretacje są możliwe. W ten sposób tradycyjny pogląd filozoficzny, który uważał wiedzę geometryczną za syntetyczną wiedzę a priorio naszym świecie, został zdecydowanie odrzucony (Murawski 2004, s. 582).

Także prace Richarda Dedekinda, Gottloba Fregego i Giuseppego Peana, pojawiające się w drugiej połowie XIX wieku, dotyczące liczb, „doprowadziły do przekształcenia matematyki, jeśli nie całego poglądu na świat” (Hodgkin 2005, s. 215). Przyniosły one bowiem skutek w postaci „crisis of foundations”, dotyczący sensowności i uzasadnienia podstawowych matematycznych bytów. Utraciły one uzasadnienie jako samoistne byty, które można było opisać, zdefiniować czy używać: „przedmioty matematyki nie były rzeczywistymi rzeczami samymi w sobie (jak myśli się o trójkącie, powiedzmy, lub liczbie »7«), ale zasadami, którym podlegały” (Hodgkin 2005, s. 216). To oznaczało zerwanie matematyki ze światem doświadczeń i zanurzenie się w rzeczywistości niemal dowolnych abstrakcyjnych konstrukcji. Morris Kline opisał wiele lat później tę sytuację jako „utratę prawdy”: „do 1900 roku matematyka oderwała się od rzeczywistości; najwyraźniej straciła pretensje do prawdy o przyrodzie i zaczęła poszukiwać koniecznych konsekwencji arbitralnie przyjętych aksjomatów o rzeczach, które nie posiadały immanentnego sensu” (Kline 1990, s. 1035). Matematyka, dotychczas postrzegana jako stabilna i zapewniająca stabilność światu konstrukcja, zamieniła się w balon pozbawiony uwięzi: równocześnie nieokiełznany, nieprzewidywalny i niebezpieczny.

Oczywiście spowodowało to kryzys, który wzbudził konieczność poszukiwania rozwiązań oraz stawiania fundamentalnych pytań i problemów dotyczących samej matematyki. W takich właśnie okolicznościach zrodziła się idea czysto konceptualnej maszyny, pełniącej rolę ważnego elementu rozumowania, a nie rzeczywistego przedmiotu, która później legnie u podstaw konstrukcji komputera. Została ona wymyślona przez Alana Mathisona Turinga, od którego nazwiska wzięła nazwę, i opisana w sławnym artykule On Computable Numbers, with an Application to the Entscheidungsproblem, napisanym w 1936 roku (Turing 1937). Maszyna ta służy do przedstawienia dynamiki postępowania ujętego w kolejne kroki, realizowane jako manipulacja arbitralnymi symbolami. Proste kroki, bo de facto sprowadzają się one wyłącznie do ich zapisywania i ścierania w pewnej określonej kolejności. Kroki realizujące się jako mechaniczna procedura, która posuwa się naprzód mocą przyjętych z góry prostych reguł warunkowych: rozpoznaj symbol i go usuń, zmień lub zostaw, a następnie przejdź do kolejnego. Maszyna ta, jednocześnie niezwykle pomysłowa, prosta i o ogromnych możliwościach kryjących się w interpretacji używanych przez nią symboli, jest podstawowym tematem wszystkich podręczników informatyki, wśród nich klasycznej, mającej wiele wydań książki Davida Harela Algorithmics. The Spirit of Computing (Harel 1987). Harel pisał w niej tak:

Maszyny Turinga potrafią rozwiązać każdy efektywnie rozwiązywalny problem algorytmiczny! Mówiąc inaczej, każdy problem algorytmiczny, dla którego możemy znaleźć algorytm dający się zaprogramować w pewnym – dowolnym języku, wykonujący się na pewnym dowolnym komputerze, nawet na takim, którego jeszcze nie zbudowano, ale można zbudować, i nawet na takim, który wymaga nieograniczonej ilości czasu i pamięci dla coraz większych danych, jest także rozwiązywalny przez maszynę Turinga (Harel i Feldman 2008, s. 240).

Swoją koncepcję Turing wymyślił w odpowiedzi na fundamentalne, matematyczne zadanie postawione przez wspomnianego wcześniej Hilberta. W swoim wykładzie na Drugim Międzynarodowym Kongresie Matematyków w Paryżu w 1900 roku Hilbert przedstawił słynny program składający się z dwudziestu trzech problemów pozostających do rozwiązania w obszarze matematyki. Program ten był „próbą uzasadnienia klasycznej (nieskończonej) matematyki i ocalenia jej integralności poprzez pokazanie, że jest bezpieczna” (Murawski 2010, s. 29). Jego zrealizowanie miało ustabilizować i uzasadnić matematyczne procedury i konstrukcje, a ściślej: zbudować jej podstawy oparte na ustalonych aksjomatach i regułach dowodzenia. Punkt dziesiąty tego programu, opisany dokładniej przez Hilberta w 1928 roku, sprowadzał się do pytania, które Penrose streścił następująco: „czy istnieje jakaś ogólna procedura mechaniczna, która w zasadzie pozwoliłaby nam po