Tajemnice Paryża - Eugène Sue - ebook

Tajemnice Paryża ebook

Eugène Sue

0,0

Opis

Rudolf de Gerolstein, książę krwi, angażuje się w pomoc paryskiej biedocie, przebierając się za robotnika i udając się do najgorszych zakątków wyspy Cité. Pomoc taka jest możliwa dzięki opanowaniu przez niego argotu i metod walki wręcz. Książę jest bohaterem idealnym, całkowicie oddanym ludowi, gotowym do wszelkich poświęceń, by odkupić winy popełnione w młodości. Przy okazji poszukuje w Paryżu swojej córki, zaginionej Marii. W końcu ją rozpoznaje ją w ulicznicy Gualezie… (za Wikipedią). A co było dalej dowiedzieć się będzie można po przeczytaniu całej książki. Zachęcamy do lektury!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 804

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Eugeniusz Sue

 

Tajemnice Paryża

POWIEŚĆ

przekład anonimowy

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Autor nieznany, Œuvres illustrées d'Eugène Sue, vol. 4, s.n., 1850,

licencjapublic domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:SchoolmasterMysteriesParis.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

 

Tekst wg edycji:

EUGENJUSZ SUE

TAJEMNICE PARYŻA

POWIEŚĆ

WARSZAWA 1929

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-985-0

 

 

TOM I

 

I. WSTĘP.

 

 13-go grudnia 1834 roku, wieczorem, mężczyzna postawy atletycznej, odziany w podartą bluzę, dążył szybkim krokiem przez most do dzielnicy Paryża, zwanej Cite, – labiryntu uliczek ciemnych, krzywych, błotnistych. Domy brudne, mają najczęściej szyby potłuczone, sienie ciemne, schody strome. Na dole znajdują się stragany węglarzy, garkuchnie. Dziesiąta biła na zegarze. Kobiety pod sklepionemi przysionkami, ciemnemi jak jaskinie, śpiewały półgłosem. Mężczyzna musiał znać jednę z nich, bo nagle schwycił ją za rękę. Cofnęła się z przestrachem:

 – Dobry wieczór, Szurynerze.

 – Gualezo! – rzekł mężczyzna; – zaraz kup mi vódki albo ciężko pożałujesz odmowy.

 – Nie mam pieniędzy – odpowiedziała kobieta, drżąc cała.

 – Szynkarka ci skredytuje!

 – Ależ i tak jestem jej sporo winna...

 – Śmiesz jeszcze gadać? – zawołał Szuryner i gwałtownie uderzył nieszczęsną. Jęknęła boleśnie. – To nic, moja panno, to tylko, żeby cię opamiętać! – Nagle strasznie zaklął: – Ukłułaś mnie w rękę nożyczkami!... – i wściekły rzucił się w pogoń za dziewczyną.

 – Nie zbliżaj się do mnie – powiedziała śmiało – bo ci oczy wyłupię. Nic ci nie zrobiłam, czemu mnie biłeś?...

 – Zaraz ci powiem – zawołał bandyta. – A! mam cię! teraz potańcujesz!

 – Ty sam potańcujesz! – odezwał się głos męski.

 – Kto tu? Ozy ty, Czerwony Janku?

 – Nie jestem Czerwonym Jankiem – rzekł nieznajomy.

 – Dobrze, ponieważ nie jesteś z naszych, spróbujmy się! – zawołał Szuryner; a w tejże chwili ręka wypieszczona, miękka, schwyciła go za gardło tak silnie, iż zdawało się, że cienka skóra okrywa muskuły stalowe.

 Dziewczyna, uciekłszy w głąb sieni, rzekła do nieznajomego obrońcy:

 – Dziękuje panu, żeś ujął się za mną... Szuryner bił mnie. Teraz mnie już nie dostanie; puszczaj go, strzeż się... To Szuryner!...

 – I ja także chwat, z którym niełatwa sprawa, – odpowiedział nieznajomy.

 Wszystko umilkło; przez kilka sekund, wśród wycia wiatru i plusku deszczu, słychać było tylko gwałtowne szamotanie się wałczących. Nieznajomy wyciągnął Szurynera aż na ulicę; podstawieniem nogi przewalił go, a gdy tamten znowu się porwał, obrońca Gualezy zaczął mu bębnić pięściami po głowie; uderzenia spadały gęste, jak grad. Nareszcie Szuryner, ogłuszony, padł na bruk.

 – Nie dobijaj go, miej litość, – rzekła Gualez; która w ciągu tej bitwy wvszła na próg domu. – Lecz kto pan jesteś? Prócz Bakałarza nikt nie jest silniejszy niż Szuryner...

 Nieznajomy słuchał uważnie głosu mówiącej; nigdy tony srebrzystsze nie głaskały mu ucha; chciał dojrzeć rysy twarzy, ale noc była zbyt ciemna, światło latarni niepewne. Poleżawszy kilka minut bez ruchu, Szuryner wyciągnął ręce, nogi, nareszcie usiadł.

– Strzeż się! – zawołała Gualeza, uciekając znowu do sieni i ciągnąc nieznajomego za sobą.

 – Bądź spokojna, jeśli mu mało, posłużę czemś więcej.

 Bandyta dosłyszał.

 – Zbiłeś mnie na kwaśne jabłko, na dziś mam dosyć; kiedyindziej to nie mówię...

 – Co! czyś niezadowolony? – zawołał groźnie nieznajomy.

 – Nie! jesteś chwat, – rzekł bandyta ponuro. – Zbiłeś mnie, a wyjąwszy Bakałarza, nikt dotąd nie pochwalił się, żeby mnie zwalił z nóg...

 – Dobrze, cóż dalej?

 – Co dalej? znalazłem mistrza. A i ty swego znajdziesz, prędzej czy później. To tylko pewne, że teraz, kiedyś zwyciężył Szurynera, możesz robić w tym okręgu miasta, co ci się spodoba; wszystkie dziewki będą twojemi niewolnicami; szynkarze nie poważą się odmówić ci kredytu... kto jesteś?

 – Chodź wypić ze mną kieliszek wódki, – rzekł nieznajomy, – a poznasz mnie.

 – Dobrze!... uznaję w tobie mistrza... tęgo wywijasz pięściami... jak mi to leciało na łeb!... To wcale nowa sztuka... musisz mnie jej nauczyć...

 – Zacznę na nowo, skoro zechcesz...

 – Nie! Jeszczem odurzony... ale czy ty znasz Czerwonego Jana, żeś stał w sieni jego domu?

 – Czerwonego Jana? – odparł nieznajomy zdziwiony. – Czy w tym domu mieszka?

 – Nieinaczej, człowieku, Jan ma swoje przyczyny, żeby nie lubić sąsiadów.

 – Tem lepiej dla niego, – odpowiedział nieznajomy. – Nie znam wcale Czerwonego Jana! deszcz padał; wszedłem na chwilę do sieni, żeby nie zmoknąć...tyś chciał wybić dziewczynę, tymczasem ja cię wybiłem... i tyle tego.

 – Dobrze; wreszcie, twoje sprawy mnie nie obchodzą, nie wszyscy, co mają interes do Czerwonego Jana, trąbią o tem... – A zwracając się do Gualezy, dodał: – Daję słowo, dobra z ciebie dziewczyna! jam cię uderzył, tyś mnie pchnęła nożyczkami, nic sprawiedliwszego; ale to ładnie, żeś tego szaleńca nie podszczuwała na mnie, kiedy mu ustąpiłem... Pójdziesz pić z nami! on płaci! A, mosanie, – rzekł znowu do nieznajomego, – gdybyśmy, zamiast pójść na wódkę, poszli co zjeść?

 – Dobrze. Czy idziesz z nami, Gualezo? – rzekł nieznajomy.

 – Byłam głodna; ale nie lubię patrzeć na bitwy, mdło mi się robi. Nie chcę już jeść...

 – Zachce ci się, pod Białym Królikiem kuchnia wyśmienita.

 I wszyscy troje w najlepszej zgodzie poszli do garkuchni.

 W czasie walki nieznajomego z Szurynerem, węglarz kolosalnego wzrostu, ukryty w innej sieni, przypatrywał się niespokojnie kolejom bitwy. Bandyta i Gualeza już przestąpili próg garkuchni, a nieznajomy miał wchodzić, gdy węglarz zbliżył się i szepnął:

 – Książę... błagam, miej się na ostrożności!...

 Nieznajomy wzruszył ramionami i wszedł. Węglarz stanął pode drzwiami garkuchni, nadstawiał pilnie ucha i zaglądał niekiedy przez mały otwór, znajdujący się w grubej powłoce wapna i kredy, którą szyby tych jaskiń łotrowskich zawsze są zamalowane.

 

II. GARKUCHNIA.

 

 Dom, w którym mieści się garkuchnia pod Białym Królikiem, ma dwa okna z frontu; garkuchnia znajduje się na dole; izba zadymiona, brudna; z obu stron izby sześć stołów i tyleż ławek przymocowanych do muru. Gospodyni ma trzy rzemiosła: wynajmuje mieszkania na noc, trzyma szynk i wypożycza suknie nierządnicom. Gospodyni ta, lat czterdziestu, otyła, czerwona, siedzi za długim stołem, na którym pełno kwaterek z cyny, a za nią na półkach stoją flaszki z wódką.

 Dwaj ludzie ponurego wejrzenia, odziani prawie w łachmany, ledwie tykali miarę wina, co przed nimi stała i rozmawiali z widocznym niepokojem. Jeden, blady, szpakowaty, nasuwał często na oczy starą czapkę, a lewą rękę ciągle trzymał ukrytą. Przy innym stole siedział chłopak szesnastoletni, o twarzy zapadłej, zagasłym wzroku; długie czarne włosy spadały mu na szyję, palił tytoń z glinianej fajki, wyciągnął nogi na ławę i to buchał dymem, to popijał sporą miarę wódki. Reszta gości nie odznaczała się tak dalece; twarze dzikie albo rozbestwione, wesołość grubijańska, albo rozpustna, milczenie ponure, albo głupowate.

 Nieznajomy, Szuryner i Gualeza weszli.

 Szuryner, wysokiego wzrostu, atletycznej budowy, z bakenbardami ognisto rudemi; upały spaliły mu twarz. Rysy jego wyrażały zwierzęcą zuchwałość. Za całą odzież nosił zszarzaną niebieską bluzę i spodnie, których pierwotną barwę zaledwie można było rozeznać pod grubą warstwą błota.

 Gualeza ma lat szesnaście. Jej czyste czoło wznosi się nad twarzą owalną, rozjaśnioną niebieskiemi oczami o długich rzęsach. Usta ma purpurowe, nos zgrabny. Na skroniach zaczesała z obu stron po wstędze cudnie jasnych włosów. Głowa związana chustką bawełnianą; na szyi sznur korali. Ciemna suknia zdradza wysmukłą kibić. Dźwięk głosu Gualezy słodki, harmonijny, tak był zachwycający, że motłoch zbrodniarzy i nierządnic prosił ją często, żeby śpiewała i dał jej przezwisko Gualezy (śpiewaczki).

 Nieznajomy, obrońca dziewczyny (nazwiemy go Rudolfem), miał lat około trzydziestu. Jego postawa zwinna, proporcjonalne, nie zapowiadała nadzwyczajnej siły, jaką okazał w walce. Cerę miał bladą; oczy prawie roztargnione, uśmiech ironiczny, zdradzały człowieka przesyconego rozkoszami życia. A jednak swą pieszczoną ręką Rudolf przed chwilą powalił na ziemię najsilniejszego bandytę tej części miasta. Niektóre zmarszczki na czole Rudolfa znamionowały człowieka głęboko myślącego. W zadumanem oku niekiedy przebłyskiwała słodycz, litość, innym razem surowość, złośliwość, wzgarda i okrucieństwo. Miał włosy ciemne i takiż wąsik; brodę nieco wystającą, starannie ogoloną. Zresztą tak wybornie naśladował zachowanie właściwe gościom, bywającym w garkuchniach, że powierzchownie był do nich podobny.. Prócz rąk, białych i miękkich, nic go nie odróżniało od reszty gości.

 Wszedłszy do garkuchni, Szuryner, kładąc dłoń szeroką i włochatą na ramieniu Rudolfa, zawołał:

 – Cześć zwycięzcy Szurynera!... Tak jest, przyjaciele, ten chłopak mnie pokonał... Mówię to dla amatorów, którzy życzą sobie mieć połamane żebra, albo łeb rozbity, nie wyjmując Bakalarza, który tym razem znajdzie swego mistrza...

 Na te słowa gospodyni i wszyscy obecni spojrzeli na Rudolfa z uszanowaniem i obawą. Gospodyni uśmiechnęła się do niego, wstała, by go zapytać, co rozkaże podać.

 Jeden z dwóch gości, o których wspomnieliśmy, schylił się do gospodyni i zapytał ochrypłym głosem:

 – Czy był tu Bakałarz?

 – Nie – odpowiedziała gospodyni.

 – A wczoraj?

 – Był. Czemu pytasz o niego?

 – Bo dziś wieczór mieliśmy się zejść. Mamy interesy.

 – Śliczne to muszą być interesy, zbóje!...

 – Zbóje! – powtórzył bandyta rozjątrzony – z nich żyjesz!

 – Ejże! czy będziesz cicho! – zawołała gospodyni, podnosząc butelkę, którą trzymała w ręku, a mężczyzna, mrucząc, siadł znowu na miejscu. – Czemże każecie sobie służyć? – spytała uprzejmie Rudolfa.

 – Spytajcie Szurynera, matko; on ugaszcza, ja płacę... No, cóż chcesz na wieczerzę, hultaju?

 – Dwie butelki wina, trzy kromki chleba i porcję mięsa.

 – Gualezo, – rzekł Szuryner, – mów, czy będziesz jeść?

 – Nie... nie jestem głodna...

 – Ależ, dziewczyno, spojrzyjże w oczy memu zwycięzcy, – zawołał Szuryner, śmiejąc się ma całe gardło. – Czy boisz się patrzeć na niego?

 Gualeza w milczeniu spuściła oczy. Gospodyni przyniosła wieczerzę, nad którą Szuryner unosił się w zachwyceniu gastronomicznem; jadł zawzięcie. Tak upłynęło kilka chwil, gdy wszedł nowy gość, raczej stary niż młody, żwawy, silny, ubrany w kurtkę. Spojrzano tylko na niego i nikt już nań nie zważał. Wiedzieli, kto on jest. Bandyci wnet poznali swego. Nowoprzybyły siadł tak, żeby, sam nie widziany, mógł śledzić ruchy dwóch mężczyzn, z których jeden dowiadywał się był o Bakałarza.

 Rozmowy ciągnęły się dalej. Szuryner okazywał Rudolfowi pewien rodzaj uległości: człowiek ten nie szanował praw, ale szanował siłę.

 – Słowo daję, – rzekł, – choć mnie tęgo przetrzepałeś, rad jednak jestem, żem cię spotkał. Chciałbym widzieć, jak weźmiesz się za łeb z Bakałarzem. On mnie zawsze bił.

 – Myślisz, że dla twojej zabawy rzucę się na niego jak brytan?

 – Bynajmniej, ale on skoczy do ciebie, gdy powiedzą, żeś silniejszy od niego.

 – Mam dość drobnych, aby i jemu jeszcze zapłacić, – rzekł Rudolf niedbale; potem dodał. – Ależ na dworze pogoda, psa szkoda wygnać z domu! Trzebaby kazać dać wódki, pilibyśmy, a Gualeza możeby nam zaśpiewała.

 – Zgoda, – rzekł Szuryner.

 – I powiemy sobie, kim jesteśmy, – dodał Rudolf.

 Szuryner wstał, przyłożył lewą rękę do czapki i powiedział.

 – Albinos, inaczej zwany Szuryneręm, niegdyś więzień na galerach za morderstwo, dziś uwolniony, zimą marznie w wodzie, latem piecze się na słońcu; oto moje życie. A ty – dodał – mój panie? pierwszy raz widzimy cię w tej stronie miasta... Musisz mieć jakieś rzemiosło?

 – Robię malowidła na wachlarzach i nazywam się Rudolf.

 – Malarz! – zawołał Szuryner, – a więc dlatego masz ręce tak białe. Ale czemu chodzisz do takiej szynkowni jak ta, gdzie bywają złodzieje, zbóje, i galernicy?

 – Przychodzę tu, bo lubię się bawić.

 – Hm! hm! – bąknął Szuryner. – Wiesz co, zdaje się, że mi nie ufasz i tego ci nie mam za złe. Żebyś mnie poznał, opowiem ci moje życie. Ale ty zacznij naprzód, mój panie.

 – Malarz, to ładne rzemiosło, – rzekła Gualeza.

 – Wiele też na dzień zarabiacie? – spytał Szuryner.

 – Kiedy pilnie siedzę, – odparł Rudolf, – mogę zarobić cztery franki, czasem pięć, ale to latem, bo dni dłuższe.

 – A często wałęsasz się, paniczu?

 – Hm! dopóki mam grosz w kieszeni. Za nocleg płacę sześć sous, tytoń kosztuje mnie na dzień cztery sous, to dziesięć, śniadanie cztery, to czternaście, obiad piętnaście sous, więc codzień wydaję około półtora franka. Nie potrzebuję pracować cały tydzień, resztę czasu bawię się.

 – A twoi rodzice? – rzekła Gualeza.

 – Umarli na cholerę.

 – Au kogóż pracujesz, kto twój majster?

 – Nazywa się Borel, głupi gbur, złodziej i skąpiec, wolałby dać sobie oko wybić, niż człowiekowi za robotę płacić. Niechaj przepadnie! Byłem u niego na nauce od piętnastego roku, od spisu wojskowego jestem wolny, mieszkam przy ulicy Juiverie (Żydowskiej) na czwartem piętrze od frontu, nazywam się Rudolf. Otóż macie moją historję.

 

III. HISTORJA GUALEZY.

 

 – Teraz ty gadaj, Gualezo – rzekł Szuryner.

 – Tak... twoi rodzice? – spytał Rudolf.

 – Nie zmam ich; urodziłam się, jak to mówią, pod kapuścianym liściem.

 – Gualezo, – zawołał Szuryner; – jesteśmy krewni, bo i ja nie wiem, skąd się wziąłem.

 – A kto cię wychował? – przerwał Rudolf.

 – Nie wiem... O ile pamiętam (miałam wtedy lat siedem), byłam przy starej babie jednookiej; nazywali ją Puchaczką; miała nos zakrzywiony jak hak, oko zielone okrągłe. Wieczorem sprzedawałam cukier owsiany, a w rzeczy samej żebrałam... Kiedym, wracając, nie przyniosłam najmniej dziesięciu sous, dostawałam szturchańce, zamiast wieczerzy.

 – A pewna jesteś, że to nie twoja matka? – spytał Rudolf.

 – Najpewniejsza, bo mi Puchaczka dość często wymawiała, żem sierota bez ojca i matki.

 – I tak, – rzekł Szuryner, – zawsze byłaś bita?

 – Zawsze dostawałam szklankę wody, kawałek suchego chleba i kładłam się na całą noc marznąć w stary siennik, w którym Puchaczka zrobiła dziurę, żebym weń mogła wleźć. Nazajutrz dostawałam takież śniadanie, jak wieczerzę i szłam za miasto do Montfaucon zbierać robaczki do wędek, bo Puchaczka sprzedawała na moście wędki.

 – Mimo to urosłaś prosta jak trzcina, dziewczyno; nie masz się co skarżyć. Od tej chudej strawy jesteś taka cienka i zgrabna, – przerwał Szuryner, buchając dymem z fajki. – Ale cóż ci to, bracie... panie Rudolfie? Czegoś posępny?... czy dlatego, że ta dziewczyna biedy użyła?... Nam wszystkim nielepiej było.

 – O! ręczę, że nie tyle wycierpiałeś co ja, Szurynerze.

 – Ależ zważ, dziewczyno, że w porówna mu ze mną miałaś się, jak hrabina. Przynajmniej, gdyś była mała, spałaś na słomie i jadłaś chleb... ja, kiedy mi szczęście służyło, sypiałem w piecach w Clichy, gdzie wypalają wapno, a karmiłem się liśćmi kapusty, a głód mi nogi łamał.

 – Mężczyzna ma więcej siły, – odparła Gualeza, – ale biedna dziewczynka... Stałam ci ja na moście z moim cukrem owsianym i płakałam z głodu i zimna. Litowali się przechodzący, wyżebrałam czasem piętnaście sous, ale i to mi na dobre nie szło, bo Puchaczka, widząc, że im więcej płaczę, tem więcej zbiorę, umyśliła bić mię zawsze, nim postawi na moście.

 – Niezły koncept!

 – Tak myślisz, Szurynerze? Ja wreszcie przyzwyczaiłam się do bicia. Więc się śmiałam, zamiast płakać, śpiewałam... chociaż mi się nie chciało śpiewać, jednego dnia ulicznicy zabrali mi mój koszyk. Stara wybiła mnie i chleba nie dała. Wieczorem zaczęła mi wyrywać włosy, na skroni – tam najwięcej boli...

 – Bodaj ją piorun trząsł i to za wiele! – krzyknął bandyta, uderzając pięścią w stół.

 Rudolf spojrzał zdziwiony na Szurynera; zastanowił go ślad uczucia w takim człowieku. Dziewczyna mówiła dalej.

 – Powiedziałam wam tedy, że Puchaczka dręczyła mię, żebym płakała, to mię rozjątrzyło; ma złość jej śmiałam się idąc na most z koszykiem cukru owsianego. Od pół roku nosiłam ten cukier i nigdym nie skosztowała, ale tego wieczora z głodu i dla dokuczenia babie wzięłam laskę cukru i zjadłam.

 – Brawo! – zawołał Szuryner.

 – Puchaczka, widząc co się dzieje, grozi mi pięścią zdaleka, bo nie mogła odejść od straganu. Ja myślę sobie: więcej mnie nie wybije za trzy laski cukru, jak za jednę... pokazuję jej cukier i w jej oczach go zjadam.

 – Wybornie! brawo – wołał Szuryner. – Lecz Puchaczka musiała z ciebie żywcem złupić skórę.

 – Zgarnąwszy stragan, przyszła do mnie; myślałam, że padnę na miejscu, takiem się bała. Przyszedłszy do domu, Puchaczka zamknęła drzwi na klucz; ja padłam przed nią na kolana, błagając o przebaczenie, a ona nic nie odpowiada. W tem stanęła przed półką i zdjęła z niej obcęgi.

 – Obcęgi! – zawołał Szuryner, – naco?

 – Wzięła obcęgi, żeby mi ząb wyrwać.

 Szuryner wyzionął przekleństwo.

 – Co ci jest? – spytała Gualeza.

 – Co mi jest?... toćbym tę jednooką wiedźmę zabił gdyby mi wpadła w ręce. – I oko bandyty krwią nabierało.

 – I wyrwała ci ząb, biedna dziewczyno, ta niegodziwa baba? – zapytał Rudolf.

 – A jakże!... i to nie od pierwszego razu jeszcze. Mój Boże, jakżeż mnie męczyła! Dobyła mi ten ząb, mówiąc przytem: „Odtąd codzień wyrwę ci po jednym, a kiedy już zostaniesz bez zęba, wrzucę cię do wody”

 – O przeklęta baba! – zawołał Szuryner.

 – A czy dzisiaj znać co jeszcze? – odparła Gualeza i, uśmiechając się, ukazała dwa rzędy zębów równych i białych jak perły.

 – Co potem zrobiłaś? – spytał Szuryner.

 – Prawdę mówiąc, przebrała się miarka. Nazajutrz uciekłam. Szłam dzień cały, błąkając się po ulicach.

 Nocą wlazłam do składu drzewa pod stos kory. Głód dokuczał mi; próbowałam jeść trociny, ale nie mogłam. Tam mnie nazajutrz znaleźli i odprowadzili do komisarza policji. Badali mnie, sądzili i jako włóczęgę skazali na siedzenie w domu poprawy, do lat szesnastu. Podziękowałam sędziom za ich łaskę, bo przecież w więzieniu dawali mi jeść. Nadto w więzieniu nauczyłam się szyć. Ale wolałam śpiewać, niż pracować. O! w dzień pogodny musiałam śpiewać; kiedy śpiewałam, zdawało mi się, że jestem wolna.

 – To prawdziwie urodziłaś się słowikiem, – rzekł Rudolf.

 – Skończyłam lat szesnaście, gdy wyszłam z więzienia. Ledwiem wyszła na ulicę, zaczepiła mnie gospodyni tej szynkowni i kilka jeszcze starych kobiet. „Mój aniołku, mówią do mnie, czy chcesz mieszkać u nas? damy ci piękne suknie, a nic nie będziesz robić, tylko się bawić”. Kto osiem lat wysiedział, ten wie jak to ma rozumieć. Anim ich chciała słuchać. Myślę sobie, mam zarobionych trzysta franków; robota się znajdzie, gdy nie stanie pieniędzy. Chętka do zabaw mnie zgubiła... ale nie było nikogo, ktoby mi dał dobrą radę... Zakupiłam kwiatów na cały pokój; tak lubię kwiaty! potem ładną suknię, jeździłam na spacer...

 – Czy z kochankiem? – spytał Szuryner.

 – Gdzie tam! chciałam być panią siebie. Za towarzyszkę do zabaw brałam dziewczynę, co była razem ze mną w więzieniu; dobra ta dziewczyna nazywa się Rigoletta.

 – Rigoletta?! – przerwał Szuryner. – Nie znam jej.

 – Bardzo wierzę. To poczciwa szwaczka, zarabia dwadzieścia pięć sous dziennie, ma własne małe gospodarstwo... Cóż powiem? Tak długo marnowałam pieniądze, że mi zostało tylko czterdzieści trzy franki. Już wybierałyśmy się z Rigolettą za miasto, żeby się hucznie za tę resztę zabawić, gdy dowiedziałam się, że moja praczka nie ma nawet czem zapłacić za łóżko, że zległa w piwnicy i leży na słomie, nie mając czem okryć ani siebie, ani swojej kruszyny. Pobiegłam do domu, zabrałam wszystką bieliznę, jaką miałam, zaniosłam jej i pilnowałyśmy jej aż znowu podnieść się mogła. Pomagałam jej pieniędzmi, wyzdrowiała. Teraz ma z czego żyć, ale nigdy nie chce mi powiedzieć, com jej winna za pranie. Widzę, że chce mi się w ten sposób uiścić z długu. Jesli tak dalej będzie, muszę sobie inną praczkę znaleźć.

 – A gdy ci zabrakło pieniędzy?... – spytał Rudolf.

 – Ha, wtedy szukałam roboty. Umiem bardzo dobrze szyć, szczerze chciałam pracować, poszłam śmiało do magazynu bielizny. Powiedziałam, że przed dwoma miesiącami wyszłam z więzienia, i że chciałabym znaleźć miejsce. Za całą odpowiedź pokazano mi drzwi. Wracałam do domu smutna, spotkałam tutejszą gospodynię... wzięła mnie ze sobą... upoiła wódką... i tak rzeczy poszły!

 – Rozumiem, – rzekł Szurymer. – To się nazywa zupełna spowiedź.

 – Zdaje się, że zasmuca cię to, żeś opowiedziała swoje życie? – zapytał się Rudolf.

 – Bądź co bądź, miło jest być uczciwą, – powiedziała Gualeza z westchnieniem.

 – Uczciwą!... – zawołał bandyta, śmiejąc się. – A dlaczego? czy żeby czcić ojca i matkę, których nie znałaś nigdy?

 Na twarzy dziewczyny malowało się głębokie zadumanie.

 – Słuchaj – rzekła, – że ojciec albo matka rzucili mnie na ulicy, jak szczenię, nie mam im tego za złe; pewnie sami nie mieli z czego żyć. Ale są ludzie szczęśliwsi ode mnie.

 – Od ciebie? śliczna jesteś, nie masz siedemnastu lat, śpiewasz jak słowik, wszyscy cię lubią – i użalasz się. A cóż dopiero, gdy będziesz stara, jak tutejsza gospodyni?

 – O, ja tak długo nie pożyję, umrę młodo; już kaszlę ciężko.

 – Czy często przychodzą ci takie myśli, Gualezo? – spytał Rudolf.

 – Czasem, może pan to lepiej zrozumiesz od niego. Kiedy widzę, jak mleczarka z wózkiem wraca na wieś, jakże jej zazdroszczę! Ja idę sama jedna do ciemnej izby, gdzie nawet słońce nie zajrzy.

 – A więc bądź uczciwą!

 – Uczciwą, mój Boże! a jakim sposobem? Za co? Suknie, które mam na sobie, należą do gospodyni, winnam jej za mieszkanie i za stół... nie mogę ruszyć się z miejsca. Kazałaby mnie przytrzymać. Dawaj pić, Szurynerze, – rzekła żywo, podsuwając szklankę – nie, nie wina, daj wódki, to mocniejsze. – A wypiwszy z widocznem obrzydzeniem, dodała: – Szkoda, że wódka ma tak brzydki smak.

 Rudolf słuchał tej smutnej powieści ze wzrastającem zajęciem. Nędza i opuszczenie zgubiły nieszczęsną.

 

IV. HISTORJA SZURYNERA.

 

 Czytelnik nie zapomniał dwóch gości, na których trzecia osoba, później przybyła, miała pilne oko. (Jeden z nich ciągle chował lewą rękę i kilkakroć dopytywał się, czy Bakałarz nie był dziś w garkuchni). Podczas opowiadania Guazely, którego słyszeć nie mogli, niepokój ich wzrastał. Człowiek, który ich śledził, porównawszy postać ich z opisem na papierku, wstał i rzekł do gospodyni:

 – Słuchajcie, matko, ja zaraz wrócę; pilnujcie mojej butelki i mojego talerza.

 – Bądź spokojny, jeśli butelka próżna, a na talerzu nic niema, nikt ich nie dotknie.

 Gdy człowiek ten wychodził, Rudolf spostrzegł na ulicy węglarza kolosalnego wzrostu. Nim drzwi się zamknęły, Rudolf miał czas okazać gestem, jak dalece jest mu przykry ten rodzaj opiekuńczego dozoru: węglarz jednak, nie zważając na to, nie oddalił się od gospody.

 Gualeza, chociaż odurzona nieco wódką, nie odzyskała swej wesołości; oparta o ścianę, ze spuszczoną głową, pogrążyła się w czarnych myślach.

 Szuryner, przeciwnie, był w najlepszym humorze, sam jeden spożył całą wieczerzę; wino i wódka rozwiązały mu język. Dzika otwartość, z którą się przyznał, że zabił człowieka i odniósł słuszną karę, duma, z jaką upewniał, że nigdy nic nie kradł, zdawały się dowodzić, że mimo popełnionych zbrodni, Szuryner nie jest zatwardziałym winowajcą. Stąd też Rudolf ciekawie czekał jego biografji. Bandyta wychylił szklankę i tak zaczął.

 – Ciebie, moja biedna Gualezo, przytuliła choć Puchaczka, która bodajby się smażyła w piekieł... Ja nie pamiętam, żebym kiedy spał na jakiem posłaniu, aż do lat dziewiętnastu, kiedym wstąpił do wojska.

 – Służyłeś więc? – zapytał Rudolf.

 – Trzy lata. Schody pałaców, piece, w których palono wapno w Clichy, kopalnie w Montrouge, gdzie piłują kamienie, tam spędziłem młodość. Mogłem mieć lat dwanaście, kiedym się dostał do Montfaucon, gdzie biją stare konie i zdejmują z nich skórę. Z początku zabijanie biednych zwierząt robiło na mnie wrażenie, wkrótce polubiłem mój stan.

 – A jak cię nazywano? – spytał Rudolf.

 – Miałem włosy jeszcze podobniejsze do lnu, niż teraz i często oczy krwią mi zachodziły, dlatego zwali mnie Albinosem. Albinosy między ludźmi są tem samem, co białe króliki między zwierzętami, – dodał poważnie.

 – A twoi rodzice? twoi krewni?

 – Rodzice? nieznani. Miejsce urodzenia: pierwszy lepszy róg jakiejbądź ulicy; niewielką mi przysługę zrobili, że mnie na świat wydali. Wielem użył biedy.

 – Byłeś głodny, ziębłeś, a nie kradłeś?

 – Nigdy.

 – Bałeś się pójść do więzienia?

 – Gdzież znowu! Nie kradnąc, puchłem z głodu; złodzieja karmiliby w więzieniu! Nie, nie kradłem, bo... bo kraść – to nie moja natura.

 Rudolfa rozczuliła ta odpowiedź.

 – To dobrze, – rzekł, – masz jeszcze serce i honor.

 Bandyta zmieszał się; spojrzał na Rudolfa z uszanowaniem. Pojmował, że przepaść ich rozdziela.

 – Nie wiem, czy tak, – rzekł. – Ale to, coście mi powiedzieli... nikt jeszcze do mnie tak nie mówił... Dosyć... nigdy wam tego nie zapomnę!

 – Czy długo byłeś w Montfaucon? – spytał Rudolf.

 – Kilka lat; z początku mdło mi się robiło, kiedym zarzynał biedne szkapy. Ale, gdy przyszło lat siedemnaście, jakiś szał mnie ogarnął. Czasem stało dwadzieścia koni, czekających na swą kolej. Ja bez koszuli, z wielkim ostrym nożem uwijałem się między niemi... oczy krwią napływały, ciąłem nożem bez pamięci, póki mi nóż z rąk nie wypadał. A że przy takiej robocie kaleczyłem skóry, wymówiono mi służbę. Chciałem pójść do rzeźników. Ale gdzież tam! gardzili mną. Więc przystałem do wojska. Miałem wzrost dobry, siły dosyć, przyjęli. Szkoda tylko, że nie mieliśmy wojny. A z karnością wojskową niema co żartować. Jednego dnia sierżant wyłajał mnie; i słusznie, bo się leniłem; to mnie rozgniewało, nie usłuchałem go, on mnie popchnął, ja jego pięścią w pierś. Rzucają się na mnie inni; wściekłość mnie ogarnia, czerwieni mi się w oczach... miałem nóż w ręku, jak szalony uderzam; zabiłem sierżanta, zraniłem dwóch żołnierzy.

 Bandyta spuścił głowę i chwilę siedział zasępiony.

 – O czem myślisz, Szurynerze? – zapytał Rudolf.

 – Krótko mówiąc, zakuli mnie w kajdany, zasądzili i skazali na śmierć – mówił dalej Szuryner, nie odpowiadając Rudolfowi.

 – Więc uciekłeś z więzienia?

 – Nie; zmienili mi karę śmierci na piętnaście lat ciężkich robót na galerach. Zapomniałem powiedzieć, że w ciągu służby uratowałem dwóch kolegów tonących i kiedyś, w czasie pożaru, wyniosłem z ognia starą, chorą babę!... Koniec końcem, mój obrońca tak wiele gadał, że nie miałem być rozstrzelany... Kiedy przyszedł powiedzieć mi o tem, chciałem go zadławić...

 – Żałowałeś, że ci zmienili karę?

 – A zapewne... krew za krew, to słuszne; kto kradł, niech dźwiga kajdany. Ale zmusić człowieka, żeby żył po zabójstwie...

 – Sumienie cię gryzło?

 – Nie; wszakże odsiedziałem swoje lata – odparł Szuryner; – ale dawniej, co noc prawie, śniło mi się, że widzę sierżanta i tych żołnierzy. A za nimi ze stu i więcej stojąc rzędem, czekają, żebym ich pozarzynał, jak niegdyś konie... Rzucałem się na nich we śnie, zabijałem jednego po drugim, a coraz więcej ich przybywało... Niedosyt tego... nigdy nie miałem brata, a zdawało mi się, że to wszystko moi bracia, za których chętnie życiebym oddał... Zlany potem zimnym, budziłem się...

 – Brzydki to sen, Szurynerze.

 – Oj, tak! Myślałem, że zwarjuję, chciałem sobie życie odebrać; ale mi się nie udało. Wkońcu przemogło nawyknienie do życia.

 – Byłeś w dobrej szkole, żeby się nauczyć kraść.

 – Prawda, ale zbywało na chęci. Inni więźniowie dlatego właśnie drwili ze mnie; wytłukłem ich i dali mi spokój. Poznałem tam i Bakalarza... Dostałem od niego tak samo, jakem dostał dziś wieczór od ciebie.

 – Więc to uwolniony galernik?

 – Skazany był na dożywotnie, ale sam się uwolnił.

 – Uciekł? i nie wydadzą go?

 – Ja go nie wydam.

 – Jakże go policja nie wyśledzi?

 – Bo dzisiaj chybaby go sam Lucyper nie poznał... Miał nos długi, oberżnął go sobie i nadto jeszcze umył twarz witrjolem; od sześciu miesięcy jak zbiegł z galer, policjanci sto razy go spotkali, a żaden nie poznał.

 – Za cóż siedział?

 – Za fałszerstwo, kradzież i zabójstwo. Nazywają go Bakałarzem, bo ślicznie pisze i jest bardzo uczony.

 – Złowią go prędzej czy później.

 – Żywcem go nie wezmą. Zawsze nosi pod bluzą dwa nabite pistolety i sztylet.

 – A od czasu uwolnienia z czego żyjesz?

 – Karuję drzewo. Z tego mam chleb.

 – Ale gdy mimo wszystko nie jesteś złodziejem, czemu mieszkasz tu w złodziejskim cyrkule?

 – I gdzież będę mieszkał? Kto zechce przestawać z kryminalistą? Sam nudzę się; lubię towarzystwo; tu żyję z równymi sobie.

 Szuryner zamilkł i wytrząsnął fajkę.

 Wtem nowe zdarzenie przypomniało wszystkim trzem, w jakiem się miejscu znajdują.

 

V. UWIĘZIENIE.

 

 Człowiek, który wyszedł, poleciwszy opiece szynkarki swoją butelkę, wróci! z drugim mężczyzną, barczystym, śmiałego wejrzenia.

 – Szczęśliwy przypadek, że się spotkamy, Borelu! wejdź, wypijemy szklankę wina.

 Szuryner szepnął Rudolfowi i Gualezie.

 – Będzie tu awantura. Baczność!

 Dwaj bandyci, z których jeden zapytywał o Bakałarza, znacząco rzucili na się wzrokiem, wstali i poszli ku drzwiom. Agenci policyjni rzucili się na nich. Walka była zawzięta; inni jeszcze agenci wpadli, za otwartemi drzwiami błysnęły strzelby żandarmów. Bandyta, który ciągle chował rękę, szamocąc się z agentem, ryczał jak dziki zwierz; trzech ludzi ledwie utrzymać go mogło. Drugi zaś, zsiniały, z twarzą konwulsyjnie drgającą, nie bronił się wcale i sam podał ręce, na które mu założono kajdany.

 Gospodyni, gdy się wszystko skończyło, zapytała obojętnie jednego ze znajomych agentów.

 – Cóż to ci ludzie zrobili, mój dobry panie Borel?

 – Zabili wczoraj starą kobietę, przy ulicy św. Krzysztofa. Nieszczęśliwa przed skonaniem zeznała, że jednego z nich ugryzła w rękę. Mój towarzysz przyszedł przekonać się, czy to oni. Teraz ich złowiliśmy.

 Po wyjściu agenta nastąpiła chwila milczenia. Gospodyni wreszcie przerwała ją, mówiąc:

 – Szczęście dla Bakalarza, że go tu nie było; ten w czerwonej czapce dwa razy o niego pytał, bo mają jakieś z sobą interesy... Ależ o wilku mowa, a wilk tu: otóż i Bakałarz ze swoją nową żoną.

 Mężczyzna i kobieta weszli do gospody. Wszystkich ogarnął pewien rodzaj obawy; na Rudolfie nawet zrobił wrażenie widok tego strasznego zbójcy. Spoglądał nań z ciekawością i przekonał się, że Szuryner nie przesadził w opisie, Bakałarz okropnie zeszpecił sobie twarz. Wszędzie blizny głębokie, sine, wygryzione witrjolem; wargi nabrzmiałe; po odjęciu chrząstek nosowych dwie dziury nieforemne zamiast nozdrzy. Oczy jasne, małe, okrągłe, błyszczały dzikością; czoło, spłaszczone jak u tygrysa, ginęło pod wielką futrzaną czapką. Bakałarz był średniego wzrostu; głowę miał wielką, szerokie, silne, mięsiste barki rysowały się pod fałdami płóciennej bluzy; długie muskularne ręce świadczyły o niezwykłej sile. Kobieta, która z nim przyszła, była stara, dosyć przyzwoicie ubrana. Ujrzawszy ją Gualeza, pobladła, drżąca, schwyciła Rudolfa za rękę.

 – Boże! Boże! to ona... to Puchaczka...

 Bakałarz podszedł wolno do stołu, gdzie siedzieli Rudolf, Gualeza i Szuryner i rzekł chrapliwym głosem:

 – Hej! słuchajno, blondyno, porzucisz tych dwóch bałwanów i pójdziesz ze mną...

 Dziewczyna drżąc trzymała się Rudolfa.

 – A ja... nie będę zazdrosna – zawołała Puchaczka, śmiejąc się do rozpuku. Nie poznała w Gualezie dziecka, nad którem się pastwiła.

 – Czy nie rozumiesz mnie, dziewko! – rzekł znów Bakałarz – jeśli zaraz nie pójdziesz, wybiję ci oko, żebyś była do pary z Puchaczką; a ty z wąsami – mówił do Rudolfa – jeśli mi jej wnet nie oddasz, duszę ci wytrzęsę.

 – Boże! ratuj mnie! – zawołała Gualeza, załamując ręce, a wspomniawszy, że może narazić Rudolfa na niebezpieczeństwo, dodała: – Nie ruszaj się pan z miejsca; jeśli on się zbliży, krzyknę, a gospodyni z obawy policji ujmie się za mną.

 – Bądź spokojna, moje dziecię, – odparł Rudolf patrząc śmiało na Bakałarza. – Ponieważ przykro ci patrzeć na to szkaradne bydlę, wypchnę go na ulicę.

 – Ty!... – krzyknął Bakałarz.

 – Ja!... – odparł Rudolf.

 I mimo błagania Gualezy, wstał od stołu.

 Bakałarz cofnął się o krok na widok fizjonomji Rudolfa; Gualeza i Szuryner poznać nie mogli towarzysza, tak szlachetną twarz jego w jednej chwili wykrzywiła jakaś piekielna złość. W bitwie z Szurynerem okazał się wesołym; teraz ogarnęła go zajadła nienawiść; źrenice błyskały dziwnym ogniem. Są ludzie, mający w spojrzeniu siłę magnetyczną. Rudolf ją posiadał. Bakałarz zadrżał, cofnął się; nie dowierzając już swojej sile, sięgnął pod bluzę po puginał. Możeby przyszło do zabójstwa, lecz Puchaczka zawołała:

 – Poczekajno, poznaję tę dziewczynę. Toć to Marysia, co mi kradła cukier. Bądź spokojna, choć ci już zęba nie wyrwę, to wszystkie łzy wycisnę. Czy wiesz, że znam twoich rodziców? Bakałarz widział na galerach człowieka, co mi cię oddał małą... dowiedział się o imieniu twej matki... Masz bogatych rodziców...

 – Rodzice!... znasz ich?... – krzyknęła Gualeza.

 – Tak jest, mój wie, jak nazywa się twoja matka, ale wyrwałabym mu rychlej język, niżby ci to miał powiedzieć... Widział się wczoraj z tym, co cię do mnie przyprowadził, bo wtenczas chciał się ciebie pozbyć, gdyż przestali płacić za twoje utrzymanie... Matka twoja nie dbała o ciebie... Ale gdybyś znała jej nazwisko, mogłabyś ją pięknie oskubać! Ten, co ci mówię, ma list twej matki... Cóż, płaczesz! nie dowiesz się, kto twoja matka...

 – Wolę, żeby myślała, że mnie już niema na święcie – rzekła Gualeza.

 Rudolf, zapomniawszy o Bakałarzu, słuchał uważnie, bandyta zaś, nie będąc już pod wpływem wzroku przeciwnika, odzyskał odwagę. Ufny więc w swą herkulesową silę, zbliżył się do obrońcy Gualezy.

 – Dość gawęd... Muszę fircykowi dać, co mu się należy...

 Jednym skokiem Rudolf przesadził stół; Bakałarz stanął w pozycji. Nagle drzwi się otworzyły, węglarz wpadł, odepchnął Bakałarza, zbliżył się do Rudolfa i po angielsku szepnął mu do ucha:

 – Książę! Tom i Sara są na rogu ulicy.

 Na te słowa Rudolf wzdrygnął się z gniewu, rzucił luidora na stół i skoczył ku drzwiom. Bakałarz chciał mu przeciąć drogę, ale Rudolf uderzył go w twarz tak mocno, że bandyta zachwiał się.

 – Wiwat! – zawołał Szuryner – poznaję te uderzenia, i ja się ich nauczę...

 Bakałarz skoczył w ślad za Rudolfem, ale ten z węglarzem znikł już wśród labiryntu uliczek. Bandyta zaprzestał próżnej pogoni i wrócił do szynkowni. Jednocześnie z nim weszły dwie osoby, zdyszane szybkiem biegiem.

 – Do czarta! – rzekł jeden z nowych gości – znowu nam znikł!

 – Cierpliwości – odpowiedział drugi – każdy dzień ma dwadzieścia cztery godziny.

 Goście ci rozmawiali po angielsku.

 

VI. TOM I SARA.

 

 Nowe osoby pochodziły z lepszej klasy. Mężczyzna słusznego wzrostu, wysmukły, o rysach surowych, miał włosy prawie białe, a faworyty czarne, krepę na kapeluszu, angielski surdut, szaraczkowe spodnie i długie buty. Drugi szczupły, blady, piękny, również w żałobie; czarne włosy i oczy odbijały od bladej cery. Chód i drobne rysy zdradzały kobietę.

 – Tom, każ co dać i wypytaj tych ludzi o niego – przemówiła Sara po angielsku. Usiedli przy stole. Tom zawołał o wino.

 Przybycie tych dwóch osób obudziło zajęcie. Ubiór ich i obejście dowodziły, że nie zwykli uczęszczać do tak brudnych szynkowni. Szuryner, Bakałarz i Puchaczka przyglądali się im z uwagą. Tymczasem Gualeza, przelękniona spotkaniem ślepej Puchaczki, wymknęła się przez półotwarte drzwi.

 Tom zawołał powtórnie z niecierpliwością:

 – Prosiłem o wino, moja pani.

 Gospodyni, zdziwiona taką grzecznością, sama z wdziękiem podała mu wino. Tom rzucił jej pięć franków.

 – Schowaj to pani dla siebie i wypij z nami szklaneczkę. Ale – dodał – mieliśmy się zejść z kolegą w szynkowni na tej ulicy, możeśmy się omylili.

 – To jest szynkownia pod Białym Królikiem.

 Tom rzucił znaczące spojrzenie na Sarę i rzekł:

 – Właśnie pod Białym Królikiem.

 – Ale jakże wygląda pański znajomy?

 – Wysoki, szczupły, szatyn, ciemne wąsy...

 – Zaraz, zaraz... tylko co tu był... lecz jakiś węglarz przyszedł po niego i razem wyszli.

 – To oni! – zawołał Tom.

 – Czy sami byli? – spytała Sara.

 – Węglarz wszedł na chwilkę, ten drugi jadł tutaj z Gualezą i Szurynerem – rzekła gospodyni, wskazując tego ostatniego.

 Tom i Sara zwrócili uwagę do Szurynera. Sara spytała towarzysza po angielsku:

 – Czy znasz tego człowieka?

 – Nie. Karol zgubił ślad Rudolfa w tych ciemnych uliczkach, lecz, widząc, że Murf, przebrany za węglarza, kręci się koło tej szynkowni i zagląda w okno, przyszedł nas uwiadomić...

 Bakałarz, patrząc na Toma i Sarę, rzekł stłumionym głosem do Puchaczki:

 – Ten wysoki rzucił pięć franków gospodyni. Już niedługo północ, deszcz pada; ruszmy za nimi i zabierzmy pieniądze.

 – Gdyby ten mały chciał krzyczeć, obleję mu twarz witrjolem – rzekła Puchaczka, a po chwili dodała: – Jak jeszcze raz spotkamy Marysię, wymyję jej twarz witrjolem, żeby się nie pyszniła urodą.

 – Niech mnie djabli wezmą – zawołał Bakałarz – muszę się z tobą ożenić. Któraż kobieta ma takie koncepty...

 Po chwili namysłu Sara rzekła do Toma:

 – Wypytajmy tego człowieka o Rudolfa.

 – Ha, spróbujmy – odpowiedział Tom, a obracając się do Szurynera, dodał: – Przyjacielu, mieliśmy się zejść w tym szynku z naszym przyjacielem, który tu z tobą wieczerzał: czy nie mógłbyś nam powiedzieć, dokąd poszedł? A dawno go znasz?

 – Znam go, bo pobił mnie, broniąc Gualezy. Pierwszy raz go spotkałem przed domem Czerwonego Jana.

 – Gospodyni, proszę jeszcze o butelkę najlepszego wina – zawołał Tom, siadając z Sarą obok Szurynera. – Szczególne imię... Czerwony Jan? kto to taki?

 – Przemytnik – odpowiedział niedbale Szuryner. – Doskonałe wino, moja gosposiu.

 Tom nalał mu wina.

 – Pańskie zdrowie i jego przyjaciela!...

 Sara zarumieniła się lekko, a Tom znowu zagadnął:

 – Mówiłeś, że Czerwony Jan trudni się...

 – Kontrabandą; chlubi się swojem rzemiosłem przed celnikami... niechaj go złapią, jeżeli potrafią... oho! Czerwony Janek ma dowcip!

 – A dlaczegóż to Rudolf pobił pana? – zapytała Sara.

 – A bo ja chciałem wybić Gualezę, niesprawiedliwie, bo to dobra dziewczyna; uciekła do domu Czerwonego Janka, ja za nią... wpadam na Rudolfa, który mi za to tęgo zapłacił... Do pioruna, oto mi bicie! no – ale obiecał i mnie nauczyć tego sposobu.

 – Co on za handel prowadzi ten Czerwony Janek?

 – Hm! sprzedaje wszystko, czego nie wolno sprzedawać i robi wszystko, czego nie wolno robić.

 – Pod którym numerem mieszka?

 – Numer 13, ulica Grochowa.

 Tom zapisał ulicę i numer domu przemytnika.

 – Możecie się szczycić takim przyjacielem, jak Rudolf, – dodał Szuryner... Gdyby nie węglarz, byłby nauczył tego Bakałarza, co tam w kącie z Puchaczką coś szepczą...

 – Rudolf cię pobił, musisz go nienawidzieć? – zapytała Sara.

 – Ja? nienawidzieć takiego chwata? Szczególna rzecz... Bakalarz mnie pobił, cieszyłbym się, gdyby go kto takie wytuzował... Pan Rudolf lepiej mnie wybił... a mimo to dobrze mu życzę. Nawet zdaje mi się, że w ogień poszedłbym dla niego.

 – Mówisz to dlatego, że jest naszym przyjacielem...

 – Nie, do pioruna!... właśnie lubię go dlatego, że mnie wybił, a nie pyszni się z tego! Aż serce rośnie, kiedy spojrzy... ma coś takiego w oczach...

 Tom i Sara spojrzeli na siebie w milczeniu.

 – Czy zawsze i wszędzie będzie wywierał ten niepojęty wpływ? – rzekła gorzko Sara.

 – Zawsze... póki go nie odczarujemy... – odrzekł Tom.

 Północ wybiła na ratuszu; lampa w szynkowni słabe rzucała światło. Oprócz Szurynera, dwóch nieznajomych, Bakałarza i Puchaczki, inni goście pomału rozeszli się do domów.

 Bakalarz rzekł cicho do Puchaczki:

 – Schowajmy się naprzeciwko, do sieni, jak ci ichmościowie wyjdą, ruszymy za nimi.

 – Cóż to, nic dziś nie pijecie? – zapytała gospodyni.

 – Nie; my tylko przyszliśmy schronić się przed deszczem, – odpowiedział Bakałarz i wyszedł z Puchaczką.

 

VII. PIENIĄDZE LUB ŻYCIE.

 

 Bakałarz i Puchaczka, mimo gwałtownego wiatru i ulewnego deszczu, zaczajeni w sieni naprzeciw szynkowni, usłyszeli jak Szuryner wyszedł i udał się w stronę, gdzie był stary dom; lecz wkrótce wiatr i deszcz zagłuszył odgłos jego ciężkich kroków. Tom i Sara również wyszli i udali się w przeciwną stronę.

 – Dobrze, – szepnął Bakałarz do Puhaezki, – przygotuj witrjoł i baczność! – Pozdejmujmy trzewiki, żeby nie usłyszeli naszych kroków, – ozwała się Puchaczka.

 Obmierzła para zdjęła obuwie. Chociaż więc szli tuż za Tomem i Sarą, stąpania ich nie było słychać;

 – Szczęściem fiakr na nas czeka, – rzekł Tom.

 Nagle się zatrzymał.

 – Omyliłem się, trzeba było iść na lewo; musimy minąć rozwalony dom, nim dojdziemy do fiakra.

 Bakałarz i Puchaczka rzucili się do bramy.

 – Tem lepiej, niech idą w rudery, – rzekł Bakałarz.

 Tom i Sara zbliżyli się rozwalonego domu, którego piwnice tworzyły przepaść wzdłuż ulicy. Bakałarz rzucił się jak tygrys, pochwycił Toma za gardło i zawołał:

 – Oddaj pieniądze, albo cię stracę do tej jamy! – I popchnąwszy go wtył, zatrzymał nad piwnicą, drugą zaś ręką ścisnął jak w kleszczach rękę Sary. Nim się obrócił. Puchaczka obdarła go. Sara z zimną krwią przemówiła do Toma:

 – Oddaj im pieniądze. – A zwracając się do Bakałarza, dodała: – Nie wołamy pomocy, nie róbcie nam nic złego.

 Puchaczka, przetrząsnąwszy kieszenie swych ofiar, rzekła do Sary: – Pokaż ręce, może masz pierścionki. Ani jednego... co za nędza!

 Tom z zimną krwią, która go ani na chwilę nie odstąpiła, rzekł do Bakałarza:

 – Mam w pugilaresie ważne papiery, nic ci z nich nie przyjdzie; odnieś mi je jutro, a dam ci 25 luidorów.

 – Aha! żebyś mnie przytrzymał. Gadaj zdrów...

 – Zaraz, zaraz, – zawołała Puchaczka: – jeżeli chce, można się ułożyć. Wiesz, gdzie jest Saint-Denis i Saint-Ouen?

 – Wiem.

 – Otóż przyjdź jutro rano sam jeden z pieniędzmi na równinę przed Saint-Ouen; ja tam będę z pugilaresem.

 – Ale on cię każe schwytać.

 – Nie bój się; mam jedno oko, ale dobre, jeżeli kogokolwiek z nim zobaczę, zje djabła nim mnie złapie.

 Sara, jakby uderzona nagłą myślą, zapytała bandyty.

 – Chcesz zarobić dużo pieniędzy?

 – Zapewne.

 – Widziałeś w szynku, gdzieśmy byli, człowieka, po którego przyszedł węglarz?

 – Byłbym go uczęstował, ale mnie przewrócił na stół i uciekł. Jeżeli o niego chodzi, dajcie mi tysiąc franków, a zabiję go.

 – Saro!... – zawołał Tom przelękniony.

 – Nie idzie tu o zabicie, nędzniku! – rzekła Sara. – Przyjdź jutro do Saint-Denis, będzie tam mój towarzysz sam jeden i powie ci, co trzeba zrobić, a jeśli ci się uda, to nie tysiąc, ale dwa tysiące franków dostaniesz.

 – Moja żona tam będzie; powiecie jej, co zrobić.

 – A więc jutro o pierwszej.

 Bakałarz z Puchaczką szybko się oddalili.

 – Piekło nam nastręczyło tego bandytę, może nam usłużyć, – rzekła Sara.

 – Ja się boję, – rzekł Tom.

 – A ja mam nadzieję...

 Pospieszyli ku kościołowi Najświętszej Panny.

 Szuryner, ukryty w ruderach, był świadkiem tej sceny... Dowiedziawszy się o zamiarach Sary i Bakałarza względem Rudolfa, chciał go jakoś ostrzec... Ale jakim sposobem? Rozmyślając, machinalnie poszedł za Tomem i Sarą, a widząc, że wsiadają do fiakra, siadł ztyłu. O godzinie pierwszej fiakr zatrzymał się na bulwarze Obserwatorjum. Tom i Sara zniknęli w ciemnej uliczce.

 Noc była nadzwyczaj ciemna, Szuryner nie mógł rozpoznać miejsca; z przebiegłością więc dzikiego Indjanina dobył noża, szeroko zaciął drzewo, przy którem się powóz zatrzymał i wrócił do swego mieszkania.

 

VIII. PRZEJAŻDŻKA.

 

 Nazajutrz po nocnej burzy zajaśniało pięknie jesienne słońce. Rudolf około godziny jedenastej poszedł na ulicę Grochową do szynku pod Białym Królikiem. Jego ubiór wyrobnika odznaczał się pewną starannością: miał nową bluzę, czarną jedwabną chustkę niedbale związaną, a na niej wywinięty kołnierz od koszuli. Ubiór ten zgadzał się z miłem obejściem Rudolfa, w którem się łączyła swoboda z siłą i zręcznością.

 Gospodyni siedziała przed domem.

 – Do usług pańskich... chcesz zapewne reszty z dwudziestu franków? – zapytała z uszanowaniem. – Należy ci się siedemnaście Iiwrów i dziesięć sous... Ale, ale... pytano tu wczoraj o pana; jakiś wysoki jegomość z kobietą przebraną za mężczyznę... Pili z Szurynerem.

 – Z Szurynerem? i o czemże z nim mówili?

 – O różnych rzeczach: o Czerwonym Janku, o pogodzie. Chcesz reszty?

 – Tak, i wezmę z sobą Gualezę na cały dzień na wieś.

 – Nie można, mój chłopcze. Bo by nie wróciła. W moich sukniach chodzi i winna mi dwieście dwadzieścia franków za stół i mieszkanie.

 – Masz tu pieniądze, – rzekł Rudolf, rzucając na stół jedenaście luidorów. – A wiele kosztują najęte suknie?

 Szynkarka, zdziwiona, z niedowierzaniem oglądała luidiory.

 – Czy myślisz, że fałszywe? to poślij zmienić i basta...

 – Jej suknie kosztują przynajmniej sto franków.

 – Takie łachmany? Cóż znowu... Do wczorajszej należytości dodam ci jeszcze luidora i koniec.

 – To nie dam sukien i Gualeza stąd nie wyjdzie.

 – Djabli cię kiedyś wezmą! Masz pieniądze i zawołaj mi Gualezę. Powiedz, że pójdzie ze mną na wieś... nic więcej... A madewszystko niech nie wie, żem zapłacił jej długi.

 – Mnie wszystko jedno, nawet lepiej. Niech myśli, że jest jeszcze w mojem ręku. – I wyszła, a po chwili, wróciwszy, zawołała – Gualeza nie chciała mi wierzyć i cała stanęła w płomieniach, jak się dowiedziała, żeś przyszedł. Ale kiedym powiedziała, że jej wolno na cały dzień iść na wieś... pierwszy raz w życiu chciała mi się rzucić na szyję.

 – Z radości, że się ciebie pozbędzie.

 W tej chwili weszła Gualeza. Zarumieniła się, poznawszy Rudolfa i spuściła oczy.

 – Chcesz ze mną na cały dzień pojechać na wieś, moja kochana? – spytał Rudolf.

 – Bardzo chętnie, jeżeli gospodyni pozwoli.

 – Pozwalam ci, moja koteczko, za twoje przykładne postępowanie...

 Wyszli wśród cichych przekleństw gospodyni.

 – Powiedz mi, – zapytał, – w którą stronę pojechać?

 – Wszystko mi jedno, byle na wieś... Już pięć miesięcy nie byłam dalej, jak na rynku z kwiatami.

 – Chodziłaś po kwiaty?

 – Nie; chodzę tylko popatrzeć na nie. Na kupno nie mam pieniędzy...

 – Gdybyś i ty miała u siebie kwiaty, byłabyś wesoła.

 – Niezawodnie... Raz, w dzień imienin, gospodyni darowała mi doniczkę róż... Patrzyłam ciągle na róże, liczyłam liście; ale... w parę dni róże zaczęły więdnąć. Ubłagałam gospodynię, żeby mi pozwoliła pielęgnować moje róże na świeżem powietrzu... Tym sposobem dokazałam tyle, żem o dziesięć dni przedłużyła życie moimi różom. Wkońcu uschły, umarły... Płakałam... Prawda, panie, że można kochać kwiaty?

 – Biedna! z takiem sercem i w tak oknopnem położeniu...

 – Nieraz chciałam już skończyć! Lecz słońce, kwiaty wstrzymywały mię; mówiłam sobie – Sekwana mi nie zginie.

 – Miałaś więc nadzieję, a jaką?

 – Albo ja wiem... w tych strasznych momentach zdawało mi się, że nie zasłużyłam na mój straszny los. Myśli przyszły mi wtenczas, kiedy mi róże posiliły i dlatego kwiatki te chowam... Dobyła kilka gałązek starannie związanych różową wstążką.

 – Chowasz je?

 – Wszak prócz nich nic na świecie nie mam.

 – Nic... Ale te korale?

 – Należą do gospodyni. Nic, nic, tylko te zeschłe róże, dlatego tak je chowam.

 Za każdem słowem Gualezy, zdumienie Rudolfa wzrastało. Nie mógł pojąć, jak można poświęcić siebie za nędzny przytułek, kilka łachmanów, i szkaradne pożywienie.

 Na rynku z kwiatami wsiadł z Gualezą do fiakra i pojechał do Saint-Denis.

 – Co to jest? salopa damska? zawołała Gualeza, spostrzegłszy salopę leżącą w fiakrze.

 – To dla ciebie, okryj się żebyś się nie zaziębiła.

 Nie nawykła do takiej grzeczności, biedna dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na Rudolfa.

 – Już pewnie, Gualezo, zapomniałaś, co ci Puchaczka mówiła wczoraj o twoich rodzicach...

 – O, nie zapomniałam... myślałam o tem przez całą noc i płakałam... Ale to musi być nieprawda...

 – Dlaczego? Cieszyłabyś się, gdybyś znalazła matkę?

 – Ach, mój Boże! jeżeli mnie matka nie kochała... cóżby mi z tego przyszło... A jeżeli mnie kocha, to lepiej, aby myślała, niż nie żyję. Byłabym dla niej zmartwieniem i hańbą...

 – Mylisz się: jeżeli cię matka kocha, to ci teraz prze baczy i przywiązanie wróci. Jeżeli cię sama porzuciła, to zobaczy, jak okropny los ci zgotowała...

 W tej chwili powóz zbliżył się do Saint-Quen, gdzie droga skręca ku Saint-Denis. Wychyliła się przez drzwiczki i, klaszcząc w ręce, wołała:

 – Co za szczęście! pozwól mi pan wysiąść... tu tak pięknie... pobiegam po łące.

 – I owszem, moje dziecię...

 Powóz stanął.

 Rudolf i Gualeza, wziąwszy się za ręce, biegali po skoszonej łące. Niepodobna opisać pląsów, okrzyków radości i uniesień Gualezy; biedna, więziona przez tyle lat, chciwie połykała świeże powietrze. Lecz bieganie prędko ją zmęczyło; usiadła bez tchu na wywróconym pniu.

 Cera jej przezroczysta, blada, okryła się żywym rumieńcem; podała Rudolfowi pęczek kwiatów i z wdzięcznością zawołała:

 – Bóg jest dobry, że dał nam taki piękny dzień!

 Rudolfowi łza stanęła w oku.

 

IX. NIESPODZIEWANY WYPADEK.

 

 Nagle z rowu, przy którym siedziała Gualeza, podniósł się człowiek. Gualeza krzyknęła ze strachu, poznała Szurynera.

 – Nie bój się, dziecko!... – rzekł Szuryner; – co za dziwne spotkanie! panie Rudolfie... Są na święcie rzeczy niepojęte...

 – Co tu robisz? – zapytał zdziwiony Rudolf.

 – Pilnuję twego dobra, panie. Zaraz się dowiesz, o co lidzie, tylko jednę rzecz zobaczę, – Szuryner pobiegł do fiakra, wlazł na pudło i rzuciwszy okiem, wrócił.

 – Która godzina?

 – Wpół do pierwszej, – odpowiedział Rudolf.

 – Dobrze, mamy jeszcze czas.. Trzeba wam wiedzieć, że po twojem wyjściu z szynkowni przyszedł...

 – Człowiek słusznego wzrostu z kobietą w męskim ubiorze i pytali o mnie; wiem o tem.

 – Potem częstowali mnie winem i chcieli się czegoś dowiedzieć o tobie, ale ja nic im nie powiedziałem. Choćbym i wiedział co... nicby się nie dowiedzieli... Jam twój przyjaciel na zawsze, panie Rudolfie!

 – Dziękuję ci, mój kochany, ale cóż dalej?

 – Piłem już z tobą, panie Rudolfie, potem z tym wysokim drabem i przebraną kobietą... głowa mi trochę ciążyła, a przytem deszcz zwykle mnie usypia... Poszedłem do piwnic zrujnowanego domu, obok garkuchni, i zacząłem drzemać, gdy wtem przebudził mnie jakiś hałas... Usłyszałem głosy tych państwa...

 – Czy rozmawiał z Bakałarzem i Puchaczką?

 – Tak jest; ułożyli między sobą, że się zejdą nazajutrz... o pierwszej, przy zakręcie drogi do Saint-Denis, tu właśnie.

 – Jak ten człowiek mógł się wdać z takimi nędznikami? – zawołał Rudolf.

 – Dalibóg nie wiem... Zresztą, ja się już pod koniec rozmowy obudziłem, kiedy wysoki mówił o pugilaresie, co mu Puchaczka wyjęła z kieszeni i ma oddać za pięćset franków. Wysoki i ta mała, – mówił dalej Szuryner, – obiecali Bakałarzowi dwa tysiące franków... żeby ci co zrobił... A któż pan jesteś u djabla, żeby tak drogo za ciebie płacić?

 – Wynalazłem sekret wyrabiania wachlarzy z kości słoniowej, ale odkryłem nie sam, tylko z drugim; chcą zapewne dostać w ręce model tej machiny, którą można dużo pieniędzy zarobić.

 – Więc ten wysoki i ta mała?...

 – Fabrykanci, u których pracowałem... a nie chciałem im zwierzyć się z mego sekretu.

 – Zatem to taki interes. Ale jacyż tchórze!... nie mogli sami poradzić i innych na ciebie podmawiają... postanowiłem tu przyjść i jestem...

 – Ale co myślisz dalej robić?

 – Czekać na Puchaczkę, podsłuchać, wpaść, oddać jej należytość za ząb Gualezy, wydusić z niej nazwisko rodziców dziewczyny...

 – Proszę cię, nie narażaj się dla mnie, Szurynerze, – odezwała się Gualeza.

 – Słuchaj, ja się lepiej za Gualezę zemszczę... Później ci powiem jak, a teraz, – dodał Rudolf, odprowadzając na bok Szurynera, – chcesz mi zrobić prawdziwą przysługę? Schowaj się tu, a jak Puchaczka nadejdzie, wysuniesz się z kryjówki...

 – I zduszę ją...

 – Nie... dziś tylko nie daj jej rozmawiać z tym wysokim... nie odstępuj ich... przy tobie inie będą się mogli układać. A jeżeliby się umówili o inną schadzkę, ty się o tem dowiesz.

 – Słuchaj dalej.

 – Jak wysoki odejdzie... umizgniesz się do Puchaczki.

 – Ja! do tej starej czarownicy? wolałbym ją zaraz za łeb złapać.

 – W takim razie wszystko zgubisz...

 – Lecz cóż mam robić?

 – Puchaczka będzie się wściekać, że przez ciebie straciła dobrą gratkę; ułagodzisz ją, powiesz, że masz dobry interes i że jeżeli Bakałarz chciałby do tego należeć... możnaby dużo pieniędzy zarobić... i umówisz się z Puchaczką i Bakałarzem na jutro rano... rozumiesz?

 – Doskonale.

 – A dziś o dziesiątej wieczór przyjdź na róg Pól Elizejskich i Wdowiej alei, ja tam będę i umówimy się, co dalej robić...

 – Do pioruna! robisz ze mną, co sam chcesz...

 – Bakałarz i Puchaczka są w zmowie z mymi nieprzyjaciółmi... trzeba im zapłacić... a we dwóch damy im radę...

 – O! niezawodnie... to łotry, godni siebie... jestem gotów.

 – A jeżeli nam się uda, – dodał Rudolf tonem uroczystym, – to tak będziesz z tego dumny, jak wtedy, kiedyś uratował życie człowiekowi w czasie pożaru i tonącej kobiecie.

 Rudolf z Gualezą wsiedli do fiakra.

 

X. FOLWARK.

 

 Przez jakiś czas Gualeza nie śmiała przerywać milczenia.

 – O czemże myślisz? Zasmuciło cię spotkanie z Szurynerem? – rzekł Rudolf z uśmiechem.

 – Nie wiem... nie znam go prawie.

 – Precz ze smutkiem, moje dziecię! mieliśmy wesoło ten dzień przepędzić.

 – O! jam tak szczęśliwa! Już dawno nie wyjeżdżałam z Paryża! Co za piękne słońce!... Liście jeszcze na drzewach w listopadzie... to szczególne... w Paryżu tak prędko opadają... A tam gołębie... siadają na młynie...

 W miarę jak miłe sielskie obrazy rozwijały się przed dziewczyną, twarz jej się rozjaśniała. – Gdybym była mężczyzną, chciałabym być rolnikiem... Na cichej równinie iść za pługiem... patrzeć na dalekie lasy... zaśpiewać jaką smutną piosenkę, naprzykład o Genowefie Brabanckiej.

 – Zaśpiewasz mi ją na folwarku.

 – Czy dostaniemy tam mleka?

 – Co?!... najlepszej śmietanki i świeżych jaj.

 – Obejrzymy krowy w oborze... Nieprawdaż?

 – Pójdziemy wszędzie.

 – Ach, panie Rudolfie, nie mogę sobie jeszcze wierzyć. Co za dzień! – zawołała dziewczyna z radością. Potem, przypomniawszy sobie, że będzie musiała wrócić do brudnej izby, zalała się rzewnemi łzami.

 – Co ci jest? czego płaczesz?

 – Nic, nic. – Otarła łzy i dodała: – Nie zważaj pan na mój smutek...

 – Założyłbym się, że myślałaś o twoich różach?

 Powóz zbliżał się do Saint-Denis.

 – Co za piękna dzwonnica!

 – To dzwonnica pięknego kościoła Świętego Djonizego. Może chcesz go zobaczyć? każę stanąć.

 – Od czasu, jak jestem u teraźniejszej mojej gospodyni, nie śmiałam wejść do kościoła.

 – Bóg jest litościwy! Dlaczego boisz się modlić?

 – O! nie... dosyć już obrażam Pana Boga.

 Po chwili milczenia Rudolf zapytał Gualezę:

 – Czy kochałaś już kiedy?

 – Nigdy! Żeby kochać, trzeba być uczciwą... Ale nie, nie mówmy o tem.

 – Dobrze, mówmy o czem innem... Czy ci jaką przykrość zrobiłem?

 – Pan jesteś tak dobry dla mnie, że mi się chce płakać... Wziąłeś mnie na wieś, dla mojej przyjemności... Nie rychło zapomnę tak wielkie szczęście.

 – Szczęście rzadko się zdarza! Ja, jeżeli nie jestem szczęśliwy, przynajmniej często marzę o szczęściu. Chciałbym być bardzo bogaty; mieć powozy... żyć w wielkim świecie, codzień chodzić do teatru. A ty?

 – Ja nie żądam tak wiele. Bylebym miała czem zapłacić mojej gospodyni... trochę pieniędzy, schludny pokoik.

 – I dużo kwiatów w oknie?

 – O, koniecznie!...

 – Lecz kiedy żądać, to można sobie coś więcej pozwolić... pięknych sukien?...

 – Niekoniecznie.. Chcę tylko być wolną, mieszkać ma wsi, a nadewszystko.. umierać nie w szpitalu... To okropna myśl!... My biedni ludzie... Moja znajoma umarła w szpitalu... a ciało jej... oddano chirurgom!... – szepnęła ze strachem Gualeza.

 – Ach! to okropne!...

 – Daruj pan... Wieziesz mnie na wieś dla mojej przyjemności, a ja ciągle mówię o rzeczach tak smutnych, mój Boże, mimo mej woli. Nigdy nie byłam tak szczęśliwą jak dzisiaj, a jednak ciągle mam łzy w oczach... Ale się pewno za to gniewasz? Chcę być wesołą...

 – Nie zmuszaj się dla mnie, bądź wesołą, bądź smutną, jak ci się podoba...

 – I pan czasem jesteś smutny?

 – Bezwątpienia! moja przyszłość także niepewna... Nie mam ojca ani matki... Co w dzień zarobię, to wydaję.

 – Źle pan robisz, bardzo źle, – rzekła Gualeza z powagą – trzeba coś oszczędzać... Najczęściej nędza do złego przywodzi.

 – Prawda, prawda!

 – Trzeba zawsze pracować. Alboż to twoja praca tak ciężka, panie Rudolfie?... to rozrywka... malować wachlarze... Z trzech franków można bardzo porządnie żyć; oszczędzić więc dwa franki na dzień, sześćdziesiąt franków przez miesiąc... toć to ogromna suma!

 – Lecz tak milo włóczyć się, nic nie robić!

 – Fe! pan mówisz, jak dziecko!

 – Dobrze, poprawię się, moja ty nauczycielko... dajesz mi dobre rady...

 – Doprawdy? – zawołała dziewczyna, klaszcząc w ręce z radości. – Ale to nie wszystko... powiedziałabym panu... lecz nie śmiem.

 – Nie bój się, wszystko możesz powiedzieć.

 – Otóż... jak możesz chodzić do tak brudnych szynkowni?

 – Gdybym tam nie wszedł, nie byłbym dziś wyjechał z tobą za miasto. Jakkolwiek bądź, dobrze na tem wyszedłem, boś mi tak pożyteczne dała rady!

 

XI. ŻYCZENIA.

 

 Właśnie fiakr mijał wioskę Sarcelles. Rudolf kazał zwrócić ma prawo, a poza Villiers-le-Bel wziąć się na lewo.

 – A teraz, kiedy już obiecałem poprawę, możemy stawiać zamki na lodzie. To nic nie kosztuje, więc pozwolisz mi być rozrzutnym. Dajmy ma to więc, że ta droga prowadzi do wioski, oddalanej zupełnie oddalonej od traktu... Wioska stoi wśród ślicznych drzew na pochyłości niewielkiej góry.

 – A pod nią rzeka.

 – Tak właśnie... mała rzeczka... Na końcu wioski piękny folwark, otoczony ogrodem owocowym i klombami kwiatów.

 – Ale przy tym domu będą zielone okiennice...

 – Zgoda... niema nic piękniejszego nad zielone okiennice. Pani tego folwarku będzie twoją ciotką.

 – Ach, jakżebym ją kochała, – zawołała Gualeza składając ręce i podnosząc oczy do nieba z wyrazem najwyższego szczęścia. – O! będę ją kochać, będę jej pomagać w gospodarstwie, będę szyć, prać, chować owoce na zimę... Słucham dalej.

 – Na pierwszem piętrze twój pokój.

 – Mój pokój! co za szczęście! i jakiż jest mój pokój?

 – Ma dwa okna, z których widać ogród, łąkę, wieżę kościoła. Na łące pasie się kilka krów.

 – Ach! ślicznie! A między niemi jedna będzie moją ulubioną; przywiążę jej na szyi dzwonek na piękne i wstążce.

 – Tak, to biała krówka i będzie się nazywać Białoszką.

 – Co za piękne imię!

 – Ale skończmy twój pokój. Obicie w kwiaty. Róże i powój pną się po ścianach domu. Tylko rękę wyciągniesz, masz bukiet gotowy.

 – Jak pięknie mniesz malować, panie Rudolfie!

 – A teraz, co będziesz robiła przez cały dzień? Naprzód ciotka obudzi cię pocałunkiem i poda ci szklankę ciepłego mleka, bo masz słabe piersi. Wstaniesz, obejdziesz folwark, odwiedzisz Białoszkę, kury, gołębie, kwiaty... O dziewiątej przyjdzie nauczyciel kaligrafji.

 – Do mnie?

 – Tak jest... musisz przecież umieć czytać, pisać, rachować, żeby pomagać cioci w gospodarstwie. Po lekcji będziesz szyć. Około drugiej weźmiesz się do pisania, potem pójdziesz z ciotką, w lato do żniwiarzy, na jesieni zobaczyć jak orzą. Wracasz znużona koło siódmej. W kuchni pali się wielki ogień, ogrzejesz się tam i pomówisz z poczciwymi rolnikami. Potem pójdziesz: na obiad, na który czasem i poszciwego staruszka proboszcza zaprosicie. Potem będziesz czytać, a o dziesiątej powiesz cioci dobranoc i wrócisz do siebie. Nazajutrz znowu to samo...

 – O, tak sto lat można żyć i nie nudzić się.

 – To jeszcze nic; a niedziela! a święta! Wtenczas piękniej się ubierzesz, w ładną suknię, czepeczek do twarzy i z ciotką i służącym Jakóbem pojedziecie – małym powzikiem wysłuchać mszy. Potem pójdziesz gdzie na zabawę. Wszystka młodzież dobija się o taniec z tobą, boś ładna, przystojna, rozsądna, skromna... Nakoniec i tobie jeden bardziej się podoba... i...

 Rudolf, zdziwiony milczeniem Gualezy, spojrzał na nią.. Biedna z trudnością tłumiła łkania.

 – Co ci jest?

 – Ach! niechcący nadałeś mi pan straszną boleść. Już zaczynałam wierzyć w ten raj...

 – Ależ, moje dziecię, ten raj istnieje... Patrz, widzisz go przed sobą!... Fiakr, stój!

 Powóz się zatrzymał. Gualeza podniosła oczy i oniemiała. Wioska na pochyłości góry, folwark, łąka, krowy, rzeczka, w oddaleniu kościół wśród kasztanów; wszystko tam było, nawet biała krówka, przyszła faworyta Gualezy.

 – A co, czy umiem malować? – spytał Rudolf z uśmiechem.

 – Cóż to jest! Ale, mój Boże, to sen!...

 – I cóż dziwnego?... Gospodyni jest moją mamką... dziś rano dałem jej znać, że ją odwiedzimy... rysowałem z natury...

 – A... tak, – odpowiedziała Gualeza z głębokiem westchnieniem.

 

XII. FOLWARK.

 

 Folwark, dokąd Rudolf wiózł Gualezę, znajdował się na samym końcu wioski Bouqueval, nieznanej, leżącej w cichem ustroniu o dwie mile od miasteczka Ecouen. Powóz przebył aleję drzew wiśniowych i jabłoni i zatrzymał się przy małych wrotach, napół ukrytych pod gęstą latoroślą winną.

 – Jużeśmy stanęli na miejscu, – rzekł Rudolf.

 W folwarku oczekiwano zapewne Rudolfa, bo zaledwie woźnica otworzył drzwiczki pojazdu, wnet ukazała się na progu kobieta pięćdziesięcioletnia, w ubiorze, jaki zwykle noszą dostatnie gospodynie wiejskie z okolic Paryża i zbliżyła się z uszanowaniem do Rudolfa. Gualeza, zarumieniona, nie bez wahania wysiadła z powozu.

 – Jak się masz, moja dobra pani George? – rzekł Rudolf. – Widzisz, jak dotrzymuję słowa?

 I zapłaciwszy woźnicy, odprawił go do Paryża. Woźnica ten był niski, barczysty, a naciśnięty na oczy kapelusz i podniesiony kołnierz od płaszcza zupełnie mu twarz zakrywały; zaciął konie i szybko odjechał.

 – Po tej długiej drodze... odjeżdża nie zatrzymując się... Coby to znaczyło... pilno mu widać bardzo... – pomyślał Rudolf.

 Gualeza niespokojna, prawie przestraszona, zbliżyła się do niego i szepnęła pocichu:

 – Pan odesłałeś powóz... a moja gospodyni?... Muszę dziś wieczór do niej wrócić, inaczej posądziłaby mnie o kradzież...

 – Przebacz mi, moje dziecię, żem ci wcześniej nie powiedział, że już nic nikomu nie jesteś winna; zrzuć te brudne suknie... Dobra pani George da ci inne...

 – Jakto, już nie wrócę do Paryża?... Pani mi pozwoli zostać?... Nie... to za wiele szczęścia.

 – Szczęścia nigdy nie może być za wiele.

 – Ach! nie zwódź mnie, panie Rudolfie!

 – Wiesz mi, moje dziecię, – odpowiedział Rudolf z uczuciem i powagą, – tak jest... jeżeli chcesz, od dziś dnia możesz przy pani George prowadzić to spokojne życie, o którem marzyłaś.

 Gualeza załamała ręce; zdziwienie, radość, wdzięczność malowały się na jej twarzy.

 – Kto pan jesteś, panie Rudolfie? musisz być chyba aniołem, – zawołała ze łzami.

 – Moje dziecię, – odpowiedział Rudolf ze smutnym uśmiechem, – dużo cierpiałem i dlatego cierpiący mają we mnie opiekuna... Marjo! tak, zachowaj to imię... idź teraz z panią George. Przed odjazdem pomówię jeszcze z tobą, a potem odjadę szczęśliwy twojom szczęściem.

 Marja, niezdolna przemówić, zbliżyła się do Rudolfa i z wdziękiem przycisnąwszy do ust jego rękę, odeszła z panią George.

 

XIII. MURF I RUDOLF.

 

 Rudolf wyszedł na dziedziniec i spotkał tam człowieka, który wczoraj, przebrany za węglarza, uwiadomił go o przybyciu Toma i Sary. Nazywał się on Murf, mógł mieć lat pięćdziesiąt, był prawie zupełnie łysy, tylko na skroniach bieliło mu się trochę włosów; wyraz twarzy pozwalał domyślać się człowieka powolnego, dobrego a zarazem energicznego. Biała chustka na szyi, takaż kamizelka, surdut długi, czarny z szerokiemi połami. Ubiór i męska postawa przedstawiały typ drobnej szlachty angielskiej. Właśnie wkładał pistolet do bocznej kieszeni podróżnego płaszcza.

 – Na co ta broń? – spytał Rudolf.

 – To moja rzecz... Wasza Książęca Mość powinien zajmować się nie mojemi sprawami, ale swojemi własnemi.

 – Na kiedy zamówiłeś konie?

 – Przyjdą o zmroku, jak mi rozkazano.

 – Cóżto, w złym humorze jesteś?...

 – Bynajmniej... co mi do tego?... ale kiedykolwiek... kiedy książę nie możesz żyć bez niebezpieczeństw...

 – Mój kochany Murfie, źle się wybrałeś z kazaniem. Bo dziś jestem szczęśliwy, tak dumny... Czy można być szczęśliwszym, jak ja dzisiaj, kiedy ta nieszczęśliwa, otrzymawszy tu schronienie, z wdzięcznością pocałowała mnie w rękę?... Ale to niedość; szczęście to długo potrwa...

 – O! pani George, to szlachetna, cnotliwa kobieta; nikt nad nią nie jest godniejszy dobrodziejstwa... Lecz ta nowa wychowanka... Co tam... nie mówmy o tem...

 – Murf! – zawołał Rudolf z coraz większym gniewem, – wiesz, że lubię otwartość. Jeżeli obchodzę się z tobą poufale, to jedynie pod warunkiem zupełnej szczerości. Mów, coś chciał powiedzieć. Mów mi, w tej chwili.

 – Mości książę! mam pięćdziesiąt lat i jestem szlachcicem; nie wypadałoby tak do mnie mówić.

 – Milcz!

 – Książę! zmuszasz mnie do przypomnienia zasług!

 – Twoje zasługi? Alboż ci nie płacę za nic?

 Murf zaczerwienił się ze wstydu; lecz nagle, spojrzawszy z wyrazem boleści i oburzenia na twarz Rudolfa, wykrzywianą wyrazem pogardy, stłumił westchnienie, popatrzył na niego prawie z litością i rzekł:

 – Książę, przyjdź do siebie! straciłeś przytomność!...

 – Jak śmiesz!...

 Murf cofnął się i rzekł żywo, jakby mimowoli:

 – Książę! przypomnij sobie dzień 13 stycznia.

 Słowa te cudowny skutek wywarły na Rudolfa, spojrzał w oczy Murfowi, schylił głowę i po chwili milczenia wymówił zmienionym głosem:

 – O! ty jesteś okrutny!... sądziłem jednak... lecz ty jeszcze pamiętasz...

 Nie mógł dokończyć, głos zamarł mu w piersiach, upadł na kamienną ławkę i zakrył twarz rękoma.

 – Panie, – zawołał Murf w rozpaczy, – mój dobry panie, daruj mi, daruj twemu staremu Murfowi. Ale doprowadziłeś mnie do ostateczności... Przez litość daruj mi, żem ci przypomniał ten nieszczęsny dzień.

 – Dość, dość, stary przyjacielu; dziękuję ci; jednem słowem położyłeś granicę moim zapędom. Lecz cicho!... pani George z Marją nadchodzą...

 

XIV. POŻEGNANIE.

 

 Dzięki staraniom parni George, Marja zmieniła się do niepoznania. Rudolf nie powiedział jej, jak pięknie wygląda w nowym stroju; czuł całą uroczystość tej chwili w życiu Marji.

 – Moja córka przychodzi dziękować panu, – rzekła pani George, przedstawiając Marję Rudolfowi.

 – Dziękuję pani w jej imieniu; godna jest tkliwych pani względów i zawsze będzie na nie zasługiwać.

 – Panie Rudolfie, – odrzekła Marja drżącym głosem, – pojmujesz dobrze, że nie umiem ci wyrazić, co czuję...

 – Twoje wzruszenie dosyć mi powiada...

 – Wie ona dobrze, że jej teraźniejsze szczęście pochodzi od Boga, – rzekła pani George. – Skoro weszła do mego pokoju, padła na kolana przed krzyżem.

 – Bo teraz, dzięki panu Rudolfowi, będę mogła modlić się, – odpowiedziała Marja, spojrzawszy na swojego dobroczyńcę.

 Murf odwrócił się; jako prawdziwy Anglik, nie chciał dać poznać, jak głęboko rozrzewniły go te proste słowa Marji.

 – Mój przyjaciel Murf oprowadzi cię po folwarku. Za chwilę i my przyjdziemy do was. Murf! Cóż to, nie słyszysz? – rzekł Rudolf.

 Poczciwy anglik stał obrócony do ściany i niby z hałasem nos ucierał. Oddalił się tak szybko, że Marja prawie biec za mim musiała.

 – Cóż pani myślisz o Marji? – zapytał Rudolf.

 – Bardzo mi się podobała i już ją serdecznie polubiłam. Kiedy zapytałam, czy nie chciałby wiedzieć, kim jest jej tajemniczy opiekun, odpowiedziała mi z cudną prostotą: Wiem; mój dobroczyńca!

 – Będziesz ją więc pani kochać?

 – O! będę, tak się nią zajmę, jakbym się nim zajmowała, – odpowiedziała pani George rozdzierającym głosem.

 Rudolf wziął ją za rękę i rzekł:

 – Dotąd niceśmy nie odkryli, ale miejmy nadzieję...

 Pani George smutnie wstrząsnęła głową.

 – Mój syn miałby dziś dwadzieścia lat.

 – Chodziłem wczoraj szukać człowieka, zwanego Czerwonym Jankiem! on ma mieć wiadomość o synu pani, nie zastałem go w domu. Wychodząc od niego, spotkałem nieszczęśliwą Marję. Oddawna już wybierałem się w tamtę stronę miasta, pewny że potrafię wyrwać kilka dusz ze szponów szatana... lubię wydzierać mu smaczne kąski. A nie miałaś pani żadnej wiadomości z Tulonu?

 – Żadnej.

 – Tem lepiej!... zapewne utonął w czasie ucieczki. Bo inaczej... zbyt jest znany, żaby zdołał się ukrywać od sześciu miesięcy, jak uszedł z gal... Nie mógł domówić; lecz pani George z obłąkaniem prawie zawołała:

 – Dokończ pan: „z galer!...” Ojciec mego syna! Ach! jeżeli syn mój żyje i nie zmienił nazwiska, co za hańba! Czasem strach mnie zdejmie. Wyobrażam sobie, że udało się memu mężowi zbiec z Rochefort, że mnie szuka, że minie chce zabić, jak zabił może naszego syna.

 – Nie pojmuję, na co brał z sobą syna, kiedy przed piętnastu laty zamierzał uciec zagranicę. Dziecię mogło mu tylko być przeszkodą.

 – Alboż nie powiedział mi w więzieniu, po przytrzymaniu na granicy: „Wziąłem syna, bo go kochasz, bo będziesz mi dla niego przysyłać pieniądze, a ode mnie zależeć będzie dać mu je, lub nie. Jest w dobrem ręku; na ciebie spadnie hańba syna, jak już spadła hańba męża”.

 W miesiąc potem skazano go na dożywotnie więzienie na galerach. I darmo błagałam, nie chciał mi wskazać, gdzie jest mój syn.

 – Czy nie miał żadnych szczególnych znaków, po którychby go można poznać?

 – Włożyłam mu na szyję niebieski krzyżyk, na srebrnym łańcuszku; matka moja nosiła go i kazała mi nie rozstawać się z nim nigdy...

 – Co to za szkoda, żem wcześniej nie poznał pani może potrafiłbym oszczędzić ci wielu cierpień.

 – Czy i tak nie obsypałeś mnie dobrodziejstwami?

 – Jakiemi? Kupiłem ten folwark i dzięki twoim staraniom i skrzętności przynosi mi rocznie...

 – Przynosi panu? – przerwała pani George – przecież dzierżawę oddaję księdzu Laporte, a on ją podług pańskiej woli rozdaje na jałmużny.

 – Wszakże i