Tobruk odpowiada ogniem - Andrzej Kozak - ebook

Tobruk odpowiada ogniem ebook

Andrzej Kozak

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W Tobruku od kwietnia 1941 roku broniły się oddziały brytyjskie i australijskie. Cała załoga twierdzy liczyła około 36 tysięcy ludzi. W drugiej połowie sierpnia 1942 roku, gdy zaczęto wycofywać oddziały australijskie, wzmocniono garnizon Tobruku piędzi innymi Samodzielną Brygadą Strzelców Karpackich. Polskich żołnierzy czekało niełatwe zadanie. Generał Rommel, nazwany „Lisem Pustyni” dysponował liczniejszą armią i gotów był zrobić wszystko, by zdławić opór i zdobyć Tobruk a obrońców zepchnąć do morza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Operacja „Treacle”

Kiedy w lipcu 1941 roku gene­rał Claude Auchin­leck objął dowo­dze­nie woj­skami alianc­kimi na Środ­ko­wym Wscho­dzie, sytu­acja w tym rejo­nie była nie­zwy­kle skom­pli­ko­wana. Po nie­uda­nych pró­bach powstrzy­ma­nia agre­sji nie­miec­kiej na Bał­ka­nach ist­niała groźba, że Niemcy prze­rzucą swe woj­ska z Gre­cji do Syrii, gdzie od maja dzia­łały nie­miec­kie bazy lot­ni­cze. W tym przy­padku sta­cjo­nu­jący w Egip­cie Bry­tyj­czycy byliby zaata­ko­wani od wschodu. Tym­cza­sem od zachodu zagra­żały Egip­towi poważne siły nie­miecko-wło­skie, któ­rych dowódcą był Włoch, gene­rał Ettore Bastico, choć fak­tycz­nie pierw­szy głos nale­żał do Niemca, gene­rała Erwina Rom­mla. Bastico opa­no­wał nie­mal całą Libię i sta­nął na gra­nicy Egiptu. Tu utknęli. Dal­szy marsz był nie­moż­liwy ze względu na brak zaopa­trze­nia oraz twier­dzę Tobruk, w któ­rej zamknęło się około 30 tysięcy żoł­nie­rzy alianc­kich, w tym cała pie­chota austra­lij­skiej 9. Dywi­zji.

Nikogo to zresztą nie dzi­wiło, skoro woj­ska „osi” zawdzię­czały swe suk­cesy w Libii głów­nie obec­no­ści Deut­sche Afrika-Korps.

Jesz­cze w kwiet­niu wyda­wało się, że klę­ska alian­tów na tym fron­cie jest nie­unik­niona. Rom­mel i Bastico opa­no­wali nie­mal całą Libię i sta­nęli na gra­nicy Egiptu. Tu utknęli. Dal­szy marsz był nie­moż­liwy ze względu na brak zaopa­trze­nia oraz twier­dzę Tobruk, w któ­rej zamknęło się około 30 tysięcy żoł­nie­rzy alianc­kich, w tym cała pie­chota austra­lij­skiej 9. Dywi­zji.

W końcu czerwca Anglicy pró­bo­wali kontr­ata­ko­wać, lecz nie osią­gnęli powo­dze­nia. Suk­ce­sem nato­miast zakoń­czyło się natar­cie na wschód. Pię­cio­ty­go­dniowa kam­pa­nia syryj­ska usu­nęła z tego rejonu Niem­ców oraz kola­bo­ru­ją­cych z nimi przed­sta­wi­cieli fran­cu­skiego rządu Vichy. Groźba wojny na dwa fronty została odsu­nięta. Rom­mel i Bastico stali jed­nak na­dal u wrót Egiptu. Gene­rał Auchin­leck nie mógł ude­rzyć, ponie­waż bra­ko­wało mu cięż­kiego sprzętu woj­sko­wego, szcze­gól­nie zaś czoł­gów. Musiał cze­kać na dostawy z metro­po­lii.

Do ope­ra­cji zaczep­nej dążył rów­nież Rom­mel, lecz i jemu, jak już wspo­mnie­li­śmy, bra­ko­wało zaopa­trze­nia – a poza tym wciąż bro­nił się Tobruk – wyma­rzony port dla kon­wo­jów. Ewen­tu­alna dostawa sprzętu z Try­po­lisu była sprawą ryzy­kowną, gdyż silny wypad z twier­dzy mógł prze­ciąć linie komu­ni­ka­cyjne wojsk „osi”.

W tej sytu­acji ogromna odpo­wie­dzial­ność spa­dła na flotę bry­tyj­ską w base­nie Morza Śród­ziem­nego. W tym okre­sie miała ona do speł­nie­nia dwa zada­nia: zata­pia­nie trans­por­tów nie­przy­ja­ciela oraz nie­sie­nie pomocy Tobru­kowi. Mary­narka zdała ten egza­min celu­jąco. Dosko­nale spi­sali się rów­nież obrońcy twier­dzy, ale kil­ku­mie­sięczne oblę­że­nie bar­dzo ich wyczer­pało. Ponadto rząd Austra­lii wyra­ził zda­nie, że 9. Dywi­zja nie może tak długo znaj­do­wać się w walce i nale­gał na wyco­fa­nie jej z pierw­szej linii.

Gene­rał Claude Auchin­leck zaczął opra­co­wy­wać ryzy­kowny plan cał­ko­wi­tej wymiany załogi tobruc­kiej. Na początku sierp­nia wyru­szył do Lon­dynu, by osta­tecz­nie usta­lić skład nowej załogi twier­dzy.

Pol­scy żoł­nie­rze poja­wili się na Bli­skim Wscho­dzie już w 1940 roku. Roz­ka­zem z dnia 2 kwiet­nia tego roku powo­łano do życia Bry­gadę Strzel­ców Kar­pac­kich (roz­lo­ko­wano ją w Syrii), któ­rej dowódcą mia­no­wano puł­kow­nika (póź­niej­szego gene­rała) Sta­ni­sława Kopań­skiego. Weszła ona w skład fran­cu­skiej armii „Lewant”.

Ochot­nicy do bry­gady napły­wali ze wszyst­kich stron. Więk­szość przy­była z Rumu­nii i Węgier, gdzie zna­leźli się po klę­sce wrze­śnio­wej, byli też przy­by­sze z Fran­cji, kra­jów arab­skich, a nawet czter­na­sto­oso­bowa grupa z Man­dżu­rii. Czerw­cowa klę­ska Fran­cji zmu­siła pol­ską bry­gadę do przej­ścia pod roz­kazy Bry­tyj­czy­ków. Wciąż powięk­sza­jąca się i reor­ga­ni­zo­wana BSK peł­niła służbę w Pale­sty­nie, a póź­niej w oko­li­cach Alek­san­drii, w Egip­cie.

W związku z nad­mierną liczbą pol­skich ofi­ce­rów na Środ­ko­wym Wscho­dzie w listo­pa­dzie 1940 roku utwo­rzono dodat­kową jed­nostkę, pod­le­głą Kopań­skiemu – Legię Ofi­cer­ską – która po pół­rocz­nym szko­le­niu przed­sta­wiała war­tość bata­lionu.

W stycz­niu 1941 roku BSK została prze­mia­no­wana na Samo­dzielną Bry­gadę Strzel­ców Kar­pac­kich. W jej skład wcho­dziły trzy bata­liony pie­choty, pułk kawa­le­rii zmo­to­ry­zo­wa­nej, pułk arty­le­rii oraz służby pomoc­ni­cze. Etat bry­gady obej­mo­wał sta­no­wi­ska dla 310 ofi­ce­rów oraz 4750 cho­rą­żych, podofi­ce­rów i sze­re­go­wych.

– Tobruk?

– Tak, Tobruk. – Gene­rał Auchin­leck ski­nął głową. – Wła­śnie wró­ci­łem z Lon­dynu, gdzie uzy­ska­łem zgodę gene­rała Sikor­skiego na uży­cie pań­skiej bry­gady, a także Legii Ofi­cer­skiej, do zlu­zo­wa­nia czę­ści sił austra­lij­skich w Tobruku. Co pan na to?

– Zawsze sta­wia­łem dwa warunki – odpo­wie­dział gene­rał Kopań­ski. – Doma­ga­łem się zgody Naczel­nego Wodza Pol­skich Sił Zbroj­nych na takie czy inne uży­cie bry­gady oraz nie­dzie­le­nia jej na czę­ści i pozo­sta­wie­nia – jeśli to moż­liwe – wraz z Legią Ofi­cer­ską pod jed­nym dowódz­twem. Oba te warunki zostały speł­nione, nie mam więc żad­nych zastrze­żeń.

Obecny przy roz­mo­wie gene­rał Tho­mas Bla­mey ode­tchnął z ulgą. Od dłuż­szego już czasu jako naczelny dowódca wojsk austra­lij­skich na Środ­ko­wym Wscho­dzie zabie­gał o zlu­zo­wa­nie 9. Dywi­zji wal­czą­cej w Tobruku i kon­cen­tra­cję sił austra­lij­skich. Iry­to­wało go to, że pod­le­głe mu oddziały są roz­siane po wielu gar­ni­zo­nach i nie sta­no­wią zwar­tej armii. Do tego docho­dziły pona­gla­jące pisma z Can­berry, w któ­rych rząd Austra­lii żądał cza­so­wego wyco­fa­nia swych oddzia­łów z walki.

– Pozo­staje więc – powie­dział Auchin­leck – omó­wić szcze­góły trans­portu. Nie­stety mamy bar­dzo mało czasu na przy­go­to­wa­nia. Dziś jest pięt­na­sty sierp­nia. Mię­dzy dzie­więt­na­stym a dwu­dzie­stym dzie­wią­tym Polacy muszą być prze­wie­zieni do Tobruku, gdyż w tym wła­śnie cza­sie będą bez­k­się­ży­cowe noce. Port jest usta­wicz­nie bom­bar­do­wany i wyła­du­nek może nastą­pić tylko w zupeł­nych ciem­no­ściach. Czy w ciągu czte­rech dni pań­scy żoł­nie­rze, gene­rale, będą gotowi do drogi?

– Myślę, że tak – odparł Kopań­ski. – Bry­gada nie jest wpraw­dzie ześrod­ko­wana, lecz znaczna jej część pełni służbę w oko­li­cach Alek­san­drii. Pro­szę tylko o to, by Legia Ofi­cer­ska odpły­nęła ostat­nim trans­por­tem, gdyż potrze­buje naj­wię­cej czasu na przy­go­to­wa­nia.

– Okay! A więc jesz­cze dziś roz­kazy zostaną wydane. Zaj­mij się tym, Neil – Auchin­leck zwró­cił się do szefa swego sztabu, gene­rała Rit­chie. – A pana, gene­rale Kopań­ski, zapra­szam na kola­cję do hotelu „Mena House”.

Ope­ra­cja prze­rzu­ce­nia pol­skiej bry­gady drogą mor­ską do Tobruku, ozna­czona kryp­to­ni­mem „Tre­acle”, objęta była ści­słą tajem­nicą. Rejon kon­cen­tra­cji – obóz El Ami­riya – oto­czono szczel­nym kor­do­nem i nikomu nie wyda­wano prze­pu­stek. Gene­rał Kopań­ski naka­zał nawet oględne roz­pusz­cze­nie pogło­ski o skie­ro­wa­niu bry­gady do Syrii. Żoł­nie­rze byli pod­eks­cy­to­wani i snuli prze­różne domy­sły. Iście pol­ska skłon­ność do fan­ta­zjo­wa­nia pomie­sza­łaby w gło­wie każ­demu agen­towi obcego wywiadu, nawet gdyby taki prze­do­stał się na teren Transit Camp El Ami­riya.

Kolejne dys­po­zy­cje potwier­dzały wra­że­nie, że szy­kuje się coś poważ­nego. Żoł­nie­rze bry­gady mieli zdać do maga­zy­nów cały sprzęt z wyjąt­kiem broni ści­śle oso­bi­stej i indy­wi­du­al­nego opo­rzą­dze­nia. Resztę, łącz­nie z pry­wat­nym baga­żem, trzeba było zapa­ko­wać w worki i oddać do depo­zytu. Roz­kazy mówiły, że w razie alarmu należy zało­żyć pan­to­fle spor­towe na gumo­wej pode­szwie, a buty scho­wać do ple­caka. Ci naj­bar­dziej doświad­czeni twier­dzili, że zwia­stuje to podróż mor­ską, gdyż pod­kute buty śli­zgają się po sta­lo­wym pokła­dzie.

Począw­szy od 19 sierp­nia grupy liczące od 700 do 800 ludzi opusz­czały o świ­cie obóz i odjeż­dżały do alek­san­dryj­skiego portu, gdzie cze­kały gotowe do drogi okręty. Naj­czę­ściej były to nisz­czy­ciele „Hero”, „Hot­spur” i „Nizam” oraz sta­wiacz min „Latona”. Kon­woje odpły­wały około godziny 9.30; do zmroku były osła­niane przez samo­loty myśliw­skie, a cza­sami towa­rzy­szył im lekki krą­żow­nik („Ajax” albo „Pho­ebe”). Około 23.00 okręty wpły­wały do zatoki tobruc­kiej. Wyła­do­wa­nie koń­czono przed pół­nocą.

W trak­cie ope­ra­cji „Tre­acle” prze­wie­ziono do Tobruku 6116 żoł­nie­rzy (w tym 5165 Pola­ków) oraz pra­wie 1300 ton zaopa­trze­nia, ewa­ku­owano nato­miast 5040 żoł­nie­rzy.

Nie­stety, Legia Ofi­cer­ska nie zdo­łała przy­go­to­wać się do prze­ba­zo­wa­nia w wyzna­czo­nym cza­sie, zade­cy­do­wano więc, że popły­nie ona do Tobruku w paź­dzier­niku jako ostatni oddział luzu­jący starą załogę.

Kon­woje trans­por­tu­jące kar­packą bry­gadę miały nie­by­wałe szczę­ście. Nie wytro­piły ich samo­loty Luft­waffe. Tylko ostatni, siódmy, któ­rym pły­nął dowódca bry­gady, został zaata­ko­wany.

Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego sierp­nia o godzi­nie 9.40 gene­rał Sta­ni­sław Kopań­ski wszedł na pokład pięk­nego, naj­no­wo­cze­śniej­szego we flo­cie bry­tyj­skiej sta­wia­cza min „Latona”. Rygo­ry­stycz­nie zasto­so­wał się do zarzą­dze­nia, że każdy żoł­nierz może wziąć tylko ple­cak z ekwi­pun­kiem oso­bi­stym.

Okręty wyszły z portu i pły­nęły przez jakiś czas w kie­runku pół­noc­nym. Kar­pat­czycy na­dal nie znali celu podróży, toteż zaczęli snuć prze­różne domy­sły.

– Jaki port? – zasta­na­wiał się jakiś żoł­nierz. – Chyba nie pły­niemy odbi­jać Gre­cji!

Po dwóch godzi­nach wszystko było jasne. Kon­wój wziął kie­ru­nek na zachód. A więc Tobruk. Tę wia­do­mość przy­jęto spo­koj­nie, nawet z zado­wo­le­niem. Wresz­cie będzie oka­zja sta­nąć naprze­ciw wroga, który pusto­szył ojczy­znę, i przy­po­mnieć mu, że żoł­nierz pol­ski nie zło­żył broni.

O zmroku okręty zaczęły pły­nąć zyg­za­kami, by utrud­nić ewen­tu­alny atak lot­nic­twa nie­przy­ja­ciela, a obsługi dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych zdwo­iły uwagę. Ostroż­ność ta nie była prze­sadą. Załogi okrę­tów wie­działy, że Niemcy czę­sto ata­kują na podej­ściu do Tobruku, że wiele jed­no­stek wio­zą­cych do twier­dzy zaopa­trze­nie spo­częło na dnie morza.

Nagle na nie­bie uka­zały się syl­wetki Jun­ker­sów i nie­mal w tym samym momen­cie roz­legł się jazgot kara­bi­nów i dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych. Samo­loty wroga zbli­żały się do kon­woju, nie mogły jed­nak wyko­nać nalotu, gdyż pły­nął on pod osłoną wła­snych myśliw­ców. Doszło do walki powietrz­nej, pod­czas któ­rej cztery samo­loty wroga spa­dły do morza, a pozo­stałe rato­wały się ucieczką. Royal Air Force oku­piła to zwy­cię­stwo stratą jed­nego myśliwca.

Około 23.00 kon­wój wpły­nął do zatoki. Pona­glani przez mary­na­rzy Polacy scho­dzili do dużych barek, które sta­no­wiły rodzaj pomo­stu lub prze­wo­ziły żoł­nie­rzy na brzeg, skąd austra­lij­scy prze­wod­nicy pospiesz­nie pro­wa­dzili ich do rejonu tym­cza­so­wego zakwa­te­ro­wa­nia.

Gene­rał Kopań­ski uści­snął rękę swego zastępcy, puł­kow­nika Walen­tego Peszka, który przy­był do Tobruku pierw­szym trans­por­tem i teraz wyszedł powi­tać prze­ło­żo­nego.

– Samo­chód czeka – poin­for­mo­wał dowódcę. – Jedziemy „do domu”.

Wkrótce przy­byli do pod­ziem­nego maga­zynu, który od tej pory miał słu­żyć im za kwa­terę. Kiedy gene­rał sia­dał na prze­zna­czo­nej dla niego leżance, wypeł­zła spod niej żmija i pod­no­sząc wysoko główkę, wpa­trzyła się w świa­tło świecy. Adiu­tant dowódcy, pod­po­rucz­nik Orłow­ski, wydo­był bagnet i poćwiar­to­wał gadzinę. Kopań­ski par­sk­nął śmie­chem.

– Hra­biow­skie safari w Afryce!

Po chwili jed­nak prze­stał się śmiać i nie­spo­koj­nie zaj­rzał pod łóżko.

– Cie­kawe, czy usnę, czy będę cze­kał na wizytę następ­nej żmii?

W Tobruku

Trzy­dzie­stego sierp­nia uka­zał się roz­kaz dowódcy SBSK:

„Żoł­nie­rze Bry­gady Kar­pac­kiej!

Na sku­tek wspól­nych zarzą­dzeń władz zwierzch­nich, pol­skich i angiel­skich, Bry­gada nasza zna­la­zła się w twier­dzy Tobruk, zna­nej już całemu światu dzięki dziel­no­ści jej obroń­ców.

Dnia 22 sierp­nia arty­le­ria pol­ska posłała już swe poci­ski odwiecz­nemu i ni­gdy nie­prze­jed­na­nemu wro­gowi naszego Narodu, roz­po­czy­na­jąc jako pierw­sza spo­śród oddzia­łów naszej Bry­gady walkę z nim na kon­ty­nen­cie afry­kań­skim.

Kawa­le­ria Bry­gady z dniem 29 sierp­nia rów­nież objęła swój odci­nek, a nie­ba­wem i pie­chota Bry­gady znaj­dzie się w bez­po­śred­niej stycz­no­ści z nie­przy­ja­cie­lem”.

Nastę­puje w życiu Bry­gady Kar­pac­kiej chwila pod­nio­sła, chwila zemsty za ponie­wierkę naszego Narodu i pod­kre­śle­nia, że Pol­ska potrafi na­dal wal­czyć o god­ność wol­nego narodu.

Walka wymaga od nas – poza pory­wem uczu­cia – hartu, wytrwa­ło­ści i zna­jo­mo­ści rze­mio­sła.

W sto­sunku do nie­przy­ja­ciela, zwłasz­cza Niem­ców, mamy prawo być bez­względ­nymi, nato­miast nie będziemy ni­gdy bar­ba­rzyń­cami.

Musimy oka­zać się god­nymi naszego Narodu i naszych sprzy­mie­rzeń­ców. Niech nasza Bry­gada ozdobi nową tra­dy­cją bojową pol­skie sztan­dary, pamię­ta­jąc słowa »War­sza­wianki«:

Leć nasz Orle w gór­nym pędzie,

Sła­wie, Pol­sce, światu służ.

Kto prze­żyje, wol­nym będzie,

A kto poległ – wol­nym już!

Dowódca SBSK

Sta­ni­sław Kopań­ski, gene­rał bry­gady”

Żoł­nie­rze rwali się do walki. Wszy­scy zda­wali sobie sprawę, jak trudne czeka ich zada­nie, ale gotowi byli je wyko­nać. Austra­lij­czycy nie szczę­dzili Pola­kom cen­nych wska­zó­wek i nie ukry­wali, że warunki życia w twier­dzy są bar­dzo cięż­kie. Ale to kar­pat­czy­ków nie prze­ra­żało. Żaden z nich, żoł­nie­rzy bry­gady, nie ocze­ki­wał tutaj luk­su­sów. Kil­ku­mie­sięczna służba w pustyn­nych gar­ni­zo­nach wiele ich nauczyła, a teraz mieli zdać z tej nauki egza­min.

Austra­lij­czycy oka­zali się wspa­nia­łymi towa­rzy­szami broni i nie­zwy­kle inte­re­su­ją­cymi ludźmi. Luzo­wa­nie 9. Dywi­zji prze­bie­gało eta­pami, stąd przez pewien czas żoł­nie­rze prze­by­wali na sta­no­wi­skach razem i mogli dobrze się poznać. Jeden bata­lion austra­lij­ski w ogóle nie odpły­nął i pod roz­ka­zami gene­rała Kopań­skiego pozo­stał w twier­dzy aż do momentu jej deblo­kady.

W pierw­szych dniach pobytu w Tobruku pol­scy kwa­ter­mi­strze zasta­na­wiali się, w jaki spo­sób rządy obu kra­jów roz­li­czą się za wspól­nie zje­dzone przez żoł­nie­rzy kon­serwy. Austra­lij­czycy takich pro­ble­mów nie mieli. Kiedy po pierw­szych powi­ta­niach kar­pat­czycy poka­zali nowym towa­rzy­szom broni swe pięk­nie dru­ko­wane „karty zaopa­trze­nia”, ci tylko wzru­szyli ramio­nami. Wysoki, bro­daty arty­le­rzy­sta wska­zał na puszki z dże­mem, serem i kieł­basą.

– Jedz­cie i niech wam idzie na zdro­wie.

Polacy jakoś się spe­szyli.

– A dla was nie zabrak­nie?

– Jasne, że nie – odpo­wie­dział bro­dacz. – Zresztą zaraz zadzwo­nimy, żeby nam przy­słali wię­cej pro­wiantu, bo mamy gości.

– Ale…

– Żadne ale! O co wam cho­dzi? U nas zaopa­trze­niow­cami są ludzie, któ­rzy w cywilu zaj­mo­wali się podob­nymi spra­wami. Otrzy­mu­jemy jedze­nie, a papierki nas nie inte­re­sują.

Takie podej­ście do sprawy zaim­po­no­wało Pola­kom.

Austra­lij­czycy nie tra­cili humoru, ale to nie zmie­niało faktu, że warunki bytowe w Tobruku były bar­dzo cięż­kie. Żoł­nie­rze pierw­szej linii tkwili w bun­krach i oko­pach, inni zado­wa­lali się zie­mian­kami lub namio­tami.

Sztab pol­skiej bry­gady prze­jął od Austra­lij­czy­ków wielką, pod­ziemną grotę. Szta­bowcy miesz­kali w pobliżu pie­czary, w maleń­kich baracz­kach z bla­chy fali­stej, a dla gene­rała Kopań­skiego i jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków prze­zna­czono sztuczny loch na odcinku odwo­do­wym w obrę­bie Fortu Solaro. Jed­nak już pierw­sza spę­dzona tam noc znie­chę­ciła dowódcę do tej bez­piecz­nej kwa­tery. Wiatr wciąż nawie­wał do wnę­trza wci­ska­jący się wszę­dzie drob­niutki pia­sek, a szczury har­co­wały bez­kar­nie po łóż­kach i budziły śpią­cych. Ran­kiem gene­rał Kopań­ski prze­tarł oczy i spoj­rzał na otrze­pu­ją­cych się z pia­sku towa­rzy­szy.

– Zarzą­dzam ewa­ku­ację – mruk­nął.

Tego samego dnia prze­niósł się wraz z puł­kow­ni­kiem Pesz­kiem do jed­nego ze skła­da­nych baracz­ków. Wie­czo­rem wydo­był z ple­caka nabytą prze­zor­nie w Alek­san­drii moski­tierę i owi­nął nią swoje łóżko.

– Mam nadzieję, że nie będzie sma­ko­wała szczu­rom – powie­dział.

I rze­czy­wi­ście. Dzięki tej cien­kiej siatce szczury, muchy, skor­piony i taran­tule miały „wstęp wzbro­niony” do łóżka dowódcy bry­gady. Podobne „zasieki” prze­ciw męczą­cym współ­lo­ka­to­rom „budo­wali” sobie inni ofi­ce­ro­wie.

Na sta­no­wi­skach bojo­wych było znacz­nie trud­niej wal­czyć z robac­twem.

Pod­cho­rąży Adolf Bocheń­ski roz­lo­ko­wał się ze swoją dru­żyną w oko­pach dru­giej linii obrony. W zupeł­nych ciem­no­ściach żoł­nie­rze pozaj­mo­wali przy­po­mi­na­jące kre­to­wi­ska ziemne nory i zmę­czeni natych­miast zasnęli. Rano pod­cho­rąży obu­dził się i poczuł, że swę­dzi go całe ciało. Uważ­nie obej­rzał posła­nie.

– Pchły! Wiel­kie jak konie! – wrza­snął zdu­miony.

Z sąsied­niej zie­mianki wychy­lił się któ­ryś ze strzel­ców.

– Cie­kawe, panie pod­cho­rąży, czy będziemy im lepiej sma­ko­wali niż Austra­lij­czycy?

– Mam nadzieję, że nie – odparł Bocheń­ski ze śmie­chem. – Ale jeśli oka­żemy się smaczni, to… trzeba będzie się przy­zwy­czaić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki