Teatr miłości - Barbara Cartland - ebook

Teatr miłości ebook

Barbara Cartland

0,0
7,99 zł

lub
Opis

Młody książę Moorminster wraca z podróży z Holandii. W swojej rezydencji w Anglii czeka na niego cała sterta listów, które nagromadziły się podczas jego nieobecności. Jeden spośród nich zasługuje na szczególną uwagę księcia. To list od Lady Faversham. Ta piękna księżna jest wdową po hulaczym, aczkolwiek zamężnym księciu Ericu. Nie potrafi żyć w samotności, więc upatruje swojego przyszłego wybranka w księciu. Ten jednak, wbrew namowom całej rodziny i przyjaciół, nie jest chętny do ożenku i choć nie przeczy cudnej urodzie i urokowi Lady Fiony, to jego celem jest odbudowa teatru, który spłonął w Moor. To właśnie praca nad tym staje się jego głównym celem. N jego drodze los stawia mu jednak uroczą, niewinną,młodą Lavellę, która nie jest bogatą arystokratką, a córką – organistką- pastora. Książę pada ofiarą jej uroku. Teatr, Anglia, zamożna księżna, młody książę i kościelna organistka- jak zakończy się ta historia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 143



Podobne


Barbara Cartland

Teatr miłości

SAGA Egmont

Teatr miłościtytuł oryginału A Theatre of Loveprzełożyła Joanna Puchalska

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen ([email protected]), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 2000, 2018 Barbara Cartland i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711728390

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Dziwne, że nikt do tej pory nie napisał książki o licznych prywatnych teatrach, które powstawały na świecie w ciągu ostatnich dwóch stuleci.

Jeden taki teatr założono w Pałacu Zimowym w Petersburgu. Na Węgrzech, w pałacu Esterhazych, znajdował się nie tylko teatrzyk kukiełkowy, lecz także opera. Niestety, pałac spłonął i nigdy nie został odbudowany.

W wielkich rezydencjach angielskich od pokoleń odbywają się bożonarodzeniowe przedstawienia. Ich forma przetrwała do dziś i jedno takie widowisko tu opisuję. W tej samej tradycji mieści się dawanie wszystkim prezentów. Pamiętam, że moja babka dawała na święta każdej kobiecie zatrudnionej w majątku czerwoną flanelę na halkę. Zawsze wtedy myślałam, że niektóre wolałyby może jakiś inny kolor.

Pamiętam chłopców z dzwoneczkami, którzy przychodzili do domu mego stryjecznego dziadka, gdzie spędzaliśmy Boże Narodzenie. Byłam zafascynowana melodiami, które potrafili wydobyć ze swoich dzwoneczków. God Rest Ye Merry, Gentlemen należy do najstarszych angielskich kolęd. Była ongiś ulubioną melodią wędrownych minstreli. Dzisiaj dzieci kolędujące po domach dostają za swój śpiew drobne datki, owoce lub słodycze.

1

1879

Książę Moorminster wrócił do Anglii w wyjątkowo ponurym nastroju. Miał właśnie za sobą bardzo pracowitą wizytę w Holandii, zleconą mu przez królową i premiera. Pod koniec wizyty musiał wysłuchać długiego przemówienia polityka, który z wyglądu przypominał małomiasteczkowego burmistrza. Nudne były również mowy burmistrzów, podobnych jak dwie krople wody do swoich poprzedników uwiecznionych na portretach w Rijksmuseum.

Słuchając ich, książę szczerze powątpiewał, czy kiedykolwiek coś wynika z tych wszystkich wystąpień, rozdętych frazesami. Gratulował sobie w duchu, kiedy udało mu się wyjechać z Holandii dzień wcześniej, niż to zakładał pierwotny program. O nowej dacie powrotu zawiadomił telegraficznie służbę i swojego sekretarza w Anglii. Przede wszystkim cieszyła go perspektywa spożycia dobrej kolacji we własnym domu.

Los mu jednak nie sprzyjał, gdyż statek opuścił Rotterdam z opóźnieniem, a morze było wyjątkowo wzburzone. Książę dobrze czuł się na morzu, był zapalonym żeglarzem, ale deszcz i zimno zmusiły go teraz do pozostania w kajucie, zbyt małej – myślał z pogardą – nawet na mysią norę. Dopiero po zejściu na ląd, na londyńskie nabrzeże, odczuł przypływ lepszego humoru. Przyczynił się do tego również widok oczekującego nań powozu, zaprzężonego w dwa wspaniałe konie. Obecny był także jego osobisty sekretarz, pan Watson, który zajął się bagażem.

Książę pojechał prosto do domu przy Grosvenor Square, marząc po drodze o gorącej kąpieli. Było już dość późno. Spodziewał się znacznie wcześniejszej pory powrotu, głód więc dawał mu się teraz porządnie we znaki. Nawet kieliszek szampana, podany od razu przez kamerdynera, i kilka kanapek z pâté de foie gras nie poprawiły księciu nastroju. Po wejściu do sypialni wyglądał jak chmura gradowa, aż lokaj spojrzał od drzwi na swego pana z niepokojem.

Sekretarz zostawił najpilniejsze listy na komodzie w pokoju księcia. Było ich zaledwie kilka, ale trzeba się było spodziewać, że wielki ich stos – jak zwykle – czeka na niego w gabinecie na dole. Tamtych na razie nie miał zamiaru czytać, mogły spokojnie poczekać do rana. Spojrzał na listy na komodzie i od razu dostrzegł niebieską kopertę. Rozpoznał charakter pisma, musiał je znać także Watson, gdyż list pozostał zapieczętowany. Książę odsunął inne koperty na bok, rozciął niebieską i wyjął z niej list skreślony ręką Fiony Faversham. Jeszcze nim zaczął czytać, wiedział, że jest to list powitalny. Oczywiście spodziewała się, że jej słowa będą czytane dopiero nazajutrz.

Lady Faversham tak bardzo zadomowiła się w życiu księcia, że czasem aż się dziwił, dlaczego zadaje sobie trud i tak często pisuje do niego. W Holandii odbierał korespondencję od niej niemal codziennie. Aż dziwne, że po powrocie zastał jeszcze list powitalny. Lady Fiona zapewne spodziewała się jego wizyty zaraz po przyjeździe.

Po przeczytaniu utrzymanego w serdecznym tonie początku listu książę miał klarowny obraz sytuacji, zupełnie jak by napisała otwarcie, o co jej chodzi. Z treści wynikało aż nazbyt jasno, że Fiona zamierza wyjść za niego. Zresztą większość jego znajomych była święcie przekonana, że identyczne zamiary żywi książę. Jeszcze nie ukończył trzydziestu czterech lat, lecz cała rodzina zgodnie uważała, że już czas, by zapewnił rodowi potomka i dziedzica. Przy każdej okazji krewni dawali mu do zrozumienia, że to jego powinność. Gotowi byli przyjąć lady Fionę z otwartymi ramionami. Zaliczano ją do najpiękniejszych kobiet w Anglii, była w dodatku córką księcia Cumbrii, wszystkim się więc zdawało, że Moorminster musi do szaleństwa ją kochać.

Jedynym zgrzytem w całym tym układzie był fakt, że sam książę nie miał najmniejszej ochoty się żenić. Gdyby naprawdę chciał to uczynić, wolałby wybrać sobie żonę niezależnie od opinii i poglądów osób w końcu postronnych. Na pewno nie będą wybierać za niego ludzie, którzy – jak uważał – powinni raczej pilnować własnych spraw. Do tej grupy zaliczał swoich krewnych, i to wszystkich bez wyjątku. Wypełniał obowiązki głowy rodu tak, jak się po nim spodziewano, troszcząc się o niezliczonych wujków i ciotki, a także zdumiewającą rzeszę kuzynów. Nie podobało mu się natomiast, gdy ktoś próbował nadużywać więzów pokrewieństwa lub wtrącać się w jego sprawy osobiste.

To prawda, że uważał Fionę Faversham za bardzo atrakcyjną kobietę. Podbiła eleganckie salony Londynu, kiedy skończył się okres żałoby po mężu. Od pierwszej chwili nie potrafił się oprzeć jej urokowi. Jako niespełna osiemnastoletnią dziewczynę wydano ją za mąż. Lord Faversham należał do jednej z najstarszych rodzin Anglii i uchodził za nadzwyczaj bogatego. Był również bardzo przystojny. Ktoś powiedział kiedyś o nim, że miał w życiu więcej romansów, aniżeli większość ludzi zjadła gorących posiłków.

I ten właśnie człowiek do szaleństwa zakochał się we Fionie. Zawrócił jej w głowie, a rodzinę panny przekonał, że rozpocznie nowe, przykładne życie. Jednakże natura ludzka nie zmienia się tak łatwo. Po przyjeździe z podróży poślubnej, która wiodła przez najbardziej romantyczne miejsca w Europie, państwo młodzi osiedli w Anglii, a lord Faversham od razu wrócił do dawnych obyczajów. Problem polegał na tym, że małżonek pięknej Fiony nie mógł się oprzeć żadnej ładnej buzi.

– Ona naprawdę nic dla mnie nie znaczy, kochanie – powtarzał żonie przy kolejnych okazjach.

Przyłapała go podczas nocy spędzonej z kobietą, której olśniewające urodą fotografie zdobiły pierwsze strony magazynów i gazet.

– Zdradziłeś mnie! – wyrzucała gorzko mężowi.

– Kocham cię i przysięgam, że to, co czułem do Isobel, nie znaczy dla mnie więcej niż wypicie kieliszka szampana!

Lata biegły, a „kieliszki szampana” mnożyły się bez końca. Fiona doszła wreszcie do wniosku, że dłużej tego nie zniesie, i właśnie wtedy Eric Faversham zginął. Stało się to podczas biegu terenowego z przeszkodami, przed którym jeźdźcy zdrowo podjedli i tęgo popili. Pewien zwariowany uczestnik imprezy namówił pozostałych, by rozpocząć wyścig zaraz po uczcie. Każdy z panów miał na sobie wieczorowy strój, a jedno oko przesłaniały wszystkim czarne opaski. W wyniku szaleńczej galopady kilku jeźdźców odniosło poważne obrażenia. Dwa konie trzeba było dobić. Eric Faversham zaś skręcił kark i zginął na miejscu. Fiona nie udawała, że opłakuje męża. Jego liczne romanse naraziły ją na zbytnie upokorzenia. Za bardzo ją bolało, że nie była w stanie utrzymać męża przy sobie, by miała po nim rozpaczać. Jako dojrzała kobieta stawała się coraz piękniejsza, coraz też więcej wielbicieli traciło dla niej głowy. Po tragicznym wypadku męża wróciła do rodzicielskiego domu i mieszkała tam przez rok zwyczajowej żałoby. Królowa Wiktoria nie zaaprobowałaby krótszego okresu.

Fiona wróciła do Londynu, gdy już mogła zrzucić fioletowe i szare żałobne suknie. Wcale nie było jej w nich do twarzy. Miała rude włosy o miedzianym odcieniu, jak Węgierki, a skórę olśniewająco białą. Jej oczy nie były idealnie zielone, jak zazwyczaj przy takiej karnacji, ale gdy mężczyźni w nie spoglądali, wydawało się im, że są wciągani w zawrotny wir bez szansy na ocalenie. Opinia, że wywołała sensację w wielkim świecie, była skromnym eufemizmem. W wieku dwudziestu pięciu lat Fiona nie była już tą niewinną, skromną dziewczyną, która wychodziła za mąż za lorda Favershama. Mąż dał jej dobrą szkołę życia i lekcję miłości. Wiele też nauczyła się od kobiet, które przyrównywał do „kieliszków szampana”.

Obiecała sobie, że jej drugie małżeństwo będzie całkiem inne od pierwszego. Po śmierci męża wyszło na jaw, że wcale nie był tak bogaty, jak ona sama i jej rodzice przypuszczali. Bardzo wiele pieniędzy trwonił na przyjemności, szczególnie na przyjęcia. Hojnie też obsypywał podarunkami kobiety, z którymi łączyły go przelotne stosunki, a jeszcze na dodatek był niepoprawnym hazardzistą. Środki, które pozostawił żonie, wystarczały co prawda na wygodne życie, ale z pewnością nie była to fortuna, na którą Fiona liczyła.

Lady Faversham postanowiła, że tym razem osiągnie pozycję ustępującą w towarzystwie jedynie członkom rodziny królewskiej. Potrzebowała bogatego męża, który by spełniał wszystkie jej zachcianki. Tylko jeden mężczyzna odpowiadał tym wymaganiom, a poza tym był tak przystojny, że na jego widok serce pięknej Fiony zaczynało bić szybciej. Książę Moorminster. Od momentu, gdy się poznali, nieomal instynktownie zaczęli szukać wzajemnie swego towarzystwa. Już wtedy wiedziała, że to strzał w dziesiątkę. Jedyną trudność przedstawiało nakłonienie księcia do wypowiedzenia pięciu magicznych słów: „Czy zechcesz być moją żoną?”

Tymczasem od początku był on świadom zamiarów Fiony. Odkąd ukończył Eton, musiał nieustannie oganiać się od kobiet, zastawiaj ących na niego przemyślne pułapki. Byłby skończonym głupcem, jeśliby nie zdawał sobie sprawy, że jest najatrakcyjniejszym „towarem” na małżeńskim rynku. Nauczył się rozpoznawać sygnały ostrzegające o niebezpieczeństwie, jeszcze zanim druga strona przystąpiła do otwartego ataku. Stał się mistrzem w unikaniu sideł zastawianych przez ambitne matki.

Fiona wydała mu się pogodna, inteligentna i pewna siebie w sposób, jaki mu odpowiadał. Kiedy został jej kochankiem, przekonał się, że musi dokładać niemało starań – z czym się do tej pory nie zetknął – by panować nad sytuacją, jak miał w zwyczaju. Ona dopiero wtedy ulegała. A w ogóle oboje – jak to ktoś określił – „mówili tym samym językiem”. Książę przeto czuł się doskonale, ufając, że zna swoje możliwości i w pełni panuje nad sytuacją. Pozwolił zatem, by Fiona stała się częścią jego życia.

W Londynie widywali się niemal codziennie. Bywali na tych samych przyjęciach, a jeżeli on zapraszał gości, ona pełniła obowiązki gospodyni. Tak samo było na wsi. Fiona pomogła mu w odpowiednim doborze towarzystwa i przyjechała razem z nim. Zadbała o wszystko, tak że tydzień spędzony w rodzinnej rezydencji wypadł naprawdę świetnie i wszyscy byli zachwyceni. Potraktował jako całkiem naturalne, gdy przeniosła się do pokoju sąsiadującego z jego sypialnią, ponieważ tak było „wygodniej”.

Wydawało się oczywiste, że zjedzą razem kolację zaraz po jego powrocie z Holandii. Jedną rzecz przy tym książę przeoczył, a może była to podświadoma ostrożność z jego strony. Otóż zapomniał poinstruować w nadesłanej z Holandii depeszy, by o wcześniejszym terminie powrotu pan Watson powiadomił lady Faversham.

Książę zszedł na kolację. W wielkiej jadalni smutno jadło się samemu i miło by było mieć ją koło siebie. Opowiedziałaby mu o wszystkim, co działo się w czasie jego nieobecności. Potrafiła być dowcipna i miałaby w zanadrzu mnóstwo ploteczek. Kogo emablował książę Walii, kto z kim zerwał, kto się z kim pokłócił. No i, oczywiście, nie zapomniałaby o najnowszych affaires de coeur wśród ich wspólnych najbliższych przyjaciół. Właściwie książę bardzo rzadko jadał sam, ponieważ więc teraz ciążyła mu cisza, rozmawiał z kamerdynerem, a także z dwoma lokajami, którzy podawali do stołu. Redding, który od lat służył u księcia, pozostawał w stałym kontakcie ze służbą w Moor Park. Książę dowiedział się od niego, jak rysują się perspektywy na dobry wynik polowania, które zamierzał urządzić w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Redding opowiedział też pokrótce, jak do tej pory przebiegał sezon myśliwski.

– Wszystko poszło jak najlepiej w sobotę, wasza wysokość. Dopadli lisa w Bluebell Wood, nie dojeżdżając nawet do jeziora.

Książę świetnie znał tamte tereny i żałował, że go nie było w sobotę. Po posiłku Redding postawił przed swoim panem mały kieliszek brandy. Książę nigdy nie pijał porto.

– Czy coś jeszcze, wasza wysokość? – spytał z szacunkiem.

– Dopilnuj, by mnie zbudzono wcześnie jutro z rana – rzekł książę. – Mam mnóstwo zaległej korespondencji.

– Tak jest, wasza wysokość.

Redding skłonił się i wyszedł z jadalni. Książę usiadł wygodnie i małymi łyczkami sączył brandy. Znów zrobiło mu się żal, że nie ma przy nim Fiony.

Jutro się z nią zobaczę – pocieszał się w myślach. W Rotterdamie miał trochę wolnego czasu i kupił jej wtedy piękny i kosztowny prezent. Najpierw zamierzał dać go jej na gwiazdkę, ale teraz przyszło mu do głowy, że lepiej będzie uczynić to od razu. Do gwiazdki i tak zostało niewiele ponad tydzień. To przypomniało mu o czymś, co sobie zaplanował w Moor Park oprócz polowania.

Otóż jakiś czas temu postanowił odbudować pałacowy teatr. Założony w XVIII stuleciu, spalił się za panowania Wilhelma IV. Przodkowie księcia odznaczali się wielu niepospolitymi przymiotami ducha i umysłu, ale żaden nie próbował wypowiadać się w muzyce czy słowie pisanym. Tymczasem książę niespodziewanie odkrył u siebie uzdolnienia w obu tych dziedzinach. Kiedy publiczność zachwycała się pięknymi aktorkami na scenie, on raczej skupiał uwagę na sztuce i często dochodził do wniosku, że sam napisałby ją lepiej.

Ku zdumieniu krewnych zaczął odbudowywać, a właściwie rekonstruować mały teatr w Moor Park. Szczęście mu najwidoczniej sprzyjało w tym przedsięwzięciu, ponieważ przypadkiem odnalazł oryginalne plany, sporządzone przez architektów pracujących nad przebudową całej rezydencji. To właśnie oni przekształcili dotychczasowy architektoniczny „groch z kapustą” – pozostałość po wcześniejszych pokoleniach – we wspaniałą budowlę, doskonałą pod względem proporcji, kształtu i wystroju. Nadali jej fasadę georgiańską, zachowując oryginalną formę wielu pomieszczeń, między innymi została nie zmieniona kaplica. Miejsce, gdzie niegdyś stał teatr, na szczęście pozostało nie zabudowane.

Mając w rękach oryginalne plany, książę natychmiast rozpoczął odbudowę teatru. Podczas ostatniej jego wizyty w Moor Park prace w zasadzie dobiegały końca. Obecnie więc powinien już być gotów.

Książę był bardzo dumny z postępu robót i nie omieszkał pochwalić się teatrem przed księciem Walii, który skomentował to następująco:

– W takim razie proś mnie na premierę, Sheldonie! – Chwilę pomyślał, po czym dodał: – Boże Narodzenie spędzamy w Sandringham. W tym roku pierwszy dzień świąt przypada w środę. Księżna i ja przyjedziemy do Moor Park w piątek. Premiera może się więc odbyć w sobotę.

– Nic nie sprawiłoby mi większej radości, sir – odparł książę. – Postaram się zaprezentować coś wyjątkowego.

– I ma się rozumieć, pięknego! – znacząco dorzucił książę Walii.

Moorminster pojął w lot, o co chodzi. Książę Walii kochał teatr, a ponadto znany był ze swej słabości do pięknych pań, co okazał aż nadto wyraźnie, adorując Lily Langtry. Kiedy romans się skończył, zadbał, żeby zyskała sławę, jakiej pewnie nigdy by nie zdobyła bez jego pomocy.

Książę pomyślał teraz, że ma tylko dwa tygodnie, by przygotować coś „wyjątkowego” dla księcia Walii.

Zapewnienie „piękna” nie byłoby trudne, gdyby nie to, że miała być obecna również księżna Alexandra. Oznaczało to bowiem, że na scenie nie mogły się pojawić baletnice z Covent Garden ani znane piękności z Drury Lane, które na męskich przyjęciach często zostawały po przedstawieniu, by zabawiać publiczność, ale już w nieco inny sposób.

Do tej pory książę był całkowicie pochłonięty rekonstrukcją teatru. Od rozmowy z księciem Walii nie miał nawet czasu zastanowić się, kto wystąpi na premierze. Teraz należało poważnie nad tym pomyśleć. Oczywiście, ogromnie pomocna byłaby tu Fiona. Kiedy wspomniał jej o premierze, niespodziewanie oznajmiła, że ona sama ma bardzo dobry głos. Dodała też, że powinien napisać jakąś scenkę dla niej i że chętnie zaśpiewa coś specjalnie dla niego.

– W domu zawsze urządzaliśmy przedstawienia w Boże Narodzenie i na urodziny papy.

– Mieliście własny teatr?

– Nie, scena mieściła się w sali balowej. Pamiętam, jak z wioski przychodził rzemieślnik, zawieszał kurtynę i robił dekoracje. – Uśmiechnęła się do wspomnień. – Wiesz, chciałabym kiedyś wystąpić w prawdziwym teatrze!

Spojrzała na niego filuternie i dodała:

– Zawsze myślałam sobie, że gdybym nie była, kim jestem, mogłabym odnieść wielki sukces na scenicznych deskach!

– I to murowany. Przy twojej urodzie! – odparł książę tak, jak się po nim spodziewano.

– Mogłabym zostać drugą Sarah Siddons – mówiła dalej Fiona. – Zamiast grać dla ciebie, mój drogi, występowałabym przy pełnej widowni na Drury Lane!

– Obawiam się, że to dość męcząca praca – rzekł książę.

Miewał romanse z aktorkami i tancerkami, toteż doskonale wiedział, że życie w teatrze wcale nie jest ani łatwe, ani atrakcyjne, jak wydaje się to wszystkim, znającym teatr jedynie od strony widowni. Miał teraz i tak za mało czasu, by napisać coś dla Fiony. Zdecydował więc, że sprowadzi muzyków i znanych śpiewaków, których księżna Alexandra będzie mogła zaakceptować. Wprawdzie księciu Walii niezupełnie o to chodziło, ale trudno. Nie można zadowolić wszystkich, zwłaszcza że przedstawienie odbędzie się w ramach rodzinnego świątecznego zjazdu. Na pewno będzie obecna babka księcia, szacowna siedemdziesięcioletnia dama. Jeśli zaproszeni na święta goście zostaną na premierze, a z pewnością tak się stanie, to wśród publiczności znajdzie się sporo krytycznie nastawionych krewnych. Byliby zgorszeni, gdyby wystawiono coś wulgarnego w ich mniemaniu. Książę zaczął sobie uświadamiać, że całe przedsięwzięcie wcale nie jest takie proste.

Muszę porozmawiać o tym z Fioną – postanowił. Nie miał wątpliwości, że ona znajdzie jakieś wyjście, a przynajmniej będzie wiedziała, do kogo można się zwrócić o pomoc. Przyłapał się na tym, że w wielu sprawach staje się coraz bardziej zależny od Fiony. Widział też jasno, że ona sama też stara się być dla niego niezastąpiona.

Skończył brandy i wstał od stołu. Przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl. Może by jednak ożenić się z Fioną i w ten sposób rozwiązać tak wiele problemów? Przejęłaby prowadzenie domu, a on mógłby się spokojnie zająć sprawami majątku, końmi, bażantami, farmami, inwentarzem. Od niego również zależał byt wielu ludzi, tych zwłaszcza, których rodziny służyły od pokoleń jego rodzinie.

Opuścił jadalnię i w drodze do gabinetu podjął szybką decyzję. Prezent dla Fiony znajdował się na górze. Nie widział powodu, dlaczego niby nie wręczyć go jej zaraz. Będzie zdumiona niespodzianką, a jednocześnie szczęśliwa i przejęta. Miał prawo tego się spodziewać po przeczytaniu czułego listu.

Liczę godziny do czwartku. Wczoraj byłam na nudnej kolacji z Burchingtonami, którzy kłócili się jak zawsze. Nie mam planów na jutrzejszy wieczór poza liczeniem godzin do chwili, gdy cię znów zobaczę.

Będę tak bardzo szczęśliwa, gdy wrócisz. Wydaje się, że minęły wieki, odkąd pojechałeś do Holandii.

Pragnę być przy tobie. Pragnę usłyszeć, ze za mną tęskniłeś. I pragnę, jedyny, czegoś jeszcze, o czym pisanie byłoby nieostrożnością.

Poniżej widniał zamaszysty podpis. Książę doskonale wiedział, czego Fiona pragnie. Zawahał się, czy nie jest zbyt zmęczony. Jego męską ambicję mile zarazem łechtało, że przypadł mu w udziale tak niezwykły los. Niejeden mężczyzna w Londynie dałby wiele, żeby zostać kochankiem Fiony.

Wszedł na górę po kupioną w Amsterdamie bransoletę. Koniuszy królowej polecił mu najlepszego jubilera w tym mieście, który zaprezentował księciu niezwykle piękną bransoletę, wysadzaną brylantami. Zaproponował też pierścień, który podobno sprzedawał dla kogoś. Był to pierścień z jednym wielkim brylantem w kształcie serca.

– To wyjątkowy klejnot, wasza wysokość – rzekł jubiler. – Naprawdę trudno o coś równie pięknego.

Podziwiając grę błysków na powierzchni brylantu, książę przyznał w duchu, że to prawda. Kształt serca – idealny na pierścień zaręczynowy. Rodzinne klejnoty Moore’ów były imponujące. Kiedy jego matka pojawiała się na otwarciu parlamentu, zawsze miała piękniejszą biżuterię aniżeli pozostałe żony parów. Większość tych skarbów spoczywa teraz bezpiecznie w sejfie, czekając na następną księżnę. Jest tam kilka pierścionków zaręczynowych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, zdaniem księcia jednak narzeczona powinna dostać pierścionek, który staje się jej własnością, a nie należy do rodzinnej kolekcji. Ostatecznie książę kupił i bransoletę, i pierścień z brylantem. Zapłacił wprawdzie słono, ale jak stwierdził koniuszy, były to „dobrze wydane pieniądze”.

Książę wsunął bransoletę do kieszeni, a pierścień schował w szufladzie. Jeśli zdecyduje się oświadczyć Fionie, klejnot będzie jak znalazł. Nie był jednak do końca pewien, czy to zrobi, choć sam naprawdę nie wiedział dlaczego. Może zniechęcał go fakt, że lady Fiona tak wytrwale go osacza? Niekiedy odnosił wrażenie, iż cała rzecz jest z góry ukartowana i małżeństwo ich dwojga w sposób oczywisty stało się nieuniknione.

A poza tym sam nie był pewien, czego dokładnie chce. Wiedział tylko, że jego żona musi być piękna. Wszystkie dotychczasowe księżne Moorminster były pięknościami. Oczywiście musi też dorównywać mu urodzeniem. Ten warunek byłby w przypadku lady Faversham spełniony, ponieważ tytuł książęcy jej ojca jest starszy niż Moorminstera. Książę pragnął pojąć za żonę kobietę, która pociągałaby go fizycznie, a ponadto musiałaby pełnić obowiązki księżnej równie dobrze jak jego matka.

Pamiętał scenę z dzieciństwa, gdy jako mały chłopiec skrył się na galerii w sali bankietowej i pożerał wzrokiem gości zasiadających przy kolacji. Jego ojciec wyglądał niczym król, a matka, zajmująca miejsce przy drugim końcu długiego stołu, jawiła się w oczach malca jako królowa z bajki. Klejnoty rodowe skrzyły się przy każdym jej ruchu. Była najpiękniejsza spośród pań zgromadzonych na sali. Fiona z pewnością też będzie najpiękniejsza, nie wiadomo natomiast, czy będzie tak samo przez wszystkich kochana jak jego matka.

– Księżna pani to anioł, który zstąpił z nieba i zamieszkał z nami! – powiedział kiedyś jeden ze starych służących.

Książę był wtedy małym chłopcem, ale nigdy tej sceny nie zapomni. Tymczasem Fiona z pewnością nie była aniołem. Na odwrót, podczas miłosnych schadzek wykazywała się temperamentem iście piekielnym. Budziło to w księciu pewien niepokój, który starał się jednak bagatelizować. Na samo wspomnienie ognistej damy w jego oczach pojawił się błysk. Zapragnął Fiony. Zapragnął jej właśnie w tej chwili. Mieszkała niedaleko, przy Carlos Place. Można tam było dojść w ciągu kilku minut.

Zszedł do hallu. Lokaj podał mu podbity sobolami płaszcz z wysokim kołnierzem. Drugi lokaj wręczył kapelusz i rękawiczki, a trzeci laskę.

– Czy wasza wysokość życzy sobie powóz? – spytał kamerdyner.

– Nie, Redding, dziękuję. To niedaleko, przejdę się – odparł książę.

Oczy kamerdynera błysnęły zrozumieniem, na co jego pan nie zwrócił uwagi. Służący otworzył przed nim drzwi i książę ostrożnie zszedł po oblodzonych stopniach. Zapowiadała się mroźna noc. Było naprawdę bardzo zimno.

Ruszył raźnym krokiem, zadowolony, że nie ma wiatru.

Przez plac ciągle przejeżdżały powozy. W domu obok skończyła się proszona kolacja i goście właśnie wychodzili. Książę przyśpieszył kroku w obawie, że ktoś może go rozpoznać. Po chwili skręcił w Carlos Place. Fiona miała ładny dom po lewej stronie ulicy. Książę tak dobrze znał tę drogę, że mógłby ją przejść z zawiązanymi oczami. Wszedł po schodach i wyjął z kieszeni klucz, przechowywany od pewnego czasu w szufladzie w sypialni. Pewnych rzeczy stanowczo wymagał. Nie zgadzał się, by Fiona sama przychodziła do niego do domu wieczorem. Nigdy też nie jedli u niego kolacji sam na sam, ani nie zostawała po wyjściu innych gości.

– Straszny z ciebie hipokryta – droczyła się.

– Dbam o twoją reputację, moja droga – odpowiadał książę. – Sama wiesz, jak służba lubi plotkować.

Wzruszała ramionami, a gest ten jeszcze przydawał jej wdzięku. Ponieważ nie miał obiekcji, gdy chodziło o składanie wizyt u niej, dała mu klucz od drzwi frontowych.

– Nie ma tu lokaja, który by patrzył, kto wchodzi i kto wychodzi – powiedziała.

Odtąd, gdy oboje byli w Londynie, spotykali się u niej w domu. Czasami – gdy w ciągu dnia książę był zajęty w pałacu Buckingham lub też jadł kolację z księciem Walii – przychodził do niej bardzo późno. Czekała wtedy na niego w sypialni, piękna, z rudymi włosami rozsypanymi na śnieżnej białości ramionach.

Uwielbiała zaskakiwać. Raz przyjęła go, mając na sobie jedynie naszyjnik z czarnych pereł. Innym razem za cały strój posłużył jej naszyjnik ze szmaragdów i – stanowiący z nim komplet – wąski pasek w talii. Dzisiejszej nocy nie spodziewała się go, ale książę był pewien, że na jego widok zakrzyknie z radości. Spodziewał się, że wyskoczy z łóżka i rzuci mu się w ramiona.

Przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Zbliżała się północ. Hall tonął w ciemnościach. Książę przypuszczał, że Fiona położyła się wcześnie spać, chcąc wypocząć przed jutrzejszą nocą. Westchnął i pomyślał, że dopiero gdy gwiazdy zaczną blednąc, wróci do własnej sypialni.

O godzinie szóstej pokojówki w swoich czepeczkach i lokaje bez kurtek, w samych koszulach, zaczynali sprzątanie domu.

Książę zdjął płaszcz i położył na krześle, a obok rękawiczki i kapelusz. Tak dobrze znał to miejsce, że swobodnie poruszał się po ciemku. W słabym świetle wpadającym przez szybę nad drzwiami wejściowymi wypatrzył zarys poręczy. Trzymając się jej, ruszył na górę po schodach wysłanych grubym dywanem. Minął salon, zajmujący całe pierwsze piętro, i wszedł na następne schody, które prowadziły do sypialni Fiony. Zatrzymał się, by po chwili położyć dłoń na klamce. I w tym momencie zastygł w bezruchu.

Zza drzwi dobiegał czyjś głos. Mężczyzny. Najpierw książę miał wrażenie, że mu się wydaje. A może wszedł do niewłaściwego domu? Dopiero po chwili rozpoznał, do kogo należy ów głos, i zamarł.

2

N

Książę się nie mylił. Rozmawiał z kuzynem w bardzo surowym tonie. Podkreślił, że dał mu znacznie większą sumę aniżeli ta, która by mu przypadła przy podziale majątku. Joscelyn wpadł w furię, że ktoś śmie go pouczać, i doszło do ostrej wymiany zdań. Teraz, pod drzwiami sypialni Fiony, księciu przyszło więc na myśl, że kuzyn, szukając zemsty, odbił mu kochankę.

Tak się złożyło, że Joscelyn był podobny do Erica Favershama w tym, że również nie mógł się oprzeć ładnej buzi. Jego niezliczone romanse już nawet przestały gorszyć rodzinę. Wysoki, przystojny, jak wszyscy Moore’owie, miał w sobie to coś, czego nie znosili mężczyźni, uwielbiały zaś kobiety.