Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland. Poskromienie lady Lorindy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland - Barbara Cartland - ebook

Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland. Poskromienie lady Lorindy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland ebook

Barbara Cartland

4,2

Opis

Odbywa się wielki, piękny bal. Wszyscy bawią się wybornie, oprócz mężczyzny w zielonej masce. Jest wyraźnie znudzony oraz zdegustowany zachowaniem jego uczestników, zwłaszcza zaś wyuzdanych kobiet. Na szczególne potępienie skazuje Lorindę, która jest bezwstydna, odważna, krnąbrna. Jest świadkiem tego, jak odmawia wielu swoim adoratorom ulegającym jej olśniewającej urodzie. W rozmowie z przyjacielem, który zdradza mu więcej o tajemniczej Lorindzie oznajmia, że chętnie podjął by się wyzwania poskromienia kobiety i okiełznania jej wybuchowego temperamentu. Ojciec Lorindy jest hazardzistą iw ostatnim pojedynku przegrał całą ich posiadłość. Ojciec chcąc unikną hańby chce się zastrzelić. Od tego pomysłu odgania go Lorinda, która proponuje, aby przeprowadzili się do Kornwalii i oddali cały dług. Tam ojciec czuje się uwięziony, ale dochodzą go słuchy, że właśnie z Indii powrócił Durstan Hayle i chce umówić się z nim na grę, aby go ograć z dość sporego majątku, którym dysponuje. Czy ten plan się powiedzie? Czy Lorinda pomoże ojcu w doprowadzeniu do spotkania? Kim okaże się mężczyzna w masce i czy uda mu się wygrać zakład?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (28 ocen)
14
7
5
2
0

Popularność



Podobne


Barbara Cartland

Poskromienie lady Lorindy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Przełożyła Liliana Pechal

Saga

Poskromienie lady Lorindy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartlandtranslacja Liliana Pechal tytuł oryginałuTaming of Lady Lorinda

Zdjęcie na okładce: Shutterstock Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen ([email protected]), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1977, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711769973

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ 1

1794

Mężczyzna w Zielonej Masce spoglądał w dół, na salę balową. Pod kryształowymi kandelabrami wirował kalejdoskop barw i blasków. Gości zachęcono do przebrania się wedle ich fantazji i — co było do przewidzenia — na balu pojawił się tuzin Kleopatr, spora liczba błaznów oraz mnóstwo elżbietańskich kryz i przybrań głowy.

Przez chwilę stał nieruchomo, przyglądając się parom, które poruszały się w takt muzyki dolatującej z galerii dla grajków, po czym nieco zdziwiony zwrócił się do stojącego obok przyjaciela:

— Myślałem, że zabierasz mnie na bal, gdzie spotkam wytworne towarzystwo.

— Właśnie na nim jesteś — odparł przyjaciel.

— Czy nie są to po prostu piękne rozpustnice?

— Ależ skąd! Damy z wyższych sfer, perły najszlachetniejszych rodów w kraju.

— Trudno mi w to uwierzyć — mówił Mężczyzna w Zielonej Masce, nie patrząc ani na kapryśne czerwone wargi wychylające się spod aksamitnych maseczek, ani na przelotne błyski oczu, ani nawet na strojne klejnotami krągłe, białe szyje. Przyglądał się natomiast różowym wzgórkom piersi prześwitującym spod przezroczystych szat, które zdawały się raczej odkrywać, niż przesłaniać zaokrąglenia smukłych bioder i nagie, pięknie rzeźbione nogi.

— Czy ja rzeczywiście jestem w Anglii? — wykrzyknął w końcu.

Jego przyjaciel się roześmiał.

— Zbyt długo cię nie było. Wiele się tu zmienia i, jak się niebawem przekonasz, nie zawsze na lepsze.

— Kiedy wyjeżdżałem za granicę — powiedział Mężczyzna w Zielonej Masce — kobiety były czcigodne, skromne, posłuszne i uległe wobec swoich mężów.

— To już zupełnie wyszło z mody — odpowiedział jego rozmówca — dziś słaba płeć nabiera siły. Kobiety bywają na wyścigach konnych i gonitwach powozów, uczestniczą w polowaniach, grają ze sobą w krykieta, a nawet — jak w przypadku księżniczek — w piłkę nożną!

— Dobry Boże!

— Uważają się za równe mężczyznom i podkreślają to strojem.

— Zauważyłem, że zniknął puder.

— Tak, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, dzięki Bogu! Tę modę au naturel zawdzięczamy księciu Walii.

— Dla nas to zbawienne — zauważył Mężczyzna w Zielonej Masce — ale co do kobiet, skłonny, byłbym się spierać.

— Nowa moda wymaga fryzur à la męczennik. Jest to, jak się domyślasz, rewolucyjny wynalazek rodem z Francji — powiedział ze śmiechem jego towarzysz, robiąc przy tym wymowny gest ręką, po czym ciągnął dalej:

— Zniknęły wysokie, wypracowane fryzury ancien régime’u. Teraz mamy rozwiane wiatrem, umyślnie zmierzwione loki i cieniutką, purpurową wstążkę wokół szyi, by spotęgować wrażenie.

— Wziąwszy pod uwagę katusze zadawane na gilotynie, jest to w bardzo złym guście! — zauważył Mężczyzna w Zielonej Masce.

— Mój drogi przyjacielu, wiele rzeczy, które robimy, jest w bardzo złym gaście, a mimo to nie przestajemy ich robić.

Spojrzał szelmowsko na swego towarzysza, po czym ciągnął dalej:

— Szaty noszone w Carlton House wcale nie zakrywają piersi i często uszyte są z tkanin, które już nic nie pozostawiają wyobraźni.

Mężczyzna w Zielonej Masce nie odpowiedział. Wciąż przyglądał się tancerzom wirującym na parkiecie. Zauważył przy tym, że taniec nabiera szaleńczego tempa, a ruchy tancerzy stają się egzaltowane.

— Może ci się wydać, że jestem staromodny... — zaczął, ale głos mu zamarł.

W ten upalny czerwcowy wieczór wysokie okna w stylu francuskim, prowadzące do ogrodu, były szeroko otwarte. I tamtędy właśnie, ku ogólnemu zaskoczeniu, wkroczył na salę czarny koń.

Na pierwszy rzut oka kobieta, która go dosiadała, sprawiała wrażenie kompletnie nagiej. Jedynie jej długie, złocistorude włosy, sięgające poniżej talii, stanowiły jakąś osłonę.

Dopiero po bliższym przyjrzeniu się widzowie zauważyli, że przednia i tylna część bogato zdobionego meksykańskiego siodła jest podwyższona oraz że włosy kobiety ułożone są w taki sposób, żeby odsłonięte zostały tylko ramiona i nogi.

Kobieta dosiadała konia po męsku, co było już aktem odwagi, a ponadto, jakby lekceważąc przebranie, nie miała maski.

Ogromne zielone oczy, które zdawały się wypełniać całą jej twarz, błyskały rozbawieniem.

Mężczyzna w Zielonej Masce odzyskał głos.

— Wielki Boże! A któż to jest?

— To jest — odpowiedział jego towarzysz — lady Lorinda Camborne, największa z nich wszystkich trzpiotka.

— Czy to możliwe, że pochodzi z dobrej rodziny?

— Jej ojciec jest hrabią Camborne i Cardis.

— Gdyby miał trochę oleju w głowie, sprawiłby córce solidne lanie i zabrał do domu.

— Mało prawdopodobne, by się o tym dowiedział, jako że nie odrywa oczu od karcianego stolika.

— Jest hazardzistą?

— Zagorzałym!

— A ileż lat ma ta dziewczyna?

— Lady Lorinda ma, jak sądzę, 20 lat. I o ile mi wiadomo, od dwóch lat jest pupilką na dworze.

— Czy to możliwe, że jest podziwiana?

— Jesteś zbyt surowy! Być może zachowuje się w sposób trochę naganny i nie przeczę, że jej wyczyny stale dostarczają żeru plotkarzom, ale jest za to wyjątkowo, rzekłbym nawet obezwładniająco, piękna.

Mężczyzna w Zielonej Masce nie odpowiedział. Obserwował lady Lorindę, która objeżdżała salę balową na swym wspaniałym karym ogierze.

Tancerze zatrzymali się, by ją oklaskiwać, wszyscy mężczyźni wykrzykiwali słowa zachęty, wielu rzucało kwiaty, kiedy ich mijała.

— W Klubie White’a postawiono zakład, że nie pokaże się naga — usłyszał Mężczyzna W Zielonej Masce. — I właśnie wygrała zakład! W związku z tym spore sumy zmienią właścicieli — jak zresztą po każdym skandalicznym wybryku, w którym bierze udział.

Okrążywszy dwukrotnie salę balową, lady Lorinda podziękowała skinieniem za aplauz, po czym równie nieoczekiwanie, jak się pojawiła, zniknęła w oknie wychodzącym na ogród.

— Czy już się tu dzisiaj nie pokaże? — chciał wiedzieć Mężczyzna w Zielonej Masce.

— Skądże znowu! Jaśnie panienka powróci przystrojona w jakiś szalony kostium i na pewno nie będzie to nic takiego, co by jej groziło anonimowością. Bal opuści jako jedna z ostatnich.

— Czy ona lubi takie występy? — Było coś pogardliwego w tym pytaniu.

— Najwidoczniej! Na tym upływa jej życie — co wieczór przyjęcia, zwariowane eskapady do Vauxhałl lub innych, mniej wytwornych miejsc. Gdziekolwiek się pojawi, pozostawia za sobą złamane serca.

Po chwili towarzysz ciągnął dalej:

— Jest wiele opowieści o łady Lorindzie. Według ostatniej markiz Queensbury...

— Dobry Boże, czy ten stary cap jeszcze się tu pojawia? — przerwał Mężczyzna w Zielonej Masce.

— Tylko śmierć położy kres jego bezeceństwom! Otóż markiz postanowił odegrać rolę Parysa, który orzeka, kto otrzyma złote jabłko z inskrypcją „dla najpiękniejszej”.

— Jeżeli dobrze pamiętam, to trzy boginie ubiegały się o ów zaszczyt.

— Tak, masz rację.

— I wszystkie były nagie?

— Oczywiśęię!

— I w sądzie markiza jedną z nagich „bogiń” była lady Lorinda?

— W istocie, tak mi powiedziano.

— I mężczyźni kochają się w takiej kobiecie?

— Oczywiście! I przynajmniej w jednym względzie muszę oddać jej sprawiedliwość: jest kobietą odważną, z charakterem, czego, niestety, często brakuje jej pokoleniu. Nikt nie może jej zignorować.

— Lub nie zauważyć! — stwierdził ozięble Mężczyzna w Zielonej Masce.

— Chyba będę cię musiał jej przedstawić — uśmiechając się powiedział jego towarzysz. — Jaśnie panience dobrze zrobi spotkanie z mężczyzną, którego nie zwali z nóg jej uroda i który nie pozwoli się podeptać cudnymi stopkami.

Po chwili dodał:

— Widzę, że tymczasem przybył książę Walii. Chodź, przedstawię cię. Z pewnością będzie zachwycony, mając okazję usłyszeć od ciebie wieści z drugiego końca świata.

Nieco później tego wieczoru Mężczyzna w Zielonej Masce opuścił salę jadalną, gdzie przedtem ucztował przy królewskim stole; w sali balowej było bardzo gorąco, wyszedł więc do ogrodu.

Bal odbywał się w Hampstead. Odnosi się wrażenie, że jest się na wsi — pomyślał Mężczyzna w Zielonej Masce.

W ogrodzie leciutki wietrzyk poruszał gałęziami strzelistych drzew; z klombów unosił się nocny aromat, a wysoko na niebie połyskiwały gwiazdy.

Wciągnął głęboko powietrze w płuca i stwierdził, że bardzo różni się ono od duszącego upału Indii.

Kiedy tak stał samotnie, nagle usłyszał męski głos:

— Na Boga, Lorindo, wysłuchaj mnie. Kocham cię! Wyjdź za mnie, w przeciwnym wypadku, przysięgam, odbiorę sobie życie!

Mężczyzna w Zielonej Masce znieruchomiał. W męskim głosie wyraźnie słychać było udrękę.

— Wyjdź za mnie, Lorindo, a uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

— Który to już raz odmawiam ci, Edwardzie, dziesiąty czy jedenasty?

Mężczyzna w Zielonej Masce zorientował się, że dwoje rozmawiających ludzi znajduje się bardzo blisko, po drugiej stronie cisowego żywopłotu. W ciemnościach nie mógł nic dojrzeć, lecz zdawało mu się, że para siedzi na ławce zwrócona do niego plecami, w odległości zaledwie kilku stóp.

— Prosiłem cię już wcześniej i proszę po raz kolejny — wyjdź za mnie!

— A ja za każdym razem odmawiam. Edwardzie, stajesz się naprawdę niemożliwym nudziarzem! Chciałabym już wrócić do sali balowej.

— Nie odchodź, Lorindo. Błagam, zostań ze mną! Nie będę cię już nudził. Zrobię wszystko, co zechcesz. Wszystko! Gdybyś tylko mogła mnie choć trochę polubić.

— A po cóż? Jeśli zechcę mieć kanapowego pieska, to go sobie kupię.

Głos zabrzmiał szyderczo. Zaraz potem padły słowa:

— Spróbuj mnie tylko dotknąć, a przysięgam, że więcej się do ciebie nie odezwę.

— Lorindo! Lorindo! — Był to okrzyk rozpaczy.

Następnie Mężczyzna w Zielonej Masce usłyszał oddalający się stukot damskich obcasików w alejce i pełen udręki jęk odtrąconego.

Zrozumiał, że rozmowa, której się przysłuchiwał, właśnie dobiegła końca. Teraz i on wycofał się do sali balowej.

Nietrudno tam było rozpoznać lady Lorindę. Kiedy wszedł do sali, usłyszał jej wesoły głos. Niewątpliwie zapomniała już o wydarzeniu sprzed paru minut.

Ubrana była wyzywająco — w długi, suto haftowany strój giermka. Ekstrawaganckie, satynowe szarawary wykończone tasiemką ukazywały szczupłe kostki nóg w jedwabnych pończochach. Złocistofude, poskręcane loki upięte pod kapeluszem z piórami wyglądały jak peruka. Twarz przesłaniała maska, lecz nie na tyle, by ukryć jej mały, prosty nos, cudownie wykrojone usta i wyraźnie zarysowany podbródek, wskazujący na wyniosły sposób noszenia głowy.

W ręku trzymała kieliszek wina. Kiedy Mężczyzna w Zielonej Masce wszedł na salę, wznosiła właśnie wraz z całym towarzystwem toast na cześć gospodarza — człowieka w średnim wieku, o ciemnej karnacji i trochę sardonicznym uśmiechu.

Gospodarz podziękował gościom, przy czym nawet na chwilę nie oderwał oczu od lady Lorindy. Korzystając z okazji, że wzniesiono kielichy, podszedł do niej blisko.

— Pozwól, że zabiorę cię do ogrodu. Chciałbym z tobą porozmawiać — zaproponował.

Stali na tyle blisko Mężczyzny w Zielonej Masce, że mógł on słyszeć, o czym mówią.

— Właśnie stamtąd wróciłam — odpowiedziała lady Lorinda, wydymając wargi. — Jeśli masz zamiar robić mi miłosne wyznania, Ulriku, to pozwól, że cię uprzedzę, iż nie mam do tego nastroju.

— Skąd przypuszczenie, że takie są moje intencje?

— Ponieważ wszyscy mężczyźni mówią wyłącznie o miłości — oświadczyła. — Czyż nie ma innych tematów do konwersacji?

— Nie, kiedy rozmawia się z tobą!

— Miłość mnie nudzi. Ten temat zupełnie mnie nie interesuje. Musisz mówić o czymś innym, jeżeli chcesz mnie zabawić.

— Jak widzę, ciągle chcesz uchodzić za kobietę bez serca.

— Ja niczego nie udaję, po prostu taka jestem! Przejdźmy do sali jadalnej. Zaczynam odczuwać głód.

Mężczyzna w Zielonej Masce spoglądał za odchodzącymi.

— Mówiłem ci, że jest piękna, lecz nieobliczalna — skomentował jakiś głos obok; należał do przyjaciela, który go tutaj przyprowadził.

— Gzy wszyscy padają jej do stóp i tańczą tak, jak im zagra? — zapytał go.

— Wszyscy są jej posłuszni.

— A jeśli ktoś nie posłucha?

— Przestaje być zaliczany do kręgu znajomych. Ten ostracyzm, jak mi mówiono, jest gorszy niż ekskomunika.

Mężczyzna w Zielonej Masce roześmiał się.

— Odnoszę wrażenie, że kiedy mnie tu nie było, wszyscy straciliście poczucie własnej wartości lub może raczej poczucie humoru?

Dużo później, kiedy sale balowe opustoszały, a blade światło poranka zaczęło oczyszczać niebo z gwiazd, dwaj przyjaciele minęli bramę i wyjechali na gościniec.

Jechali dwukółką zaprzężoną w parę pięknych koni. Na stopniach z tyłu stał służący.

— Czy dobrze się bawiłeś? — zwrócił się powożący do swego towarzysza.

Mężczyzna, który już nie miał na sobie zielonej maski, odparł z rozbawieniem:

— Rzeczywiście, wyjątkowe przeżycie! Spodziewałem się tu zmian, ale to, co zobaczyłem, przeszło moje oczekiwania.

— Masz na myśli mężczyzn czy kobiety?

— Przede wszystkim zaskoczył mnie książę. Roztył się, a poza tym nie jestem pod wrażeniem jego wesołych kompanów.

— Nie dziwię się. A co sądzisz o kobietach? Czy bardzo cię zgorszyły?

Właściciel zielonej maski roześmiał się.

— Zapewniam cię, że mało co jest w stanie mnie zgorszyć. Ale istotnie, ogarnia mnie przerażenie na myśl, że te nieprzyzwoite, nieodpowiedzialne istoty będą matkami następnego pokolenia.

— Czy zamierzasz jakoś temu zaradzić?

— A co proponujesz?

— Nawróć lady Lorindę! Cóż to za wyzwanie dla mężczyzny!

— To mogłoby się udać.

— Komuż udało się poskromić tygrysicę! Jestem gotów założyć się o każdą sumę, jaką tylko zechcesz wymienić, że jest to absolutnie i bezwarunkowo niemożliwe!

Właściciel zielonej maski milczał przez chwilę, po czym rzekł powoli:

— Tysiąc gwinei.

— Mówisz poważnie? — z niedowierzaniem zapytał przyjaciel i natychmiast dodał uradowany:

— Przyjmuję zakład! Nie przepuściłbym okazji, aby się przekonać o wyniku tego herkulesowego zamierzenia, nawet za sumę dziesięciokrotnie wyższą.

Niewiele ujechali, gdy zawołał:

— O tygrysicy mowa, a oto i ona, tuż przed nami!

Wskazał na wzgórze prowadzące do Hiszpańskiej Gospody, na które wjeżdżał czarny powóz z herbem Camborne’ów na kasetonach bocznych drzwi.

Powóz niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie liberie stangretów i stojących z tyłu lokajów; zamiast zwyczajowo używanych przez arystokrację kolorów błękitu, zieleni czy winnej czerwieni, świta lady Lorindy wystrojona była w biel połączoną ze srebrem.

Właściciel zielonej maski przyglądał się im ze zdumieniem. Powóz wjechałwłaśnie na wzgórze, minął niewielką przestrzeń między Hiszpańską Gospodą a rogatkami, gdy nagle gwałtownie się zatrzymał.

— Co się tam stało? — zaniepokoił się powożący i zaraz wykrzyknął: — Mój Boże! Rozbójnicy! Jaśnie panienka została napadnięta!

Zaciął konie, lecz w tym samym momencie rozległ się głośny wystrzał z pistoletu i zobaczyli, że rozbójnik stojący w otwartych drzwiach powozu runął do tyłu, na pobocze drogi.

Drugi rabuś rzucił się do ucieczki.

Zanim jednak zdążyli tam dojechać, zobaczyli, jak stojący z tyłu sługa, ciągle z rękami w górze, zachwiał się szarpnięty gwałtownie przez ruszający powóz lady Lorindy.

Dwukółka zatrzymała się przy rozbójniku. Leżał w rowie z szeroko rozrzuconymi rękami. W jednym ręku ciągle trzymał pistolet. Pomimo że miał maskę na twarzy, wyglądał na odrażającego draba. Na piersiach widoczna była ogromna, czerwona plama krwi. Służący zeskoczył na ziemię i podszedł do rabusia.

— Jest całkiem martwy, jaśnie panie — oświadczył.

Mężczyzna trącił konie batem.

— W takim razie to już nie nasza sprawa — odparł i ruszyli dalcj.

Chwilę milczeli. Pierwszy odezwał się właściciel zielonej maski:

— Jak sądzisz, czy był ktoś w powozie z dziewczyną, çzy to ona sama zastrzeliła rabusia?

— Oczywiście, że sama go zastrzeliła! Jest to zresztą nie pierwszy tego rodzaju wypadek!

Mówił dalej z rozbawieniem:

— Oto masz znakomity przykład, w jaki sposób współczesne młode niewiasty potrafią same sobie poradzić. Opowiadano mi już, jak lady Lorinda traktuje rabusiów i złodziei. Dzisiaj mogłem się o tym sam przekonać.

Roześmiał się i dodał:

— Kiedy rozbójnik otwiera drzwi powozu, ona mierzy prosto w serce i naciska spust. Jasne, że nie strzela na postrach. Służba nie musi się nawet troszczyć o ochronę swojej pani.

— To niesłychane! — zauważył jego przyjaciel. — Za moich czasów kobiety szlochałyby z trwogi i czekały, aż obroni je dzielne męskie ramię.

— Jeżeli pociągają cię panny słabe, płochliwe i typu kobiety-bluszczu, to znam kilka takich. A gdy się dowiedzą o twoim majątku, to możesz być pewien, że skłonne będą przywiązać się do ciebie jeszcze bardziej.

Słowa te pozostały bez odpowiedzi i w milczeniu pojechali dalej przez Hampstead Heath.

W swoim powozie lady Lorinda zamknęła oczy i oparła głowę o poduszki. Zanim jednak pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia, powtórnie naładowała pistolet, który spoczywał teraz na jej kolanach.

W Hampstead Heath rozbójnicy nie należeli do rzadkości. Lorinda pomyślała, że niewiele się różnią od jej niedoszłych zalotników nagabujących ją bez względu na to, jak brutalnie stara się uwolnić od ich płaczliwych zalotów.

Lord Edward Hinton był tylko jednym z wielu adoratorów, którym odmowa nie starczała za odpowiedź.

Przypomniała sobie, jak naprzykrzał się przez cały wieczór i postanowiła, że w przyszłości postawi, sprawę jasno — jeżeli Edward zostanie zaproszony na przyjęcie, to ona odmówi w nim udziału.

Żadne jej słowa ani czyny nie mogły go powstrzymać przed ciągłymi próbami oświadczania się jej i, jak sama to określała, „robienia z siebie potwornego nudziarza”.

Ich dzisiejszy gospodarz, lord Wroxford, był niewiele lepszy. Choć równie natrętny, przynajmniej nie mógł zaproponować jej małżeństwa. A to z tej prostej przyczyny, że miał już żonę. W związku z tym łatwiej było zbywać jego propozycje żartem jako całkowicie nieprzyzwoite. Mogła to robić, ponieważ dla obojga było jasne, że prędzej poleciałaby na Księżyc, niż uległa jego namowom.

Mimo wszystko Ulrik nie rezygnował. Był przy tym jednak zabawny, dowcipny, cyniczny. Inaczej niż Edward, który tak często groził jej samobójstwem, jeżeli go nie poślubi, że nudził ją, zanim w. ogóle zdążył otworzyć usta.

Jednakże Edward był bardzo odpowiednim kandydatem na męża, ponieważ zawsze istniała możliwość, że jego starszy brat nadal będzie płodził wyłącznie córki, nie da rodowi męskiego potomka i pewnego dnia Edward zostanie księciem.

— Gdybym była rozsądna, wyszłabym za niego — mówiła sobie Lorinda — ale czy potrafiłabym tolerować przez resztę życia te ciągłe skamlenia?

Tak samo myślała o innych mężczyznach, choć wielu z nich mogło jej ofiarować nie tylko równie duży majątek, ale także wysoką pozycję.

Lorinda zdawała sobie sprawę, jak nietrwała jest jej władza nad kapryśnym, zmiennym, wiecznie szukającym uciech tłumem — jednakowo gotowym wielbić, jak i szydzić, w zależności od nastroju.

— Czego pragnę? — pytała siebie, kiedy powóz zjeżdżał już ze wzgórza Hampstead i niebezpieczeństwo minęło.

Nagle wydało się jej, że widzi wszystkie te nie kończące się bale i przyjęcia, ciągle w tym samym rozpustnym towarzystwie, które świetnie znała ze wspólnych wypraw z Londynu do Brighton, na wyścigi do Newmarket, do Bath, aby zażyć morskich kąpieli i z powrotem do Londynu na następną rundę szalonych uciech.

Czy tego właśnie pragnęła od życia?

Jutro na pewno wszystkie matrony będą z dezaprobatą paplały jak papugi o jej występie w przebraniu Lady Godivy.

Lord Barrymore, ten rozpustnik zasiadający w Izbie Lordów, założył się, że Lorinda nie przyjmie wyzwania. Tymczasem bylo to dla niej wystarezającą zachętą, by wywołać skandal, jak zawsze w podobnych sytuacjach.

— Mogę robić, co mi się podoba — oświadczyła głośno.

Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak opowieść o jej zachowaniu zostanie z najdrobniejszymi szczegółami powtórzona królowi i królowej na zamku Windsor. A oni z pewnością przypiszą to zgubnemu i deprawującemu przykładowi księcia Walii.

— Para starych kabotynów! — oburzyła się Lorinda.

Podróż właśnie dobiegła końca i powóz podjechał pod dom Camborne’ów przy Hanover Square, co dziewczyna przyjęła z wyraźną ulgą.

Był to duży, niewygodny i niezbyt ładny budynek wzniesiony przez jej dziadka, siódmego hrabiego Camborne.

Lorinda robiła, co mogła, aby go przyozdobić według własnych pomysłów.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.