Czarny miesiąc - Eugène Sue - ebook

Czarny miesiąc ebook

Eugène Sue

0,0

Opis

„Od zachodu wieje wściekły, zimny wiatr; czarne chmury pokrywają niebo, słońce zachodzi w krwawej aureoli, rzucając bladawe światło, smutne, jak ostatnie pożegnalnie, na granitowe skały Bretanii. Ocean huczy, noc zbliża się powoli; zielone bałwany tracą swą matową przezroczystość, ciemnieją i stają się bardziej jeszcze wzburzone — rozbijają się z hukiem i piana ich bieleje, w miarę, jak ciemność okrywa wody. W dali od brzegu, który bałwany obsypują pienistym śniegiem, widać lekką szalupę, ginącą w nieskończoności rozigranego morza. Niekiedy żagiel tej łupiny, miotany wichrami, schyla się, aż dotyka szczytu bałwanów, wielkich, jak góry — potem z powrotem stacza się w otchłań, potem znów wyskakuje na grzbiet fali, a za chwilę znowu spada w ciemną przepaść. W miarę jak się ściemnia, wiatr huczy coraz mocniej i morze coraz burzliwiej się pieni. Wśród zapadającego zmroku można jeszcze dojrzeć dwóch ludzi w łodzi, która, nim dopłynie do brzegu, zostanie chyba, zdawałoby się, ze dwadzieścia razy pochłonięta przez burzliwe morze...” Podobnie jak burza, od której opisu zaczyna się ta powieść, Eugene Sue z mocnym powiewem romantyzmu opisuje życie swoich bohaterów. Teresa, młoda i naiwna dziewczyna z burżuazji, i Ewen, bogaty baron bretoński, zbłądzą w poszukiwaniu idealnego uczucia. Nieokiełznanie ich namiętności jest miarą ich nieszczęścia. Każde wydarzenie zdaje się dawać im nadzieję, ale każda burza zapowiada cierpienie, a każde pojawienie się żeglarza Mor-Nadera przypomina klątwę Czarnego Miesiąca...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Eugène Sue

 

Czarny miesiąc

 

przekład anonimowy

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji:

Eugène Sue

Czarny miesiąc

Powieść

Wyd. Bibljoteka Rodzinna

Warszawa 1930

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-880-8

 

CZĘŚĆ I.

 

I. PRZEPOWIEDNIA.

 

 Od zachodu wieje wściekły, zimny wiatr; czarne chmury pokrywają niebo, słońce zachodzi w krwawej aureoli, rzucając bladawe światło, smutne, jak ostatnie pożegnalnie, na granitowe skały Bretanji.

 Ocean huczy, noc zbliża się powoli; zielone bałwany tracą swą matową przezroczystość, ciemnieją i stają s:ę bardziej jeszcze wzburzone — rozbijają się z hukiem i piana ich bieleje, w miarę, jak ciemność okrywa wody.

 W dali od brzegu, który bałwany obsypują pienistym śniegiem, widać lekką szalupę, ginącą w nieskończoności rozigranego morza.

 Niekiedy żagiel tej łupiny, miotany wichrami, schyla się, aż dotyka szczytu bałwanów, wielkich, jak góry — potem z powrotem stacza się w otchłań, potem znów wyskakuje na grzbiet fali, a za chwilę znowu spada w ciemną przepaść.

 W miarę jak się ściemnia, wiatr huczy coraz mocniej i morze coraz burzliwiej się pieni. Wśród zapadającego zmroku można jeszcze dojrzeć dwóch ludzi w łodzi, która, nim dopłynie do brzegu, zostanie chyba, zdawałoby się, ze dwadzieścia razy pochłonięta przez burzliwe morze.

 Jeden z nich trzyma silną ręką ster; człowiek ten nazywa się Mor-Nader, jest zaś sternikiem, z pobliskiej wyspy Sein.

 Powiadają, że Mor-Nader ma dar przewidywania i lękają się go. Przepowiada on przyszłość, zaś przepowiednie jego są przeważnie smutne i prawie zawsze się sprawdzają. Mówi językiem poetycznym, jak język bardów Armoryki, których pieśni do dziś żyją.

 Mor-Nader jest już stary; białe włosy, któremi wiatr powiewa, okrywają mu głowę; cała powierzchowność jego robi wrażenie szorstkie; piersi i ręce ma obnażone, twarz to dzikim wyrazie — oczy ma okrągłe, siwe, jakby nieszczęście wróżące, głos zaś jego, donośny, grobowy, rozlega się wśród burzy i huku bałwanów. Wraz z niebezpieczeństwem, grożącem łodzi wzrasta jego zapał i śpiewa smutną, złowróżbną pieśń w starem narzeczu galijskiem, które do dziś przechowało się na tym niegościnnym brzegu;

 

Evid aonn mé nam eur ket,

Meur ked aonn da vout laret

 

Evid aonn mé nam eur ket,

Armrev awaléh er — onn me bet.

 

(Nie wiem, co znaczy bojaźń, ani trwoga; mnogie lata już przeżyłem; nie wiem, co znaczy bojaźń, ani trwoga i nie straszą mnie drogi, które mam jeszcze przebyć na tym ziemskim świecie).

 Drugim człowiekiem, siedzącym na przodzie łodzi, jest młodzieniec — nazwisko jego brzmi — Ewin de Ker-Elliot.

 Młodzieniec ten jest panem starego zamku Treff-Harttog, który wznosi śpiczaste dachy i granitowe, potężne mury w pośrodku mgieł na szczycie samotnej Czarnej Skały.

 Zamczysko to groźnie spogląda na zatokę Topielców i na rafę Konania — takie są nazwy topograficzne w tym posępnym kraju.

 Ewin jest młody; wiatr miota jego czarnemi włosami; rysy ma męskie, surowe, wzrok wlepił w oblicze Starca..

 Młody pan słucha ponurych pieśni Moir-Nadera, słucha ciekawie i z trwogą. Smutny, lecz przyjemny uśmiech łagodzi niekiedy posępność jego twarzy.

 Sternik ukończył pierwszą zwrotkę ponurej pieśni; wówczas Ewin rzekł mu:

 — Powiedziałeś mi, że teraz dowiem się o swem przeznaczeniu? Rozum mi wskazuje, że w rzeczywistości nic o niem nie wiesz, jak wogóle o wszystkiem co jest tajemnicą dla reszty ludzi — rozum mi powiada, że mnie zwodzisz, a jednak jestem tak słaby, że z niecierpliwością czekam twych słów. Dlaczego mówiłeś, że przepowiesz mi /przyszłość dopiero na morzu? Mów, mów; burza już się zbliża i będziemy musieli myśleć o łodzi, jeżeli nie chcemy, aby nas czarci wzięli.

 Mor-Nader, jakby odpowiadając na pytanie Ewina, zaczął znów śpiewać:

 

Deuz fors pérra a chvarvezo

Pez a zo Mlet, a vezo;

Red é d’aun holl mervell tor gwes,

Kent évid arzew eun — divez.

 

(Cóż mię obchodzi me przeznaczenie — niepodobna cofnąć go, ani zmienić; czy śmierć imię czeka bliska, czy daleka, niepodobna mi przed nią uciec).

 

 — A więc przepowiadasz mi bliską śmierć? — zawołał Ewin.

 — A cóż to kogo może obchodzić... wszakże jestem starym cymbałem i oszustem... — odpowiedział starzec z dziką ironją.

 — Mów, mów!

 — Nie... przecież jestem kłamcą? nie, nie, ja nie mogę wyczytać przecież tak bliskiej śmierci z tak młodocianych rysów.... — Powiesz może...

 — A gdybym powiedział: Ewinie de Ker-Eliot, módl się, albowiem za chwilę morze cię pochłonie — na coby ci się taka przepowiednia przydała... przecież wcalebyś mi nie wierzył. Lepiej ci powiem: Ewinie, będziesz żył długo, szczęśliwie, będziesz miał żonę, dobrą, jak baranek, łagodną, jak gołębica i będziesz patrzył w spokoju i radości na zabawy swych wnucząt. Takim przepowiedniom to ludzie wierzą...

 I starzec znowu dziko się roześmiał.

 Młodzieniec, mimo całej swej odwagi, trwożliwie spojrzał na starca; myślał, że już wpada pod wpływ jego ponurego szaleństwa i żałował, że się jemu właśnie powierzył.

 — Co chcesz powiedzieć, Mar-Naderze? jeżeli rzeczywiście zagraża ani jakie niebezpieczeństwo, to wytłumacz mi, jak się należy.

 Wówczas starzec zawołał straszliwym głosem:

 — W jakim miesiącu umarł dziad twój, Ewinie de Elliot?

 — W czarnym — odpowiedział Ewin.

 — A w jakim miesiącu umarł twój ojciec, Ewinie de Ker-Elliot?

 — W czarnym — odpowiedział młodzieniec, drżąc mimowoli.

 — A jaki teraz miesiąc mamy, jaki, Ewinie de Ker-Elliot?

 — Czarny — odpowiedział Ewin półgłosem, po chwili zaś zawołał:

 — Sterniku, sterniku, patrz — czy widzisz tę ogromną falę?... Czyżbyś chciał zatopić mnie, wraz ze sobą.. czyżbyś chciał teraz...

 Nie mógł dokończyć; olbrzymi bałwan uderzył w szalupę, napełniając ją wodą.

 Mor-Nader nie wypuścił steru, ze spokojnem czołem, z bacznem okiem, niezatrwożony ani na chwilę, wytrzymał okropne wstrząśnienie.

 — Jeszcze jeden! — zawołał Ewin na widok drugiej fali, jeszcze większej. — Doprawdy, jutro ciała nasze znajdą na piasku wybrzeża.

 — Tak, zapewne... zimne twoje ciało znajdą na piaszczystym sztrandzie... wodorosty obwiją twe skronie... i to będzie twój wieniec pogrzebowy... — odrzekł starzec — jeśli masz zaraz umierać, to zaraz umrzesz... czarny miesiąc zawsze będzie czarnym miesiącem...

 I znowu zanucił jakąś dziwną pieśń, głośniej jeszcze, niż przedtem:

 

Mé wel as mor waorh émp tout,

Ken a gren am aot gant ar spont

Hen trem gwenn ewid and erc‘h gann

Em hé benn kerno a avyaut

 

(Wychodzi mi ima spotkanie koń morski,

Wszystko na brzegu drży przed nim...

Biały jest, jak śnieg, rozbija fale,

Rogi ma lśniące, jak ze srebra).

 

 Umilkł, a ster prawie wypuścił z ręki.

 Wtem nowy bałwan, jeszcze silniejszy od poprzednich, omal nie wywrócił czółna dnem do góry.

 Ewin, obalony uderzeniem., podniósł się i groźnie huknął ma starca:

 — Cóżto ma znaczyć — czy chcesz mnie zatopić, nędzniku?... Och, biada mi, biada! — po co ja się wdałem z tym obłąkańcem?

 — Ależ nie, bynajmniej! — z ironją odparł sternik — przecież jestem tylko oszustem... przecież nie mogę widzieć iw obłokach tajemniczego pogrzebu tych, co mają wkrótce rozstać się z tym światem... nie, przecież ja nie mogę widzieć, jak śmierć ku nim ręce wyciąga... Ewinie de Ker-Elliot, czy kiedy, wpadając w otchłań, będziesz słyszał nad sobą huk bałwanów, to też nazwiesz mnie oszustem?... Ewinie de Ker-Elliot, czy widzisz, przy ostatniem światełku wieczora, ten ogromny bałwan, czarny bałwan, który leci, rycząc i potrząsając pienistą grzywą? — Oto zbliża się... huczy i mówi, grożąc: Nie, Mor-Nader nie jest oszustem, on to mnie przywołał, abym mógł wchłonąć w swe wnętrzności martwe ciało... Gdzież ono jest, o, już je widzę!...

 Szał sternika doszedł do szczytu;’podniecony strasznym widokiem burzy aż do wściekłości, zaślepiony dziką dumą, gotów był poprostu do poświęcenia swego życia, byle przekonać Ewina o prawdziwości swej złowrogiej przepowiedni; Opuścił więc ster i stanął, wyprostowany, w tyle czółna.

 Z rękami, założonemi na nagiej piersi, ze wzrokiem, jakby natchnionym, z czołem, groźnie zmarszczonem, zdawał się być złym duchem rozszalałego morza.

 Krucha łódź, pozbawiona kierownictwa, po dwakroć stoczyła się w przepaść; rozległ się głuchy łoskot — coś białego zabłysnęło i znikło w głębokiej pomroce — to wiatr zerwał żagiel.

 — Jesteśmy zgubieni! — wrzasnął Ewin.

 I z rozpaczliwą wściekłością rzucił się na starca, usiłując pochwycić ster.

 Szaleniec odepchnął go gwałtownie.

 Zaczęła się pomiędzy nimi walka nad otchłanią, która w każdej chwili gotowa była pochłonąć ich wraz z łodzią.

 Ewin zdołał ranić starca w czoło, aż mu krew popłynęła, lecz po chwili dostał taki raz w czoło wiosłem, że padł nawpół omdlały na dno szalupy. Przymknął oczy, poleciwszy się Bogu, leżąc, oczekiwał nieuchronnej śmierci w falach.

 Szalupa, pozostawiona łasce Bożej, przeskakiwała tu i owdzie nad bałwanami.

 Mor-Nader, z zakrwawionem czołem, z obłąkanemi oczyma, ukląkł, podniósł ręce i zaintonował jakiś ponury hymn:

 

Movvrangoz — lé lavar d‘i — me

Pétra c‘choavi gan, ou amé?

— Tal ann prenn — lu choavi gan in

He raoulag ru a fel d‘in

He raoulagard a yrapann net

Abék da cé enn deur tennet.

 

(Kruku morski, co trzymasz w dziobie?

Pewno głowę rycerza, abym mu ślepia

Wydarł, jak niegdyś on wydarł tobie,

Gdy cię pochwycił na wybrzeżu...

 

 — Sterniku... djabelski sterniku!... Czy mię do piekła prowadzisz? — bełkotał Ewin, czując, że szaleństwo Mor-Nadera poczyna go opanowywać. — Gotów jestem umrzeć, czegóż ci jeszcze potrzeba?...

 — No, co... czy oszust ze mnie... czym kogo zawiódł?... — mówi starzec, schylając pokrwawione czoło nad swą ofiarą, rozciągniętą nadal na dnie kołysającego się słabiej już czółna.

 — Litości, litości... nie jesteś oszustem, bynajmniej nie jesteś!... Nim jednak zginę, ty, co wiesz wszystko, popisz się przede mną całą swą djabelską nauką — powiedz mi coto za tajemniczy portret... ta postać z czarnemi oczyma i bladem czołem, którą ujrzałem, jak widziadło i której wspomnienie ściga mnie bezustannie, jak wyrzut sumienia?

 — To kwiatek czarnego miesiąca... jest to grobowy kwiatek... więcej nie dowiesz się... przed czasem... — odpowiedział sternik.

 Wtem nowa fala runęła na czółno. Ewin, zalany wodą, przywalony do dna, stracił wszelką możność ruchów; łódź znowu była bliska zatonięcia.

 Wtem głośniej jeszcze zabrzmiał znowu dziwaczny, ponury śpiew Mor-Nadera:

 

Na te louarnne tarar di — mé,

Petru c‘ hoavi gan — ou a mé?

He galon a c‘ choavi gan — i?

Oa — Ken d‘ gwiv vel ma hani...

Na te lavav d‘i — me tousek

Petru rez aré korn hereck?

Me a zo ana‘ nem laket

C’hontoz he ene da zonet...

 

(A ty wilku, co masz w paszczy?

Wydarłem jego serce...

Okrutne, nieczułe serce junaku...

A tobie, jaszczurko, co się dostało.

W twój chytry pysk?...

Jego dusza — oto wszystko.

 

 Nowa góra wodna, wznosząc się z potwornym łoskotem, uderzyła na czółno, zatapiając je. Ewin uczuł, jak spada w przepaść...

 

II. ZAMEK.

 

 Całe zachodnie wybrzeże Bretanji, od Brest aż do Nantes, w ujściu Loary, jest nieurodzajne i dzikie; widok jego, chociaż chwilami prawdziwie majestatyczny, nie jest zbyt miły dla oka.

 Pomiędzy skaliste przylądki Karnavan i Rar wrzyna się zatoka, zwana zatoką Topielców — dalej rozciąga się wybrzeże, albo mielizna Konających i skała Nieboszczyków. Złowróżbne te nazwy przypominają, jak niebezpieczną jest żegluga na wybrzeżach tej ponurej krainy, zwłaszcza w okresie panujących w końcu jesieni, wiatrów zachodnich w tym sensie przesąd bretończyków o czarnym miesiącu ma pewną podstawę. Krew w żyłach ścinająca scena, jaką opisaliśmy powyżej, nastąpiła właśnie w tych strasznych okolicach.

 Tu i owdzie, ma szczytach ogromnych skał, tworzących brzeg Armoryki, piętrzy się jeszcze kilka średniowiecznych zamczysk bretańskich, o granitowych murach i spiczastych dachach. W pobliżu małego miasteczka Saint-Michel, wznoszącego się nad zatoką Topielców, stał, wspomniany już przez nas zamek Treff-Hartlog, starożytna siedziba baronów de Ker-Elliot — jednego z najstarszych i najbardziej poważnych rodów Bretanji.

 Trudno dziś pojąć doprawdy, w jakim celu założyciele Treff-Hartlogu wystawili swą warownię w miejscu tak dzikiem i samotnem. Granitowe mury zdawały się stanowić jedną całość ze skałami — kolor miały czarny, mech je okrywał były już mocno poodrapywane. Główna część zamku — siedziba samego barona,,’wizinosiiła się pośrodku dziedzińca, iwysadzonego jodłami, i modrzewiami, niegdyś symetrycznie podcinanemi, oddawna jednak pozostawionemi samym sobie. Nad lewem skrzydłem zamku wznosiła się wysoka wieża, prawie całkowicie okryta splotami odwiecznego bluszczu; prawe skrzydło oddawna było ruiną.

 Z tej strony, gmach wznosił się prostopadle nad morzem. Na trzy stopy poniżej wewnętrznego dziedzińca rozciągał się rodzaj tarasu, z którego widać było morze, skały i wąski kanał, oddzielający cyple zatoki Topielców od wyspy Sein; dalej rozciągał się już niezmierzony Atlantyk.

 Posiadłości, należące do panów Treff-Hartlogu, rozrzucone były tu, i owdzie po dolinie, wpośród zielonych dębów, świeżą swą zielonością przerywających dziką monotonję niezmierzonych płaszczyzn — rodzaju stepu, jaki pokrywa całe wnętrze Bretanji poza skałami wybrzeża.

 Obecny pan zamczyska; baron Ewin de Ker-Elliot, opuścił rano Treff-Hartlog i wybrał się na, wycieczkę na morze z Mor-Naderem, starym sternikiem z wyspy Sejn. Wiemy już o katastrofie, jaka zakończyła tę wycieczkę, na zamku jednak nie wiedziano jeszcze o niczem.

 Było to właśnie w środku listopada 1838 roku; dzień był pochmurny, posępny. Zaczynało się już ściemniać kiedy dobry ogień, podsycany żywicznemu polanami dębowemi, płonął z trzaskiem na kominie ogromnej kuchni zamkowej.

 Scena, którą teraz zamierzamy opisać, stanowiłaby wspaniały istotnie temat dla jakiegoś flamandzkiego malarza.

 Ogromną izbę zamkowej kuchni, bieloną wapnem, oświecało jedno potężnych rozmiarów gotyckie okno, wysokie, a wąskie, z małych, zielonawych szybek, oprawnych w ołów. Mury izby, jak i całego zamczyska, były tak potwornej grubości, że we wnęce okna można było swobodnie postawić stół i stary fotel, wybity skórą, z olbrzymiemi poręczami.

 Siedząc w tem krześle, stara Anna-Joanna, mamka pana zamku, przędła kądziel, paląc gipsową, wielką fajkę — zwyczaj, powszechny wśród starszych wiekiem niewiast Armoryki.

 Ponieważ mrok już zapadał, połowa postaci Anny-Joanny zasunęła się już w cień i tylko połowę można było dostrzec na tle nawpół przezroczystego okna. Na głowie Anny-Joanny wznosił się wysoki czepek biały, mocno związany na pomarszczonem czole; gorset miała z niebieskiego sukna ze srebrnemi guzikami; spódnicę z grubej wełnianej, czerwonego koloru materji — całego tego stroju dziesiątki lat nie zmieniały.

 Ciemność coraz głębiej zalegała kuchnię, walcząc ze światłem ogniska, które, drżąc, rzucało różowy blask na dębowy stół i szafę, napełnioną naczyniami fajansowemi i cynowemi, utrzymanemi we wzorowej czystości. Kilka płaskorzeźb, ordynarnej roboty, poprzybijanych gwoździami do murów, przedstawiało świętych patronów Bretanji, o dziwacznie dla francuza brzmiących imionach — świętego Gnehenoc‘a, świętego Hennoc‘a i świętego Goulvain‘a; największa zaś ze wszystkich płaskorzeźba, wymalowana z prostacką starannością, przedstawiała kapliczkę Falgout, słynną ze swego pustelnika — św. Sulënna — błogosławione to dziecię widniało na tej płaskorzeźbie w okazałej aureoli, pod spodem zaś obrazu można było odczytać słowa wielkiego maga średniowiecznego katolicyzmu — mądrego i świętobliwego Alberta Wielkiego:

 „Kredy Salënn wychodził żebrać po Lesnewen i okolicy, dwoma tylko słowami naprzykrzał się ludziom, bo stając w drzwi chaty, czy zamku, powiadał tylko: ave Maria — potem brał, co mu dano, powracał do pustelni i tam, u źródła, spożywał wśród modłów razowy chleb z wodą.

 „W czasie największych mrozów, a mrozy w onej krainie srogie są, mały Salënn w nędznej swej, połatanej szacie, wdrapywał się dla rozgrzewki na drzewa, czepiał się gałęzi i, huśtając się, śpiewał: o Maryja, ma dziewico! — Kiedy zmarł w Bogu, znaleziono przy jego świętych zwłokach, liliję, o cudownym zapachu, na której złotem! literami było wypisane: O, Marjo!...

 Reszta napisu była zatarta“.

 Nie mogliśmy powstrzymać się od przytoczenia tu tego urywka jednej z najpopularniejszych z pośród niezlicznych, czasami pięknych, czasami dziwacznych legend starożytnej Armoryki — przytoczyliśmy go choćby dlatego, by zaznaczyć, że Anna-Joanna żywiła szczególne nabożeństwo właśnie dla tego świętego, w czasie zaś dzieciństwa Ewina de Ker-Elliot, uczyniła świętemu Salënnowi ślub.

 Wiatr świszczał, wstrząsając oknem kuchni starego zamczyska, wielkie krople deszczu, pomięszane z gradem, biły po wątłych szybach, zdaleka zaś dochodził huk oceanu.

 Anna-Joanna kilkakrotnie spojrzała z niepokojem w okno, aż wreszcie podniosła się cała i rzekła w bretońskiem, celtyckiem narzeczu, do osoby, całkowicie ukrytej w cieniu:

 — Les-en-Goch, Les-en-Goch — co za czas dla naszego mabmeibrina!

 — Deszcz i wicher!... Hm... Gorsze jeszcze przenosił nasz pen-kanger w lesie Menez-Chom — odpowiedział mąż Anny-Joanny — on to był bowiem — nie poruszając się ze swego miejsca.

 Las-en-Goch był świetnym typem starego bretońskiego plemienia, dotąd jeszcze tak różniącego się od francuzów, silnego i nieugiętego, jak skały Artmoryki — plemienia! pełnego poświęcenia, męstwa, przesadnej pobożności, łączącej się z cudackiemu przesądami, pełnego ducha wierności, i ducha buntu, plemienia milczącego, a zarazem niezaprzeczenie pojętnego.

 Siedząc przy samym kominie, Les-en-Goch palił fajkę w poważnej zadumie. Blask ogniska padał na jego twarz ogorzałą od słońca i posiekaną przez wichry i słoty Atlantyku.

 Był to mężczyzna już przeszło pięćdziesięcioletni, lecz ta żywotna rasa nie wcześnie się starzeje i dotąd zachował średnią tuszę, siłę i zwinność — jedynie jego długie, czarne włosy zaczynały już siwieć. Niskie czoło, dolina szczęka silnie wystająca, oczy zapadłe, czarne i przenikliwe, nos, nieco zgarbiony, cała powierzchowność stateczna i budząca respekt, wskazywały na charakter twardy i rozważny. Założywszy nogę na nogę, zgarbił się, oparł rękę na kolanie, podbródek na dłoni drugiej ręki i powoli pykał z wielkiej fajki. Postać jego, w długim kaftanie i szerokich.spodniach, malownicza rysowała się na tle ogniska.

 Wielki kundel ze śpiczastemi uszami, powalanie usiadłszy na tylnich łapach obok swego pana, delektował się ciepłem komina, niekiedy zaś, z ukontentowania, powoli i majestatycznie zamiatał podłogę długim, kudłatym ogonem.

 Aby nic nie pominąć w kontrefekcie męża Anny-Joanny dodamy jeszcze, że na szyi nosił sporo relilkwij, zawieszonych na rzemyku. Twarz miał prawie bez zarostu, policzek i czoło przecinała mu głęboka blizna. Nosił zwykle niski kapelusz z ogromnemi skrzydłami, pas z czerwonej wełny i ogromne drewniane soboty — obuwie, wspólne chłopom całej Francji.

 — Co za deszcz, co za deszcz! — odezwała się znowu Anna piastunka — jak nasz pan mógł wyjechać na morze w taką zawieruchę?... Ach, Les-en-Goch — nie wiem sama, ale Ewin od niejakiego czasu zgoła jakby do siebie niepodobny. Nie dlatego by, brońcie mnie wszyscy święci — aby miał stać się gorszy, niż dawniej — ale budzi jakiś posępny!...

 — Les-en-Goch, co mu może dolegać?

 Stary bretończyk nic nie odpowiedział tylko mocniej dym z fajki pociągnął.

 — Czemu mi nie odpowiadasz nic, Les-en-Goch... widzę przecież, że i ty nad tem medytujesz?... Alle, mój Boże, co za zawierucha!... GCy słyszysz, jak morze huczy?... — dodała Anna-Joanna, dorzucając ogromną kłodę do ognia. — Mój mab-meibrin wyszedł od samego rana, a tu deszcz leje i leje — niechże przynajmniej, jak wróci, zastanie dobry ogień!

 — Oho, nasz pen-kan-ger to wytrwałe panisko — kiedy leżał w lesle na ziemi, ostatni zrywał się, by się cofnąć, gdy żołnierze poczynali strzelać do nas, jak do willków.. Och, wtedy nie był smutny!...

 — Dałbyś już spokój z tem wszystkiem — przerwała Anna-Joanna tonem wyrzutu. — Alboż nasz Ewin nie był raniony na tej wojnie — poco mi przypominać — alboż nie był wraz z tobą skazany na śmierć, na szczęście ułaskawiony przed dwoma laty z wami wszystkimi? Przez piętnaście miesięcy trwania tej sławnej pamięci kuanerji dzień w dzień błagałam Boga i świętych jego w kościele św. Michała o zwycięstwo dla naszych i o opiekę nad naszym panem — a potem powracałam tutaj, zakrywałam głowę fartuchem i płakałam za moim wychowankiem i za tobą, Les-en-Goch.

 — Och, wtedy, to Pen-kan-ger był daleko szczęśliwszy, kiedy las służył mu za schronienie! Dzień po dniu walczył... a jak wesoło szedł do ataku!... Dzielny pan z niego... dobre były — czasy...

 — Dlaczego — nazywasz Ęwina pen-kan-gerem,, kiedy wojna, Bogu dzięki, dawno się już skończyła? — mówiła Anna-Joanna, zapalając mosiężną lampkę.

 Bretończyk wskazał na długi karabin, zawieszony na ścianie i rzekł:

 — Na wojnie, czy w pokoju, broń zawsze bronią, a naczelnik naczelnikiem.

 W tejże chwili deszcz przeszedł w prawdziwą ulewę, wiatr stał się jeszcze gwałtowniejszy, a po paru minutach zawyła burza. Huk oceanu, początkowo głuchy i oddalony, zdawał się przybliżać coraz bardziej. Drzwi i okna domu drżały od huku rozigranych żywiołów.

 — Jezus, Marja! Najświętsza panienko z Falgoat! — zawołała Anna-Joanna, składając ręce — święty Michale, spraw alby nasz Ewin ocalał!... Co za okropności muszą się dziać na morzu!...

 — Ocaleje — odrzekł jej mąż flegmatycznie.

 — Skądże wiesz o tem, z taką pewnością, kochany Les-en-Go-ch? Bretończyk zdjął nogę z nogi, początkowo nic nie odpowiedział, lecz raptem powstał, zagasił fajkę i chwycił kapelusz.

 Wagw, ów wielki kundel kudłaty, również zerwał się za swym panem.

 — Co, czy masz zamiar szukać Ewina? — spytała mamka.

 Mąż, zamiast odpowiedzieć, schylił głowę, założył ręce z tyłu i począł spiesznie przechadzać się po kuchni w głębokiej zadumie.

 Wagw chodził za nim, jakby szykując się do jakiejś ważnej roboty.

 — Boże, miej nas w swojej opiece! Wszyscy święci! — wołała Anna-Joanna z coraz większą rozpaczą, — znając znaczenie każdego ruchu swego małżonka. — Widzę już zagasiłeś fajkę i przechadzasz się wielkim krokiem — znaczy, że mojemu mab-meibrin‘owi grozi niebezpieczeństwo!...

 — Burza rzeczywiście straszna, a on namorzu... z Mor-Naderem! — odpowiedział stary bretończyk — posępnie.

 — Jezus, Marja, Józef! Zlitujcie się nad tym, którego wykarmiłam, jak własne dziecię! — jęknęła Anna-Joanna, padając na kolana.

 Les-en-Goch zdjął kapelusz, który już nałożył, ukląkł obok żony, ucałował relikwje, które nosił na szyi i począł cicho i żarliwie się modlić, zaledwie poruszając wargami.

 Czyż nie jest to naprawdę wyruszające, w naszym zepsutym wieku, w roku 1838, widzieć dwoje sług wiernych, modlących się z czystego, szczerego serca, za swego pana?

 Les-en-Goch uczynił ślub Najświętszej Marji Pannie i św. Brygidzie, patronce ziemi bretońskiej, prosząc je o ratunek dla Ewina de Ker-Elliot, który przecież jest baronem jenego z najstarszych zamków poświęconej im ziemi.

 Wreszcie bretończyk podniósł się pierwszy, pewny siebie, bo ufał w skuteczność swojej modlitwy. Zaczął chodzić na nowo, od czasu do czasu przysłuchując się burzy, która ryczała z coraz większą wściekłością.

 Kiedy niekiedy rozlegał się daleko huk przeciągły, głuchy, jak wystrzał wielkiego działa — był to huk wielkiej fali, prawdziwej ściany wodnej, spadającej na płaskie wybrzeże zatoki Topielców.

 Deszcz był ulewny; ogromne krople wpadały kominem aż do kuchni — ogień zgasł i całą izbę zaległa okropna ciemność. Wreszcie wiatr przyniósł odgłos dzwonu kościoła św. Michała, zwiastujący gadzinę siódmą.

 Słudzy bretońscy kochali, swego barona jak własne dziecię, to też cierpienia ich były okropne — chociaż nie objawiały się bezużytecznym krzykiem, lecz spokojną, cichą rezygnacją i powalaną prawdziwie pobożną modlitwą.

 Anna-Joanna, dla zagłuszenia czemś swego niepokoju i strachu, zabrała się do przygotowania wieczerzy dla swego mab-meibrina — przystawiła do komina długi stół orzechowy i nakryła go obrusem domowej roboty, utkanym w ciągu długich, zimowych wieczorów w Treff-Hartlog, wybielonym zaś, starym sposobem, na rosie majowych nocy. Na tym obrusie ustawiła symetrycznie dwie srebrne salaterki, starożytnej, ciężkiej roboty i inne rzeczy, niezbędne dla spożycia wieczerzy przez brak znakomitego barona.

 Może ktoś będzie uważał za zbyt już patrjiarchalny zwyczaj, by, bogaty przecież, baron jadał w kuchni, młody pan jednak, jak ogół panów bretońskich, mało dbając o etykietę, lubił wieczerzać wesoło przy tym wielkim kominie, przy którym w dzieciństwie słuchał cudownych legend swej mamki, albo opowiadań o walkach wandejczyków z trójkolorowymi, o których najciekawiej prawił stary szuan, ojciec Les-en-Goch‘a, Brul-Hueffle.

 W czasie tych skromnych uczt, Ewin rozmawiał ze swoją mamką, dziś będącą ochmistrzynią zamku i z Lesen-Gochem, masztalerzem, ogrodnikiem i kamerdynerem zarazem.

 W zaciszu tego komina, za przykładem ojca swego, Tremendara de l‘Escoet, barona de Ker-Elliot, dziedzic ziarmmku udzielił posłuchania swym dzierżawcom-wasalom. Nigdy nie odrzucił zażalenia, nigdy nie odmówił wsparcia, dni wynagrodzenia, skoro tylko żądanie było słuszne. W czasie tychże wieczerzy, wasale-rybacy, powracając z połowu, przynosili na zamek najpiękniejsze ryby, za które Ewin hojnie przepłacał, mimo upomnień oszczędnej Anny-Joanny. Wreszcie, po smacznej wieczerzy, młody baron rozsiadał się w wielkim fotelu, gdy jego mamka i stary Jakób biesiadowali dalej przy wielkim stole.

 Wówczas Ewin zapalał fajkę, wlepiał wzrok w ogień i pogrążał się w ulubionych swych dumaniach, albowiem umysł jego, jak się o tem dowiemy jeszcze, szczególną miał do nich skłonność — wreszcie, około dziewiątej, przechodził do swego pokoju i zasypiał spokojnym snem w wielkiem, rzeźbionem łożu, w którem pomarli jego ojciec, dziad i pradziad.

 Pan na Treff-Hartlog wiódł życie bardzo spokojne, wyjąwszy oczywiście piętnaście miesięcy, gdy mężnie wojował w Wandei na czele czterdziestu swych wieśniaków i wasali, przystawszy do sławnego powstania księżnej Berry.

 Wybiła wreszcie godzina ósma; wiatr huczał jeszcze groźniej, a Ewina, jak nie było, tak nie było widać.

 — Jak widzę, Mor-Nader może mieć słuszność... — mówił do siebie Les-en-Goch w zadumie. — Może ta stara sowa naprawdę jest wróżbitą?

 — Pan Bóg tylko świętych swoich czyni wróżbitami — rzekła Annia-Joanna.

 — No, nie wiem... czy ja mówię, że jego dar wróżenia pochodzi koniecznie od Boga? Czy jego mądrość pochodzi od Boga, czy od szatana... niechże ją Bóg przeklnie, jeżeliby przepowiednia jego miała się spełnić!

 — Jaka przepowiednia?

 Stary bretończyk wzdrygnął się.

 — Kiedyś spotkałem Mor-Nadera ma wybrzeżu... Siedział na załamie skały... słońce właśnie zachodziło i pogoda była niepewna, a ten stary puszczyk śpiewał, czy też krakał:

 

Pa guz ann Héol, pa goeno ar mór

Me war kana, war treuz ma dor.

 

(Gdy słońce zapada i morze huczy

Ja śpiewam wesoło w progu mej chaty).

 

 — Smutna to piosenka, Les-en-Goch; powiadają, że, kiedy Mor-Nader ją śpiewa, chmury ciemnieją i bałwany mocniej igrają... A może to naprawdę jaki prorok czartowski?

 — Tak, słyszałem... a i dziś właśnie chmury są ciemne... Mówiłem przecież Mor-Naderowi: sterniku, uważaj, bo noc będzie zła. — ale nic na to nie odpowiedział, tylko mi wskazał na wieżę Treff-Haitlog, którą widać było zdaleka. — Co to ma znaczyć, Mor-Naderze? — pytam — w tym żamku mieszka nasz pen-kan-ger. — A sternik, po chwili milczenia, odpowiada mi: Wiatr czarnego miesiąca śmierć przynosi w ten dom. I nic więcej nie mogłem z tego złowróżbnego czarownika i wróżbity wydobyć. A to mnie trwoży...

 — Dlaczego, Les-en-Goch?

 Mąż Anny-Joanny zawahał się i dopiero po chwili odpowiedział cicho:

 — Żono, jaki maimy miesiąc?

 — Czarny...

 Anna-Joanna w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co mężowi chodzi — później dopiero, przypomniawszy sobie słowa Mor-Nadera o czarnym miesiącu, feralnym dla rodziny Ker-Elliot, wykrzyknęła ze strachem:

 — Ach, rozumiem cię, Les-en-Goch! Przecież ten straszny miesiąc trwa jeszcze.

 Stary bretończyk schylił głowę i zaczął przechadzać się spieszniej.

 — Czarny miesiąc trwa jeszcze — powtórzyła Anna-Joanna z coraz większym przestrachem — a Ewin jest na morzu, wśród strasznej burzy... i z Mor-Naderem... Doprawdy, odpowiednie to dlań nazwisko... bo człowiek bardzo złośliwy... wszyscy uciekają przed nim; sam wielebny przeor, z St. Michel, świętobliwy i uczony ksiądz de Keronëllan obiecał go wykląć, jeżeli nie zaprzestanie czarów.

 — Szkoda, że ksiądz przeor od trzech miesięcy bawi w Paryżu; od trzech też miesięcy nasz pen-kan-ger jest smutny... a on powiedziałby mu to, czego my nie umiemy..

 — Zwłaszcza, że przecież już nam sam mówił o tym tajemniczym portrecie, który powiększył jeszcze jego smutek. Les-en-Goch, czyżby za życia nieboszczyka świętej pamięci swego ojca, nie widział tego portretu?

 — Nigdy.

 — Ale to przecież obraz bardzo stary.

 Bretończyk potrząsnął głową na znak powątpiewania i cicho odpowiedział:

 — Kto wie, może ta blada postać to jakaś osoba zaczarowana...

 — Niestety, Les-en-Goch! Kiedy pan pytał nas, skąd się wziął w jego pokoju ten portret, a nie umieliśmy mu odpowiedzieć — pamiętasz, jak się przestraszył i zdziwił?

 — Tak, juści, że to jakieś czary, czary... — odpowiedział Les-en-Goch. — Kiedyś o zmroku, wszedłem do komnaty pen-kan-ger‘a...

 — No i...

 — Zdawało mi się, że oczy tej białej postaci błyszczą i ruszają się...

 — Jezus, Marja!... To wróży jakieś wielkie nieszczęście. Och, mój Boże — co za straszliwie burza! Zgubione nasze dziecię, zgubione!... — krzyknęła stara piastunka z rozpaczą.

 — Oby Bóg sprawił, aby ten nieczysty człowiek nie zdołał nic wyczytać w przeznaczeniu naszego bogobojnego pen-kan-ger‘a!

 — Tak, tak... chyba Bóg nie pozwoli, aby taki pan zginął od czarów — odpowiedziała Anna-Joanna, schylając głowę, ażeby lepiej móc się wsłuchiwać. — Och... zdaje mi się, że ktoś idzie... to on, to on napewno! Bądźże błogosławiona, Najświętsza Panienko, bądź pozdrowiona, święta Brygido... nie opuściłyście mego dziecięcia, za którem was błagałam!

 I Anina-Joanna padła na kolana, składając kornie ręce.

 Les-en-Goch podbiegł ku drzwiom, które po chwili rozwarły się i do kuchni wszedł pan zamku, baron Ewin.

 

III. POWRÓT.

 

 Na pierwszy rzut oka, postać Ewiina nie sprawiała ujmującego wrażenia. Czarne gęste włosy, spadające ma czoło, gęste, krzaczaste brwi, czarna broda, którą zapuścił w czasie wandejskiej wojny, nadawały jego obliczu srogi wyraz — jedynie łagodne spojrżenie i poważny, słodki uśmiech czyniły tę surową postać bardziej ujmującą.

 Strój, jakiego używał barom podczas morskich wycieczek, nie różnił się od zwykłego stroju majtków i rybaków tej części Francji: spodnie miał szerokie, z żaglowego płótna, kurtkę z grubej wełny, z kapturem — w tym też ubiorze wszedł do kuchni. Mimo ulewnego deszczu nie spuścił kaptura; był blady, włosy na czole miał pozlepiane i zmoczone; z ubrania woda ciekła mu strumieniami.

 Wchodząc, z pośpiechem zamknął drzwi za sobą, jakoby go ktoś ścigali.

 Wszedł tak gwałtownie, przytem postać jego zdradzała taką trwogę, że Les-en-Goch aż chwycił za karabin.

 — Co się stało, jaśnie wielmożny baranie? — wrzasnął stary bretończyk, biegnąc ku swemu pen-kan-ger‘owi.

 — Najświętsza Panienko z Falgoat! Czyżby jaśnie panu groziło jakie niebezpieczeństwo?... — załamała ręce Anna-Joanna.

 Słowa te, zdaje się, przywróciły Ewinowi przytomność; rozejrzał się dokoła, dotknął ręką czoła, jakby zawstydzili się dziecinnego przestrachu. Usiłując się uśmiechnąć, rzekł do Les-en-Gocha:

 — Zgadnij, kogo tu nie wpuszczę?

 Bretończyk spojrzał ze zdziwieniem; Ewin uśmiechnął się jeszcze i dodał z wymuszoną wesołością, spuszczając zasuwkę:

 — Mnich czerwony mnie ścigał.

 Mimo tego żartu, wciąż wyglądał, jakby nie mógł jeszcze przyjść do siebie.

 — I czy pana dopędził? — zapytał bretończyk z całą powagą, święcie przekonany o możliwości podobnego spotkania. — Spójrz, wielmożny baronie, przecież masz spodnie krwią zbroczone!

 — Najświętsza Panienko, święta Brygido... nasz pan raniony... moje dziecię! — wykrzyknęła Anna-Joanna, chcąc rzucić się w objęcia swego młodego pana.

 Ewin, po raz pierwszy chyba w życiu, odsunął delikatnie starą piastunkę i, nie odpowiedziawszy jej ani słowa, usiadł przy ogniu.

 Stary szuan, także w milczeniu, długo przyglądał się krwawym plamom na ubraniu Ewinia, zmytym już mocno przez wodę; wreszcie rzekł z wielką ulgą do żony:

 — To nie jego krew... chodzi dobrze i niepodobna, by był ranny w nogę.

 — Bogu dzięki, jeżeli to nie jego krew... może jakiego wroga przyszło mu pokonać — rzekła Anna-Joanna i przeżegnała się.

 Ubranie Ewina było tak przemoczone, że dłuższy czas drżał z zimna.

 — Może zechce pan zmienić ubranie? — spytała go piastunka.

 Ewin jakby nie dosłyszał; wówczas Anna-Joanna zbliżyła się doń i powtórzyła pytanie, kładąc zaś lekko rękę na ramieniu Ewina, dodała:

 — Niepodobna przecież, żeby pan pozostawał dłużej w tych sukniach, zupełnie przemoczonych... Co za straszny deszcz!...

 Po kilku jeszcze chwilach posępnego milczenia, Ewin ocknął się wreszcie i rzekł, jakby sam siebie chciał uspokoić:

 — Jeżeli listopad nazywają miesiącem czarnym, to maj nazywają miesiącem kwiatów... Trzeba mieć kapuścianą głowę, żeby się tak lękać... Czyż nie wyszedłem cały z największego niebezpieczeństwa?.. Jeżeli Mor-Nader jest warjatem i to kiepskim, to jeszcze z tego nie wynika, żeby miał być czarnoksiężnikiem... Dalej, Anno-Joanno, daj mi wieczerzę — dodał po chwili, prawie zupełnie już ochłonąwszy ze wzruszenia — a potem jeszcze mi przyszykuj trzy czary wina grzanego — wypiję z tobą i z Les-en-Goch‘em.

 — Wypijemy za twoje zdrowie i szczęśliwy powrót, jaśnie wielmożny baronie! — ucieszył się szczerze bretończyk.

 — Ale też w takim czasie puszczać się na morze! Na morze... i to jeszcze z tym Mor-Naderem... Najświętsza Panienko z Falgoat! — lamentowała jeszcze Anna-Joanna, krzątając się nad przygotowaniem wieczerzy.

 Nazwisko sternika przykre wywarło na Ewinie wrażenie; twarz jego zasępiła się na nowo, ale silił się na wesołość.

 — Przeciwnie, moja kochana, na morzu zawsze lepiej z czarownikiem, który powiada, że go z burzą djabli swatają. Przyznam zresztą, że dziś pani burza niezbyt łaskawie potraktowała swego oblubieńca, skoro go wygrzmociła do krwi.

 — Aż do krwi, panie baronie?

 — Alboż nie zauważyłeś śladów na moich spodniach... to właśnie...

 — Tak, panie.

 — Widzisz, Les-en-Goch; maszt nam się złamał, a kiedyśmy chcieli podnieść go, ogromny bałwan uderzył w łódź; Mor-Nader potoczył się i... i... Skaleczył się w czoło. Szczęściem mniej krwi utracił, niż bólu doznał.

 Chociaż Ewin mówił to z wielką pewnością, lecz, nie przyzwyczajony do kłamstwa, jąkał się okropnie.

 — Więc pan baron był w łodzi sam jeden... z Mor- ader‘em?

 — Alboż potrzebowaliśmy pomocy? Od jakiegoż to czasu ja i Mor-Nader nie jesteśmy zdolni do kierowania taką łupiną z orzecha?

 — I Mor-Nader w taką pogodę powrócił sam na wyspę Sein?

 — Nie, nie... — odpowiedział Ewin z pewnem pomieszaniem. — Wysiedliśmy w Kerer; Mor-Nader przenocuje zapewne u Legal‘a, rybaka.

 — Więc jest pan pewny, panie baronie, że ten... spędzi noc u Legal‘a?

 — Nie ze wszysitkiem... jednak tak sądzę — odpowiedział Ewin z niecierpliwością; później zaś dodał jeszcze — no, mój stary towarzyszu broni, pozwól mi zrzucić te suknie, które(ważą conajmniej sto funtów i których, jak ci mówiłem, czerwony mnich dotknął.

 Les-en-Goch zbyt głębokie miał uszanowanie dla swego pen-kan-ger‘a, aby mu się miał naprzykrzać pytaniami co do przyczyny przestrachu, jaki zdradzał Ewin przy wejściu do zaimku.

 Zaraz po wieczerzy Ewin udał się do swego pokoju i starzy słudzy pozostali w kuchni sami.

 Les-en-Goch, zamyślony, w milczeniu palił fajkę przy kominie.

 Anna-Joanna, wiedząc, że napróżno byłaby usiłować wszcząć rozmowę, kiedy mąż duma, usiadła smutna przy kominie, bo tajemne przeczucie mówiło jej, że mab-mei-brin, musiał walczyć z innem jeszcze niebezpieczeństwem, prócz burzy.

 Nagle Les-en-Gach zgasił fajkę, schował ją do kieszeni, podniósł się, wziął karabin, obejrzał zamek i powoli skierował się ku wyjściu z kuchni.

 Już mając wyjść, zatrzymał się, przystanął i, po chwili rozwagi, położył karabin z powrotem na miejsce i znowu wpadł w zamyślenie.

 Anna-Joanna nie spokojnie patrzyła na przygotowania męża; odgadła jego zamiar.

 — Les-On-Goch,, czy chcesz iść do rybaka Legal‘a, dla ukarania Mr-Nadera? Och, nie czyń tego, proszę cię... jeżeli działał na szkodę naszego pana, sann Bóg go za to ukarze.

 Bretończyk, zdziwiony domyślnością żony, odrzekł powoli:

 — Człowiek jest i winien być narzędziem woli Bożej i kary.

 — Les-en-Goch — zawołała Anna-Joanna z przestrachem — ale chyba nie będziesz zabijał Mor-Nader‘a!... Niech sobie będzie winny, albo niewinny, ale daruj mu, tym razem przynajmniej!

 — Nie wiem — Odpowiedział bretończyk.

 Anna-Joanna poszła pod drzwi pokoju Ewina, żeby się przekonać, czy już śpi; nie dosłyszawszy żadnego szmeru, powróciła do kuchni, gdzie mąż jej modlił się na klęczkach, uklękła przy nim i wkrótce głębokie milczenie nocy zaległo stary zamek Treff-Hartlog.

 

IV. BARON DE KER-ELLIOT.

 

 Przerwiemy na chwilę opowieść o dalszych wydarzeniach, aby poświęcić trochę miejsca na scharakteryzowanie dziwacznej natury młodego pana na Treff-Hartlog‘u; później też opowiemy, w jaki sposób wydobył się z niebezpiecznej sytuacji w łodzi, wśród burzy, z obłąkanym sternikiem.

 Ewin, jedyny syn Tremadona, barona de Ker-Elliot, utracił matkę bardzo wcześnie; wychowanie naszego bohatera powierzył ojciec Annie-Joannie, która wywiązała się ze swych obowiązków z poświęceniem i czułością. Kiedy Ewin doszedł do wieku, w którym należało pomyśleć o jego edukacji, baron zaprosił na zamek księdza de Keronëlen, dawnego porucznika dragonów królewskich, który zamieniwszy pałasz na kropidło, został plebanem, tytułowanym w Bretanji rektorem, parafji św. Michała w sąsiedniem miasteczku i zażywał wielkiej sławy i powagi z powodu swej, rzadko spotykanej w Bretanji, uczoności. Oczywiście, o uczoności tego światłego męża wiele dałoby się powiedzieć, jednakże księżyna istotnie łączył ze zdrowym rozsądkiem stały, dzielny charakter oficera i rzadkie przymioty serca i duszy. Elewa swego nauczył czytać i pisać, mówić jak się należy po francusku, wreszcie zaś arytmetyki na tyle, aby mógł się obliczać ze swoimi dzierżawcami; do tego dołączały się chaotyczne wiadomości z dziedziny historji, polityki i św. teologji, jako też wszelkich możliwych nauk.

 Chociaż wykształcenie szkolne Ewina, jak i ogółu podobnych jemu panów bretońskich, było porządnie zaniedbane, jednakże wychowanie jego moralne i fizyczne udało się mentorowi cudownie; odkrywszy bowiem w dziecięciu odraził moc ciała i charakteru, oraz szlachetność i wzniosłość duszy, zrobił zeń, bez trudu zresztą, człowieka szczerego i wspaniałomyślnego, równie mężnego, jak silnego ciałem. Jak każdy szlachcic bretoński starej daty, od kolebki wpojoną miał szczerą, przesądną pobożność, instynktowny rojalizm — zasady religijne i polityczne, które dadzą streścić się w dwóch wyrazach: Bóg i król.

 Stary baron, umierając, zalecił synowi, aby kościół szanował, był wierny prawowitemu monarsze, nienawidził „jakobinów“ i bonapartystów, był dobry i sprawiedliwy dla poddanych i żeby nigdy nie jeździł do Paryża, gdzie narazić się może na zgubienie i duszy i ojcowizny.

 Ewin święcie wypełniał ostatnią wolę ojca. Gdy nadszedł rok 1830 i w Bretanji zaczęło się zbierać na wojnę domową, Ewin poszedł za przykładem ojca, dawnego naczelnika szuanów z lat Wielkiej Rewolucji i poszedł popierać prawowitego monarchę na czele czterdziestu ludzi ze swego majątku. Wyszli, śpiewając dawną pieśń szuanów, pełną swoistej, rycerskiej poezji, naiwnej, energicznej i pełnej pobożności:

 

Er re Goch huyer mère

Hed nager er ported... etc.

 

(Starcy i dzieci, niezdolne do broni

Rano i wieczór niech się modlą szczerze

By Bóg, co cnotę i niewinność słoni,

Poszczęścił szaunów wierze... i t. d.).

 

 

 Przez; cały czas powstania, Ewin walczył nieustraszenie na czele małego oddziału, który utrzymywał własnym sumptem. Gdy już niefortunna wojna dobiegała do końca, ścigany, jak wilk, skazany zaocznie na śmierć, ukrywał się z wiernym sługą, Les-en-Goch‘em wśród gęstych lasów Armioryki.

 Po czterech miesiącach tułaczego życia, doczekał się amnestji — wtedy mógł powrócić do domu, okryty chwałą, bo w niejednej potyczce z „konstytucyjnymi“ okazał odwagę i zimną krew.

 Wreszcie mógł już powrócić do dawnego, spokojnego trybu życia; czas jakiś żałował awanturniczego, junackiego okresu swego życia, jako młody i lgnący do wszystkiego, co tchnie niebezpieczeństwem i rycerstwem; jednak ten wojowniczy zapał gasł w nim pomału pośród słodyczy samotności. Rzecz dziwna w naszym wieku — Ewin widział szczęście w ciszy i samotności i cały pierwszy rok po ruchawce upłynął mu spokojnie w starem zamczysku.

 Ewin mógł bądź oddawać się miłym dumaniem, bądź też podziwianiu cudów natury. Często noc go zaskoczyła, gdy szczęśliwy, wzruszony widokiem zapadającego w niezmierzony ocean słońca, w czasie pięknych, choć rzadkich tu, letnich wieczorów, słuchał starych pieśni bretońskich, tak drogich każdemu synowi Armoryki.

 I tak zmierzch następował po dniu, noc po zmierzchu, a młody baron siedział jeszcze na skale, mając oczy, przepełnione łzami i czując rozrzewnienie, zbyt głębokie, by je opisać.

 Powracając wolnym krokiem do starego zamczyska, podziwiał gwiaździste niebo, oddychał rozkosznie wonią kwiatów, które każdemu bretończykowi tak są przyjemne.

 Przybywszy wreszcie ido Treff-Hartlog, Ewin zasitawał przychylnych sobie służących, ogień, trzeszczący wesoło na kominie, gotową wieczerzę i starą piastunkę, niespokojną, czy potrawy przypadną mu do smaku. Później mógł dumać swobodnie przy kominie, aż wreszcie zasypiał spokojnym snem pod dachem przodków.

 Niekiedy, dosiadłszy konika z gór Arrez, małego, lecz pełnego siły i ognia, odbywał długie wycieczki po kraju, unikając tylko miast, jak Pont-Croix i Kemper, albowiem nie lubił huku i gwaru. Najczęściej harcował po niezmierzonych stepach, po równinach, pustych, jak wyschłe morze i jak morze pełnych wrażeń.

 Czasami znowu polował — terenu do polowania miał dosyć w tym kraju, pełnym lasów, błot, dróg nieprzebytych, poprzerywanych rowami; dzięki swej sile i zręczności, powracał prawie zawsze z torbą, pełną zwierzyny, poprzedzany przez dwa wierne psy myśliwskie: Cyfnerth‘a i Bilnewin‘a.

 Na podstawie tego szkicu o życiu młodego barona, de Ker-Elliot, mógłby ktoś sądzić, że był to człowiek zdolny jedynie do ćwiczeń fizycznych, a przecież trudno znaleźć umysł bardziej ruchliwy, bardziej poetyczny, niż umysł tego młodego szlachcica, mimo jego małego wykształcenia.

 Ewin, tak był czuły na piękno natury, że śmiało możemy go nazwać poetą, mimo, że wierszy nie pisał; wiemy bowiem, że zaledwie czytał i pisał poprawnie — był atoli poetą dzięki wzniosłości ducha i poczuciu piękna, dzięki swemu zamiłowaniu do samotności, w której źli stają się jeszcze gorszymi, lecz dusze czyste oczyszczają się ostatecznie, wielkie bardziej jeszcze rosną.

 Był on wreszcie poetą przez swą sympatję do ludzi prostych, nieoświeconych, lecz pełnych sił duchowych — i przez wstręt instynktowny do wszystkiego, co tchnęło zepsuciem i upodleniem, jakich ogniskiem są wielkie miasta.

 Żyjąc w spokoju i zadowoleniu pomiędzy poczciwymi rybakami i rolnikami, Ewin zgoła nie odczuwał skłonności do przestawania z młodzieżą miejską, której brudne zabawy i hałaśliwa wesołość odrazę budziły w tej poważnej i czystej duszy, ilekroć z tym światem się zetknął.

 Dobroć, szczera wspaniałomyślność barona de Ker-Elliot, pomimo jego samotnego trybu życia, tak były głośne w całej okolicy, że nie miał nieprzyjaciela; nawet urzędnicy i zwolennicy rządu przebaczyli mu jego zachowanie się podczas awantury wandejskiej; nawet jego skłonności do samotności często uważanej za objaw dumy, nikt nie odważał się tłumaczyć w niekorzystny dlań sposób — nazywano go nawet filozofem.

 W jaki sposób umysł, tak zdolny do przejmowania wrażeń, był jednocześnie tak zdolny do przechodzenia z jednej ostateczności w drugą? W jaki naprzykład sposób mógł łączyć swą wrażliwość i uczuciowość, z rządkiem męstwem i energją? Skąd tyle delikatności uczuć mogło się rozwinąć pod szorstką korą tego, mimo całej swej średniowiecznej pańskości, wieśniaka? Jakim sposobem, nie przeczytawszy w całem swem życiu ani jednego wiersza, prawie, jak wogóle nie przeczytawszy prawie niczego, mógł tak nagle unieść się o własnych siłach w nieskończoności dumania i poezji, nie poezji pisanej, ale poezji myśli? Skąd zaczerpnął tę skłonność do życia samotnego, którego mu nie zostawił przecież w spadku po sobie ojciec, dobry myśliwy, dobry do bitki i do wypitki — skłonność do życia spokojnego, od którego przecież samo wychowanie, wspólne całej szlachcie bretońskiej i półtora roku wojaczki powinny go były odstręczyć? Zamiast wyjaśniać teraz wszystkie te zawikłane sprzeczności, opowiemy o pewnym fakcie z jego życia, na nieszczęście bardzo prawdziwym.

 Przykro jest zastanowić się, że skłonności duchowe, podobnie jak namiętności zmysłowe, im bardziej się je podnieca i zaspakaja, tem mocniej się rozwijają; im więcej są rozwinięte, tem więcej wymagają; stąd wynika, że muszą prowadzić w końcu do zbytku, przesytu, zniechęcenia, prowadzących z kolei do smutnych katastrof.

 Jeżeli chodzi o rozpadanie wyobraźni, stara ta, ogólnie uznana, jaskrawiej jeszcze i tragiczniej występuje.

 Życie młodego pana Treff-Hartlog‘u aż do niedawna spokojne i powabne, powoli zaczęło ulegać głębokim zmianom. Bywa tak niekiedy, w poranek gdy niebo jest czyste, roztacza najpiękniejszy lazur, bez najlżejszej chmurki... a jednak, powoli, prawie niewidzialnie, wznosi się jakby dym, niebo ciemnieje powoli, a wreszcie chmury gromadzą się za chmurami i nadchodzi burza...

 Nic prostszego, nic bardziej ludzkiego, nad przyczynę przełomu w życiu Ewina.

 Pewnego dnia odczuł, że samotność ciężyć mu poczyna. Zmuszony do skupienia wrażeń w samym sobie, zaczął żałować, że nie ma przy sobie ani jednego, przyjaciela, ani jednego umysłu, podobnego do jego, ani jednej duszy poetyckiej, z którą mógłby się dzielić swemi uczuciami. Smutek ten doprowadził go do wytworzenia sobie w myśli istoty idealnej — jednego z pięknych urojeń młodzieńczej myśli.

 Nie mówiliśmy dotąd o roli, jaką w życiu duchowem Ewina odgrywała miłość — albowiem nieliczne spotkania, z nimfami w gorsetach i bez trzewików, niegodne są przecież tego miana.

 Sąsiedzi, których spotykał, pytali go niekiedy z uśmiechem:

 — No i kiedy się ożenisz, panie Ewinie?

 — Nigdy chyba — odpowiadał młody baron. — Jestem za, dziki i zanadto cenię swą wolność, abym miał kiedykolwiek myśleć o ożenku.

 Tak szczery i otwarty zawsze Ewin, w tym wypadku nie mówił prawdy. Od niejakiego czasu nie było dnia jednego, w którymby nie marzył o jakiemś cudownem małżeństwie, czy o związku, jaki sobie uroił; tylu atoli wymagał od swego ideału przymiotów i wdzięków, że w rzeczywistości był to ideał nie do znalezienia. Te same przyczyny, dla których stronił od wesołych, lecz zbyt pustych i prostackich zabaw sąsiadów, wywoływały jego antypatję do prowincjonalnych panienek, wśród których łatwo mógł wyszukać żonę.

 Znaczny majątek Ewina, jego znakomite nazwisko, szanowane w całej Bretanji, jego czyny rycerskie, będące dotychczas dla większości jego ziomków przedmiotem sympatji, jego powszechnie znany, szczery, zacny charakter sprawiały, że wielu z pośród panów okolicznych chętnie widziałoby go, jako swego zięcia. Dawny jego nauczyciel, ksiądz Keronëllen, już próbował go swatać, między innemi, najpierw z jedną, potem z drugą bogatą dziedziczką Quimper, z któremi pan Treff-Hartlog‘u zapoznał się przypadkowo przed rokiem na pojednaniu w Falgoat.

 Chociaż obie te panienki były istotnie bardzo miłe, dobrze urodzone i wychowane, tak mało przecież odpowiadały marzeniom Ewina, że, jak zwykle, wymówił się od zrobienia wyboru swoim wstrętem do małżeństwa.

 Przez długi czas pan de Ker-Elliot zaprzątał głowę wypracowaniem obrazu wymarzonej piękności: codziennie dodawał jej jakiś nowy wdzięk i rozmaite przymioty; obok cudownej piękności chciał widzieć w swym ideale różne talenty; tworzył w wyobraźni charakter łagodny i silny zarazem, duszę czułą, poetyczną, zdolną do odczucia całej wspaniałości natury. Jednem słowem, ideał dziewicy, wytworzony przez jego fantazję, musiał być podobnie, jak on, rozmiłowany w spokojnej, radosnej samotności dwojga osób.

 Takim był twór poetycznych marzeń Ewina — jak prawdziwy artysta potrafił go wzbogacić wszystkiemi skarbami serca, duszy i umysłu — był to prawdziwy ideał.

 Dopóki to szczególne urojenie było jedynie grą wyobraźni młodego zapaleńca, śliczne to widziadło mile zajmowało go w jego osamotnieniu, gdy jednak powoli myśli, początkowo przyjemne, stały się cierpkiemu, zasmucił się okropnie i mówił sam do siebie:

 — Dlaczegóż dotąd podobnej kobiety nie ujrzałem nawet?

 Stopniowo myśli jego stały się gorzkie i mówił sobie: gdybym nawet spotkał taką kobietę, nie mógłbym marzyć o jej posiadaniu!

 — Jakże jestem nieszczęśliwy — mówił sam do siebie — życzenia moje są tak wielkie, że się ziścić nie mogą, gust mój stał się tak zępsuty, że nie wystarczy mi szczęścia zwyczajnego — zawsze będę wzdychał za czemś więcej — a przecież to, czego pragnę, przekracza nieskończenie moje możliwości, to zaś, co jest dla mnie możliwe, wydaje mi się niegodnem!

 Urocze i spokojne obrazy, które przedtem były dlań tak miłe, teraz zaczęły go nudzić. Teraz szukał burzliwych wieczorów tak, jak przedtem wschodzących, spokojnych poranków, które podnosząca się jutrzenka krasiła karminem i lazurem; stał się nieczuły na piękność łąk, na których połyskiwała się rosa; nie lubił już obszernych, porosłych krzakami przestrzeni, na których ciepły wiatr powiewał, nie szukał szmeru strumieni, które mruczały pod wierzbami i odbijały w sobie srebrne blaski letniego księżyca w pełni.

 Pan na Treff-Hartlog nie chodził już więcej, by siadać na szczytach skał i podziwiać blask zachodzącego słońca i patrzeć, jak zbierające się chmury, grożące burzą, płoszą rybaków z powrotem do zacisznych portów.

 Dziś doznawał dzikiej przyjemności, słuchając, jak ocean u stóp mu huczy, patrząc jak spienione bałwany biją w piaszczyste wybrzeże zatoki Topielców, rozlewając się daleko po sztrandzie. To znów ścigał okiem gęste chmury, pędzone przez huragan, które, fantastycznie oświetlone blaskiem księżyca, wydawały się w jego bladem świetle wojskiem widziadeł, kawalkatą demonów, pędzącą na skrzydłach burzliwego, zachodniego wiatru.

 Napatrzywszy się tym okropnym obrazom, Ewin powracał do Treff-Hartlog zziajany, zmęczony; czuł, juk sam mówił, burzę w swej duszy.

 Macierzyńska pieczołowitość Anny-Joanny, ciche poświęcenie Les-en-Goch‘a, uspakajały nieco gorączkowe wzruszenie młodego pana. Nim wszedł do swego pokoju, powolnym krokiem przechadzał się po niezamieszkałej części zamku, słuchając z nieokreśloną trwogą, jak wicher huczy po pustych komnatach.

 Potrzeba wzruszeń i ta czarna melancholja osłabiły umysł Ewina i rozwinęły w nim i tak już wrodzoną mu jak każdemu bretończykowi nawet najwyższego rodu, wiarę w cudowność.

 W całej okolicy mówiono z pewną trwogą o magicznych siłach Mor-Nadera, ponurego sternika z pobliskiej wyspy Sein i Ewin nie mógł opanować chęci zapoznania się z nim i szukania jego rad. Stary sternik, w rzeczywistości doprowadzony własną przesądnością prawie do obłąkania, prorokował mu o fatalnym wpływie czarnego miesiąca, od wielu pokoleń zgubnego dla rodziny panów zaimku Treff-Hartlog.

 Widzieliśmy już, jak półobłąkany wiejski mag, dla dowiedzenia prawdziwości swych ponurych przepowiedni, nie zawahał się przed narażeniem swej ofiary na śmierć.

 Mimo tych, rosnących coraz bardziej dziwactw, mało zresztą rażących w potwornie przesądnej Armoryce, Ewin zachował całkowicie dawną dobroć, łagodność i szczerość, a nawet miłosierdzie jego dla nieszczęśliwych i dobroczynność rosły w miarę wzmagania się jego wewnętrznych cierpień. Natomiast urojenia jego poczęły przechodzić poprostu w jakąś nieuleczalną chorobę, zwłaszcza pod wpływem pewnego osobliwego wypadku.

 Treff-Hartlog nie obfitował w przedmioty sztuki; trudno zaliczyć do takowych niekształtne, choć kosztowne swym materjałem naczynia srebrne, tudzież szpetne bohomazy, uwieczniające na ścianach świętych patronów ziemi bretańskiej i przodków pana zamku. Jednakże do pokoju Ewina zabłąkało się w tajemniczy sposób stare malowidło, nawpół już zniszczone, lecz rzeczywiście wartościowe; przedstawiało ono prześliczną kobietę.

 Na tle prawie czarnem odcinała się twarz blada, którą prawie zupełne zatarcie się pierwotnego kolorytu czyniło jeszcze bledszą; ramiona postaci przykrywała różowa tunika, której ślady zaledwie można było dostrzec; na skroniach zwijały się w pukle brunatne, gęste włosy — reszta zaś nikła zupełnie w ciemności tła. Z całego portretu w najlepszym stanie zachowało się czoło i oczy: czoło wysokie, dumne, o białości i twardości kararyjskiego marmuru — oczy czarne, wielkie, cudownie piękne, mimo ich wyrazu, złośliwego i zuchwałego. Rysów reszty twarzy: nosa, ust, podbródka, raczej trzeba się było domyślać, niż je dostrzec; portret sprawiał wrażenie bardzo starego.

 Malowidło to niesamowite zrobiło wrażenie na młodym marzycielu: Ewin odrazu nadał wymarzonej przez siebie istocie wyraz twarzy tego portretu; nawet rysy twarzy, mocno zatarte, cudownie odpowiadały gorączkowym rojeniom jego chorobliwej imaginacji.

 Codziennie, kładąc się spać i wstając, Ewin zawsze pierwszem spojrzeniem szukał tych wielkich oczu i białego czoła.

 W tym nastroju, W jakim znajdował się pan Treff-Hartlog, najmniejsza okoliczność przybiera charakter cudowny, prawie nadnaturalny. Czy stosunkowo późno zwrócił na to malowidło uwagę, czy też umieszczono je w jego pokoju w ostatnich czasach dopiero, bez jego wiedzy, dość, że Ewin był przekonany, że za życia ojca nigdy tego kontrefektu nie widział i zgoła nie miał pojęcia, skąd ten obraz wziął się w jego pokoju, tembardziej, że napróżno wypytywał o to i Les-en-Goch‘a i Annę-Joannę; wierni słudzy nie umieli nic mu wyjaśnić, a ich odpowiedzi, jak i ich zdumienie, połączone ze strachem, zdwoiły ciekawość młodego pana.

 Tajemniczy obraz malowany był na drzewie; Ewin obejrzał go pilnie i, po długich oględzinach, zdołał dostrzec u spodu jakiś, prawdę już zatarty, napis, z którego jeden tylko wyraz pozostał czytelny... — listopad... Wzdrygnął się — jakim cudem. znajduje na tym obrazie nazwę złowrogiego czarnego miesiąca — zgubnego dla jego rodu?... Pomyślał, że może dawny jego nauczyciel, pleban z parafji św. Michała, zdołałby objaśnić mu tę niesamowitą tajemnicę; niestety, pleban od trzech miesięcy bawił w Paryżu, to też Czarna melancholja jego ucznia zdążyła przez ten czas poczynić zatrważające postępy.

 

Takim był stan Ewina w chwili, gdy rozpoczynamy niniejszą powieść.

 

V. REKTOR.

 

 Nazajutlz po dniu, w którym Ewin de Ker-Elliot cudem nieledwie wydobył się z tak groźnej przygody, ksiądz de Keronēllen, pleban parafji ś-go Michała, wysoki i krzepki starzec, ex-ofrcer w sukni duchownej, jechał stępa na małym, siwym komiku po stromej drodze, prowadzącej z małego, zapadłego miasteczka, do zaimku Treff-Hartlog.

 Wiatr wczorajszy już ustał, lecz zimna i wilgotna mgła dalej rozciągała ciemny całun nad całą okolicę; morza nie można było dojrzeć i tylko huk bałwanów zdradzał jego bliskość.

 Ksiądz de Keronēllen śpiewał głosem, donośnym bardziej, niż harmonijnym, przepisane Kanonanen ar Belek ferbonnet: modlitwy księdza w podróży, który tak się zaczyna:

 „Słuchaj, pobożny plebanie biskupstwa Vannes, w imię wiary wyszedłeś ze swej siedziby; ciało twoje daleko jest od niego, lecz myśl o niej nigdy nie opuści twego serca“...

 Ksiądz, dawny wiarom, surowo wypełniał powinności swego stanu; jednakże dotąd nie mógł wyzbyć się sposobu wyrażania się, właściwego stanowi żołnierskiemu — jeżeli też dobremu księżynie wymknęła się z ust jakaś niewłaściwość, i to zazwyczaj gruba, mało licująca z obecnym jego świętobliwym stanem, zwykł był zaraz dodawać, jakby dla usprawiedliwienia: ach, do stu par djabłów... znowu to żołnierskie przyzwyczajenie!... Zresztą, zarządzał swą parafją roztropnieli owieczki bardzo go kochały. Fizjonomja męska i otwarta odrazu uprzedzała o jego charakterze, o dobrem sercu i szczerej życzliwości dla wszystkich. O jego sławie, jako męża światłego, sławie, mocno zresztą bezpodstawnej, pisaliśmy już poprzednio.

 Pleban trzymał się na koniu mocno — odrazu można było dostrzec, że człowiek ten w swej młodości więcej miał do czynienia z koniem, niż z zakrystją, żołnierka objawiała się we wszystkich jego ruchach.

 Dotarłszy wreszcie do bramy zamkowej, mocno szarpnął za kołatkę.

 Ukazał się Les-en-Goch; pozdrowił go z uszanowaniem, i wziął konika, aby go wprowadzić do stajni i nakarmić.

 — Czy Ewin w domu? — zapytał kapłan, który zawsze nazywał swego dawnego ucznia poufale po imieniu.

 — Jest, wielebny księże proboszczu. Pen-kan-ger ucieszy się bardzo, żeście zawitali po tak długiej podróży najpierw do niego.

 — No, a co tu nowego słychać... od czasu jak stąd wyjechałem? — zapytał ksiądz, który, jak już wspomnieliśmy, wyjechał do Paryża właśnie w chwili, gdy czarna melancholja Ewinia już zaczynała występować.

 Les-en-Goch smutnie potrząsnął głową.

 — Więc jest w takim samym stanie, w jakim był, gdy odjeżdżałem? — zapytał ksiądz.

 — Och, o wiele gorszym, księże proboszczu; o wiele gorszym...

 — Czy który z sąsiadów go nie odwiedzał ostatnio?

 — Nie, księże proboszczu... Wczoraj ja i Anna-Joanna byliśmy w czasie burzy okropnie zaniepokojeni o naszego pen-kan-ger‘a.

 — Jakto... a cóż on takiego robił w czasie tej burzy, od której cała moja plebanja trzęsła się od dachu aż do fundamentów?... — Od dziesięciu lat nie widziałem takiej nawałnicy... No, ale mów, cóż takiego stało się podczas tej burzy?

 — Pen-kan-ger był na morzu...

 — Jezus, Mar ja! oszalał, czy co! — zawołał proboszcz, łapiąc się za głowę.

 — Na morzu, tak... i z tym... Mor-Nader‘em — dodał stary sługa.

 Twarz proboszcza zasępiła się.

 — Z tym... bałwanem?... I to pomimo wieści, jakie o tym starym puhaczu krążą?... To źle... to rzeczywiście źle.

 — Tak, tak, to bardzo źle, księże proboszczu. Mor-Nader jest bardzo złośliwy... przytem... więcej wie o przyszłości, niż na dobrego chrześcijanina przystało... za dużo wie...

 Ksiądz zirytował się, tembardziej, że starannie ukrywał, że przecież sam w gruncie rzeczy podziela przesądy swych parafjan.

 — A z ciebie lepszy osioł, niż chrześcijanin... skoro wierzysz w jakąś nadprzyrodzoną moc tego starego kpa, który zawraca we łbach jeszcze gorszym kpom!... Otóż słuchaj, jesteś również głupi, jak twój pan, który z takim durniem przestaje, — a ze mnie największy głupiec z was wszystkich, jeżeli wogóle gadam z wami o podobnych bzdurach... Odprowadź lepiej konia do stajni, a ja pójdę do Ewina.

 — Pen-kan-ger jeszcze nie wstał, wielebny księże proboszczu.

 — Co, już szósta, a ten leń jeszcze śpi!... No, już go obudzę — a podobno to się już zdarza nie po raz pierwszy... A uprzedź Annę-Joannę, że tu zostanę na śniadaniu; niechże nami przyrządzi co smacznego, wygłodziłem się w tym Paryżu.

 Bretończyk skłonił się z szacunkiem; księżą szkapę odprowadził do stajni, gdy tymczasem jeździec wchodził po granitowych schodach, wiodących do mieszkania pani zamku.

 Zamiast zapukać do drzwi sypialni Ewina, rubaszny księżulo szedł z łoskotem, wrzeszcząc na całe gardło:

 — Wstawaj że, leniu zatracony!

 Ewin, nawpół już ubrany, siedział na łóżku, wpatrując się, jak zwykle po przebudzeniu się, w ów tajemniczy portret. Na gwałtowny hałas, czyniony przez proboszcza, drgnął i nagle odwrócił głowę, w chwili, gdy ksiądz już wchodził.

 — Co za szczęście! Ach, to ty, księże Keronëllen! — zawołał ze szczerą radością i serdecznie wyciągnął rękę do starego mentora..

 Kapłan cofnął się.

 — O, nie, nie; nie zasługujesz poprostu, abym ci rękę podawał, panie marzycielu! Pięknych rzeczy o tobie dowiaduje się — jak tak dalej pójdzie, to w końcu zajedziesz do domu warjatów! — Następnie, wpatrując sic w wychudłą, bladą i sczerniałą twarz swego ucznia, — rzekł już z powagą: — Spójrz w zwierciadło, jakie masz oczy! Tego jeszcze tylko brakowało, żebyś sobie zdrowie zrujnował. To bardzo naturalne — chce żyć, jak bornik, nudy go dręczą, a nie przyzna się, nie powie, co mu takiego... och, żebyś ty wiedział, jakie to przyjemne dla tych, co się kochają!... Otóż i masz swą wolność!

 — Słusznie mówisz — rzekł Ewin posępnie — smutne to życie.

 — A kto temu winien? Mało to razy mówiłem ci: weź i ożeń się, wybierz sobie jaką młodą poczciwą dziewczynę, z jakiej znanej rodziny tutejszej, z której będziesz miał pociechę — ale nic nie pomaga, pan baron chmurny, na wszystko kręci nosem; może ci potrzeba jakiej paryskiej lafiryndy? Doprawdy, śliczny masz gust, mój kochany, twoi przodkowie chyba aż się w grobach przewracają!... I co ty właściwie zamierzasz?

 — Mój kochany księże, daję ci słowo, że się zgoła mylisz i że..

 Proboszcz przerwał gwałtownie swemu dawnemu elewowi.

 — Co to, jeszcze śmiesz się odzywać?... A więc — cóż tymczasem robi pan baron? Zachciało mu się peregrynować po morzu w czasie takiej burzy — i to z kim w dodatku? Z tym starym cymbałem, przed którym sensowni ludzie uciekają, uszy zatykając!... A dlaczego właściwie pan baron tak polubił tego —obwiesia — oto, poprostu, piątej klepki panu baronowi nie dostaje i czarów mu się zachciewa. To rzecz bardzo przyjemna, jak się usłyszy o jakiemś głupstwie, które normalnie mogłoby zadziwić co najwyżej czteroletnie dziecko: a, to coś nadprzyrodzonego, to coś, czego rozum ludzki nie ogarnia to... to... i tak dalej... czary, czary!... O, Boże, cóż to jest, czy mnie oczy mylą?! — wrzasnął nagle pleban, przerywając kazanie i wytrzeszczając oczy ma obraz, który Ewin postawił przed sobą. — Jezus Marja — a to co takiego?... jakim cudem ten... obraz tu się wziął?... Nie, to nie do wiary?

 — Co chcesz powiedzieć, księże proboszczu? — zapytał Ewin i zadrżał mimowoli.

 Proboszcz, nic nie mówiąc, wziął obraz i przysunął się, z nim pod okno.

 Ewin chciwie ścigał oczyma każde poruszenie swego mentora — pomyślał, że nakoniec dowie się o tej tajemnicy.

 — Tak... ależ to ten właśnie!... — mówił proboszcz, wpijając wzrok w portret, z wielką uwagą — Czy to sen... czy mnie wzrok myli... nie, to ten sam... te litery czerwone... ten wyraz: listopad... prawie żadnym zmianom nie uległ... Tak... ale tego nie pojmuję... sam rozum nie pozwala mi wierzyć... a przecież to prawda... prawda, jak mur. Na honor!... ta tajemnica... zaczyna mnie trwożyć... — dodał, ze wstrętem odrzucając tajemniczy konterfekt.

 Odrazu rzucił się w oczy kontrast, pomiędzy ostatniemi słowami księdza, a jego poprzednią perorą; przed chwilą dopiero oburzał się na ludzi, wierzących w jakoweś gusła i wszelkie dziwy nadprzyrodzone, aż sam, ujrzawszy dziwny portret, wykrzyknął: To coś niepojętego... rozum nie pozwala mi wierzyć, a jednak... ta tajemnica mnie trwoży!...

 Łatwo wyobrazić sobie jakie wrażenie wywarł ten kontrast w zachowaniu się księdza na Ewinie, znającego proboszcza od św. Michała, jako człowieka godnego szacunku i rozsądnego.

 — Jeszcze raz... Ewinie, w jaki sposób ten... ten obraz znalazł się w twoim pokoju... i to teraz... wyjąkał proboszcz.

 — Ależ sam nie wiem i właśnie czekałem, aż przyje-dziesz, myśląc, że chyba ty coś mi wyjaśnisz. Ale, właściwie, dlaczego tak osłupiałeś?

 — Mój drogi, jakże nie mam się dziwić... skoro przecież już sześć lat mija od chwili, kiedy wraz z twoim ojcem, spaliliśmy ten... portret... i to tu, w tym kominie!...

 Teraz osłupiał i Ewin.

 — Więc widziałeś na własne oczy, jak mój ojciec palił ten portret?... — zapytał z niedowierzaniem — czyżby istotnie ten portret był związany z jakąś fatalną tajemnicą? — pomyślał.

 — Widziałem... ależ na własne oczy widziałem! Było to akurat na rok przed śmiercią twojego ojca! Pamiętam, sam przecież...

 — Ależ, księże miły, to nie do wiary!

 — I ja nie mówię, żeby to sprawiało wrażenie czegoś wiarogodnego... powtarzam tylko to, co na własne oczy widziałem.

 — Ale przecież od czasu śmierci mego ojca tyle razy byłeś w tym pokoju — czyżbyś nigdy nie zauważył tego portretu? — Przecież zawsze wisiał sobie ot, tu, między dwoma oknami.

 — Gdybym go dostrzegł wcześniej, tak samo bym oczy wybałuszył!

 — Ale dlaczegóż spaliliście ten portret?... Gdzież on dawniej wisiał?... Dlaczegóż ja nic o tem nie wiedziałem... dlaczegóż ojciec... dając mi ostatnią swą wolę?... dopytywał się Ewin.

 — Nie uważaliśmy tego za potrzebne; przytem, byłeś wtedy na polowaniu w Kesneven. No, a ojciec, umierając...

 — Ale dlaczegóż to spalono?

 — Twój ojciec, razu pewnego, prosił mnie, abym mu pomógł wyszukać papierów, dotyczących wierzytelności twego rodu u tego żydowina, pana Achillesa Dunnoyer, lichwiarza...

 — Ach, pana Achillesa Dunoyer, tego u którego mam znaczny depozyt i do którego musiałeś teraz jeździć do Paryża?

 — Tak, tego właśnie... zresztą, teraz go nie widziałem — szukając tych papierów, poruszyliśmy starą, wielką szafę, za którą, zapewne już od wielu lat, stał ten obraz. Na jego widok ojciec twój zbladł i zawołał: Księże, spójrz... wszak to ten właśnie portret, którego tak się naszukałem po śmierci ojca, chcąc go zniszczyć... aby wraz z nim zniszczyć smutne wspomnienie. Patrz, księże — ciągnął twój rodzić — powinna tu być data, data, feralna dla naszej rodziny... Szukając, znaleźliśmy tylko szczątek napisu: Listopad 17... — reszta była już zniszczona. Nawet roku nie dało się już odcyfrować.

 — Ten wyraz można teraz jeszcze odczytać — mówił Ewin oglądając znowu obraz. — Tysiąc siedemsetny któryś, powiadasz, a więc to nic znowu tak dawnego... Ale kogo właściwie ten obraz przedstawia... jakaś kobieta... i to piękna... bardzo piękna...

 — Nie wiem; ojciec twój wskazując na portret, mówił: Długo byłaś złym duchem naszego rodu; dzięki Bogu, niema cię już na ziemi, niechże nawet ślad po tobie ogień ziemski pochłonie, jak ciebie ogień piekielny! — Powiedziawszy to, chwycił obraz, że zaś w pokoju, w którym przebywaliśmy, ognia nie było, przeniósł to płótno tutaj i wrzucił je w ogień... Tyle widziałem — i mogę ci ręczyć za prawdziwość tego słowem kapłańskiem. W jaki sposób mógł nagle znaleźć się tu, zgoła nie rozumiem!

 — No i cóż, księże — mówił Ewin ponurym głosem — dopiero przed chwilą gromiłeś minie, że wierzę czasami w rzeczy nadprzyrodzone...

 Poczciwy proboszcz teraz dopiero spostrzegł, co za błąd popełnił, dostarczając nowej podniety wyobraźni swego ucznia.

 — A niechże go ciężka cholera!... — zaczął swym salonowym stylem, lecz odrazu się spostrzegł. — Znowu to żołnierskie przyzwyczajenie do stu par... — dodał. — Otóż seins moralny wyprowadziłeś z tego, com powiedział! Ślicznego nabrałeś przwyczajenia! cokolwiek ci z sensem powiedzieć, zaraz podchwytujesz wyrazy, w których byś mógł doszukać się, usprawiedliwienia swych warjackich fantasmagoryj!...

 — Ale wytłumaczże wreszcie, mój księże, w jaki sposób może się dziiać, że widzisz i możesz dotykać przedmiotu, który w twoich oczach został spalony na popiół?

 Ksiądz zafrasował się.

 — No i cóż... czegóż to właściwie ma dowodzić?... Znowu jakieś...

 — Jakto, księże — czyżby to było zgoła naturalne i zrozumiałe?

 — Zapewne... trzeba tylko rozumować, jak ludzie rozsądni. — Uważaj. — Przypuściwszy... czyżby każdą rzecz, której rozum pojąć jeszcze nie może, przynajmniej w pierwszej chwili., należy zawsze uważać za rzecz nadprzyrodzoną?... Do ładnych-by się wniosków doszło!... Dowodem, że to rzecz prosta, jest to, że się nie da... wytłumaczyć... — pleban plątał się coraz bardziej — a jeżeli... uważaj... prócz tego, rzeczy, które się nie dają wytłumaczyć, są rzeczami nie do wiary... a rzeczy nie do wiary są, eo ipso... rzeczami nieistniejącemu — ot co!... To nam dowodzi, że... że... że... no, że ostatecznie wszystko jest zgoła naturalne...

 Księżyna coś odsapnął, lecz wspaniała jego logika niewiele nauczyła i przekonała barona; kiwając głową, odpowiedział:

 — No, a ta data, tak zgubna dla mego domu?... Ten czarny miesiąc, w którym umarł mój ojciec, mój dziad... i ten czarny miesiąc jest wypisany jest na portrecie tej tajemniczej kobiety, która miała tak fatalną rolę odegrywać w historji naszej rodziny... cóż o tem powiesz?

 — Znowu coś w tym samym rodzaju!... A niechby ich pokręciło... do djabła, z tem przyzwyczajeniem żołnierskiem... przecież ten chłopak stanie się niedługo! takim gawronem, jak ten głupi Les-en-Goch!... No i cóż z tego — czarny miesiąc... czarny miesiąc?... Alboż to nie w listopadzie liście opadają; drzewa obumierają? Dlaczegóż i człowiekowi nie ma być wolno umrzeć sobie w listopadzie?

 — Ale dlaczego aż dwóch po kolei moich przodków umarło akurat w tym smutnym miesiącu? Czyżby to nie było...

 — Dlaczego... alboż ja