Ten pies odmieni ci życie - Elias Weiss Friedman, Ben Greenman - ebook

Ten pies odmieni ci życie ebook

Elias Weiss Friedman, Ben Greenman

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Krzepiąca i pełna emocji książka o tym, jak psy wzbogacają nasze życie i czynią nas lepszymi ludźmi…

Elias Weiss Friedman, znany jako Dogista, zdobył popularność, fotografując psy spotykane na ulicach Nowego Jorku i opowiadając w internecie ich niezwykłe historie. Zanim jednak stał się rozpoznawalnym twórcą, był po prostu oddanym psiarzem – wrażliwym obserwatorem relacji między psami a ludźmi oraz propagatorem radości, jaką ta więź wnosi do naszego życia.

W książce przeplatają się opowieści wielu psów, które Elias poznał zarówno podczas pracy jako Dogista, jak i w życiu prywatnym. Autor prowadzi czytelnika przez historie pełne ciepła, humoru i wzruszeń, nie unikając przy tym głębszych refleksji nad tym, jak psy kształtują naszą empatię, odpowiedzialność i poczucie sensu. W świecie narastających podziałów ta książka przypomina, że odpowiedzi na wiele ludzkich pytań znajdują się tuż obok — w relacjach z naszymi czworonożnymi towarzyszami.

Elias Weiss Friedman to autor bestsellerów z listy „New York Timesa”, fotograf, producent i twórca popularnego serwisu The Dogist, obserwowanego przez ponad dziesięć milionów osób. W ciągu ostatniej dekady sfotografował ponad pięćdziesiąt tysięcy psów, redefiniując nurt psiej fotografii swoim charakterystycznym, empatycznym stylem. Jest także aktywnym działaczem filantropijnym, wspierającym organizacje ratujące psy poprzez The Dogist Fund. Jest autorem książek The Dogist: Photographic Encounters with 1,000 Dogs oraz The Dogist Puppies.

Ben Greenman, były redaktor „New Yorkera”, jest autorem bestsellerowych powieści i książek non-fiction oraz współautorem publikacji tworzonych m.in. ze Stevenem Van Zandtem, Brianem Wilsonem, George’em Clintonem i Questlove’em.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 365

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: This Dog Will Change Your Life

Copy­ri­ght © 2025 by Elias Weiss Fried­man Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Piotr Cie­ślak

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Ewa Ski­biń­ska Korekta: Beata Wój­cik, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Pro­jekt okładki: Reed Bar­row i Hun­ter Bar­row Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 978-83-8457-034-0

Dedykacja

Dla Elsy, psa, który odmie­nił mi życie

Wstęp

Zawdzię­czam życie psu. Pew­nego dnia, kiedy mia­łem dwa lata, byłem pod opieką babci, która zarzą­dziła, że pój­dziemy na spa­cer: ja, ona i jej sze­ścio­letni czarny labra­dor Oreo. Po wyj­ściu na zewnątrz bab­cia zorien­to­wała się, że zapo­mniała kurtki, i wró­ciła po nią do domu. Kiedy znów wyszła za próg, mnie już nie było. Ani Oreo. Bab­cia wołała po imie­niu naj­pierw mnie, a potem czwo­ro­noga, i zaczęła nas szu­kać. Znik­nę­li­śmy bez śladu.

Pobie­gła z powro­tem do domu, żeby zadzwo­nić do moich rodzi­ców, a ci od razu powia­do­mili poli­cję. Wszy­scy tra­cili głowy, które nagle wypeł­niły się prze­ra­ża­ją­cymi wizjami: wpa­dłem do studni, porwano mnie albo stało się coś jesz­cze gor­szego. Poli­cja wsz­częła poszu­ki­wa­nia, lecz one też speł­zły na niczym.

Jakieś dwa­dzie­ścia minut póź­niej ogrod­nik z sąsiedz­twa zoba­czył idą­cego ulicą czar­nego labra­dora. Obok psa, od strony kra­węż­nika, kro­czyło małe dziecko: ja we wła­snej oso­bie. Ile­kroć pró­bo­wa­łem zejść z chod­nika na ulicę, Oreo zaga­niał mnie z powro­tem; był niczym czwo­ro­nożna kudłata barierka.

Incy­dent ten nie został nagrany, a moja bab­cia – co zro­zu­miałe – milk­nie, gdy tylko się o nim wspo­mina, jedy­nym dowo­dem na to, co się stało, są więc słowa moich rodzi­ców, któ­rzy czę­sto tę histo­rię opo­wia­dają. Słowa i sztucz­nie wykre­owane wspo­mnie­nie, które utrwala się w mojej gło­wie za każ­dym razem, gdy ktoś rela­cjo­nuje to zda­rze­nie. Mam też jed­nak mnó­stwo dowo­dów na to, że takie rze­czy zda­rzają się bez prze­rwy. Poszu­kaj­cie w inter­ne­cie histo­rii o psach ratu­ją­cych dzieci. Jest wśród nich opo­wieść o owczarku nie­miec­kim, który ura­to­wał dziecko przed ata­kiem innego psa; o boston terie­rze z Con­nec­ti­cut, który zaalar­mo­wał opie­ku­nów, gdy ich małe dziecko zaczęło sinieć, i o bor­der col­lie z Tek­sasu, który swoim psim spo­so­bem wyczuł, że nasto­la­tek ma udar. Jedna z moich ulu­bio­nych sytu­acji tego rodzaju jest zara­zem jedną z naj­prost­szych: ber­neń­ski pies paster­ski sie­dzi na pod­ło­dze obok racz­ku­ją­cego nie­mow­lę­cia, a po dru­giej stro­nie psa znaj­dują się schody. Ber­neń­czyk wie, że schody są nie­bez­pieczne, a dziecko jest za małe, by zda­wać sobie z tego sprawę. Gdy malec zbliża się do scho­dów, pies prze­suwa się tak, by go do nich nie prze­pu­ścić. Cały fil­mik trwa naj­wy­żej minutę, lecz trudno obej­rzeć go bez wzru­sze­nia.

Tego rodzaju sytu­acje powinny budzić zachwyt. Powinny przy­po­mi­nać, że tech­no­lo­gia może łączyć, a nie tylko dzie­lić. Powinny też jed­nak robić coś wię­cej: zachę­cać do głęb­szego zasta­no­wie­nia nad psami oraz rolą, jaką odgry­wają one w naszym życiu. Powinny dawać odpo­wie­dzi na pyta­nia o inte­li­gen­cję zwie­rząt i o więzi mię­dzy czwo­ro­no­gami a ludźmi. Powinny poma­gać zro­zu­mieć, dla­czego skąd­inąd zupeł­nie zdrowa na umy­śle osoba porzuca świat typo­wej pracy zawo­do­wej i poświęca się foto­gra­fo­wa­niu psów spa­ce­ru­ją­cych po uli­cach. Ba, nie tylko foto­gra­fo­wa­niu, ale też pyta­niu wła­ści­cieli o to, jak psiaki wpły­wają na ich życie, by potem napi­sać książkę o tym nie­zwy­kłym wpły­wie. Ta sama osoba – pod­kre­ślam, że zdrowa na umy­śle – wyru­sza następ­nie w świat i nie ogra­ni­cza się do ulic wła­snego mia­sta, tylko udaje się do Por­to­ryko, do Chin, do wię­zie­nia na pół­nocy stanu Nowy Jork oraz w podróż przez kraj z bra­tem, który nie­dawno stra­cił pracę. Wszystko po to, by zro­zu­mieć, w jaki spo­sób psy wzbo­ga­cają życie swo­ich wła­ści­cieli.

Tą skąd­inąd zdrową na umy­śle osobą jestem ja.

* * *

The Dogist – mój blog na Insta­gra­mie i innych plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych, na któ­rym publi­kuję zdję­cia psów spo­ty­ka­nych na uli­cach – powstał w 2013 roku, gdy zamie­ści­łem w inter­ne­cie zdję­cie bok­sera napo­tka­nego w Wied­niu, w Austrii. W pew­nym sen­sie zawsze byłem Dogi­stą, czyli Psia­rzem.

W dzie­ciń­stwie kocha­łem wszyst­kie zwie­rzęta. Jako bar­dzo małe dziecko opie­ko­wa­łem się głów­nie gry­zo­niami: mia­łem świnki mor­skie, myszy, szczury i cho­miki. Ale zwie­rzy­niec całej naszej rodziny był bar­dziej uroz­ma­icony. Mie­li­śmy papugi. Moja ciotka trzy­mała świnkę wiet­nam­ską. Mama zawsze żar­to­wała, że chcia­łaby mieć szym­pansa, a mnie chyba nawet nie­szcze­gól­nie to dzi­wiło… Dora­sta­łem w domu, gdzie kró­lo­wała nauka – oboje moi rodzice są leka­rzami, podob­nie jak dziad­ko­wie ze strony ojca. Ciotka – ta od świnki – była wete­ry­na­rzem, a dzia­dek ze strony matki, Leon Weiss – pio­nie­rem badań nad zwie­rzętami i zało­ży­cie­lem Cen­ter for the Inte­rac­tion of Ani­mals and Society na Uni­ver­sity of Pen­n­sy­lva­nia.

W naszym zwie­rzyńcu nie wszyst­kie gatunki były sobie równe. A może ina­czej: żaden gatu­nek nie dorów­ny­wał psom. Nie było pupila nad psa; czwo­ro­nogi były rów­nie waż­nymi domow­ni­kami jak ludzie. Wycho­wy­wa­łem się głów­nie wśród labra­do­rów, takich jak Oreo, choć mie­li­śmy też pudle, doodle, gol­den retrie­very, mopsa, a nawet gry­fo­nika bruk­sel­skiego (to dość rzadka rasa minia­tu­rowa, nale­żąca do więk­szej rodziny bel­gij­skich psów towa­rzy­szą­cych rasy smo­usje, któ­rej nazwa wygląda jak imię postaci z Gwiezd­nych wojen albo stek lite­ró­wek). W tym kon­glo­me­ra­cie ras naj­więk­szym powa­ża­niem cie­szyły się labra­dory. Ich imiona to Ruby i Snowy, Matilda i T-Paw, Rigby i Mr. Big­gle­sworth (miano nadane na cześć bez­wło­sego kota z fil­mów o Austi­nie Power­sie – na co dzień nazy­wa­li­śmy go Big­gie), Babka, Bialy, Willy, Tuggy, Layla, Bailey i Mag­gie. Ruby, czarna labra­dorka, była „moim” psem – suczka nale­żała oczy­wi­ście do całej rodziny, lecz mia­łem z nią szcze­gólną więź.

Psy były obecne w domu stale, lecz latem było ich jesz­cze wię­cej. Waka­cje spę­dza­li­śmy na Cape Cod, w mia­steczku Woods Hole, gdzie mie­li­śmy rodzinny letni dom, w któ­rym było miej­sce nie tylko dla moich rodzi­ców i rodzeń­stwa, lecz także dla cio­tek, wuj­ków i kuzy­nów oraz ich zwie­rząt. Przez cały czas miesz­kało z nami śred­nio pięć psów. W kuchni stała nie­do­rzecz­nie wielka wspólna miska z wodą, a na podwórku trzeba było patrzeć pod nogi – oczy­wi­ście jeśli czło­wiek odwa­żył się tam zapu­ścić. Kiedy psy ucie­kały, zawsze wie­dzie­li­śmy, gdzie je zna­leźć: na naj­bliż­szej plaży. Był to czyjś pry­watny teren, lecz nasza rodzina nazy­wała go „psią plażą”.

Byłem też miło­śni­kiem foto­gra­fo­wa­nia, po czę­ści dla­tego, że zara­zi­łem się tą pasją od ojca. Więk­szość moich przy­ja­ciół jeź­dziła w waka­cje na obozy. Ja cho­dzi­łem do cze­goś, co ochrzci­li­śmy mia­nem szkoły nauko­wej (for­mal­nie Chil­dren’s School of Science). Był to trwa­jący cztery tygo­dnie pro­gram naucza­nia, w ramach któ­rego zbie­ra­li­śmy okazy oce­aniczne i ento­mo­lo­giczne. Zda­rze­nie, które zapewne było pierw­szym zwia­stu­nem bycia Dogi­stą, miało miej­sce pod­czas zajęć z foto­gra­fii dla zaawan­so­wa­nych w szkole nauko­wej. Jedno z zadań pole­gało na wysła­niu naszych naj­lep­szych zdjęć na kon­kurs foto­gra­ficzny orga­ni­zo­wany w ramach lokal­nego festynu. Moja pierw­sza rolka ze zdję­ciami zawie­rała głów­nie nudne fotki kwia­tów, budyn­ków i samo­cho­dów. Ale kilka ostat­nich kadrów przed­sta­wiało psa, któ­rego pozna­łem. Posta­no­wi­łem wtedy zało­żyć z moim kuzy­nem Aaro­nem firmę S&R Stu­dios, nazwaną tak od imion Snowy i Ruby. Mie­li­śmy wtedy led­wie dzie­sięć czy jede­na­ście lat, ale zro­bi­li­śmy sobie wizy­tówki i krę­ci­li­śmy filmy. To ostat­nie jest zapewne sporo na wyrost, były to bowiem krót­kie roz­dy­go­tane wide­oklipy z udzia­łem naszych psów. W opus magnum poka­za­li­śmy nasze otyłe labra­dory, Ruby i Matildę, masze­ru­jące po podwórku w akom­pa­nia­men­cie pio­senki prze­wod­niej z serialu Cops, zaty­tu­ło­wa­nej Bad Boys i wyko­ny­wa­nej przez zespół Inner Circle. Wyda­wało nam się to zabawne.

Pierw­sze eks­pe­ry­menty fil­mowe nie uczy­niły ze mnie legen­dar­nego psiego reży­sera, kogoś w rodzaju Quen­tina Szcze­kan­tino albo Stan­leya Kun­dlicka (daruję sobie dal­sze suchary). Pozo­sta­łem jed­nak dość wierny foto­gra­fii. Skoro nie mogłem zostać muzy­kiem roc­ko­wym (pró­bo­wa­łem) ani zawo­do­wym teni­si­stą (też pró­bo­wa­łem), to posta­no­wi­łem spró­bo­wać cho­ciaż tego. Podzi­wia­łem dys­cy­plinę i etos pracy Ansela Adamsa oraz oko Hen­riego Car­tiera-Bres­sona. Przede wszyst­kim fascy­no­wała mnie kon­cep­cja decy­du­ją­cego momentu; idea, zgod­nie z którą można uchwy­cić wyci­nek prze­strzeni w takiej chwili, w któ­rej uwiecz­niona na zdję­ciu scena ma szcze­gólną wymowę.

Pozo­sta­łem entu­zja­stą foto­gra­fii, lecz po stu­diach zna­la­złem bar­dziej pro­za­iczną pracę. I ją stra­ci­łem. Kiedy to się stało, zaczą­łem się głę­boko zasta­na­wiać. Począ­tek dru­giej dekady naszego tysiąc­le­cia był zło­tym wie­kiem dla blo­gów z nowo­jor­ską foto­gra­fią uliczną. Humans of New York (stwo­rzony przez Bran­dona Stan­tona) oraz The Sar­to­ria­list (dzieło Scotta Schu­mana) stały się sen­sa­cjami, które zyskały świa­tową popu­lar­ność dzięki ser­wi­som spo­łecz­no­ścio­wym takim jak Insta­gram, Face­book czy Tum­blr. Pomy­śla­łem, że zabaw­nie byłoby stwo­rzyć paro­dię – czy też spin-off – bloga The Sar­to­ria­list, tylko z udzia­łem psów pozu­ją­cych jak modni Nowo­jor­czycy. Chcia­łem zacho­wać ten sam czy­sty, lapi­darny styl: miej­sce, imię, krótki opis. Jeśli ludzie zasłu­gi­wali na zdję­cia w popu­lar­nym blogu, to ich psy zasłu­gi­wały na to tak samo. Wie­dzia­łem też, że nie jestem jedy­nym miło­śni­kiem psów, bo kiedy publi­ko­wa­łem zdję­cia czwo­ro­no­gów na Insta­gra­mie, fotki dosta­wały wię­cej polu­bień i komen­ta­rzy niż wła­ści­wie dowolne inne wpisy. Zamó­wi­łem wizy­tówkę na potrzeby mojego nowego przed­się­wzię­cia, tak samo jak daw­niej dla S&R Stu­dios. Pamię­tam, jak jesie­nią 2013 roku spa­ce­ro­wa­łem po Wil­liams­burgu i natkną­łem się na prę­go­wa­nego bul­doga fran­cu­skiego. Zapy­ta­łem wła­ści­ciela, czy mogę zro­bić psu zdję­cie.

– A gdzie chcesz je wyko­rzy­stać? – odparł pyta­niem.

– Na blogu The Dogist – powie­dzia­łem. Nazwa wybrzmiała ide­al­nie. Naza­jutrz opu­bli­ko­wa­łem pierw­szy wpis. Otwo­rzył się przede mną bez­miar moż­li­wo­ści. A ja w niego wkro­czy­łem. Za sprawą tego przed­się­wzię­cia nie tylko latami spa­ce­ro­wa­łem po uli­cach, pozna­jąc ludzi oraz ich czwo­ro­nogi, ale też tra­fi­łem na kam­pusy uni­wer­sy­tec­kie i sale kon­fe­ren­cyjne w kor­po­ra­cjach i zaczą­łem jeź­dzić po całym świe­cie. Zna­la­złem się na sta­dio­nach spor­to­wych pro­fe­sjo­nal­nych dru­żyn. Odwie­dzi­łem nawet Biały Dom. Pali­wem, które gnało mnie z miej­sca na miej­sce, była fun­da­men­talna prawda o psach: ludzie je uwiel­biają. Ta fun­da­men­talna prawda tak naprawdę składa się z kilku innych, połą­czo­nych w spójną całość. Ludzie je kochają, bo ich potrze­bują, a potrze­bują ich, gdyż psy są ści­śle zwią­zane z ludz­kimi wyobra­że­niami na wła­sny temat. Dzięki psom ludzie stają się lepsi i sil­niejsi, odpo­wie­dzial­niejsi i jed­no­cze­śnie bar­dziej roz­bry­kani – nawią­zują kon­takt z lep­szą stroną swo­jej natury. Kochamy spę­dzać czas z psami i czu­jemy, że może on mieć tera­peu­tyczne dzia­ła­nie, choć nie zawsze dokład­nie wiemy, dla­czego tak się dzieje.

W tej książce zgłę­biam i wyja­śniam wiele odpo­wie­dzi na powyż­sze „dla­czego?”. Po pierw­sze przy­glą­dam się w niej temu, jak psy poma­gają nam zro­zu­mieć naszą wła­sną toż­sa­mość: sta­no­wią fascy­nu­jące odzwier­cie­dle­nie wła­ści­ciela, a sam pro­ces wyboru psa zmu­sza do uświa­do­mie­nia sobie pew­nych aspek­tów nas samych. Po dru­gie badam w niej spo­sób, w jaki psy uczą nas funk­cjo­no­wa­nia w rela­cjach, przy czym nie cho­dzi tylko o rela­cje z nimi, lecz także o te z innymi ludźmi. Po trze­cie wresz­cie, poka­zuję, że psy są isto­tami mają­cymi okre­ślony cel, a to, jak ów cel ucie­le­śniają, może pomóc nam odna­leźć wła­sne powo­ła­nie. Wyszłoby nam na dobre, gdy­by­śmy w każ­dym aspek­cie życia mieli na uwa­dze psy. W tej książce pro­po­nuję grun­towne prze­my­śle­nie naszych inte­rak­cji ze świa­tem, wzbo­ga­ce­nie ich i udo­sko­na­le­nie, wspo­ma­gane i pie­lę­gno­wane wła­śnie przez psy. Możemy być tylko takimi ludźmi, jakimi jeste­śmy, lecz możemy też być lep­szymi wer­sjami tych ludzi, jeśli pozwo­limy psom zago­ścić w naszym życiu.

Psy z jed­nej strony mogą wpły­wać na to, jak funk­cjo­nu­jemy w świe­cie, z dru­giej zaś mogą wpły­wać na świat, w któ­rym funk­cjo­nu­jemy. Uważ­nie przy­glą­da­jąc się naszym czwo­ro­no­gom, możemy uczyć się wpro­wa­dzać korzystne zmiany w ludz­kim punk­cie widze­nia. Jako gatu­nek nie zawsze postę­po­wa­li­śmy wła­ści­wie, a w ostat­nich latach popeł­ni­li­śmy wręcz spek­ta­ku­larne błędy. Żyjemy w cza­sach, gdy główną walutą stały się opi­nie, fakty podaje się w wąt­pli­wość, a choć każdy czło­wiek teo­re­tycz­nie ma plat­formę pozwa­la­jącą mu gło­sić swoje poglądy, musi prze­krzy­czeć szum i wal­czyć z napo­rem trolli. Wszyst­kie te czyn­niki nad­wą­tlają nasz opty­mizm i chęć wycho­dze­nia na świat. Jeste­śmy bar­dziej świa­domi sie­bie niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, a zara­zem moc­niej odizo­lo­wani. Sty­kam się z tymi zja­wi­skami bez prze­rwy, ponie­waż moja praca polega na prze­mie­rza­niu ulic i nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów z ludźmi – choćby na kilka minut. Kiedy pod­cho­dzę do nie­zna­jo­mego prze­chod­nia, wyczu­wam począt­kowy opór. Gdy­by­śmy byli tylko dwiema oso­bami na impre­zie, na zaję­ciach w szkole czy na lot­ni­sku, ten opór praw­do­po­dob­nie by zwy­cię­żył. Ponie­waż jed­nak moja próba nawią­za­nia kon­taktu z tym czło­wiekiem wie­dzie przez jego psa, zwy­kle przy­staje i sku­pia się na chwili obec­nej. Wtedy zaś wyczu­wam coś innego niż opór: ulgę. Ludzie pra­gną się spo­ty­kać. Mają taką potrzebę, nawet jeśli nie zdają sobie sprawy z jej ist­nie­nia. Jest to pierw­sza iskra z całej serii więk­szych olśnień. Uświa­domiwszy sobie, że psy roz­bu­dzają w nas miłość i empa­tię, instynkty spo­łeczne i mimo­wolną radość ist­nie­nia, chęt­niej podą­żamy tą drogą.

Wspo­mnia­łem, jak Oreo oca­lił mi życie, kiedy byłem małym dziec­kiem. Od tam­tej pory przez lata pozna­łem wiele psów, które poma­gały rato­wać ludzi przed uto­nię­ciem, odnaj­dy­wały zagu­bio­nych w lasach lub przy­sy­pa­nych przez lawinę; psy, które bro­niły ludzi przed niedź­wie­dziami albo pumami. Ale czwo­ro­nogi ratują nas także w mniej dra­ma­tyczny, a zara­zem donio­ślej­szy spo­sób. Po pro­stu będąc sobą, mogą uczyć nas, aby­śmy nie byli ego­cen­tryczni i próżni, mogą wska­zy­wać moż­li­wo­ści zmiany indy­wi­du­al­nych prio­ry­te­tów i chro­nić przed pew­nymi rodza­jami błę­dów i zagu­bie­nia.

Przez dzie­sięć lat bycia Dogi­stą prze­ko­na­łem się, że nie ma dwóch iden­tycz­nych psów. Jeden lubi gonić wie­wiórki. Inny znisz­czył trzy koł­dry. Jesz­cze inny potrafi gnać z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę, ale woli wlec się łapa za łapą. A jed­no­cze­śnie wszyst­kie psy są w pew­nym sen­sie takie same: zwięk­szają i wzbo­ga­cają nasz poten­cjał do bycia ludźmi kocha­ją­cymi, szczę­śli­wymi i auten­tycz­nymi. Chcia­łem, aby ta książka odzwier­cie­dlała ton, jaki nada­łem blo­gowi The Dogist; ton, w któ­rym prze­waża cie­ka­wość świata, przy­ja­ciel­skość, skłon­ność do robie­nia głu­pot; ton poucza­jący, ale nie napu­szony. Cho­dziło mi o to, by tra­fić do każ­dego, ponie­waż prze­sła­nie tej książki rów­nież jest adre­so­wane do każ­dego. Możemy żyć lepiej i aby tak się stało, wcale nie potrze­bu­jemy tajem­nego sys­temu ducho­wego, naucza­nego gdzieś na odlu­dziu, na zbo­czu góry w zapo­mnia­nym regio­nie Ore­gonu albo w namio­cie na festi­walu muzycz­nym. Potrze­bu­jemy jedy­nie tych uro­czych kudła­tych stwo­rzeń. Z tą myślą zakoń­czy­łem każdy roz­dział sło­wami jed­nego z wła­ści­cieli psów, jakich pozna­łem pod­czas moich ulicz­nych spo­tkań jako Dogi­sta. Nie­trudno je zna­leźć: ozna­czy­łem je ramką. Cytaty te stwa­rzają oka­zję do chwili odde­chu i pozwa­lają oddać głos… czte­rem łapom.

* * *

Moż­li­wość lep­szego życia dzięki psu to nie tylko teo­re­tyczna kon­cep­cja. Dowo­dzą jej wyda­rze­nia wzięte z życia, a tak naprawdę miliony zda­rzeń dzien­nie na całym świe­cie. Mam przy­ja­ciela o imie­niu Angus. Jest inte­li­gent­nym i przy­stoj­nym face­tem, który ma cie­kawą pracę: sprze­daje majęt­nym kolek­cjo­ne­rom rzad­kie, zabyt­kowe samo­chody spor­towe. Cierpi on jed­nak na wynisz­cza­jące stany lękowe i depre­syjne – nie­wi­doczne z zewnątrz, a dla niego oczy­wi­ste jak słońce. Na prze­strzeni lat eks­pe­ry­men­to­wał z róż­nymi tera­piami i lekami. Kar­mił się – poje­dyn­czo lub w róż­nych kom­bi­na­cjach – roz­ma­itymi środ­kami, takimi jak Klo­no­pin, Lexa­pro, Zoloft, Celexa, Paxil i inne. Każdy z nich coś dawał, ale też coś odbie­rał, i każdy przy­no­sił mu przej­ściową ulgę, lecz po kilku mie­sią­cach Angus ponow­nie czuł, że zna­lazł się na równi pochy­łej.

Nie­dawno miał jeden z owych trud­nych okre­sów: roz­pad dotych­cza­so­wego związku go zde­sta­bi­li­zo­wał, a poczu­cie izo­la­cji pogłę­biło dół. Sta­ra­łem się utrzy­my­wać z nim kon­takt, tak by nie odniósł wra­że­nia, że jest bacz­nie obser­wo­wany, aż któ­re­goś dnia napi­sał mi ese­mesa z pro­po­zy­cją spo­tka­nia, prze­ką­sze­nia cze­goś i może wychy­le­nia kufelka piwa. Któ­ryś z nas użył słowa „bra­chu” – nawet nie­szcze­gól­nie żar­to­bli­wie – a drugi nie zaopo­no­wał. Spo­tka­li­śmy się w jed­nym z moich ulu­bio­nych tutej­szych barów, Tom & Jerry przy Eli­za­beth Street. Nazwa baru pocho­dzi od świą­tecz­nego kok­tajlu – ajer­ko­niaku z brandy lub z rumem – a nie od duetu kota i myszy, lecz lokal ten ma zwie­rzęcy pier­wia­stek, a mia­no­wi­cie jest on nie­ofi­cjal­nie przy­ja­zny psom i głów­nie z tego powodu należy do moich fawo­ry­tów. Idąc na spo­tka­nie z Angu­sem, zabra­łem ze sobą moją suczkę Elsę, zwłasz­cza że i tak musiała wyjść z domu na siu­siu.

Spo­tka­li­śmy się zatem we trójkę i zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o wszyst­kim i o niczym. Pona­rze­ka­łem na jakąś drob­nostkę zwią­zaną z moją pracą, żeby odwró­cić jego uwagę od tego, co aku­rat go drę­czyło. To on prze­ży­wał zała­ma­nie emo­cjo­nalne, ale im dłu­żej roz­ma­wia­li­śmy, tym róż­nica mię­dzy nami bar­dziej się zacie­rała. Nie cho­dziło o to, że dostrze­głem u sie­bie pro­blemy takie same czy choćby podobne do tych, z jakimi się zma­gał, ani o to, że jego życiowe pery­pe­tie nagle znik­nęły. Po pro­stu obaj odkry­li­śmy, że tkwimy w epi­cen­trum zagma­twa­nej, a cza­sami wyczer­pu­ją­cej egzy­sten­cji trzy­dzie­sto­lat­ków. Tego rodzaju spo­tka­nia i roz­mowy były w moim życiu częst­sze, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia kilka lat, choć wtedy nie mie­li­śmy jesz­cze tak poważ­nych pro­ble­mów. Z wie­kiem, gdy takie kło­poty zaczęły się poja­wiać, zna­le­zie­nie czasu na spo­tka­nie z bra­chem sta­wało się coraz trud­niej­sze. Życie zaczyna dawać w kość. Masz coraz wię­cej obo­wiąz­ków. Przy­bywa ci lat. Wcho­dzisz w poważną rela­cję z dziew­czyną, masz narze­czoną albo żonę. Docho­wu­jesz się dzieci. Rów­no­waga się zabu­rza. To spo­tka­nie miało dla nas tera­peu­tyczny wymiar: idąc z Elsą do domu, czu­łem się lżej­szy i widzia­łem, że Angus jest w lep­szym humo­rze. Naza­jutrz rano przy­ja­ciel napi­sał do mnie ese­mesa z potwier­dze­niem, że fak­tycz­nie ma lep­szy nastrój.

Pierw­sze spo­tka­nie było tak udane, że umó­wi­li­śmy się na dru­gie i trze­cie. Roz­mowy na­dal dzia­łały na nas obu jak kojący bal­sam, ale zaczą­łem też dostrze­gać, że Angus może nie mieć takich oka­zji do swo­bod­nego, ale intym­nego kon­taktu z kimś, komu ufa i kto bez­wa­run­kowo go wspiera, przez resztę swo­jego życia. Pew­nego dnia umó­wi­li­śmy się nie w barze, tylko na spa­ce­rze z Elsą po oko­licy. Zanim ruszy­li­śmy, musia­łem prze­sta­wić auto na drugą stronę ulicy.

– Trzy­maj – powie­dzia­łem do Angusa i poda­łem mu smycz Elsy. Gdy wysia­dłem z samo­chodu i zoba­czy­łem go z psem, zro­zu­mia­łem, że on także „widzi sie­bie z psem”. Patrzył na Elsę z uśmie­chem, zupeł­nie jakby więź mię­dzy nimi powstała tylko dzięki trzy­ma­niu smy­czy.

Nie zamie­rza­łem jed­nak odda­wać Elsy Angu­sowi. Wpa­dłem na inny pomysł. Pod­czas następ­nego spo­tka­nia podzie­li­łem się z nim swo­imi prze­my­śle­niami.

– Stary, powi­nie­neś spra­wić sobie psa – oznaj­mi­łem. Roz­pro­mie­nił się, dopóki nie uszcze­gó­ło­wi­łem: – Kon­kret­nie psa asy­stu­ją­cego.

Sły­sząc to, Angus prze­krzy­wił głowę, tak jak­bym wypo­wie­dział zda­nie w obcym języku.

– Psa asy­stu­ją­cego? – powtó­rzył. Domy­śla­łem się powo­dów zdzi­wie­nia. Świat psów asy­stu­ją­cych jest bar­dzo nie­ja­sny, dopóki nie przyj­rzysz mu się z bli­ska. Takich czwo­ro­no­gów jest mnó­stwo – znaj­dziesz je na uli­cach miast i w pod­miej­skich cen­trach han­dlo­wych. Wiele ma na sobie puszorki z napi­sami „pies opie­kun”; „pies wspar­cia emo­cjo­nal­nego” albo akro­nim „ESA”1. Zde­cy­do­wana więk­szość takich puszor­ków nie jest jed­nak wyda­wana przez akre­dy­to­wane orga­ni­za­cje. Ludzie naj­czę­ściej po pro­stu kupują je w inter­ne­cie – znaj­dziesz je choćby na Ama­zo­nie za mniej wię­cej dwa­dzie­ścia dolców. Nie suge­ruję ich kupo­wa­nia ani nie chcę cię zawsty­dzić, jeśli już to zro­bi­łeś. Tłu­ma­czę jedy­nie, że popu­lar­ność tych kupo­wa­nych w skle­pach akce­so­riów mąci wodę. Psy, które je noszą, nie­wąt­pli­wie popra­wiają samo­po­czu­cie swo­ich wła­ści­cieli, lecz nie­ko­niecz­nie robią to tak, jak spe­cjal­nie prze­szko­lone w tym celu czwo­ro­nogi. Nie zacho­wują abso­lut­nej ciszy i spo­koju w samo­lo­cie czy w restau­ra­cji. Nie nauczyły się siu­siać i wypróż­niać na komendę. Nie zawa­hają się szarp­nąć za smycz na widok kawałka leżą­cego na ziemi pep­pe­roni albo wie­wiórki w parku. Psy w skle­po­wych puszor­kach z pew­no­ścią służą pomocą, lecz nie są psami asy­stu­ją­cymi z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Wyja­śni­łem mu nie­które z tych kwe­stii. Przy­swoił je. Miał jed­nak coś jesz­cze do powie­dze­nia.

– Ale ja? – zapy­tał lako­nicz­nie. Rozu­mia­łem także i te wąt­pli­wo­ści. Akre­dy­to­wane orga­ni­za­cje, które szkolą psy asy­stu­jące i przy­dzie­lają je opie­ku­nom, zwy­kle kon­cen­trują się na kilku rodza­jach klien­tów: oso­bach nie­wi­do­mych lub nie­do­wi­dzą­cych, oso­bach nie­peł­no­spraw­nych fizycz­nie, obcią­żo­nych ryzy­kiem natych­mia­sto­wej inter­wen­cji medycz­nej oraz na wete­ra­nach i eme­ry­to­wa­nych pra­cow­ni­kach służb mun­du­ro­wych, któ­rzy czę­sto cier­pią na wynisz­cza­jący zespół stresu poura­zo­wego (PTSD). Angus zaś był po pro­stu zwy­kłym face­tem, prze­śla­do­wa­nym przez poważną, lecz nie­wi­doczną z zewnątrz cho­robę.

Kiedy skoń­czy­łem swój wykład, Angus nie patrzył już na mnie z prze­krzy­wioną na bok głową. Ski­nął, choć nie­śmiało.

– Może przy­garnę i ura­tuję jakie­goś psa, który zosta­nie moim psem asy­stu­ją­cym.

Zetkną­łem się już wcze­śniej z tym pomy­słem. Choć szla­chetny i z pew­no­ścią moż­liwy do zre­ali­zo­wa­nia dzięki zatrud­nie­niu doświad­czo­nych tre­ne­rów, wpro­wa­dza on spory czyn­nik nie­pew­no­ści do i tak skom­pli­ko­wa­nego już rów­na­nia.

– Albo wezmę szcze­niaka i go wyszkolę.

– To moż­liwe – potwier­dzi­łem – ale czy czu­jesz, że podo­łasz tru­dom takiego szko­le­nia? Masz nie­zbędną wie­dzę, czas, siłę i cier­pli­wość? Moim zda­niem nie dasz rady. I wiesz, ja też nie dał­bym rady. Tak samo jak więk­szość ludzi. Już w przy­padku zwy­kłego psa niu­anse wycho­wy­wa­nia są trudne, a z psem asy­stu­ją­cym jest tysiąc razy gorzej.

Zasu­ge­ro­wa­łem, żeby zaczął szu­kać hodow­ców, któ­rzy mogą pochwa­lić się suk­ce­sami pod wzglę­dem wycho­wy­wa­nia psów asy­stu­ją­cych. Jeśli cie­szą się uzna­niem w swo­jej branży, może zain­te­re­so­wać się nimi bli­żej.

W ciągu kolej­nych tygo­dni po spo­tka­niu, na któ­rym zapro­po­no­wa­łem Angu­sowi, by zna­lazł psa asy­stu­ją­cego, mój przy­ja­ciel sporo podró­żo­wał służ­bowo i nie kon­tak­to­wa­li­śmy się tak czę­sto jak wcze­śniej. Kiedy już uda­wało się nam poga­dać, krą­ży­łem wokół psiego pomy­słu. Nie wie­dzia­łem, co z tego wyj­dzie. Tak jak wielu zna­jo­mych, któ­rzy na prze­strzeni lat kon­sul­to­wali się ze mną w tej spra­wie, spo­dzie­wa­łem się, że waga decy­zji przy­tło­czy go na tyle, że będzie ją odkła­dał w nie­skoń­czo­ność. Trudno jest wziąć na sie­bie obo­wią­zek w postaci psa; trudno zro­bić ten krok. Zazwy­czaj potrzeba jakie­goś kata­li­za­tora, który popchnie cię do dzia­ła­nia.

Aż któ­re­goś dnia ode­bra­łem tele­fon.

– Jestem na lot­ni­sku. Lecę do Iowa. – Zna­lazł hodowcę mają­cego dobrą renomę w obsza­rze szko­le­nia psów asy­stu­ją­cych. Obec­nie w hodowli było kilka psów w wieku od sze­ściu mie­sięcy do pół­tora roku, które prze­szły już sto­sowne szko­le­nie. – Dora­dzisz coś?

Mia­łem tylko jedną radę. Choć ludzie czę­sto roz­pro­mie­niają się na widok szcze­niaka, który sam do nich pod­cho­dzi, warto mieć oko na tego z tyłu, tego nieco bar­dziej powścią­gli­wego. Czę­sto jest to naj­spo­koj­niej­szy z oglą­da­nych psów. (O ile pamię­tam, dowie­dzia­łem się tego od mojej ciotki, wete­ry­narki). Wpraw­dzie Angus nie miał wybie­rać spo­śród szcze­niąt dopiero co odsta­wio­nych od matki, lecz ta sama zasada doty­czyła psów pół­rocz­nych i nieco star­szych, które na niego cze­kały.

– Dobra – odparł. Powie­dział mi, że widział sie­bie z labra­do­rem, kon­kret­nie czar­nym. Fakt ist­nie­nia pre­fe­ren­cji kolo­ry­stycz­nych zupeł­nie mnie nie zasko­czył. Praca Angusa wyma­gała szcze­gól­nie uważ­nego podej­ścia do kwe­stii este­tycz­nych. Fer­rari musiało być nie tylko czer­wone; o nie – ono miało mieć wła­ściwy odcień czer­wieni – rosso corsa.

Powtó­rzy­łem swoją wcze­śniej­szą radę: „Nie zwra­caj uwagi na umasz­cze­nie. Skup się na ener­gii”.

W Iowa pano­wał okrutny ziąb, Angus zaś nie wypo­ży­czył fer­rari, tylko prze­ciętną oso­bówkę, która nie radziła sobie na zlo­do­wa­cia­łej nawierzchni. Naj­pierw dosta­łem więc ese­mesy o pośli­zgach, a dopiero potem fil­mik z cze­ko­la­do­wym labra­do­rem.

– Co o nim myślisz? – zapy­tał. Chcia­łem poprzeć jego pomysł, lecz z mojej per­spek­tywy pies nie paso­wał do niego cha­rak­te­rem.

– To chyba jed­nak nie ten – zasu­ge­ro­wa­łem.

„Tak” – odpi­sał. Zgo­dził się ze mną, ale zara­zem tro­chę znie­chę­cił. Nie spodo­bał mu się widok psów trzy­ma­nych w klat­kach, mimo że pra­wie wszyst­kie psy asy­stu­jące są szko­lone pod tym kątem – muszą umieć zosta­wać same na pewien czas i nie spra­wiać pro­ble­mów pod­czas podró­żo­wa­nia. Pierw­szy dzień oka­zał się nie­wy­pa­łem, pomy­śla­łem jed­nak, że przy­naj­mniej zyska jakieś doświad­cze­nie i znaj­dzie się o krok bli­żej zna­le­zie­nia „swo­jego” psa.

Mijał kolejny pora­nek, a ja – choć byłem cie­kaw roz­woju sytu­acji – nie żywi­łem wiel­kich nadziei. Ale potem, mniej wię­cej o czter­na­stej, Angus napi­sał do mnie: „Chyba zna­la­złem”. Potem na ekra­nie poja­wiło się zdję­cie i fil­mik z uro­czym mio­do­wym labra­do­rem, suczką o imie­niu Opal. Obej­rza­łem nagra­nie i dostrze­głem w psiaku to samo swo­bodne uspo­so­bie­nie, które widy­wa­łem przez lata u wielu psów asy­stu­ją­cych. „TAK!” – odpo­wie­dzia­łem. A potem wyłą­czy­łem caps lock. „O taki tem­pe­ra­ment cho­dzi. Świet­nie się pre­zen­tuje. Mer­da­jący ogon, z pozoru tro­chę głup­tas, cie­kaw­ski, uro­czy. Tra­fiony, zato­piony”. Zadzwo­nił do mnie i po tonie głosu pozna­łem, że pies już zdzia­łał cuda. Cie­szy­łem się, że nastrój mojego przy­ja­ciela popra­wił się wła­ści­wie w mgnie­niu oka (a oso­bi­ście także z obec­no­ści kolej­nego wspa­nia­łego psa w gro­nie zna­jo­mych). Roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon jesz­cze chwilę, gdy spa­ce­ro­wa­łem z Elsą w Washing­ton Squ­are Park i moja suczka cią­gnęła mnie w stronę drzewa z wie­wiór­kami.

Angus opu­ścił Iowa. Hodowca poin­for­mo­wał go, że pies wymaga doszko­le­nia, co ozna­czało, że Opal przej­dzie dodat­kowy tre­ning przy­go­to­wu­jący ją do życia w mie­ście i dopiero wtedy jeden z ich tre­ne­rów prze­trans­por­tuje czwo­ro­noga do Nowego Jorku. Przy­ja­ciel zadzwo­nił do mnie od razu po powro­cie do domu. W jego gło­sie wyczu­łem lek­kie pode­ner­wo­wa­nie.

– Wielki krok – rzekł.

– Angus – odpar­łem – ten pies odmieni ci życie.

Nie jestem pewien, dla­czego to powie­dzia­łem. To nie jest jedna z moich utar­tych fraz. Wie­dzia­łem jed­nak, że mówię poważ­nie, zarówno w odnie­sie­niu do kwe­stii, o któ­rych już roz­ma­wia­li­śmy – pies zapewni mu towa­rzy­stwo na co dzień i zła­go­dzi epi­zody depre­sji – jak i na milion innych spo­so­bów. Pies wycią­gnie go z miesz­ka­nia na spa­cery. Będzie sta­no­wił dosko­nały temat nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych roz­mów z nowo pozna­wa­nymi ludźmi. Pomoże mu unik­nąć nie­bez­pie­czeństw współ­cze­snego świata, takich jak uza­leż­nie­nie od smart­fona czy para­li­żu­jące podziały w mediach spo­łecz­no­ścio­wych (choć jak dotąd Angus jest moim jedy­nym przy­ja­cie­lem, który rze­czy­wi­ście usu­nął konto na Insta­gra­mie). Zachęci go do stwo­rze­nia ram i rytu­ałów zwią­za­nych z posił­kami, relak­sem i porą snu. Pomoże otrzą­snąć się z drę­czą­cych myśli. Z bie­giem czasu pies mógłby nawet pozwo­lić mu odsta­wić leki, zna­leźć part­nerkę czy pomóc zro­zu­mieć, jak to jest mieć dziecko. Było to jedyne zda­nie, które w owej chwili zawie­rało w sobie cały ten sens. Kiedy usły­sza­łem sam sie­bie, jak wypo­wia­dam te słowa, uświa­do­mi­łem sobie, że sta­no­wią one nie tylko ide­alny komu­ni­kat dla Angusa, ale też dosko­nały tytuł dla tej książki.

Nastą­piła długa cisza. Musiał to wszystko prze­tra­wić.

– Myślę, że możesz mieć rację – odparł w końcu.

Angus cier­pli­wie cze­kał, aż Opal skoń­czy szko­le­nie i wyru­szy w podróż z Iowa. Aż pew­nego dnia przy­je­chała i całe jego życie szybko zaczęło się zmie­niać. Opo­wie­dział mi o zupeł­nie nie­tra­fio­nej randce. Zamiast zare­ago­wać jak zwy­kle – roz­trzą­sać w myślach wpadkę i zasta­na­wiać się, czy wziął odpo­wied­nio dużą dawkę leków – na koniec wie­czoru poże­gnał się bez urazy i wró­cił do domu zoba­czyć się z Opal. A ona nie zapy­tała go, co się stało albo dla­czego nie zna­lazł z dziew­czyną wspól­nego języka. Pod­bie­gła do drzwi, rado­śnie mer­da­jąc ogo­nem, i odsło­niła brzu­szek do gła­ska­nia, gdy tylko prze­kro­czył próg. Jego wewnętrzne napię­cia i poczu­cie wła­snej nie­udol­no­ści stop­niowo ustę­po­wały.

Angus zmaga się ze spe­cy­ficz­nym zbio­rem pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych i psy­cho­lo­gicz­nych. To, czego doświad­czył w pierw­szych dniach prze­by­wa­nia z Opal, jest jed­nak bar­dzo uni­wer­salne; sta­nowi przy­kład typo­wej prze­miany, jaką widzia­łem u bar­dzo róż­nych ludzi – nowo­jor­skich sin­gli, wete­ra­nek zma­ga­ją­cych się z PTSD, więź­niów odsia­du­ją­cych dłu­gie wyroki za bru­talne prze­stęp­stwa i dzieci cier­pią­cych na poważne cho­roby. W trak­cie całej mojej pracy jako Dogi­sty – czemu daję wyraz w tej książce – spo­tka­łem wielu ludzi o bar­dzo róż­nej prze­szło­ści, któ­rzy idą przed sie­bie w asy­ście psów, a także nie­zli­czone rodzaje psów, które są w ich życiach z wielu waż­nych powo­dów. Mam grupę przy­ja­ciół, z któ­rymi utrzy­muję bli­skie kon­takty, a ich histo­rie o psach są dla mnie szcze­gól­nie ważne. Ale wszystko to sta­nowi jedy­nie wierz­cho­łek góry lodo­wej. Psy są nie­zrów­na­nym łącz­ni­kiem mię­dzy ludźmi; to one poma­gają nam odnaj­dy­wać i pie­lę­gno­wać szczę­ście, budo­wać poczu­cie sensu i wspól­noty.

Znasz słyn­nego fran­cu­skiego antro­po­loga, Claude’a Lévi-Straussa? Ja znam, przy­naj­mniej w pew­nym stop­niu – pamię­tam, że po raz pierw­szy usły­sza­łem o nim na stu­diach i uświa­do­mi­łem sobie, że to nie ten facet, któ­remu zawdzię­czam dżinsy. Wiele lat póź­niej natkną­łem się na frag­ment jego roz­prawy, w któ­rym oma­wia on zwie­rzęta, a kon­kret­nie spo­soby, w jakie nie­które zwie­rzęta zyskują w róż­nych kul­tu­rach sym­bo­liczny sta­tus. Wcze­śniejsi antro­po­lo­go­wie twier­dzili, że zwie­rzęta osią­gnęły sta­tus sym­bolu w cza­sach, gdy stały się jed­nym z warun­ków prze­trwa­nia ludz­ko­ści, co spro­wa­dzało się głów­nie do uświa­do­mie­nia sobie przez ludzi, że można je zjeść. Lévi-Strauss nie zgo­dził się z tą teo­rią. Argu­men­to­wał za drugą przy­czyną rze­czo­nej sym­bo­liki, czyli innym momen­tem, w któ­rym zwie­rzęta stały się dla nas ważne. Ujął to bar­dziej sty­lowo: że nie­które zwie­rzęta stały się sym­bo­lami „nie dla­tego, że są »dobre do jedze­nia«, tylko dla­tego, że są »dobre do myśle­nia«”. Psy są świetne do myśle­nia. A im wię­cej o nich myślisz, tym bar­dziej chcesz o nich myśleć.

* * *

I jesz­cze jedna uwaga na koniec: wyjąt­ko­wość psów oraz świa­tło, jakie wno­szą one do naszego życia, miały na prze­strzeni lat wielu kro­ni­ka­rzy. Ludzie pisali o nich, malo­wali je i wygła­szali wykłady na ich temat. Nie­które z naj­bar­dziej poru­sza­ją­cych prac w tym obsza­rze to zdję­cia. Są foto­gra­fo­wie, któ­rzy poświę­cili się zgłę­bia­niu istoty psów, co ozna­cza zara­zem, że zgłę­biają oni ważną rela­cję mię­dzy psami a ich ludźmi. Sam zali­czam się do tej grupy, lecz jed­nym z naj­wcze­śniej­szych i naj­lep­szych był Elliott Erwitt, żydow­ski foto­graf pocho­dze­nia fran­cu­skiego, który wycho­wał się w Ame­ryce. Pod­czas pobytu w Euro­pie w latach pięć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku Erwitt poznał gigan­tów takich jak Robert Capa i Edward Ste­ichen, a potem zaczął roz­wi­jać wła­sną, wyjąt­kową karierę. Erwitt foto­grafował ważne wyda­rze­nia na are­nie mię­dzynarodowej, takie jak wizyta Richarda Nixona w Związku Radziec­kim w 1959 roku, jego kon­fron­ta­cja z Chrusz­czo­wem pod­czas tak zwa­nej debaty kuchen­nej czy pogrzeb Johna F. Ken­nedy’ego w 1963 roku. Był też jed­nak nie­zwy­kle uzdol­nio­nym doku­men­ta­to­rem życia codzien­nego. Jed­nym z ulu­bio­nych tema­tów Erwitta były psy, do któ­rych wra­cał wie­lo­krot­nie w obszer­nych zbio­rach tema­tycz­nych, takich jak Son of Bitch, Dog Dogs i Woof. Wśród jego prac mam tak wiele ulu­bio­nych foto­gra­fii, będą­cych bez­po­śred­nimi inspi­ra­cjami do moich zdjęć, że wybra­nie tej jed­nej, naj­lep­szej, jest pra­wie nie­moż­liwe. Ale gdy­bym musiał wybie­rać, wska­zał­bym pracę New York City (1946), która przed­sta­wia ubra­nego w swe­te­rek psa rasy chi­hu­ahua, uwiecz­nio­nego z żabiej per­spek­tywy obok obu­tych stóp jakiejś kobiety. Bar­dziej niż jaki­kol­wiek inny znany mi foto­graf rozu­miał rela­cję mię­dzy psami a ludźmi i wie­dział, jak uchwy­cić i zobra­zo­wać tę rela­cję za pomocą pięk­nych, pro­stych kom­po­zy­cji. Sta­ram się robić zdję­cia tak, by miały w sobie choć odro­binę tej samej ener­gii, mądro­ści i duszy, i cza­sami jestem cał­kiem bli­sko – jak w kam­pa­nii z 2017 roku, którą robi­łem dla sieci Neiman Mar­cus (była to seria zdjęć przed­sta­wiających małe pie­ski sto­jące obok mode­lek w mar­ko­wych butach). Erwitt, ory­gi­nalny Dogi­sta, zmarł w wieku 95 lat, gdy pra­co­wa­łem nad tą książką. Dedy­kuję ją – przy­naj­mniej w czę­ści – wła­śnie jemu.

Ja i Ruby

Ja i Ruby

Część pierw­sza

Nasza tożsamość

Roz­dział 1

Czym jest pies?

Czuję się tro­chę skrę­po­wany z powodu przy­to­cze­nia pod koniec wstępu słów Lévi-Straussa. No dobrze; może nie jest to wiel­kie skrę­po­wa­nie, ale wolę dmu­chać na zimne. Nie jestem naukow­cem – ba, daleko mi do tego! – i nie chcę, aby ta książka zyskała aka­de­micki cha­rak­ter. Ma ona być pochwałą dla rado­ści, jaką psy wno­szą do naszego życia, a ści­ślej rzecz bio­rąc, dla spo­sobu, w jaki mogą one sprzy­jać lep­szemu spoj­rze­niu na naszą toż­sa­mość, rela­cje i życiowe powo­ła­nie. Zamie­rza­łem od samego początku nadać jej swego rodzaju emo­cjo­nalną lek­kość i ją utrzy­mać, nie chcia­łem więc, aby była zbyt poważna. W tym duchu chciał­bym niniej­szym zło­żyć obiet­nicę Dogi­sty. Otóż za każ­dym razem, gdy zacy­tuję wybit­nego myśli­ciela lub pisa­rza, posta­ram się po naj­wy­żej kilku aka­pi­tach przy­to­czyć słowa jakie­goś komika. W tym przy­padku będzie to Gro­ucho Marx, któ­remu przy­pi­suje się nastę­pu­jącą myśl: „Obok psa książka jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czło­wieka. W psie jest za ciemno, żeby czy­tać”. Kiedy usły­sza­łem ten żart po raz pierw­szy, uzna­łem go za bar­dzo zabawny. Na­dal mnie bawi, ale jed­no­cze­śnie uwa­żam, że jest nad wyraz nie­pre­cy­zyjny. Tak, książki naprawdę są świetne. Bez dwóch zdań. Wła­śnie jedną czy­tasz i mam nadzieję, że wciąż ci się podoba. Ale jak się oka­zuje, w psie można czy­tać. Robię to od lat, pró­bu­jąc patrzeć na psy przez pry­zmat ich mimiki i ruchów, chcąc dotrzeć do ich istoty i zro­zu­mieć, jak zmie­nia ona naszą istotę. Prze­ko­na­łem się, że wcale nie jest tam zbyt ciemno. Pies to pra­wie wyłącz­nie świa­tło; szcze­gólny blask, który roz­ja­śnia świat.

* * *

Czym jest pies? Moim zda­niem warto pochy­lić się nad tym pyta­niem, zanim zacznę roz­wa­ża­nia na temat tego, jak i dla­czego psy wzbo­ga­cają życie ich ludzi. Zapy­taj zoo­loga – albo, jeśli uda ci się kogoś takiego zna­leźć, kyno­loga, czyli spe­cja­li­stę w dzie­dzi­nie opieki nad psami oraz ich szko­le­nia – a otrzy­masz odpo­wiedź, która zaczyna się mniej wię­cej tak: „O, to zna­ko­mite pyta­nie”. (Kyno­lo­go­wie są bar­dzo uprzejmi). „Jest to pospo­lite zwie­rzę domowe z gatunku Canis fami­lia­ris, nazy­wa­nego nie­kiedy Canis lupus fami­lia­ris”. Następ­nie praw­do­po­dob­nie grzecz­nie odkaszl­nie, dając w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że jeśli chcesz się dowie­dzieć wię­cej o psach, zapewne powi­nie­neś zapo­znać się z recen­zo­waną publi­ka­cją naukową jego autor­stwa, zaty­tu­ło­waną Czym jest pies? lub podob­nie.

Ale nawet ta krótka odpo­wiedź daje sporo do myśle­nia. Dla­czego cza­sami Canis fami­lia­ris, a cza­sami Canis lupus fami­lia­ris? Aby odpo­wie­dzieć na to z kolei pyta­nie, musimy odbyć podróż w prze­szłość. Gotowy? Zatem w porządku; nie jeste­śmy już w teraź­niej­szo­ści. Działo się to bar­dzo dawno, może nawet dwa­dzie­ścia tysięcy lat temu, tuż przed szczy­tem ostat­niego okresu zlo­do­wa­ce­nia, a może na jego początku; cho­dzi o epokę lodow­cową, w trak­cie któ­rej lód pokry­wał więk­szość Ame­ryki Pół­noc­nej oraz pół­noc Europy i Azji. Te lodowe pokrywy zawie­rały znaczną część dostęp­nej na naszej pla­ne­cie wody, zatrzy­mu­jąc ją w sobie i ogra­ni­cza­jąc jej ilość w innych miej­scach, co poskut­ko­wało obni­że­niem poziomu mórz, zwięk­sze­niem zasięgu pustyń oraz powsta­niem suro­wych, nie­przy­stęp­nych krain. W takim świe­cie musieli żyć pierwsi ludzie, dzie­ląc go z innymi zwie­rzę­tami, wśród któ­rych był wilk. Ówcze­sne wilki nieco róż­niły się od współ­cze­snych, lecz były bli­skimi kuzy­nami wilka sza­rego, któ­rego nazwa­li­śmy Canis lupus. Nie wiem, jak okre­ślano je wtedy, jako że łacina rzecz jasna nie ist­niała. Przy­pusz­czam, że nasi przod­ko­wie mieli spe­cy­ficzne chrząk­nię­cie, któ­rego uży­wali, aby ostrzec innych o obec­no­ści tego czwo­ro­noż­nego, kudła­tego, obda­rzo­nego ostrymi zębami stwo­rze­nia, ważą­cego pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów z okła­dem.

Pamię­taj, że nie żyło się wtedy łatwo i przy­jem­nie. Różne gatunki rywa­li­zo­wały o te same zasoby. W pew­nym momen­cie wilki zaczęły wcho­dzić w inte­rak­cje z pra­ludźmi. Nie wszyst­kie, tylko okre­ślone osob­niki – te, które ośmie­liły się pod­cho­dzić do naszych pra­przod­ków i ich obo­zo­wisk coraz bli­żej. Nie cho­dziło tylko o śmia­łość, lecz także o moty­wa­cję. Ludzie mieli poży­wie­nie, a wilki – jak wszyst­kie zwie­rzęta – lubią jeść. Oprócz moty­wa­cji w grę wcho­dziło coś jesz­cze: te osob­niki były ule­głe. Wiele wil­ków pró­bo­wało zakra­dać się do obo­zo­wisk i pod­kra­dać resztki jedze­nia, lecz te, które zacho­wy­wały się w typowo wil­czy spo­sób, były naj­czę­ściej prze­pę­dzane albo zabi­jane. Budziły w pra­lu­dziach strach. Uwa­żano je za zagro­że­nie. Te zaś, które zbli­żały się do ludz­kich sie­dzib albo nawet do nich wcho­dziły i dosta­wały jedze­nie, zacho­wy­wały się przy­jaź­niej; można powie­dzieć, że nawet dobro­tli­wie. Zaprzy­jaź­nie­nie się z ludźmi ozna­czało nie tylko dostęp do jedze­nia, ale też mniej surowe i nie­bez­pieczne warunki życia. Rela­cja ta przy­no­siła korzy­ści także ludziom, sta­no­wiła więc swego rodzaju sym­biozę. Ludzie zyskali w wil­kach formę ochrony, w dodatku sto­sun­kowo wyra­fi­no­waną. Zwie­rzęta te były niczym czwo­ro­nożne sys­temy alar­mowe, które umiały wyczuć zagro­że­nie z odle­gło­ści się­ga­ją­cej dwóch kilo­me­trów, miały lep­szy słuch i sku­tecz­niej wykry­wały ruch w ciem­no­ści. (Psy oraz ich pro­to­pla­ści, czyli wilki, są wypo­sa­żone w tak zwaną tape­tum luci­dum, czyli rodzaj błony odbla­sko­wej w oczach, która uspraw­nia ich wzrok w nocy. Dla­tego u więk­szo­ści psów na zdję­ciach nie wystę­puje efekt czer­wo­nych źre­nic. Ich oczy są jasne i błysz­czące, gdyż tape­tum luci­dum odbija świa­tło z powro­tem na siat­kówkę, podob­nie jak dzieje się to u saren w świe­tle reflek­to­rów).

Zróbmy prze­skok w cza­sie w przód. Opi­sy­wane pro­topsy, które zaczęły zada­wać się z ludźmi, nie pozo­stały takie same jak wcze­śniej. Zaczęły odróż­niać się od wil­ków nie tylko pod wzglę­dem beha­wio­ral­nym, ale też ana­to­micz­nym. Kiedy ludzie napo­ty­kali osob­niki o okre­ślo­nych cechach, które wyda­wały się im atrak­cyjne, przy­gar­niali je, lepiej kar­mili i zapew­niali bez­pieczne i sta­bilne oto­cze­nie, sprzy­ja­jące roz­mna­ża­niu się. Zęby tych czwo­ro­no­gów stały się krót­sze, uszy bar­dziej obwi­słe, a pyski okrą­glej­sze – wszystko to są zewnętrzne oznaki ich przy­ja­ciel­sko­ści, a przy­naj­mniej inno­ści, które ludzie zaczęli postrze­gać jako przy­ja­zne. Oprócz potul­no­ści, główną cechą odróż­nia­jącą je od wil­ków było wyjąt­kowe wyczu­le­nie na ludz­kie nastroje i umie­jęt­ność reago­wa­nia na nie. Te nowe zwie­rzęta były (ta-dam!) psami.

A raczej pew­nym rodza­jem psów. Dziś mamy tych rodza­jów bar­dzo wiele. Dla­czego nie wszyst­kie okazy Canis fami­lia­ris przy­po­mi­nają dawne wilki, które prze­mie­niły się w psy? Z tych samych powo­dów, dla któ­rych każdy gatu­nek cechuje się pew­nym zróż­ni­co­wa­niem: cho­dzi o indy­wi­du­alne muta­cje i krzy­żo­wa­nie. Pra­dawne psy z bie­giem czasu róż­ni­co­wały się coraz bar­dziej. Bada­nia w tej dzie­dzi­nie nie dają jed­no­znacz­nych odpo­wie­dzi, nie wiemy więc z całą pew­no­ścią, czy ras prap­sów było sie­dem, dzie­więć, dzie­sięć, dwa­na­ście czy szes­na­ście. Wszy­scy zga­dzają się jed­nak co do tego, że już po tym, jak wilki prze­dzierz­gnęły się w psy, na ziemi zaczęły poja­wiać się różne odmiany.

Pro­ces ich powsta­wa­nia był zło­żony i nie­oczy­wi­sty, napę­dzany przez natu­ralne przy­padki krzy­żo­wa­nia się oraz inge­ren­cję czło­wieka. Powtó­rzę, że nie jestem uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w psach. Nie mam stop­nia nauko­wego w tej dzie­dzi­nie. Pod­kre­ślam to po czę­ści dla­tego, że w mojej rodzi­nie są osoby z dyplo­mami szkół wyż­szych – bio­lo­dzy, leka­rze i wete­ry­na­rze – a po czę­ści po to, że chcę stwo­rzyć wła­sną niszę jako miło­śnik psów, psi orę­dow­nik i doku­men­ta­li­sta (dogu­men­ta­li­sta?). Ozna­cza to, że czy­tam o psach wszystko, co wpad­nie mi w ręce, i opie­ram się na tych infor­ma­cjach, które naj­le­piej sobie utrwa­li­łem. Zapa­dła mi w pamięć mię­dzy innymi kon­cep­cja, zgod­nie z którą pień psiego drzewa gene­tycz­nego składa się z szes­na­stu ras. Można powie­dzieć, że są to pra­dawne nurty psio­ści, któ­rych fale odbi­jają się echem we wszyst­kich współ­cze­snych psach.

Co to za rasy? Według jed­nego z badań tych szes­na­ście pod­sta­wo­wych ras to: akita, ala­skan mala­mute, ame­ry­kań­ski pies eski­mo­ski, basenji, chart afgań­ski, chow chow, dingo, eura­sier, husky sybe­ry­ski, pies kana­nej­ski, saluki (chart per­ski), samo­jed, shar pei, shiba inu, szpic fiń­ski i śpie­wa­jący pies z Nowej Gwi­nei. Zdu­mie­wa­jące, lecz rasy te wciąż ist­nieją, a ja jako Dogi­sta spo­ty­ka­łem ich przed­sta­wi­cieli. (Gwoli ści­sło­ści, nie pozna­łem oso­bi­ście żad­nego śpie­wa­ją­cego psa z Nowej Gwi­nei, wiem jed­nak, że ich nazwa – nomen omen – nie zawo­dzi). Pamię­tam szpica fiń­skiego, który wabił się Fritz, a o któ­rym wła­ści­ciel wypo­wie­dział się tak: „To istny wrzód na tyłku”. Fritz miał wtedy tylko dwa lata, mógł więc zła­god­nieć z bie­giem czasu.

Snu­jąc roz­wa­ża­nia o rasach pier­wot­nych, warto pamię­tać, że psy, od momentu ich poja­wie­nia się, były w pew­nym stop­niu ludz­kim wyna­laz­kiem. Ewo­lu­owały wspól­nie z nami i dzięki nam, więc nie będzie więk­szej prze­sady w stwier­dze­niu, że są czę­ścią nas. Możemy z całą pew­no­ścią powie­dzieć, że bez ludzi nie byłoby psów. Ale bez psów mogłoby też nie być ludz­ko­ści. Pro­ces pole­ga­jący na przej­ściu od pierw­szych, postwil­czych ras do zróż­ni­co­wa­nego, fascy­nu­ją­cego i wspa­nia­łego świata psów pra­cow­ni­ków, pomoc­ni­ków i towa­rzy­szy życia był też sza­le­nie ważny dla naszego roz­woju.

Stella, terier szkocki (9 lat), róg Ble­ec­ker St. i 8th Ave­nue, Nowy Jork. „Chce spa­ce­ro­wać tylko tam, gdzie chce spa­ce­ro­wać. Tylko w tę kon­kretną stronę i w tym kie­runku”.

Roz­dział 2

Hodowla to podstawa

Pamię­tasz wszyst­kie szes­na­ście ras pier­wot­nych? Nie? Wróć o kilka stron i zapo­znaj się z nimi jesz­cze raz, od A do Z (a wła­ści­wie od A do Ś, co powinno nieco uła­twić sprawę).

I jak? Na­dal nie możesz ich spa­mię­tać? Weź pod uwagę fakt, że różne roz­wi­dla­jące się ścieżki hodow­lane dopro­wa­dziły do zróż­ni­co­wa­nia tych szes­na­stu ras w dwie­ście ras współ­cze­snych – a to jedy­nie te, które zostały ofi­cjal­nie uznane przez Ame­ri­can Ken­nel Club2. Możesz mi nie wie­rzyć, ale w świe­cie miło­śni­ków psów są ludzie, któ­rzy potra­fią wyre­cy­to­wać nazwy wszyst­kich ras z pamięci. Kie­dyś, na pew­nym wyda­rze­niu, roz­ma­wia­łem z męż­czy­zną, który twier­dził, że poznał kobietę umie­jącą wymie­nić je wszyst­kie w for­mie pio­senki, tak jak ame­ry­kań­skie dzieci wyśpie­wują nazwy pięć­dzie­się­ciu sta­nów. „Możesz mi poka­zać, która to osoba?” – popro­si­łem. Mój roz­mówca nie­pre­cy­zyj­nym gestem wska­zał tłu­mek ludzi, co wcale nie uła­twiło mi sprawy. Potem zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy po pro­stu sobie tej sawantki nie wymy­ślił. (Jeśli to ty jesteś tą kobietą, wybacz! I napisz do mnie).

Wiele zagad­nień doty­czą­cych ras trudno zro­zu­mieć. Nie­które mają dzi­waczne nazwy (dasz radę wymó­wić „xolo­itz­cu­in­tli”, bo tak też nazywa się nagi pies mek­sy­kań­ski?). Ist­nie­nie innych było podyk­to­wane nie­ty­po­wymi wzglę­dami (na przy­kład lagotto roma­gnolo spe­cja­li­zuje się w poszu­ki­wa­niu tru­fli). Naj­pro­ściej jest zro­zu­mieć fakt, że żadna z ras nie powsta­łaby i nie prze­trwała bez inge­ren­cji czło­wieka. Nie ma cze­goś takiego jak dziki mops. Ludzie udo­mo­wili pierw­sze, pocho­dzące od wil­ków psy, a z bie­giem czasu two­rzyli coraz wię­cej ras. Obec­nie dzieli się psy na sie­dem głów­nych grup, a podział ten opiera się bar­dziej na funk­cji niż na bio­lo­gii. Wyróż­nia się psy myśliw­skie, pra­cu­jące, paster­skie, teriery, psy goń­cze oraz ozdobne i do towa­rzy­stwa, a także grupę „non-spor­ting”, obej­mu­jącą rasy trudne do jed­no­znacz­nego zakla­sy­fi­ko­wa­nia. Sys­tem ten poka­zuje, że wszyst­kie psy rasowe zostały pier­wot­nie wyho­do­wane w okre­ślo­nym celu – na przy­kład do udziału w polo­wa­niu, cią­gnię­cia zaprzęgu czy sie­dze­nia na uper­fu­mo­wa­nych kola­nach szlach­cianki. Ludzka pomy­sło­wość nie znała w tym przy­padku gra­nic, cza­sami ze szkodą dla nie­lu­dzi, do czego jesz­cze wrócę. Nie­mniej jed­nak jest to nie­zwy­kła histo­ria o tym, jak z jed­nego można stwo­rzyć wiele.

Przede wszyst­kim należy zapa­mię­tać, że psy od samego początku ewo­lu­owały wraz z ludźmi. Znaj­do­wały w nich odzwier­cie­dle­nie zmiany w spe­cy­fice ludz­kich sie­dlisk, ludz­kiej pracy i ludz­kiego życia. Gdy ludzie zaczęli polo­wać konno, uznali, że przy­dałby się im pies odpo­wiedni do tej aktyw­no­ści – wystar­cza­jąco szybki i skon­cen­tro­wany, by dotrzy­mać kroku jeźdź­com. Tak naro­dził się foxho­und. A co z ludźmi, któ­rzy osie­dlali się w gęstych lasach, gdzie konie były nie­prak­tyczne, a polo­wało się pie­szo? Szybki pies myśliw­ski, który potra­fił roz­wi­jać wła­ściwe koniom pręd­ko­ści, bez trudu prze­ści­gnąłby łow­czego bez konia. Roz­wią­za­nie? Skró­ce­nie łap, by pies goń­czy stał się wol­niej­szy – i mamy beagle’a. Gdy­byś był jed­nym z tych ludzi, któ­rzy osie­dlili się w zim­nym kli­ma­cie nad­mor­skim, mógł­byś potrze­bo­wać psa stwo­rzo­nego do bie­ga­nia po plaży i bro­dze­nia w płyt­kiej wodzie. A jeśli tak, może zain­te­re­so­wałby cię pies z natu­ral­nie tłu­stą sier­ścią, chro­niącą przed wil­go­cią i niską tem­pe­ra­turą, płe­twia­stymi łapami uła­twia­ją­cymi pły­wa­nie i gru­bym ogo­nem, który może peł­nić funk­cję steru w wodzie? Voilà! Mamy labra­dora retrie­vera. (Kiedy byłem dziec­kiem, labra­dory były naj­częst­szymi towa­rzy­szami w naszej rodzi­nie; zwłasz­cza labra­dor angiel­ski, który ma kan­cia­stą głowę oraz sto­sun­kowo krótki i gruby „wydrzy” ogon). Woda jest za zimna nawet dla labra­dora? Twoim nie­zrów­na­nym mro­zo­od­por­nym pupi­lem będzie che­sa­pe­ake bay retrie­ver.

W rezul­ta­cie roz­wój ras poszedł we wszyst­kich kie­run­kach naraz: psy duże i małe; pyski zaokrą­glone i spi­cza­ste; futro grub­sze i cień­sze; oczy, uszy i ogony o naj­róż­niej­szych kształ­tach. Możesz to porów­nać do czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na decy­zję o zaku­pie samo­chodu, takich jak pręd­kość, wiel­kość, wygoda obsługi czy wygląd. Dywer­sy­fi­ka­cja psów postę­po­wała na podob­nych zasa­dach – każdy nowy aspekt wyglądu rasy był zara­zem aspek­tem funk­cjo­nal­nym, a na prze­strzeni wie­ków wcze­sne gatunki, które były pokło­siem epoki pod­cho­dzą­cych do obo­zo­wisk wil­ków, zyskały naj­róż­niej­sze formy – od malut­kich chi­hu­ahua po wiel­kie dogi nie­miec­kie. Nawet te dwie rasy można krzy­żo­wać, choć taki mie­sza­niec (doghu­ahua, chi­dog­dog?) musi być potom­kiem psa chi­hu­ahua i suki doga nie­miec­kiego, gdyż suka chi­hu­ahua nie jest w sta­nie dono­sić „pół­doga”. (I taka krzy­żówka jest moż­liwa tylko za pomocą dra­biny…)

Kto tę dra­binę usta­wia? Ponow­nie – ludzie. To ludzie sta­no­wią odpo­wiedź na każde pyta­nie doty­czące hodowli psów. Zacznijmy od tego, że to ludzie stwo­rzyli psa, zróż­ni­co­wali ten gatu­nek, a potem opra­co­wali i narzu­cili stan­dardy ras. Z ludz­kiej potrzeby porządku i kate­go­ry­zo­wa­nia zaczęli defi­nio­wać i okre­ślać, co czyni tę rasę psa wła­śnie tą rasą, a co tamtą rasę – tamtą. Kon­cep­cje te zostały sfor­ma­li­zo­wane i ucie­le­śnione na wysta­wach psów. Pierw­sza ofi­cjalna wystawa psów raso­wych odbyła się latem 1859 roku w New­ca­stle upon Tyne, a imprezy tego rodzaju w nie­dłu­gim cza­sie zyskały rangę waż­nych wyda­rzeń o zasięgu glo­bal­nym. Naj­więk­szą na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej jest wystawa Cru­fts w Wiel­kiej Bry­ta­nii, a trzy naj­waż­niej­sze w USA to Natio­nal Dog Show, AKC Natio­nal Cham­pion­ship i West­min­ster Ken­nel Club (WKC) Dog Show. W minio­nych latach na zna­cze­niu zyskała zwłasz­cza ta ostat­nia. Natio­nal Dog Show ma sie­dzibę w Fila­del­fii, AKC jest orga­ni­zo­wana w Orlando i Long Beach, a WKC przez długi czas odby­wała się w Madi­son Squ­are Gar­den w Nowym Jorku (w cza­sie pan­de­mii COVID-19 została prze­nie­siona do nowo­jor­skiego Tar­ry­town i Natio­nal Ten­nis Cen­ter w Queens, ale w 2025 roku wró­ciła do Madi­son Squ­are Gar­den). To szcze­gólne miej­sce zapew­nia WKC regu­larną obec­ność w tele­wi­zji i sta­no­wiło sce­ne­rię dla praw­do­po­dob­nie naj­waż­niej­szego filmu o wysta­wach psów, jaki kie­dy­kol­wiek nakrę­cono (Medal dla miss w reży­se­rii Chri­sto­phera Guesta).

Przez ostat­nie dzie­sięć lat foto­gra­fo­wa­łem na wysta­wie West­min­ster jako Dogi­sta i za każ­dym razem było to dla mnie w dużej mie­rze pozy­tywne prze­ży­cie – móc zoba­czyć psy w ich naj­lep­szym wyda­niu, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o czy­stość rasy. Uwiel­bia­łem foto­gra­fo­wać Donalda, psa rasy bichon frise, któ­rego wła­ści­cielka tyleż ze śmie­chem, co ze śmier­telną powagą oznaj­miła mi, że „jego rodo­wo­dowe imię to »Grand Cham­pion Ego­ista«”. Uwiel­bia­łem patrzeć, jak wła­ści­ciele dbają o swo­ich pupili z wielką miło­ścią i rów­nie wielką zawo­dową sta­ran­no­ścią. Wystawa jest nie­mal dosko­nałą ilu­stra­cją tego, jak nasze podej­ście do hodowli posze­rzyło poję­cie „psa”, a jed­no­cze­śnie zawę­ziło poję­cie poszcze­gól­nych ras. Każdy czwo­ro­nóg wysta­wiany w West­min­ster musi speł­niać zbiór bar­dzo szcze­gó­ło­wych kry­te­riów okre­ślo­nych przez Ame­ri­can Ken­nel Club, a każdy psi zwy­cięzca – speł­niać je na naj­wyż­szym pozio­mie. Tak było w przy­padku Buddy’ego Holly’ego, psa rasy petit bas­set grif­fon vendéen, który zdo­był tytuł Best in Show w 2023 roku. Było tak też w przy­padku Trum­peta, blo­odho­unda, który wygrał rok wcze­śniej. I w przy­padku pekiń­czyka Wasa­biego, zwy­cięzcy z 2021 roku.

Men­tal­ność wysta­wien­ni­cza wykra­cza poza pokazy. Zeszłego lata przy­pad­kiem wpa­dła mi w ucho roz­mowa rodzi­ców z dwiema małymi dziew­czyn­kami, któ­rzy zatrzy­mali się, by podzi­wiać psa pew­nej kobiety.

– Jaki słodki – powie­działa jedna z dziew­czy­nek. – Cześć, maluszku!

Kobieta ode­zwała się dopiero po dłuż­szej chwili.

– To czem­pion – odparła.

– Tak ma na imię? – zapy­tała dziew­czynka. – Czem­pion?

– To nie imię, tylko tytuł, na który zapra­co­wał. Jest psem wysta­wo­wym.

Nie przy­ta­czam tej aneg­dotki, by zakpić ze wspo­mnia­nej kobiety. Aby wziąć udział w wysta­wie, a co dopiero ją wygrać, jej beagle musiał speł­niać stan­dardy wyzna­czone przez AKC, co ozna­czało mię­dzy innymi, że musiał mieć głowę „sto­sun­kowo długą i lekko wyskle­pioną w oko­li­cach poty­licy, z czaszką pełną i sze­roką”, nie wspo­mi­na­jąc o „kufie śred­niej dłu­go­ści”. Jest też sek­cja o uszach:

Uszy osa­dzone umiar­ko­wa­nie nisko, dłu­gie, w peł­nym roz­cią­gnię­ciu się­ga­jące pra­wie – jeśli nie cał­kiem – do czubka nosa; o deli­kat­nej fak­tu­rze, dość sze­ro­kie, z nie­mal cał­ko­wi­tym bra­kiem zdol­no­ści erek­cyj­nej, zwi­sa­jące bli­sko głowy, z przed­nią kra­wę­dzią lekko zwró­coną w stronę policzka i zaokrą­glone na koń­cach.

Nawet jeśli „zdol­ność erek­cyjna” nie ozna­cza tutaj tego, z czym się w pierw­szej kolej­no­ści koja­rzy, ten krótki aka­pit budzi u wła­ści­ciela psa naj­róż­niej­sze obawy i tremę przed wystę­pem (psy, na szczę­ście, nie umieją czy­tać). Psa, który ści­śle speł­nia te stan­dardy, można stwo­rzyć tylko dzięki pre­cy­zyj­nej hodowli. Z jed­nej strony sta­nowi to ilu­stra­cję ludz­kich moż­li­wo­ści, gdyż hodowla tego rodzaju wymaga dba­ło­ści i uwagi, podob­nie jak sztuka ogrod­ni­cza, szkut­ni­cza czy zaawan­so­wane bada­nia naukowe. Z dru­giej jed­nak może rodzić pro­blemy dla psów, z powo­dów, które omó­wię nieco póź­niej.

Kiedy spa­ce­ruję uli­cami i pra­cuję jako Dogi­sta, uwiel­biam spo­ty­kać psy rasowe. To piękne zwie­rzęta. Zawsze mia­łem wzglę­dem nich takie odczu­cia. Jedną z moich ulu­bio­nych ksią­żek z dzie­ciń­stwa była ency­klo­pe­dia psów, w któ­rej wymie­nione zostały wszyst­kie ówcze­sne rasy oraz ich cechy cha­rak­te­ry­styczne. O ile pamię­tam, ist­niało wtedy pra­wie dwie­ście ras. Obec­nie jest ich dokład­nie tyle. (A wła­ści­wie było tak do wczo­raj, dziś bowiem ame­ry­kań­skie auto­ry­tety kyno­lo­giczne ofi­cjal­nie zatwier­dziły kolejną, czyli dwie­ście pierw­szą. Cho­dzi o lan­ca­shire heelera, krew­nego cor­giego, który przez bry­tyj­skich hodow­ców był uzna­wany od mniej wię­cej 2006 roku i tra­fił do kate­go­rii ras zagro­żo­nych. O ile wiem, nie spo­tka­łem jesz­cze żad­nego lan­ca­shire heelera. Opi­suje się je jako odważne, czułe i obda­rzone umie­jęt­no­ścią spe­cy­ficz­nego uśmie­cha­nia się, kiedy są zado­wo­lone).

Lek­tura psiej ency­klo­pe­dii pochła­niała mnie bez reszty. Widzia­łem w tej książce połą­cze­nie Biblii (mia­łem sza­cu­nek do tego tematu) oraz kata­logu skle­po­wego („Jakiego psa chcę? A może raczej jakie psy? Jed­nego takiego, dwa takie, no i rzecz jasna mopsa na dokładkę!”). Podo­bało mi się piękno każ­dej rasy i dzie­lące je róż­nice, które doty­czyły nie tylko wyglądu, lecz także cha­rak­teru. Teriery bywają ner­wowe. Labra­dory i gol­den retrie­very – wylu­zo­wane i spo­kojne. Owczarki nie­miec­kie zali­czają się do kate­go­rii „jeste­śmy piękne, ale ugryźć też umiemy”.

Z wie­kiem nabra­łem zdro­wego scep­ty­cy­zmu. Skąd auto­rzy książki mogli wie­dzieć, jak zachowa się kon­kretny dober­man? Ale z nie­ubła­ga­nym bie­giem lat w pew­nym stop­niu wró­ci­łem do pier­wot­nych prze­ko­nań: czę­sto powta­rzane ste­reo­typy rze­czy­wi­ście znaj­dują odzwier­cie­dle­nie w uspo­so­bie­niach poszcze­gól­nych ras. Weźmy na przy­kład chow chow. Były to jedne z naj­waż­niej­szych psów w sta­ro­żyt­nych Chi­nach. Śred­niej wiel­ko­ści (18–35 kg), silne, z grubą dwu­war­stwową sier­ścią i cha­rak­te­ry­stycz­nym fio­le­to­wym jęzo­rem, zostały wyho­do­wane albo wła­śnie tam dwa tysiące lat temu, albo na Sybe­rii we wcze­śniej­szych wie­kach i potem przy­wę­dro­wały do Chin przez Mon­go­lię. W Chi­nach chow chow był wyko­rzy­sty­wany jako pies robo­czy, cią­gnący sanie przez mokra­dła, a także jako czwo­ro­nóg do towa­rzy­stwa na dwo­rze cesar­skim (rze­komo sta­no­wił wzór dla posą­gów lwów przed bud­dyj­skimi świą­ty­niami, choć mnie zawsze bar­dziej koja­rzył się z małym niedź­wie­dziem o nie­bie­ska­wym języku). Do ich tem­pe­ra­mentu szcze­gól­nie dobrze paso­wało dru­gie z wymie­nio­nych zadań. Sły­sza­łem już naj­róż­niej­sze eufe­mi­styczne opisy cha­rak­teru chow chow. Ludzie mówią, że psy tej rasy „mają wyczu­cie, jeśli cho­dzi o obcych” albo że „są tery­to­rialne”, lecz prawda jest taka, że mocno przy­wią­zują się do wła­ści­cieli i na ogół są bar­dzo nie­przy­ja­zne wobec kogo­kol­wiek innego. Obec­nie nie jest to rasa zbyt popu­larna, gdyż mimo uro­czego pucha­tego wyglądu chow chow potra­fią być kąśliwe.

Nie­któ­rzy ludzie nie chcą brać na sie­bie cię­żaru posia­da­nia chow chow albo owczarka nie­miec­kiego i wolą powięk­szyć rodzinę o kla­sycz­nego, przy­ja­znego retrie­vera o obwi­słych uszach. Chow chow rzecz jasna też mogą być zna­ko­mi­tym wybo­rem, ponie­waż są bar­dzo opie­kuń­cze wobec naj­bliż­szej rodziny, w tym dzieci. Trud­no­ści rodzi jed­nak umiesz­cza­nie ich w śro­do­wi­sku, w któ­rym regu­lar­nie sty­kają się z obcymi. Dla­tego jestem tro­chę zasko­czony za każ­dym razem, gdy widzę takiego psa w Nowym Jorku. A widy­wa­łem je już w par­kach latem, co samo w sobie jest pro­ble­ma­tyczne – podwójna okrywa wło­sowa izo­luje tak sku­tecz­nie, że upał w naj­lep­szym razie źle wpływa na nastrój zwie­rzę­cia, a w naj­gor­szym na zdro­wie. Pamię­tam, jak spo­tka­łem chow chow w Tri­beca. Nie napi­szę tu, jak się wabił, aby chro­nić jego pry­wat­ność, nosił on jed­nak ludz­kie imię. Nazwę go Andy. Przed­sta­wia­jąc mi Andy’ego, wła­ści­ciel zastrzegł z góry: „To jest chow chow. One nie lubią nie­zna­jo­mych”. Pod­sze­dłem do tego psa z nad­mierną pew­no­ścią sie­bie, jak gracz NBA, który ma wła­śnie kon­cer­tową passę rzu­tów. W duchu powta­rza­łem sobie, że takie ostrze­że­nia są dobre dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, a ja powi­nie­nem być wyjąt­kiem. W końcu jestem Dogi­stą… umiem mówić po psiemu… Zoba­czy, że jestem wyjąt­kowy i godny zaufa­nia… Okej, może nie jestem zakli­na­czem psów, ale robi­łem to już dzie­siątki tysięcy razy… jestem eks­per­tem i NI­GDY nie zosta­łem ugry­ziony. Ani razu!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Akro­nim od Emo­tio­nal Sup­port Ani­mal, czyli zwie­rzę wspar­cia emo­cjo­nal­nego (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

Naj­więk­sza orga­ni­za­cja kyno­lo­giczna w USA. [wróć]