Siedem grzechów głównych - Eugène Sue - ebook

Siedem grzechów głównych ebook

Eugène Sue

0,0

Opis

Świetna powieść opowiadająca mająca za kanwę Siedem grzechów głównych, czyli pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, obżarstwo i pijaństwo, gniew oraz lenistwo, którym oddają się ludzie, nie bacząc na ich skutki. Jej autorem jest Marie-Joseph Sue, pseudonim Eugène Sue (1804-1857) – pisarz francuski, twórca powieści odcinkowej. Sławę przyniosły mu, publikowane początkowo w „Le Journal des débats”, sensacyjne powieści z życia najuboższej ludności Paryża, zawierające krytykę istniejącego systemu społecznego. (Za Wikipedią).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 2208

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Eugène Sue

 

Siedem grzechów głównych

POWIEŚĆ

 

przekład anonimowy

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji:

Eugenjusz Sue

Siedem grzechów głównych

Powieść

Wyd. Bibljoteka Rodzinna

Warszawa 1929

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-999-7

 

 

Siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, obżarstwo i pijaństwo, gniew, lenistwo.

 

TOM PIERWSZY

 

I.

 

 Komendant Bernard, rodowity Paryżanin, służąc w czasie cesarstwa w gwardji marynarki, a w czasie restauracji jako porucznik okrętowy, wkrótce po wypadkach roku 1830 służbę opuścił ze Stopniem kapitana fregaty.

 Okryty ranami, częstokroć wspominany chlubnie w rozkazach dziennych z tytułu niezwykłej waleczności w czasie wojny indyjskiej, a później uważany za jednego z najdzielniejszych wojowników podczas kampanji rosyjskiej, pan Bernard żył skromnie ze szczupłej pensji zaledwie wystarczającej na jego potrzeby, w małem mieszkaniu na jednej z najodludniejszych ulic nowego przedmieścia Batignolles w Paryżu.

 Stara gospodyni, którą nazywano panią Barbancon, od lat dziesięciu pozostawała w służbie komendanta Bernarda; a chociaż była bardzo wierna i przywiązana do niego, przecież nieraz zatruwała spokój jego życia.

 Poczciwa ta kobieta była despotycznego i burzliwego charakteru; było bowiem dla niej pewną przyjemnością, często przypominać swojemu panu, że dla służby u niego, wyrzekła się pewnego stanowiska w świecie.

 Powiedziawszy prawdę, pani Barbancon była przez dłuższy czas pomocnicą, a raczej uczennicą pewnej słynnej w swoim zawodzie akuszerki.

 Wspomnienie tego dawnego zatrudnienia było dla pani Barbancon niewyczerpanem źródłem rozmaitych tajemniczych opowieści; bardzo chętnie rozwodziła się nad przypadkiem jakiejś młodej zamaskowanej osoby, która przy pomocy akuszerki tajemnie wydała na świat śliczną dziewczynkę, którą potem pani Barbancon około dwóch lat pielęgnowała; później przybył jakiś nieznajomy, po odbiór dzecięcia.

 W cztery czy pięć lat po tem pamiętnem zdarzeniu, pan: Barbancon opuściła akuszerkę i podejmowała się obowiązków gospodyni lub pielęgniarki chorych.

 Właśnie w tym czasie komendant Bernard, któremu dawne rany otworzyły się i sprawiały dotkliwe boleści, potrzebował takiej osoby. Troskliwość pani Barbancon ujęła go tak dalece, że pierwszy uczynił jej propozycję, ażeby przyjęła służbę u niego.

 – Będzie to dla ciebie prawdziwy dom inwalidów, mamo Barbancon – rzekł do niej weteran – nie jestem ja bardzo zły, i będziemy spokojnie i zgadnie żyli z sobą.

 Pani Barbancon przystała jak najchętniej na tę propozycję, pozyskała zaufanie pana komendanta i powoli ze sługi zamieniła się w samowładną panią.

 Rzeczywiście, widząc, z jaką anielską cierpliwością znosił on tyranję swojej gospodyni, możnaby uważać starego marynarza raczej za jakiego spokojnego kapitalistę, nie za jednego z najodważniejszych żołnierzy cesarstwa. Komendant Bernard namiętnie lubił ogrodnictwo; główne swoje staranie obracał na pielęgnowanie małej altany, którą własnoręcznie urządził, i otoczył dzikiem winem, chmielem i powojem. W niej to najmilej przesiadywał po swoim skromnym obiadku, paląc fajkę, rozmyślając o odbytych kampanjach i dawnych towarzyszach broni. Altana ta stanowiła zarazem granicę posiadłości komendanta: gdyż pomimo szczupłości ogrodu, był on jednak podzielony na dwie części.

 Jedna część była poruczona staranności pani Barbancon, i celem jej był: pożytek; druga, której zarząd, weteran samemu sobie zostawił, poświęcona była przyjemności.

 Ścisłe odgraniczenie tych dwóch cząstek ziemi, było jak dawniej tak i teraz przyczyną cichej, ale zaciętej walki pomiędzy komendantem a jego gospodynią.

 Nigdy dwa ościenne kraje, które wszystkich sposobów próbują, ażeby rozszerzyć swoje granice kosztem sąsiada, nie użyły większej przebiegłości, zręczności i wytrwania w zniweczeniu lub wykonaniu swoich wzajemnych usiłowań, celem opanowania przyległego gruntu.

 Lecz wypada oddać sprawiedliwość komendantowi, gdyż tylko występował w obronie swoich praw. Nie pragnął on zdobyczy, chciał jedynie utrzymać pierwotne granice swej posiadłości, które zuchwała i nienasycona gospodyni częstokroć naruszała, wkradając się do nich z pietruszką, biedrzeńcem, cebulką, tymianem, tragankiem, malwą, rumiankiem i innemi ziołami, oraz starając się wszelkiemi sposobami rośliny te rozkrzewić kosztem róż, tulipanów i piwonij swego pana.

 Drugą przyczyną, która nieraz wywoływała żywe lecz śmieszne spory pomiędzy kapitanem i panią Barbancon, była nieubłagana nienawiść, jaką ta ostatnia okazywała Napoleonowi; nie mogła mu bowiem przebaczyć śmierci pewnego młodego gwardzisty, którego w młodości swej szalenie kochała.

 Ta zawzięta nienawiść ku cesarzowi, którego nazywała dumnym despotą, „wilkiem z Korsyki” i któremu zaledwie raczyła przyznawać pewne zdolności wojskowe, pobudzała oburzenie lub wesołość starego wojownika do najwyższego stopnia.

 Pomimo takiej rozbieżności przekonań politycznych, pomimo ciągłego i żywego sporu granicznego dwóch ogrodów, pani Barbancon była jednak zawsze przejęta troskliwością i uszanowaniem dla swego pana, i weteran dotkliwie byłby uczuł stratę swojej nieoszacowanej gospodyni, gdyby mu się z nią przyszło rozstać.

 Wiosna roku 1844 zbliżała się do końca, maj pokrył już wszystkie rośliny świetlną zielonością, była trzecia godzina po południu. Chociaż dzień był nadzwyczajnie ciepły i słońce paliło, jednak lekka woń zwilżonej trawy oraz bliskich krzaków bzu i czeremchy, świadczyły z jaką pieczołowitością komendant pielęgnował swój mały ogródek.

 Za pomocą konewek, które często napełniał w wielkiem naczyniu, Zakopanem w ziemię, skraplał spragnioną ziemię orzeźwiającą wodą i w bezstronnej wspaniałomyślności swojej nie żałował nawet kuchennym i lekarskim roślinom swojej gospodyni, dobrodziejstw swojej sztucznej rosy.

 W ogrodniczem ubraniu, składającem się z krótkiego, szarego, drelichowego kaftana i szerokiego słomianego kapelusza, spoczywał właśnie po dotychczasowem znużeniu, i siedząc w swojej altanie, która się już zaczynała pokrywać silnemi latoroślami chmielu i dzikiego wina, ocierał pot, który strumieniem spływał mu z łysego czoła; jego ogorzałe od słońca lica przedstawiały wyraz otwartości! i dobroci, lecz miały w sobie zarazem pewien charakter wojenny, z powodu gęstych wąsów, które również jak i krótko przycięte włosy, były już niemal zupełnie białe.

 Schowawszy do kieszeni niebieską kraciastą chustkę od nosa, weteran wziął ze stołu piankową fajkę, nałożył ją, zapalił i, usadowiwszy się wygodnie w obszernem krześle z trzciny, pogrążył się w spokajnem dumaniu, zachwycając się pogodą dnia wiosennego.

 Dokoła była cisza zupełna, tylko kiedy niekiedy odezwał się głos kosa lub urywany śpiew pani Barbancon, zbierającej w tej chwili pietruszkę i biedrzeniec, któremi zamierzała przyprawić sałatę do wieczerzy.

 Gdyby stary wojownik nie był obdarzony przez naturę żelaznemi nerwami, ten miły spokój jego wypoczynku były już nieraz boleśnie przerwany przez wiecznie powtarzającą się i jednotonną zwrotkę jego gospodyni, która, przypominając sobie odległą młodość swoją (wiążącą się zawsze ze wspomnieniem młodego żołnierza) miała upodobanie do jednej naiwnej piosnki ubiegłych czasów, pod tytułem: Pauvre Jacques.

 Na nieszczęście, gospodyni proste słowa tej piosnki, które tak słodki opiewały smutek, trawestowała w sposób najdziwniejszy; albowiem dwa ostatnie jej wiersze przemieniła na następujące, i te ciągle powtarzała:

 

Mais à présent que suis loin de toi,

Je manque de tout sur la terre.

 

 Ale, co głównie było odrażającem w tej piosnce śpiewanej fałszywym i jakby zakatarzonym głosem, to ów narzekający i smutny wyraz, z jakim pani Barbancon, melancholijnie potrząsając głową, powtarzała ten ostatni wierszyk:

 

Je mange de tout sur lia terre.

 

 Już od lat dziesięciu blisko, komendant Bernard z bohaterską odwagą znosił tę wiecznie powtarzaną zwrotkę; nigdy bowiem czcigodny marynarz nie zważał na prawdziwe znaczenie, jakie pani Barbancon temu śpiewowi nadawała.

 Tego dnia atoli, weteran zwrócił przypadkiem uwagę, na myśl piosnki i zdawało mu się, że jedzenie wszystkiego na ziemi, nie jest koniecznem następstwem boleści i smutku z czyjegoś oddalenia; przysłuchawszy się tedy jeszcze raz z uwagą śpiewowi swej gospodyni, zawołał kładąc fajkę na stole:

 – Do djabła! pani Barbancon, co ty tam za głupstwa wyśpiewujesz?

 Pani Barbancon podniosła się z ziemi i urażona odpowiedziała:

 – Śpiewam bardzo ładny romans... pod tytułem: Pauvre Jacques... mój panie... każdy ma swój gust... wolno panu uważać go za głupstwo jakieś... chociaż nie pierwszy raz słyszałeś pan to moje śpiewanie.

 – O! nie, zapewne, nie pierwszy raz! – odpowiedział komendant z westchnieniem niezasłużonego zarzutu.

 – Nauczyłam się tego pięknego romansu – rzekła gospodyni z serdecznem westchnieniem – w czasie... w czasie... ale, to już przeszło – dodała, ukrywając w głębi serca swojego niewygasłą boleść po stracie młodego żołnierza. – Śpiewałam jeszcze ten romans owej młodej zamaskowanej damie, która przybyła do nas w celu odbycia tajemnej słabości i która...

 – Dobrze, już dobrze, wolę raczej tego romansu posłuchać – zawołał weteran, przerywając pani Barbancon, gdyż lękał się opowiadania tej wiecznie powtarzanej historji – tak jest, wolę posłuchać romansu niż tej historji... nie będzie on pewnie tak długi, ale niech mnie djabli wezmą, jeżeli rozumiem co to ma znaczyć:

 

Mais à présent que je suis loin de toi,

Je mange de tout sur la terre.

 

 – Jakto, panie, pan tego nie rozumie?

 – Nie!

 – A przecież to rzecz tak prosta... ale wojskowi mają serce twarde.

 – Słuchaj, mamo Barbancon, pogadajmy rozsądnie. Więc to jakaś smutna ciocia w swojej zgryzocie, że ów pauvre Jacques (biedny Jakób) się oddalił, zaczyna wszystko zjadać na ziemi?

 – A nieinaczej, proszę pana, wszakże to każde dziecię może zrozumieć.

 – Prawda! prócz mnie jednego.

 – Co? pan tego nie rozumiesz... to nieszczęśliwe dziewczę jest tak zmartwione odjazdem biednego Jakóba, że je wszystko... wszystko na ziemi... wszystko... na nic nie zważając... biedna dziewczyna... onaby nawet truciznę, połknęła... tak jej się życie przykrzy... bo jest jakby odurzona... biedaczka... już nie wie, co robi... je wszystko, co jej wpadnie w ręce... i to pana nawet do łez nie pobudza... mój panie?

 Weteran wysłuchał z największą uwagą objaśnienia pani Barbancon, i wyznać musimy, że to tłumaczenie nie zdawało mu się zupełnie niedorzecznem, kiwnął tylko głową i powiedział:

 – Dobrze, rozumiem już teraz, ale powiedziawszy prawdę, to wszystkie romanse są strasznie naciągane.

 – Biedny Jakób! on naciągany! O! jakże można powiedzieć coś podobnego! – zawołała pani Barbancon z największą niechęcią z powodu tak śmiałego wyroku swego pana.

 – Każdy ma swój gust – odpowiedział weteran – ja przekładam nasze dawne piosnki okrętowe, wszakże one także są zrozumiałe, a nie tak wymuszone.

 I stary marynarz zaczął równie silnym jak fałszywym głosem śpiewać:

 

Pour aller à l’Orient pêcher des sardines...

Pour aller à l’Orient pêcher des harengs...

 

 – Mój panie! – zawołała pani Barbancon, przerywając swemu panu z pewnem zawstydzeniem i gniewem, gdyż znany jej był koniec tej śpiewki – pan zapominasz, że stoi przed panem kobieta.

 – Jakto! gdzie? – zapytał weteran ciekawie, wyciągając szyję dla wyjrzenia z altanki.

 – Zdaje mi się – odpowiedziała gospodyni z godnością – że pan nie potrzebujesz tak daleko wyglądać, wszakże stoi tu przed panem.

 – Patrzaj... wszakże to prawda, oh! moja pani Barbancon, ja zawsze zapominam, że to i pani należysz do płci pięknej, ale to nic nie szkodzi, ja zawsze wolę mój śpiew jak pani. Ten śpiew był zawsze w ustach wszystkich majaków na fregacie Armidzie, na którą ja, mając dopiero lat czternaście, wstąpiłem; później śpiewaliśmy go i na lądzie, kiedym był w gwardji cesarskiej marynarki... Ah! to to były piękne czasy! byłem wówczas młody.

 – Tak, i wtedy: Bu... o... naparte (musimy koniecznie w ten sposób pisać to nazwisko, ażeby jak można najdokładniej pokazać wzgardę i oburzenie z jakiem pani Barbancon wymawiała nazwisko tego wielkiego człowieka, który spowodował śmierć jej młodego żołnierza) tak, Bonaparte stał wtedy na waszem czele.

 – Dobrze mamo Barbancon, już ja wiem, co dalej będzie – rzekł stary marynarz z uśmiechem – wilk korsykański już niedaleko od nas. O, biedny cesarzu, jakże się z tobą obchodzą!

 – Tak panie, wasz cesarz był prawdziwym wilkiem... a gdyby jeszcze na tem był poprzestał!...

 – Jakto! więc on jeszcze był czemś gorszem, jak wilkiem?

 – Tak, tak, śmiej się pan, doprawdy, to aż zgroza człowieka bierze.

 – Cóż takiego?

 – Dobrze, ja panu powiem; Otóż kiedy wilk korsykański miał w Fontainebleau pewnego księcia w swojej mocy, wiesz pan, że on był tak niegodziwy, że skłonił tego księcia, wiesz pan do czego? ten wasz Bounaparte...

 – Nie, mamo Barbancon, daję ci słowo honoru, że nie wiem.

 – O! pan nie powiesz, że to nieprawda, bo słyszałam to od jednego żołnierza z młodej gwardji.

 – Który już teraż koniecznie do starej policzyć się musi; więc cóż tedy, słucham owej historji.

 – Otóż panie, wasz Buonaparte był tak niegodziwy, że dla upokorzenia owego księcia kazał go w paradnym ubiorze zaprząc do małego wózka króla Rzymskiego, potem sam wsiadł do niego i tak kazał się temu księciu ciągnąć przez cały park w Fontainebleau, ażeby w takim ekwipażu, cesarzowej Józefinie, która była taką dobrą i pobożną panią, zapowiedzieć rozwód.

 – Doprawdy, mamo Barbancon – rzekł stary marynarz, dusząc się niemal ze śmiechu – ten niegodziwy cesarz kazał się w wózku króla Rzymskiego ciągnąć księciu, ażeby w takim ekwipażu oznajmić królowej Józefinie o rozwodzie?

 – Tak panie, ażeby ją dręczyć, prześladować tę ukochaną księżnę. Albo i to... może pan o tem nie wiesz, że on zawsze w wielki piątek zmuszał ją do jedzenia szynki w obecności owego szkaradnego mameluka Rustana; tego dnia zwykle księża usługiwali jej do stołu dlatego tylko, ażeby przez to upokorzyć duchowieństwo, ten bezecny Rustan chełpliwie opowiadał o swojem muzułmańskiem życiu, o swoim seraju, i o swoich bezwstydnych bajaderach, tak, że ci biedni księża czerwienili się ze wstydu jak raki. Doprawdy, panie, ja w tem wszystkiem nie widzę nic śmiesznego; przecież to wówczas każdy o tem wiedział, tak dalece, że nawet...

 Na – nieszczęście, gospodyni nie mogła już dalej opowiadać; jej okropne antibuonapartystowskie obwinienia zostały przerwane mocnym brzękiem dzwonka, który ją śpiesznie powołał do drzwi.

 Zanim nową osobę, to jest Oliwiera Raimond, siostrzeńca komendanta Bernarda wprowadzimy na scenę, zdaje nam się rzeczą niezbędną podać pierwej niektóre objaśnienia.

 Siostra naszego weterana zaślubiła pewnego pisarza z ministerjum spraw wewnętrznych; w kilka lat potem mąż jej umarł, pozostawiwszy wdowę i ośmioletniego syna. Przyjaciele zmarłego wyjednali synowi przez swoje wpływy stypendjum w jednem z kolegjów paryskich. Wdowa, która nie miała ani majątku, ani też prawa do pensji, pracą rąk własnych zarabiała na swe utrzymanie. Po kilku latach smutnego i ubogiego życia, syn jej pozostał zupełną sierotą, nie mając żadnych krewnych prócz wuja Bernarda, który wtedy był porucznikiem i na jednej ze stacyj morza południowego dowodził goelettą francuską.

 Kiedy Stary żeglarz powrócił do kraju, ażeby opuścić służbę, siostrzeniec jego był właśnie na ostatnim kursie filozofji... Lubo Oliwier nie odznaczał się nadzwyczajnym genjuszem w uniwersytecie, korzystał przecież, z bezpłatnej edukaaji, która na nieszczęście, nie zabezpieczywszy mu środków praktycznego wychowania, jak to powszechnie się dzieje, przy wyjściu ze szkoły nie zapewniała mu żadnej rękojmi dalszych widoków w przyszłości.

 Komendant Bernard, zastanawiając się długo nad przykrem położeniem siostrzeńca, którego szczerze kochał i widząc się w niemożności przyniesienia mu skutecznej pomocy, gdyż pensja jego była zbyt szczupła, nareszcie powiedział do Oliwiera:

 – Mój biedny chłopcze... tylko jeden pozostaje nam środek. Jesteś silny, odważny, przezorny, odebrałeś wychowanie, którem wyższy jesteś od niejednego z tych młodych ludzi, których los prowadzi do wojska; zaciąg czeka cię w roku przyszłym, przybliż sobie termin i zostań żołnierzem; w takim razie będzie ci przynajmniej służył wybór broni... biją się teraz w Afryce; za pięć lub sześć lat możesz zastać oficerem... a to zapewni ci już jakąś pozycję... Jeżeli jednak, moje kochane dziecię, czujesz wstręt do wojskowości, to pomyślimy o czem innem. Będziemy żyli z mojego tysiąca franków pensji, dopóki się gdzie nie zaczepisz... Nie proponuję ci służby w marynarce, bo to już za późno; trzeba się za młodu przyzwyczaić do tego zupełnie odrębnego i ciężkiego życia, inaczej bowiem człowiek nigdy nie będzie dobrym marynarzem... Teraz wybieraj.

 Wybór Oliwiera trwał niedługo. W trzy miesiące zaciągnął się do wojska, z warunkiem wpisania się do strzelców afrykańskich. Po upływie jednego roku był furjerem: w dwa lata potem odznaczył się i został ozdobiony krzyżem, w następnym roku został już starszym wachmistrzem.

 Na nieszczęście Oliwier dostał jedną z tych uporczywych chorób febrycznych, które tylko klimat europejski może uleczyć i dla tego musiał opuścić Afrykę, gdzie spodziewał się pozyskać szlify oficerskie; ciężko chory, odesłany do Francji, gdzie po wyzdrowieniu, wcielony został do pułku huzarów. Wysłużywszy osiemnaście miesięcy w tym pułku, następnie przybył do Paryża za urlopem, dla przepędzenia wolnego czasu ze swoim wujem.

 Mieszkanie starego marynarza składało się z małej kuchenki, do której przytykał pokoik pani Barbancon, przedpokoju, który zarazem był izbą jadalną i jednego pokoju, w którym sypiali komendant i jego siostrzeniec. Że zaś ostatni znał szczupłość środków weterana, przeto powodowany delikatnością, nie chciał pozostać bezczynnym; pisał on bardzo pięknie, a jako furjer nabył znacznej wprawy w rachunkach, dlatego też kilku kupców z przedmieścia Batignolles powierzyło mu prowadzenie swych ksiąg rachunkowych. Nie chcąc być ciężarem dla weterana, młody podoficer (porozumiawszy się tajemnie z podskarbim swego wuja, panią Barbancon) dokładał co miesiąc 80 franków do pensji pana Bernarda, swój szczupły zarobek, i obok tego częste jeszcze sprawiał mu niespodzianki, które cieszyły ale i smuciły zarazem poczciwego weterana, który wiedział jak troskliwie Oliwier pracował, ażeby choć niewielki znaleźć sobie zarobek.

 Oliwier był wykształcony i wesoły; przyzwyczajony od dzieciństwa, najprzód jako sierota, potem jako stypendysta, a nareszcie jako żołnierz afrykański do wszelkiego niedostatku, był odważnym, wytrwałym, szczerym i łagodnym; lecz przy tem wszystkiem jednę posiadał wadę, jeżeli to wadą nazwać można, to jest nadzwyczajnie był drażliwy we wszystkich sprawach pieniężnych, choćby one były nawet najdrobniejsze; będąc jeszcze prostym i ubogim żołnierzem, posuwał skrupulatność swoją tak daleko, że nawet najskromniejsze zaproszenie swoich towarzyszy odrzucał, jeżeli nie był w stanie zrewanżować się. Ponieważ z początku szydzono z tej jego skrupulatności, i uważano ją za pewną przesadę, przeto wynikły stąd dwa pojedynki, w których Oliwier odniósł zwycięstwo. Odtąd też więcej już ceniono tę niezwykłą cechę charakteru młodego żołnierza.

 Zresztą Oliwier na wszystkiem przestawał, gotowym będąc do wszystkiego, a wesołością swoją i humorem ożywiał nadzwyczajnie domowe życie swego wuja.

 W chwilach wolniejszych od zatrudnień kształcił podoficer gust swój i umysł czytaniem znakomitszych pisarzy, albo też kopał, skraplał i pomagał swemu wujowi w ogrodzie; potem obaj palili fajkę, rozmawiając o wojnie i podróżach; niekiedy także Oliwier, przywołując sobie na pamięć wszystkie wiadomości kucharskie nabyte w afrykańskich biwakach, uczył panią Barbancon smażenia kotletów baranich lub pieczenia placków jęczmiennych, którym to lekcjom gastronomicznym towarzyszyły zwykle rozmaite figle i żarciki o Buonapartym, drażniące umysł obraźliwej gospodyni. Wprawdzie odpłacała ona Oliwierowi podobnąż monetą, ale kochała go za to bardzo. Słowem, obecność młodego podoficera wywierała tak szczęśliwy wpływ na jednostajne życie weterana i jego gospodyni, że myśl o kończącym się dwumiesięcznym urlopie Oliwiera, napełniała oboje prawdziwym żalem.

 A więc pani Barbancon pośpieszyła do drzwi, przy których dzwoniono i otworzyła je przybywającemu siostrzeńcowi weterana.

 

II.

 

 Oliwier Raimond, mniej więcej dwudziestoczteroletni młodzian, miał rysy ujmujące i pełne wyrazu; krótka kurtka huzarska z białego sukna (od której pięknie odbijała, się czerwona wstążka orderowa), obszyta żółtym sznurkiem wełnianym, tudzież jasnoszafirowe spodnie, okrywały ciało i uwydatniały jego wysmukłą i piękną postać; nadto, mały, także jasno szafirowy kaszkiet huzarski, wsadzony nieco na bakier, okrywał włosy ciemne równie jak wąsy faworyty; a wszystko to nadawało jego osobie jakąś cechę wojskowej zalotności; tego dnia atoli Oliwier za miast pałasza trzymał pod lewą pachą duży zwój papierów a w prawej ręce sporą paczkę piór do pisania.

 Młody podoficer porzucił te narzędzia spokojnych swoich zatrudnień i zawołał wesoło:

 – Dzień dobry, mamo Barbancon.

 I odważył się uściskać kościstą kibić gospodyni w swoich dziesięciu palcach.

 – Dajże mi już pan spokój, swawolniku jakiś.

 – Jakto, przecież ja dopiero zaczynam, ej, mamo Barbancon, koniecznie muszę cię uwieść.

 – Mnie uwieść... mnie?

 – Koniecznie, musi to nastąpić, zniewolony jestem do tego.

 – A to dlaczego?

 – Ażebyś mi wyświadczyła jednę grzeczność, łaskę.

 – No, słucham pana. cóż takiego?

 – Najprzód, gdizie jest wuj?

 – W altanie, fajkę pali.

 – Dobrze. Poczekaj tu na mnie, mamo Barbancon przygotuj się usłyszeć coś nadzwyczajnego.

 – Coś nadzwyczajnego? mówże pan... słucham, panie Oliwier.

 – Tak jest... coś nadzwyczajnego... coś niesłychanego.

 – Nadzwyczajnego, niesłychanego – powtórzyła Barbancon ze zdumieniem, patrząc za młodym wojskowym, odchodzącym do altany.

 – Dzień dobry, mój synu, nie spodziewałem się zobaczyć cię tak wcześnie – zawołał marynarz z radością, podając siostrzeńcowi rękę – tak rychło wracasz... tem lepiej... tem lepiej...

 – Tem lepiej, tem lepiej – powtórzył Oliwier wesoło. – Przeciwnie, bo nie wiesz, mój wuju, co ci zagraża?

 – Co takiego?

 – Oto mój wuju kochany, odwagi!

 – Ah! skończże już, szaleńcze jakiś.

 – Zamknij oczy, i marsz naprzód!

 – Naprzód? gdzie? przeciw komu? Przeciw mamie Barbancon, mój kochany wujaszku

 – Poco?

 – Ażeby jej oznajmić... żem zaprosił kogoś na obiad Ach! do djabla! – zawołał weteran. I cofnął s:ę parę kroków do swojej altany, z której już był wyszedł na próg.

 – Dzisiaj... na obiad – mówił dalej podoficer.

 – Ah! do stu piorunów! – powtórzył marynarz. I tym razem jeszcze dalej się cofnął.

 – A przy tem wszystkiem – dodał Oliwier, moim gościem... jest jeden książę!

 – Książę! zginęliśmy! – zawołał weteran. I zrejterował do najodleglejszego kąta altany, w którym, jak w twierdzy jakiej, bronić się zamierzał. – Niech mnie djabeł weźmie, jeżeli się podejmę oznajmić twoje zaprosiny mamie Barbancon.

 – Cóż to, mój wuju? marynarka się cofa?

 – Jest to napaść, bitwa przedniej straży, to należy do lekkiej jazdy. Nie darmo jesteś huzarem, mój chłopcze. Naprzód! marsz! pierwsza zdobycz twojem powinna być dziełem, tyś furażer. Oto właśnie idzie pani Barbancon, jest tam na dole, widzisz ją?

 – Widzę, tam koło wody, która należy do twoich żywiołów, do przedsięwzięć morskich. Dalej mój wuju, dalej naprzód!

 – Ah! mój Boże! ona tu idzie, patrz, już jest – wołał weteran, Widząc zbliżającą się gospodynię, którą kilka słów Oliwiera pobudziło do ciekawości i która rzeczywiście zbliżała się do nich w nadziei, że się czegoś więcej dowie.

 – Mój wuju – rzekł młody żołnierz stanowczo, kiedy pani Barbancon zbliżała się do drzwi altany – odwrót jest zupełnie niemożliwy, gość mój przyjdzie najpóźniej za godzinę, musimy zwyciężyć lub umrzeć, z głodu... my i nasz gość, którego nazwisko muszę ci przynajmniej powiedzieć; jest to książę de Senneterre.

 – Nie mnie powiadaj, nieszczęsny chłopcze! – zawołał komendant – ale mamie Barbancon, wszakże stoi oto przed tobą...

 Kiedy gospodyni zbliżyła się zupełnie, rzekł Oliwier:

 – Mamo Barbancon, mój wuj ma pani coś powiedzieć.

 – Ja? niech mnie djabli wezmą, jeżeli to prawdą – zawołał weteran, obcierając kraciastą chustką pot z czoła – ty masz się z nią rozmówić!

 – Śmiało, mój wuju, mama Barbancon nie jest tak straszna jak się wydaje; przyznaj się dobrowolnie.

 – To twoja rzecz, mój chłopcze, sam sobie powinieneś radzić.

 Gospodyni spoglądała niespokojnie to na wuja, to na jego siostrzeńca; nareszcie rzekła do swego pana:

 – O cóż to idzie, mój panie?

 – Zapytaj się pani Oliwiera. Co do mnie, mnie to nic nie obchodzi, jam temu wcale nie winien.

 – Dobrze więc! oto moja pani Barbancon – rzekł młody żołnierz odważnie – zamiast dwóch nakryć do naszego obiadu, musisz pani trzy położyć! To cała historja!

 – Jakto! trzy nakrycia! panie Oliwier, dlaczego trzy?

 – Ponieważ zaprosiłem na obiad mojego dawnego towarzysza broni.

 – Jezu Chryste! dobry Boże! – zawołała gospodyni z większym przestrachem jak gniewem, i wzniosła oczy ku niebu – gość dzisiaj, a przecież to nie jest dzień, w którym miewamy świeże potrawy, dziś mamy tylko zupę cebulaną, resztki wołowiny od wczoraj z kwaśnym sosem i sałatę.

 – A więc! czegóż chcesz więcej, mamo Barbancon? – rzekł Oliwier wesoło i radośnie, gdyż zdawało mu się, że znajdzie gospodynię daleko uporczywszą. – Zupa z cebuli, zrobiona przez panią, to uczta niebiańska, a mój towarzysz Gerald będzie zajadał jak jaki król. Uważaj pan, mamo Barbancon, ja nie powiedziałem wcale, jak cesarz!

 Ta lekka przymówka do antibonapartystowskich mniemań pani Barbancon nie zwróciła jej uwagi na siebie W tej chwili nieubłagana kochanka młodego żołnierza z gwardji cesarskiej znikła przed powagą gospodyni domu. Przeto pani Barbancon rzekła głosem bolesnego wyrzutu:

 – Czemużeś pan innego dnia nie wybrał, panie Oliwierze! wszakże to rzecz tak łatwa! nie lepiej, żeby było kiedy mamy wszystko świeże na stole?

 – Nie ja wybrałem dzień dzisiejszy, mamo Barbancon, ale mój towarzysz.

 – Ale, panie Oliwierze, przecież to w towarzystwie mówi się bez ceremonij. Nie przychodź pan dzisiaj, ale jutro, będziemy mieli świeży obiad. Toć to sprawa nie z książętami ani z panami.

 Oliwier miał już ochotę posunąć trwogę gospodyni aż do najwyższego stopnia i powiedzieć jej, że to właśnie książę pewien przyjdzie skosztować jej kwaśnego sosu; ale ponieważ nie chciał wystawiać miłości własnej pan. Barbancon na tak ciężką próbę, przeto powiedział tylko:

 – Nieszczęście już się stało, mamo Barbancon, proszę panią, ażebyś na mnie przed moim dawnym towarzyszem z Afryki nie wymyślała zbytecznie.

 – Ah! mój Boże! jakże możesz się pan tego obawiać, panie Oliwierze? Ja miałabym na pana wymyślać, ja? przeciwnie, życzyłabym sobie tylko, ażeby...

 – Już jest późno – rzekł Oliwier, przerywając dalsze narzekania – mój przyjaciel przybędzie głodny jak prawdziwy żołnierz, a więc, mamo Barbamcom, zmiłuj się nad nami!

 – Ah! to prawda – dodała gospodyni – nie mam ani chwili czasu do stracenia. – I poczciwa kobieta oddaliła się spiesznie, powtarzając jeszcze swoje użalenie: Że też to nie wybrał dnia, w którym mamy świeże jedzenie!

 – Ah! – zawołał weteran, kiedy gospodyni już odeszła – oddycham nareszcie. Dzięki Bogu! lepiej przyjęła, aniżelim się spodziewał. Tyś ją oczarował. Ale teraz na mnie kolej, mój chłopcze! Nie mógłżeś mnie wcześniej uwiadomić, ażeby twój przyjaciel przynajmniej trochę lepszy mógł znaleźć obiad? Zapraszasz go niespodzianie, ni stąd ni z owąd, i to jeszcze książę jakiś. Ale powiedzże mi, skąd u djabła pomiędzy strzelcami w Afryce znalazłeś sobie księcia za towarzysza?

 – Oto cała historja w kilku zawierająca się sławach, mój wuju; skoro ci ją tylko opowiem przekonany jestem, że zaraz polubisz mojego przyjaciela Geralda, gdyż mało jest ludzi podobnych do niego, ręczę za to wujowi. On i ja byliśmy kolegami szkolnymi w kolegjum Ludwika Wielkiego.Ja oddalam się do Afryki, w sześć miesięcy potem, kogoż widzę przybywającego do kwatery głównej? (byliśmy wtedy w Oranie) mojego przyjaciela Geralda w kurtce i rajtuzach.

 – Prostego żołnierza?

 – Prostego żołnierza.

 – Co u djabła! tak znakomity i zapewne bogaty pan? i nie wstąpił do St. Cyr?

 – Nie, mój wuju.

 – Więc to był tylko kaprys? nic więcej jak wybryk?

 – Nie, mój wuju – rzeki Oliwier głosem uroczystym – przeciwnie, postępek Geralda był obmyślony z całą rozwagą; rzeczywiście, jest on bardzo znakomitym panem z urodzenia, ponieważ, jakem to już powiedział, jest księciem de Senneterre.

 – Tak, nazwisko to często napotykamy w dziejach Francji – odpowiedział stary marynarz.

 – Szlachetność rodziny Senneterre nietylko jest dawna, ale nawet i wsławiona, mój wuju; lecz familja Geralda utraciła większą część ogromnego majątku jaki dawniej posiadała; pozostało tylko, jak mi się zdaje, około czterdziestu tysięcy renty. Jest to wiele dla każdego innego, ale mało dla osób, jak to mówią, wyższego urodzenia, a oprócz tego Gerald ma dwie siostry na wydaniu.

 – Ale, powiedzże mi, jak i dlaczego twój młody książę został żołnierzem?

 – Najprzód, musi wuj o tem wiedzieć, że ten dzielny chłopak jest bardzo oryginalny i nieraz rozmaite przychodzą mu myśli. Tak, kiedy Gerald po wyjściu swojem z kolegjum zbliżał się do wieku popisowego, ojciec jego (który żył jeszcze wtedy), oznajmił mu, że zamierza złożyć za niego opłatę, ażeby go w każdym razie uwolnić od wojska. Czy wuj się domyśli, co ten dziwny chłopiec na to powiedział?

 – Słucham, cóż takiego?

 – Mój ojcze kochany, rzekł Gerald, jest pewien dług, który każdy człowiek z sercem swojemu krajowi uiścić powinien, jest to dług krwi, zwłaszcza, jeżeli kraj rodzinny prowadzi jaką wojnę. Uważam zatem za nieszlachetność, jeśli kto zapomocą pieniędzy pragnie uniknąć niebezpieczeństw wojny i kupuje za siebie innego jakiego biedaka i odrywa go od jego roli lub zatrudnień, ażeby się za niego narażał na niebezpieczeństwo, lub za niego zginął. Kupować za siebie innego człowieka, Znaczy toż samo, przebacz mi, mój ojcze, to wyrażenie, co kupić sobie patent nikczemnika. A ponieważ niebardzo wzdycham za takim patentem, preeto zostanę żołnierzem, jeżeli wyciągnę zły numer.

 – Ah! doprawdy! wiesz, podoba mi się już twój młody książę! – zawołał weteran.

 – A co? mój wuju, to mi się nazywa być dzielnym – dodał Oliwier z wyrazem przyjacielskiej dumy. – Lubo takie postanowienie wydawało się dziwacznem ojcu Gerallda, nie darmo przecież był szlachcicem, ażeby mu się opierać. Los trafił na Geralda, i tak, przybył jako prosty żołnierz do strzelców afrykańskich; oprzątał swego konia, pełnił swoją służbę i w polu i w kuchni jak każdy inny i bezspornie szedł do kozy, jeżeli się kiedy spóźnił; słowem, nie było lepszego żołnierza w jego plutonie.

 – A przytem waleczny jak mało? nieprawdaż? – zapytał weteran, którego zajęcie coraz bardziej wyrastało.

 – Odważny jak lew, a tak żywy, tak wesół, tak pociągający w natarciu, że waleczność jego w całym szwadronie męstwo podniecała.

 – Ale przy swojem nazwisku, przy swoich protekcjach musiał zapewne wkrótce zostać oficerem?

 – Byłby nim zapewne został, chociaż niebardzo dbał o to, gdyż skoroby tylko wysłużył lata, skoroby tylko dług swój uiścił, jak zwykle mawiał, zamierzał wrócić do Paryża, który namiętnie lubił, ażeby w nim spędzić resztę życia.

 – Twój młody książę jest dzielny, ale dziwaczny chłopak.

 – Po trzech latach służby – mówił dalej Oliwier – Gerald został, jak ja, wachmistrzem; zuchwale uderzył na orszak czerwonej jazdy, i kula zgruchotała mu ramię; na szczęście, zdołałem go wyratować, i prawie umierającego przywieźć na moim koniu do obozu. Lecz rana Geralda tak była szkodliwa, że mu dano dymisję; wtedy wyszedł ze służby i powrócił do Paryża, ażeby już w nim pozostać. Znając się jeszcze w szkole, zaprzyjaźniliśmy się szczerze w pułku. Zawsze pisywaliśmy do siebie; spodziewałem się zobaczyć go zaraz za mojem przybyciem, lecz dowiedziałem się, że właśnie popłynął do Anglji. Dziś rano, idąc bulwarkiem de Monceaux, usłyszałem niespodzianie, że ktoś z całego gardła woła za mną; obracam się, i widzę Geralda wyskakującego z pięknego kabrjoletu, i spieszącego do mnie; uścisnęliśmy się serdecznie – dodał Oliwier z lekkiem wzruszeniem – na honor uścisnęliśmy się, jak dwaj przyjaciele w wojnie, po niebezpiecznej bitwie ściskać się zwykli... wuj to zna bardzo dobrze... nieprawdaż?

 – Ty mnie o to pytasz?

 – Musimy dzisiaj obiad zjeść razem i cały wieczór z sobą przepędzić – rzekł do mnie Gerald, gdzie mieszkasz? U mojego wuja. (Nieraz opowiadałem mu o tobie, i kocha cię, mój wuju, tak niemal jak ja, rzekł Oliwier, podając rękę weteranowi). Dobrze! więc przyjdę do was na obiad, odpowiedział Gerald, czy zgoda? Przedstawisz mnie twojemu wujowi, mam ci tysiąc rzeczy opowiedzieć. Ponieważ wiem jak prostym i poczciwym chłopcem jest mój Gerald, przyjąłem jego propozycję, ale zapowiedziałem mu zgóry, że moje zatrudnienie zniewala mnie opuścić go o godzinie siódmej, właśnie, jak gdybym był jakim pismakiem sądowym – rzekł Oliwier wesoło – albo jak gdybym miał służbę.

 – Dzielny z ciebie chłopiec! – rzekł komendant do Oliwiera.

 – Cieszę się bardzo, mój wuju, że ci będę mógł przedstawić Geralda, gdyż jestem przekonany, że się z nim prędko zaznajomisz, a zresztą – dodał młody żołnierz rumieniąc się nieco – Gerald jest bogaty, ja biedny; on zna mają skrupulatność i ponieważ wie, że nie mógłbym u jakiego dobrego restauratora obiadów zamawiać, przeto wolał do nas się zaprosić.

 – Rozumiem to – rzekł weteran – i twój młody książę dowodzi przez to, że ma tkliwe i dobre serce. Byle mu tylko kwaśny sos mamy Barbancon żołądka nie zepsuł – dodał komendant wesoło.

 Zaledwie domówił te słowa, odezwał się znowu dzwonek przed drzwiami.

 Jakoż wkrótce wuj i siostrzeniec jego ujrzeli Geralda księcia de Senneterre, wchodzącego w aleję ich szczupłego ogrodu.

 Pani Barbancon z postawą zakłopotaną i fartuchem kuchennym u pasa, postępowała przed niespodziewanym gościem.

 

III.

 Książę de Senneterre, młody człowiek, prawie w tymże samym wieku co Oliwier Raimond, miał uderzającą powierzchowność, rysy bardzo przyjemne, włosy i wąsy czarne, piękne, łagodne, niebieskie oczy; ubrany był starannie, lecz z prostotą.

 – Mój wuju – rzekł Oliwier do starego marynarza – przedstawiając mu księcia de Senneterre – oto jest Gerald, mój najlepszy przyjaciel, o którym ci mówiłem.

 – Cieszy mnie to serdecznie, widzieć pana w moim domu – rzekł weteran prostodusznie lecz szczerze, i podał rękę przyjacielowi swego siostrzeńca.

 – A ja, mój komendancie – odpowiedział Gerald z pewnem hierarchicznem uszanowaniem, do którego w życiu wojskowem się przyzwyczaił – ja szczęśliwy jestem, że mogę rękę pańską uścisnąć; znam pana ojcowską dobroć dla Oliwiera, a ponieważ poczęści jestem jego bratem, przeto łatwo pan pojmiesz, jak wysoko pańską dobroć dla niego cenić potrafię.

 – Moi panowie, gdzie wolicie jeść obiad, w domu, czy też tutaj w altanie, jak zwykle, kiedy jest piękna pogoda? – zapytała pani Barbancon.

 – Będziemy jedli w altanie, kochania pani Barbancon, jeżeli komendant pozwoli – rzekł Gerald, – pogoda cudna, na świeżem powietrzu będzie nam bardzo przyjemnie.

 – To pan mnie znasz? – zawołała gospodyni, spoglądając ze zdziwieniem to na Oliwiera, to na księcia de Senneterre.

 – Czy cię znam, pani Barbancon – odpowiedział Gerald wesoło – ileż to razy opowiadał mi Oliwier o pani; nawet nieraz pokłóciliśmy się o panią. Czy pani uwierzysz temu?

 – O mnie?

 – Nieinaczej, ten szatan Oliwier jest zapamiętałym Bonapartystą, i nigdy nie mógł tego darować pani, jeżeliśmy powstawali na tego bezecnego tyrana, ja stawałem z pani strony, bo i ja nienawidzę tego tyrana – dodał Gerald głosem tragicznym – tego zbrodniarza, tego wilka korsykańskiego!

 – Wilk korsykański! O! więc pan jesteś naszym przyjacielem, dobrze, podaj mi pan rękę. Tak! my stworzeni jesteśmy dlatego, ażeby się wzajemnie rozumieć – zawołała gospodyni z postawą triumfującą. I podała Geraldowi swą kościstą rękę; ten odpowiedział spiesznie na jej uściśnienie i rzekł z uśmiechem do starego marynarza:

 – Na honor, mój komendancie, miej się na ostrożności, i ty także, Oliwierze, strzeż się. Macie teraz silnych przeciwników.

 Pani Barbancon była sama jedna przeciw wam obu, ale teraz znalazła we mnie potężnego sprzymierzeńca.

 – Ale, tymczasem, mamo Barbancon! – rzekł Oliwier, spiesząc na pomoc swemu przyjacielowi, gdyż gospodyni zamierzała go już wyłącznie dla siebie zagarnąć. – Gerald umiera z głodu; pani o tem wcale nie myślisz. Dalej, dalej, ja przyniosę stół i pomogę nawet nakryć.

 – To prawda, zapomniałam o obiedzie – i odchodząc spiesznie do kuchni, rzekła do siostrzeńca swego pana: – Czy mi pan pomożesz, panie Oliwierze?

 – Idę zaraz – odpwiedział młody podoficer.

 – O! mój kochany – zawołał Gerald – czy myślisz, że ja ci pozwolę kręcić się samemu? – Potem zwrócił się do starego żeglarza: – Czy komendant pozwali? Ja nie robię żadnych ceremonij; kiedyśmy byli podoficerami, nieraz nakrywaliśmy stoły dla naszych kolegów; zobaczysz pan teraz, że niebardzo jestem niezgrabny.

 Z trudnością przyszłoby opisać, jak wesoło, a przytem jak naturalnie i przyzwoicie Gerald pomagał swojemu dawnemu towarzyszowi broni nakrywać do stołu w altanie, wszystko to odbyło się tak prosto, tak wesoło, że możnaby mniemać, iż młody książę dłużej jeszcze, jak jego przyjaciel, żył w mierności graniczącej niemal z ubóstwem.

 Rozumie się samo z siebie, że podczas tej wesołej uczty, stary marynarz, delikatnie wezwany przez Geralda, zaczął opowiadać swoje kampanje; następnie gdy już uiszczono dług szacunku, należnego wiekowi weterana, obaj młodzieńcy zaczęli wywoływać rozmaite wspomnienia ze swego szkolnego i żołnierskiego życia.

 Zanim przystąpimy do dalszego opowiadania, opiszemy najprzód położenie altany; opierała się ona o mur otaczający ogródek i przez otwór znajdujący się w tymże munrze, opatrzony kratą, można było z niej widzieć, co się działo na przyległej, mało uczęszczanej ulicy.

 Weteran zapalił swą fajkę, Gerald i Oliwier cygara; młodzieńcy rozmawiali już od pewnego czasu o dawnych szkolnych i wojskowych towarzyszach, a nareszcie Oliwier rzekł do swego przyjaciela:

 – Ale, ale, co się też stało z owym łotrem Macreuse, który nas jeszcze w kolegjum szpiegował? Przypominasz go sobie? gruby, jasnowłosy, odrażający chłopak, któremuśmy czasem we dwóch skórę łatali, ponieważ był dwa razy grubszy i mocniejszy od każdego z nas pojedynczo.

 Gdy usłyszał nazwisko Macreuse, twarz Geralda przybrała szczególny wyraz niechęci i wzgardy, i odpowiedział:

 – Do djabła! Zbyt lekko mówisz o panu Celestynie de Macreuse.

 – Co, de Macreuse? – zapytał Oliwier – on dodał do swego nazwiska de, on? nie wiedzieliśmy przecież nigdy, ani skąd przybył, ani kto był jego ojcem lub matką. On był taki biedny, że za jeden grosz połykał po sześć chrabąszczy. Nie lubiłem go nigdy, ponieważ wszystko czynił, ażeby ubóstwo pogardą otoczyć.

 – A potem, on z natury był okrutny – dodał Gerald – przypominasz sobie owe młode ptaszki, którym oczy szpilką powykłuwał, ażeby zobaczyć, jak też potem będą latały?

 – Niegodziwiec! – zawołał weteran z obrzydzeniem, buchnąwszy kilka razy wielkiemi kłębami dymu. – Taki człowiek powinien w psiej skórze być pochowanym, jeżeli go pierwej nie powieszą.

 – Zdaje mi się, że pańska przepowiednia, mój komendancie, zostanie spełniona – rzekł Gerald z uśmiechem, poczem odwrócił się do Oliwiera. – Bardzo się zdziwisz skoro ci opowiem, co się przytrafiło panu Celestynowi de Macreuse. Kiedym wyszedł ze służby, rozpocząłem moje dawne życie paryskie. Zdaje mi się, żem ci już mówił, jak to w naszym świecie, wiesz, że my się tak na przedmieściu St. German wzajemnie nazywamy, ludzie trudni są w wyborze towarzystwa; wyobraź sobie moje zdumienie, kiedym pewnego razu, w salonie mojej matki usłyszał głos lokaja meldującego pana de Macreuse. Był to nasz dawny kolega. Zachowałem tak przykre wrażenie o tym niegodziwym człowieku, że zbliżyłem się do mej matki i powiedziałem: Dlaczego, moja mamo, przyjmujesz u siebie tego pana, który ci dopiero co złożył swoje uszanowanie, tego ogromnego blondyna albo raczej żółtaka? – Przecież to jest pan de Macreuse, odpowiedziała, moja matka z pewnem poszanowaniem. – A cóż tak zaszczytnie przemawia za tym panem de Macreuse, moja mamo kochana? Jeszcze go nigdy u ciebie nie widziałem? – Nie, bo właśnie powrócił z długiej podróży, odpowiedziała mi. Jest to młody człowiek, bardzo wykształcony, odznaczający się przykładają pobożnością, i obok tego założyciel towarzystwa świętego Polikarpa. – Do djabła! a jakież to jest, to towarzystwo, moja mamo? – Jest to pobożne towarzystwo, którego celem jest zachęcać ubogich, ażeby z uległością znosili swą nędzę; towarzystwo przekonywając ich, że im więcej cierpią na ziemi, tem szczęśliwsi będą w przyszłem życiu. – Jeżeli to nie jest prawda, to przynajmniej dobry pomysł, rzekłem do mej matki z uśmiechem. Ale zdaje mi się, że ten człowiek ma zanadto rumiane lica i zbyt czerwone uszy, ażeby mógł rozprawiać o korzyściach niedostatku i cierpienia w życiu doczesnem. – Mój synu, rzekła moja matka uroczyście; w tych sprawach nie żartuję nigdy. Najczcigodniejsze osoby przystąpiły do dzieła pana de Macreuse, który dla dopięcia zamierzonego celu okazuje prawdziwie apostolską gorliwość. Ale otóż i on nadchodzi, przedstawię cę jemu. – Moja matko, zawołałem z pośpiechem, proszę cię nie czyń tego, byłbym zmuszony okazać się niegrzecznym. Jegomość ten nie podoba mi się, a to, co ja wiem o nim, czyni mój wstręt do niego niezwyciężonym. Byliśmy razem w szkołach, i... Nie mogłem więcej mówić, gdyż Macreuse zbliżył się do mej matki, a ja pozostałem przy niej. – Kochany panie de Macreuse, rzekła głosem jak najsłodszym do swego protegowanego, rzucając na mnie surowem spojrzeniem, przedstawiam panu mojego syna, dawniej pańskiego towarzysza szkolnego, który pragnie odnowić znajomość z panem. Macreuse ukłonił mi się bardzo nisko i rzekł: Przez pewien przeciąg czasu byłem nieobecny w Paryżu i nie wiedziałem wcale o powrocie pana do Francji; nie spodziewałem się zatem, ażebym dzisiaj mógł mieć zaszczyt spotkać pana u jego mamy; rzeczywiście byliśmy razem w szkołach... i... O! tak, prawda, mój panie, powiedziałem, przerywając dalszą jego mowę, i, jeżeli sobie dobrze przypominam, szpiegowałeś nas pan zawsze ze strony profesorów, za grosz zjadałeś pan po sześć chrabąszczy, i szpilką wykluwałeś oczy młodym ptaszętom; a robiłeś to pan zapewne w tej błogiej nadziei, że ich cierpienia zostaną im w przyszłem życiu policzone?

 – Wybornie – zawołał komendant, śmiejąc się głośno.

 – I cóż Macreuse odpowiedział na to? – zapytał Oliwier.

 – Szeroka i wypasła twarz niegodziwca oblała się szkarłatem, chciał się uśmiechnąć, i coś wyjąkać, lecz moja matka, która groźnie na mnie spojrzała, powstała nagle i rzekła do niego, ażeby go wyprowadzić z kłopotu: Panie de Macreuse, czy pan podasz mi rękę, pójdziemy na herbatę?

 – Ale – zagadnął Oliwier – jakimże sposobem podobny człowiek znalazł przystęp do waszego towarzystwa?

 – Niewiadomo – odpowiedział Gerald. – Skoro tylko pierwsze drzwi w świecie otworzą się komu, to już wszystkie inne otwierają mu się łatwo; lecz kto te pierwsze tak trudne do przebycia drzwi temu człowiekowi otworzył, tego nie wiemy. Niektórzy jednak sądzą, że został wprowadzony do towarzystwa przez niejakiego księdza Ledoux, który znakomity wpływ wywiera w naszej części miasta. Nie jest to wcale nieprawdopodobnem, i dlatego też mam równy wstręt do tego księdza, jak i do naszego Macreuse. Zresztą gdyby moja wzgarda dla tego niegodziwca potrzebowała jakiego usprawiedliwienia, to wyrok, jaki pewien szczególny człowiek, który się przecież nigdy w spostrzeżeniach swoich nie myli, na niego wydał, zupełnie mnie zdoła uniewinnić.

 – A cóż to za nieomylny człowiek? – zapytał Oliwier z uśmiechem.

 – Mały garbusek, ot tak może wielki – rzekł Gerald, podnosząc rękę nie wyżej pad pół pięty stóp wysokości.

 – Garbusek? – dodał Oliwier nadzwyczajnie zdziwiony.

 – Tak, człowiek ułomny, dowcipny i uszczypliwy jak szatan, nieugięty, jak sztaba żelazna, dla tych, którymi pogardza, lub których przynajmniej nie poważa, ale pełen uprzejmości i poświęcenia dla ludzi, których szanuje, a takich jest mała liczba. Zresztą nie tai on przed nikim niechęci lub współczucia, jakie niektóre osoby w nim wzbudzają.

 – Szczęście to jest dla niego, że jego ułomność upoważnia go do tak otwartego postępowania – wtrącił komendant – bo inaczej garbus pański nie raz w djablą mógłby się wplątać sprawę.

 – Jego ułomność? – rzekł Gerald z uśmiechem – lubo margrabia de Maillefort jest okropnie garbaty, jest on przecież...

 – Więc to jest margrabia? – przerwał Oliwier.

 – Margrabia najczystszej rasy, i bardzo starożytnego rodu; jest to drugi syn książęcego domu do Hautmartel, którego głowa od roku 1830 do Niemiec się przeniosła; ale chociaż pan de Maillefort jest okropnie garbaty, mimo tego jest rześki i silny jak najdorodniejszy młodzieniec, pomimo czterdziestu pięciu lat wieku, a nadto, ty i ja, nie chwaląc się wcale, jesteśmy dzielnymi rębaczami, czy tak?

 – Nie inaczej.

 – Otóż, margrabia na dwanaście uderzeń raniłby nas w ośmiu przynajmniej. Każde jego cięcie godne jest niezrównanego Bertranda, lekki jak ptaszek, szybki jak piorun.

 – Już i ja tego dzielnego garbuska szczerze polubiłem – zawołał weteran z wielkiem zajęciem – jeżeli odprawiał jakie pojedynki, to wyobrażam sobie komiczną postawę jego przeciwników.

 – Rzeczywiście, nie mało on już odbył pojedynków, w których odznaczył się zawsze swojem wesołem szyderstwem, zimną krwią i odwagą – odpowiedział Gerald – często mówił mi o tem mój ojciec, który był jego przyjacielem.

 – I on, pomimo swojego garbu – zapytał Oliwier – pokazuje się w towarzystwie?

 – Czasami bywa codziennie, a czasami nie widzimy go i przez kilka miesięcy; charakter ma niesłychanie oryginalny.Mój ojciec wspominał mi, że margrabia był długo nadzwyczajnie smutny; co do mnie, widziałem go zlawsze bardzo wesołym, zawsze żartobliwym i zajmującym.

 – Ale muszą go się lękać jak ognia – rzekł Oliwier – przy jego odwadze, zręczności w szermierce i wyższości umysłu.

 – Doprawdy, nie zdołasz sobie wyobrazić, jak on przez samą swoją obecność niektóre osoby pozbawia przytomności, trwoży je, przywodzi do nicości, osoby, którym nasze towarzystwo, co jest tak drażliwem w drobnostkach, dozwala wstępu do swoich salonów, pomimo, że zna ich nikczemność. Lecz wracając do naszego Macreuse, ten, skoro tylko zobaczy margrabiego, wchodzącego jednemi drzwiami, natychmiast ucieka drugiemi.

 Rozmowa ta przerwana została zdarzeniem, które w innej części miasta byłoby zupełnie nieznaczącem, lecz na przedmieściu Batignolles było nadzwyczajnem.

 Wspaniała kareta zaprzężona w dwa, piękne konie, zatrzymała się przed samym zakratowanym otworem altany, w której się znajdowali nasi biesiadnicy. Kareta ta była próżna.

 Lokaj, siedzący obok stangreta w bogatej liberji, zsiadł z kozła, wydobył z kieszeni list, którego adres zdawał się czytać, obejrzał się na wszystkie strony, jakgdyby szukał numeru, a wreszcie oddalił się, dając stangretowi do zrozumienia, ażeby za nim pojechał.

 – Od dziesięciu lat – rzekł stary marynarz – jest to pierwsza kareta tego rodzaju, którą widzę w Batignolles, jest to nadzwyczajnie pochlebne dla naszego przedmieścia zjawisko.

 – Rzeczywiście! rzadko napotyka się piękniejsze konie – dodał Oliwier głosem znawcy – czy to nie twój pojazd, Geraldzie?

 – O! ty mnie uważasz za jakiego miljonera? – wesoło odpowiedział młody książę – mam tylko jednego wierzchowca, i zwykle każę zaprzęgać do kabrjoletu jednego z dwóch koni mej matki, jeżeli sama nigdzie nie wyjeżdża. Oto cała moja stajnia... Jednakże nie przeszkadza mi to być równie wielkim miłośnikiem koni jak namiętnym myśliwym. Ale, ponieważ właśnie o koniach mówimy, czy też przypominasz sobie owego nieokrzesanego Mormand’a, który także był naszym towarzyszem szkolnym?

 – Mormand? pamiętam, także jeden niezbyt lubiany przez nas, gdzie on się obraca?

 – I to także – człowiek znakomity!

 – On... żartujesz!

 – Znakomity człowiek, powtarzam ci, dziedziczny par Francji, ma swoje krzesło w Izbie, często miewa polityczne mowy, posłuchaj go tylko, to kandydat do godności ministra.

 – Mormand!

 – Rzeczywiście, tak jest, mój drogi Oliwierze, ma on swoje znaczenie; jest niesłychanie nudny, ciężki i niemal głupj, w nic innego nie wierzy, tylko w swoje zasługi, a przytem wszystkiem owładnięty został jakąś nieugaszoną żądzą wyniesienia się; należy on do tego rodzaju ludzi, którzy są zazdrośni i nieprzyjaźni, dlatego, że są mierni, albo mierni dlatego, że nieprzyjaźni; takie istoty dźwigają się w górę z nadzwyczajną zręcznością; Mormand ma szerokie plecy, gdyż gibki, celu swego dopnie, bo go sama natura do tego usposobiła.

 W tej chwili lokaj, który oddalił się z karetą, powrócił tąż samą drogą; przez otwór w murze spostrzegł zebrane w altanie osoby, zbliżył się do kraty i przyłożywszy rękę do kapelusza, zapytał:

 – Proszę panów, czybyście byli łaskawi powiedzieć mi, czy ten ogród nie należy do domu pod numerem siódmym?

 – Tak jest, mój chłopcze – odpowiedział komendant.

 – Więc ten ogród należy pewnie do lokatorów dolnego pomieszkania? – zapytał służący.

 – Tak, dlaczegóż to?

 – Proszę mi wybaczyć, ale już trzy razy dzwoniłem i nikt mi nie odpowiedział.

 – To ja sam mieszkam na dole, czegóż potrzebujesz?

 – Mam tu bardzo pilny list do niejakiej pani Barbancon, która tu ma mieszkać.

 – Tak jest, tak, ona tu mieszka – odpowiedział weteran z coraz większem zdziwieniem. Wtem ujrzał w końcu ogrodu swą gospodynię i zawołał:

 – Hej! Mamo Barbancon, podczas kiedy tam knujesz jakieś szkodliwe spisek przeciw moim robotom, już trzy razy u drzwi dzwoniono, a pani nic nie słyszysz, pódźno pani do nas, jest tu list do ciebie.

 

IV.

 

 Na wezwanie komendanta Bernarda, pani Batancon przybiegła jak mogła najspieszniej i rzekła do czekającego służącego:

 – Masz list do mnie, mój przyjacielu, od kogoż to?

 – Od pani hrabiny de Beaumesnil – odpowiedział lokaj i przez kratę podał jej pismo.

 – Od pani hrabiny de Beaumesnil? – powtórzyła ze zdziwieniem – ja jej nie znam. – I spiesznie rozpieczętowała list, powtarzając ciągle: Ja jej nie znam, wcale, wcale a wcale jej nie znam!

 – Hrabina de Beaumesnil? – powtórzył Gerald z zaciekawieniem.

 – Czy ją znasz? kto ona jest? – zapytał Oliwier.

 – Widywałem ją przed dwoma czy trzema laty w towarzystwie – odpowiedział Gerald – była to wtedy idealna piękność; ale biedna kobieta już od roku przeszło nie wstaje z łóżka. Mówią, że stan jej jest beznadziejny. Na domiar nieszczęścia, musiał jeszcze pan de Beaumesnil, odwożąc do Włoch jedyną jej córkę, której lekarze przepisali południowy klimat, umrzeć w Neapolu wskutek niebezpiecznego upadku z konia.

 – Jakież to smutne przeznaczenie! – rzekł Oliwier.

 – Tak dalece, że jeżeli pani de Beaumesnil umrze, czego się właśnie obawiają – mówił dalej Gerald – jej córka, będąca w piętnastym czy szesnastym roku, pozostanie sierotą.

 – To okropne – powiedział komendant. – Biedne dziecię!

 – Szczęściem – dodał Gerald – przynajmniej panna de Beaumesnil ma piękną przyszłość przed sobą; gdyż ma to być jednia z najbogatszych dziedziczek we Francji. Majątek rodziny Beaumesnil szacują na przeszło trzy miljony renty w gotowiźnie.

 – Trzy miljony renty – powtórzył Oliwier z uśmiechem – więc to prawda? są ludzie, którzy posiadają po trzy miljony renty, tacy ludzie istnieją, chodzą, żyją, mówią, jak my. Geraldzie! musisz mi kiedy pokazać jedno z takich zjawisk.

 – Kiedy tylko zechcesz. Powiadam ci jednak naprzód, że te osoby zwykle wyglądają bardzo brzydko, nie mówię tu o pannie de Beaumesnil, bo nie wiem, czy jest równie piękną jak jej matka.

 – Byłbym jednak ciekaw wiedzieć, co można począć z trzema miljonami renty – rzekł komendant z całą szczerością, wytrząsając na stół popiół ze swej fajki.

 – Ah! mój Boże! ah! wielki Boże! – wołała pani Barbancon, która podczas tej rozmowy odczytała list, przyniesiony jej przez służącego – czy to być może, ja w karecie, i to jeszcze w karecie hrabiowskiej?

 – Co ci jest, mamo Barbancon? – zapytał weteran.

 – Co mi jest? ah, panie! Idzie tu o to, ażebyś mi pan pozwolił wyjść natychmiast.

 – Jak najchętniej, ale gdzież to pani pójdzie, jeżeli się zapytać wolno?

 – Do pani hrabiny de Beaumesnil, pojadę w jej karecie – rzekła gospodyni, pusząc się – idzie tu o objaśnienia, których, jak się zdaje, ja sama tylko mogę jej udzielić; bodajbym została bonapartystką, jeżeli wiem, co to ma znaczyć! Ale, wszystko mi jedno, pojadę. – Tu zamilkła na chwilę, następnie krzyknęła lekko, jakgdyby jaka niespodziana myśl przyszła jej do głowy, i rzekła do swego pana: Panie...

 – Co takiego?

 – Czybyś pan nie raczył wyjść na chwilkę ze mną do ogrodu; chciałabym pomówić z panem bez świadków, w zupełnej samotności.

 – Ho! ho! – zawołał weteran, wychodząc z altany i udając się za swoją gospodynią – to coś ważnego, no idę z panią, mamo Barbancon.

 Gospodyni odprowadziła swego pana o kilkanaście kroków od altany i powiedziała do niego głosem cichym i tajemniczym:

 – Panie, wszakże pan znasz panią Herbaut, mieszkającą na drugiem piętrze, dawną kupcową, i mającą dwie córki, którym przed dwoma tygodniami przedstawiłam pana Oliwiera?

 – Nie znam jej; tylko pani wspominałaś mi o niej dosyć często, a więc?

 – Przypominam sobie teraz, że jej zaufana przyjaciółka, pani Lainé, jest we Włoszech guwernantką przy córce jakiejś hrabiny, której nazwisko zakrawa zdaje mi się na Beaumesmil; może to jest taż sama hrabina?

 – To być może, mamo Barbancon, a więc?

 – Może chcą odemnie zasięgnąć wiadomości co do pani Lainé, którą widziałam u pani Herbaut.

 – To być może, mamo Barbancon, zapewne dowiesz się o tem niedługo, skoro jedziesz do pani de Beaumesnil.

 – Ah, mój Boże! wiesz pan, inna myśl mi przychodzi!

 – Dobrze, słuchajmy tej nowej myśli! – rzekł weterani z anielską cierpliwością.

 – Opowiadałam panu o tej młodej zamaskowanej damie, która...

 – Co, zaczynasz pani znowu rozpowiadać tę historję – zawołał weteran, cofając się śpiesznie ku altanie.

 – Nie, mój panie; ale gdyby to wszystko odnosiło się do tej młodej damy?

 – Mamo Barbancon, jest doskonały środek dowiedzenia się o tem: należy, jak tylko możesz najprędzej, pojechać na miejsce; wtedy oboje dobrze na tem wyjdziemy.

 – Doprawdy, masz pan słuszność, już jadę.

 Gospodyni wróciła za swym panem do altanki i rzekł do służącego, który stał za kratą: – Zaraz, mój chłopcze, tylko włożę czepek z pąsowemi wstążkami i mój szal pomarańczowy, zaraz przybędę na twoje usługi.

 Kiedy w chwilę potem pani Barbancon triumfalnie przejeżdżała w karecie, zdawało jej się, że powinna była powstać z uszanowaniem, to też ukłoniła się ceremonjalnie swojemu panu i dwom jego gościom.

 W tym właśnie czasie usłyszano zdala zegar, bijący godzinę siódmą.

 – O! do djabła! – zawołał Oliwier gniewnie – siódma godzina, muszę cię opuścić, mój kochamy Geraldzie.

 – Już? a to dlaczego?

 – Przyrzekłem pewnemu poczciwemu mularzowi w Batignolles przyjść do niego o godzinie siódmej, ułożyć i zsumować jego rachunki. Ty nie wiesz, co to jest sumować rachunki.

 – Prawda, powiedziałeś mi, że tylko do godziny siódmej będziesz wolny – powiedział Gerald z twarzą zasmuconą – zapomniałem o tem, mnie tak przyjemnie był przy naszej gawędzie!

 – Oliwierze – powiedział weteran, który zdawał się być zamyślony, od czasu jak jego siostrzeniec zaczął mówić o zatrudnieniu, którem się tego wieczoru miał zająć – kiedy nie mamy w domu pani Barbancon, to nam sam przynieś ostatnią butelkę tego starego wina cypryjskiego, które z mojej ostatniej podróży wschodniej ze sobą przywiozłem. Pan Gerald wypije choć jednę szklaneczkę, zanim się rozłączymy. A chociaż się też spóźnisz jakie pół godziny, toć przecież rachunki twojego mularza nie spalą się tymczasem.

 – Doskonała myśl, mój wuju, przecież ja nie potrzebuję się tak ściśle trzymać każdej minuty, jak w koszarach, kiedy jestem na służbie, spieszę do piwnicy. Gerald musi skosztować twojego nektaru, mój wuju. – I Oliwier oddalił się z pośpiechem.

 – Panie Geraldzie – rzekł komendant do młodego księcia – nie dlatego tylko wysłałem Oliwiera, ażebyś pan skosztował mojego cypryjskiego wina, ale ażebym panu, jego najlepszemu przyjacielowi, mógł otwarcie powiedzieć, jak on jest dobry, delikatny, szlachetny.

 – Wiem o tem, mój komendancie, ale miło mi jest słyszeć to powtórzone z ust pana, który Oliwiera. tak dobrze ocenić potrafiłeś.

 – Nie, panie Geraldzie, nie, pan nie wiesz wszystkiego; nie zdołasz pan sobie wyobrazić, jak uciążliwą, jak suchą jest ta praca, której się ten biedny chłopiec podjął, ażeby mi w czasie swego urlopu nie był ciężarem, ale nawet ażeby mi mógł robić niektóre małe podarunki, których odrzucić nie śmiem z obawy ażeby mu nie sprawić przykrości; tę piękną fajkę to on mi darował. Lubię nadzwyczajnie róże; otóż niedawno przyniósł mi dwa prześliczne gatunki. Cóż mam panu więcej powiedzieć? Oddawna już wzdychałem do wygodnego fotela, bo jak tylko otworzą się moje dwie wielkie rany, co na nieszczęście dosyć często się przytrafia, zmuszony wtedy jestem po kilka nocy przepędzać siedzący; ale dobry fotel był zbyt drogi; tymczasem, tydzień temu, widzę, że wnoszą do mego pokoju ów sprzęt tak upragniony. Mogłem się był wprawdzie tego domyślić, gdyż Oliwier nie wiem już ile nocy przepędził na pisaniu. Wybacz pan tym poufnym zwierzeniom dobrych i biednych ludzi, panie Geraldzie – rzekł stary marynarz głosem rozczulonym i cicha łza stoczyła się na siwe wąsy – ale serce moje wezbrało, muszę mu ulżyć, a opowiadać to wszystko panu, jest podwójną dla mnie rozkoszą. – A gdy Gerald chciał coś odpowiedzieć, komendant przerwał mu jeszcze – pozwól, panie Geraldzie, poczytasz pan mnie za strasznego gadułę; lecz Oliwier powróci niedługo, a ja chciałem prosić pana o jednę łaskę Skutkiem swojego położenia w świecie, musisz pan mieć znakomite i ważne znajomości. Mój biedny Oliwier nie ma żadnego protektora; a jednak, przez swoję służbę, przez swoje wychowanie, przez swój sposób życia, ma już niezaprzeczone prawo do rangi oficerskiej. Ale on nigdy nie chciał i nie śmiał najmniejszego kroku zrobić u swoich przełożonych. Ja to pojmuję, bo gdybym był pochlebcą, byłbym już od wielu lat kapitanem okrętu; lecz, co pan chcesz, zda je się to już być wrodzonem w naszej familji. Oliwier jest jak ja, bijemy się ze wszystkich sił, pełnimy służbę niewolniczo, a potem, jeżeli idzie o kłanianie się i prośby, każdy, z nas głupieje i wstydzi się, jak dzieciuch jaki. Ale cicho, Oliwier wraca z piwnicy – rzekł z pośpiechem marynarz, uchwyciwszy znowu fajkę i puszczając gęste kłęby dymu – na miłość boską, panie Geraldzie, zachowuj się pan tak, jakgdybym panu ani słowa nie wspomniał, inaczej Oliwier mógłby się domyślić.

 – Mój komendancie, Oliwier musi przed upływem swego urlopu zostać podporucznikiem, i będzie nim niezawodnie – powiedział Gerald, wzruszony zaufaniem weterana – co do mojej osoby, bardzo mało mam wpływu, ale wspominałem panu o margrabi de Maillefort, jego wszędzie cenią tak wysoko, że nominacja Oliwiera, która mu się z prawa należy, wkrótce nastąpi, jeżeli on silnie go poleci; będzie to mojem największem staraniem, spuść się pan na mnie.

 – Ah! panie Geraldzie, ja pana odrazu sprawiedliwie oceniłem – zawołał komendant z zapałem – pan jesteś bratem dla mego biednego dziecka, ale oto i on już idzie, niechajże się niczego nie domyśli.

 I zacny człowiek, zaczął znowu palić swą fajkę, przycisnąwszy jednak pierwej palcem jednę natrętną łzę, która koniecznie chciała spłynąć na jego lica.

 Gerard zwrócił się do swego dawnego towarzysza, ażeby tem pewniej usunąć wszelkie podejrzenie co do rozmowy, którąśmy dopiero co przytoczyli:

 – A wracajże, leniuchu! Doprawdy! możnaby myśleć, żeś tam siedział w piwnicy z jaką ładną szynkareczką, naprzykład z ową ładną żydówką z Oranu, przypominasz sobie jeszcze tę biedną Dinę? Oj, ty Don Żuanie.

 – Rzeczywiście, ładna to była, dziewczyna – odpowiedział młody żołnierz, uśmiechnąwszy się z zadowoleniem na to romansowe wspomnienie – ale brzydka jeszcze była w porównaniu z miodem dziewczęciem, które dopiero co spotkałem w podwórzu – rzekł Oliwier, stawiając ostrożnie opleśniałą butelkę na stole.

 – Ah! teraz rozumiem, dlaczego tak długo bawiłeś.

 – No proszę, to mi ptaszek – dodał weteran, który po doznanem wzruszeniu przyszedł już napowrót do siebie – i cóż to za piękność tam spotkałeś, mój chłopcze?

 – Opowiedzże, zapoznaj nas przynajmniej z twoją zdobyczą – dodał Gerald.

 – Doprawdy! mości książę – odpowiedział Oliwier, śmiejąc się – spotkanie prześliczne, jest to księżniczka.

 – Co! księżniczka? – zapytał Gerald.

 – Księżniczka na przedmieściu Baltignolles – zawołał komendant – to jakaś nowa roślina i bardzo zaszczytna dla naszej części miasta.

 – Niestety, mój wuju kochany, muszę teraz twoje przedmieściową pychę upokorzyć nieco. Moja zdobycz, jak ją swawolny Gerald nazywa, nie jest najprzód moją zdobyczą, a patem nie jest ona także i księżniczką, tylko ją tak przezwano.

 – A skądże to nadano jej tak świetny tytuł? – zapytał Gerald.

 – Talk ją nazywają – odparł Oliwier – ponieważ, jak powszechnie mówią, jest piękna i dumna jak księżniczka jaka.

 – Zapomniałeś jeszcze, cnotliwa – dodał Geraild z uśmiechem.

 – Doprawdy – zagadnął Oliwier – albo to księżniczki?...

 – Będziesz ty milczał, oszczerco – wtrącił Gerald, przerywając młodemu żołnierzowi.

 – Ja, na honor, utrzymuję, że księżniczki są cnotliwe! Bardzo dobrze! w takim razie i ona jest piękna, dumna i cnotliwa jak księżniczka; oto jest powód przezwiska danego tej panience.

 – A któż ona jest, ta piękna księżniczka? – zapytał Gerald – ze względu na moją książęcą godność, powinieneś zaspokoić moją ciekawość.

 – Jest nauczycielką muzyki – odpowiedział Oliwier – widzisz teraz, jak ona spada w swoich tytułach.

 – Albo raczej fortepian staje się bardzo arystokratyczny pod jej piękną ręką, bo też i ręce musi mieć jak księżniczka. Słuchaj, opowiedz nam o niej. Cóż u licha! tyś chyba zakochany; kogoż więc myślisz zrobić swoim powiernikiem, jeżeli nie wuja i przyjaciela?

 – Chętnie chciałbym mieć prawo uczynienia was mymi powiernikami – odpowiedział Oliwier ze śmiechem – bobym wam nic nie powierzył; ale rzeczywiście, pierwszy raz widziałem tę dziewczynę.

 – Skądże więc masz tak dokładne wiadomości?

 – Mieszka tu w naszym domu, niejaka pani Herbaut, na drugiem piętrze – mówił dalej Oliwier – w niedzielę zbiera ona u siebie rozmaite młode panienki, przyjaciółki swych córek; jedne są buchalterkami lub sklepowemi, drugie nauczycielkami rysunków, albo, jak księżniczka, nauczycielką muzyki. Upewniam cię, że pomiędzy niemi znajdują się ładne dziewczątka; wszystkie te panienki pracują cały tydzień jak mrówki, uczciwie zarabiają na swe utrzymanie, a w niedzielę bawią się rześko i wesoło u pani Herbaut; bawią się w gry, tańczą przy odgłosie fortepianu, że to aż miło patrzeć; przed dwoma tygodniami mama Barbancon przedstawiła mnie tej pani, i dalibóg...

 – Chcę być przedstawiony pani Herbaut – zawołał młody książę, przerywając swemu przyjacielowi.

 – A, ty chcesz... Myślisz, że to jest dosyć tylko zażądać – odpowiedział Oliwier wesoło. – Wiedz o tem, mój kochany, że Batiignolles jest równie nieprzystępne, jak twoje przedmieście św. Germaina.

 – Dobrze, jesteś widzę zazdrosny, to niesłychane: najprzód, ponieważ księżniczki, czy one są prawdziwe czy nie, nie nęcą mnie już wcale, mianowicie jeżeli są cnotliwe; a potem, że człowiek nie po to przychodzi do Batignolles, ażeby się w jakiej księżniczce rozkochać. Uspokój się zatem, a zresztą, jeżeli ty mi odmawiasz, to dosyć mam łask: u mamy Barbancan; poproszę ją, ażeby mnie przedstawiła pani Herbaut.

 – Zobaczymy, czy cię będzie można przyjąć – rzekł Oliwier z komiczną powagą – ale wracając do naszej księżniczki, pani Herbaut, która jest w wielkiej ze mną przyjaźni, widząc mnie ostatniej niedzieli zachwyconego tem gronem młodych, powabnych dziewcząt, oświadczyła mi: Cobyś to pan dopiero powiedział, gdybyś księżniczkę zobaczył! i tu poczciwa kobieta opowiedziała mi wszystko, com ci dopiero o pochodzeniu jej przezwiska oznajmił, na nieszczęście, już drugą niedzielę nie przychodzi do nas, i nieobecność jej bardzo nam się czuć daje; bo chociaż ona księżniczka, wszyscy ją tu ubóstwiamy, lecz od kilkunastu dni wezwana została do jakiejś bardzo bogatej, niebezpiecznie chorej damy, której cierpienia tak są wielkie i uporczywe, że lekarze wyczerpawszy już wszystkie swoje wiadomości, powzięli myśl spróbowania, czy łagodna i przyjemna muzyka nie zdołałaby cierpień tej biednej damy uspokoić.

 – To rzecz szczególna – rzekł Gerald.

 – Co takiego? – zapytał Oliwier.

 – Ta biedna kobieta, która jest tak chorą, której cierpienia wszelkiemi środkami uśmierzyć próbują, i do której twoją księżniczkę wezwano, jest to hrabina de Beaumesnil.

 – Ta sama, która przysłała po mamę Barbancon? – zapytał weteran.

 – Tak jest, mój komendancie, zresztą... słyszałem już także o tej kuracji muzykalnej, jakiej do uśmierzenia gwałtownych cierpień hrabiny używają.

 – W każdym razie, ten zbieg okoliczności jest szczególny – rzekł Oliwier – zdaje się przecież, że próba doktorów nie była bezskuteczną, gdyż księżniczka, która, jak się zdaje, jest prawdziwą artystką, udaje się co wieczór do hrabiny de Beaumesnil. I dlatego to nie widziałem jej już na dwóch wieczorach u pani Herbaut, którą teraz zapewne przyszła odwiedzić. Zdziwiony jej postawą, jej rzeczywiście nadzwyczajną pięknością, zapytałem odźwiernego, czy jej nie zna. A jakże, panie, odpowiedział mi na to: przecież to księżniczka.

 – Znajduję to powabnem, zajmującam, ale zbyt melancholijnem dla mnie – rzekł Gerald – wolę ja dobre i wesołe dziewczęta, które nie robią ceremonij, a sądzę, że przecież i takie muszą się znajdować w towarzystwie pani Herbaut, której jeżeli mnie nie przedstawisz, to się okażesz niewdzięcznym. Przypomnij sobie owę ładną przekupeczkę w Algierze, która to miała równie ładną siostrę...

 – Co? – zawołał weteran – a ta żydówka, owa ładna szynkarka w Oranie?

 – Do licha! mój wuju, kiedy człowiek jest w Oranie, to kocha w Oranie, a kiedy jest w Algierze, to kocha w Algierze.

 – Ha, ladaco! to z ciebie prawdziwy Jucundus! – zawołał znowu weteran, któremu nadzwyczajnie pochlebiało, że Oliwier miał takie szczęście do kobiet. – Jesteś niepoczciwy zwodziciel!

 – Co pan chcesz, mój komendancie – odezwał się Gerald – nie jest to żadna niestałość, człowiek idzie tylko za ruchem dywizji, nic więcej; dlatego też Oliwier i ja byliśmy zmuszeni, on swoją Żydóweczkę, ja moją murzynkę w Oranie porzucić i zająć się naszemi ładnemi przekupkami w Algierze.

 – Prawdę powiedziawszy – rzekł stary marynarz, podochocony winem cypryjskiem, którego butelka podczas tej rozmowy ciągle pomiędzy biesiadnikami krążyła – prawdę powiedziawszy, toć i my też, ze zmianą stacyj, mulatki z wyspy Martyniki, na rybaczki z St. Pierre Miquelon w Neufundland zamieniali.

 – To była zbyt gwałtowna zmiana stref, mój komendancie – odpowiedział Gerald, trącając weterana łokciem – to się nazywa ogień na lód zamieniać.

 – Nie, doprawdy, nie! – mówił dalej weteran – nie wiem jak się to działo, ale te rybaczki, białe jak Albinosy, miały chyba szatana w swem ciele. Była tam mianowicie jedna mała okrągła z białemi brwiami, którą nazywano łowczynią wielorybów.

 – Ba! temperatura Senegalu, mój wuju!

 – Ah! – westchnął weteran. I postawiwszy szklankę na stole, klasnął językiem, tak, że trudno było odgadnąć, czy to pełne znaczenia klaśnięcie było wspomnieniem za ową rybaczką z białemi brwiami, czy też odnosiło się do smacznego winka cypryjskiego. Nareszcie odezwał się zacny marynarz – Oj! co ja też to plotę? Widziano kiedy podobnych bałamutów. Czego to zły przykład nie zrobi, nawet takie ciele morskie jak ja, zaczyna rozprawiać o miłostkach z takimi oto młokosami. No, opowiadajcie o waszych Żydóweczkach, o waszych murzynkach, o waszych księżniczkach, moje dzieci, przystoi to przynajmniej waszemu wiekowi.

 – Dobrze tedy! imieniem wdzięczności wzywam Oliwiera, ażeby mnie przedstawił pani Herbaut – rzekł uporczywie Gerald.

 – Otóż to, okazuje się, co to jest przesycenie! Widujesz codziennie piękny, wielki świat – odezwał się Oliwier – a zazdrościsz nam, naszego biednego małego przedmieściowego towarzystwa.

 – Myślisz może, że ten wielki świat jest bardzo zabawny – rzekł Gerald. – Mimo chęci bywam w nim dlatego tylko, ażeby nie gniewać matki mej. Jutro, naprzykład, jest dla mnie dzień nieznośny, gdyż moja matka daje tańcujący poranek. Ale, ale... przyjdź i ty, Oliwierze.

 – Gdzie?

 – Na tańcujący poranek, który moja matka daje.

 – Ja... Oliwier Raimond, starszy wachmistrz od huzarów... przyjść na przedmieście św. Germana?

 – Do pioruna! toby było godnem podziwu, gdybym mojego najlepszego przyjaciela nie mógł do mej matki przyprowadzić, dlatego, że ma zaszczyt być jednym z najwaleczniejszych żołnierzy w armji. Oliwierze, ty przyjdziesz, ty musisz przyjść, ja chcę tego.

 – W kurtce i kaszkiecie huzarskim? nieprawdaż? – rzekł Oliwier z uśmiechem, jakgdyby chciał przypomnieć swoje ubóstwo, które wzbraniało mu zbytku posiadania cywilnego ubioru.

 Ponieważ Gerald wiedział, na co szlachetny jego przyjaciel obracał tak ciężko zarobione pieniądze, i ponieważ obok tego znał jego nadzwyczajną skrupulatność, przeto odpowiedział:

 – Prawda, nie pomyślałem o tem, szkoda, bylibyśmy ten dzień razem tak pięknie spędzili, byłbym ci pokazał nasze najsławniejsze piękności, i przekonany jestem, że co się tyczy pięknych i świeżych twarzyczek, pewnobyś żałował towarzystwa pani Herbaut.

 – Posłuchaj, mój wuju, jaki on zręczny zwrot wykonał. Jak on znowu swoje zaczyna.

 Wtem oddalony zegar wybił ósmą godzinę.

 – Ósma godzina! – zawołał nagle Oliwier – do djabła! i mój mularz: już od godziny czeka na mnie! Muszę cię koniecznie opuścić, Geraldzie. Obiecałem być punktualnym. Spóźnić się o godzinę, to wiele. O, punktualność jest grzecznością królów, i tych, którzy prowadzą cudze rachunki – dodał Oliwier wesoło, i podając rękę swemu wujowi, powiedział: Dobranoc, mój wuju!

 – Więc ty jeszcze w nocy myślisz pracować – rzekł weteran z ledwie ukrytem wzruszeniem, rzucając na Geralda spojrzenie znaczące – nie mam tedy czekać na ciebie?

 – Nie, mój wuju, niech się wuj spać położy, proszę tylko powiedzieć pani Barbancon, ażeby mi zostawiła klucz u odźwiernego i w kuchni kilka zapałek, przyjdę pocichu i nie obudzę nikogo.

 – Bądź pan zdrów, panie Gerald – rzekł weteran, podawszy rękę młodemu księciu, i uścisnąwszy jego dłoń znacząco, ażeby mu zapewne przypomnieć obietnicę, jaką mu uczynił co do awansu Oliwiera.

 – Żegnam pana, mój komendancie – odpowiedział Gerald z podobnym uściskiem ręki, dając mu swojem spojrzeniem do zrozumienia, że pamięta o wszystkiem – spodziewam się, że mi pan pozwolisz odwiedzić się czasem?

 – Będzie to dla mnie wielką przyjemnością, prawdziwą, panie Geraldzie – powiedział weteran – proszę mi wierzyć.

 – Na honor, wierzę, mój komendancie, gdyż sądzę pana podług siebie. Teraz, Oliwierze, pójdźmy, odprowadzę cię aż do drzwi twojego mularza.

 – Dobrze, zyskam na tem kwadrans czasu – rzekł Oliwier. – Dobranoc, kochany wuju.

 – Dobranoc, mój synu.

 Oliwier zabrał z pokoju swą pakę papierów i pęk piór, i oddalił się z Geraldem; prowadząc się pod rękę, doszli aż do drzwi mularza, gdzie rozłączyli się ostatecznie, obiecując sobie zobaczyć się wkrótce.

 Może w godzinę po odejściu Oliwiera, powróciła także do Batignolles i pani Barbancon w powozie hrabiny de Beaumesnil.

 Zdziwiony milczeniem i ponurą twarzą swej gospodyni, weteran zagadnął ją kilka razy, ale zawsze napróżno. Nareszcie polecił jej schować resztę wina. Pani Barbancon wzięła butelkę, wolno postąpiła kilka kroków, lecz zatrzymała się i w zamyśleniu założywszy na krzyż ręce, upuściła butelkę na ziemię.

 – A niechże panią licho weźmie – krzyknął weteran – patrz imość, cóżeś zrobiła z winem.

 – Prawda, stłukłam butelkę – odpowiedziała gospodyni, jakgdyby