Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Życie bez przygód jest niebezpieczne… można umrzeć z nudów” – oznajmia dwunastoletnia Emma.
Dzięki stylowi życia rodziców dziewczynka nigdy się nie nudzi. Jej rodzina nieustannie podróżuje, przenosząc się z jednego kraju do drugiego.
Wkrótce po przeprowadzce na Teneryfę, jedną z Wysp Kanaryjskich, Emma zauważa na ogrodzeniu w pobliżu domu znak nieskończoności oraz tajemniczy napis w języku hiszpańskim. Podążając za zagadkowymi, nieco magicznymi wskazówkami, które w niewytłumaczalny sposób trafiają w jej ręce, zostaje wciągnięta w niezwykłą misję ratunkową. Musi odnaleźć siedem zaginionych figurek psów, po jednej dla każdej z Wysp Kanaryjskich i zwrócić je na właściwe miejsce.
Wraz z nowym przyjacielem Jake’em oraz Marsem, swoim buldogiem francuskim, Emma wyrusza na poszukiwanie odpowiedzi. Rozwiązuje zagadki i rzuca się z jednej niebezpiecznej przygody w kolejną, obawiając się, że nie zdoła wypełnić misji, a tajemnica Wysp Kanaryjskich na zawsze pozostanie nieodkryta.
Czy Emma zdoła połączyć wszystkie elementy układanki? I czy rzeczywiście to psy potrzebują ratunku?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
POCZĄTEK
Kanaria
Dobrze, to od początku. Jestem Emma. Wzrost – 167 cm, piegi – brak, włosy – długie, czesać ich nie lubię. Mam niecałe 14 lat, a zdążyłam już odwiedzić dwadzieścia różnych krajów na całym świecie. To zasługa moich rodziców. Stwierdzili kiedyś, że podróżowanie jest zdrowe, dlatego przez większość życia mieszkałam i uczyłam się co chwilę w innym miejscu. Muszę jednak przyznać moim staruszkom rację – poznawanie świata na własnej skórze jest rzeczywiście o wiele ciekawsze niż oglądanie go w telewizji czy w Internecie. Na przykład podczas pobytu na greckich wyspach naprawdę dowiedziałam się więcej o kulturze starożytnej Grecji, a podróżując po Włoszech (tam podobało mi się najbardziej!) – o Cesarstwie Rzymskim, niż zdołałabym wykuć w szkole. Kiedy się stoi na arenie rzymskiego Koloseum, nawet wśród setek turystów, dużo łatwiej wyobrazić sobie walki gladiatorów, niż gdy siedzi się w szkolnej ławce. Dlatego uczę się, podróżując. To całkiem możliwe, chociaż niezbyt popularne.
Podoba mi się takie życie, mimo że pewnych rzeczy mi w nim brakuje. Na przykład przyjaciół z dzieciństwa. Przyjaciół, jakich mają wszystkie dzieci wychowywane w normalnych warunkach. Przyjaciół, których widujesz codziennie i wiesz, że jutro znów spotkasz ich tam, gdzie się rozstaliście – na podwórku albo w szkole. Tymczasem ja z moją rodziną najdłużej w jednym miejscu mieszkaliśmy przez trzy lata. Byłam wtedy za mała, żeby pójść do szkoły. Do przedszkola też nie chodziłam.
Niektóre z naszych podróży już zapomniałam – przez te wszystkie lata, kiedy tłukliśmy się po świecie, musiałam przecież dorastać. Teraz mieszkamy 16 000 kilometrów od Litwy (z której pochodzę), na kontynencie zwanym Australią, ale nie o niej jest ta historia. Tutaj chcę wam opowiedzieć o roku spędzonym na Wyspach Kanaryjskich, które w naszej rodzinie nazywamy Kanarią.
Kanaria to archipelag, czyli grupa siedmiu wysp należących do Hiszpanii, chociaż położonych znacznie bliżej Afryki. I właśnie tam, pośrodku Atlantyku, pewnego lata, po krótkim urlopie u moich dziadków na Litwie, postanowiliśmy zamieszkać. Wiecie, dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że przez cały rok jest tu genialna pogoda: zawsze ciepło i prawie nigdy nie pada deszcz. Po drugie – jest tu przepięknie, a po trzecie – moja mama, Alma, ma tu swoją nową pracę. Pracuje w obserwatorium astronomicznym (nie muszę chyba mówić, że obserwują tu kosmos) i jest tak zwaną magiczką komputerową, po prostu komputerowym mózgiem. Tłumaczy na zrozumiały język to, co w postaci liczb zapisują gigantyczne teleskopy, których na Kanarii jest bardzo dużo. Mój tata, Domas, jest biologiem i właśnie pisze dysertację, czyli książkę naukową, o amoreliach (takich niesamowitych roślinach, które rozmnażają się poprzez przytulanie, co wygląda, jakby się całowały). Tata może teraz pracować dosłownie gdziekolwiek, bo potrzebuje do tego wyłącznie swojej głowy i komputera.
No więc tu, na Kanarii, a dokładnie – na Teneryfie, wszystko się zaczęło. Miałam wtedy dwanaście lat.
TENERYFA
Finka i inne niespodzianki
Zatem całą naszą rodziną – w składzie tata, mama, ja i Mars (najcudowniejszy pies we wszechświecie, do tego buldog francuski!) – zamieszkaliśmy na Teneryfie. W jednej z posiadłości nazywanych tu finkami (bo finca po hiszpańsku oznacza właśnie posiadłość) wynajęliśmy mały, ledwie wystający nad ziemię domek. Mieściły się w nim dwie niewielkie sypialnie, łazienka i kuchnia, ale najważniejszym miejscem był taras, na którym często jadaliśmy, a Mars także spał. Byłam zachwycona naszą finką, ale nie domkiem, w sumie całkiem zwyczajnym, tylko absolutnie niezwykłym ogrodem. Był ogromny! Rosły w nim wspaniałe drzewa:
mangowce – 32 sztukimandarynki – 2 sztukipapaje – 3 sztukifigowce – 2 sztukinektarynka – 1 sztukaawokado – 1 sztuka.
Brakowało tylko moich ulubionych bananowców. Te niestety u nas nie rosły. Za to podczas dokładnych oględzin każdego skrawka działki zidentyfikowałam jeszcze krzak mięty, a pod oknem kuchennym – drzewko cytrynowe. Czy to nie cudowne?! Aha, jeszcze jedno – na tutejszych działkach w ogóle nie rośnie trawa. Żadna. Zamiast niej są drobne czarne grudki zastygłej lawy, bo cały archipelag kanaryjski pełen jest wulkanów, zarówno tych uśpionych, jak i wciąż aktywnych. Poza tym deszcz pada naprawdę rzadko, zwłaszcza w południowej części wyspy, gdzie się osiedliliśmy, dlatego w powietrzu stale unosi się pył. Ale to mi kompletnie nie przeszkadzało. Najważniejsze było to, że na Kanarii nie występują żadne jadowite zwierzęta i w ogóle nie ma komarów. Krótko mówiąc, czułam się jak w raju. Podobnie czuł się chyba Mars, nazywany przez nas także Frenczem, Keksikiem, Milusiem lub Chrupkiem, ale przy tylu imionach można się pogubić, dlatego w tej opowieści będę go nazywać wyłącznie Marsem. Już piąty rok towarzyszy nam w podróżach.
– Mars, co ty tam masz? Wypluj to!
Chwyciłam przeżuwającego psa za łeb i rozdziawiłam mu pysk. Z zaślinionej paszczy wypadła przegryziona na pół jaszczurka. Aż się zagotowałam. Kocham zwierzęta, a te malutkie gekony, które biegają tu wszędzie – i po ogrodzie, i po naszym niewielkim domu – są takie słodkie! Dlatego chociaż Mars patrzył na mnie z wyrzutem, było zupełnie oczywiste, że w tej kwestii się nie dogadamy. To raz. A dwa: odtąd jaszczurki muszą na siebie uważać.
– Nie, Mars, fu, nie wolno! – rzuciłam ostro i dałam mu pstryczka w płaski nos.
Na to Marsio jeszcze oblizał się ze smakiem. Och, nie wytrzymam z nim, co za podlec!
Pochowałam jaszczurkę pod bujnym krzewem różowej bugenwilli i przysypałam czarnym wulkanicznym żwirem.
Ale wróćmy do tematów przyjemniejszych. Teide, najwyższy szczyt wulkaniczny w Europie, wznosi się właśnie na Teneryfie. Jego spiczasty wierzchołek widać było z naszej działki i ja, oczywiście, zapragnęłam się na niego wspiąć. Tyle że kompletnie nie spodziewałam się, że moje marzenie spełni się tak szybko! A już na pewno nie przypuszczałam, że będę się wspinać sama, bez rodziców, i to nocą (ale o tym później). Wulkan ten wielokrotnie wybuchał, dlatego na wyspie niemal wszędzie dominuje czarna zastygła lawa, jedynie na samiutkim wybrzeżu jest wąski pas żółtego piasku. Od czasu do czasu silne wschodnie wiatry przywiewają tu pustynny piach znad afrykańskiej Sachary, a wówczas powietrze staje się tak gęste od wirującego pyłu, że prawie nic nie widać. Ludzie dostają kaszlu i ukrywają się w domach, choć te często nawet nie mają normalnych okien z szybami. To zjawisko atmosferyczne nazywa się kalima – piaszczysta mgła. Mało kto ją lubi… Szkoda, że tego saharyjskiego złotego piasku nie starcza, żeby przysypać wszystkie plaże na Teneryfie. Na większości z nich przeważa czarny i bardzo gorący piach, ponieważ czerń pochłania żar promieni słonecznych.
Bugenwilla, pod którą zakopałam jaszczurkę, wspierała się o kamienne ogrodzenie, za którym rozciągała się pusta działka z kurnikiem, której właścicielem był Borja – ogrodnik. Do jego obowiązków należało podlewanie naszych drzewek owocowych oraz zbieranie dojrzałych owoców. Większą część tych plonów Borja zabierał sobie jako wynagrodzenie za swoją pracę. Czasem chowałam przed nim mango, mimo że owoców starczyłoby dla wszystkich, i to z zapasem.
– Cip, cip, cip, cip, cip! – zawołałam kury przez dziurę w płocie.
Te zabawnie odwróciły małe łebki w moją stronę. Ruda, najodważniejsza, powoli do mnie przydreptała, ale kiedy Mars ją zobaczył, doskoczył do dziury, wściekle ujadając, i wszystkie kwoczki błyskawicznie się rozpierzchły. Kto jak kto, ale Mars ma tutaj istny raj!
Jeszcze raz spróbowałam zwabić kury, sama gdacząc na rozmaite sposoby, ale żadna kurka już się nie zbliżyła. Wtedy na ogrodzeniu za kurnikiem dostrzegłam napis w języku hiszpańskim i znak nieskończoności:
POR FAVOR AYUDA A LOS PERROS ∞
Hmm… PERROS po hiszpańsku znaczy „psy”, POR FAVOR – „proszę”.
– A co znaczy AYUDA? – spytałam Marsa.
Często się z nim konsultuję, bo to świetny przyjaciel – wierny i bardzo cierpliwy. No, może nieco leniwy, ale wszyscy przecież mamy jakieś wady, prawda?
Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. Tak się zamyśliłam, odczytując ten dziwny napis, że niespodziewany dotyk śmiertelnie mnie wystraszył – aż mi serce w pięty uciekło.
– Emmo, ile mam cię wołać? Chodź jeść!
– O, to ty, tato! – uśmiechnęłam się.
Mój tata prawie nigdy się nie złości. Jest bardzo wysoki i silny, więc po chwili zarzucił mnie sobie na ramię jak worek i ruszył do domu. Pozwoliłam, by moje ramiona swobodnie zwisały, i wyobraziłam sobie, że ni stąd, ni zowąd porwali mnie rdzenni Guanczowie (pierwsi mieszkańcy wyspy, po latach podbici przez Hiszpanów).
Uwielbiam fantazjować, choć bywa, że potem sama już nie wiem, czy coś zdarzyło się naprawdę, czy tylko to wymyśliłam. Ale to sprawia, że żyje mi się o wiele przyjemniej. Dlatego tym razem porwana przez aborygenów jadłam kolację „przywiązana” do krzesła, gorączkowo snując plan ucieczki, ponieważ Guanczowie podali mi całkiem smaczną rybę, ale z wstrętnymi brokułami. Jak zwykle uratował mnie Mars – niemal wszystkie zielone różyczki ukryłam w jego pysku i poczułam, jak lina, którą związali mnie porywacze, stopniowo się rozluźnia.
– Emciu, jutro pójdziemy zobaczyć szkołę. – Mama rozwiała moją superbohaterską wizję.
Oszołomiona niechcący wrzuciłam sobie do ust schowany w dłoni brokuł.
– A po co? – Pytanie zabrzmiało tak głupio, że wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Co za dziwny pomysł! Do tej pory uczyłam się w domu, chłonęłam wiedzę, podróżując po świecie (tata mówił: „samo życie jest nauką”), do żadnej szkoły nie chodziłam. Tymczasem naprawdę umiem wszystko, co umieją dzieci uczęszczające do szkoły, a wiedzą z geografii mogę się wręcz szczycić.
– Nauczysz się poprawnej angielszczyzny… Przecież prędzej czy później przeniesiemy się do Australii, może nawet pomieszkamy tam trochę dłużej niż zwykle – wyjaśniła mama.
Zabrzmiało jakoś podejrzanie. Czemu niby angielskiego miałabym się uczyć na Teneryfie, gdzie miejscowi mówią po hiszpańsku?
– To szkoła brytyjska – powiedział tata, jakby czytał mi w myślach.
– Ahaaa… – To już miało jakiś sens, chociaż nadal pozostawało wiele niewiadomych.
Tak właściwie to nie wiedziałam, co o tym myśleć. Pójdę do szkoły. Niby zawsze chciałam spróbować, ale to jutro kompletnie wyrzuciło mnie z butów. Z wrażenia włożyłam do ust kolejny brokuł. Fuj! Nic dziwnego, że żadne „normalne” dziecko tego nie lubi
Koszmarna szkoła na klifie
Owszem, lubię się uczyć. To znaczy lubię dowiadywać się ciągle nowych rzeczy. Lubię rozwiązywać zadania, łamigłówki i eksperymentować. Jednak szkoła, do której trafiłam, jak by to powiedzieć… była po prostu koszmarna! Jedyną jej zaletą było to, że niewielki budynek, w którym się znajdowała, stał nad brzegiem Atlantyku, na samym skraju klifu. Huk fal niósł się echem po wszystkich salach, których drzwi zazwyczaj były otwarte na oścież, co wcale nie oznaczało, że można było sobie wchodzić i wychodzić, kiedy się chciało. Nic z tych rzeczy.
Szkoła znajdowała się w pobliskim miasteczku Callao Salvaje i liczyła zaledwie pięć klas, do których przydzielano uczniów nie tylko według wieku, ale też według poziomu znajomości języka angielskiego. Mogłeś więc w tej samej klasie spotkać i dziesięciolatka, i ośmiolatka. Jednym nauka szła lepiej, innym gorzej. Mnie to zupełnie nie dziwiło, nigdy przecież nie chodziłam do zwykłej szkoły. Dzieciaki mówiły tu w najróżniejszych językach: po hiszpańsku, włosku, angielsku, polsku. Ja byłam jedyną Litwinką. W mojej trzynastoosobowej klasie większość miała dwanaście lub trzynaście lat, z wyjątkiem dwóch starszych chłopaków, ledwie mówiących po angielsku.
Byliśmy najstarszą klasą. Wszystko w tej szkole robiło się na komendę i pod czujnym okiem naszej dyrektorki, pani Simpson – zagorzałej zwolenniczki brytyjskiego systemu nauczania. Zawsze i wszędzie mieliśmy obowiązek mówić wyłącznie po angielsku albo milczeć. Co rano odbywał się ten sam rytuał: uczniowie jeden za drugim na paluszkach wchodzili przez żelazną furtkę do szkoły, a gdy już wszyscy się zebrali, równo o wpół do dziewiątej, furtkę zamykano. Spóźnialscy skazani byli na rozmowę z panią Simpson – to już lepiej od razu rzucić się z klifu do oceanu! Gdybyście choć raz spotkali się z nią oko w oko, zrozumielibyście, dlaczego użyłam słowa skazani.
Proste i ostre brwi dyrektorki wyglądały jak dwie wbite w nasadę nosa brzytwy, którymi można by przeciąć nie tylko kartkę. Ten wzrok dosłownie przeszywał człowieka na wskroś. Mówi się, że pozory mylą. No, nie w tym przypadku. Dyrektorka była dokładnie tak groźna, na jaką wyglądała, i kiedy rozmawiała z moją mamą, cała się trzęsła ze złości. Właściwie bez przerwy się trzęsła, ponieważ ciągle i ze wszystkiego była niezadowolona. Raz okleiła mi uszy taśmą klejącą, bo na wuefie nie wolno ćwiczyć w kolczykach, nawet w malutkich sztyftach. Wyobrażacie sobie, jaki to był ból, kiedy musiałam zerwać tę taśmę z niewygojonych jeszcze dziurek (dopiero co przekłułam uszy, więc nie powinnam jeszcze wyjmować kolczyków)?! Innym razem dyrektorka wściekła się z powodu moich rozpuszczonych włosów – o mało mi ich nie wyrwała, zaplatając ciasny warkocz, który na dodatek przypięła ostrymi wsuwkami. Oczywiście, że się popłakałam! Ale po kryjomu. A potem, żeby dać upust poczuciu krzywdy, skleciłam złośliwą zagadkę i zapisałam ją w swoim notesie:
Kroczy ciężko i powoli,Dudniąc niczym stado słoni.Patrzy wilkiem, gniew nią wstrząsa,Piana w ustach, gęba w pąsach,Sieje postrach w naszej szkole.Wiesz już, kto jest tym potworem?
I pewnego dnia się spóźniłam! Wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam dzwonek przy furtce. Serce waliło mi tak głośno, że nie usłyszałam, jak za mną przybiegł zdyszany chłopak z mojej klasy – Jake. On także się tego ranka spóźnił. Prawie rzuciłam mu się na szyję ze szczęścia, że nie będę musiała sama stanąć przed gniewnym obliczem dyrektorki. Jake też się wyraźnie ucieszył na mój widok.
Szczerze mówiąc, ten chłopak mi się podobał. Oboje należeliśmy do kółka teatralnego i chodziliśmy do jednej klasy, mimo że ja dopiero skończyłam dwanaście lat, a on miał trzynaście. Ale kto by się przejmował różnicą wieku?!
Tym razem furtkę otworzyła nam pani Ruiz i świat od razu nabrał kolorów. W tej okropnej placówce ona była jedyną dorosłą osobą, którą lubiłam. Pani Ruiz wyglądała jak dziewczynka z pomarszczoną twarzą, drobniutka i tak wysuszona, że dyrektorka Simpson, gdyby chciała, mogłaby ją jednym palcem przebić na wylot. Nasza kochana nauczycielka Lola Ruiz uczyła nas hiszpańskiego, sztuk pięknych i wuefu. Była Hiszpanką i mówiła po angielsku z tak specyficznym akcentem, że ledwie ją rozumieliśmy, ale zdarzało się to rzadko, bo pani Ruiz nie przejmowała się szkolnym reżimem – przeważnie rozmawiała z uczniami po hiszpańsku. Na początku nic nie rozumiałam, postanowiłam więc zapisać się na dodatkowe lekcje hiszpańskiego, które także prowadziła pani Ruiz. Bardzo je lubiłam i szło mi świetnie, dlatego już wkrótce odkryłam, że napis na działce z kurnikiem POR FAVOR AYUDA A LOS PERROS znaczy: „Proszę, pomóż psom”. Dziwna prośba! Cóż, psów za bardzo w okolicy nie było widać (jest tylko Mars, którego głównym zajęciem jest obszczekiwanie gdaczących sąsiadek), dlatego machnęłam ręką i na jakiś czas zapomniałam o tym napisie.
Puchar najbardziej irytującej nauczycielki w tej szkole należał jednak do matematyczki, czyli pani McGuire. Możliwe, że kiedyś była całkiem w porządku, ale na starość ewidentnie nie miała siły do uczniów. W każdego mniej rozgarniętego z nieskrywaną przyjemnością ciskała butem. Starałam się jej nie podpadać i czekałam tylko na to, aż w końcu siedzący najbliżej jej biurka Dmytro wypuści dostatecznie jadowitego bąka, który dosięgnie panią McGuire i ją udusi. Fu!
Podsumowując, w pierwszych tygodniach nauki, kiedy po skończonych lekcjach widziałam, że za żelazną szkolną bramą czeka już na mnie któreś z rodziców, czułam prawdziwą ulgę.
Rysunek widmo na podwórku u Pedra
Od dnia, kiedy razem spóźniliśmy się do szkoły, bardzo się z Jakiem zakumplowaliśmy. Pochodził z Wielkiej Brytanii, przyjechał na wyspę z mamą, przemiłą kobietą o imieniu Michelle. Pracowała w szpitalu, gdzie pomagała ludziom wracać do zdrowia poprzez kontakt ze sztuką. Jej zawód tak dziwnie się nazywał – arteterapeutka. Sama też przepięknie malowała. Rodzice Jake’a niedawno się rozwiedli i Jake strasznie tęsknił za tatą, który został w Anglii.
Często po zajęciach teatralnych wpadałam do Jake’a do domu, żeby sobie popatrzeć na kaktusy, które rosły u niego w ogrodzie. Nie macie pojęcia, jakie to były olbrzymy! Pękate jak beczki i tak gęsto porośnięte kolcami, że wyglądały, jakby miały futro. Najbardziej zachwycał mnie kaktus, który co trzy lata wypuszczał niebieski kwiat. Niestety nie załapałam się na ten rarytas, za to okazało się, że nie była to jedyna niespodzianka, jaką ten kaktus krył w sobie. Ale po kolei.
Pewnego razu podczas zachodu słońca wydarzyło się coś dziwnego. Jak co wieczór całą czwórką (czyli tata, mama, Mars i ja) wyszliśmy powłóczyć się po opuszczonych okolicznych finkach. Poza kurami nie mieliśmy obok żadnych sąsiadów, jedynie głęboki wąwóz, czyli po hiszpańsku – barranca. Takich różnej wielkości baranków (czy ten hiszpański nie jest śmieszny?!) spotkacie na Wyspach Kanaryjskich mnóstwo. Tata twierdzi, że winne temu są erupcje wulkanów i deszcze, które w osadzonym na zboczach popiele szybko żłobią wąskie koryta i doliny. Dlatego też drogi na Kanarii wiją się stromo raz w górę, raz w dół pośród licznych wąwozów – trzeba się do tego przyzwyczaić, podróżując po tych terenach.
Ach, prawda, niedaleko naszej finki, kilka opuszczonych działek dalej, mieszkał jednak jeden sąsiad – Kubańczyk o imieniu Pedro. Po przybyciu z Kuby zamieszkał tutaj na niewielkim statku, który jakimś cudem udało mu się przytargać na ląd do swojej finki. Na jego podwórku stał stół bilardowy, a wieczorami często grała głośna muzyka. Nucił coś sobie pod nosem i chodził, jakby niczego wokół nie widział, otoczony kłębem dymu z papierosów, które ciągle palił. Od czasu do czasu podglądałam go przez szczelinę w kamiennym ogrodzeniu. Podwórko Pedra bardzo mnie intrygowało. Wisiały tam jaskrawe kolorowe obrazy, obok obskurnego stołu stała wysłużona ciemna sofa, kuchnia i prysznic urządzone były pod gołym niebem. Fajnie byłoby kiedyś tam się zakraść i dokładnie wybadać cały teren.
Tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy już schodziliśmy w kierunku oceanu, mijaliśmy właśnie dom Pedra. Rodzice prowadzili jakąś burzliwą dyskusję, a my z Marsem szliśmy trochę z tyłu. Nie oparłam się pokusie i przyczaiłam się pod ogrodzeniem Pedra. Zajrzałam do środka – cisza, spokój. Portret czarnoskórej kobiety na burcie statku był teraz pięknie oświetlony promieniami wieczornego słońca. Nad nim dostrzegłam znak nieskończoności, który już wcześniej widziałam na podwórku z kurnikiem. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi, ale moją uwagę przykuł dziwny rysunek obok:
Mogłabym przysiąc, że wcześniej go tu nie było! Przykucnęłam pod ogrodzeniem i gapiłam się na to dziwne odkrycie, aż Mars, ni z tego, ni z owego, zaczął warczeć, co robi bardzo rzadko.
– Ćśś! – skarciłam go.
Mars wcale nie ucichł, tylko zaczął szczekać. Wtedy dopiero zauważyłam poruszającą się głowę Pedra, który najwyraźniej ucinał sobie drzemkę na sofie. Odskoczyłam od ogrodzenia, ale Mars nie przestawał hałasować. Nie wiem, co mu się wtedy stało – przeważnie zachowuje się jak dobrze wychowany pies. Może zwęszył kota? W każdym razie musiałam go siłą odciągnąć od ogrodzenia.
Było już ciemno, kiedy wracaliśmy ze spaceru. Jedynie z podwórka Pedra sączyło się blade światło. Znów zakradłam się pod ogrodzenie, żeby jeszcze raz rzucić okiem na dziwny rysunek nad portretem kobiety. Wytężałam wzrok z całych sił, ale po rysunku nie było nawetśladu. Podrapałam się po głowie (czemu ludzie tak robią, kiedy są zdezorientowani?), a Mars podrapał się tylną łapą po pysku. Już nie szczekał i nawet nie spojrzał w stronę podwórka Pedra. Czyżby mi się przywidziało? A może to Pedro starł rysunek, tylko czemu zostawił znak nieskończoności? Co w ogóle znaczą te wszystkie znaki? Kto i co chce mi przez to powiedzieć?
Minęło kilka dni. Poranne zakradanie się pod finkę Pedra stało się moim codziennym rytuałem w drodze do szkoły – wciąż miałam nadzieję zobaczyć tajemniczy rysunek. Na próżno. W szkole trudno było mi się skupić na lekcjach, aż raz w trakcie matematyki padł na mnie blady strach, kiedy dostrzegłam na sobie świdrujący wzrok pani McGuire. Od razu upewniłam się, że oba buty ma na nogach. Na szczęście za bujanie w obłokach ukarała mnie nie fruwającym butem, tylko dodatkowym zadaniem. Serio? Dla mnie to przecież pikuś.
Któregoś wieczoru, mniej więcej tydzień później, znów wybraliśmy się na spacer nad ocean. Szliśmy w dół przez opuszczone tereny, które kiedyś były plantacjami bananów. W weekendy bardzo lubiłam tam spędzać czas. Wymyślaliśmy z Marsem rozmaite zabawy, znajdowaliśmy przedziwne przedmioty, najwyraźniej porzucone przez dawnych właścicieli. To była prawdziwa kopalnia skarbów. Jednak wieczorami wolałam wspinać się szlakiem wiodącym w górę (nasz dom stał pośrodku stromego zbocza), skąd mogłam podziwiać przecudowne zachody słońca nad oceanem. Droga w dół od naszej finki do oceanu zajmowała dobre dwadzieścia minut i wtedy do domu wracało się już po ciemku. Kiedy słońce zaszło, wszystko wokół znikało w całkowitej ciemności, Marsa widzieliśmy tylko dzięki jego świecącej czerwonej obroży. Jeśli został gdzieś za nami, to potem wyglądało, jakby gonił nas piekielny potwór z rozżarzoną sierścią.
Tego wieczoru jednak nie protestowałam, a wręcz ochoczo przystałam na spacer trasą w dół, nad ocean – przecież po drodze miniemy podwórko Pedra! Trzeba zawsze korzystać z okazji i ufać własnej intuicji (nigdy jej nie ignorujcie, jest jak psi węch, najczęściej prowadzi we właściwym kierunku, o czym już wkrótce sama miałam się przekonać).
Tym razem szczęście mi dopisało. Rysunek bardzo wyraźnie prezentował się w falującym zmierzchu. Niewiele myśląc, zrobiłam mu telefonem zdjęcie i od razu upewniłam się, że jest na nim widoczny. Już miałam odchodzić, kiedy mój wzrok trafił na Pedra, który bacznie mi się przyglądał. Zamarłam. Na pewno widział, że fotografowałam jego statek, i zaraz mi się za to oberwie.
Powoli wyciągnął zza paska jakiś przedmiot i wycelował nim we mnie. Broń? W takiej sytuacji najlepiej od razu zwiewać, ale mnie zupełnie sparaliżowało, stałam jak wryta.
PAF! – rozległo się, a ja poczułam ból w prawej goleni i upadłam na ziemię. Potem usłyszałam wściekłe szczekanie Marsa i szyderczy śmiech Pedra. Nie pamiętam, jak wstałam, tylko tyle, że w amoku rzuciłam się do ucieczki.
Rodzice nie zdążyli odejść daleko. Stali na poboczu i podziwiali fajerwerki – w hotelu nad brzegiem oceanu odbywała się impreza. BŁYSK! – i niebo rozświetliła kaskada lśniących kwiatów. Nie interesowało mnie to. Świecąc telefonem, próbowałam obejrzeć zranioną nogę. Ale nic strasznego nie znalazłam. Żadnej krwi. Obok mnie siedział Mars i lizał mi nogę w miejscu, gdzie widać było zadrapanie. Wtedy przyszła mi do głowy niesamowita myśl: to Mars ugryzł mnie w goleń, żebym się schyliła i uniknęła kuli z pistoletu Pedra! To nie było zadrapanie, ale ślady zębów Marsa. A może mi się tylko wydawało? Dzwoniło mi w głowie. Przytuliłam swojego przyjaciela i postanowiłam nigdy więcej za żadne skarby nie zbliżać się do podwórka Pedra.
Fajerwerki wkrótce się skończyły i ruszyliśmy z rodzicami dalej. Całą drogę do plaży wpatrywałam się w zdjęcie w telefonie. Obracałam je i powiększałam. Ten rysunek coś mi przypominał, tylko nie mogłam ustalić, co. Jeden z okręgów był zamalowany na czarno i miałam przeczucie, że właśnie tam jest pies pogrzebany (co to za powiedzenie!), ale żadne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy.
– Miluszku, czemu jesteś smutna? – spytała mama. – Źle się czujesz, czy co?
– A nie, nic… – mruknęłam i potem milczałam.
Nie pamiętam, jak wróciłam do domu. Wzięłam szybki prysznic i bez niczyjej namowy położyłam się do łóżka. Nadal byłam roztrzęsiona po spotkaniu z Pedrem, nie mogłam wyrzucić z głowy rysunku widma. Leżałam na łóżku, wpatrując się w wiszące pod sufitem papierowe modele planet. Dostałam w prezencie cały Układ Słoneczny z nazwami w języku hiszpańskim. To był oczywiście pomysł mojej mamy.
– Dobranoc, miluszku! – usłyszałam jej łagodny głos.
Weszła do mojego pokoju, cmoknęła mnie w czoło i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Byłam za bardzo pogrążona w myślach, żeby jej odpowiedzieć, ale mama to doskonale rozumiała.
Obudziłam się w środku nocy. Słychać było tylko jeden wyraźny dźwięk – chrapanie mojego czworonoga. Zasłonka leciutko się poruszała, bo na Teneryfie nigdy nie zamyka się okien, a planety nad moim łóżkiem kręciły się i świeciły niebieskawo. Biegałam wzrokiem po planetach i… Znacie to uczucie, kiedy jakby człowieka poraził piorun? Kiedy wyskakujesz z łóżka, bo przypomniałeś sobie, że nie odrobiłeś lekcji albo coś zgubiłeś? Tym razem poraziła mnie wiedza, tak oczywista i pewna, że rzuciłam się do telefonu, żeby znaleźć zdjęcie rysunku tajemniczych okręgów, i… aż pisnęłam. Tak, tak, tak! Oczywiście, że znam te okręgi, bo to te same osiem planet Układu Słonecznego, które wiszą pod moim sufitem! Ta zamalowana na czarno to czwarta planeta od Słońca, czyli Mars.
Policzki mi płonęły. Wiedziałam, że złapałam wątek, tylko nie rozumiałam, kto, jak i dlaczego?
Dolna finka
Następnego ranka obudziłam się, jak gdyby nigdy nic, ale gdy do pokoju wpadł Mars ze swoim gumowym rogalem w zębach, przypomniał mi się Mars i tajemnicze planety.
– Marsiu! – zawołałam. – Marsiu!
Skoczyłam do niego, chciałam go wytarmosić, ale czmychnął mi, licząc pewnie, że będę go gonić i bawić się w wyszarpywanie mu rogala z pyska.
Dobrze, że była sobota. W weekendy rodzice chodzili rano nad ocean, żeby się wykąpać i wypić cortado (taką bardzo gorzką kawę z odrobiną mleka), a ja mogłam się wreszcie wyspać do woli. Zjadałam na śniadanie, co tam chciałam, a potem – wolność.
Tym razem nie miałam jednak ochoty na śniadanie. Wypuściłam Marsa na zewnątrz, a sama usiadłam na brzegu tarasu i machając nogami, rozmyślałam. „Jestem pewna, że rysunek planet to zagadka, której rozwiązaniem jest Mars, ale co mam dalej z tym zrobić?” Postanowiłam wybrać się do opuszczonej finki, położonej bliżej oceanu, którą nazywałam po prostu dolną finką. Miałam tam swój kącik – stary fotel z rozciągniętą nad nim siatką, osłoniętą liśćmi palmy, i stojącą obok drewnianą skrzynię, służącą mi za stolik, podnóżek lub szafkę. Zgromadziłam całkiem sporo przydatnych przedmiotów, które inni uznali za bezużyteczne. Krótko mówiąc, tam mogłam sobie spokojnie rozmyślać. To była nasza prywatna przestrzeń – moja i Marsa.
Zabrałam banana, wodę, książkę i zamyślona ruszyłam ścieżką w dół zbocza. Mars poszedł za mną, co jakiś czas zostawał w tyle, a potem mnie wyprzedzał. Byłam tak pogrążona w swoich myślach, że nie usłyszałam Borji, który krzyczał coś, wymachując rękami. Mars ruszył do niego biegiem po schodkach do Białego Domu – tak nazywaliśmy duży budynek, którym, podobnie jak naszym ogrodem, opiekował się Borja. Był majstrem od wszystkiego: ogrodnikiem, sprzątaczem, hydraulikiem, elektrykiem i ogólnie poczciwym facetem, który ni w ząb nie znał angielskiego, a po hiszpańsku tak trajkotał, że ledwo go rozumiałam. Mars nie miał takiego problemu, a Borja ewidentnie lubił psy. Ponadto nasz ogrodnik nie miał włosów, brwi i rzęs, przez co wyglądał dziwnie, ale to mi przeszkadzało tylko na początku, później nawet tego nie zauważałam.
Znalazłam więc Marsa mruczącego z zadowolenia u stóp Borji, który jak zwykle częstował mojego przyjaciela psimi smaczkami. Ogrodnik coś mówił, ale nie mogłam się zorientować, czy do mnie, czy do siebie samego, czy może do Marsa… Miał zwyczaj nie patrzeć ludziom w oczy, przez co jeszcze trudniej było mi rozpoznać, do kogo kieruje swój trajkot.
– Hola, Borja! – przywitałam się.
– Hola, hola, señorita! –wtrącił w swój słowotok i dalej seplenił, energicznie drapiąc Marsa za uszami.
A Mars, cóż, po prostu rozpływał się ze szczęścia. Zrobiło mi się nawet trochę wstyd, że tak tanio daje się przekupić.
I nagle coś błysnęło mi przed oczami. Dałabym głowę, że na sygnecie Borji zobaczyłam znak nieskończoności! Taki sam jak na ogrodzeniu za kurnikiem i obok rysunku Układu Słonecznego. Wskazując palcem sygnet, wyjąkałam:
– Co…? Co to?
Ogrodnik kompletnie zignorował moje pytanie, delikatnie odsunął od siebie Marsa i zaczął nas wyganiać:
– Vayan, vayan, ahora no tengo tiempo…
Tym razem zrozumiałam go doskonale: „Idźcie, idźcie, nie mam teraz czasu…”. No proszę, czyli jednak potrafi mówić normalnie, nie łącząc słów w tasiemcowy bełkot, którego nie jest w stanie zrozumieć obcokrajowiec. Borja intensywnie wymachiwał rękami, przez co nie mogłam się upewnić, czy na jego sygnecie jest ten znak. Wyraźnie jednak widziałam, że nie ma ochoty ze mną rozmawiać. Dziwne, zazwyczaj był bardzo rozmowny.
W dolnej fince zasiadłam w swoim fotelu i wyciągnęłam notes, z którym wszędzie podróżowałam. Spisałam fakty, żeby sobie wszystko dokładnie przemyśleć:
• napis na działce z kurnikiem „Proszę, pomóż psom” i znak ∞;• zagadka na burcie statku Pedra – planety Układu Słonecznego, rozwiązanie – planeta MARS;• Pedro jest niebezpieczny – ma pistolet?!• czy na sygnecie Borji jest znak nieskończoności?• co to wszystko znaczy?
Łamałam sobie głowę, ale jedno było jasne: muszę znaleźć więcej informacji. Tymczasem Mars szczekał i nie dawał mi się skupić. Z początku nie zwracałam na niego uwagi, ale prawda jest taka, że Mars nigdy nie nadwyręża gardła bez potrzeby. Należało się zainteresować, bo to nieustanne ujadanie ewidentnie musiało coś oznaczać – obcego człowieka albo jakieś zwierzę.
Rozejrzałam się. Na wspomnienie strzelającego do mnie Pedra przeszył mnie dreszcz. Nie mogłam się zorientować, z której strony dobiega szczekanie – Marsa nigdzie nie było widać. Opuszczoną działkę otaczało kamienne ogrodzenie pełne dziur i prześwitów, takie samo jak wokół naszej finki i u Pedra. Kamienie układano bezpośrednio jeden na drugim, bez użycia cementu czy kleju. Na Wyspach Kanaryjskich wszystko robi się jak najprościej. Zamknęłam oczy i uważnie nasłuchiwałam – dźwięk dochodził od strony wielkiego uschniętego krzaka. Ruszyłam w jego kierunku. Mars był w samym środku chaszczy.
– Mars! – zawołałam. – Marsiu, co się dzieje? Czemu szczekasz? Wyłaź stamtąd, boję się.
Żadnej reakcji. Położyłam się na ziemi, żeby zobaczyć, gdzie on jest. Wszystko zasłaniały liście. Wiedziałam, że na Kanarii nie ma żadnych groźnych zwierząt, żadnych pająków, węży, a nawet kleszczy, dlatego gdy wypatrzyłam tylne łapy Marsa, śmiało wyciągnęłam rękę i spróbowałam go wyciągnąć. Nic z tego. Mars ważył jakieś czternaście kilogramów i, jeśli chciał, potrafił naprawdę mocno wczepić się w ziemię. Musiałam sama przedrzeć się przez ten gąszcz. O dziwo, kiedy to zrobiłam, poczułam się, jakbym była w maleńkim pokoju, którego ściany i sufit (bardzo, bardzo niski) tworzyły te uschłe liście. Mars szczekał tak głośno, że prawie ogłuchłam.
– Przestań! – wrzasnęłam.
W końcu posłuchał.
Na ziemi szeleściły stare liście, w których Mars kopał dół. To było jego ulubione zajęcie na Teneryfie – grzebać w zgniłych liściach w poszukiwaniu jaszczurek. Tyle że to, co wystawało z ziemi, nie było ogonem jaszczurki, a rogiem czegoś drewnianego. Poruszyłam nim, pogłębiłam dołek, aż w końcu wyciągnęłam z ziemi drewnianą skrzynkę. Mars przyglądał się uważnie. To o to znalezisko narobił tyle szumu!
Wyszłam z chaszczy i przycupnęłam na ziemi, a Mars usiadł obok.
– Mądry pies! – pochwaliłam go i pogłaskałam, a on wgramolił mi się przednimi łapami na kolana.
Okropnie mnie gniótł, ale znosiłam to i go nie przeganiałam. Teraz dla nas obojga najważniejszy był skarb. Pierwsze, czego nie mogłam nie zauważyć, oglądając drewnianą skrzynkę, to znak nieskończoności na wieczku. Sama skrzynka miała formę sześcianu, wyglądała na starą, ale solidną. Kiedy się nią potrząsnęło, coś w środku grzechotało. Nijak nie udawało mi się jej otworzyć, jakby wieko było zabite niewidzialnymi gwoździami. Dałam skrzynkę do powąchania Marsowi, a ten nie tylko ją obwąchał, ale i polizał.
– Fu! To już było niepotrzebne.
Wytarłam skrzynkę ręką i wyciągnęłam z kieszeni niezawodny scyzoryk – zawsze nosiłam go w kieszeni, nawet do szkoły! Wbiłam ostrze pod wieczko. Ani drgnęło. Skrzynka była dużo bardziej solidna, niż wyglądała na pierwszy rzut oka. Obracałam nią, potrząsałam, a nawet kilka razy odważyłam się nią rzucić o ziemię, ale nic to nie dało. Niewzruszone wieczko uparcie broniło mi dostępu do środka. Mars przyglądał się wszystkiemu, cały czas tkwiąc na moich kolanach.
– Naprawdę zasłużyłeś na głaski, Marsiu. Bez ciebie nie znalazłabym skrzynki w tych zgniłych liściach – powiedziałam, obejmując psi pyszczek.
Skrzynka-łamigłówka
Kiedy w moim życiu pojawia się zbyt wiele niewiadomych, kładę się na ziemi i obserwuję chmury. To uspokaja i pomaga znaleźć odpowiedzi. Spróbujcie sami. Ważne, żeby wygodnie się ułożyć i nie zasnąć (chociaż sen też czasem pomaga, zwłaszcza kiedy jest się przemęczonym). Tym razem gapiłam się w idealnie błękitne niebo bez ani jednej chmurki. Na Teneryfie chmury występują wyjątkowo rzadko, a niebo jest tu wysokie i przepastne – jakby bezdenne, przez co wydaje się, że jest go bardzo, bardzo dużo. Można patrzeć bez końca i w ogóle się nie znudzić.
Kiedy tak leżałam na ziemi i mrużąc oczy, wpatrywałam się w błękit nieba, zaświtało mi w głowie, że gdzieś taką skrzynkę już widziałam. Gdy tylko zdawało mi się, że za moment sobie wszystko przypomnę, myśl nagle odpływała jak te chmury, których nie ma na Teneryfie. Mars położył się obok mnie i po chwili już chrapał. On jest ideałem podróżnika, potrafi odpocząć w dowolnych warunkach i w każdej sytuacji.
– Hola! – usłyszałam, a przed oczami stanęła mi twarz Pedra.
Pisnęłam.
– Miluszku, co ty tutaj robisz rozłożona na ziemi?
Przez moment nie mogłam się połapać, dlaczego słyszę głos mamy, skoro mignęła mi twarz Pedra. Ale trwało to tylko kilka sekund. Najwyraźniej ukołysał mnie rytmiczny oddech Marsa i… zasnęłam.
– Mamo, my… – Zerwałam się jak złapana na gorącym uczynku. – A ty jesteś sama?
– Sama – odpowiedziała ze zdziwieniem mama. – Przegrzejesz się na słońcu, a poza tym pora jeść. Oboje marsz do domu, śpiochy!
– My tu liczyliśmy… – próbowałam skłamać.
– Aha, barany… – zaśmiała się mama. – Pośpiesz się, tata upiekł rybę. Ja jeszcze nazbieram trochę dzikich pomidorów, tu jest ich więcej niż u nas, a wy już lećcie do domu.
Kiedy mama poszła, znów przymknęłam oczy, i choć uczucie słodkiego odprężenia już uleciało, leżenie pod gołym niebem nie poszło na marne. Przypomniałam sobie, że z podobną skrzynką, której wieka nie podnosi się tak zwyczajnie, miałam do czynienia w escape roomie Pierścień Smoka, zdaje się, że w Barcelonie. To była skrzynka-łamigłówka typu bączek.
À propos, chyba wam jeszcze nie wspominałam, że drugą naszą rodzinną pasją, poza podróżami, są zagadki! Testujemy escape roomy w każdym mieście, w którym się zatrzymujemy, a wieczory często spędzamy, grając wspólnie w rozmaite gry logiczne. Rodzice zawzięcie się kłócą, próbując rozszyfrować jakiś bardziej skomplikowany kod, a bywa, że zasypiają za stołem, bo nie chcą zostawić nierozwiązanej zagadki. To, obawiam się, jest dziedziczne, co oznacza, że mnie ten bzik dostał się podwójnie.
Skoro już rozgryzłam sekret wirującej skrzynki, chwyciłam ją, postawiłam na równym podłożu i energicznie nią zakręciłam. Wieczko z łatwością dało się unieść. Mars westchnął, a mnie z przejęcia spociły się dłonie. Rodzinna pasja do łamigłówek okazała się bardzo przydatna.
W środku znalazłam dwie rzeczy: amulet i kartkę z jakimś szyfrem. Jedna strona kartki wyglądała tak:
Spis treści
POCZĄTEK
Kanaria
TENERYFA
Finka i inne niespodzianki
Koszmarna szkoła na klifie
Rysunek widmo na podwórku u Pedra
Dolna finka
Skrzynka-łamigłówka
