Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 549 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tam ci będzie lepiej - Ryszard Ćwirlej

Poznań, początek 1924 roku. Mieszkańcami miasta wstrząsa fala brutalnych morderstw. Z rąk nieznanego sprawcy giną prostytutki. Śledztwo prowadzą komisarz Antoni Fischer oraz jego zastępca Albin Siewierski. Ten pierwszy to dystyngowany i elokwentny oficer najpierw pruskiej, a potem polskiej armii, przystojny trzydziestokilkulatek, znany ze swojego roztropnego i przemyślanego działania, ponad wszystko ceniący sobie poznański sznyt. Ten drugi to pochodzący z Kongresówki jegomość, dla którego najważniejsze są szybkie efekty pracy, blichtr i brylantyna. I choć reprezentują zupełnie inne wartości, muszą połączyć siły, żeby złapać bezwzględnego zabójcę.

W międzywojennym Poznaniu, gdzie niemal w każdej bocznej uliczce czają się drobni złodziejaszkowie, a także zwyrodniali mordercy, trudno utrzymać mores i ład. W mieście, które mimo wszystko szczyci się tradycją pruskiego porządku i mieszczańskiej stabilizacji, dochodzi do serii bestialskich morderstw. A jakby tego było mało – śledztwo utrudniają bolszewiccy szpiedzy. Czy zatem uda się powstrzymać mordercę?

Tam ci będzie lepiej to początek nowej, fascynującej serii książek autora znanego dotychczas z powieści neomilicyjnych, która odsłoni zupełnie inne, mroczniejsze oblicze Poznania.

 

Ryszard Ćwirlej to niekwestionowany mistrz powieści kryminalnej. Światowa liga! Katarzyna Bonda.

Opinie o ebooku Tam ci będzie lepiej - Ryszard Ćwirlej

Fragment ebooka Tam ci będzie lepiej - Ryszard Ćwirlej

 

 

 

 

Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2015

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Redakcja: Lidia Wrońska-Idziak

Korekta: Paulina Wierzbicka, Lidia Wrońska-Idziak

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka ∎ panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Fotografie na okładce:

© Mark Owen / Trevillion Images

© narvikk/iStockphoto

http://www.shutterstock.com/David Hernandez

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

eISBN 978-83-7976-298-9

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

Poznań

Poniedziałek, 3 marca 1924

 

Godzina 4.13 o świcie

 

Cała trzęsła się z zimna. Potarła zmarznięte dłonie, a potem na powrót schowała je w głąb mufki. Ale to tylko z nazwy była mufka. Cholerstwo prawie wcale nie grzało. Bo jak miało grzać stare, wytarte futerko, które wyglądało jak wyliniały kot? Skórka, którą obszyty był ten wełniany rękaw, pochodzący ze starego swetra, pochodziła najprawdopodobniej z kota, a nie z sobola, o czym próbował ją przekonać żydowski handlarz sprzedający różne szmaty. Ale co miała robić? Przecież nie stać jej było na nic porządnego, co nosiły te wszystkie damy wysiadające przed Teatrem Polskim z ogromnych automobili. Wkładały swoje drobne dłonie w mufki grube i puchate, a włosie na nich aż lśniło w blasku elektrycznych latarni.

Kryśka Barciak, jej koleżanka, z którą dzieliła wspólny pokój w kamienicy przy Mostowej, wyjaśniła jej, że te mufki robi się z futra jakichś gronostajów i dlatego są takie piękne. Spojrzała na swoją kocią mufkę i aż jej się płakać chciało. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe, że jedni mają wszystko i wcale nie muszą na to pracować, a inni nie mają nic? Ona nie miała kompletnie nic poza swoją nędzną mufką, parą pantofli, dwoma sukienkami, jednym swetrem i parą bielizny na zmianę. Miała jeszcze niewielką torebkę z koźlej skóry na miedzianym łańcuszku, do której mogła wkładać zarobione pieniądze. Ale dziś torebka była kompletnie pusta i nic nie wskazywało na to, że trafi do niej jakiś grosz. Poczuła, jak burczy jej w brzuchu. Była głodna. Ostatni raz jadła wieczorem, pewnie gdzieś koło ósmej. Dokładnie nie wiedziała, o której to było, bo przecież nie miała własnego zegarka. Zjadła kawałek chleba z marmoladą i popiła kawą zbożową bez mleka. Mleko kupowały tylko wtedy, gdy trafił się jakiś większy zarobek, czyli bardzo rzadko. Na szczęście było w domu jeszcze trochę cukru, więc jakoś dało się tę kawę wypić. Zjadły więc, wypiły i poszły do pracy. Jadźka tutaj właśnie, koło mostu Chwaliszewskiego, a Kryśka poszła pokręcić się trochę dalej, w kierunku centrum miasta, w okolice Starego Rynku.

Już dawno umówiły się, że nie ma sensu stać we dwie w jednym miejscu, żeby nie walczyć między sobą o tego samego klienta. Bezpieczniej było zająć dwa punkty i polować w taki sposób, bo zawsze była szansa, że wtedy choć jedna z nich kogoś trafi. Założyły więc coś w rodzaju spółki samopomocowej. Zarobione pieniądze trafiały do wspólnej kasy i dzięki nim miały za co żyć, a co najważniejsze – opłacać pokój. Bo z administratorem ich kamienicy nie było żartów. Jeśli się nie zdążyło z zapłatą do dziesiątego, przychodził i robił awanturę. Wtedy trzeba było mu zapłacić w naturze i na dwa–trzy dni był spokój.

Niekiedy udawało się tak przeciągnąć jeszcze ze dwa dni, szczególnie jak Heidemann był pokłócony ze swoją żoną Helgą i przez to szczególnie wyposzczony. No, ale kłótnie u Heidemannów zdarzały się najczęściej pod koniec miesiąca, gdy administrator rozliczał się z właścicielem kamienicy panem Aronem Zilbersteinem, który jak zwykle zarzucał Niemcowi kiepskie przykładanie się do obowiązków i małą skuteczność w egzekwowaniu czynszów. Po takiej rozmowie administrator wracał do domu przygnębiony i kompletnie pijany. Wtedy zaczynały się awantury, bo Heidemann nie potrafił zakończyć picia w jeden dzień, ale następnego ranka musiał zalać kaca i tak ciągnęło się to przez kilka kolejnych dni. Jeśli pił do dziesiątego, wtedy był w stanie wojny z żoną i lubił nawet odebrać zadłużenie w naturze. Gdy pił do dwunastego, też była na to szansa. Ale piętnastego nigdy już nie pił, bo był obowiązkowy i musiał wziąć się do roboty. I wtedy już nic się nie dało zrobić. Trzeba było płacić, nawet kosztem jedzenia, bo ten gruby wieprz Heidemann na trzeźwo nie znał litości. Potrafił wyrzucić lokatora z dnia na dzień, nie licząc się z żadnymi błaganiami o litość. Nie płacisz, to weg i fertig – mówił, drapiąc się po rudej łepetynie.

Dziś był właśnie czternasty dzień miesiąca i przed południem obudzi ją łomotanie do drzwi. Administrator przyjdzie po zapłatę, a ona będzie miała mu do zaoferowania najwyżej samą siebie. Ciekawe, jak tam się dziś wiedzie Kryśce. Ona była młodsza od Jadźki o dwa lata i Jadźka traktowała ją trochę jak młodszą siostrę. To ona właśnie wymyśliła, że Kryśka powinna chodzić w okolicach Starego Rynku, aż do placu Wolności, bo tam było zdecydowanie bardziej bezpiecznie niż tu, przy moście Chwaliszewskim. Tutaj zawsze pętało się pełno miejscowych szuszwoli, którzy żyli z dnia na dzień. Wszyscy byli pijani, a niejeden potrafił i w mordę dać dziewczynie. No, ale to było ryzyko zawodowe. Zresztą ona umiała sobie z takimi łachudrami radzić. W końcu wychowała się i wyrosła na Chwaliszewie, znała więc dobrze większość miejscowych. Ci nie mogli jej podskoczyć. Ale gorzej było z tymi obcymi, co trafiali tu na gościnne występy. Wśród nich zdarzali się prawdziwi brutale. Nieraz więc było tak, że po wszystkim taki gość chciał odzyskać od niej swoje pieniądze i brał się do lania po twarzy. Ale na takich był sposób. Co prawda natychmiast nic się nie dało zrobić. Swoje na twarz trzeba było przyjąć, choć dłużna nigdy nie była i gryzła wtedy bez litości. Ale gdy było już po wszystkim, zaraz biegła do baru „U Okonia” przy Mostowej, dokładnie naprzeciw kamienicy, w której wynajmowały ten swój nędzny pokój, żeby powiedzieć chłopakom co i jak. A tam zawsze po nocy pili jej znajomi złodzieje, bracia Kaźmierczakowie i Tolek Grubiński. To wszytko były szczony z jej podwórka, z którymi się razem chowała. Oni zawsze potrafili odnaleźć takiego gnoja, co sprał ich dziewczynę i we właściwy sposób mu podziękować. W zeszłym roku nawet któregoś razu poważnie przeholowali, bo facet tak się przestraszył ich niewielkich sprężynowców, że wskoczył do Warty, chociaż nie umiał pływać. Zniknął zaraz pod wodą i nikt go więcej nie widział, a chłopcy wrócili do picia, trochę nie w sosie, bo nie dotknęli go nawet i nie zdążyli przeszukać mu kieszeni, więc zarobek Jadźki poszedł na dno rzeki razem z tchórzliwym topielcem. To było w zeszłym roku przed Wielkanocą. Wieść o tym topielcu szybko rozeszła się po Chwaliszewie i później przypadki bicia dziewczyn przez klientów zdarzały się bardzo rzadko. Jadźka od tego czasu ani razu nie dostała po gębie, więc mimo iż początkowo była zła na chłopaków, że przyczynili się do zejścia tamtego drania, to później musiała przyznać im rację. Tolek Grubiński powiedział wtedy, że jak kto się będzie brał do którejś z dziewczyn z Chwaliszewa z łapami, to se najpierw dwa razy pomyśli czy umi pływać.

Jadźka przeszła kilka kroków do przodu i weszła na most. Ten, co wtedy skoczył, zrobił to gdzieś tam na środku, gdzie schodziły się dwa łuki stalowych przęseł. Nie chciało jej się tam iść. Zresztą nie lubiła tego miejsca. Wyszła na most, żeby zobaczyć, czy daleko do świtu, bo świt najlepiej po wodzie rozpoznać, gdy odbija jaśniejące niebo i nad wodą szybciej robi się jasno. Spojrzała w lewo i przekonała się, że rzeczywiście czas już powoli kończyć to sterczenie przy moście. Po drugiej stronie ulicy stały siostry Domagalanki, które też kręciły się nerwowo. Ale one przynajmniej nie straciły nocy. Ta lafirynda Aniela niemal siłą porwała dziś jednego gościa. Chwyciła go pod ramię i pociągnęła za sobą do hoteliku. Facet był tak pijany, że pewnie nawet nie wiedział, o co się rozchodzi. Jadźka była przekonana, że Aniela musiała go oskubać do samych kalesonów. Nie potępiała jej, tylko była zła na nią, że jej się udało, a ona znów nie miała szczęścia.

– Nic, trzeba wracać do chaty – pomyślała, spoglądając na leniwy nurt wody, nad którą zaczęły się unosić poranne smugi wodnej pary.

Nagle z drugiej strony mostu dobiegł ją wyraźny odgłos kroków. Ktoś szedł w jej kierunku. Obejrzał się za siebie, na drugą stronę ulicy, gdzie stały jej konkurentki. Dziewczyn już nie było. A więc miała szansę. Była tu całkowicie sama. Kroki zbliżały się. W jej kierunku szedł mężczyzna w płaszczu i w kapeluszu na głowie. To jakiś lepszy gość – pomyślała zadowolona ze szczęśliwego trafu. Byle tylko go do siebie przekonać. Przecież brzydka nie była. Jak chciał dziewczynkę, to co ma dalej łazić i szukać, skoro tu taki kwiatek stoi na moście. Zbliżał się do niej, więc wyszła mu na spotkanie, biorąc się pod boki i wysuwając do przodu swoje obfite piersi.

– Co tam, kochasiu, szukasz dziewczynki na noc? To jakby co – mrugnęła do niego lewym okiem i uśmiechnęła się, ukazując dwa szeregi równych śnieżnobiałych zębów.

Mężczyzna przystanął i również się uśmiechnął. Miał miłą, sympatyczną twarz. Było w niej coś ciepłego, czego nie potrafiła określić. Sprawiało to jednak, że człowiek natychmiast nabierał do niego zaufania. Jak do księdza – pomyślała Jadźka i szerzej się uśmiechnęła. W końcu ksiądz też człowiek i od czasu do czasu musi sobie ulżyć. A przecież tam, po drugiej stronie Warty, na Śródce, to sami księża. Już niejednemu pomogła w potrzebie. Teraz będzie kolejny. Ci przynajmniej się nie targowali i płacili bez szemrania. Najlepsi klienci.

– Ładna z ciebie dziewczynka – powiedział ksiądz.

– Ładna i dużo potrafiąca. Pójdziemy, to sie przekonasz.

Ksiądz rozejrzał się dookoła, jakby się bał, że zobaczy go z dziewczyną jakiś inny duchowny.

– Co, boisz sie, że ktoś cie zobaczy? Spokojna głowa. Nikogo tu nie ma. Nawet inne dziewczynki już se poszły.

Podszedł do niej bliżej, tak że poczuła jego oddech na swojej twarzy. Pachniał wodą kolońską i miętowymi landrynkami. Ucieszyła się, że to nie alkohol. Nie będzie przynajmniej śmierdzieć. Uniosła głowę do góry, pewna, że chce ją pocałować. Ale nie złożył pocałunku. Poczuła, jak jego dłoń wsuwa się pod jej liche palto, by po chwili dotrzeć do delikatnej skóry na brzuchu i w końcu zatrzymać się na pełnej piersi. Spojrzała mu w oczy. Były zimne jak lód. Przestraszyła się tego spojrzenia i natychmiast chciała się od niego odsunąć, ale nie zdołała, przytrzymywana z tyłu drugą ręką za plecy.

– Żałujesz za grzechy, córko? – zapytał ostrym głosem zimnooki.

Nie wiedziała, co powiedzieć, więc przestraszona kiwnęła tylko szybko głową, próbując jednocześnie wyrwać się z żelaznego uścisku. Poczuł to szarpnięcie, więc pchnął ją do tyłu na poręcz mostu i przywarł do niej całym ciężarem ciała.

– Żałujesz za grzechy? – powtórzył jeszcze raz, przysuwając swoje usta do jej ucha.

– Tak – odpowiedziała cicho, bojąc się podnieść głos, żeby go czasami nie rozdrażnić jeszcze bardziej. Była pewna, że to jakiś wariat, a z takimi nie ma żartów. Trzeba zachowywać się spokojnie i nie dawać im powodów do zdenerwowania.

– Ja ci odpuszczam w imię Ojca...

Jak Boga kocham to jakiś wariat. Ksiądz wariat.

– ...i Syna, i Ducha Świętego...

Boże, co mam robić? Poczuła nagle coś twardego i chłodnego na swoim brzuchu, jakby zimną stal. Nie, to nie może być prawda. To przecież nie jest nóż...

– ...Amen – powiedział mężczyzna spokojnym głosem, a potem zimne ostrze wbiło się w nią poniżej żeber, rozrywając ją jak piorun. Chciała krzyknąć, wzywać pomocy, wołać jak najgłośniej, wykrzyczeć swój strach, ale męska dłoń zakryła jej usta. Ból, przeszywający każdy milimetr jej ciała, posuwał się powoli w dół, rozcinając delikatną aksamitną skórę. Mężczyzna cały czas patrzył jej w oczy i nim zapadły się całkowicie w ciemności, dostrzegła w tym lodowatym spojrzeniu małą iskierkę radości.

– Tam ci będzie lepiej – powiedział, a potem złapał w garść fałdę jej sukienki i odciął nożem. Po chwili przerzucił bezwładne ciało dziewczyny przez poręcz mostu. Gdy usłyszał plusk, spojrzał w dół. Ciało zniknęło w ciemnej otchłani. Na zakrwawionym chodniku, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała dziewczyna, leżały nędzna mufka i niewielka torebka na miedzianym łańcuszku. Ostrożnie, by nie uwalać trzewika, przesunął oba przedmioty na skraj mostu pod barierkę, żeby i one zsunęły się do wody. Potem stanął w rozkroku, rozpiął guziki rozporka i strumieniem moczu spłukał krew z chodnika. Zrobił to akurat w chwili, gdy od strony Chwaliszewa wtoczył się na most, ciągnięty przez ogromnego perszerona, wóz towarowy wyładowany beczkami z piwem. Siedzący na koźle woźnica z Browaru Huggerów, który co dzień o tej porze przejeżdżał tędy w drodze na Śródkę, z niesmakiem popatrzył na sikającego jegomościa i z odrazą splunął na bruk. Przyłapany na sikaniu mężczyzna pochylił się, wtulił głowę w ramiona i szybko ruszył w przeciwnym kierunku. Mgiełka znad wody powoli się unosiła, oświetlana przez pierwsze promienie słońca wypływające znad ziemnych wałów fortu Winiary.

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

Poznań

Wtorek, 4 marca 1924

 

Godzina 8.15 rano

 

– Musicie jej szukać! – krzyknęła jakaś kobieta.

– Co musimy, to musimy. A tu się jest cicho! – odpowiedział jej równie podniesiony męski głos.

– Nie wyjde, jak coś nie zrobicie!

– A w pysk już dziś żeś dostała?

– Możesz walić w pysk, a nie wyjde!

– Na władzę krzyczysz, cholero jedna!

– Też mi władza, co nie wie, co robić!

– Uważaj se, bo zaraz trafisz do kozy.

– A i dobrze, to przynajmniej wpiszesz do kajeta za co!

Co za bezczelna szmata – pomyślał przodownik Alfred Jakubek, wstając ze swojego krzesła za biurkiem. Myślał, że ten głupi Kokoschka jest trochę mądrzejszy i raz dwa poradzi sobie z jakąś namolną francą, a tu proszę, jaka poruta dla policji od rana. Drze się babsko cholerne na policjanta, a ten se na to pozwala, zamiast dawno trzepnąć ją w papę, żeby zamknęła mordę. Nic, trzeba będzie interweniować i pokazać mu, jak się takie sprawy załatwia.

Zdjął pas wiszący na poręczy fotela i zapiął go na pokaźnym brzuchu. Miał nadzieję, że akurat dzisiaj uda mu się posiedzieć w swoim służbowym pokoju niepokojony przez nikogo. Wczoraj spotkał się ze szwagrem i podczas spotkania wypili trochę, nie za dużo, ot, może w sumie litr wódki czystej i kankę piwa do tego, więc nie powinien dziś czuć się kiepsko. A mimo to od rana miał suchość w ustach i lekkie otępienie w głowie. Wszystko przez tę cholerną wódkę. Szwagier przyniósł do niego tę najpodlejszą ze wszystkich poznańskich wódek... On nigdy w życiu nie kupiłby czegoś takiego. Wiadomo przecież, że człowiekowi na jego stanowisku nawet nie wypadało poprosić w sklepie o taką wódkę. On kupiłby pół litra Baczewskiego albo Wyborową. Ale szwagier był prostym człowiekiem i pijał byle co. No, a jak już przyszedł z tą butelką, to nie wypadało odmówić. No i miał teraz skutki, które cały czas siedziały w jego głowie i sprawiały, że myśli składały mu się wolno w jedną, choć zdecydowanie niewyraźną całość.

– Nie wyjde powiadam i szlus! – wołała coraz głośniej baba.

– Nie wyjdziesz, cholero? – dopytywał się Kokoschka.

– Pod Bogiem. Nie wyjde!

– Nie?

Co za uparty babsztyl. Już ja jej zaraz... – wzrok przodownika zatrzymał się na aluminiowej kance do połowy wypełnionej piwem. Gdy tylko przyszedł do pracy, wysłał zaraz najmłodszego na komisariacie, posterunkowego Janiaka, żeby przyniósł mu piwo z pobliskiej piwiarni „U Anatola”. Jej właściciel – wcale nie Anatol, ale Rajmund Kowal – nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa. Mówił, że zawsze wszyscy chodzili na piwo do Anatola, więc nie mógł przecież zmienić nazwy na Rajmunda, bo wiara by nie wiedziała, gdzie ma iść. Chodzili więc do Anatola robotnicy, rzemieślnicy i doliniarze z Chwaliszewa. A policjanci przychodzili tylko po piwo na wynos, żeby nie siadać z elementem przy stołach i nie bratać się przy kuflu z byle łachudrą.

– A, co tam – przodownik machnął ręką. – Trzeba se myśli rozjaśnić.

Chwycił kankę, zdjął z niej pokrywkę i wypił duszkiem, osuszając naczynie do dna. Przez chwilę stał, czekając aż gazy piwne podejdą pod gardło. Gdy podeszły, beknął głośno, żeby nie bekać podczas załatwiania się ze służbowymi kwestiami, a potem obciągnąwszy poły mundurowej bluzy, wyszedł sprężystym krokiem z pokoju.

Czerwony jak burak Kokoschka stał oparty o barierkę, odgradzającą część służbową pokoju przyjęć od tej dostępnej dla petentów. Przodownik tylko spojrzał na niego i na tę, z którą się kłócił i natychmiast zrozumiał, na czym polega problem. Gdyby to było stare, brzydkie i pyskate babsko, to posterunkowy już dawno by nie wytrzymał i zdzielił ją w pysk dla uspokojenia. No, ale uderzenie tego chuchra było samo w sobie jakieś takie niepoważne jak ona sama. To tak, jakby się lało dzieciaka. Jej co najwyżej należałoby się lanie pasem na gołą dupę, a nie mordobicie.

Mimo wszystko należało jednak interweniować. W końcu był to urząd państwowy, a nie targowisko miejskie. Tu trzeba się zachowywać cicho, tym bardziej że na ścianie wisi orzeł w koronie i portret prezydenta Wojciechowskiego. Tu trzeba dbać o kulturę.

– Co tu się wyrabia do jasnej cholery? – krzyknął od drzwi groźnym basem Jakubek, podkręcając przy tym energicznie sumiastego wąsa, na którym poczuł natychmiast piwną wilgoć. Otarł więc gębę wierzchem dłoni na wszelki wypadek, gdyby jeszcze gdzieś zostały resztki piany.

Kokoschka natychmiast odwrócił się w stronę przełożonego. Stanął na baczność i zameldował w sposób charakterystyczny dla starych żołnierzy.

– Ja melduje, panie przodowniku, że przylazła tutaj i sie wydziera!

Jakubek uśmiechnął się pod wąsem, bo cała złość na Kokoschkę od razu mu przeszła. Wojskowa skóra druga natura – pomyślał, usłyszawszy pierwsze dwa słowa meldunku posterunkowego. Ja melduję – tak meldowali tylko ci, który wcześniej służyli w pruskiej armii, przekładając na polski niemiecki „ich melde”. On też, meldując się wyższym szarżom, często zapomniał się i mówił „ja melduję”. Ale tu, w Poznaniu, mało kto zwracał na to uwagę. Przynajmniej do niedawna. Teraz było już nieco inaczej. Młodzi policjanci meldowali się regulaminowo, zresztą podobnie jak ci nowi poznaniacy, którzy przyjechali tu na urzędy z dwóch pozostałych zaborów, o których miejscowi mówili Galicyjoki z Kongresówki. A w starych poznaniakach płynęła jeszcze wojskowa krew, którą nie tak łatwo dawało się oczyścić z pruskich naleciałości. Przecież nawet w powstaniu, mimo że na każdym kroku demonstrowali swoją polskość, przypinając biało-czerwone kokardy i orzełki do pruskich czapek, rozkazy nadal wydawali podwładnym w języku niemieckim. Polskich komend nikt nie znał. Uczyli się ich dopiero na wojnie bolszewickiej, ale stare nawyki zostawały, choćby w postaci meldowania.

Jakubek groźnie spojrzał na dziewczę, w oczach której widać było łzy. Trzeba z nią po dobroci, bo pyskata jest jak mało która.

– Czego ryja drzesz? – powiedział najdelikatniej, jak umiał.

– Bo ten tu chce mie zbyć, że niby nic ważnego...

– A co niby ważnego jest takiego, żeby się wydzierać na cały urząd?

– A to, że moja Jadźka znikła i sie nie wróciła do chaty, już będzie od wczoraj.

Jakubek wydął wargi i spojrzał z wyrazem rozbawienia na Kokoschkę. Ten też się zaśmiał lekceważąco, jakby chciał powiedzieć – też mi coś!

– Też mi coś! – powiedział Jakubek. – No i co z tego, że sie nie wróciła.

– Ale ona zawsze wraca. Jeszcze tak nie było, żeby nie wróciła. A tak w ogóle, to niby gdzie by miała iść? Ona nikogo nie ma, ino mie.

– Może jakiego klienta na dłużej podłapała i tyle – Kokoschka podrzucił proste i logiczne rozwiązanie.

– No właśnie – poparł podwładnego przodownik.

– To by mi co powiedziała. Ona zawsze gada, jakby co – nie dawała za wygraną dziewczyna. – Musicie ją szukać! Jej sie co stało albo jej kto co złego zrobił. Musicie ją szukać!

No, tu już przesadziła – przodownik gniewnie zmarszczył brwi. – Żeby policji powiadać, co ma robić! Policja nie jest od pouczania, tylko od pilnowania porządku. Jakubek spojrzał na orła wiszącego na ścianie, a potem na mądrą, ojcowską twarz prezydenta, który zdawał się patrzeć na policjanta z wyrzutem, tak jakby chciał powiedzieć: – Co, posterunkowy, pierdolicie się z jakąś kurewką jak z ministrem? I jak tu nasza kochana ojczyzna ma się podnieść po latach zaborów, jak takie jak wy niezguły zajmują się utrzymaniem porządku w naszym kraju, za któregożeśmy wszyscy krew przelewali. I po cośmy walczyli tak ofiarnie, po co życie oddawali nasi dzielni żołnierze? Żeby teraz majestat Rzeczypospolitej cierpiał w Poznaniu przez jakąś kobietę lekkich obyczajów, co to nie umie ryja zamknąć? A Policja Państwowa co na to? Nic. Biedna nasza ojczyzna, gdy nie ma kto jej bronić, bo obrońcom brzuchy porosły od chlania piwska i siedzenia za biurkiem.

Jakubek spojrzał na swój wielki brzuch i zaraz wciągnął go na tyle, ile się dało, wyprostował się i już chciał zameldować prezydentowi, że to tylko wypadek i że on do takich wypadków nie będzie dopuszczał, i że już on o to zadba, a ta mała se zapamięta... Łe, szkoda gadać. Niech przemówią czyny.

Odwrócił się do dziewczyny i przywołał ją wskazującym palcem. Podeszła do barierki posłusznie, pewna, że ten wielki oficer wreszcie ją wysłucha. Oficer tymczasem zamachnął się i strzelił ją w pysk. Niezbyt mocno, ale na tyle silnie, żeby se zapamiętała, że tu się ksiutów nie robi. Cofnęła się gwałtownie o dwa kroki, a w jej oczach pojawiła się czysta nienawiść.

Jakubek uśmiechnął się zadowolony, a potem powiedział:

– To, żebyś wiedziała, że w urzędzie państwowym trzeba się zachowywać z godnością i nie kalkuluje sie krzyczenie na urzędnika. I żebyś jeszcze wiedziała, że polski urząd jest dla interesanta otworem, to se zakonotuj, że grzecznością można góry przenosić, a za krzyki po łbie oberwać.

– Posterunkowy – odwrócił się do Kokoschki, który aż pokraśniał z zachwytu nad piękną lekcją ogłady urzędowej przeprowadzonej właśnie przez pryncypała. – Weźcie no pióro i kartke i upiszcie zgłoszenie tej damy, żeby nie było, że policja nie pilnuje porządku i lekce se waży zgłoszenia ludności.

Jeszcze raz spojrzał w czarne oczy dziewczyny, w których nie było już ani odrobiny złości, a tylko wdzięczność lekko rozmazana przez łzy.

Trzeba wysłać kogo po piwo jeszcze – pomyślał Jakubek, wychodząc z pokoju – bo mi w gębie całkiem już zaschło od tego gadania. A ten Kokoschka to się jeszcze będzie musiał dużo nauczyć. Ale wszystko przed nim. Da szczon radę. W końcu w powstaniu służył w jego plutonie, a jego ludzie zawsze radzili se w życiu.

 

 

Godzina 8.30 rano

 

– Powiadam panu, jak na wywczas to tylko za granicę – powiedział zastępca komisarza Albin Siewierski, wychylając czubek nosa znad płachty „Dziennika Poznańskiego”.

– No tak, ale do Baden-Baden, a nie na jakieś zadupie – odezwał się komisarz Antoni Fischer, którego głos podwładnego wyrwał z zamyślenia. Ostrzyżony na krótko, solidnej budowy trzydziestodwulatek o jasnych włosach, z równo przystrzyżonym wąsem pod nosem, ubrany w porządny stalowy garnitur z bielskiej wełny, spod którego wyzierała kamizelka w granatowo-białe paski popatrzył na oficera siedzącego naprzeciw przy biurku. To ubranie wydawało się na nim nieco zbyt opięte. Wszystko przez mocno rozwinięte mięśnie, które wyhodował, ćwicząc codziennie z ciężarkami już od najmłodszych lat. Później, w wieku już znacznie dojrzalszym, bo w czasach szkoły średniej, zapisał się do junackiej sekcji zapaśniczej, a zapasy okazały się jego prawdziwą pasją. Dziś co prawda już nie brał udziału w walkach sportowych, ale ćwiczeń fizycznych nie zaniedbywał. Każdy dzień zaczynał od porannej gimnastyki dla rozruszania mięśni.

– A czego pan chcesz. To może nie kurort, ale jest ładne jezioro Plötzensee i wokół las sosnowy. No i od Poznania całkiem blisko, bo zaledwie trzy godziny pociągiem. Właśnie byłem tam, zrobiłem rekonesans i powiadam panu – piękne miejsce.

Fischer wzruszył ramionami. Co go mogły obchodzić plany wypoczynkowe Siewierskiego. Ten wrócił do lektury, ale widać było, że chce mu się pogadać.

– O proszę! Już po marce, panie nadkomisarzu – uśmiechnął się zadowolony Siewierski. – Był nieco niższy od Fischera, bo mierzył sto sześćdziesiąt centymetrów. Włosy miał czarne, zaczesane do tyłu i mocno nasmarowane brylantyną dla lepszego ułożenia i oczywiście efektownego połysku, który powinien robić wrażenie na kobietach. Ale nie robił, bo o ile na pierwszy rzut oka ten elegant w prążkowanym garniturze mógł się wydawać ciekawą postacią, o tyle ta ciekawość wzbudzona wyglądem znikała natychmiast jak srebra rodowe po wizycie bolszewika. Siewierski był bowiem typem nudnym do znudzenia, który wszystkim rozmówcom próbował narzucić swoje racje, nie wysłuchawszy nawet kontrargumentów. Typ wszystkowiedzący, z którym nie da się rozmawiać o czymkolwiek, bo on i tak wszystko wie najlepiej.

– Właśnie pan prezydent podpisał dekret w tej sprawie – ciągnął dalej podkomisarz niezrażony milczeniem przełożonego. – Wczoraj podpisał, a dzisiaj o tym w gazecie podają. Teraz proszę pana będziemy mieć wreszcie swoje pieniądze. O, proszę – rozłożył gazetę na stole i zaczął czytać:

 

Rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z 14 kwietnia 1914 roku, o zmianie ustroju pieniężnego, ustalono relację marki polskiej do złotego na milion osiemset tysięcy do jednego.

 

– Boże, to już się robi! Koniec z milionami!

– No tak – Fischer pokiwał głową. – Byle byśmy tylko w portfelu mieli pełno.

– Na to się raczej nie zanosi. Sytuacja gospodarcza niestabilna, to i cudów się od razu spodziewać nie możemy. Ale powoli i do pełnych portfeli dojdziemy.

Komisarz spojrzał zdziwiony na swojego podwładnego. Skąd u niego tyle wiary w świetlaną przyszłość? Przecież wystarczyło wyjrzeć na ulicę, żeby zobaczyć całą tę powojenną mizerię w pełnej krasie. Nawet tu, w centrum miasta, gdzie swoje interesy załatwiali ci, których nie dawało się posądzić o brak gotówki, nawet tu kręciło się sporo postaci ludzi niepewnych, o podejrzanej kondycji, a cóż dopiero mówić o tym, co działo się poza reprezentacyjnym placem Wolności. Przecież wystarczyło pójść tylko kilka kroków dalej, na Stare Miasto albo na Chwaliszewo, żeby zobaczyć, że czas tam się zatrzymał. Te same stare, zrujnowane czynszówki, brudne, ciemne i zarobaczone oficyny, no i te beznadziejne ponure lokale w podwórzach, do których nie zapuszczali się nawet najdzielniejsi policjanci. I do tego jeszcze ta wszędobylska prostytucja. To miała być ta świetlana przyszłość Rzeczypospolitej? Przecież to jeszcze trzeba ogrom pracy włożyć, żeby coś mogło tu drgnąć, żeby cokolwiek mogło się zmienić. Tu trzeba było herosów organiczników, którzy chcieliby pracować u podstaw, a reforma pieniądza, co ona może zmienić? Zresztą czy marka była taka zła? Całe życie płacił markami i jakoś nigdy nie narzekał na tę walutę. Prawda, te marki były niemieckie, więc całkiem stabilne. Potem przyszły marki polskie, ale już nie takie mocne, jak ich poprzedniczki. Ale samo słowo marka dawało jakieś poczucie stabilizacji. A teraz miały wejść polskie złote. Przecież złoty nie będzie ze złota, ale też z papieru. Jeden papier zastąpi drugi. I to miało zapewnić lepsze jutro? Bzdura.

– Pan jesteś niepoprawny optymista, panie kolego – powiedział Fischer, popijając herbatę z porcelanowej filiżanki. – Sama reforma niewiele może zmienić. Polski złoty nie dokona cudu gospodarczego. Poza tym nie od razu zastąpi starą dobrą markę. To, panie, proces. Proces rozłożony na dłuższy czas. Ale ja bym się od razu nie spodziewał poprawy. Tu trzeba solidnej pracy w całym kraju, a nie tylko jednego dekretu prezydenta o zmianie waluty.

– Ja jednakowoż panie nadkomisarzu myślę, że to krok w dobrym kierunku. Potrzebny nam jest taki impuls ożywczy. To jak szarża kawaleryjska, co front przełamie, by w tę wyrwę puścić piechotę, by ona rozlała się na tyłach przeciwnika. Pierwszy impuls...

Fischer spojrzał na podwładnego, kręcąc z powątpiewaniem głową.

– Wy z Kongresówki ciągle myślicie o szabli i szarży. Hajda na bolszewika, a potem jakoś to będzie, a ja panu powiadam, że tylko solidna praca podniesie nasz kraj.

– A czy ja o czym innym mówię? – zdziwił się Siewierski. – Przecie mi o pracę i o szarżę chodzi. Bez przełamania nie ma zwycięstwa, a po przełamaniu do solidnej roboty wziąć muszą się ci w szarych żołnierskich mundurach. Bez nich tej wojny nie wygramy.

Fischer machnął ręką i sięgnął po swoją filiżankę. Ci nowi poznaniacy, tacy jak ten Siewierski, którego do policji poznańskiej przysłano rok temu prosto ze stolicy, to byli ludzie innego formatu. Oni inaczej byli kształtowani niż poznaniacy. Dla nich liczył się efekt, blichtr, a co z tego wyjdzie, to się zobaczy, byleby tylko od razu można było odtrąbić sukces. Tak samo było w policyjnej robocie. Solidne, żmudne śledztwo to dla takiego Siewierskiego niepotrzebna strata czasu. Dla niego było najważniejsze jak najszybciej zameldować przełożonym, że w śledztwie jest już postęp. A postęp taki uzyskiwało się w bardzo prosty sposób. Trzeba było natychmiast wsadzić do aresztu kilku podejrzanych typów, co się przypadkiem nawinęli pod ręką. I co z tego, że zazwyczaj nie mieli oni nic wspólnego ze sprawą? Oni z racji swej proweniencji i tak byli podejrzani, więc mogli sobie posiedzieć – twierdził Siewierski. A że nikt nie był zamieszany w sprawę, tym gorzej dla sprawy. Początkowo Fischer patrzył z niedowierzaniem na działanie swojego podwładnego, bo takie posunięcia nie mieściły się w kategoriach zdrowego policyjnego rozsądku. I nawet nie liczyło się to, że takie postępowanie łamie obowiązujące prawo. Próbował oczywiście z tym walczyć, dopóki nie utarł mu nosa jego bezpośredni szef, zastępca komendanta okręgowego Tarkowski, też Galicyjok z Kongresówki.

– Co się pan czepiasz młodego? – zapytał złośliwym tonem, zły, że Fischer zawraca mu głowę jakimiś drobiazgami. – Masz pan podejrzanych? Nie masz pan nic. A Siewierski ma już dwunastu z kręgu podejrzanych, zamkniętych w kozie. Pan tylko łazisz na miasto i gadasz z ludźmi, a on działa.

I dla pryncypała nie miało większego znaczenia, że to w końcu on zamknął kasiarza, który obrobił w ciągu dwóch tygodni dwa bankowe sejfy. Sukces przypadł całemu zespołowi, łącznie z Siewierskim, który przecież zdobył niezwykle cenny materiał pochodzący z zeznań zatrzymanych o tym, że kasiarz musi być nietutejszy, bo wśród miejscowych nie było jeszcze takiego fachowca. Tyle to i sam Fischer wiedział, bez zamykania niewinnych ludzi do aresztu.

Wstał zza swojego biurka i podszedł do okna. Na narożniku 27 Grudnia i Ratajczaka, jak zwykle o tej porze, panował ożywiony ruch. Ulicą przejeżdżały dorożki, nieliczne automobile podążające w kierunku placu Wolności, pobliskiego Bazaru albo pod któryś z domów handlowych Deierlinga lub Hassego. Jak zwykle całe masy przechodniów, spieszących w sobie tylko znanych interesach. Miasto żyło swoim zwyczajnym tempem, niezależnym od prezydenckich rozporządzeń, jeszcze nieświadome, że wkrótce przyjdzie mu się zmierzyć z nową polską walutą.

– Ciekawe, czyj wizerunek będzie na monetach? – rzucił zaczepnie Fischer, odwracając się od okna w stronę pokoju.

– No, jak to? – Siewierski natychmiast się ożywił, a na twarzy pojawił się radosny uśmiech. – Przecież to zrozumiałe. Kto inny na takie uhonorowanie zasługuje jak nie nasz ukochany Komendant. Bez Pierwszej Brygady nie byłoby dziś odrodzonej Rzeczypospolitej.

– A Dmowski? On nic dla kraju nie zrobił? – wbijał kolejną szpilę komisarz.

– Phi, panie komisarzu. Dmowski to salonowiec, co po paryskich salonach się obracał, gdy myśmy w okopach krew przelewali. A nasz wódz to jest fisza innego formatu. To jest bohater narodowy, jak Kozietulski, jak Poniatowski, jak Kościuszko, jak...

– I tych trzech na awersy by starczyło – przerwał mu Fischer, wykorzystując moment, w którym Siewierski przerwał poszukiwania kolejnych przykładów bezprzykładnego męstwa narodowego. – Jednak bohaterowie potrzebują szarych żołnierzy i takich, co za nich rozmowy prowadzić umieją. Bez Dmowskiego w Paryżu nie byłoby niepodległości! Bez Paderewskiego nie byłoby niepodległości! A bez tego, cośmy sami zrobili w powstaniu, tu w Wielkopolsce całej, bez pomocy Piłsudskiego, który miał nas w dupie, nie siedzielibyśmy dziś tutaj!

Siewierski zamarł z przerażenia. Takie słowa pod adresem Naczelnika? Toż to była najzwyklejsza obraza majestatu. On przecież nikogo nigdy w dupie nie miał, jeno Polskę całą w sercu nosił, a tu się takie rzeczy powiada?

– Ja protestuję! To jest obraza dla wszystkich legionistów... Ja zaraz, ja... zaraz o tym...

– Zaraz, to mnie możesz pan w dupę pocałować! – powiedział spokojnym głosem Fischer i chwyciwszy z wieszaka palto i kapelusz, wyszedł z pokoju, trzasnąwszy drzwiami. Szybko przeszedł przez długi korytarz, kończący się obszernymi schodami prowadzącymi do wielkiego foyer. Starszy posterunkowy Frankowski, pełniący przy drzwiach wyjściowych straż, wyprężył się służbiście i zasalutował. Fischer chciał podnieść dłoń do salutu, ale przypomniał sobie, że przecież nie jest w mundurze i nie ma na głowie czapki, ale zwykły kapelusz. Od dwudziestego pierwszego roku, od momentu zdemobilizowania, raczej rzadko nosił mundur. Gdy pracował tu, na miejscu, w budynku Dyrekcji Policji, wolał garnitur. Jednak gdy sprawa wymagała wyjścia do miasta, chcąc nie chcąc przebierał się w mundur, który zawsze czekał odprasowany w szafie. Nie przepadał za tym niebieskim uniformem, bo już nie był to ten mundur wojskowy, który nosił od pierwszego dnia powstania, ozdobiony biało-czerwoną kokardą. Wcześniej był to ten sam mundur, tyle że pruskiej armii, z naszywkami podporucznika piechoty. Nosił mundur nieprzerwanie przez pięć lat, nic więc dziwnego, że wojskowe, jeszcze nie tak dawne nawyki w człowieku tkwiły. Uniesioną dłonią machnął tylko policjantowi i wyszedł z budynku.

Stanął na ulicy i wydobył z kieszeni marynarki woreczek z fajką. Była już nabita, bo właśnie zamierzał ją zapalić w biurze, ale po rozmowie z tym cymbałem Siewierskim musiał wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Włożył fajkę do ust i zapalił tytoń. Aromatyczny dym wypuścił nosem, a potem nieśpiesznym krokiem przeszedł przez ulicę pod budynek dawnego Teatru Niemieckiego. Stanąwszy przed wejściem do mieszczącej się na parterze „Café Esplanade”, przez chwilę rozważał, czy aby nie wejść tam i nie wypić kufelka piwa. Nie zdecydował się jednak. Ruszył w prawo, w kierunku placu Wolności i dalej Starego Rynku, zostawiając za sobą potężny pruski gmach Dyrekcji Policji, który wszyscy nazywali, tak jak za pruskich czasów, budynkiem Prezydium. Postanowił, że przejdzie się tam dla uspokojenia nerwów, ale też w sprawach służbowych. Co prawda z pewną osobą miał umówione spotkanie jutro, ale doszedł do wniosku, że nie stanie się nic wielkiego, jeśli zajdzie do niej dzisiaj. Od czasu do czasu odwiedzał pewną osobę, mieszkającą na jednej z uliczek odchodzących od Rynku, żeby porozmawiać z nią o ważnych sprawach, które mogą się w końcu wydarzyć.

 

 

Godzina 8.40 rano

 

– Melduję posłusznie, że jeszcze go nie ma, panie kapitanie – zameldował sierżant Okoń przez telefon.

Kapitan Zygmunt Jażdżewski chciał przekląć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie mógł przecież okazać zdenerwowania przed jakimś sierżanciną. To by dopiero było, jakby się po koszarach rozniosło, że oficer nie potrafi opanować emocji. – Yyy – powiedział tylko w zastępstwie dyżurnego przekleństwa, a potem, opanowawszy się zupełnie, po raz trzeci wydał mu dziś dokładnie tę samą dyspozycję.

– Jak tylko się pojawi, natychmiast niech się melduje – zakończył rozmowę i odłożył słuchawkę na widełki.

I co miał teraz zrobić? Przecież za dziesięć minut on i porucznik Karpiński powinni meldować się u dowódcy pułku. Mieli przedstawić mu komplet informacji, które udało im się do tej pory zebrać, na temat domniemanej agentury bolszewickiej działającej na terenie ich jednostki. Odwalili w tej sprawie kawał poważnej roboty, przesłuchując większość oficerów i podoficerów – bo szeregowych nikt nie brał pod uwagę – i dziś efekt swojej czteromiesięcznej pracy mieli pokazać dowódcy. Papiery na szczęście leżały spokojnie na dnie ich kasy ogniotrwałej w biurze, ale nie było Kajetana Karpińskiego. No i co on miał teraz zrobić? Miał się stawić sam przed pułkownikiem? Przecież pierwsze pytanie dowódcy dotyczyć będzie Karpińskiego. A on nie będzie umiał na nie odpowiedzieć. Bo niby skąd miał wiedzieć, gdzie on się podziewa? Karpiński był solidnym oficerem dwójki, któremu jeszcze nigdy nie zdarzyło spóźnić się do pracy. A tymczasem dziś, w najważniejszym od kilku miesięcy dniu, zwyczajnie go nie było. Czyżby zaspał? – pytał sam siebie kapitan Jażdżewski. – Nie, to niemożliwe. Przecież on nie z takich, co by sobie lekceważyli obowiązki służbowe. Może więc nagle zachorował? – To by mogło wyjaśnić przyczynę absencji. Zaraz jednak kapitan przypomniał sobie, jak w dziewiętnastym roku Karpiński wraz ze swoim szwadronem przedarł się przez linie bolszewickie. Ledwo trzymał się konia, będąc postrzelony trzykrotnie, ledwo siedział w siodle, ale dojechał do swoich, przyprowadzając oddział niemal w komplecie. Nie, taki człowiek, mając na uwadze obowiązek, przyczołgałby się tutaj, żeby oznajmić, że słabość nie pozwala mu referować, a potem dopiero by zemdlał z wysiłku. Ale nigdy nie zostawiłby spraw samym sobie. To nie ten typ oficera z armii austriackiej, w której każdy robił, co mu się żywnie podobało. Stara, dobra rosyjska szkoła. Tylko co z tego? Przecież nie mógł czekać z założonymi rękoma, aż wezwie go do siebie pułkownik Wróblewski. Trzeba zacząć działać. Trzeba kogoś posłać do Karpińskiego do domu. Przecież on mieszkał całkiem niedaleko, przy Matejki, koło Ogrodu Botanicznego. Stąd zaledwie dziesięć minut pieszo. A jakby rowerem pojechać...

Kogoś się pośle, niech się dostanie do tego mieszkania i postawi go na nogi. Właśnie, na nogi? A może on ze złamaną nogą leży gdzieś w pokoju, nie mogąc się ruszyć? Pewnie potrzebuje pomocy. Trzeba natychmiast kogoś tam słać!

Podniósł słuchawkę telefonu i przez chwilę czekał, aż odezwie się dyżurny z centrali. Gdy usłyszał „halo”, natychmiast do mikrofonu rzucił numer, z którym chciał się połączyć. Po minucie z drugiej strony odezwał się głos należący do sierżanta Okonia.

– Ja melduję, że jeszcze nie przyszedł, panie kapitanie – odpowiedział, gdy Jażdżewski zdążył się przedstawić.

– Nie o to idzie, sierżancie. Nie ma czasu na dalsze czekanie. Weźcie no rower i podjedźcie do niego do mieszkania. Tylko bez ociągania. Zaraz macie tam jechać, bo za pół godziny mamy się meldować u dowódcy pułku. Rozumiecie, sierżancie? Natychmiast, to nie znaczy za kwadrans!

– Tak jest! – odpowiedział sierżant, a w jego głosie dało się słyszeć wyraźną niechęć, tak jakby chciał dać do zrozumienia oficerowi, że on doskonale wie, co znaczy rozkaz „natychmiast”.

– Rozumiecie, sierżancie? – wolał upewnić się kapitan.

– Tak jest – potwierdził podoficer. Kapitan odłożył słuchawkę i wstał zza swojego biurka. Sięgnął do kieszeni mundurowej bluzy i wydobył z niej paczkę Egipskich. Zmiął papierosa w palcach, żeby trochę wykruszyć zbyt mocno zbity tytoń, a potem przypalił go zapalniczką. Na zegarze wiszącym na ścianie wskazówki wskazywały za dwadzieścia pięć dziewiątą. Było jeszcze trochę czasu. To mogło się udać. Jeśli Okoń będzie tam za pięć minut, sprawdzi, co i jak, to najdalej za dwadzieścia minut powinien być tu z informacją. Wtedy, jakakolwiek by była, będzie mógł pójść do pułkownika i zameldować mu, co się stało, wyposażony w jakąś wiedzę. Powie mu, że nie wiadomo na razie, co się dzieje z porucznikiem, a potem sam podzieli się z dowódcą ustaleniami ich dwuosobowego zespołu. Właśnie, ustaleniami. Miał jeszcze chwilę, więc mógł sobie ponownie zajrzeć do teczki. Podszedł więc do kasy ogniotrwałej, ustawił najpierw odpowiedni szyfr, a potem włożył klucz do dziurki i przekręcił dwa razy. Ciężkie pancerne drzwi otworzyły się z jękiem. Nawet nie zaglądając do środka, włożył rękę, by sięgnąć pojedynczą teczkę, leżącą na dolnej półce. Dotknął jednak pustej półki. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Błyskawicznie otworzył drzwi na całą szerokość i niemal włożył głowę do środka. Zielonej teczki nie było. Teczka z ustaleniami z czteromiesięcznego śledztwa zniknęła bez śladu. Stał przez chwilę, patrząc i nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Co się do cholery mogło stać? Czyżby Karpiński zabrał ją ze sobą do domu? Ale przecież było to pogwałcenie wszelkich regulaminów! On doskonale wiedział, że takich papierów nie wynosi się na zewnątrz. Chyba, że ktoś go do tego zmusił...

Mój Boże, to nie może być prawda...

Kapitan Jażdżewski zupełnie bezwładnie opadł na fotel za swoim biurkiem. Niemal odruchowo sięgnął lewą ręką do pasa, by upewnić się, że kabura jego pistoletu jest na miejscu. Spojrzał na zegar. Do dziewiątej został jeszcze kwadrans. Na zewnątrz, na parkurze, jakiś rotmistrz prowadził za uzdę dorodnego gniadosza. Pewnie chce go wybiegać – pomyślał zupełnie bez sensu kapitan.

 

 

Godzina 8.50 rano

 

Szczepan Soltys splunął do wody z pokładu barki piaskarskiej zacumowanej przy nabrzeżu w pobliżu mostu Chwaliszewskiego. Nazywał się Soltys od samego urodzenia, mimo że nikt nie mówił na niego Soltys, ale Sołtys. Tak też mówiono o jego tatusiu, który był Sołtys, a mamusia Sołtysowa. Jednak w jego metryce chrztu jak wół stało: Szczepan Soltys. Podobnie było u jego brata Tomasza, który też był Soltysem, i u brata Jędrzeja, również metrykalnego Soltysa. Co ciekawe, nikt nie wołał za nimi Soltys, a wszyscy mówili o nich Sołtysiaki. I bądź tu mądry. Sołtys w mówieniu, a urzędowo jakiś, nie wiedzieć czemu, Soltys. Gdy spytał kiedyś tatusia o tę rozbieżność – było to w czasach, gdy już chodził do szkoły, niemieckiej szkoły powszechnej, i potrafił odczytać tę swoją metrykę – w odpowiedzi ojciec Sołtys tylko strzelił go w łeb i powiedział, żeby się niemieckimi głupotami nie zajmował. No, ale jemu to ciążyło, więc zapytał nauczyciela Ebertha, czemu on jest Soltys, a jego ojciec Sołtys. No i nauczyciel mu wytłumaczył, że w niemieckim języku nie ma ł tylko jest l i musi się pisać z niemiecka, skoro jest obywatelem niemieckiej Rzeszy. Wtedy właśnie dowiedział się, że jest obywatelem niemieckim i mieszka w Niemczech, choć zawsze myślał, że w Poznaniu. Dlatego też o to zapytał, ale nauczyciel upewnił się tylko w przekonaniu, że ma do czynienia z uczniem dotkniętym ciężkim przypadkiem kretynizmu. Więc mu wyjaśnił, jak komu głupiemu, że skoro chodzi do niemieckiej szkoły, w której wszyscy łącznie z nim samym mówią po niemiecku, to chyba mieszka w Niemczech, a nie w kraju Zulusów. Ale żeby se to dobrze zapamiętał, kazał mu na wszelki wypadek przeciągnąć się na ławie i wymierzył mu na dupę pięć razów drewnianym wskaźnikiem. To na jakiś czas zniechęciło chłopaka do poszukiwania prawdy. Był Soltysem urzędowo i w armii pruskiej podczas Wielkiej Wojny też tak był zapisany. Wtedy mu to jakoś nie przeszkadzało, bo żaden z jego niemieckich kolegów nie wymówiłby przecież tak polsko brzmiącego nazwiska. Nawet imię mu przerobili i wszyscy zwracali się do niego Stephan. Ale gdy zaczęło się w Poznaniu powstanie, jego niewielki oddział dostał się do niewoli. Wzięli ich tacy sami żołnierze, tylko że z biało-czerwonymi kokardami na czapkach. I gdy któryś z nich zapytał, czy są wśród nich Polacy, i zapytał po polsku, to on się zgłosił. Potem przypomniał sobie o ł w nazwisku, gdy wpisywał się do swojego nowego oddziału. Tam chciał skorygować ewidentną niemiecką poprawkę, skoro nawet dowódca kompanii wołał na niego Sołtys. Jednak szef kompanii spisał nazwisko z dokumentu wojskowego, a tam oczywiście było nazwisko bez ł. Zwrócił mu więc uwagę, że powinno być po polsku. Szef popatrzył na niego uważnie, a potem wpisał po niemiecku.

– W dupie mam, jak kogo wołają. W papierach Ordnung muss sein i szlus. Nazwisko to nie jakaś pierdółka, ino nazwisko! Jakby se każdy tak chciał zmieniać w papierach, co mu się zachce, to byśmy mieli burdel, nie wojsko.

No i Szczepan Soltys pozostał Soltysem w papierach, mimo że nikt nie mówił do niego inaczej jak Sołtys.

Splunął po raz kolejny, myśląc nad swoim trudnym życiem człowieka dwojga nazwisk. Spojrzał na pokład swojej barki wypełniony po brzegi jasnym warcianym piachem. Przy tej stercie uwijali się kopacze, którzy napełniali taczki, a te przewozili ostrożnie tragarze, pchając je na nabrzeże po chwiejącym się trapie z desek. Tam piach ładowano na stojące w oczekiwaniu wozy piaskarzy, którzy rozwozili cenny ładunek na miejskie budowy. Bo wiadomo, że bez dobrego piachu niczego się nie wybuduje.

– A uważać mi tam jeden z drugim! – krzyknął tak na wszelki wypadek, choć dobrze wiedział, że i tak każdy z tragarzy stara się jak może, bo mają przecież płacone od masy przetransportowanej na ląd, a nie od wyrobionych godzin. Dlatego nie opłacało im się stracić choćby i kilograma ładunku. Ale Szczepan Soltys, właściciel barki piaskarskiej, musiał od czasu do czasu pokazać, kto tu rządzi i kto płaci za zrobioną robotę.

– Spokojna głowa, panie szyper! – zawołał w odpowiedzi Froncek Baran, młody blondyn i najweselszy chłopak w całej kompanii. Zawołał i mało nie zleciał z trapu razem ze swoją taczką.

– Froncek, nie pierdol, bo pory se zaraz umoczysz – krzyknął do niego Zenek Mierzwa, opierając się o szypę. To wywołało głośną salwę śmiechu pozostałych piaskarzy. Soltys też się uśmiechnął, ale nie głośno, bo on, człowiek bądź co bądź na stanowisku, nie mógł się śmiać jak zwykły robotnik.

Podniósł się z pokładu, żeby pójść w kierunku pracujących. Trzeba było rzucić okiem, jak robota postępuje i ile zostało jeszcze dziś do rozładowania. Spojrzał na most pełen wozów i ludzi, którzy przemieszczali się z jednego brzegu Warty na drugi. Już chciał odwrócić się do swoich pracowników, gdy nagle coś mu mignęło. Zdziwił się. Most był przecież stalowy i pordzewiały, to niby co tam mogło się świecić? Zmrużył oczy, cały czas patrząc w tę stronę. Rzeczywiście, coś tam było i świeciło jasnym promieniem w kierunku jego barki. Coś, co było na tyle jasne, że potrafiło odbić promienie słońca, które powoli dźwigało się ponad katedralne wieże. Świeciło jak cholera, ale nie cały czas. Przestawało, gdy słońce przesłaniały lekkie pierzaste obłoki, które po błękitnym niebie przepędzał wiatr.

– Co to może być? – powiedział sam do siebie szyper Soltys. – To musiało być coś świecącego – odpowiedział sam sobie w myślach. A co się świeci? Szkło albo metal wypolerowany. Szkło natychmiast wykluczył. No bo i co by tam między metalowymi przęsłami robiło szkło? To mógł być tylko metal. Tyle, że nie wiadomo jaki. Bo na ten przykład złoto świeci się zawsze, tak jak brylanty. Ale to nie brylanty, bo brylanty to szkło przecież, a szkło tam nie może se dyndać, bo to coś tam najwyraźniej se dynda. To może być złoto, jak tak se dynda i świeci – zgodził się sam ze sobą Soltys, po czym z fachową precyzją zaczął analizować możliwości sprawdzenia, co też tam może być. Od dołu, nawet jakby tam podpłynął barką, to za cholere by się nie dało zobaczyć. Jedyna możliwość to zejście z góry. Trzeba byłoby przeleźć przez barierkę i zleźć po tych metalowych dźwigarach. No, ale to było dość niebezpieczne. Sam nie da rady, bo już nie jest taki gibki jak kiedyś. To musiałby zrobić ktoś taki, kto jest sprawny jak pająk.

Odwrócił się w stronę nabrzeża. Trzymając rączki taczki, szedł w kierunku trapu zadowolony nie wiadomo z czego Froncek Baran. Gdy zrobiło się miejsce i jego kolega, stękając, wjechał na górę, chłopak szybko pognał na dół i zatrzymał się tuż przy kurczącej się stale stercie piachu na barce.

– Froncek, idź ino tutej! – krzyknął do niego i machnął jednocześnie ręką. Chłopak usłyszał, uśmiechnął się szeroko i pobiegł wąskim bocznym przejściem, po którym niejeden bał się nawet chodzić wzdłuż lewej burty barki.

– Jestem, no...

– To jakżeś już jest, to się patrz tam – szyper wskazał ręką most. – No i co, widzisz co?

– No widze.

– Co widzisz?

– Jak co? No widze most.

– Nie most, do cholery. Most tam jest zawsze. Ja pytam, czy widzisz co niezwykłego.

– O Jezu, widze.

– Co?

– Wóz jedzie. Łe jery, ady to wóz cyrkowy, na żółto pomalowany. Łe, będzie cyrk w mieście.

– Nie tu. Patrz pod most, między tymi poprzeczkami ze stali.

– A to trzeba było tak od razu, panie szyper. No, widze, między poprzeczkami. Ino nic tam nie widze.

– Poczekaj, bo chmury zakryły słońce. O, teraz już widać. Widzisz?

– Widze, jakby co świeciło.

– Bo świeci. Coś tam jest.

– No prawda. Coś tam świeci sie.

– A jakbyś tam popatrzył z mostu, tak z góry, to byś poradził tam zleźć?

– No, bo ja wiem? – chłopak zrobił minę, jakby zastanawiał się nad szansą powodzenia ryzykownego przedsięwzięcia. A co tam. Trzeba zobaczyć, co to może być, ino że coś musi sie za to dostać, bo inaczej... Soltys podjął decyzję.

– Pół miliona płace jak tam zleziesz.

– Eee, za pół miliona? Za milion to by się może opłaciło...

– Dobra, Żydzie chłelerny. Niech ci będzie zysk, a moja krzywda. Idziemy na most. Ja ci z góry będę powiadał, gdzie trzeba...

– Spokojnie, panie szyper. Da sie rade zrobić – uśmiechnął się Froncek Baran i ruszył biegiem wzdłuż barki. Szczepan Soltys poszedł za nim, żeby mieć wszystko pod kontrolą. Na wszelki wypadek.

 

 

Godzina 8.50 rano

 

– Ja melduje posłusznie, że w mieszkaniu nikogo nie ma. Drzwi otwarte do mieszkania, a pana porucznika w środku nie ma. Dozorca nie widział go od wczoraj – meldował regulaminowo sierżant Okoń.

Co oni mają z tym „ja” na początku meldowania? – pomyślał zupełnie bez sensu kapitan Jażdżewski, jakby nie miał ważniejszych spraw na głowie. Od czasu, gdy tu przyjechał rok temu ze zdziwieniem zauważył, że wielu podoficerów na początku, przed słowem melduję, dodaje jeszcze zaimek ja, zupełnie nie wiedzieć po co. Pytał o to nawet kogoś, ale ten ktoś – zdaje się, że to był właśnie chwilowo zaginiony Karpiński – odpowiedział, że to jakaś pamiątka po armii pruskiej. Tylko jaka? Tego nie powiedział, a on nie bardzo się tym interesował. Armii pruskiej, chwalić Boga, od dawna nikt już tu nie widział, a że jakieś śmiesznostki lokalne..., niech im tam będzie. Młodzi już tak nie mówili, tylko w tych starych piernikach jeszcze ten Prusak siedzi. Ale niekiedy to i nawet dobrze, bo czego jak czego, ale dyscypliny ich ci Prusacy nauczyli.

Sierżant Okoń stał cały czas na baczność, czekając aż oficer pozwoli mu na spocznij, ale ten jakby o nim zapomniał. Bo to też i tacy oficerowie z tych Kongresowiaków, co o żołnierzu zapominają. Dawniej nie do pomyślenia. Stał więc wyprostowany i wpatrzony w widok za oknem. Tam sierżant Marczak ustawiał w szereg pluton rekrutów, co to dopiero zaczynali służbę i nijak nie potrafili pojąć, o co chodzi podoficerowi, który biegał wokół szeregu, próbując za wszelką cenę sprawić, by ci nieudolni zasrańcy prawidłowo pokryli i wyrównali. Okoń uśmiechnął się pod wąsem. Dobry był z Marczaka kolega, ale do musztry to on się nie nadawał. Co innego on. Już by im pokazał, jak się staje na zbiórce. A jakby nie umieli, to zaraz by ich puścił biegiem pięć razy wokół dziedzińca. Gdyby po tej przebieżce się znów nie udało, pobiegliby jeszcze raz i tak aż do skutku. Wiedział dobrze, że takich pięć przebieżek czyniło cuda i wystarczyła godzina biegania, żeby nauka przyniosła skutek. Ale żeby to wiedzieć, trzeba było mieć twardą dupę i odpowiedni, nawykły do wydawania rozkazów głos. Marczak był w porządku, ale brakowało mu stanowczości. Nadawał się raczej do intendentury, niż na plac ćwiczeń. Tak samo jak on: powinien ćwiczyć rekruta, a nie jeździć na rowerze za jakimiś oficerami, co to nie potrafią się zabawić w nocy tak, żeby na rano być w pełnej gotowości do zajęć.

– Spocznijcie, sierżancie – z zamyślenia wyrwał go głos kapitana Jażdżewskiego. Okoń odetchnął z ulgą i wysunął lewą nogę do przodu. Jego postawa była już mniej formalna, więc mógł sobie pozwolić na mniej regulaminową opinię, jeśli oczywiście zażyczy jej sobie oficer.

– A tak waszym zdaniem, sierżancie, to co tam się stało? – Jednak sobie zażyczył.

– W środku jest gemela, jak po weselu na Chwaliszewie, wszystko rozpieprzone, jakby kto handgranatę wrzucił, a pana porucznika ani widu, ani słychu.

– Gemela? – Jażdżewski najwyraźniej nie zrozumiał słowa.

– Znaczy rozpierducha.

– Aha! – bałagan.

– No, znaczy, tak jest!

– Ale bałagan taki, że się tak wyrażę, jak po hucznej zabawie? – wolał się upewnić kapitan.

– Taki sam, ino większy.

– Co znaczy większy?

– To tak, jakby pan, z całym szacunkiem, zaprosił do siebie kilku bolszewików, bo wybebeszone wszystko dokładnie, jakby tam kto złota szukał.

– Czyli że jak?

– Sofa i dwa fotele pocięte, z szuflad wszytko wywalone na podłogę, szkła pobite, ino żadnej flaszki nie widać, znaczy się spożywania alkoholu nie było.

Jażdżewski zaklął pod wąsem. To wyglądało jak regularne przeszukanie mieszkania. Jednak do tego wszystkiego nie pasował tylko jeden element. Spojrzał na blat biurka i na leżącą na nim zieloną teczkę. Tę samą teczkę, w której mieściła się dokumentacja wszystkich rozmów z oficerami i podoficerami pułku, które on i Karpiński przeprowadzili w trakcie dochodzenia w sprawie sowieckiej agentury. Wszystkie papiery były najprawdopodobniej w jak najlepszym porządku. Stwierdził to, przeglądając je pośpiesznie, zaraz jak tylko Okoń zameldował się w jego gabinecie.

– A ta teczka? Jak to się stało, żeście ją znaleźli w tej, jak to powiedzieliście? Gameli?

– Gemeli, panie kapitanie – poprawił go zaraz sierżant.

– Mniejsza o słowo. Co z tą teczką?

– Z tą teczką, to ja melduję, że było tak, że jak tylkom zobaczył, że tam jest taka rozpieducha, to pierwsze trza było sprawdzić pod oknem.

– Co pod oknem sierżancie? Gadajcie do cholery jaśniej.

– No przecie gadam, panie kapitanie jaśniej, znaczy sie wszystko jak trzeba, po kolei. To jakem tam wlazł i zobaczyłem te gemele, tom se pomyślał, że to kradzież z włamaniem. I zaraz mnie przyszło do głowy, że jak kradzież, to złodziej musiał szukać skrytki. No to sprawdziłem skrytke.

– Zaraz, sierżancie. Czy wy chcecie powiedzieć, że wiedzieliście, gdzie w mieszkaniu porucznika jest jakaś tajna skrytka? – Jażdżewski spojrzał z niedowierzaniem na Okonia, którego pytania oficera wcale nie zbiły z tropu. Wręcz przeciwnie. Był całkiem zadowolony.

– Ja melduje, że wiedziałem, bom sam ją zmajstrował.

– Jak to?

– Ano tak, że jak pan porucznik do nas tu nastał, z tego Wilna jak przyjechał, to on mnie zapytał, czy ja znam jakiego rzemieche stolarskiego albo innego, co by potrafił zmajstrować u niego w chacie takie schowanko, co by można było tam od czasu do czasu schować jakieś flepy – natychmiast zauważył, że kapitan znów czegoś nie zrozumiał, więc wyjaśnił jak dziecku – flepy, znaczy się, u nas się powiada na papiery różne, a jemu sie rozchodziło o takie tajne, jakby chciał nad nimi w chacie popracować. No to ja mu powiadam, że sam zrobie, bo ja, panie kapitanie, to jestem syn stolarza i na drewnie to ja sie znam całkiem akuratnie. No i zmajstrowałem taką skryteczke pod parapetem w salonie. No i w niej właśnie była ta teczka.

Jażdżewski pokiwał głową. Wszystko to zaczynało trzymać się kupy. Znika oficer odpowiedzialny za poszukiwania jaczejek bolszewickich w armii, w jego mieszkaniu ktoś robi regularne przeszukanie, ale nie trafia na dokumenty, bo jeśli oficer zniknął i jest gdzieś przetrzymywany, to znaczy, że nie wydał miejsca ich przeszukiwania. To na razie oznacza, że jest problem, ale nie ma jeszcze szczególnego zagrożenia. Teraz jak najszybciej trzeba znaleźć porucznika Karpińskiego. No, ale decyzje o tym, co należy robić, musi zaakceptować dowódca pułku. Do dziewiątej zostało jeszcze pięć minut. Trzeba iść poinformować go o kłopocie. Ale najpierw trzeba zrobić wszystko, żeby nikt nie dowiedział się o tym, co się dotąd wydarzyło.

– Sierżancie!

– Tak jest!

– Weźmiecie dwóch ludzi. Najlepiej podoficerów. Takich, wiecie, sprawdzonych ludzi. Zresztą co ja wam będę mówił. Sami wiecie najlepiej. Wiecie?

– Ja melduje, że tak jest.

– To świetnie. Pójdziecie we trzech do mieszkania porucznika. Jeden z was zostanie w mieszkaniu i będzie wszystkiego pilnował, niczego nie ruszając. Dwaj pozostali rozpytają się w kamienicy, czy nikt niczego nie widział, przede wszystkim ciecia o to rozpytajcie tak, żeby sobie wszystko przypomniał. A jak już będziecie co wiedzieć, to czekajcie tam na mnie. Do mojego przyjazdu siedzieć i czekać.

– Tak jest, panie kapitanie.

– Dobra, możecie odmaszerować.

Okoń odwrócił się na pięcie i natychmiast wyszedł. Jażdżewski wstał zza biurka, założył pas główny, wyrównał pod nim poły marynarki, założył na głowę rogatywkę i z teczką pod pachą poszedł na spotkanie z dowódcą pułku. Wychodząc z pokoju przypomniał sobie, że miał zapytać Okonia o to „ja” przed melduję. Ale co tam, zapyta następnym razem.

 

 

Godzina 9.00 rano

 

Komisarz przystanął przy krawężniku skrzyżowania Garbar i Wielkiej. Poczekał chwilę, aż przejedzie wolno para koni ciągnących lorę wyładowaną po brzegi węglem. Węglarze ich nie poganiali. Prowadzili je bez pośpiechu, tak, żeby każdy kto chce mógł zobaczyć, że jadą ulicą. W końcu byli jak obwoźny skład węglowy. Dodatkowo, co chwila jeden z nich stawał na koźle, gwizdał przeciągle na palcach, a potem krzyczał najgłośniej jak potrafił: Wyyyngiel, Kooohle, wyyyngiel, Kooohle!

Z okien kamienic wyglądały zaciekawione twarze gospodyń domowych, które robiły w głowach szybkie rachunki, czy aby warto wydać już teraz pieniądze na węgiel, czy może zaczekać jeszcze do następnego miesiąca. Jedna z nich, z kamienicy po drugiej stronie ulicy, wychyliła się mocniej i pomachawszy ręką, zawołała ponad gwarem ulicznym:

– Do mnie, do mnie!

Woźnica natychmiast odebrał sygnał i niewiele robiąc sobie z ulicznego ruchu, ściągnął lewe wodze i skierował konie na szagę, na wprost kamienicy ze sklepem mydlarskim na parterze. Czarny Fiat 501, jadący od strony placu Bernardyńskiego, mało nie rozjechał rowerzysty, unikając zderzenia z ogromnym wozem. Cyklista musiał aż zsiąść z roweru, a kierowca forda, wychyliwszy się na zewnątrz, zaczął wygrażać pięścią w kierunku węglarzy. Ci, zupełnie nic sobie z tego nie robiąc, zaczęli powoli złazić z wozu.

– To wiele szanowna pani se winszuje? – krzyczał woźnica, zadzierając głowę w górę.

– Cztery kosze pod piętnasty, na trzecim kiju.

– Ino cztery? Łe, to szkoda fatygi. I jeszcze na trzeci kij? Weź pani ze sześć, to pół melona opuścim.

Policjant ze zdziwieniem zauważył, że zamiast iść dalej w swoich sprawach, zaczął przysłuchiwać się tej węglarskiej transakcji. Nie było w niej przecież niczego interesującego. Ot, zwykła sprawa na miejskiej ulicy. Sam węgiel jako towar nie interesował go wcale. Nie kupował węgla. Tym zajmowała się prowadząca jego kawalerskie mieszkanie pani Prakseda Wiśniewska, wdowa po adwokacie. To ona, a właściwie jej służba dbała o ciepło w jego czteropokojowym mieszkaniu przy ulicy Matejki. Fischer rozliczał się tylko co miesiąc, bo opłaty za palenie w piecach właścicielka kamienicy pobierała wraz z czynszem najmu. Zainteresował go sam proces zakupów z dowozem do domu. Ciekawe – pomyślał – taki sposób sprzedaży mógłby się przyjąć także w innych dziedzinach handlu, jak choćby zamawianie obiadów przez telefon. Człowiek mógłby dzwonić do restauracji i nie wychodząc z domu czekać przy stole aż mu podadzą ciepłe jedzenie. Trzeba byłoby tylko rozwiązać problem przewozu, tak żeby potrawy nie utraciły po drodze zbyt dużo ciepła. Może jakieś specjalne termoizolujące naczynia? A co tam, pewnie jakby było zapotrzebowanie na taką usługę, to już by dawno ktoś to obmyślił akuratnie, żeby klient był zadowolony.

O tym jedzeniu pomyślał, bo często mu się zdarzało, że nie zdążył zjeść obiadu, zaprzątnięty jakimś służbowymi sprawami, a w domu jedyne, na co mógł liczyć, to kawałek chleba z marmeladą, bo niczego innego nie kupował, żeby się niepotrzebnie nie psuło. Z drugiej strony, gdyby miał w domu służącą, to zawsze mógłby liczyć na coś ciepłego do jedzenia. Ale służące miały to do siebie, że trzeba im było płacić, a Fischer nie lubił niepotrzebnie szastać pieniędzmi. Problem wyżywienia rozwiązałaby też zapewne żona, no, ale żonę trzeba byłoby sobie znaleźć, a do tego specjalnie nie miał głowy. Żona wymaga starań i zabiegów, wspólnych planów i celów do osiągnięcia, choćby takich jak dzieci, które trzeba wychowywać i jeszcze łożyć na ich edukację. A na takie wydatki on, skromy urzędnik państwowy, na razie nie mógł sobie pozwolić. Chyba, żeby trafiła się jakaś posażna panna i do tego jeszcze jakby była ładna i miła, i dbająca o dom, i żeby nie wydawała niepotrzebnie pieniędzy na lewo i prawo na jakieś ozdóbki i fatałaszki... Trudne jest życie kawalera, a co dopiero męża i ojca.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, uważnie się rozglądając, żeby nie wejść pod kopyta jakiejś rozpędzonej dorożki, uskoczył, gdy nadjeżdżał wóz z mleczarni i gdy wydawało mu się, że już szczęśliwie dotarł na drugi brzeg, poczuł niemiłą miękkość pod podeszwą buta. No tak, wdepnął w końskie gówno. Przystanął więc na chodniku i zaczął ocierać podeszwę o krawężnik.

– Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze kilka lat i utoniemy w końskim nawozie – mruknął do siebie niezadowolony. Ruch na ulicach miasta coraz większy, tak że niedługo się przejść spokojnie nie da i do tego jeszcze te wszechobecne końskie gówna! Mógłby się ktoś wreszcie zabrać za porządek w mieście, bo jeszcze trochę, a czeka nas tu prawdziwa komunikacyjna apokalipsa.

Rozejrzał się na