Tajemnica Carycy - Małgorzata Starosta - ebook + książka

Tajemnica Carycy ebook

Małgorzata Starosta

3,8
34,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
  • Wydawca: WAB
  • Kategoria: Kryminał
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2022
Opis

Agata Śródka – restauratorka celebrytka – zostaje zaproszona do jurorowania w finale telewizyjnego talent show, którego tematem jest wykonanie jadalnej repliki jaja Faberge. Zrządzeniem losu dokładnie w tym samym czasie szkolna przyjaciółka prosi Agatę o przyjazd do remontowanego pałacu i pomoc w przygotowaniu uroczystego otwarcia hotelu. Zaradna i przedsiębiorcza Śródka postanawia połączyć obie te okazje i zaprasza ekipę telewizyjną do rezydencji w Roztoce. Tymczasem na terenie pałacowego ogrodu policja odkrywa zwłoki mężczyzny… Jak potoczą się losy bohaterów znakomitej kontynuacji „Winy wina”?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 355

Oceny
3,8 (5 ocen)
1
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olga654

Z braku laku…

Z braku laku da się przeczytać
00

Popularność




MAŁGORZATA

STAROSTA

TAJEMNICA CARYCY

Copyright © by Małgorzata Starosta, MMXXII

Wydanie I

Warszawa MMXXII

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Rozdział I. Ze mną jak z dzieckiem

Agata Śródka uparcie ubierała się na czarno, sądząc, że „wdowa” brzmi korzystniej niż „rozwódka”. I zasadniczo miała w tym trochę racji.

– Jak długo jeszcze zamierzasz opłakiwać śmiehć byłego męża? – Michel Blanc z rozkoszą zaakcentował przedostatnie słowo, zwracając się do swojej pracodawczyni.

– A kto powiedział, że go opłakuję? – odparowała Śródka ze złością. – Czarny mnie wyszczupla i jest bardzo twarzowy.

– Szkoda, że nie wydłuża – odwdzięczył się jej złośliwie konsjerż. – Może wtedy nie byłabyś bhana za kahła z filmu noir.

– Och, zamknij się, Michelu. – Agata odwróciła się od lustra, przy którym poprawiała idealnie obcięte włosy sięgające brody. Włosy również miała czarne, tyle że z natury. – Nie masz przypadkiem nic do roboty?

Michel przewrócił oczami i wykrzywił się paskudnie, gdy szefowa znów stanęła do niego plecami. Zapomniał jedynie, że Agata ma przed sobą lustro, w którym widzi każdy grymas złośliwego konsjerża.

– Do hoboty, do hoboty, żebyś się przypadkiem nie zdziwiła, czahna wdówko – burczał pod nosem, oddalając się w kierunku recepcji hotelu.

Od tragicznych wydarzeń w winnicy Barnaby Miszczuka minęło pół roku, ale emocje z nimi związane jeszcze nie ostygły. O ile jednak po swoim byłym mężu i jego drugiej żonie Agata nie rozpaczała zbyt długo, o tyle nad śmiercią („przedwczesną, ta kobieta powinna dożyć co najmniej stu dwudziestu lat!”) Leokadii Schmidt ubolewała nader często. Żal jej też było romansu, który nie miał jak się rozwinąć, gdyż potencjalny adorator okazał się wyrachowanym mordercą, co w zasadzie Śródka mogłaby zaakceptować („któż z nas nie ma wad?!”) – ale dwadzieścia pięć lat w więzieniu mogłoby skutecznie uniemożliwić jakiekolwiek romantyczne scenariusze. „Jak pech, to pech”, myślała restauratorka, przeglądając się w ogromnym lustrze.

Gościniecki pałacyk, któremu od pamiętnego otwarcia towarzyszył ów pech, cieszył się niesłabnącym zainteresowaniem turystów. Nie licząc czasu remontu piwnic, który na kilka tygodni wstrzymał ruch w interesie, nie było dnia, aby w Gościńcu nie pojawili się turyści spragnieni kontaktu z Agatą Śródką – najbardziej znaną w kraju restauratorką, w dodatku zamieszaną w kryminalną historię.

Tego dnia należący do Śródki hotel pękał w szwach, a Michel ani myślał kryć swojego stosunku do nieustannie dzwoniącego telefonu. Przyszło mu nawet do głowy, żeby nagrać suche „nie mamy wolnych miejsc do hoku dwa tysiące pięćdziesiątego, chyba że Agata Śhódka umrze wcześniej”, jednak nawet na to był zbyt leniwy. Widząc na wyświetlaczu warszawski numer, który dzwonił już po raz kolejny, w ostatniej chwili pohamował odruch wciśnięcia czerwonej słuchawki i skorzystał z okazji, że za kontuarem pojawiła się młoda recepcjonistka.

– To do ciebie. – Wepchnął jej telefon w dłoń, zanim dziewczyna zdążyła zareagować.

A z pewnością zareagowałaby ucieczką w panice.

– Skąd pan wie, że do mnie? – pisnęła.

– No bo jakby był do mnie, to ja bym odebhał, phawda?

Michel Blanc z powodzeniem mógłby startować w wyborach Mistera Arogancji, co poczytywał sobie za powód do dumy. Jeden z wielu powodów, każdą bowiem wadę potrafił przedstawić sobie tak, żeby działała na jego korzyść. Zgromiwszy wzrokiem przerażone dziewczę, konsjerż odwrócił się na pięcie i zamierzał zajrzeć do kuchni, gdzie spodziewał się nakryć ekipę w jakiejś kompromitującej sytuacji. Nie zdążył jednak zrobić ani pół kroku, kiedy dziewczyna zasłoniła mikrofon dłonią i wyszeptała:

– Panie Michelu, ta pani chce rozmawiać z szefem.

– Więc niech dzwoni do Agaty. Ja nie jestem księga skahg i zażaleń.

– Ale… – Recepcjonistka wahała się przez chwilę, widząc na gładko ogolonym obliczu Blanca rosnącą irytację. – To z telewizji – tu padła nazwa jednej z komercyjnych stacji – chcą rozmawiać z szefostwem o jakimś celebryckim programie.

Marsowa mina Michela zniknęła w mgnieniu oka, a jej miejsce zajął promienny uśmiech, który przywodził na myśl Jacka Nicholsona. Szaleństwo niebezpiecznie błysnęło w spojrzeniu mężczyzny, wywołując już całkiem usprawiedliwioną panikę recepcjonistki. Blanc wyciągnął rękę, w którą wystraszone dziewczę ostrożnie włożyło słuchawkę telefonu, i gestem drugiej dłoni odprawił recepcjonistkę ku jej ogromnej uldze. Czmychnęła natychmiast.

– Ehm, ekm! – Michel odchrząknął głośno wprost do słuchawki. – Bonjour, Michel Blanc, puis-je vous aider?

– Pardon? – odezwał się zaskoczony damski głos. – Pani Śródka?

– Nie, pan Wtoheczek – syknął Michel, wściekły, że nie udało mu się wywrzeć wrażenia, na jakim mu zależało. – Nazywam się Michel Blanc i jestem… menedżehem hotelu w Gościńcu. Z kim mam przyjemność? – W myślach dodał jeszcze „wątpliwą”, bo okropnie go zirytowało to nieznające się na językach obcych babsko.

– A mógłby pan, panie Blanc, przekazać telefon pani Śródce? Wie pan, dzwonię z telewizji ogólnopolskiej i chciałabym przedstawić pani Agacie pewną propozycję.

Michel zgrzytnął zębami, usłyszawszy tę jawną impertynencję, postanowił jednak nie dać się spławić, skoro na horyzoncie majaczyły występy w ogólnopolskich mediach. I to w dodatku prywatnych!

– Tak się składa, dhoga pani, że Agata Śhódka mianowała mnie swoim plenipotentem. – Skrzyżował palce za plecami. – Więc swobodnie mogę z panią wszystko ustalić, przyjechać, podpisać, wystąpić, a nawet zaśpiewać, gdyby była taka konieczność.

– Doskonale! – W głosie kobiety słychać było autentyczną radość. – Z nieba mi pan chyba spadł, panie Michelu. Producentka ostrzegała mnie, że z tej Śródki to jest niezła wredota, więc im mniej z nią kontaktów, tym lepiej.

– Och, whedota to za mało powiedziane – zapewnił ją pół-Francuz. – A ze mną jak z dzieckiem, wszystko ustalimy, żeby była pani zadowolona. To czego pani potrzebuje? Phoszę śmiało mówić!

Michel rozsiadł się na wygodnej kanapie przeznaczonej dla gości, przez co starsze małżeństwo musiało obejść się smakiem i czekać na spakowanie lunch boxu na stojąco. Nikt jednak nie śmiał zaprotestować, a białowłosa staruszka, którą mąż nakłaniał do zwrócenia konsjerżowi uwagi, stanowczo odmówiła, tłumacząc scenicznym szeptem:

– Przestań, Stasiu, to chyba gej! Z takim nie warto się kłócić, bo zaraz ci zarzuci, że szykanujesz mniejszości!

Co prawda, to prawda, a Michel Blanc kartą mniejszości gotów był zagrać nawet przeciw własnej matce.

Rozdział II. Cholehna Katarzyna

– Czy mógłbyś, mój najdroższy Michelu, mnie poprawić, jeśli coś źle zrozumiałam? – Agata Śródka zadała to pytanie z powagą, która sprawiła, że Michel Blanc stracił nieco ze swojego wrodzonego animuszu. – O ile się nie mylę, to okłamałeś producentkę telewizyjną, twierdząc, że możesz mnie reprezentować. – Przerwała nagle i spojrzała na konsjerża wzrokiem, od którego zrobiło mu się gorąco. – No tak czy nie?! – wydarła się.

– Oui – pisnął Michel, nie wiedząc, co ma zrobić z oczami.

– Parfaitement! – Śródka nigdy nie nauczyła się biegle władać językiem Balzaka, jednak terminowanie w paryskim Le Cordon Bleu pozwoliło jej opanować podstawowe słownictwo i od biedy byłaby w stanie porozumieć się z kimś dość bystrym, kto umiał czytać z mowy ciała, bo gramatyka restauratorki z pewnością by go zawiodła. – I uzurpując sobie prawo do mówienia w moim imieniu, zgodziłeś się, żebym została jurorką i gwiazdą jakiegoś marnego telewizyjnego show, w którym jakieś garkotłuki będą się ścigać o złotą warząchew?!

Tym razem Michel już nawet nie potwierdził. Śródka odwróciła się do niego plecami, a o jej wielkim wzburzeniu świadczyły przede wszystkim drgające ramiona. Blanc zerknął na sylwetkę szefowej ostro odcinającą się na tle wielkiego pałacowego okna. Mierząca sto czterdzieści osiem centymetrów i ważąca niewiele ponad czterdzieści kilogramów Agata Śródka ubrana w dzianinową czarną sukienkę do kolan wyglądałaby jak dziewczynka, gdyby nie wściekle różowe szpilki dodające jej jedenaście centymetrów wzrostu.

Restauratorka milczała przez kilka minut, które dla Michela trwały pół wieczności, a na pewno tak długo jak niedzielna msza święta w czasach, kiedy matka zmuszała go do uczestniczenia w nabożeństwie, a on akurat miał ochotę pograć w piłkę z kolegami.

– Jak gdyby tego wszystkiego było mało – podjęła w końcu, starając się panować nad głosem – mam to zrobić za darmo?

– Ale Agato! – Michel podjął nieudolną próbę wytłumaczenia się ze swej konkursowo głupiej decyzji. – Ja myślałem, że za dahmo to znaczy, że nie musimy płacić za nocleg i te wszystkie piehdalamenty!

– Gdybyś ty myślał, mój drogi, słodki Michelku, to przekazałbyś tej pani numer do mnie, a wtedy problemu nie byłoby żadnego – odparła spokojnie, przenosząc na konsjerża wzrok. Jej jadeitowo zielone oczy błyszczały, zdradzając wielkie wzburzenie.

Blanc coraz silniej odczuwał dyskomfort, który właściwie sam sobie zgotował. Było mu już naprawdę bardzo gorąco, ponieważ po raz pierwszy od dawna musiał się przyznać do błędu.

– Allors – kontynuowała Agata po krótkim tym razem zastanowieniu. – Słowo się rzekło i odwołać już nie wypada, ale teraz masz szansę się zrehabilitować.

– Zhobię wszystko, co hozkażesz, moja cudowna Agatko! – Michel gotów był rzucić się do tych różowych szpilek i wypucować je mankietem własnej marynarki.

– Oczywiście, że zrobisz, nie masz wyjścia, mon ami. Zadzwoń do mojej przyjaciółki, która zaprosiła mnie na kilka dni do swojego nowego domu, i powiedz jej, że bardzo chętnie przyjedziemy, a przy okazji przywieziemy telewizję i kilku kucharzy amatorów.

Blanc uniósł brwi i sięgnął po kartkę, na której Agata zapisała numer telefonu. Spojrzał na nazwisko, po czym zgrzytnął zębami.

– Coś nie tak? – zapytała Śródka słodkim głosikiem.

– Nie, nie, bhoń Boże! – zapewnił z uczuciem Michel, kierując się do wyjścia z gabinetu szefowej. Miał też nadzieję, że Agata nie dosłyszała, kiedy zamykając drzwi, mruknął pod nosem: – Cholehna Katarzyna…

Śródka oparła się o parapet, który standardowemu człowiekowi sięgałby pewnie do połowy uda, a jej ciut powyżej pasa, skrzyżowała ręce na piersiach i zamyśliła się nad stanem świata. A konkretniej nad stanem spraw, które właśnie ujrzały światło dnia, ku wielkiemu jej zaskoczeniu.

Nie konkurs telewizyjny ją martwił; przez lata przywykła do tego, że uznawano ją za celebrytkę, okularów przeciwsłonecznych miała całkiem sporą kolekcję i w razie czego będzie pozować do zdjęć w kapeluszu z rondem wielkim jak katowicki Spodek. Tym, co naprawdę trapiło ją od kilku dni, był niespodziewany list, który dostała od dawno niewidzianej przyjaciółki. List ów bowiem niósł groźbę nieszczęścia, a nieszczęść Agata ze wszech miar nie życzyła sobie więcej w swoim życiorysie; wystarczająco długo zbierała się po winnych zbrodniach w Gościnnej Dolinie. Jednak zostawienie przyjaciółki w potrzebie nie mieściło się w katalogu jej zasad. Tak źle i tak niedobrze, trzeba jednak wybrać mniejsze zło. Być może niemądry Michel niechcący wyręczył ją w tym niewdzięcznym zadaniu? W razie czego będzie na kogo zwalić winę.

Pomyślawszy o winie, otrząsnęła się na wspomnienie spełnionego przed sześcioma miesiącami proroctwa brzmiącego „to wszystko wina wina”, poprawiła odrobinę zburzoną fryzurę i sięgnęła po telefon. Michel niech tam urabia Katarzynę, a ona tymczasem zajmie się negocjowaniem stosownej gaży w telewizji. Prywatna jest, a więc kapitał ma – niech płaci.

Rozdział III. Jak to dobrze, że tę śliczną głowę masz nie od parady

Katarzyna Jakimiuk całe życie czuła się wyjątkowa, toteż od życia wymagała wyjątkowo dużo. W czasie gdy jej koleżanki rodziły kolejne dzieci lub robiły kariery, ona pomnażała majątek w inny sposób, który w dodatku zdołała opracować do perfekcji. Ów sposób był w swej prostocie genialny, wymagał jednakże szczęścia, a to sprzyjało Katarzynie od zawsze, urodziła się bowiem w przysłowiowym czepku, który następnie jej babka zakopała pod progiem chałupy, jak nakazywała tradycja.

Nie zawahała się zatem urodzona pod szczęśliwą gwiazdą Katarzyna przyjąć dosłownie zapewnień Olega Wasiljewa, jakoby mogła go prosić o wszystko, gdyby zgodziła się zostać jego żoną. Przeglądała akurat czeluście internetowych portali poświęconych opuszczonym zabytkom polskiej architektury, kiedy jej obecny konkubent, a przyszły małżonek, padł na kolana i jął błagać piękną wybrankę o rękę, nogę i całą resztę, do której owe kończyny były przyczepione. Szczególnie zaś zależało mu na jej sercu, o czym zapewniał gorliwie.

– Zgadzam się – odparła Katarzyna, nie odrywając wzroku od monitora bardzo drogiego laptopa, prezentu od poprzedniego męża, który od roku nosił tytuł „piątego eks”. – I chcę zamek, o ten! – Postukała żelowym paznokciem w kolorze neonowej żółci w matrycę komputera.

Oleg Wasiljew bez wahania zgodził się spełnić kaprys ukochanej – pragnie zamku, będzie miała zamek. Na cóż on ma wydawać te wszystkie miliony, jeśli nie na uszczęśliwianie swojej drogiej połówki?

– Kup sobie, Katjuszko ty moja najsłodsza, ten zamek, a nawet całą wieś, tylko pozwól mi te rączki – tu nastąpiła seria całusów wzdłuż rączek – i te usteczka całować.

– A całuj, całuj, Oluś, przecież ja ci nie bronię – chichotała Katarzyna, jednocześnie szukając na stronie kontaktu do osób, z którymi mogłaby porozmawiać o swoim zaręczynowym prezencie. – Tylko pamiętaj, że niedługo wiosna, a ja wiosną chciałabym już tam przyjmować gości. Więc przyśpiesz to całowanie, mój słodki misiu-pysiu, zabierz mnie do nieba na trzy sekundy, a potem wracaj do interesów.

Nie trzeba chyba mówić, że takiego polecenia żadna kobieta dwa razy nie musi wydawać. Oleg zabrał się więc do zabierania aż nadto ochoczo, uskrzydlony wizją mariażu z najseksowniejszą niewiastą, jaką nosiła ziemia. Niewiasta zaś także nie kryła entuzjazmu, bo myśl o posiadaniu zamku na własność zadziałała na nią jak najlepszy afrodyzjak. Czemu zresztą trudno się dziwić.

Godzinę później usatysfakcjonowani kochankowie – Katarzyna podwójnie, Oleg zaledwie raz, ale porządnie – zajęli się swoimi sprawami, które zupełnie niespodziewanie zaczęły robić się pilne. Szybko też się okazało, że zakupienie zamku to w zasadzie żaden problem, o ile dysponuje się stosownymi środkami na koncie, za to problemem w wypadku świeżo upieczonych narzeczonych mógł być czas, a raczej jego patologiczny brak, indolencja pracowników Olega zmuszała go bowiem do przyśpieszonego powrotu do Rosji.

– To tylko na chwilę, kochana moja, wrócę do ciebie na skrzydłach, najdalej po Nowym Roku, i wszystko załatwimy na czas – zapewniał ją żarliwie, kiedy Katarzyna zwana czule Katjuszką marszczyła nosek w wyrazie niezadowolenia.

– Ale Oluś, przecież trzeba pozwolenia załatwiać, zgody, instalacje, a kto wie, co jeszcze – wyliczała z przerażeniem, w którym tylko taki zakochany naiwniak jak Wasiljew nie dopatrzył się doskonałej gry aktorskiej. – I pieniędzy, fury pieniędzy!

– O pieniądze się nie martw, moja najsłodsza kluseczko, bierz, ile chcesz, a ja nawet nie będę o nic pytać.

Interesy zatrzymały Olega w Rosji znacznie dłużej, nad czym ogromnie ubolewał, gdyż oznaczało to również przesuwanie terminu ślubu. Katarzyna zaś do Rosji jechać nie mogła, ponieważ prace nad remontem siedemnastowiecznego zamku w dolnośląskiej wsi o uroczej nazwie Roztoka rozpoczęto natychmiast po podpisaniu aktu własności. Wasiljew wynajął cztery ekipy pracujące na zmiany niemal bez żadnych przerw, prace posuwały się więc w zawrotnym tempie i niemal z dnia na dzień widać było postępy. Tuż przed planowanym otwarciem, które miało się odbyć z wielką pompą – a jakże! – zdarzyła się jednak rzecz, której absolutnie nikt nie był w stanie przewidzieć.

No nie, ktoś pewnie by mógł, ale akurat konsultacji z Agathą Christie Katarzyna nie wzięła pod uwagę, a sama na kryminałach znała się jak kura na pieprzu.

– Oluś? – szlochała do telefonu, przerywając przyszłemu mężowi spotkanie z bardzo ważnym ministrem, z którym właśnie omawiał bardzo ważną kwestię. – Co ja mam teraz zrobić? Przecież policja cały czas siedzi mi na głowie, a ty wiesz, jak ja źle reaguję na policję!

– Chciałbym ci pomóc, koteczku, ale niestety nie uda mi się przyjechać – wyznał przepraszającym tonem. – Może przełożymy otwarcie? Tak o miesiąc albo dwa?

Katarzyna wybuchła płaczem tak głośnym, że bardzo ważny minister poczuł się odrobinę zażenowany i dla odwrócenia uwagi nalał sobie kolejny kieliszek okowity.

– Nie płacz, aniołku mój, nie płacz – pocieszał ją Oleg, któremu serce pękało na myśl o tej biednej, zagubionej i na pewno przerażonej kluseczce. – Więc nie przekładaj, rób wszystko, jak zaplanowałaś. Może… sprowadź sobie jakąś przyjaciółkę, raźniej ci będzie, co?

Pochlipawszy jeszcze trochę do słuchawki, Katarzyna zgodziła się, że może to dobry pomysł i chyba nawet ma taką jedną przyjaciółkę, która trupów się nie boi, bo sama pomagała policji złapać zbrodniarza przy kilku morderstwach. Oleg poparł pomysł z radością, po czym rozłączył się, przekonany, że sprawę załatwił jak zwykle doskonale i dyplomatycznie.

Katarzyna zaś odłożyła telefon, otarła łzy i z satysfakcją spojrzała w stojące przed nią lusterko, po czym uśmiechnęła się do swojego odbicia i stwierdziła:

– No, Kaśka, jak to dobrze, że ty tę śliczną głowę masz nie od parady. A jeszcze lepiej, że Agata Śródka zgodziła się przyjechać.

Rozdział IV. C’est une catastrophe!

Michel Blanc ewidentnie wstał tego dnia lewą nogą, w dodatku musiał nią na coś nadepnąć, bo odrobinę utykał, co wywoływało chichoty wśród personelu gościnieckiego pałacyku, który wciąż nie doczekał się oficjalnej nazwy. Jak zwykła mawiać Agata Śródka: „będzie, jak przyjdzie, a i bez nazwy róża pachnie słodko”.

Nie zwracając uwagi na chichoczące pokojówki, Michel pokuśtykał prosto do kuchni, gdzie spodziewał się zastać załogę w trakcie którejś z jej ulubionych gier hazardowych. On sam gardził tego typu rozrywkami, widząc w nich jedynie stratę cennego czasu, który można by poświęcić na czytanie arcydzieł literatury francuskiej w oryginale. Nie przychodziło mu do głowy, że nie wszyscy mają frankońskich przodków, o rodzicach nie wspominając.

– Bonjour – odezwał się od progu, czym zaskoczył sześć osób pochylonych nad wyspą na środku pomieszczenia.

Michel Blanc rzadko korzystał z zasad etykiety, był bowiem przekonany, że to jego należy witać, bez względu na to, po czyjej stronie faktycznie spoczywa ten obowiązek.

– Bonjour… – odpowiedziała mu Agata Śródka i zabrzmiało to trochę jak pytanie. Zamrugała wielkimi zielonymi oczami, wyrażając w ten sposób zdumienie, które podzielała z resztą obecnych w kuchni osób.

– Co hobicie? – zagadnął Blanc, rozglądając się za dzbankiem z kawą, który z pewnością gdzieś musiał być, sądząc po kubku w dłoniach Śródki.

– Jak ty się odzywasz do szefowej?! – fuknęła na niego Madeleine, odpowiedzialna za wszelkiej maści makarony i dodatki do mięs. – Agato, nie powinnaś tego tolerować.

Śródka uśmiechnęła się pobłażliwie, ale nie skomentowała. Michel za to poczuł się odrobinę urażony.

– Czego tolehować? Przecież grzecznie się przywitałem! I co to za hóżnica, w jakim języku?

– Taka to różnica, że kulturalny człowiek nie obraża osoby wyjątkowo niskiej, nazywając ją hobbitem – wyjaśniła dziewczyna, wprawiając Michela w osłupienie.

– Co? Jakim znowu hobbi…?! – Konsjerż przerwał nagle, zdawszy sobie sprawę, że złośliwa Madeleine podle sobie z niego zażartowała, a on dał się złapać w pułapkę jak jakiś niezbyt bystry młokos. – Bahdzo zabawne, no po phostu boki zhywać, ha, ha!

– No już, już, proszę się nie dąsać – zainterweniowała Agata, doskonale znając obrażalskość Michela. – Trochę dystansu do siebie, mój drogi, naprawdę nie zawadzi.

– Ależ ja się wcale nie dąsam. Życzę jedynie Madeleine, żeby nadepnęła bosą stopą na klocek Lego – odparował Blanc tonem lodowatym niczym ciekły azot.

To powiedziawszy, opuścił kuchnię, wciąż utykając na lewą nogę. Musiał być wyjątkowo wściekły, gdyż w normalnych okolicznościach nie zrezygnowałby z kawy, bez której nie potrafił funkcjonować.

– Aaaaa! – zakrzyknął Charles, brat Madeleine i jednocześnie najlepszy cukiernik na tej szerokości geograficznej. – No przecież siostra do niego przyjechała. Z dzieckiem!

– Czyli już nie musimy pytać, dlaczego kuleje – domyśliła się Agata Śródka. – Kiepski sobie moment wybrałaś, Madziu, na żarty językowe. Ale dobra, co tam mamy następnego na tapecie?

– Na tapecie mamy… – Madeleine zmrużyła oczy i pochyliła się nad ekranem tabletu. – Dwadzieścia dwa poziomo: nierozgarnięty drób.

– Kura! – ryknął Antoine.

– Kaczka! – zawtórował mu Pierre.

– Indyk! – rzucił Charles, zerkając na truchło ogromnego ptaka mającego tego dnia wylądować na stołach w formie pieczystego.

– Mamy coś? – zakończyła te wyliczanki Śródka. – Ile liter?

– Pięć, nic nie mamy – odpowiedziała Madeleine.

– To mówię, że indyk – obruszył się Charles, któremu nigdy jeszcze nie udało się odgadnąć żadnego hasła w krzyżówkach „Przekroju”.

– A niby dlaczego indyk, a nie kaczka? – Pierre’owi też daleko było do tytułu mistrza krzyżówek z kociakiem, ale walczył dzielnie.

– Bo kaczka ma sześć liter, a kratek jest pięć – przypomniała spokojnie Agata.

– No to ścieśniaj i się zmieści, wielkie mi co – podpowiedział Jacques.

On akurat zwyciężał niemal tak samo często jak jego szefowa. Być może była to kwestia ich niemal równego wieku, najpewniej jednak oboje wybitnie lubili łamigłówki i szarady.

– A może to się głoskami zapisuje i wtedy akurat jest pięć? – Pierre naprawdę bardzo chciał odgadnąć hasło kojarzące się z kulinariami.

Drzwi do kuchni otworzyły się nagle, przerywając te dywagacje, i stanął w nich Michel, trzymając w wyciągniętej dłoni telefon.

– Agato, pani z telewizji do ciebie – poinformował oficjalnym tonem. – A dla waszej wiadomości, niehozgahnięty dhób to jest gołąb, wy duhaki.

Pięć par oczu spojrzało zachłannie na ekran tabletu, po czym pięć rąk pacnęło w czoła należące do głów zawiadujących owymi rękami. Madeleine bezgłośnie powtórzyła słowo „gołąb” i wstukała litery w kratki krzyżówki. Duraki, faktycznie…

Śródka odebrała telefon od Michela i opuściła kuchnię, stukając o matowe kafle obcasami szpilek w kolorze fuksji. Czy może amarantu, mało kto, poza Michelem, potrafił te odcienie rozróżnić. Konsjerż także wyszedł, najpierw jednak chwycił dzbanek z kawą, który udało mu się zlokalizować za plecami Charles’a. Tymczasem ekipa kucharzy zajęła się kolejnym hasłem.

– Półmetek jedzeniowy – przeczytała Madeleine głosem co najmniej zniechęconym. – Nie, ja się poddaję. W sześćdziesiątym czwartym ludzie jacyś mądrzejsi byli.

– A tam, zaraz mądrzejsi – ofuknął ją Jacques. – „Obiad” wpisuj do tego półmetka, przecież to nietrudne. Ciekawe, po co ta baba z tiwi dzwoni, nie? Może odwołują imprezę? Agata się ucieszy.

– Nie wiem, czy się ucieszy, już sobie garderobę nową sprawiła. Wszystkie odcienie klasycznej czerni – zakpiła dziewczyna, korzystając z nieobecności szefowej.

– To czerń ma odcienie? – nie zrozumiał Pierre.

– Oczywiście! – Antoine udał oburzenie. – A jeśli ich nie rozróżniasz, to znaczy, że masz… dysfunkcję plamki żółtej. To poważna choroba!

Pierre pobladł i spojrzał na starszych kolegów z przerażeniem w oczach. Wszyscy, włącznie z Madeleine, smutno pokiwali głowami. Kuchcik poczuł się nagle bardzo słaby i gotów był żegnać się z życiem, w tym jednak momencie drzwi otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wparowała rozsierdzona Agata Śródka. Rozrywające błonę bębenkową stukanie obcasów zwiastowało nadchodzący kataklizm.

– Oho – szepnął Charles do siostry. – Skończyła się Akademia Pana Kleksa, witajcie w innej bajce.

Madeleine pokiwała głową, sama bowiem zdążyła dojść do tego wniosku. Nie zamierzała się jednak odzywać, podobnie jak trzej pozostali kucharze i wystraszony nie na żarty Pierre.

– Sprawa jest – odezwała się bez ogródek Agata, a jej zwykle idealnie ułożona grzywka podskoczyła. – Telewizja wymyśliła, że skoro program będziemy kręcić w zamku, a w dodatku zbliża się Wielkanoc, mam poprowadzić finał konkursu na inspirowane Wielkanocą specjały cukiernicze.

Charles, cukiernik, gwałtownie wciągnął powietrze.

– To nie koniec – wycedziła Śródka. – W finale każdy uczestnik będzie musiał wykonać dzieło, które najpierw ja przygotuję. I zgadnijcie, co to ma być.

– Mazurek? – wyszeptała Madeleine.

– Babka? Serniczek? Murzynek? – zgadywał Pierre, który na ciastach znał się jak Śródka na mechanice kwantowej.

– Ja chyba wiem… – powiedział cicho Charles. – Ale… to niewykonalne.

– Oui bien sur! – wykrzyknęła Agata, dając upust wszystkim kłębiącym się w niej emocjom. – Na to potrzeba tygodni, jeśli nie miesięcy! Próby, barwniki, materiały! A ile ja mam? Dziesięć dni! C’est une catastrophe!

Agata Śródka znana była w świecie kulinarnych celebrytów jako osoba nieprzyzwoicie uzdolniona, ale także chorobliwie ambitna. Zdobywała wykształcenie w najbardziej ekskluzywnych szkołach Europy, wliczając w to paryską Le Cordon Bleu, a jej największym marzeniem i celem, do którego zmierzała prosto jak strzała Wilhelma Tella, było powtórzenie sukcesu Julii Child. W głębi duszy Agata czuła się inkarnacją owej fascynującej kucharki celebrytki i żałowała, że nigdy nie będzie miała okazji poznać jej osobiście. No chyba że w zaświatach, ale na to jeszcze długo poczeka. Chorobliwa zaś ambicja czterdziestosiedmioletniej („urodziny mam dopiero w październiku!”) restauratorki sprawiała, że perfekcjonizm stał się jej główną cechą. Wszystko musiało być idealnie, a najmniejsza skaza potrafiła doprowadzić ją do wybuchu gniewu, który kończył się dwudniową migreną.

Wykonanie jadalnej repliki jaja Fabergé, które to zadanie postawiła przed Agatą producentka telewizyjnego talent show, wymagało wyjątkowych zdolności, doskonałej precyzji, a także czasu. I to właśnie brak tego ostatniego doprowadził Agatę do furii, która zapowiadała ciężkie chwile dla całego personelu pałacyku.

Rozdział V. Jakim niecudem go znaleźli, skoro go mieli bez cudu nie znaleźć?

Mikołaj Kunicki przechadzał się po salonie niczym lew po wybiegu w zoo. Dwanaście kroków w jedną stronę, obrót, dwanaście kroków, obrót, dwanaście kroków. W sumie tych kroków zrobił już ponad pięćset, co dawało mu jedną dwudziestą liczby zaleconej przez lekarza dla zdrowotności.

W trakcie tej obowiązkowej dawki ruchu odziany był jedynie w granatowo-bordowy jedwabny szlafrok przewiązany w talii szerokim paskiem. Nawet ten strój upodabniał go do dzikiego kota, cały upstrzony był bowiem lamparcimi cętkami. Spod szlafroka wystawała para wyjątkowo chudych, owłosionych nóg, co z kolei kojarzyło się raczej z kozłem aniżeli zgrabnym królem sawanny. Śnieżnobiałe skarpetki z logo znanego domu mody napięte były do niewyobrażalnych wprost granic i wyglądały, jakby ich głównym zadaniem było usztywnienie przeraźliwie wychudzonych pęcin. Poza skarpetko-ortezami na nogach Mikołaja znajdowały się także filcowe mokasyny w kolorze ni to wina, ni to zakrzepłej krwi. W każdym razie stylowe – przynajmniej w kategoriach estetycznych Hugh Hefnera.

Dwanaście kroków, obrót, dwanaście kroków, obrót, dwanaście kroków… Poły szlafroka subtelnie furkotały, zwłaszcza przy zwrotach, które były raczej energiczne – delikatna tkanina nie stanowiła oporu dla pędu powietrza.

W chwili gdy jeden z obrotów był dokładnie w połowie: drzwi do pokoju rozwarły się z impetem.

– Szefie, znaleźli go! – wycharczał bardzo brzydki młodzieniec o fizjonomii niezdrowo upasionego prosiaka, z głębokimi bliznami po trądziku na twarzy w kolorze niemal takim samym jak stylowe obuwie Kunickiego.

Mikołaj zastygł w dziwacznej pozie, wykręcony w lewo, z prawą nogą uniesioną dziesięć centymetrów nad podłogą. Jego czarne oczy przeszyły tłustego młodzieńca wzrokiem wyrażającym pogardę pomieszaną z nienawiścią.

– Kogo znaleźli?! – zagrzmiał wściekły jak obudzony przedwcześnie niedźwiedź, bo właśnie zapomniał, które z kolei dwanaście kroków wykonał, i groziło mu, że będzie musiał zacząć od początku.

– No tego, co go mieli nie znaleźć albo będzie syf – odparł z przejęciem grubasek.

– Łysego?!

– Nie!

– Farfocla?!

– Nie!

– Kulawego od starej Marianowej?!

– Też nie! – Grubasek wyraźnie się zniecierpliwił.

– No to którego, do diabła?! Weź no mi, Wątły, zagadek nie rób, bo już i tak cholery dostaję z tym liczeniem kroków!

– A dlaczego szef sobie nie kupi krokomierza? – wypalił Wątły, zanim zdążył się zorientować, że to raczej głupi pomysł.

– Bo żeby sobie kupić krokomierz, ciulu jeden bosy, to ja musiałbym wyjść z domu, tak czy nie?!

Wątły nie śmiał udzielić odpowiedzi – na tyle jeszcze starczyło mu instynktu samozachowawczego.

– A ja nie mogę postawić kroku poza domem, tak czy nie?

Z tym akurat Wątły zgodzić się musiał, bo to był fakt, a nie opinia. Pokiwał więc energicznie głową, co wyszło raczej żałośnie, ale Kunicki nie zwracał na niego uwagi.

– No to przestań się wymądrzać i powiedz lepiej, którego znaleźli, żebym nie musiał zgadywać, bo i tak pewnie nie zgadnę.

– Tego typa – wyszeptał niemal niesłyszalnie Wątły i natychmiast wbił wzrok w swoje buty, zupełnie nie stylowe w swej ordynarności.

Mikołaj z impetem postawił prawą nogę na podłodze, a z jego ust wydobyło się głośne sapnięcie. Był to dźwięk tak przerażający, że Wątły, który z natury wcale wątły nie był, a z obżarstwa jeszcze mniej, skulił się, jak gdyby oczekiwał tęgich batów. Kunicki tymczasem sapał i wzdychał na przemian, jakby sam nie mógł się zdecydować, który odgłos lepiej wyraża jego uczucia.

– Tego typa, o którym ja nic nie wiedziałem i którego, według twoich zapewnień, mieli nie znaleźć, chyba że zdarzyłby się cud w rodzaju biblijnym? – wycedził w końcu.

Od tonu jego głosu Wątłemu wszystkie włosy na ciele stanęły dęba, z wyjątkiem skóry głowy, bo tam akurat włosów nie miał. Za to brwi nastroszyły się aż miło.

– Może mnie coś ominęło – ciągnął Kunicki – albo niezbyt dokładnie czytam wiadomości, ale nie przypominam sobie, żeby rozstąpiło się ostatnio jakieś morze, woda dalej nie chce być winem i nikt, zdaje się, z martwych nie powstaje. Chyba że ten typ powstał? – Łypnął na Wątłego wciąż wściekły, ale też nieco zlękniony. – No tak czy nie?

– Nie, szefie. Nie powstał. – Grubasek wciąż przyglądał się czubkom swych sfatygowanych buciorów na grubej podeszwie. – Tak żeśmy go załatwili, że trudno by mu było wstać.

– Jakby było łatwo, to nie byłby cud – sarknął Mikołaj. – To jakim niecudem go znaleźli, skoro go mieli bez cudu nie znaleźć?!

– No… Wziął i się ujawnił, jak zaczęli kopać.

– Kto? Kto zaczął kopać, Wątły? I dlaczego?

– Nowi właściciele zaczęli. I jak już zaczęli, to go w końcu wykopali, a jak go wykopali, to się policja zleciała i szlag wszystko trafił na amen – wyrzucił na jednym wydechu chłopak.

– Szlag to zaraz trafi mnie! – ryknął Kunicki i znów przez moment przypominał lwa z grzywą płowych włosów rosnących w nierównych kępkach, które w dodatku sterczały teraz fikuśnie we wszystkich kierunkach.

Wątły najchętniej uciekłby z tego pokoju, w którym sapanie i wzdychanie jego szefa zaczynało materializować się w postaci drgań wyczuwalnych już nie tylko w powietrzu, ale też coraz mocniej przylegających do odkrytych części ciała chłopaka. Jakby ta wściekłość, ten atawistyczny gniew przyklejał się do jego skóry niczym jad pająka, który w ten sposób przygotowuje swoją ofiarę przed konsumpcją. Kunicki co prawda raczej nie zamierzał go zjeść, ale zamordować – kto go tam wie?

– Sze…szefie? – odezwał się nieśmiało grubasek, upatrując ratunku w dialogu.

W filmach zwykle ten trik się sprawdzał i dało się przesunąć moment egzekucji aż do przybycia odsieczy.

Kunicki milczał. Już nawet sapać przestał, od czasu do czasu tylko sobie westchnął, ale jakby lżej niż wcześniej. Wątły powoli tracił nadzieję na ratunek i ze wszystkich sił starał się przypomnieć sobie, jak szło wyznanie grzechów, ale zdołał przywołać jedynie „więcej grzechów nie pamiętam” i chyba coś tam było o żałowaniu za nie. No żałował, a jakże! Zwłaszcza za te, których nie pamiętał, bo musiały być najcięższe, skoro postanowił o nich zapomnieć.

– Mamy tam kogoś? – szepnął nagle Mikołaj, wytrącając Wątłego z religijnej zadumy.

– Tak, szefie, Sylwka mamy, znaczy Bidula – potwierdził natychmiast grubasek. – Od niego wiemy o tej policji i w ogóle.

– Bidula? – zdziwił się szczerze Kunicki. – A co on tam robi?

– Do matki wyjechał, z pół roku temu. Nie mówiłem szefowi, bo okoliczności nie sprzyjały, a Bidul i tak urlop wziął bezpłatny, żeby się tą swoją matuchną schorowaną zająć. To w sumie on nam ten zamek podpowiedział, bo znał go z dzieciństwa i mówił, że tam pies z kulawą nogą nie zagląda.

Mikołaj przypominał sobie jak przez mgłę, że rzeczywiście to Bidul wskazał opuszczony zamek nienależący do nikogo jako idealne miejsce do ukrycia zwłok, które miały pozostać ukryte na wieki wieków. On sam się tym wtedy nie interesował, przebywał bowiem „na zwolnieniu chorobowym”, a poza tym zarządzał przecież całkiem pokaźnych rozmiarów korporacją i nie był w stanie pilnować każdego zadania. Od tego miał swoich kapitanów. Takich jak choćby Wątły.

– Niech wszystkiego pilnuje. A ty, Wątły, sporządzisz dla mnie teraz notatkę służbową z tego zdarzenia, a następnie wyjaśnisz doktorowi, że z twojej winy nie byłem w stanie zrobić dziennej normy kroków, gdyż ciśnienie wzrosło mi tak niewyobrażalnie, że musiałem spędzić resztę dnia w pozycji leżącej. Może być w bocznej leżącej, ale na pewno w poziomie!

Wątły bez wahania zapewnił, że polecenia wykona w podskokach, i skorzystał z chwilowej dobroci swego dona, natychmiast czmychając. Kunicki tymczasem poprawił skarpetkę na lewej nodze, ta bowiem zsunęła się nieco i była krótsza od drugiej o półtora centymetra, co godziło w poczucie estetyki szefa największej zorganizowanej grupy przestępczej w kraju nad Wisłą. Byłego szefa, czy też byłej grupy, należałoby w tym miejscu podkreślić, ponieważ od ponad roku Mikołaj Kunicki z powodów osobistych i zdrowotnych musiał zaprzestać prowadzenia działalności, co uczynił tym chętniej, że policja objęła go programem ochrony świadków. Cierpiała na tym jego miłość do podróżowania. Miał tkwić zamknięty w podwrocławskiej willi należącej niegdyś do któregoś z generałów Trzeciej Rzeszy do czasu, aż załatwią mu nową tożsamość, w tym facjatę, co miało gwarantować zmniejszenie prawdopodobieństwa śmierci z rąk wrogów, których zdołał sobie naprodukować na pęczki, jeśli nie na kopy. Albo i grosy nawet.

Czując nadchodzący atak migreny, Kunicki udał się do swojej sypialni, w której całymi dniami panowały egipskie ciemności dzięki atramentowoczarnym grubym kotarom, i tak jak stał, w jedwabnym szlafroku i filcowych mokasynach, położył się do łóżka. Zasnął natychmiast, zanim głowa rozbolała go na dobre. Myśl o znalezisku w zrujnowanym zamku zatrzasnął w szufladce niepamięci, zgodnie z zaleceniami psychiatry, z którym od roku pracował nad samoakceptacją i poprawianiem charakteru. Odkopany trup stanowczo nie znajdował się w scenariuszu terapii i intuicja podpowiadała Mikołajowi, że tak powinno zostać.

Rozdział VI. Mistrzowie oralnej rozkoszy

Wiadomość o temacie przewodnim konkursu kulinarnego zdenerwowała Śródkę na tyle, że pokrzyczała na Bogu ducha winnych kucharzy, zasyczała kilka razy na Michela (on akurat sam się prosił, a nawet masochistycznie stwarzał ku syczeniu okazje), a potem jej przeszło. Normalna zdrowa kobieta – wścieknie się, wyrzuci z siebie jad i wszystko wraca na właściwe tory. W jej przypadku powrót na właściwe tory oznaczał uruchomienie wysokich obrotów i niezwłoczne przystąpienie do pracy.

– Charles, wsiadaj do furmanki i jedź natychmiast do Wedla na Zamoyskiego1. Kup wszystko, co mają w temacie wielkanocnym – rozkazała, zanim jeszcze krzyżówka została skończona.

– Ale jak wszystko? Całą fabrykę mam kupić? – Cukiernik wystraszył się nie na żarty, bo rzeczywiście Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami, a Wedel korzystał z tego samego kalendarza i pewnie już wszystko przypominało tam puchate króliczki, kurczaczki i pstrokate jajka.

– Cholera, masz rację – zreflektowała się Śródka. – To kup po trochę z każdego sortu, później wybierzemy.

– Ekhm – chrząknął Michel tuż nad ramieniem Agaty, zjawiając się nie wiadomo skąd i kiedy. – A chociaż wymyśliłaś, któhe jajo zamierzasz heplikować?

– Nie, nie wymyśliłam – burknęła, odrobinę urażona, ale bardziej zaskoczona jego nagłą obecnością. – A co?

– No bo wiesz… – zaczął Michel, po czym urwał teatralnie, co w ogóle nie pasowało do jego ekspansywnej osobowości, która nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek wahania ani tym bardziej niepewność.

– Coś tam wiem – odrzekła odruchowo Agata, zajęta zapisywaniem pomysłów na kartce. – A konkretnie co masz na myśli?

Konsjerż oparł łokcie na blacie obok kartki, na której Śródka stawiała rzędy okrągłych literek, i ujął brodę w dłonie. Wypiął się przy tym tak nieprzyzwoicie, że stojąca z tyłu Madeleine skrzywiła swoją ładną buzię.

– No bo wiesz… – powtórzył, nadając głosowi zupełnie nienaturalną miękkość. – Moja mama jest ahtystką.

– To akurat wiem doskonale – odparła oschle Agata. – Ale nie ona jedna. Dzisiaj każdy może być artystą, jakbyś nie zauważył.

– Ale moja mama jest phawdziwą ahtystką. Wykształconą! – zaoponował Michel z emfazą. – I ona się zna na sztuce. A jaja Fabergé c’est son petit cheval2.

– Konik sronik. A może kobyłka? – wyzłośliwiała się Agata, która nie znosiła matki Michela w stopniu nieporównywalnym do niczego.

No, może podobnymi uczuciami darzyła drugą żonę swojego byłego męża, ale Grażynka już śpiewała z chórami anielskimi, więc uczucia Agaty do niej nieco przygasły. Tymczasem Delfina Blanc była wciąż żywa i irytująca, nawet w opowieściach syna.

– A co, może tylko tobie wolno być sławną i henomowaną? Tylko dlatego, że pothafisz lepiej od innych zupę posolić?

Miłość Michela do matki nosiła znamiona, bardzo wyraźne znamiona, toksyczności. Spijali sobie z dzióbków, zazdrośnie strzegąc tej miłości, żeby nikt nie zanieczyścił jej swoją obecnością. I nigdy, pod żadnym pozorem, nie pozwalali na jakąkolwiek krytykę.

– Oesu, przestań już jojczyć, ja cię grzecznie proszę. – Śródka przewróciła oczami, wciąż zajęta zapisywaniem niezrozumiałych dla nikogo poza nią ciągów słów. – Skoro już musisz do tego mieszać tę swoją matulę, to niech ci będzie. Niechętnie, ale przyzwalam.

Michel rozpromienił się natychmiast i nieomal przytulił Agatę, zorientował się jednak szybko, że to byłoby zbyt wiele i jego honor prawdopodobnie by tego nie udźwignął. Obrócił się więc na pięcie, zostawiając czarną smugę na matowym kaflu posadzki, po czym dumnym krokiem wymaszerował z kuchni.

Dopiero gdy drzwi się za nim zamknęły z głośnym szczękiem klamki, kucharze siedzący dotąd jak trusie odważyli się odezwać. Pierwszy zabrał głos Charles, gotowy wyruszyć do Warszawy zgodnie z poleceniem szefowej.

– Serio chcesz porady od tej upiorniejszej wersji Michela?

– Jakoś przetrwam, będę piła dużo melisy. – W głosie właścicielki pałacyku nie było ani krztyny złośliwości.

– Melisa może nie wystarczyć, załatwię ci xanax – zaoferował z troską Jacques, którego szwagier był psychiatrą.

– To już lepiej arszenik albo inny cyjanowodór – podpowiedział Pierre. – Dla Delfiny, nie dla ciebie, Agato – doprecyzował szybko, oblewając się purpurą.

– No dobra, to ja lecę – poinformował cukiernik, zgarniając kartkę z rąk Śródki. – Będę najszybciej, jak się da, chociaż z tej fabryki Charliego ciężko wyjść z własnej woli.

– Jedź już, zanim Agata zacznie żałować, że nie wysłała tam Michela – poradziła Madeleine, mrugając porozumiewawczo do Śródki. – A tak przy okazji to jak się ten cały szoł ma nazywać? – zapytała szefową.

– Yyy, no, to ma być… Merde! Nie mam pojęcia! – zmartwiła się filigranowa celebrytka. – Ty masz rację, Madeleine, przecież ja nie mogę wystąpić w żadnym Z kociołkiem ci do twarzy albo Królowa kotleta. To by była kompromitacja!

– Albo Ogórki, rurki i bzdurki – dorzucił Pierre.

– Wyliż mą patelnię – podpowiedział uczynnie Antoine.

– Mam! Mistrzowie oralnej rozkoszy! – wrzasnął Jacques, mistrz rozkoszy szaradziarskiej, któremu prawdopodobnie właśnie przytępiło zmysł wyczucia i dobrego smaku.

Agata Śródka zamarła na środku kuchni i widać było, że trzyma się wyłącznie siłą woli wspomaganą grawitacją, bo z jej twarzy momentalnie odpłynęła cała krew. Madeleine stłumiła wybuch śmiechu, gryząc się w przedramię, Pierre zatkał usta ręką w przezroczystej lateksowej rękawiczce, jednak szybko zmienił dłoń na drugą, bo lateks nagle źle mu się skojarzył, a Antoine mrugał oczami, jakby chciał w ten sposób odpędzić usłyszany przed chwilą koszmarek, który właściwie był niewiele gorszy od jego pomysłu. Do Jacques’a natomiast chyba właśnie dotarło, że owe oralne rozkosze wyszły z jego własnych ust, i starał się zapaść pod ziemię, wykorzystując tę samą siłę woli, która trzymała Śródkę w pionie.

– Wiecie co… – wyszeptała Agata po dłuższej chwili milczenia. – Albo nie. Nie chcę teraz z wami gadać. Uznam, że tej rozmowy nie było, a jak tu wrócę, za jakąś godzinę najwcześniej, to życzę sobie zastać z powrotem moich kulturalnych, najlepszych w swoim fachu kucharzy zamiast bandy zboczeńców i dewiantów, którzy chcą ze swojej pracodawczyni zrobić gwiazdę taniego porno.

Żaden z dewiantów i zboczeńców nie śmiał nawet pisnąć, skinęli tylko zgodnie głowami i ze spuszczonym wzrokiem wrócili do swoich obowiązków.

Przed wyjściem z kuchni Agata przypomniała sobie o czymś jeszcze.

– I prosiłabym, żebyście pod żadnym pozorem nie wymyślali nazwy dla pałacyku – rzuciła tonem suchym i ostrym niczym pieprz kajeński.

Mijając recepcję, wciąż słyszała w głowie „wyliż mą patelnię” i „oralne rozkosze”, przez co zupełnie straciła czujność i kompletnie zignorowała Michela rozmawiającego przez telefon na kanapie przeznaczonej dla gości, w pozie przypominającej Psyche budzoną pocałunkiem Erosa. Pozę tę przyjmował wyłącznie wówczas, gdy przekomarzał się z matką na temat tego, które z nich kocha to drugie bardziej. Tradycyjnie także rozmowę z jedyną kobietą, którą kochał, zakończył słowami: Bye-bye maman. Et pas de mecs!3.

Rozdział VII. Kiła i mogiła do spółki z syfem

Podkomisarz Marcin Miziacz o znalezieniu zwłok na terenie zamku dowiedział się w czasie zasłużonego wypoczynku na Wyspach Kanaryjskich, a dokładniej rzecz biorąc, gdy zjeżdżał z zabójczo wysokiego The Tower of Power w Siam Parku na Teneryfie. Jego nowoczesny smartwatch zaczął warczeć, mrugać na niebiesko i wydawać z siebie dźwięki zwiastujące nieszczęście.

Po siedmiu sekundach mrożącego krew w żyłach spadania, bo inaczej się tego nazwać nie da, lekko roztrzęsiony Miziacz wyszedł z wody i wytarł ręcznikiem tarczę zegarka. Ikona koperty informowała o nadejściu wiadomości, którą natychmiast otworzył.

Sorry, szefie, musisz wracać. Trup w zamku, syf, kiła i mogiła.

Wiadomość pochodziła od sierżanta Żabki, jego podwładnego, który sam nie grzesząc urodą, zdawał się całym swoim dwudziestodziewięcioletnim jestestwem podziwiać Miziacza jak greckiego herosa. No bo, tak z grubsza rzecz biorąc, jak tu nie podziwiać? Czterdzieści trzy lata na karku, ale wygląda maksymalnie na trzydzieści osiem, ciało muskularne jak u Brada Pitta w Troi, włos gęsty i zawsze stylowo przycięty. Oczy niebieskie niczym niezapominajki na wiosennej łące, sześciopak na brzuchu, usta jak maliny, zęby bielsze niż mleko. „Tak – myślał Marcin Miziacz, przeglądając się w tafli wody – jesteś, bracie, piękny”.

Podobnego zdania musiały być przechadzające się po parku rozrywki młode kobiety w bikini, które rzucały w stronę muskularnego blondyna bardziej lub mniej ukradkowe spojrzenia. I z pewnością, gdyby nie wiadomość w zegarku, któraś z nich dostąpiłaby zaszczytu spędzenia nocy z tym polskim Adonisem. Niestety kiła i mogiła do spółki z syfem miały w tym wypadku pierwszeństwo.

Poza posągową urodą i wyjątkową pewnością siebie podsycaną wybuchami samozachwytu Marcin Miziacz miał także sporo szczęścia. Tym razem bardzo się ono przydało, pomogło mu bowiem rzutem na taśmę zarezerwować czarterowy lot z Aeropuerto de Tenerife Sur Reina Sofía do Wrocławia i w dodatku zdążył na niego bez większego trudu. Żal mu było jedynie straconej okazji wspięcia się na wulkan Teide, którą to atrakcję zaplanował na następny dzień, no ale służba nie drużba i na niektóre rzeczy nie ma się wpływu. Na ludzi też nie zawsze, zwłaszcza na tych martwych, którzy miewają brzydką tendencję do pojawiania się w dziwnych miejscach w zupełnie niewłaściwym czasie.

Trwający niemal sześć godzin lot zaczął się turbulencjami, obfitował w turbulencje w trakcie, a na koniec zaserwował turbulencje jakości premium, co Miziacz przypłacił mdłościami trwającymi jeszcze długo po tym, jak na nogach drżących niczym po The Tower of Power wydostał się z tego najbezpieczniejszego środka transportu. Wysiadłszy z ubera, nie miał siły pomyśleć nawet o kąpieli, cud, że udało mu się doczłapać do łóżka, na które padł jak długi i zasnął natychmiast. Zdążył tylko postanowić, że z kolejnym lotem do Afryki chwilę się wstrzyma. Dłuższą chwilę, kilkumiesięczną co najmniej.

Obudził się tuż po wschodzie słońca i przez kilka minut wciągał żółtko, jak mawiała jego babcia, kiedy Marcin był jeszcze Marcinkiem i bardziej niż Johnny’ego Bravo przypominał Kevina zostawionego samego w domu na Boże Narodzenie. Gdy wszystkie neurony zaczęły działać w pełnym zakresie, dotarł do niego powód przedwczesnego powrotu z wakacji na rajskiej wyspie i Miziacz skrzywił się z niezadowoleniem. Trup. Cholerny trup, a do tego syf i kiła. Tak wynikało z wiadomości od Żabki, cokolwiek by to mogło znaczyć.

Trzy kwadranse później podkomisarz był już w drodze na miejsce znalezienia zwłok, które to miejsce do tej pory kojarzyło mu się głównie z… Właściwie z czym mu się kojarzył zamek w Roztoce? Z beztroskimi zabawami w dzieciństwie? Plądrowaniem opuszczonych komnat? Strzelaniem z procy do pozbawionych szyb okien? Chyba tylko z tym, nigdy szczególnie nie zastanawiał się ani nad historią budowli, ani nad jej losami, które z pewnością musiały być interesujące.

– Dzieńdoberek panom – zawołał, zbliżając się do ekipy pracującej w otoczonym biało-niebieskimi taśmami ogrodzie. Choć „pracująca” było określeniem stanowczo na wyrost.

Czterej mężczyźni w wieku od dwudziestu kilku do czterdziestu paru lat palili papierosy i popijali coca-colę z poręcznych czerwonych puszek. Dwóch było w mundurach, dwóch po cywilnemu – w granatowych dżinsach i czarnych koszulkach polo.