Tragedia Gustloffa - Heinz Schön - ebook

Tragedia Gustloffa ebook

Heinz Schön

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 547

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowa podziękowaniazadedykowane członkom załóg okrętów i statków:

torpedowca T36,

pod dowództwem kapitana marynarki Robera Heringa, torpedowca Löwe,

pod dowództwem kapitana marynarki Paula Prüfego,

trałowca M387,

pod dowództwem porucznika marynarki Karla Brinkmanna,

trałowca M375,

pod dowództwme porucznika marynarki Watera Weichela,

trałowca M341,

pod dowództwem porucznika marynarki Harrego Rickmersa,

poławiacza torped TF19,

pod dowództwem porucznika marynarki Waltera Schicka,

parowca Göttingen,

pod dowództwem kapitana żeglugi wielkiej Friedricha Segelkena,

parowca Gotenland,

pod dowództwem kapitana żeglugi wielkiej Heinza Vollmersa,

kutra patrolowego Vpl703,

pod dowództwem kapitana marynarki Helmuta Henefelda,

którzy z narażeniem własnego życia uratowali w nocy z 30 na 31 stycznia 1945 roku w czasie tonięcia M/s Wilhelma Gustloffa życie 1252 osobom.

Poświęcam pamięci 5348 dzieci, kobiet i mężczyzn, którzy zginęli w Bałtyku wskutek zatonięcia motorowca Wilhelm Gustloff.

Heinz Schön

Słowo wstępne autora do wydania polskiego

HITLER - STALIN - POLSKA

GÜNTER GRASS, GUSTLOFF I JA

Statek propagandowy Hitlera Wilhelm Gustloff, oddany do użytkowania w marcu 1938 roku, największy statek bezklasowy na świecie, odbywał w czwartek 24 sierpnia 1939 roku swoją 50. podróż pod znakiem „Siła przez Radość”. Była to 5-dniowa wycieczka do fiordów norweskich. Tego dnia statek przybił do Sonjefjordu. Na pokładzie panowała wspaniała atmosfera: śpiewano, tańczono i bawiono się do północy. Godzinę później na mostku pojawił się oficer radiowy i wręczył kapitanowi Heinrichowi Ber-tramowi rozszyfrowany właśnie radiotelegram, zawierający umówione hasło. Kapitan bez słowa opuścił mostek i po chwili wrócił trzymając w ręku zalakowaną kopertę, którą otrzymał jeszcze w Hamburgu od pewnego oficera marynarki wojennej. Bertram rozerwał kopertę. Rzucił okiem na zawartą w niej informację i podał kartkę stojącemu obok pierwszemu oficerowi, który głośno przeczytał ostatnie, najważniejsze zdanie: „Natychmiast przerwać rejs i najkrótszą drogą wracać do Hamburga!” Spojrzenia oficerów spotkały się. „Wojna!” - powiedział kapitan.

PAKT HITLER-STALIN

Ani kapitan, ani pierwszy oficer nie przypuszczali przed dwoma dniami, 23 sierpnia 1939 roku, że w Moskwie zapadła decyzja odnośnie wojny i pokoju. Niemcy i ZSRR zawarły pakt o nieagresji. W imieniu Hitlera i Stalina umowę podpisali ministrowie spraw zagranicznych obu państw: Joachim von Ribbentrop oraz Wiaczesław Mołotow. Konsekwencje paktu zawartego między zajadłymi wrogami, jakimi byli Stalin i Hitler, były daleko idące i dotyczyły nie tylko Niemiec, lecz przede wszystkim Polski. Pakt oznaczał wkroczenie do Polski wojsk zarówno niemieckich, jak i rosyjskich. W tajemnym dodatkowym protokole strony wytyczyły granice swoich interesów i zadecydowały de facto o czwartym rozbiorze Polski z granicą wzdłuż linii Curzona.

Zgodnie z rozkazem statek KdF Wilhelm Gustloff wieczorem w dniu 26 sierpnia 1939 roku powrócił do Hamburga i zakotwiczył obok Cap Arcony. Po wyokrętowaniu pasażerów zwolniona została załoga kobieca. Mężczyzn zobowiązanych do służby wojskowej przekazano do Kriegsmarine. Na pokładzie pozostał kapitan, oficerowie pokładowi oraz kilku inżynierów.

Wszyscy członkowie załogi zdawali sobie tego dnia sprawę, że czasy wycieczek pod znakiem „Siły przez Radość” należą do przeszłości i że rozpoczęła się wojna.

W siedzibie Kriegsmarine w Hamburgu kapitan Bertram dowiedział się, że statek zostanie przebudowany na statek szpitalny i zostanie wdrożony do służby w Zatoce Gdańskiej.

NAPAŚĆ NA POLSKĘ

Schleswig-Holstein, niemiecki okręt kotwiczący w czasie kurtuazyjnej wizyty w Gdańsku, w dniu 1 września 1939 roku o godzinie 4.45 otworzył ogień na Westerplatte. Godzinę później wmaszerowały oddziały wojskowe, składające się z piechoty, czołgów oraz ciężkich dział, wspieranych przez stukasy - samoloty bombowe niemieckiej Luftwaffe. Rozpoczął się planowany atak na Polskę, który przerodził się w drugą wojnę światową.

Wolne hanzeatyckie miasto Gdańsk zostało zajęte w tym samym dniu i wcielone do Trzeciej Rzeszy. Przeważające siły umożliwiły szybkie posuwanie się oddziałów niemieckich zaborców. W dniu 14 września doszło do kapitulacji polskiego portu Gdynia, a już 27 września poddała się stolica Polski, Warszawa.

Niektóre polskie okręty wojenne, stacjonujące na wąskim, o długości około 36 kilometrów, Półwyspie Helskim, położonym w zachodniej części Zatoki Gdańskiej, zostały już w pierwszych dniach wojny zatopione przez niemiecką Luftwaffe. 17 września 1939 roku wycofało się polskie dowództwo floty, w skład którego wchodziło 80 oficerów, 2449 podoficerów wraz z załogą, 40 oficerów marynarki oraz 600 marynarzy z zatopionych okrętów. Mimo silnych ataków niemieckiego lotnictwa oraz ostrzału artylerii z powietrza i morza, Półwysep Helski bronił się do końca września. Dopiero w dniu 2 października 1939 roku została podpisana kapitulacja przez polskiego admirała Józefa Unruga.

Już 28 września 1939 roku niemiecko-radziecki pakt o nieagresji uzupełniony został o traktat „O granicach i przyjaźni”. Tym samym przestało istnieć państwo polskie. Według prawa międzynarodowego reprezentowane było przez rząd emigracyjny w Londynie.

FORSTER I „OKRĘG RZESZY GDAŃSK-PRUSY ZACHODNIE”

Zgodnie z rozporządzeniem Hitlera, w dniu 8 października 1939 roku, utworzono „Okręg Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie” (niem. „Reichsgau Danzig-Westpreußen”). W skład Okręgu wchodziło Wolne Miasto Gdańsk, dawna niemiecka prowincja w Prusach Zachodnich oraz Poznań i Bydgoszcz, jak również dotychczasowy okręg wschod-nio-pruski Kwidzyń. Okręg podlegał bezpośrednio administracji Rzeszy. Obejmował powierzchnię 26 056 kilometrów kwadratrowych i 2,3 min. mieszkańców. 26 października Hitler mianował 37-letniego Alberta Forstera gauleiterem nowo utworzonego okręgu.

Albert Forster, wierny zwolennik Führera, członek NSDAP oraz od 1923 roku bojówek SA, został powołany na stanowisko gauleitera Okręgu Gdańsk już 15 października 1930 roku. Natychmiast założył nazistowską gazetę „Danziger Vorposten”, 23 sierpnia 1933 roku został namiestnikiem Wolnego Miasta Gdańsk, a 1 września 1939 roku podpisał ustawę zawierającą ponowne przyłączenie Gdańska do Trzeciej Rzeszy. Równocześnie został szefem administracji cywilnej na obszarze Gdańsk i posiadał szerokie pełnomocnictwa. W 1940 roku Hitler uczynił go Komisarzem Rzeszy i odznaczył Krzyżem Zasługi I Klasy z Mieczami. W dniu 31 grudnia 1941 roku został mianowany SS Obergruppenfuhrerem. Pod koniec marca 1945 roku, zanim oddziały rosyjsko--polskie zajęły Gdańsk, wsiadł do małego parowca Neufahrwasser i udał na Półwysep Helski, by w dniu 10 kwietnia 1945 roku uciec przez Kilonię na teren Rzeszy. 28 maja 1945 roku został aresztowany przez Anglików i nastąpiła jego ekstradycja do Polski. Forster został skazany na karę śmierci przez Sąd Najwyższy PRL. Stracono go w Warszawie 28 lutego 1952 roku.

CIERPIENIA POLAKÓW I ŻYDÓW

Wraz z okupacją Polski rozpoczęła się gehenna polskiego narodu oraz ludności żydowskiej, skazanej na brutalną politykę okupacyjną Niemiec.

26 października 1939 roku utworzono Generalną Gubernię, w której skład wchodziły cztery jednostki administracyjne - dystrykty: Kraków, Radom, Warszawa i Lublin, później - 1 sierpnia 1941 roku do GG włączono również Lwów. Generalna Gubernia obejmowała obszar 142 tysiące kilometrów kwadratowych, który zamieszkiwało 12 milionów ludności. Hitler powołał na Gubernatora 39-letniego Hansa Franka, od 1923 roku członka NSDAP, z wykształcenia prawnika, piastującego w latach 1933/34 funkcję ministra sprawiedliwości w Bawarii oraz Komisarza Rzeszy do zglajszaltowania prawa w poszczególnych landach. W 1934 roku został Ministrem Rzeszy bez teki.

Generalny Gubernator Hans Frank zamieszkiwał na Wawelu w Krakowie i czuł się jak „król Polski bez korony”. Był znienawidzony przez ludność za brutalne prześladowanie inteligencji polskiej oraz ograbianie terenów, na których panował. Hans Frank skierował ponad milion robotników przymusowych do przemysłu zbrojeniowego. Z Generalnej Guberni uczynił miejsce przyjęcia 1,2 miliona Polaków, wypędzonych z polskich terenów Gdańska-Prus Zachodnich i Kraju Warty. W związku z prześladowaniem Żydów SS tworzyła na tych terenach getta i obozy zagłady.

Niemiecka okupacja w Generalnej Guberni była uważana za najbardziej okrutną, na jaką stać było brunatny terror. Mimo to Polacy utworzyli Armię Krajową. Nienawiść do niemieckiego okupanta znalazła ujście jesienią 1944 roku w Powstaniu Warszawskim, które zostało krwawo stłumione wskutek odmowy pomocy ze strony Armii Czerwonej.

W 1942 roku można było zauważyć zmianę w mowach, jakie Frank wygłaszał na temat przywrócenia praworządności państwa na uniwersytetach niemieckich. Wydalono go z partii, lecz nadal pozostał Gubernatorem, nie zmieniając swojego stylu rządzenia.

Bilans panowania Franka jest przerażający: w Generalnej Guberni w okresie II wojny światowej zamordowano prawie 3 miliony polskich Żydów i Polaków.

Już 17 stycznia 1945 roku Hans Frank uciekł z Krakowa do Niemiec Zachodnich. Wojsko amerykańskie aresztowało go 6 maja 1945 roku w miejscowości Bad Aibing. Jako jedyny z 21 oskarżonych w procesie norymberskim Frank przyznał się do winy zawartej w akcie oskarżenia i uznał się odpowiedzialnym za popełnione czyny. Podczas pobytu w norymberskim więzieniu zmienił wyznanie na katolickie. Starannie prowadzone przez niego 37 dzienników, które oddał do dyspozycji sądu, były podstawą wymierzenia kary śmierci. Stracony został 1 października 1946 roku. Wspomnienia Hansa Franka „Im Angesicht des Galgens” (Blisko szubienicy) wydano po jego śmierci w 1953 roku.

GDYNIA - GOTENHAFEN I GUSTLOFF

Polskie miasto portowe Gdynia, zajęte 14 września 1939 roku przez oddziały niemieckie, już po kilku dniach przemianowane na Gotenhafen, stało się w krótkim czasie portem wojennym niemieckiej Kriegsmarine. Ludność polska została „przesiedlona”, aby zrobić miejsce dla niemieckich rodzin wojskowych, głównie z marynarki wojennej. Duże statki pasażerskie, które nie zostały przebudowane na statki szpitalne, kierowano do obu portów w Zatoce Gdańskiej - Gdańska i Gotenhafen oraz Piławy w Prusach Wschodnich, gdzie pełniły funkcję „pływających koszar” i statków szkoleniowych.

Statek KdF Wilhelm Gustloff przebudowany w okresie 9-22 września 1939 roku na statek szpitalny, opuścił Hamburg w dniu 27 września. Celem rejsu był Gdańsk-Nowy Port. Po przybyciu przyjął najpierw na pokład 685 polskich oraz 10 niemieckich rannych żołnierzy, których przetransportował do Rendsburga i przekazał do niemieckich szpitali wojskowych. Po powrocie do Gdańska Wilhelm Gustloff otrzymał zadanie specjalne - miał być „statkiem repatriantów”. Wraz z byłymi statkami organizacji „Siła przez Radość” - przebudowanymi na statki szpitalne: motorowcem Robert Ley oraz parowcami Stuttgart, Der Deutsche i Oceana - Gustloff odbywał rejsy do miejscowości Rewel (Tallin), by przewozić „do domu w Rzeszy” niemiecką ludność nadbałtycką. Repatrianci nie docierali jednakże do celu. Większość z nich stanowiła nowych osadników w Gotenhafen oraz w rejonie Gdańska. Spieszono się, by jak najszybciej zasiedlić umeblowane mieszkania, opuszczone przymusowo przez ludność polską.

Wilhelm Gustloff po wykonaniu „zadania specjalnego” spełniał funkcję statku szpitalnego dla rejonu Gdańska i stacjonował w Gdyni.

Naczelne Dowództwo Wehrmachtu w dniu 9 kwietnia podało przez radio specjalny komunikat: „W celu zapobieżenia brytyjskim napaściom na neutralność Danii i Norwegii, niemiecki Wehrmacht przejął militarną ochronę tych państw”. Faktycznie operacja „Ćwiczenia nad Wezerą” była drobiazgowo przygotowywana od dawna. Jako że zajęcie Norwegii związane było z działaniami bojowymi, a brakowało szpitali polo-wych, zarządzono użycie statków szpitalnych. 17 maja 1940 roku Gustloff przeniesiony został do Saßnitz, następnie do Oslo, by zabrać rannych żołnierzy do Kilonii. W okresie późniejszym skierowano statek do Szczecina, gdzie cumował spełniając funkcję „pływającego szpitala”. W październiku 1940 roku Gustloff ponownie udał się po rannych do Oslo, przywożąc ich do Świnoujścia. Przeznaczenie statku uległo zmianie 17 listopada - zostaje on w tym dniu zwolniony ze służby szpitalnej, odesłany do Gdyni-Oksywia, odgrywając od tej chwili rolę statku szkoleniowego i tendera 2. Dywizjonu Szkolnego U-Bootów (2. ULD). Kapitan Heinrich Bertram, nadal dowodzący statkiem, przypuszczał, że rozkaz jest na okres przejściowy i Gustloff wkrótce znowu wypłynie w morze. Jednakże na rozkaz następnego rejsu - ostatniego dla Gust-loffa trzeba było poczekać ponad cztery lata.

Gdy wieczorem 17 lutego 1944 roku, mając w kieszeni rozkaz Kriegsmarine, znalazłem się w miejscu cumowania Gustloffa przy oksywskiej kei i spoglądałem na wielkiego Gustloffa, byłem początkowo rozczarowany brudnoszarym pasem na jego kadłubie, gdyż nie przypominał w ogóle statku KdF. Wilhelm Gustloff spełniał teraz funkcję okrętu pomocniczego Kriegsmarine i wraz z wkroczeniem na jego pokład stałem się „półżołnierzem”. Byłem asystentem ochmistrza i nie podlegałem Kriegsmarine, lecz marynarce handlowej, należąc do tzw. oddziału pomocniczego Wehrmachtu. Posiadałem wprawdzie książeczkę wojskową, chociaż nie przysługiwał mi żołd. Moim najważniejszym dokumentem była jednak książeczka żeglarska. Mój bezpośredni przełożony, starszy ochmistrz Peter Martin Jensen, był człowiekiem z bogatym doświadczeniem; wcześniej pływał jako pierwszy oficer. Zameldowałem się na pokładzie i wkrótce potem zostałem przedstawiony kapitanowi Heinrichowi Bertramowi.

Tego dnia miałem 17 lat i osiem miesięcy. Nie przypuszczałem, że Wilhelm Gustloff wypełni moje życie do późnej starości. Wiedziałem wtedy już dużo na temat Gustloffa i jego rejsów przedwojennych pod znakiem KdF oraz o jego roli statku szpitalnego w czasie wojny. Nie miałem natomiast żadnych wiadomości o mieście, w którym się znalazłem ani o losie Polaków zamieszkujących miasto, gdy nosiło ono jeszcze nazwę Gdynia. Dopiero po wojnie, gdy przez dziesiątki lat zajmowałem się historią Gustloffa, Niemieckiego Frontu Pracy (DAF) - odłamu NSDAP, II wojną światową oraz historią Polski, poznałem prawdę o ówczesnych zdarzeniach, zrozumiałem wiele spraw, które -jako przywódca Hitlerjugend - widziałem w całkiem innym świetle.

Od pierwszego dnia czułem się wspaniale na pokładzie Gustloffa. Kapitan, pierwszy oficer, starszy ochmistrz, starszy steward oraz większość członków załogi byli dla mnie „starymi wilkami”, bowiem młodszych przejęła Kriegsmarine już na początku wojny. Byłem zatem jednym z najmłodszych członków załogi cywilnej na pokładzie. Szybko przyzwyczaiłem się do życia pokładowego, moje obowiązki ochmistrza dawały mi dużo satysfakcji, poznałem wielu ludzi z Kriegsmarine. Z reguły mieliśmy 1500 uczestników szkolenia, których przygotowywano do służby w U-Bootach. Zakwaterowani w barakach w pobliżu Gustloffa marynarze oraz pomocniczy personel służby kobiet marynarki wojennej - Marinehelferinnen, stołowali się na pokładzie. Zadaniem ochmistrza było zabezpieczenie żywności.

W czasie wolnym starałem się poznać Gotenhafen i Gdańsk, dwa ogromnie różniące się od siebie miasta. Byłem zdziwiony, że w Gotenhafen - mieście, które dawniej nazywało się Gdynia - rzadko spotykałem Niemców; po niemiecku mówili tylko przybysze z terenów nadbałtyckich oraz rodziny marynarzy Kriegsmarine, szczególnie oficerów oraz podoficerów, pełniących służbę w koszarach oraz krewni z bombardowanych miast Rzeszy. Uważało się, że Gdynia i Gdańsk są bezpieczne i nie będą bombardowane, z wyjątkiem kilku ataków, których celem było zniszczenie urządzeń portowych i cumujących okrętów. Gdy zapytałem mojego szefa, starszego ochmistrza Jensena, o zamieszkujących kiedyś Gdynię Polaków, odpowiedział: „Nie wiem” i poradził mi, abym w przyszłości zaniechał zadawania podobnych pytań. Tak też uczyniłem.

Dziwił mnie fakt, że cała załoga „Ortsgruppe Gustloff” należała do NSDAP. Sam nie należałem do partii, byłem członkiem organizacji młodzieżowej Hitlerjugend. Na pokładzie mieszkał Ortsgruppenleiter, który miał własne biuro, kierownik polityczny, przywódczyni grupy kobiecej oraz inni funkcjonariusze partyjni, sprawujący honorowo swoje urzędy. Głównym zajęciem ortsgruppenleitera było prowadzenie pokładowej pralni. Chłopiec okrętowy oraz pomocnik w mesie oficerskiej, obydwaj młodsi ode mnie o rok, zostali przyjęci do sekcji żeglarskiej HJ w Gotenhafen.

30 STYCZNIA - FATALNY DZIEŃ DLA NIEMIECKIEGO NARODU

Latem 1944 roku kapitana Heinricha Bertrama zastąpił 63-letni Friedrich Petersen. Nikt na pokładzie nie sądził wówczas, że Wilhelm Gustloff jeszcze raz wypłynie. Sytuacja uległa zmianie, gdy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy 1944 roku w Zatoce Gdańskiej, w rejonie Nowego Portu oraz Gotenhafen zebrało się ponad tysiąc uciekinierów, gnanych strachem przed Armią Czerwoną, pochodzących głównie z Kłajpedy, z Prus Wschodnich i Zachodnich. Były to przede wszystkim kobiety, dzieci, starcy i osoby chore. Przyjechali z nadzieją na przetransportowanie drogą morską na zachód. Liczba uciekinierów zwiększała się z każdym dniem i istniało niebezpieczeństwo, że ludzie będą szturmować statki. Nie doszło do tego. 25 stycznia nadszedł rozkaz Naczelnego Dowództwa Kriegsmarine, wielkiego admirała Dónitza, przerzutu dywizjonów szkolnych U-Bootów wraz ze statkami do Szlezwiku-Holsztynu. Wolne miejsca na pokładach miały być zajęte przez matki z dziećmi. Rozkaz obowiązywał również Gustloffa. Dniem i nocą uchodźcy wchodzili na pokład. We wtorek, 30 stycznia zapadła decyzja o wypłynięciu Gustloffa. Przeładowany statek opuścił port w Gotenhafen. Czy dzień nieszczęśliwy dla Niemców - 30 stycznia, będzie również dniem nieszczęśliwym dla Gustloffa?

30 stycznia 1895 roku w szpitalu w Schwerinie przyszedł na świat chłopiec - Wilhelm Gustloff.

30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler wraz ze swoją partią NSDAP przejął władzę w Niemczech, został Kanclerzem Rzeszy. Jeden z jego honorowych gości przebywał od 1917 roku w szwajcarskim Davos, był przywódcą partyjnym NSDAP w tym mieście. Tego dnia Hitler mianował go landesgruppenleiterem NSDAP na terenie Szwajcarii i powierzył zadanie przygotowania przyłączenia niemieckojęzycznej Szwajcarii do Rzeszy. Tak się nie stało. W dniu 6 lutego 1936 roku Wilhelm Gustloff zostaje zastrzelony w swoim gabinecie przez żydowskiego studenta - Dawida Frankfurtera. W pogrzebie Wilhelma Gustloffa wzięła udział 35-tysięczna rzesza ludzi, Hitler wygłosił mowę żałobną i obiecał wdowie, że pierwszy statek, zbudowany dla KdF, będzie nosił imię Wilhelma Gustloffa.

30 stycznia 1943 roku armia niemiecka poniosła największą klęskę poczas II wojny światowej - w bitwie pod Stalingradem. Poległo 58 tysięcy żołnierzy, a ponad 200 tysięcy znalazło się w sowieckiej niewoli. Spośród nich tylko 6 tysięcy powróciło do ojczyzny. Przegrana bitwa o Stalingrad była nie tylko największą klęską, lecz oznaczała także punkt zwrotny na froncie wschodnim.

W roku 1945 kalendarz pokazywał znowu dzień 30 stycznia. Przepełniony ludźmi Wilhelm Gustloff znalazł się przed wyrzutnią torped sowieckiego okrętu podwodnego S-13, został storpedowany i zatonął w ciągu 62 minut w Bałtyku, na głębokości 42 metrów, przy temperaturze powietrza 18 stopni poniżej zera i silnym mroźnym wietrze: była to tragedia wojenna największej katastrofy morskiej.

Ocalało tylko 1239 osób - ja jestem jedną z nich.

Uratował mnie torpedowiec T56; opuściłem jego pokład w SaBnitz na wyspie Ru-gia i natychmiast zameldowałem się w siedzibie Kriegsmarine oraz mojej spółce żeglugowej. W połowie lutego 1945 otrzymałem nowy przydział jako asystent ochmistrza na statku parowym General San Martin, na którym odbyłem 11 rejsów po Bałtyku, których celem był przewóz uciekinierów i rannych z portów w Gdańsku-Nowym Porcie, Gdyni oraz redy portu helskiego. Podczas tych rejsów 22 razy przepływałem nad grobem Wilhelma Gustloffa. W pierwszych dniach maja 1945 roku zostałem internowany w Kopenhadze.

GUSTLOFF NIE POZOSTAWIŁ MNIE W SPOKOJU

Po zwolnieniu z internowania powróciłem na pokładzie parowca General San Martin z Kopenhagi do Hamburga. Znalazłem się w zupełnie nowej dla mnie sytuacji. Moja Spółka Żeglugowa Parowców Hamburg-Ameryka Południowa utraciła podczas wojny prawie całą flotę, jeden z ostatnich, do których należał General San Martin mu-siał zostać przekazany zwycięzcom. Do połowy lipca 1945 roku byłem zatrudniony w biurze centralnym Spółki, następnie zwolniony. Co dalej? Nie mogłem wrócić do mojego rodzinnego miasta Jauer na Dolnym Śląsku, należącego obecnie do Polski Jawora. Jeszcze podczas ostatnich tygodni stycznia 1945 roku rozmawiałem przez telefon z ojcem i dowiedziałem się, że miasto leży na linii frontu i moja matka wraz z siostrami uciekają na zachód. 55-letni ojciec, dwa razy ciężko ranny w czasie pierwszej wojny, powołany został na początku stycznia do Volkssturmu. Nie miałem żadnych krewnych na zachodzie. Z ubrań posiadałem jedynie rzeczy, które miałem na sobie. Reszta leżała na dnie Bałtyku, we wraku Gustloffa. Dzięki oszczędnościom mogłem przeżyć przez pewien czas. Z pomocą armatora udało mi się znaleźć lokum w zbombardowanym Hamburgu. Pracy nie miałem. Spędzałem czas na poszukiwaniach w Hamburgu i jego okolicach osób ocalałych z katastrofy Wilhelma Gustloffa. Odwiedziłem kapitana Friedricha Petersena, który podobnie jak pierwszy oficer Louis Reese przeżył katastrofę. Odnalazłem również głównego inżyniera Ericha Góringa, sternika Wilhelma Smeilusa oraz innych pasażerów Gustloffa. Z uwagi na to, że każdy z nas podczas ostatniego rejsu znajdował się w innym miejscu i przeżył inne sytuacje, uzyskałem wiele nowych informacji.

We wrześniu 1945 roku nawiązałem listowny kontakt z dalekim krewnym w Getyndze, rodowitym Hamburczykiem, który zaproponował mi zamieszkanie u jego rodziny. Był to dla mnie dar niebios. Kilka dni później znalazłem nową ojczyznę. W Zielone Świątki 1947 roku poślubiłem najmłodszą córkę moich gospodarzy, urodzoną podobnie jak ja w 1926 roku.

Od tego czasu odmieniało się powoli na lepsze. Brałem udział w wykładach na Akademii Administracji. 1 stycznia 1947 otrzymałem pracę w Dziale Kultury urzędu miasta Getyngi. Powierzono mi kierownictwo nowo powstałej szkoły ludowej. Zacząłem spisywać moje przeżycie na Gustloffie, szukałem dalszych kontaktów z ocalałymi. Zbierałem materiały dotyczące Gustloffa oraz ucieczki drogą morską.

Mój pierwszy reportaż na temat zatonięcia Gustloffa opublikowało w trzech częściach czasopismo „Heim und Welt” w 1949 roku. Po publikacji otrzymałem ponad 1500 listów od osób, które przeżyły w 1945 roku ucieczkę przez Bałtyk.

Listy te wykorzystałem do dalszych publikacji o zatonięciu Gustloffa oraz ucieczce przez morze w latach 1944/1945, które ukazywały się w 15 odcinkach na łamach „Heim und Welt” w latach 1950/51. Nadchodziły dalsze listy od czytelników, których było ponad tysiąc.

W roku 1952 wydawnictwo w Getyndze wydało mają książkę pod tytułem „Der Untergang der Wilhelm Gustloff - Tatsachenbericht eines Überlebenden”, która została wykorzystana przez amerykańsko-niemieckiego reżysera Franka Wisbara w latach 1958-1959 do nakręcenia filmu antywojennego „Nacht fiel über Gotenhafen” (Noc zapadła nad Gdynią). Brałem udział w pracach nad scenariuszem jako konsultant merytoryczny. W roku 1960 ukazało się wydanie kieszonkowe mojej pierwszej książki „Die letzte Fahrt der Wilhelm Gustloff'.

WSPÓŁPRACA Z OŚRODKIEM BADAŃ MORZA BAŁTYCKIEGO

Rok 1953 przyniósł zmiany w moim życiu zawodowym, zmieniłem również miejsce zamieszkania. Rada Miejska w westfalskim Herfordzie powierzyła mi funkcję dyrektora Działu Komunikacji Zagranicznej oraz kierownictwo nowo wybudowanego teatru miejskiego.

W roku 1965 przyjąłem urząd honorowy w utworzonej przez rząd federalny Ost-akademie Lüneburg, gdzie powstał ośrodek badań Bałtyku, kierowany przez kontradmirała Konrada Engelhardta, który w 1945 roku pracował jako szef transportu i brał udział w akcji „Ratunek przez morze”. W ciągu siedmiu lat - od momentu postania do rozwiązania w roku 1972 - byłem członkiem sześcioosobowego gremium i miałem okazję do zdobywania wiedzy z zakresu wydarzeń wojennych nad Bałtykiem oraz w portach od Kłajpedy do Flensburga.

W latach 1965-1982 skoncentrowałem się na pracy nad zbiorami materiałów, reportaży, dokumentów i fotografii, przeprowadzałem wywiady z ocalałymi, poszerzając moje „Archiwum Gustloffa”. Ponadto publikowałem w prasie relacje ocalałych oraz reportaże. Na życzenie jednego z wydawnictw w Stuttgarcie rozpocząłem prace nad materiałami zgromadzonymi w archiwum, by przygotować wydanie książki - dokumentu.

KSIĄŻKI PRZECIWKO WOJNIE I ZAPOMNIENIU

Jesienią 1983 roku ukazała się obszerna, 700-stronicowa dokumentacja „Ostsee 45 - Menschen, Schiffe, Schicksale”, zawierająca kilkaset ilustracji, którą opublikowało wydawnictwo „Motorbuch” w Stuttgarcie. Pomimo ceny detalicznej 78 DM - wówczas bardzo drogiej książki na rynku księgarskim - pierwsze wydanie rozeszło się w przeciągu 3 miesięcy. Książka doczekała się następnych pięciu wydań.

Po roku to samo wydawnictwo opublikowało fotoreportaż „Flucht über die Ostsee 1944/45 - im Bild - Die größte Rettungsaktion der Seegeschichte”, którego cena wynosiła 48 DM. I ten tytuł wznowiono sześć razy. Na początku 1985 roku ukazała się książka „Tragedia Gustloffa - relacja osoby ocalałej z największej katastrofy morskiej w czasie drugiej wojny światowej”, której szóste wydanie znajduje się obecnie w sprzedaży. Książkę przetłumaczono na język angielski i portugalski i wydano w Lizbonie oraz w języku hiszpańskim w Madrycie.

W latach 1997-2004 opublikowałem osiem innych dokumentacji: „Die Cap Arcona - Katastrophe”, „Die letzten Kriegstage - Osthafen 1945 - Von Memel bis Flensburg”, „Die Tragödie der Flüchtingsschiffe - gesunken in der Ostsee 1944-1945” oraz „Das

Geheimnis des Bernsteinzimmers”, ponieważ przypuszczano, że na Gustloffie znalazły się skrzynie zawierające części bursztynowej komnaty.

Wszystkie moje książki są książkami przeciwko wojnie oraz stanowią dokumentację pamięci jej ofiar. Powstały one w oparciu o dokumenty i zeznania świadków, których zbiór zawiera moje archiwum. Nie miałem dostępu do kontaktów i archiwum na terenach NRD i Polski, w tych krajach oraz w ZSRR była zabroniona sprzedaż moich tytułów.

Sytuacja zmieniła się radykalnie w latach 1989-1990.

ROZMOWY W LENINGRADZIE I KALININGRADZIE

Rozpad Związku Radzieckiego, koniec panowania komunistycznego w Polsce oraz zjednoczenie Niemiec otworzyły bramy na Wschód.

Już w grudniu 1989 roku otrzymałem zaproszenie na tygodniowy pobyt w Leningradzie. Zaproszenie nadeszło od Admirała Floty Bałtyckiej Samoijlowa, przewodniczącego rosyjskiego dziedzictwa kulturowego w Leningradzie. Wizyta odbyła się w lutym 1990 roku. Oprócz mnie zaproszono barona von Falz-Feina, zamieszkałego w Vaduz--Lichtenstein Rosjanina na emigracji, Maurice’a Philippa Remy’ego, protektora kultury rosyjskiej, producenta filmów dokumentalnych na temat bursztynowej komnaty, zainteresowanego przede wszystkim wizytą w Carskim Siole koło Leningradu.

Admirał, jego oficerowie, szef leningradzkiego muzeum marynistyki i współpracownicy oczekiwali ode mnie sprawozdania na temat ostatniego rejsu Gustloffa. Pragnęli uzyskać informacje, czy faktycznie skrzynie z bursztynową komnatą zostały załadowane na pokład i czy znajdują się we wraku statku na dnie morza. Wieczorem trzeciego dnia pobytu odbyło się przyjęcie u admirała, na które zaproszono oficerów sztabowych oraz towarzyszące im damy, jak również przedstawicieli prasy i telewizji. Wśród zaproszonych znajdował się też mieszkający w Leningradzie były inżynier sowieckiego okrętu podwodnego S-13, Wladimir Kowalenko, który relacjonował przebieg ataku okrętu podwodnego S-13 na Gustloffa. Następnie ja referowałem o ostatnim rejsie Gustloffa, o storpedowaniu statku i akcji ratunkowej. Podczas szczerych rozmów mogłem zrewidować rozpowszechnioną w Związku Radzieckim informację jakoby na pokładzie Gustloffa znajdowali się wyłącznie żołnierze, przywódcy SS oraz funkcjonariusze partyjni. Ponadto wyjaśniłem, iż przeprowadzone badania nie potwierdziły faktu załadunku skrzyń z bursztynową komnatą na pokład Gustloffa przed jego rejsem w Gdyni i nie mogą znajdować się we wraku statku.

Wizyta w Leningradzie była dla mnie owocna, gdyż uzyskałem wiele ważnych informacji o katastrofie Wilhelma Gustloffa oraz poznałem zdarzenia ukazane z punktu widzenia Rosji. Dowiedziałem się, że bosman okrętu podwodnego S-13, który wystrzelił torpedy w kadłub Gustloffa, nadal żyje i mieszka w pobliżu Leningradu.

W roku 1991 zaproszono mnie na dwutygodniową wizytę do Komitetu Marinesko w Kaliningradzie. Chętnie skorzystałem z zaproszenia. Podczas pobytu w Rosji mogłem mieszkać w mieszkaniu kapitana Sława Aggewa, tłumacza z Leningradu. W ten sposób miałem możliwość poznania życia codziennego w Rosji. W czasie pobytu miałem okazję do uczestniczenia nie tylko w posiedzeniach komitetu oraz dyskusji z jego członkami, lecz również w posiedzeniu Związku Pisarzy Związku Radzieckiego. Przy nawiązaniu kontaktów pomocą służył redaktor naczelny gazety „Prawda” w Królewcu, redaktor czasopisma marynarki „Majak”, dyrektor muzeum marynistycznego w Królewcu, kapitan żeglugi Heinrich Weprilow oraz autor książki „Czyn bohaterski okrętu podwodnego S-13” - kapitan żeglugi Viktor Gemanow. Punktem kulminacyjnym pobytu była wizyta w Wyższej Szkole Marynarki, z którą od dłuższego czasu utrzymywałem listowny kontakt. Po mojej prelekcji na temat ostatniego rejsu Gustlof-fa otrzymałem ku mojemu zaskoczeniu Dyplom Honorowego Członka Wyższej Szkoły Marynarki z rąk rektora profesora dra Pimoshenko; mowę pochwalną wygłosił kapitan żeglugi Igor Romanenko.

Przez następne lata odbywałem corocznie podróż do Kaliningradu na obchody dni pamięci, wymiany informacji oraz służące pogłębieniu przyjaźni między Lenigra-dem, przemianowanym na St. Petersburg oraz Carskim Siołem, w którym znajdowała się bursztynowa komnata.

WRAK GUSTLOFFA OBIEKTEM ZAINTERESOWANIA NURKÓW

W roku 1963 urzędy w Gdyni zajmowały się problemem, czyjest możliwe podniesienie wraku Wilhelma Gustloffa, który zatonął 12 mil od Ustki i leżał na dnie Bałtyku. Aby otrzymać odpowiedź na to pytanie, urząd w Gdyni zlecił czternastodniową inspekcję wraku przez służby ratownicze statków. Inspekcja wykazała, że wrak osiadł na głębokości 42 metrów, w wielu miejscach nastąpiło pęknięcie i nie jest możliwe jego podniesienie. Na podstawie obserwacji uszkodzeń powstało przypuszczenie, że wrak został uprzednio badany przez rosyjskich lub szwedzkich nurków.

Po 28 latach, w sierpniu 1991 roku, miałem okazję do osobistego udziału w charakterze obserwatora w dwunastodniowej ekspedycji niemieckiej, badającej wrak Gustlof-fa. Ekspedycja została zorganizowana z inicjatywy i pod kierownictwem nurka sportowego Ulricha Restemeyera (Paderborn) i wykorzystano jego statek Michael Glinka (Wismar). Wynik: wrak to kupa gruzu - splądrowany grób. W roku 1992 zorganizowano następną ekspedycję, trwającą 10 dni, zorganizowaną przez marynarkę RFN, w której wziął udział statek ATS Langeoog. Kierownikiem ekspedycji był doktor biologii morza Willi Kramer. I w tej wyprawie uczestniczyłem jako obserwator. Jej wyniki były zgodne z wynikami poprzedniej ekspedycji.

Gdy dowiedziałem się, że najwięcej wiadomości o wraku Gustloffa posiada inż. Jerzy Janczukowicz, należący do klubu płetwonurków „Rekin”, zaprosiłem go do Bad Salzuflen. Rozmowy z nim utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest on najlepiej poinformowanym ekspertem międzynarodowym wraka Gustloffa. Z jego opowiadań wynika, że wrak badał osobiście ponad dwadzieścia razy w ciągu ostatnich dziesiątek lat, był kierownikiem wielu ekspedycji, o których mnie szczegółowo informował. Jerzy Janczukowicz potwierdził moje przypuszczenia, że wielu nurków miało nadzieję odnalezienia we wraku Gustloffa skrzyń z bursztynową komnatą, szczególnie w czasie „wypraw po złoto Bałtyku”.

PODANIE RĘKI BYŁEMU WROGOWI

Latem 1992 roku odwiedził mnie dr Peter Sandmeyer z Hamburga z magazynu „Stern”. Pewien podwodny fotograf zaproponował „Sternowi” publikację zdjęć wraka

Gustloffa, natomiast doktorowi Sandmeyerowi powierzono napisanie artykułu na temat statku. Podczas rozmowy z nim przypomniałem sobie, że żyje bosman okrętu podwodnego S-13, który storpedował Gustloffa i mieszka w pobliżu St. Petersburga. Postanowiliśmy odszukać tego człowieka i przeprowadzić z nim rozmowę. Nie było łatwe ustalenie jego nazwiska i miejsca zamieszkania: Wladimir Kuroczkin, wiek 78 lat, mieszkał w prostej chacie w małej wiosce na północny zachód od St. Petersburga. Były bosman i zawodowy żołnierz był bardzo zaskoczony odwiedzinami jednego z ocalałych pasażerów Gustloffa. Podczas wielogodzinnej rozmowy, którą prowadziliśmy za pośrednictwem przydzielonego nam przez ambasadę tłumacza, nie udało mi się go przekonać, że na pokładzie storpedowanego statku znajdowało się wiele tysięcy uciekinierów, kobiet i dzieci. Upierał się przy swoim: „Tylko faszyści, tylko faszyści!”

Po trzech miesiącach odwiedziłem ponownie Władimira Kuroczkina. Tym razem towarzyszyła mi ekipa telewizyjna z WDR. Przyjął mnie nieco zaskoczony, ale przywitał jak dobrego przyjaciela. Przemyślał moje informacje na temat znajdujących się na Gustloffie kobiet i dzieci. Pożegnał nas słowami: „Wojna to okropna rzecz. Trzeba znaleźć inną drogę na rozwiązywanie problemów na świecie!”

Spotkanie z bosmanem utrwalono w 30-minutowym dokumencie, nadanym przez program WDR, pod tytułem: „Heinz Schön i tragedia Wilhelma Gustloffa'

NAJWIĘKSZA KATASTROFA MORSKA NA ŚWIECIE

30 stycznia 1997 roku wygłaszałem prelekcję we Fryburgu dla słuchaczy zainteresowanych historią współczesną na temat zatonięcia Wilhelma Gustloffa. Po prelekcji podszedł do mnie jeden ze słuchaczy i oznajmił: „To ja uratowałem pana i wciągnąłem na moją tratwę!” Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Dalsza rozmowa potwierdziła, że faktycznie to on uratował mi życie. Profesor doktor medycyny Werner Schoop, wówczas sanitariusz w stopniu chorążego na Gustloffie. Po wojnie przez 20 lat prowadził badania w USA i zapomniał o Gustloffie. Zainteresowała go zamieszczona w prasie zapowiedź mojej prelekcji. Umówiliśmy się na następny dzień. W rozmowie dowiedziałem się, że jego kolega dr Waldemar Terres, również sanitariusz, jako ostatni pełnił służbę podczas okrętowania pasażerów na pokład Gustloffa i nadzorował liczenie uciekinierów, które zakończono 29 stycznia 1945 o godzinie 17.

Trzy dni później siedziałem na tarasie u doktora Terresa w jego mieszkaniu w Saarland, w towarzystwie jego kolegi. Sanitariusz w stanie spoczynku oświadczył: „W dniu 29 stycznia o godzinie 17 zaprzestano liczenia uciekinierów wchodzących na pokład. Ostatnią zapisaną liczbą było 7956. Ręczę, że nie ma mowy o pomyłce!”

Dla mnie była to wiadomość szokująca. Na liście pasażerów Gustloffa widniała liczba 4947 uciekinierów, 918 żołnierzy 2. Dywizjonu Szkolnego, 173 członków załogi cywilnej, 162 rannych oraz 373 junaczek, co stanowiło ogólną liczbę 6000 pasażerów. Tę liczbę podawałem w moich dotychczasowych publikacjach, teraz nadeszła pora, by ją skorygować. Nowe wyliczenie jest następujące: Oficer pełniący służbę podczas okrętowania pasażerów stwierdza, że o godzinie 17 w dniu 29 stycznia było 7956 uciekinierów. Po godzinie siedemnastej, w nocy i przez cały ranek pasażerowie wchodzili na pokład i trzeba zakładać, że przyjęto następnych 500 uchodźców. W godzinach południowych w dniu 30 stycznia w Gdyni-Oksywiu podpłynął do Gustloffa, którego holowniki wyprowadzały już na pełne morze, przepełniony uciekinierami mały parowiec Reval i przyjęto kolejnych 500 uciekinierów. Zatem liczba uciekinierów na Gustlof-fie z całą pewnością wynosiła przynajmniej 8956, gdy statek wypływał w swój ostatni rejs.

Do tej liczby doliczyć należy wymienionych na imiennej liście 918 oficerów, podoficerów oraz załogę 2. Dywizjonu Szkolnego ULD, 373 junaczki, 172 członków załogi oraz 162 ciężko rannych żołnierzy. Całkowita liczba pasażerów wynosiła 10 582 osoby, spośród których katastrofę przeżyło 1239 osób. Wśród 9343 ofiar znajdowało się przypuszczalnie 5000 dzieci, gdyż początkowo na pokład Gustloffa przyjmowano wyłącznie matki z trojgiem dzieci. Większość ofiar stanowili uciekinierzy. Z liczby ogólnej uciekinierów katastrofę przeżyło 417 osób. Pod względem liczby ofiar zatonięcie Wilhelma Gustloffa stanowi z całą pewnością największą katastrofę morską w historii.

GÜNTER GRASS I WILHELM GUSTLOFF

W porównaniu z rozpowszechnioną na świecie i powszechnie znaną katastrofą szybkiego statku parowego Titanic (pojemność 46 000 BRT), który 15 kwietnia 1912 roku zderzył się z górą lodową i zatonął, a katastrofa ta była z pewnością największą w czasie pokoju, tragedia z czasów wojny, która wydarzyła się 30 stycznia 1945 roku wskutek storpedowania i zatopienia Wilhelma Gustloffa (pojemność 25 484 BRT) była do 2002 roku prawie nieznana. Sytuacja uległa zmianie wraz z ukazaniem się noweli laureata nagrody Nobla, Güntera Grassa, pod tytułem „Idąc rakiem”.

Centralne miejsce w powieści Güntera Grassa zajmuje historia zatonięcia statku z uciekinierami Wilhelm Gustloff Źródłem informacji autora była moja dokumentacja „Tragedia Gustloffa - relacja osoby ocalałej z największej katastrofy morskiej w czasie drugiej wojny światowej” oraz „SOS Wilhelm Gustloff - Die größte Schiffkatastrophe der Geschichte”. Günter Grass wymienia w niej moje nazwisko, pisząc o mnie m.in.:

„Pisano o tym. Ale szczegółowo i z czasowego dystansu zajął się tym jedynie Heinz Schön. Wykorzystał, tak jak ja to czynię, furę gazetowych relacji z tamtych czasów. Jego los, tak jak mój, jest złączony z nieszczęsnym statkiem. Ledwo na rok przyszedł na Gustloffa jako asystent płatnika. Właściwie to Heinz Schön przeszedłszy pomyślnie przez sito morskiej Hitlerjugend chciał się dostać do Kriegsmarine, ale ze względu na wadę wzroku musiał zamustrować się w marynarce handlowej. Jako że przeżył zatonięcie jednostki będącej statkiem pasażerskim KdF, potem okrętem szpitalnym, następnie pływającymi koszarami i na koniec transportowcem przewożącym uchodźców, zaczął po wojnie zbierać i spisywać wszystko, co dotyczyło Gustloffa w dobrych i złych czasach. Znał tylko ten jeden temat, albo jedynie ten temat zawładnął nim.

Toteż jestem pewien: matka od początku byłaby rada Heinzowi Schönowi. Ale jego książki, które na Zachodzie znalazły wydawcę, były w NRD niepożądane. Kto czytał jego relacje, nabierał wody w usta. Czy po tej, czy po tamtej stronie informacje Schöna nie miały wzięcia. Nawet gdy pod koniec lat pięćdziesiątych z jego udziałem jako konsultanta nakręcono film - »Noc zapadła nad Gdynią« - echo było umiarkowane. Co prawda całkiem niedawno nadali w telewizji program dokumentalny, ale wciąż jeszcze jest tak, jak gdyby nic nie mogło przebić Titanica, jak gdyby statek Wilhelm Gustloff nigdy nie istniał, jak gdyby brakowało miejsca na jeszcze jedno nieszczęście, jak gdyby wolno było wspominać tylko tamte, nie te ofiary.

Aleja też nabrałem wody w usta, trzymałem się z daleka, nie udzielałem się, musia-łem się dopiero znaleźć pod presją. I jeśli teraz, jako ktoś, kto również przeżył, czuję się odrobinę bliski Heinzowi Schönowi, to tylko dlatego, że mogę korzystać z jego obsesji. On odnotował wszystko: liczbę kabin, olbrzymie ilości prowiantu na drogę, wielkość pokładu słonecznego w metrach kwadratowych, liczbę kompletnych i na koniec zdekompletowanych łodzi ratunkowych, a wreszcie - rosnącą z każdym książkowym wydaniem - liczbę zabitych i ocalonych.

Jego trud gromadzenia faktów długo pozostawał w cieniu, ale ostatnio Heinza Schöna, który jest o rok starszy od matki i którego z uczuciem ulgi mógłbym wyobrazić sobie jako upragnionego ojca, coraz częściej cytuje się w Internecie.” (cytat wg tłumaczenia Sławomira Błauta - przyp. J. Z.).

Nowela Güntera Grassa „Idąc rakiem”, która ukazała się 30 stycznia 2002 roku, została przetłumaczona na 25 języków, również na język polski, sprzedawana jest w ponad 30 krajach, stała się światowym bestsellerem. Najważniejsze jednak jest to, że nowela Grassa zwróciła uwagę świata na katastrofę statku z uciekinierami i wzbudziła zainteresowanie jego losem.

Dlatego serdecznie dziękuję Wydawcy - Panu Aleksandrowi Szablińskiemu - za decyzję oddania do przetłumaczenia i opublikowania mojej dokumentacji „Tragedia Gustloffa - relacja osoby ocalałej z największej katastrofy morskiej w czasie drugiej wojny światowej”. Jestem przekonany, iż książka spotka się z zainteresowaniem w Polsce, choćby ze względu na to, że Gustloff przez cztery lata cumował w polskim porcie Gdynia.

W książce przedstawiam losy statku Wilhelm Gustloff z osobistego punktu widzenia osoby ocalałej oraz jako kronikarz: statek noszący imię nazistowskiego działacza partyjnego, zbudowany i wykorzystywany dla celów propagandowych, który odbył dziewiczą podróż w dniu rocznicy urodzin Hitlera, 20 kwietnia 1938 roku. Co tak wspaniale rozpoczęło się podczas wycieczek na Maderę i do norweskich fiordów, skończyło się paniką i śmiertelnym strachem na dnie morza w zimową, szturmową noc.

Wydarzenia opisane w książce są symbolem czasu, którego początek miał miejsce 30 stycznia 1933 roku, a koniec nastąpił 30 stycznia 1945 roku, gdy Gustloffa pochłonęły fale Bałtyku.

Zatonięcie statku Wilhelm Gustloff świadczy o tym, iż nowoczesna wojna nie jest już sprawą męską, lecz jest piekłem dla niewinnych kobiet i dzieci, które stanowiły większość z ponaddziwięciotysięcznej liczby ofiar tragedii Gustloffa.

Dlatego moim życzeniem jest, aby moja książka, którą napisałem jako protest przeciwko wojnie, była ostrzeżeniem przed gwałtem, dyktaturą oraz prześladowaniem. Chciałbym również, aby znalazła w Polsce wielu czytelników, przede wszystkim ludzi młodych.

Bad Salzuflen, 1 października 2006 r.                                     Heinz Schön

Autor zwraca się z prośbą o nadsyłanie uwag uzupełniających, krytycznych oraz pozytywnych na adres:

Heinz Schön,

D-32107 Bad Salzuflen, Auf dem Sepp 19,

fax: 00495222-73920 Schön

Przedmowa

Friedricha Petersena- ostatniego kapitana motorowca M/s Wilhelm Gustloff, do pierwszego wydania książki Heinza Schöna w roku 1951

Sześć tysięcy osób dotknęła w mroźną noc katastrofa statku, której potworność należy do wyjątkowych w historii świata.

Czytelnicy tej książki mają wrażenie, że przeżyli ją osobiście. Heinz Schön przedstawia w sposób fascynujący rozpaczliwą walkę sześciu tysięcy osób o życie: krzyki, płacz, śmierć, lecz również gotowość do niesienia pomocy i ofiarne czyny dzielnych marynarzy niemieckich.

Wstrząsająco i dobitnie, rzeczowo i obiektywnie, zgodnie z prawdą i bez żadnej przesady autor opisuje katastrofę, która nigdy nie pójdzie w zapomnienie.

Ta książka jest czymś więcej niż relacją faktów - to zaszczytny pomnik pamięci pięciu tysięcy zmarłych w jednej z największych katastrof wszech czasów; jest wyrazem wdzięczności dla ratowników - ludzi morza, którzy zdołali wyrwać śmierci tysiąc istnień ludzkich, jest częścią historii morza, ważnym rozdziałem czarnej plamy w historii Niemiec, z której naukę powinien wyciągnąć cały świat.

Dziś buduje się na całym świecie nowe statki i dorasta nowa generacja.

Niechaj zaoszczędzone jej będzie podobne cierpienie!

Friedrich Petersen

kapitan M/s Wilhelm Gustloff

Przedmowa autora do piątej edycji

Tragedia Gustloffa pochłonęła 9343 ofiary

Po ukazaniu się - w 1984 roku - pierwszego wydania, oraz po trzech kolejnych edycjach dokumentacji „Tragedia Gustloffa - relacja ocalonego”, w ciągu 14 lat pisały do mnie inne uratowane z katastrofy osoby oraz rodziny marynarzy, stacjonujących w Gdyni-Oksywiu i uczestniczących w ostatnich dniach stycznia 1945 roku przy okrętowaniu uciekinierów na Wilhelma Gustloffa. Moi korespondenci wyrażali wątpliwości odnośnie do wymienionej w dokumentacji liczby 5 tysięcy uchodźców na pokładzie.

Naoczni - zatrudnieni przy ich okrętowaniu - świadkowie sądzą, że przyjęto 8 tysięcy uciekinierów, gdy Wilhelm Gustloff szykował się 30 stycznia 1945 w swoją ostatnią podróż.

Wątpliwości te wynikały z faktu, że na pokładach statków mniejszych od Gustloffa, np. parowcu Deutschland, było około 12 tysięcy pasażerów, a na Cap Arconie 13 tysięcy.

Różnica podczas okrętowania na poszczególne statki polegała na tym, że na Gus-tloffie prowadzono imienną listę przyjmowanych pasażerów, na pozostałych zaś statkach liczono wchodzących na pokład.

Publikując liczby, opierałem się na otrzymanej - prawie kompletnej - liście pasażerów, zawierającej nazwiska 4974 uciekinierów.

Wraz ze znajdującymi się na pokładzie żołnierzami, podoficerami i oficerami Kriegsmarine (Niemiecka Marynarka Wojenna) 2. Dywizjonu Szkolnego U-Bootów - ULD (Unterseeboots-Lehrdivision) oraz junaczkami - 343 Marinehelferinnen (Pomocniczy Personel Służby Kobiet Marynarki), rannymi i załogą cywilną, na statku mogło znajdować się w momencie wyjścia w morze 6 tysięcy osób.

Informacje o zupełnie nowym rozmiarze katastrofy Gustloffa otrzymałem dopiero na początku 1997 roku. Nawiązałem przypadkowo kontakt z doktorem Waldemarem Terresem, ostatnim oficerem, wówczas starszym chorążym służby sanitarnej marynarki, zatrudnionym przy okrętowaniu pasażerów, odpowiedzialnym za rejestrację. Podczas utrwalonej na taśmie wideo osobistej rozmowy przysiągł - stanowczo wykluczając pomyłkę - że na podstawie jego wiedzy i przechowywanych przez wiele lat po wojnie notatek, do późnego popołudnia 29 stycznia 1945 roku do godziny 17.00 przyjęto 7956 uciekinierów. Biorąc pod uwagę fakt, że okrętowanie kontynuowano po godz. 17.00 przez całą noc i następnego dnia przed południem, aż do chwili wyjścia statku, na pokładzie znajdowało się 8956 uciekinierów. Liczba ta obejmuje również 500 uciekinierów z Piławy, którzy przybyli małym parowcem Reval. Łącznie z przebywającymi na pokładzie żołnierzami marynarki (według zestawień stanu osobowego - 1616 osób) oraz rannymi i członkami załogi na statku znajdowało się 10482 pasażerów. Z liczby 1252 uratowanych przez 9 statków rozbitków 13 osób zmarło po akcji ratunkowej. Oznacza to, że zatonięcie Gustloffa pociągnęło za sobą 9343 ofiary.

Jeszcze nigdy, odkąd statki pływają po morzach, nie zginęło w jednej katastrofie morskiej tyle istnień ludzkich. Zatonięcie Gustloffa musi być traktowane jako największa tragedia w historii katastrof morskich.

Czynione starania w celu wyjaśnienia, dlaczego listy pasażerów Gustloffa obejmowały tylko 4974 uciekinierów, zostały uwieńczone sukcesem. Odnaleziono byłą juna-czkę, zatrudnioną bezpośrednio przy rejestracji. Z uwagi na to, że osoba ta zaraz po wojnie wyjechała do USA i wróciła do Europy przed paroma laty, dopiero niedawno nawiązano z nią kontakt. Jej wyjaśnienia, cytowane we fragmencie poniżej, nagrane zostały również na taśmę wideo. Eva Rotschild-Dorn wyjaśnia między innymi:

„Od rozpoczęcia okrętowania do godzin przedpołudniowych 30 stycznia 1945 roku stałam na pokładzie, przez który uciekinierzy przechodzili na statek.

Do popołudnia 29 stycznia 1945 roku wszyscy byli rejestrowani i notowano ich nazwiska w brulionach. Pracowałyśmy na zmiany z trzema lub czterema innymi ju-naczkami. Po południu 29 stycznia nasze bruliony były zapisane, a nowych nie było. Dlatego następnych pasażerów nie rejestrowano imiennie. Żołnierze liczyli ich przy wejściu. Szacuję, że w ten sposób weszło na statek przeszło dwa tysiące osób”.

Dalsze dochodzenie w sprawie niekompletności list pasażerów wykazało, że zapisane bruliony trafiały do kancelarii, gdzie nazwiska wpisywano w porządku alfabetycznym na listę pasażerów. Było to konieczne, by można było udzielać informacji uciekinierom o krewnych i znajomych. Uporządkowanie alfabetyczne nazwisk było bardzo czasochłonne. Maszynistki, mimo pracy bez przerwy, nie zdołały zakończyć list.

Należy przyjąć, że listy, które w wielu kopiach przekazano wieczorem 29 stycznia 1945 roku na ląd, do sztabu 2. Dywizjonu Szkolnego U-Bootów w Gdańsku-Gdyni, Niemieckiego Czerwonego Krzyża i innych jednostek, zawierały tylko nazwiska osób zaokrętowanych w ciągu pierwszych dwóch dni przyjmowania na pokład.

Dowództwo statku nie znało prawdopodobnie rzeczywistej liczby pasażerów. Dowodzi tego fakt, że kapitan Friedrich Petersen zaraz po wyjściu w morze, po uzgodnieniu z komandorem porucznikiem Wilhelmem Zahnem, szefem transportu wojskowego, polecił nadać radiotelegram, w którym wymieniona została liczba 6600.

Po upływie ponad 54 lat mamy więcej informacji o przerażającym rozmiarze katastrofy Gustloffa.

Z wyjątkiem nowej wstrząsającej liczby ofiar, relacja przedstawiona w 5. edycji książki jest aktualnym dokumentem.

Wydana w roku 1998 dokumentacja fotograficzna „SOS Wilhelm Gustloff - największa w historii katastrofa statku” pogłębia wiedzę o losie Wilhelma Gustloffa. Zawiera ona sprawozdanie ze spotkania z mechanikiem torpedowym sowieckiego okrętu podwodnego, który wieczorem 30 stycznia 1945 roku zatopił Gustloffa.

Niech ta edycja dokumentacji „Wilhelm Gustloff - relacja ocalonego”, wydana w 54. rocznicę zatopienia statku, wniesie swój wkład, by uchronić od zapomnienia ofiary Wilhelma Gustloffa - 9343 osoby, głównie uciekinierów, kobiety i dzieci.

Prolog

Wilhelm Gustloff - człowiek, morderstwo, męczennik

Czwartek, 30 stycznia 1936 roku. Zegar na dworcu w Davos pokazuje godzinę 17.17. Wjeżdża pociąg z Berna. Pomiędzy wysiadającymi jest młody człowiek - David Frankfurter, student medycyny. Wprowadza się do pokoju w hotelu Pod Lwem. Nie ma bagażu. Chce tylko przenocować.

Frankfurter przyjechał do Davos w określonym celu. Ma zamiar zastrzelić pewnego człowieka, którego nie zna i którego nawet nigdy nie widział. Człowiek ten nazywa się Wilhelm Gustloff i jest landesgruppenleiterem w Partii Nacjonalistycznej. Dla Davida Frankfurtera jest zastępcą Hitlera w Szwajcarii.

Siedząc na skraju łóżka, otwiera kupioną na dworcu gazetę. Jego wzrok pada na artykuł „Gustloff u Hitlera”. Z okazji rocznicy przejęcia władzy, dzisiaj - 30 stycznia, Gustloff udał się do Führera do Berlina i oczekuje się jego powrotu do Davos dopiero 4 lutego. Student kładzie się w ubraniu na łóżko, patrzy tępym wzrokiem na wybielony wapnem biały sufit i rozmyśla.

Mimo że ma dopiero 26 lat, jego przeszłość jest bogata. Urodził się w 1909 roku w Jugosławii jako najmłodszy syn rabina. W domu wychowują go surowo. Choruje od urodzenia. Cierpi na zapalenie okostnej. Jako sześciolatek przechodzi pierwszą operację; do 23 urodzin będzie ich sześć. Lekarze nie wróżą mu długiego życia. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, rozpoczyna w 1929 roku studia medyczne w Wiedniu, potem przenosi się do Lipska, Berlina i Frankfurtu.

W marcu 1933 roku, kilka tygodni po przejęciu władzy przez Adolfa Hitlera, wali mu się wszystko na głowę.

Niemcy dostały się w ręce partii zdecydowanej pozbawić praw naród żydowski, do którego on należy. Na wykładach, w klinice, w laboratorium, na klatce schodowej i w korytarzach - wszędzie spotyka się z wrogimi spojrzeniami. Na czarnej tablicy Uniwersytetu we Frankfurcie ogłoszono 12 tez. Między innymi: „żyd potrafi myśleć tylko po żydowsku. Gdy pisze po niemiecku, to kłamie. Żądamy, by dzieła żydów ukazywały się w języku hebrajskim. Język niemiecki jest tylko dla Niemców”.

Kilka dni później Frankfurtera i innych żydowskich kolegów obrzucono wyzwiskami. Tabliczka na jego miejscu w laboratorium została zabazgrana swastyką.

Dla młodego studenta rozpoczyna się okres cierpień. Pierwszego kwietnia, który został ogłoszony dniem bojkotu żydów, Frankfurter idzie ulicą we Frankfurcie. Na drzwiach

sklepów i wystawach przyklejone są jaskrawe plakaty: „Zdechnij, Żydzie - uwaga, niebezpieczeństwo dla życia”. David Frankfurter jest wstrząśnięty, czuje się osobiście dotknięty, wydaje mu się, że powróciło mroczne średniowiecze i zostały rozbudzone prastare, drzemiące instynkty mas. Na słupach ogłoszeniowych nawołuje się do walki z żydami:

„Pokaż żydom, że nie mogą bezkarnie plamić godności Niemiec!” Odchodzi przerażony, wraca na uniwersytet. Tam widzi stos, na którym studenci z wrzaskiem palą dzieła żydowskich autorów - nawet tych nieżyjących - utwory Heinego i Spinozy.

Kupuje w kiosku gazetę. Czyta o wyrzuconych z sądu we Wrocławiu sędziach i adwokatach pochodzenia żydowskiego, o członkach bojówek SA (Sturmabteilung), stawiających pieczątki na twarzach klientów sklepów żydowskich w Annabergu - „My, zdrajcy, kupujemy u żydów”.

Nienawiść obraca się również przeciwko bezbronnym - żydowscy niewidomi i niemi wyrzucani są z zakładów opieki. Zdarzenia ostatnich tygodni i miesięcy działają na studenta zatrważająco. Coraz częściej dochodzi do bezprawnych ingerencji w kręgu znajomych. Kupcy tracą sklepy, lekarze i adwokaci swoje praktyki, żydowskie rodziny są rozdzielane jak w czasie wojny. Frankfurter ucieka do Szwajcarii, goniony nienawiścią, pełen lęku, nękany chorobami. W Bernie podejmuje studia. Oddycha z ulgą. Znalazł się w wolnym kraju, nikt go nie poniża ani nie prześladuje z powodu rasy i wyznania, a gazety mogą pisać prawdę, nawet o krzywdach wyrządzanych jego narodowi na terenie hitlerowskich Niemiec.

David Frankfurter przeżywa wewnętrzną odmianę. Jego osłabiony organizm, dotychczas bezbronny wobec zadawanych mu cierpień, budzi się z depresji. Z każdym dniem rośnie jego współczucie dla ludzi dręczonych w Niemczech. Słabość zamienia się w chęć zemsty, w odwagę do działania. Straszne wieści napływają z Niemiec, a wewnętrzny protest studenta przeciwko zbrodniom reżimu Hitlera przybiera na sile. Frankfurter po raz pierwszy słyszy o Dachau. Uwięziono tam wielu jego znajomych. Według niemieckich urzędów są to aresztowania ze względu na bezpieczeństwo zatrzymanych, by chronić ich przed gniewem narodu. Frankfurter zna ten gniew, przeżywał go osobiście przez dziewięć miesięcy. Przypomina sobie brunatne koszule, marsze z obraźliwymi plakatami, zdemolowane żydowskie sklepy. Przeżycia wryły się w jego pamięć - jakby wszystko to wydarzyło się wczoraj.

Nazwy Dachau i Oranienburg mrożą u żydów krew w żyłach. Boją się, chociaż nie wiedzą i nie mają najmniejszego pojęcia, co czeka ich za kolczastym drutem.

David Frankfurter wie więcej. W szwajcarskich gazetach opublikowano pierwsze relacje o Żydach, którym powiodła się ucieczka z obozu. Pod wpływem czytania tych sprawozdań młody student coraz bardziej nienawidzi brunatnej potęgi.

Wydarzenia roku 1933 stanowią jednakże początek cierpień żydów w Niemczech. Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, pogłębiają się represje. Gniew narodu niemieckiego przekształca się w chęć zagłady. Nazistowska gazeta „Der Stürmer” oraz gazeta Niemieckiego Frontu Pracy „Arbeitsfront”, prasa NSDAP oraz innych organizacji partyjnych - wszystkie głoszą niezmordowanie, że „żyd jest wrogiem numer jeden naszego narodu. Będziemy powtarzać to tak długo, dopóki nie usłyszy i nie przeczyta o tym ostatni Niemiec”.

Frankfurter wie, że to nie Niemcy nienawidzą żydów, on nie uogólnia. Jest świadom, że to działacze partyjni, bezwarunkowo podporządkowani przywódcy, wzywającemu do walki z żydami w swojej książce „Mein Kampf”. Führer jest obecnie u władzy, a inni są posłuszni jego apelowi.

W licznych miastach niemieckich zabroniono żydom kąpieli w rzekach i w jeziorach oraz korzystania z łaźni. W Bad Tölz 400 chorych pochodzenia żydowskiego zmuszono do wyjazdu w ciągu 24 godzin, w Magdeburgu zabroniono żydom korzystać z tramwajów, w miastach frankońskich odmawiano golenia, a w Tylży przestano im sprzedawać chleb. Inne miasta zamknęły przed żydami szpitale, zakazano im wstępu do teatru i na koncerty, do muzeów i bibliotek. Gdzie indziej aptekom zabroniono sprzedaży lekarstw ludności żydowskiej.

W całym kraju rośnie nienawiść do żydów, podżegana hasłami partii i naciskiem wywieranym przez jej aparat.

Wieczorem 30 stycznia 1936 roku, David Frankfurter rozmyśla o tym wszystkim w swoim pokoju w hotelu Pod Lwem w szwajcarskim Davos. W ostatnich latach dojrzewała w nim decyzja o zemście za wszystkie cierpienia zadane żydom w Niemczech. Pod koniec grudnia 1935 roku kupił w Bernie automatyczny pistolet, który teraz leży obok niego na łóżku i z którego już kiedyś ćwiczył strzelanie. Tym właśnie pistoletem ma zamiar zastrzelić Wilhelma Gustloffa, gdy ten tylko powróci z Berlina. Stanie się to za cztery dni, decyzja Frankfurtera nie ulegnie zmianie.

Wilhelm Gustloff spędza dzień swoich 41 urodzin u Führera w Berlinie, który złożył mu osobiście życzenia. Tłumnie przybyli towarzysze partyjni, zaproszeni przez Hitlera w celu uczczenia święta narodowego, dnia przejęcia władzy, a wśród nich jest wierny zwolennik wodza, Gustloff, urodzony 30 stycznia 1895 roku w meklembur-skim Schwerinie, od dziewiętnastu lat mieszkający w Davos. Gustloff był początkowo urzędnikiem bankowym. W 1917 roku z powodu stanu zdrowia - chorował na płuca i dlatego nie był żołnierzem - przeniósł się do Szwajcarii. Otrzymał tu posadę sekretarza obserwatorium w Instytucie Meteorologii. Instytut powstał z inicjatywy niemieckiej, potem zamieniono go na fundację szwajcarską. W roku 1921 Gustloff wstąpił do Niemieckiego Ruchu Obrony, a w lipcu 1929 roku do Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Parti Robotniczej - NSDAP (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei) i utworzył w Davos komórki NSDAP. Rok później założył Lokalną Grupę „Ortsgruppe” i został mianowany przez Hitlera landesgruppenleiterem na terenie Szwajcarii.

Gustloff ślubował Hitlerowi bezwarunkową wierność i popierał realizację pierwszego punktu programu partyjnego NSDAP - „Żądamy zjednoczenia wszystkich Niemców i utworzenia Wielkich Niemiec”. Dla Hitlera i Gustloffa było jednoznaczne, że chodzi o Szwajcarów, posługujących się językiem niemieckim. Zasługi Gustloffa dla Hitlera i jego partii w ciągu ostatnich trzech lat były niepodważalne.

Już 9 listopada 1933 roku Gustloff ochrzcił w Davos nowy sztandar organizacji młodzieżowej Hitlerjugend, nadając mu nazwę „Wiara w Niemcy”. W owym propagandowym święcie udział wzięło trzystu obywateli. Na głównej ulicy Davos Gustloff kazał ustawić duży szyld, wskazujący drogę do jego rezydencji - Landesgruppe NSDAP w Szwajcarii. W ciągu trzech lat przeobraził Davos w uzdrowisko Hitlera. Po promenadzie biegają biedacy, przenikliwie pozdrawiając przechodniów. Witano się słowami „Heil Hitler”. Wybory odbyły się w Niemczech, zatem i Niemcy w Szwajcarii musieli wybierać. W Davos wybory wywołały publiczną sensację.

Landesgruppenleiter nie ogranicza swojej działalności do miasta Davos. Jest aktywny szczególnie od roku 1934, kiedy to służba w NSDAP stała się jego głównym zajęciem. Utworzył na niemieckojęzycznym terytorium Szwajcarii 45 okręgów i komórek NSDAP, do których należało 21 organizacji młodzieżowych Hitlerjugend. Dla 3500

Niemców zamieszkałych w Bernie utworzył 12 organizacji partyjnych, między innymi lokalne jednostki partyjne, lokalne organizacje Hitlerjugend (HJ), Bund Deutscher Mädel - Związek Dziewcząt Niemieckich (BDM), NS - narodowosocjalistyczną grupę kobiecą, NS - grupę studencką i inne grupy zawodowe oraz „Pomoc dla Hitlera”. Wszystko to działo się w stolicy, w której państwa całego świata miały swoje przedstawicielstwa, a żadne z nich nie próbowało dokonać czegoś podobnego.

Gustloff był gotowy na wszystko, gdy w grę wchodziła służba Hitlerowi i partii oraz rozpowszechnianie jej idei.

Hitlerowi były znane te fakty. Z satysfakcją przeczytał również odpowiedź, udzieloną przez Gustloffa pewnemu szwajcarskiemu dziennikarzowi na pytanie, co najbardziej kocha. „Najbardziej na świecie kocham moją żonę i matkę. Gdyby jednak Führer rozkazał mi je zabić, byłbym mu posłuszny!” Nie można było przelicytować bezwarunkowej wierności Gustloffa dla Adolfa Hitlera.

David Frankfurter także czytał przyrzeczenie wierności Gustloffa, zamieściła je bowiem na swoich łamach gazeta partyjna „Reichsdeutschen”, wydawana dla Niemców w Szwajcarii. Donosiła ona szczegółowo i na bieżąco o działalności Gustloffa i jego organizacji NS.

Tym sposobem Frankfurter w ciągu ostatnich trzech lat nie zajmował się niczym innym poza Wilhelmem Gustloffem i jego fatalną działalnością w Szwajcarii. Uważał, że zabicie zastępcy Hitlera w Szwajcarii jest jego wielkim zadaniem.

We wtorek, 2 lutego 1936 roku, przystępuje do czynu. Idzie zaśnieżonymi ulicami Davos z pistoletem w kieszeni płaszcza i szuka ulicy Parkhaus nr 3. Tuż przed godziną dwudziestą rozlega się dzwonek u drzwi Gustloffa. Otwiera żona landesgruppenlei-tera. Frankfurter pyta, czy mógłby rozmawiać z panem Gustloffem. Poproszono, by zaczekał w gabinecie. Od razu rzuca mu się w oczy duża fotografia Hitlera na ścianie. Nad biurkiem wisi kordzik. Gustloff rozmawia przez telefon w przyległym pokoju. Frankfurterowi wydaje się, że słyszy: „Poradzimy sobie ze świńskim narodem żydowskim i komunistami!”

Gdy po chwili Gustloff wchodzi bocznymi drzwiami do gabinetu, Frankfurter bez słowa wyciąga pistolet. Oddaje pięć strzałów w głowę, szyję i piersi gruppenleitera.

Sprawca natychmiast opuszcza pokój. Wychodząc, słyszy jeszcze przeraźliwe krzyki żony Gustloffa. Noc jest mroźna, Frankfurter głęboko wciąga powietrze. Wykonano...

Nie zwlekając, idzie do sąsiedniego domu i prosi o możliwość zatelefonowania. Następnie wykręca numer pogotowia policyjnego i mówi: „Przed chwilą zastrzeliłem Wilhelma Gustloffa...!” Nie czeka na przyjazd policji. Brnąc w śniegu, zmierza w kierunku ratusza. Na policji melduje się słowami: „Słyszał pan o tym, co wydarzyło się w domu przy ulicy Parkhaus 3. Ja jestem sprawcą!”

Ma bladą twarz, pali papierosa z widocznym zdenerwowaniem, dyktuje dyżurnemu swoje dane personalne, bez wezwania oddaje pistolet. Szybko sprowadzona pani Gustloff identyfikuje go jako mordercę męża.

Około północy pojawia się sędzia śledczy, doktor Dedual z Chur. Podczas przesłuchania Frankfurter oświadcza:

„Jestem synem rabina i urodziłem się w Jugosławii. W roku 1929 rozpocząłem studia medyczne w Lipsku, od roku 1933 studiuję w Bernie. Do Davos przyjechałem w celu zabicia Gustloffa. Nie znałem go osobiście, nigdy go przedtem nie widziałem, adres znalazłem w książce telefonicznej. Z miejsca strzeliłem do Gustloffa, gdy wszedł

do gabinetu, w którym na niego czekałem. Uczyniłem to, gdyż jest nacjonalistycznym agentem”.

Na pytanie sędziego, dlaczego postawił sobie takie zadanie, Frankfurter odpowiedział:

„Nie mogłem postąpić inaczej. Kule powinny właściwie trafić Hitlera. Dokonałem tego czynu, gdyż żydzi są prześladowani w Niemczech. Nie miałem żadnych osobistych powodów, tylko motywy ideowe. Nigdy nie należałem do żadnego związku ani zrzeszenia, ani organizacji politycznej. Podjąłem decyzję o zabiciu Gustloffa przed trzema tygodniami. Pistolet kupiłem w Bernie. Stamtąd przyjechałem sam do Davos, nie pracowałem na niczyje zlecenie i nikt nie namawiał mnie do tego czynu!”

Po obszernym zeznaniu Frankfurter zostaje natychmiast aresztowany.

Tej samej nocy zawiadomiono Hitlera o śmierci przyjaciela. Führer nie ukrywa, że dotknęła go ta wiadomość. Małżonkowie Gustloff są mu bardzo bliscy ze szczególnych powodów. Hedwig Gustloff była mianowicie jego sekretarką do 8 listopada 1923 roku. Za przychylną zgodą Führera w połowie listopada 1923 przeniosła się z Monachium do Davos, by poślubić od dawna znanego jej Wilhelma Gustloffa.

Wczesnym rankiem 5 lutego Hedwig Gustloff otrzymuje od Hitlera telegram o następującej treści: „W imieniu całego narodu składam Pani wyrazy współczucia. Haniebna zbrodnia poruszyła i oburzyła wszystkich Niemców. Adolf Hitler”.

W dniach 5 i 6 lutego w nagłówkach i na stronach tytułowych wszystkich niemieckich gazet pojawiają się relacje i komentarze związane z zamordowaniem Gustloffa. W gazecie „Völkischen Beobachter” napisano: „Haniebny mord dokonany przez żyda, Davida Frankfurter, potwierdza słuszność racji nacjonalizmu w kwestii oddzielenia Żydów od Niemców. Jeśli istnieje potrzeba uzasadnienia stosunku nacjonalizmu do problemu żydowskiego, to jest nim zamordowanie Wilhelma Gustloffa!”

Hitler urządza uroczystości pogrzebowe na koszt państwa i poleca szefowi propagandy NSDAP, dr Goebbelsowi, zorganizowanie pogrzebu w rodzinnym mieście Gustloffa - miejscowości Schwerin w Meklemburgii. Polecenie to świadczy o tym, że partia chce wykorzystać pogrzeb Gustloffa dla celów kampanii propagandowej przeciwko Żydom.

W sobotę wieczorem - 8 lutego, o godzinie 20.30 - w kościele ewangelickim na placu Davos odbywa się msza żałobna, na której gauleiter Bohle nazywa zmarłego „pierwszym męczennikiem nacjonalistycznej niemieckości za granicą”. Następnego ranka o godzinie 8.30 trumna jest transportowana na dworzec. Specjalny pociąg wyrusza 10 lutego z Singen do Schwerina. Trumnie towarzyszy delegacja partyjna. Pociąg zatrzymuje się na stacjach w Stuttgarcie, Würzburgu, Erfurcie, Halle, Magdeburgu i Wittenberdze. Delegaci partyjni stoją na peronie, oddając cześć zmarłemu.

Natychmiast po przybyciu specjalnego pociągu do Schwerina trumna zostaje przewieziona do hali przeznaczonej na uroczystości. Kondukt pogrzebowy idzie ulicami przystrojonymi sztandarami ze swastyką, spowitymi kirem. Członkowie wszystkich organizacji partyjnych tworzą szpaler, trzymając zapalone pochodnie. Przez cały wtorek hala jest otwarta, by dać ludności okazję do pożegnania krajana i oddania mu ostatniej posługi.

W środę, 12 lutego, odbyły się przygotowane przez Goebbelsa uroczystości pogrzebowe.

W pogrzebie bierze udział 35 tysięcy gości. Przywiozło ich do Schwerina szesnaście specjalnie podstawionych pociągów i setki autobusów. Całe miasto jest na nogach.

Zamknięte są urzędy, sklepy, przychodnie, fabryki i szkoły. Dzieci tworzą szpaler na ulicach. Wszystkie rozgłośnie radiowe transmitują sprawozdanie z hali.

Punktualnie o godzinie 12.00 przybywa specjalny pociąg z Führerem. Hitlerowi towarzyszą zastępca Rudolf Hess, gauleiter Hildebrandt, reichsführer SS Himmler, szef sztabu SA Lutze, ponadto dr Goebbels, Hermann Göring, Bormann, Ribbentrop oraz inni przywódcy partyjni. Nigdy dotąd nie miała miejsca tak wielka uroczystość z udziałem prominentów Trzeciej Rzeszy jak z okazji pogrzebu Gustloffa.

W hali Adolf Hitler zajmuje miejsce w pierwszym rzędzie obok wdowy, matki i brata zmarłego. Przed trumną leży tylko wieniec od Fiihrera, a na aksamitnej poduszce kordzik oraz odznaki honorowe Gustloffa.

Gauleiter Bohle, jako pierwszy zabiera głos, kończy słowami: „Cały naród, w Rzeszy i poza jej granicami, jest pogrążony w żałobie. Wilhelm Gustloff oddał życie za Niemcy i nacjonalistyczną niemieckość za granicą. Niemcy pozostaną mu wierne po wsze czasy - tak jak i on dochował wierności ojczyźnie. Nasza dewiza brzmi: Ponad grobami naprzód!”

Mowa żałobna Hitlera nad grobem przyjaciela i towarzysza kończy się zapowiedzią walki z żydami.

„Za tym morderstwem kryje się pełna nienawiści potęga naszego żydowskiego wroga - wroga, któremu nie uczyniliśmy nic złego, a który usiłuje ujarzmić niemiecki naród i uczynić z niego niewolników; wroga odpowiedzialnego za nieszczęścia Niemiec w 1918 roku i w latach późniejszych.

Zrozumieliśmy i przyjmujemy wezwanie do walki.

Drogi towarzyszu, nie poległeś nadaremnie. Twoje imię pozostanie w sercu każdego i nigdy nie pójdzie w zapomnienie!

Ślubujemy, że ten haniebny czyn obróci się przeciwko sprawcy, że osłabi nie Niemcy, lecz potęgę wroga.

Naród niemiecki utracił w 1936 roku żywego człowieka, a zyskał postać wiekopomną na przyszłość!”

Po zakończeniu uroczystości, którą porównać można tylko do pogrzebu prezydenta Rzeszy Hindenburga, zwłoki przewieziono do krematorium. Do urny, pochowanej w Alei Zasłużonych nowo zbudowanego cmentarza w Schwerinie, Hitler polecił dołączyć następujący dokument:

„Urna ta zawiera szczątki Wilhelma Gustloffa - landesgruppenleitera partyjnej organizacji NSDAP w Szwajcarii.

Zamordowany w dniu 4 lutego tchórzliwą ręką mordercy w Davos, został sprowadzony ze Szwajcarii z udziałem całego narodu.

Führer i kanclerz Rzeszy Adolf Hitler oraz rząd oddają ostatnią posługę pierwszemu męczennikowi partii. Walczył on i cierpiał pod sztandarem ze swastyką i oddał życie dla jej idei. Jego śmierć jest testamentem dla następnych generacji i pozostanie na wieki częścią historii narodu niemieckiego”.

Führer, żegnając się następnego dnia z wdową Gustloff, obiecuje zbudować jej mężowi - a swojemu przyjacielowi - pomnik, który przetrwa pokolenia i uczyni imię Wilhelma Gustloffa niezapomnianym w historii Niemiec. Nikt nie przypuszcza, że Hitler postanawia w tym momencie nadać imię Wilhelm Gustloff pierwszemu statkowi klasy robotniczej, budowanemu na zlecenie NSDAP.

Następnego dnia gazety niemieckie rozpisują się szeroko o państwowym pogrzebie Gustloffa i mowie Führera. Po niedługim czasie, podczas oczekiwania na proces mordercy, rozpoczyna się kampania prasowa w niemieckich i szwajcarskich gazetach, jak również na łamach gazet międzynarodowych.

Już 7 lutego 1936 roku ukazująca się w Zurychu gazeta „Zürcher Zeitung” donosi o rewizji w mieszkaniu sprawcy w Bernie. „W czasie rewizji nie znaleziono żadnych dowodów wskazujących na udział osób trzecich. Nie znaleziono żadnych materiałów politycznych, wskazujących na przynależność organizacyjną mordercy”. Wiadomość ta ucina plotki o „żydowskim spisku”, który miał rzekomo przygotować atak na Gustloffa.

„Międzynarodowa propaganda na korzyść przestępcy” - pod takim tytułem ukazał się długi artykuł w berlińskiej „Deutsche.Allgemeine Zeitung” w wydaniu z dnia 3 czerwca 1936 roku. „W Chur jesienią tego roku odbędzie się proces mordercy lan-desgruppenleitera Gustloffa. Niektóre siły pracują nad tym, by proces wykorzystać w międzynarodowej akcji propagandowej przeciwko nacjonalistycznym Niemcom” - pisze Wolfgang Diewerge w broszurce „Przypadek Gustloffa - geneza i kulisy morderstwa w Davos”.

W artykule „Jednoznaczne wyjaśnienie sprawy Gustloffa” gazeta „Völkischen Beobachter” zaleca obywatelom, w wydaniu z 3 czerwca, przeczytanie wyżej wymienionej lektury i określa autora - Wolfganga Diewerge - mianem „znakomitego znawcy żydowskich kruczków prawnych”. Broszurę opublikowało Centralne Wydawnictwo NSDAP w Monachium.

Emil Ludwig, emigrant żydowskiego pochodzenia, zamieszkały w Niderlandach, w publikacji „Morderstwo w Davos” staje jednoznacznie po stronie Davida Frankfurter, za co jest ostro atakowany w prasie niemieckiej.

W środę, 9 grudnia 1936 roku, o godzinie 10.00 przed Sądem Kantonalnym rozpoczyna się proces przeciwko mordercy Gustloffa. Obrady odbywają się w Sali Parlamentu Kantonu w Chur i mają trwać cztery dni. W skład sędziowski wchodzi pięciu sędziów, przewodniczy dr Ganzoni, wiceprzewodniczącym jest radca dr Viele, z ramienia adwokatury starszy radca dr Nicola, pułkownik Gartmann oraz prezes dr Sonder. Wszyscy sędziowie to prawnicy. Oskarża prokurator dr Brügger, natomiast stronę cywilną reprezentują adwokaci dr Ursprung i dr Badrutti, jak również znany z wielu procesów politycznych w Niemczech - prof, dr Grimm z Essen. Obrony Davida Frankfurter podjął się 71-letni zuryski adwokat dr Eugen Curti.

Orzeczenie wyroku ma nastąpić według Kodeksu Karnego Kantonu Związku Szwajcarskiego z 1851 roku, przewidującego za morderstwo dożywotnią karę ciężkiego więzienia, która w szczególnych okolicznościach może ulec skróceniu do 15 lat.

Sala Parlamentu Kantonalnego, zamieniona na salę sądową, wypełniona jest po brzegi.

129 dziennikarzy z wielu krajów, w tym 24 z Niemiec, ma relacjonować przebieg procesu, który wzbudza zainteresowanie nie tylko w Szwajcarii i w Niemczech.

Dwaj policjanci kantonalni wprowadzają oskarżonego na salę i prowadzą do ławy oskarżonych. Przewodniczący otwiera obrady odczytaniem sprawozdania starostwa Davos o morderstwie. Ustala personalia oskarżonego.

„Na ławie oskarżonych zasiada Frankfurter, David, Detlef, obywatelstwo jugosłowiańskie, urodzony 9 czerwca 1909 w Daruvas, syn Moritza i Rebeki, z domu Pagel, student medycyny, stanu wolnego, zamieszkały w Bernie, przy ulicy Erlach 18, nieka-rany, przebywający w areszcie śledczym od dnia 4 lutego 1936 r., postawiony w stan oskarżenia zgodnie z decyzją Sądu Kantonalnego Związku z dnia 5 czerwca”.

Rzecznik oskarżenia przedstawia następnie akt oskarżenia, który w pierwszej części dotyczy czynu przestępczego, później omawia powody morderstwa, a drugą część poświęca osobowości Davida Frankfurtera.

Oskarżyciel stawia wniosek o wymierzenie kary:

„Podczas śledztwa Frankfurter udzielił ogólnych informacji o planowanym morderstwie i podjętej decyzji, mimo różnych sprzecznych wypowiedzi dotyczących okoliczności. Od początku oskarżony podkreślał, że czynu dokonał z premedytacją.

Do orzeczenia wyroku mają zastosowanie §§ 87, 88, 48 oraz 50 Kodeksu oraz §§ 88 i 59 mandatu karnego. W związku z powyższym stawiam wniosek o uznanie Frankfurtera winnym morderstwa Wilhelma Gustloffa. Wnoszę o karę 18 lat ciężkiego więzienia, pozbawienia praw obywatelskich oraz dożywotniego wydalenia z kraju. Frankfurter jest odpowiedzialny za wszystkie powstałe szkody, spowodowane morderstwem. Należy skonfiskować broń i obciążyć Frankfurtera kosztami śledztwa, kosztami sądowniczymi oraz wykonania kary”.

Wniosek oskarżyciela kończy pierwszy dzień rozprawy.

Na drugi dzień przewidziano przesłuchanie pani Gustloff w charakterze świadka i strony cywilnej. Wdowa zaprzecza między innymi, że podczas prowadzonej przez męża rozmowy telefonicznej padły słowa „świński naród żydowski” oraz potwierdza, że na zadane przez nią pytanie na posterunku policji: „Dlaczego pan to zrobił, przecież pan nie znał mojego męża?” Frankfurter odpowiedział: „Właśnie dlatego, że go nie znałem, mogłem się na to zdobyć. Uczyniłem to, gdyż jestem żydem”.

Jeden z obecnych sędziów porusza kwestię czytanych przez oskarżonego gazet i za-daje Frankfurterowi pytanie, czy czerpał wiadomości na temat wydarzeń w Niemczech „tylko” z prasy szwajcarskiej. Frankfurter przyznaje, że czytał również niemieckie gazety partyjne - nie tylko w czasie pobytu w Niemczech, lecz także w Bernie. Przyznaje również, że czerpał inspirację z lektury tzw. książek emigranta, typu „Die Moorsoldaten” lub „Das Braunbuch”.

W trzecim dniu rozprawy zabiera głos obrońca dr Eugen Curti.

Po znakomitym wprowadzeniu, mistrzowskim captatio benevolentiae, dr Curti zmienia temat i przez całe sześć godzin mówi o działalności za granicą nacjonalistycznych organizacji, a przede wszystkim o antysemityzmie w Trzeciej Rzeszy. Przedkłada sądowi zbiór dokumentów na temat pozbawiania praw, represji i unicestwiania żydów w Niemczech od czasu objęcia rządów przez Hitlera. Materiał obejmuje okres do 15 października 1936 roku i składa się z 245 stron. Uzupełnienie stanowią fotografie oraz różne numery gazetki „Stürmer”. Następnie obrońca odczytuje zeznania literackie świadków na temat traktowania Żydów w niemieckich obozach koncentracyjnych. Autorzy pod przysięgą potwierdzają ich prawdziwość. Są to fragmenty utworów Waltera Hornunga, Kurta Hillera, Gerharda Seegera, Wolfganga Langhoffa, Maxa Abrahama, Ottona Strassera, Renee Sondereggera i innych autorów. Obrona poleca wydrukowanie fragmentów książek. Dr Curti odczytuje wyszukane ustępy, które wywierają na słuchaczach wrażenie, lecz wywołują również protesty.

Sześciogodzinne wystąpienie obrońcy przyczynia się do jednego - trzeci dzień rozprawy nie dotyczy „Sprawy morderstwa, dokonanego przez Frankfurtera”, lecz służy przede wszystkim politycznemu oskarżeniu NSDAP i antysemityzmu hitlerowskich Niemiec.

W czwarty - ostatni dzień rozprawy - obrońca dr Curti ma do dyspozycji półtorej godziny. Najpierw nazywa skargę cywilną antysemickim podjudzaniem, następnie zajmuje się sprawcą i oświadcza, że kwestionuje opinię psychiatry w kwestii poczytalności Frankfurtera w momencie dokonania czynu. Jego zdaniem prześladowanie żydów w Niemczech wpłynęło w większym stopniu na wrażliwą psychikę Frankfurtera, niż zostało to przedstawione w ekspertyzie lekarskiej. Uważa, że kwalifikacja czynu jako morderstwa z premedytacją jest błędna. Dr Curti mówi o postępującym afekcie i wnosi o oskarżenie o zabójstwo.