Pruskie baby - Małgorzata Starosta - ebook

Pruskie baby ebook

Małgorzata Starosta

3,8

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Nikt tak nie potrafi zepsuć świąt jak własna rodzina. Zwłaszcza gdy znienacka postanawia dać się zabić...

Edyta, uciekająca od nieszczęśliwego małżeństwa na rodzime Podlasie, niespodziewanie znajduje się w centrum kryminalnej intrygi. Rodowe sekrety jeden po drugim wdzierają się w sielską atmosferę Wielkanocy. Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu patrzy na ręce ABW, w Augustowie na jaw wychodzą zaskakujące koligacje, a zbiegi okoliczności mnożą się niczym grzyby po deszczu.

Nieszczęśliwa dziewczyna, samolubny maminsynek, zdemoralizowana kuzynka, przebojowa babcia i błyskotliwy policjant. A nawet trzech policjantów.

Pruskie baby” to ciepła, pełna humoru opowieść o poszukiwaniu siebie, sile rodziny i tajemnicach z przeszłości. Czy ta Wielkanoc mogłaby wyglądać inaczej? Z pewnością, gdyby tylko przytrafiła się komuś innemu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
hekates

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastycznie napisana komedia kryminalna! Fabuł trzymającą w napięciu, trudno się oderwać.
00

Popularność




RedakcjaBarbara KaszubowskaRobert Ratajczak

KorektaNatalia Jargieło

Fotografia na okładce© katy_89 – stock.adobe.com

© Copyright Małgorzata Starosta© Wydawnictwo „Vectra”

Projekt okładkiNatalia Jargieło

Skład, łamanie, realizacja okładkiprzygotowanie publikacji elektronicznejArtur Kaczor, PUK KompART

Druk i oprawaWZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-38-3(wydanie elektroniczne)

ISBN 978-83-65950-37-6(wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo „Vectra”Czerwionka-Leszczyny 2020

www.arw-vectra.pl

Dla Krysi

Rafałek był mężczyzną uznawanym za przystojnego (metr osiemdziesiąt sześć), towarzyskiego (czterystu czterdziestu dziewięciu znajomych na Facebooku), inteligentnego (z zapamiętaniem czytał lewicujące tygodniki i książki historyczne na temat myśliwców z drugiej wojny światowej) i niezwykle pracowitego. Akurat to ostatnie, mniej wymierne niż poprzednie, dało się obronić zwłaszcza w miejscu pracy, w którym Rafałek spędzał czasu więcej, aniżeli wymagał od niego pracodawca. Bynajmniej nie tylko dlatego, że do domu nie było mu spieszno, najzwyczajniej w świecie pracę swoją lubił, szanował i traktował śmiertelnie poważnie, co zresztą hojnie mu wynagradzano ostatniego dnia każdego miesiąca. Z zapamiętaniem rzucał się w wir obowiązków zawodowych przynoszących mu nie tylko krociowe dochody, ale i spełnienie, o którym na pozostałych frontach walki zwanej życiem mógł zaledwie pomarzyć. A marzeń miał wiele. Już od najmłodszych lat fascynowały go drogie samochody, piękne kobiety i strumienie francuskiego szampana tryskające w luksusowych willach ambasadorów. Od zawsze widział siebie nie za biurkiem na piątym piętrze przeszklonego wrocławskiego biurowca, a w garniturze od Hugo Bossa za kierownicą lexusa z biuściastą blondynką u boku. O ile ekskluzywny garnitur i lexus stały się elementem jego codzienności, o tyle biurko na piątej kondygnacji firmy za nic nie chciało się zamienić w apartament z widokiem na port. Jednakże owo piąte piętro miało tę zaletę, że znajdowała się też na nim śliczna pani Ula, której widok cieszył serce Rafałka porównywalnie do comiesięcznej pensji. Ula była istotą boską niemal, piękną, mądrą, elegancką, subtelną, wykształconą, ujmująco pogodną i praktycznie pozbawioną wad. Poza tą jedną – była nieosiągalna. Nieosiągalna dla Rafałka, który w życiu trzymał się zasady, aby niczego nie żałować, w tym jednak przypadku żałował bardzo, że nie było mu dane spotkać Uli trzy lata wcześniej, kiedy jeszcze żadna narzeczona, żona ani żaden mąż nie staliby na drodze ich wspólnemu szczęściu. Męża Rafałek nie widział na oczy, w zasadzie Ula wprost o nim nie mówiła, ale w każdym jej ruchu, w każdym „halo” wypowiedzianym słodkim głosem do turkusowej nokii dało się słyszeć te tysiące miłosnych fluidów, które wbijały się w serce Rafałka niczym ostre drzazgi z nieheblowanej deski. Pomimo jednak charakteru zdobywcy i zepsucia, które wyrabiała w nim od najmłodszych lat nadopiekuńcza matka, nasz bohater nigdy nie pomyślał o tym, aby szczęśliwemu stadłu wejść w paradę i postarać się o względy Uli. Hrabia Valmont z niego nie był. Bynajmniej.

Podobnego zdania była Edyta, osobista żona Rafałka, którą uwiódł, omamił i wreszcie nakłonił do ślubu, roztaczając wizje miłosnych uniesień, rozległych oceanów rozkoszy i wzburzonych fal namiętności. Tymczasem złote okowy zaczynały jej doskwierać coraz bardziej. Przykuta do codziennych obowiązków Edyta marniała w oczach, raz po raz opłakując blednącą urodę i odchodzące w niepamięć wcięcie w talii. Prawie jak u Villona – zupełnie niegdysiejsze. Rafałek, to trzeba mu przyznać, jako zalotnik starał się ze wszystkich sił, kupował najbardziej wyszukane prezenty, wymyślał najróżniejsze atrakcje, wszystko po to, by spełnić swoje młodzieńcze marzenie o biuściastej blondynce w lexusie. Czar prysł w pół roku później, kiedy żona stała się wyłącznie ozdobą towarzyskich spotkań, które znów wcale tak często nie miały miejsca, a także powiernicą najdokładniej ukrywanych niechęci do kolegów z pracy, źródłem pożywienia i uprasowanych koszul. No i oczywiście kochanką, choć z miłością niewiele to miało wspólnego. Może i ją nawet lubił, w końcu nie samym seksem człowiek żyje, na pewno cenił jej urodę, szanował zaradność i samodzielność, ale Edyta wyraźnie, jak każda kobieta, wyczuwała tę starannie skrywaną tęsknotę do czegoś – a w tym wypadku raczej kogoś – innego. Pojawiające się coraz częściej symptomy poważnego kryzysu w swoim związku usuwała na najdalsze peryferie umysłu, nie mając odwagi, by się z nimi zmierzyć. Tak było łatwiej, choć efekt był zaledwie chwilowy. No i czego się czepiam? – ganiła się wówczas w myślach. – Że wrócił z pracy zmęczony, głodny i rozdrażniony? Że zeżarł obiad i wstawił brudy do zlewu z dopiskiem: „Pozmywam za chwilę”? Że ostatnią rzeczą, o której pomyśli, będzie zaoferowanie mi pomocy przy rozwieszaniu prania? Widziały gały, co brały. Chciałam księcia, to mam hrabiego. I niech się dzieje wola nieba, mąż to świętość, lepszy ten niż żaden. Albo nawet i nie żaden, bo przecież mogłam trafić na pijaka, awanturnika, dziwkarza, geja albo i jeszcze gorszego. A mam takiego: leniwego oportunistę, żarłoka i fana piłki nożnej. No i niech już będzie. To czego ja w zasadzie się czepiam?

Zbliżała się Wielkanoc, ulubione święta Edyty, które w tym roku spędzić miała ze swoją rodziną. Rodziny Rafałka w osobie jego mamusi miała powyżej uszu, delikatnie rzecz ujmując, i jak lew walczyła o ten wyjazd. Krakowskim targiem, ku uciesze Edyty, stanęło na tym, że pojedzie sama, a mąż nadrobi zaległości (których mieć nie powinien przy szesnastogodzinnym dniu pracy) i oczywiście, bezwzględnie i ponad wszelką wątpliwość, spędzi wielkanocną niedzielę z mamą. I na zdrowie, smacznego (dobre sobie) żuru i miłego wysłuchiwania ciągłego marudzenia, wiecznych stęków, jaka to ona biedna, jakie to prezenty kupiła dla synków (bo przecież Maciuś też będzie) i synowej (Alinka to taka wspaniała żona i matka), ale na mięso już jej nie stać. I jak to dobrze, że Rafałek nie zapomina o swoich synowskich obowiązkach i jej pomaga. Niech tam się w tym swoim sosie pogotują. Ona tymczasem…

Tymczasem Edyta plany miała zgoła odmienne. Wreszcie nadrobi zaległości czytelnicze, zakupowe i towarzyskie. W końcu będzie mogła w spokoju i bez pośrednictwa bezdusznych telefonów porozmawiać z mamą w kuchni przepełnionej rodzinną miłością, nad kubkiem parującej herbaty. Jakże ona tęskni za mamą, najlepszą przyjaciółką, mądrą i dobrą, z roziskrzonymi oczami, w których świat wygląda bezpiecznie! I za tatą, który – mimo że pochłonięty obowiązkami głowy rodziny – nigdy nie zapomniał, jak być młodym. Za siostrami, które na zawsze zapamięta jako dwa różowe urwisy z wiecznie umorusanymi buziami. No i za babcią, za tą jedyną, niewyobrażalnie nieziemską babcią, której sama sobie zazdrości. Tak, te najbliższe dni osłodzą jej ostatnie miesiące beznadziejnego impasu.

Przygotowania do wyjazdu zaczęła już na tydzień wcześniej. Robiła zakupy, szukała prezentów, wybrała kilka ciekawych książek. W tym czasie Rafałek jakby przestał istnieć. Obowiązek małżeński Edyta spełniała z radosną ochotą, upojona wizją wieczorów w towarzystwie przyjaciół i bliskich, z którymi czas zawsze upływał za szybko. Gotowanie i sprzątanie postanowiła sobie odpuścić, zresztą oboje dobrze sobie radzili z jedzeniem na mieście. Przy tej okazji udało jej się również wysłać kupon totolotka, spotkać z Ulą – zbyt długo niewidzianą kuzynką, która w ślad za nią udała się na studia do Wrocławia – a nawet przygotować przekład kilku rozdziałów książki, którego wydawnictwo nie mogło doprosić się od tygodni. Tak, Edyta wracała do formy, i to w szczytowym okresie.

W czwartek o świcie wszystko było już gotowe. Przelotny buziak w policzek, wymamrotane życzenia i żegnaj smutny Wrocławiu, witajcie nieocenione lasy Podlasia! I pojechała. Korki pod Warszawą, w Warszawie, za Warszawą, kawa na stacji paliw i tak po ośmiu godzinach Edyta dojechała do Augustowa.

Tego dnia także Rafałek obudził się krótko po czwartej nad ranem. Po wieczorze zwieńczonym miłosnym spełnieniem w ramionach żony czuł się usatysfakcjonowany i wypoczęty. Jeszcze bardziej satysfakcjonowała go wizja dwóch tygodni słomianego wdowieństwa, kiedy to z całkowitą swobodą będzie mógł przypomnieć sobie kawalerskie czasy. Wszystkie wieczory skrupulatnie już zaplanował, włącznie z rezerwacją stolików w popularnych lokalach i seansami w kinie. Pozostały mu do kupienia prezenty dla rodziny, z czym nie radził sobie jednak zbyt dobrze i zdecydowanie wolałby to zadanie scedować na Edytę, no ale skoro się nie da… – jakoś sobie poradzi. A dlaczego miałby sobie nie poradzić? Przez moment nawet poczuł ukłucie smutku na myśl o spędzeniu Wielkanocy bez żony, ale za chwilę – ujrzawszy oczami wyobraźni siebie na parkiecie lokalu odwiedzanego przez gorące studentki (koniecznie blondynki) – uśmiechnął się sam do siebie. Edyta już nie spała, szykowała się w łazience, a z kuchni dochodził zapach kawy. Przeciągnął się leniwie i wyskoczył z łóżka. Tak, to będą wspaniałe dwa tygodnie.

To będą wspaniałe dwa tygodnie, pomyślała Edyta, wybiegając z samochodu zaparkowanego na podjeździe domu rodziców. W oknach wisiały ozdoby, które w dzieciństwie przygotowywały z mamą, z komina unosiła się smużka dymu, a w ogrodzie złociły się krzewy forsycji. Drzwi uchyliły się i na progu stanął tata, uśmiechnięty, rumiany, w kraciastym fartuchu – takim samym jak ten zapamiętany z dzieciństwa. Wraz z tatą z domu uwolniły się wspaniałe zapachy: pieczonego boczku, żuru, piaskowej babki i wiele innych, których nie udało jej się wyróżnić z tej niezwykłej feerii. Poczuła łzy wzruszenia, które popłynęły bezwstydną strugą w chwili, kiedy policzek taty mocno przycisnął się do jej włosów.

– Tatusiu… – wyszlochała gdzieś pomiędzy jego uchem a ustami. – Tak strasznie dobrze być w domu.

Przekraczając próg najwspanialszego domu, jaki kiedykolwiek miała okazję poznać, poczuła, że coś tu się zmieniło. Coś jest bardzo nie tak, a na pewno nie tak, jak chciałaby, żeby było.

Zdejmując płaszcz, kątem oka dostrzegła mamę w kuchni przy oknie wychodzącym na lasy, z telefonem przy uchu. Woda w czajniku bulgotała, więc nie słyszała wypowiadanych przez mamę słów. Zaniosła swoje rzeczy do dawnej sypialni, obecnie stanowiącej coś w rodzaju gabinetu, i zbiegła na dół, żeby przywitać się z rodzicielką. Radości, uścisków i wesołych okrzyków nie było końca. Mama, choć jak zawsze uśmiechnięta, wydała jej się chudsza, może trochę bledsza i wyciszona.

– Dziecko… – powiedziała, kiedy już zaparzyła herbatę i ukroiła kawałek pysznej babki. – Zmizerniałaś mi strasznie przez te ostatnie miesiące. Chyba wreszcie jest pora, żebyś opowiedziała o tym cudownym świecie, który opisywałaś w przeddzień swojego ślubu. Coś mi się wydaje, że nie okazał się taki wspaniały.

Edyta w ciągu ośmiu godzin podróży miała mnóstwo czasu na przemyślenia. Spodziewała się rozmowy o swoim małżeństwie, zresztą chyba potrzebowała się komuś wygadać, w dodatku komuś mądremu, kto zamiast skwitować jej narastającą frustrację krótkim „nie przesadzaj”, spojrzy na wszystko z dystansu (niezupełnie obiektywnie, przecież to ona jest pokrzywdzona) i pomoże znaleźć rozwiązanie. Przeprowadziła gruntowny rachunek sumienia, wyłuskała swoje błędy, wylistowała błędy drugiej strony, przypomniała sobie co bardziej spektakularne awantury i przemyślała możliwe modele rozwiązań. Była gotowa do ostatecznego sądu, którego jeszcze rok temu w ogóle nie byłaby w stanie sobie wyobrazić. Ale wtedy nie była w stanie wyobrazić sobie też swojej teściowej, która w złości wykrzykiwała jej, jaka z niej kiepska żona, skoro nawet nie potrafi wymusić na mężu spłodzenia dziecka. A na pewno nie była w stanie wyobrazić sobie, że to ona nie będzie chciała mieć dziecka z tym skrajnie samolubnym, nieodpowiedzialnym, rozpuszczonym i nic nierozumiejącym pantofelkiem. Nie, że pantoflarz, jednokomórkowiec, euglena zielona, całkowicie pozbawiona inteligencji emocjonalnej.

No tak, a kto mi kazał? Czy ktokolwiek kiedykolwiek powiedział mi, że całe życie będzie mnie na rękach nosił? Że będzie mi łóżko słał różami?Że będę jego księżniczką zawsze, wszędzie, okażdej porze? Tak – on. On sam tak kiedyś powiedział. Ale jak widać, facetom wierzyć nie można.

Edyta, zawstydzona swoją życiową klęską i źle dokonanym wyborem, początkowo dość niepewnie opowiadała rodzicom to wszystko, co w jej mniemaniu warte było opowiedzenia. Nie starała się przy tym szczególnie wybielić siebie ani oczernić męża, samo z siebie było przecież rzeczą zupełnie zrozumiałą, że to na pozór dobrane małżeństwo było niczym innym jak klasycznym mezaliansem dusz. Wielka miłość okazała się być li tylko fascynacją, seksualnym popędem i ulotnym zauroczeniem. Dwie połówki pomarańczy, o których tak namiętnie Rafałek szeptał jej do ucha w czasach szczęśliwego narzeczeństwa, między bajki można było włożyć.

– Ja dla niego w ogóle przestałam się liczyć – zacietrzewiła się w końcu, z trudem hamując łzy cisnące się do oczu. – Tylko praca i praca, wielki pan menedżer projektu, żyjący w świecie słupków z liczbami. Książek nie czyta wcale, do kina ze mną wychodzić nie chce, woli oglądać mecze piłki nożnej, albo spotykać się z jakimiś nadętymi bufonami. Od pół roku prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiamy, a ja nawet przestałam się o to starać. – Edyta zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, po czym wyrzuciła z siebie to, co od dawna tliło się z tyłu jej głowy: – Chyba zaczęłam dojrzewać do tego, żeby skończyć ten niezmierzający donikąd związek. Powinnam była słuchać wszystkich, którzy odradzali mi małżeństwo z Rafałem i jego mamusią.

– Córciu – zaczęła spokojnie mama, kładąc rękę na dłoni Edyty – czy nie uważasz, że kierujesz się niewłaściwymi emocjami? Niepotrzebnymi zawiedzionymi ambicjami i pobożnymi życzeniami romantycznej panny?

Edyta w pierwszym odruchu chciała się obrazić. Uniemożliwił jej to jednak tata, niespodziewanie zabierając głos:

– Edytko, dziecko kochane, wiemy dobrze nie od dziś, jaką osobą jest twój mąż. I w głębi duszy ty też to wiedziałaś. On się nie zmienił z dnia na dzień, nie przeszedł inkarnacji z księcia z bajki w obojętnego pozbawionego ludzkich uczuć samoluba. Myślę, a przypuszczam, że i mama się ze mną zgodzi, że ten chłopak, który jest jednak dobrą osobą, robi wszystko, co w jego mniemaniu jest dla was dobre. Może i pracuje za dużo, ale to przecież zapewnia wam byt. Twój wolny zawód pozwala ci samej organizować swoje życie, ale kokosów z tego nie ma. Poza tym sama sobie utkałaś ten welon i niestety sama musisz nauczyć się go nosić. Nic nie jest ani białe, ani czarne, złotego środka musisz szukać w szarościach.

Edytę dosłownie zatkało. Zapowietrzyła się i jakaś dziwna siła nie pozwoliła jej otworzyć ust, za którymi kotłowały się tysiące słów szukających ujścia. Jak to? JAK TO? Co oni mówią? Ja wiedziałam? Ja utkałam? … Ja pokochałam miłego, subtelnego, czułego chłopca, a żyć mi przyszło z bezdusznym menhirem! Ciekawe, gdzie w tym jest moja wina!

– To nasza wina – odezwała się mama, jakby czytając w myślach Edyty. – Wychowywaliśmy cię w miłości, opowiadaliśmy o miłości, zupełnie nie zważając na to, że świat wcale nie zawsze jest tak piękny, jakbyśmy sobie tego życzyli.

– Zapomnieliśmy o tym – dodał spokojnie tata – że osoba tak wrażliwa jak ty, która w życie weszła pod parasolem, może nie poradzić sobie z ulewnymi deszczami, których niestety, wcale nie brak. Przykro nam, córciu, że przez naszą nadopiekuńczość nie jesteś samodzielna. Mamy jednak z mamą nadzieję, że poradzisz sobie i nabierzesz sił. Pamiętaj o tym, że od kiedy wyszłaś za Rafała, jesteś na równi z nim odpowiedzialna za wasze życie.

Nie, tego było już za wiele. Jaki parasol? Jaka niesamodzielna? O czym oni, do cholery, mówią?

– Nie rozumiem… – wybąkała, czując, jak łzy zawodu napływają jej do oczu. – Czy wy chcecie mi w ten zawoalowany sposób powiedzieć, że prawdziwa miłość nie istnieje? Że wyimaginowałam sobie to, że mój mąż mnie nie kocha? Nie wiem zupełnie, co do mnie mówicie.

– Przykro mi to mówić, córeczko – wyszeptała mama, patrząc na mnie z miłością i niepokojem równocześnie. – Ale nadeszła pora, żebyś dojrzała. I zaczęła widzieć świat w szarościach, o których mówił tata.

– Mamo – tym razem Edyta niemalże krzyczała – przecież ja jestem dorosła, mam dwadzieścia osiem lat, skończyłam studia, mam pracę i swoje pasje. To nie ja potrzebuję dojrzeć, tylko mój mąż, któremu się wydaje, że życie składa się wyłącznie z pracy.

Tata uśmiechnął się smutno.

– Widzisz, Edytko, małżeństwo to umiejętność zgodzenia się i wytyczenia sobie wspólnych celów. To podejmowanie dojrzałych decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. Miłość jest tylko wypadkową tych dwóch, a nie odwrotnie.

– Ale on mnie już nie kocha! Ja jego zresztą też nie.

– Zastanowiłaś się kiedykolwiek, dlaczego wasze uczucie już nie wygląda tak jak dawniej?

– Tak, bo on mnie przestał kochać. Znudził się mną i teraz tylko toleruje – odparowała stanowczo dziewczyna.

– Myślę, że się mylisz – odpowiedziała mama, wciąż uśmiechnięta. – Szkoda, że go tu nie ma, bo nie może się obronić. Tak czy inaczej, tę sprawę musicie rozwiązać między sobą. Ja i tata postanowiliśmy nie mieszać się do waszego życia. I tak już sporo popsuliśmy.

Niespodziewanie świat Edyty, ta jedyna jego część, której była pewna, się zawalił. Rodzice odwrócili się od niej, zostawiając na pastwę męża egoisty. I niby co ona miała teraz zrobić? Pogodzić się z tym, że jej życie już do końca (chyba że on umrze wcześniej) ma być beznadziejne?

– Poradzisz sobie – odezwał się łagodnie tata. – Zobaczysz jeszcze świat w innych barwach, musisz się tylko nauczyć, że Ziemia krąży wokół Słońca, a jej pępek znajduje się daleko od ciebie.

* * *

Rafał przyszedł do pracy w wyśmienitym humorze. Dawno już nie czuł się tak zadowolony. Miał wrażenie, jakby tego dnia jego życie rozpoczęło się od nowa. Oczywiście nie zawracał sobie głowy zastanawianiem się nad przyczynami tego stanu rzeczy, wystarczyło mu bowiem poczucie wolności i niczym nieskrępowanego szczęścia. Po drodze zaszedł do Starbucksa, kupił średnie latte dla siebie i duże cappuccino dla Uli – końcu dziewczynie też się coś od życia należy, a pewnie ekspres znów nie będzie działał, dlaczego więc miałaby pić pomyje – i niemalże tanecznym krokiem przeszedł przez szklane drzwi. Ukłonił się portierowi, który nawet nie próbował ukryć zdziwienia jego zachowaniem, wezwał windę, wjechał nią na piąte piętro i raźnym krokiem podszedł do recepcji.

– Witam najpiękniejszą recepcjonistkę w tym mieście. – Uśmiechnął się, najładniej jak potrafił, do wielkich błękitnych oczu Uli.

Ta, przyjmując kawę, nieco się zmieszała, ale nie protestowała.

– Dziękuję, Rafałku. A czemu to zawdzięczam taki zaszczyt? – zaszczebiotała nimfa niebiańska, trzepocząc rzęsami (Edyta od razu zorientowałaby się, że były przedłużone metodą jeden do jednego w jakimś lepszym salonie kosmetycznym – może nawet tym samym, z którego usług ona korzystała) i przywołując na usta zalotny uśmiech, w mniemaniu Rafałka zarezerwowany wyłącznie dla jej męża.

– Od razu tam zaszczyt… – Rafałek potrafił być szarmancki, jeśli chciał. – Po drodze miałem – skłamał, bo Starbucks znajdował się z kompletnie innej strony. – Pomyślałem sobie, że może masz ochotę na smaczną kawę. – Puścił dziewczynie oczko i odwrócił się na pięcie przepełniony zadowoleniem z siebie. Ot, męska próżność.

Zupełnie nie w swoim stylu zaczął dzień pracy od podlania kwiatka stojącego na parapecie wielkiego okna. Włączył komputer i zapatrzył się na panoramę ronda Reagana, które wyglądało o tej porze jak małe miasteczko – tłumy studentów zmierzające do swoich Alma Mater, sznury samochodów oczekujące na zmianę sygnalizacji świetlnej, tramwaje nadjeżdżające od strony mostu Grunwaldzkiego. Co prawda to nie to samo co marina w Miami, ale tego dnia wszystko było niezwykle urokliwe.

Kilka minut po dziewiątej w jego skrzynce pocztowej pojawiła się wiadomość od Urszuli Wierszyckiej. Zaskoczony Rafałek otworzył maila i z jeszcze większym zdziwieniem kilka razy przeczytał jego treść:

Może dasz się namówić na drinka wramach rewanżu za kawę?

Nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście, długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Pisał i kasował ją kilka razy, aż wreszcie wysłał:

Zwielką przyjemnością. Dzisiaj?

Dwie minuty później Outlook znów zadzwonił.

Dlaczego nie? Zaraz po pracy?

Z sercem skaczącym mu do krtani wystukał na klawiaturze:

Jesteśmy umówieni ;)

Do końca dnia swoją pracę wykonywał machinalnie, co chwilę zaglądając do skrzynki, jakby chciał się upewnić, że nie uroił sobie tego spotkania. Musiał przy tym wyglądać jakoś inaczej niż zwykle, co nie umknęło uwadze jego przełożonego, znanego z ciętego języka i upodobania do żartów.

– A co to się stało dzisiaj, Rafał? – zagaił, uchylając drzwi do pokoju z tabliczką „Rafał Surym – Project Manager”. – Wyglądasz, jakbyś w totolotka wygrał. A może coś innego się wydarzyło?

– Eee, nic z tych rzeczy. – Rafałek się uśmiechnął, choć trochę próbując w ten sposób ukryć zmieszanie. – Wyspałem się porządnie, ot cała filozofia.

Za Chiny Ludowe nie przyznałby się do prawdziwego powodu dobrego humoru, gdyż wiedział, że jego szef darzył Edytę wielką sympatią, a do tego sam od ponad piętnastu lat trwał w szczęśliwym małżeństwie ze wspaniałą kobietą. Zachowania Rafała na pewno by nie pochwalił.

* * *

Wieczór Wielkiego Czwartku, zgodnie z od dawien dawna kultywowaną tradycją, upłynął Edycie na przygotowaniach. Siebie i pyszności, których aromat doprowadzał ją do rozstroju żołądka. I choć nie pościła, jak jej rodzice, całych czterdziestu dni, czuła się wygłodzona i z radością myślała o suto zastawionym stole, udekorowanym króliczkami i baziami. Przygotowania siebie zaczęła od wizyty w salonie fryzjerskim należącym do jej przyjaciółki. Podjeżdżając pod salonik, z przyjemnością zauważyła zmiany, które zaszły w Augustowie przez ostatnie lata: nowe chodniki, odrestaurowane mosty, wyremontowane kamieniczki. Od zawsze starała się wyobrazić sobie, jak jej ukochane miasto wyglądało w roku tysiąc pięćset siedemdziesiątym siódmym, kiedy król Zygmunt August nadał przywilej lokacyjny niewielkiej osadzie na północnym brzegu Netty. Jak wspaniale musiały wyglądać okolice jeziora Necko, kiedy wciąż natura miała tu więcej do powiedzenia niż człowiek. Edyta wiele razy przeglądała przedruki starych rycin, na których widać było, jak zrujnowane przez Szwedów miasto dźwigało się ku świetności za sprawą geniuszu Henryka Marconiego. Z opowieści babci znała historię obławy augustowskiej, w której wyniku stracił życie jej pradziadek. Była dumna, że Trójka wybrała sobie właśnie jej rodzinną miejscowość na letnią stolicę, że kanał Augustowski był słynny na całą Polskę, wreszcie, że bagna na terenie Puszczy stanowiły enklawę rzadkich roślin i jej ukochanych ptaków: trzmielojadów, gadożerów, dzięciołów białogrzbietych i bocianów czarnych. No i jeziora, których zazdrościć nam mogą na całym świecie, jezioro Wigry ze wspaniałym kompleksem klasztornych eremów tuż przy brzegu, Sejny, dzika Hańcza czy – żeby daleko nie szukać – nieodległe jezioro Białe.

W drzwiach salonu powitała ją Karolina, z którą nie widziała się od blisko dwóch lat. Przelotne rozmowy na Skypie się nie liczyły, to zupełnie nie to samo zaglądać w oczy rozpikselowanemu obrazowi. Karolina przez całe życie wyglądem przypominała bardziej kluseczkę aniżeli laskę cynamonu, jednak teraz zdawała się być jeszcze pełniejsza i bardziej rumiana. Zaintrygowana Edyta podeszła do niej z pytaniem na ustach.

– Edzia! – wrzasnęła fryzjerka, nie kryjąc radości ze spotkania. – Jesteś wreszcie, już nie mogłam się doczekać! Będę miała bliźniaki!

– O – odparła na to Edyta, która po wydarzeniach popołudnia postanowiła niczemu się nie dziwić. – A kiedy?

– W październiku, jak Bozia da, chociaż lekarz twierdzi, że we wrześniu się rozsypię. Chodź, kochana, napijemy się luksusowej herbatki.

Weszły do małego saloniku, gdzie znać było rękę i serce kobiety, dla której praca jest pasją i całym życiem. Trzy stanowiska ustawiono centralnie, luster w tym przybytku piękna nie było. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na ścianach wisiały ogromne czarno-białe fotografie przedstawiające nieznane modelki o delikatnych rysach twarzy. Ich fryzury stanowiły małe arcydzieła z wplecionymi kokardkami, błyskotkami, kwiatami, a gdzieniegdzie pojawiły się nawet owoce: gałązki winogron, plastry cytryny albo pomarańczy – w monochromie trudno było to stwierdzić.

– To moje – odezwała się Karolina z dumą.

– Twoje? – Zdziwiona Edyta spojrzała na przyjaciółkę z rosnącym podziwem. – Naprawdę sama to zrobiłaś?

– No pewnie, w końcu ma się ten talent. A zdjęcia robił Waldi. Ładne, prawda?

– Fiu, fiu, fiu – zagwizdała melodyjnie Edyta. – Nawet bardzo. Powiem ci, Miśka, że jestem pod wrażeniem. I po co ci te studia były? Pięć lat zmarnowane. Trzeba było od razu na szkolenia jeździć.

– Ja tam nie żałuję, przynajmniej księgowej nie muszę zatrudniać – odparła Karolina, jak zawsze uśmiechnięta. – Przepraszam, że wcześniej nie mówiłam ci o ciąży – zaczęła z innej beczki. – Bałam się, że zapeszę, a sama wiesz, jak bardzo chciałam tego dziecka.

– No wiem, wiem. No i masz podwójne spełnienie marzeń. Bardzo się cieszę. – Edyta uściskała ją jeszcze raz. – A teraz dawaj tę luksusową herbatę i zasiadam w fotelu. A ty wyciągaj nożyce.

* * *

Od szesnastej Rafałek zaczął odczuwać coś, o co samego siebie nigdy nie podejrzewał. Ręce mu się pociły, w gardle zasychało, serce niezdrowo przyśpieszało, a żołądek dziwnie pobolewał. Czasem bolał go brzuch, zwłaszcza po obiedzie u mamy, kiedy porcje, jakie serwowała mu rodzicielka, wystarczyłyby, żeby nakarmić wielodzietną rodzinę, ale żeby tak sam z siebie? Nawet przed naprawdę ważnymi wydarzeniami Rafał nigdy się nie denerwował, a już na pewno nie przed… No właśnie – przed czym? Drinkiem ze znajomą z pracy? Randką z piękną efemeryczną istotą? Czyżby to miała być randka? Bzdura, przecież Ula jest szczęśliwie zakochana, a że sobie poflirtują – każdemu wolno.

Tuż przed siedemnastą dopił ostatni kubek wody, umył zęby, poprawił fryzurę, uśmiechnął się do odbicia w lustrze, które odpowiedziało mu tym samym czarującym uśmiechem, i gotowy do boju udał się w kierunku recepcji. Za kontuarem nie było Uli, postanowił więc poczekać w fotelu, w którym zwykle czekali na niego klienci. Dziwnie było spoglądać na granatową wykładzinę podłogi i nieświeżą już biel ścian z pozycji czekającego. Przestronny korytarz wydał mu się nagle obcy, zupełnie różny od tego, w którym zwykle gasił światła, zabezpieczał alarmy i żegnał się co wieczór jako ostatni. Jeszcze dziwniejszy wydał mu się widok za oknem – żadnych latarni, słońce na niebie, pełno ludzi…

– Witaj, nieznajomy. – Słodki szept wyrwał go z zamyślenia.

Odwrócił się i ujrzał niebiańskie zjawisko od stóp do głów odziane w czerwień (czy ona rano nie była w dżinsach i marynarce?) z karminowymi ustami i zalotnym uśmiechem. Rafałek poczuł, jak robi mu się ciepło w okolicy żołądka, a nogi nieco miękną w kolanach.

– Wow – wydusił z siebie, kiedy już język odkleił mu się od wyschniętego podniebienia. – Z takim wyglądem to do Alibi się nie nadajesz. Musimy znaleźć jakiś mniej podły lokal.

– Ech, ty pochlebco – wyszeptała Ula, której każde spojrzenie oczarowanego Rafałka zdawało się dodawać skrzydeł. – Myślę, że znam doskonałe miejsce. Pojedziemy odstawić twój samochód pod dom i weźmiemy taksówkę. – Chwyciła wciąż oszołomionego mężczyznę pod rękę i wymaszerowali z biura, otuleni zapachem perfum Christiana Diora.

Lokal, do którego Ula zaprosiła Rafałka, usytuowany był na uboczu tuż przy wyjeździe z Wrocławia. On, pokonując tę trasę kilka razy w roku, nigdy nie zwrócił na to miejsce uwagi. Zanotował w pamięci, żeby zapytać Edytę po jej powrocie, czy aby o nim nie słyszała, w końcu kto jak kto, ale ona restauracje i kawiarnie wrocławskie miała w małym palcu. Już na wstępie spodobała mu się ta gustownie urządzona restauracyjka, w której cudowne zapachy mieszały się ze sobą, tworząc znakomite tło dla spotkań w miłym gronie. Zajmując miejsce przy niewielkim stoliku przy oknie, z przyjemnością przyglądał się uroczym drobiazgom ozdabiającym ściany, eklektycznemu umeblowaniu i urokliwym zakamarkom.

– Ładnie tu, co? – zapytała Ula, z przyjemnością odnajdując uznanie w oczach Rafałka. – Niedawno odkryłam to miejsce, mają przepyszne sałatki.

– Mhm, bardzo ładnie – odparł zgodnie z prawdą. – Ładne miejsce, ładne towarzystwo, dobre jedzenie. Ciekawe, czym skończy się ta kolacja.

– Śniadaniem, oczywiście.

Rafałkowi odjęło mowę.

* * *

Edyta przeglądała się w lusterku, niezupełnie przekonana do nowego wyglądu. Jej ładna buzia, teraz ozdobiona bujną grzywką, zdawała się należeć do kogoś innego.

– No i co się krzywisz? – ofuknęła ją Karolina. – Przecież wyglądasz jak laleczka. Jak Jędrek cię zobaczy, to będzie piszczał z zachwytu.

– A skąd ty wiesz, że mi zależy na jego piskach? Te czasy dawno już minęły – odparła Edyta nieco zmieszana.

– Aha, akurat. Mnie, kochana, nie oszukasz.

– Dobra, dobra, nie bądź taka mądra. Ja jestem mężatką, a Andrzej szczęśliwie zakochany. Co najwyżej możemy napić się piwa i powspominać dawne czasy.

– Pożyjemy, zobaczymy – zakończyła Karolina, szczerząc zęby. – W poniedziałek ubierz się wystrzałowo. Jędrek będzie sam, bo Marlena musi wracać do pracy.

Jędrek, czyli Andrzej, czyli starszy brat Karoliny, z zawodu policjant, z urody ósmy cud świata, był wielką, jeśli nie największą, w dodatku niespełnioną miłością Edyty. I choć na sam dźwięk jego imienia serce dziewczyny reagowało gwałtownym podskakiwaniem, ich drogi nieodwracalnie się rozeszły i dawno temu Edyta z tym się pogodziła. A przynajmniej taką miała nadzieję.

Po wyjściu z saloniku postanowiła poszwendać się trochę, pogoda sprzyjała spacerom, a do domu wcale nie było jej tak spieszno jak jeszcze wczoraj. Rozmowa z rodzicami wprawiła ją w stan osłupienia i nieco otrzeźwiła. Jasne, że było jej przykro, że nie stanęli za nią murem, nie pogłaskali po głowie, obiecując załatwić sprawę, ale też powoli docierały do niej wszystkie wytoczone wczoraj argumenty. Czy rzeczywiście była niedojrzałą smarkatą księżniczką, roszczącą sobie prawa do świata? – tego nie była pewna, wiedziała jednak, że rodzice mieli sporo racji. Wszystko w życiu jej się udawało: kończyła szkoły z wyróżnieniami, zwyciężała w konkursach, rozwijała pasje, nigdy nie zastanawiając się nad tym, że nie każdy miał w życiu takie możliwości. Przyjmowała to tak, jak przyjmuje się powietrze, żeby oddychać – odruchowo, naturalnie, bezmyślnie. Pojawienie się w jej życiu Rafałka żadną rewolucją nie było, ot, kolejny przystojny chłopak, który starał się o jej względy może trochę bardziej niż inni. Zgodziła się więc na ślub, wierząc, że on właśnie jest jej pisany. Niepokojące sygnały, które rejestrowała, starała się jak najszybciej wyprzeć ze świadomości. Aż do niedawna nawet przez myśl jej nie przeszło, że miłość, która buchała jak wulkan, może równie nagle wygasnąć. Mimo zamiłowania do francuskiego realizmu nie wyciągała nauki z losów balzakowskich kochanków, wzgardzonych i odrzuconych, ku swojej rozpaczy. I nigdy, nawet przez chwilkę nie pomyślała, że ona sama mogła się do tego przyczynić. Tymczasem każdy kij ma dwa końce, jak zwykła powtarzać babcia, i nigdy żadna ze stron konfliktu nie jest bez winy. To ona pierwsza odrzuciła Rafała, nie mogąc znieść jego więzi z matką, odwróciła się od niego, gdy jej potrzebował, narzuciła swoje zasady, ignorując jego potrzeby. Już po ślubie zrozumiała, że ten Rafał, za którego pragnęła wyjść wbrew całemu światu, istniał tylko w jej głowie.

Spacerując wzdłuż kanału, wygrzebywała z zakamarków umysłu informacje o tym miejscu. Jeszcze nie tak przecież dawno, oprowadzając turystów po Augustowie, znała na pamięć całą historię miasta i regionu, który sobie podobnych nie miał na świecie. Wracając do domu, wybrała drogę przy cmentarzu, na którym jako nastolatka spędzała dużo czasu, pielęgnując zaniedbane groby. Uwielbiała niezmącony spokój tego świata odgrodzonego murem od trosk codzienności. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wejść, ale zaraz przypomniało jej się, że powinna pomóc mamie. Poszła więc dalej, składając sobie solenną obietnicę, że przyjedzie tu zaraz po świętach.

Wrażenie inności rodzinnego domu, które odniosła tuż po przyjeździe, dopadło Edytę jeszcze bardziej, gdy przekonała się, że nikogo w nim nie ma. Mimo że w przeszłości wiele razy zostawała tutaj sama, teraz wszystko wydawało się obce. Nie bardzo wiedziała, czemu przypisać to zjawisko, przecież tak naprawdę nic się nie zmieniło, a to miejsce na zawsze pozostanie jej domem. Ale czy na pewno? Odcięła pępowinę, składając przysięgę niemal dwa lata temu i zgadzając się na nowe warunki gry. Teraz, myśląc o tym pierwszy raz od dnia ślubu, zastanawiała się, czy nie popełniła błędu. Może wcale nie była gotowa na małżeństwo? A może nigdy nie kochała Rafała? A może, co wydawało jej się najbardziej prawdopodobne, po prostu rodzice mają rację, a życie w ułudzie możliwe jest wyłącznie na kartach powieści Aleksandra Dumasa?

– Edzia?! – Drzwi wejściowe otworzyły się i do domu wbiegły dwa rude chudzielce. – Edźka, jesteś! A twój przystojny mężulo też jest czy ty sama?

– Cześć, paskudy! – Edyta znów się uśmiechnęła na widok zadartych nosków swoich młodszych sióstr. – Sama jestem, a na co on mi tu!

– No i pewka – odpowiedziały zgodnym chórem przeraźliwie chude, rudowłose i szeroko uśmiechnięte małe kopie swojej mamy.

– A gdzie rodzice? – zapytała jedna.

– Nie wiem, byłam u Karoliny, przed chwilą wróciłam.

– Aaaa, pewnie pojechali do lekarza – przypomniała sobie druga.

– Do lekarza? A co się dzieje? – zaniepokoiła się Edyta, odwijając szalik z szyi siostry.

Skonsternowane bliźniaczki spojrzały na siebie porozumiewawczo. Niepokój, który odczuwała Edyta, zaczął gwałtownie narastać, wywołując skurcz żołądka.

– No, gadać! Co to za tajemnice znowu?

– Nie że tajemnice – odparła jedna z sióstr – ale myślałyśmy, że mama ci powie.

– No to nie powiedziała. Co się dzieje? Gadać mi tu, ale już!

– Mama jest chora – wyszeptała jedna bliźniaczek. – Znaleźli guz. Niewielki. Podejrzewają, że to rak, więc musi jak najszybciej zrobić badania.

– Jak to guz? Od kiedy to niby wiadomo? I dlaczego ja dowiaduję się dopiero teraz?! – Edycie łzy napłynęły do oczu, trochę ze złości, a bardziej z przerażenia.

– Edziu – odpowiedziała, wciąż bardzo spokojnie, druga z sióstr – uspokój się, proszę. Guz wyszedł mniej więcej miesiąc temu, od tamtej pory nic innego nie robimy, jak tylko załatwiamy lekarzy i modlimy się o to, żeby całą sprawę móc skwitować westchnieniem ulgi. Każdy z nas żyje w zawieszeniu.

– A ja? Nadal nie rozumiem, dlaczego nikt mi nic nie powiedział! – wybuchła Edyta, nawet nie próbując już zapanować nad nerwami.

Zapadła cisza przerywana pociągnięciami nosem. Dziewczynki wstawiły wodę na herbatę i przygotowały przekąski w postaci słodkich bułeczek, które nieodmiennie od dwudziestu z górą lat mama piekła w każdy piątek. Siedziały tak w milczeniu, kiedy rozdzwonił się domowy telefon.

– Halo? – Edyta odebrała, wycierając nos w rękaw sukienki.

– Edytka? Cześć, Sucharku, nie wiedziałam, że już jesteś!

– Cześć, babciu! – ucieszyła się dziewczyna. – Jestem, od wczoraj. Właśnie przyjechały też gałgany.

– O, to świetnie. A mama wróciła?

– Nie, nie wróciła. Mniemam, że ty też jesteś lepiej poinformowana ode mnie?

– Nie rozumiem – powiedziała skonsternowana babcia. – Jak to lepiej? Nic nie wiem, siedzę tu jak na szpilkach i czekam na wieści od was.

– A ja czekam, aż w końcu ktoś uzna, że dorosłam do tego, żeby mnie wtajemniczyć.

– Dziecko, przestań się nad sobą użalać. To chyba nie jest najwłaściwszy moment. Jadę do was.

Przestań się użalać. Jasne, wszystko, co złe, to moja wina. I na pewno moją winą jest to, że nikt nie powiedział mi o chorobie mamy. Wszyscy wiedzą, a przede mną robi się z tego tajemnicę – utyskiwała w duchu dziewczyna.

Rodzice wrócili jeszcze przed przybyciem babci. Na dźwięk zgrzytającego w zamku klucza Edyta poderwała się jak oparzona. Próbowała czytać jakiś nordycki kryminał, ale nawet tytułu nie była w stanie zapamiętać, o treści nie wspominając.

– No cześć – przywitała rodziców. – Miło, że już jesteście. Może wreszcie teraz się dowiem, co tu się dzieje.

– Edytko – upomniał ją tata – przestań zachowywać się jak dziecko. Twoje pretensje nie są wcale potrzebne ani mamie, ani nam wszystkim.

– Córciu, chciałam ci powiedzieć wczoraj, ale jakoś się nie złożyło.

– A pewnie, gdyby Aśka się nie wygadała, to nie wiedziałabym nic do tej pory. Naprawdę tego nie rozumiem. Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Przecież rozmawiamy ze sobą prawie codziennie. To nie jest katar sienny, mamo. I tato. Wydawało mi się, że od zawsze uczyliście nas, że w rodzinie najważniejsze jest zaufanie. A ja tu zaufania nie widzę, wręcz przeciwnie.

– Masz rację, Edytko, źle zrobiliśmy. Ale uznaliśmy z mamą, że masz wystarczająco problemów ze swoim życiem, z Rafałem, żebyśmy cię dodatkowo obarczali, dopóki nic nie było pewne. A teraz już wiemy, z czym przyszło nam się zmierzyć – dodał, wręczając Edycie teczkę z dokumentacją medyczną.

Przeglądając wypisane po łacinie kartki, zdjęcia USG i opisane maczkiem wyniki biopsji, starała się ze wszystkich sił nie płakać, jednak z trudem hamowała łzy. Wyniki badań jednoznacznie orzekły: rak zrazikowy. Konieczna jak najszybsza operacja. To, co do tej pory działo się gdzieś poza nią, zaczynało szturmem wdzierać się do jej życia. Rak był dla niej różową wstążeczką i kalendarzem z Amazonkami – czymś tak egzotycznym jak rdzenna ludność Polinezji, jak suchoty toczące romantycznych artystów, którzy nigdy nie byli dla niej żyjącymi ludźmi, a zaledwie biografiami napisanymi przez równie wirtualnych autorów. W ich rodzinie jak dotąd nikt nie chorował poważniej aniżeli na wiatrówkę czy grypę. Nigdy też nie mówiło się o chorobach i o śmierci. To była czysta abstrakcja.

Edyta usiadła w fotelu, czując, jak strumienie łez płyną jej po policzkach. Nagle poczuła się zagubiona, bezradna i bardzo samotna. I miała żal do siebie. To była jej wina – jej narcystycznej samolubności, braku zainteresowania bliskimi. Nie powinna winić rodziców, przecież oni tylko chcieli ją chronić. To ona, nikt inny, doprowadziła do takiej sytuacji. A teraz jeszcze użalała się nad sobą, żałosna, głupia i niedojrzała. Tata miał rację, pora dorosnąć.

Z zadumy wyrwała ją mama, której spokojny i niemal radiowy głos przypomniał Edycie o pierwotnym powodzie jej wizyty w ukochanym Heimacie i czekających na udekorowanie jajach ugotowanych na twardo. Jeśli było coś, co od dzieciństwa sprawiało jej radość, to z pewnością należało do tej kategorii przygotowanie święconki w towarzystwie rodziny.

* * *

Rafał obudził się przed świtem. Głowa mu pulsowała, w ustach czuł smak pustyni, a w przełyku zgaga paliła go niemiłosiernie. Miał wrażenie, jakby stado antylop przebiegło mu po plecach. Prawie trzy butelki wina wypite poprzedniego wieczoru dawały się mocno we znaki. Spróbował unieść głowę i natychmiast musiał ją opuścić, w obawie, że eksploduje. Ze złością pomyślał o swojej głupocie, która kazała mu zignorować myśl o kacu. Nagle usiadł, zlany zimnym potem. Ogarnęła go panika. Gdzie jest Ula? I czy w ogóle tu była? Nie był w stanie przypomnieć sobie niczego. Rozejrzał się po pokoju. Jego rzeczy leżały niedbale rzucone w nogach łóżka, nigdzie nie dojrzał niczego, co należałoby do kobiety. Ze wszystkich sił spróbował się skupić i przypomnieć sobie finał czwartkowej kolacji – nic, czarna dziura. Nie wiedział nawet, jak wrócił do domu.

Zwlókł się z łóżka, próbując utrzymać pionową pozycję. Siedział chwilę ze spuszczonymi nogami, zastanawiając się, czy podoła staniu. W końcu się zdecydował, ale zrobił to chyba zbyt gwałtownie i natychmiast musiał znowu usiąść. Niedobrze. Bardzo niedobrze, zważywszy, że dzisiaj czekała go praca. Rafałek dokonywał surowej samooceny, usiłując naciągnąć skarpetkę na lewą stopę po to, by zaraz zreflektować się, że skarpetka była zużyta i nadawała się wyłącznie do prania. Tragiczne samopoczucie potęgowała powracająca myśl o zakończeniu poprzedniego wieczoru, którego absolutnie nie mógł sobie przypomnieć. Z jednej strony cieszyło go to niezmiernie, przynajmniej nie musiał zawracać sobie głowy wyrzutami sumienia, z drugiej zaś – trochę niepokoiło. Najbardziej jednak złościła go niemożność przebicia niewidzialnej ściany, która wyrosła w jego pamięci i nie pozwalała przedostać się upragnionym informacjom do świadomości.

Jeden krok, dwa, lewa, prawa, lewa – i chwycił się futryny. To będzie ciężki dzień, pomyślał, bardzo ciężki i okropnie długi.

Praca, gdy wreszcie udało mu się do niej dotrzeć, szła mu jak po grudzie. Jego i tak paskudne samopoczucie dodatkowo pogorszyło odkrycie, iż Ula miała wolny dzień. Ciekawe, dlaczego nie przyszło mu to do głowy, kiedy zapraszała go na drinka w czwartek… Nie to jednak było najgorsze – strzępy poprzedniego wieczoru wyłaniały się z zakamarków pamięci, doprowadzając Rafałka do obłędu, gdyż nie chciały żadną miarą ułożyć się w spójny obraz. Co chwilę miał wrażenie, że już, już prawie, zaraz się dowie. W okolicach południa podjął męską decyzję i poszedł do szefa z prośbą o wolne do końca dnia. Na dodatek niepokój na myśl o tym, co mogło zajść poprzedniego wieczoru, wzrastał. Jak przez mgłę Rafałek przypominał sobie rozmowę na temat związków, w której trakcie udało mu się ustalić, że tajemniczy rozmówca, a w zasadzie rozmówczyni Uli, nie jest jej mężem, lecz współlokatorką, a Ula – choć tego teraz wcale nie był pewien – nie była związana z żadnym mężczyzną. Zdawało mu się również, że kilka razy padło z jej ust wyznanie, jakoby darzyła jego, Rafałka, romantycznym uczuciem. Na pewno jednak, to pamiętał doskonale, wyrzucała mu, że powinien ją kojarzyć. Że znali się już wcześniej. Ale czy to prawda, czy tylko wmówił to sobie po pijanemu? Niczego nie był pewien. Boże, jak się skontaktować z Ulą? A jeśli mu się to uda – to jak zapytać, żeby nie wyjść na ostatniego chama i pijaka?

Wyszedł z biura, powłócząc nogami, odprowadzany wzrokiem zaskoczonych kolegów. Kto jak kto, ale Rafał Surym zwykle statek opuszczał ostatni. Jak rasowy kapitan. Wrócił do domu, w którym wcale nie poczuł się lepiej. Przygnębiająca cisza i jakaś nieznana mu dotąd samotność uderzyły go ze zdwojoną siłą. Poszwendał się trochę po kuchni, włączył muzyczny kanał w telewizji, byleby tylko uciszyć to brzęczenie w głowie. Ekspres odmówił posłuszeństwa, więc zaparzył sobie kawę w sposób tradycyjny, przykrył się kocem pachnącym perfumami Edyty i zaległ na kanapie. Dwa razy zamierzył się, żeby zadzwonić do żony, której brak zaczął odczuwać w sposób fizyczny. Nie, jednak nie. Zasnął w końcu, wyczerpany i znużony, nie wyłączając nawet telewizora.

Po trzygodzinnej drzemce zdawał się wracać do żywych. Stopniowo i z trudem, ale zatrucie alkoholowe mijało i umysł odzyskiwał swoją sprawność. W miarę. Sił starczyło mu zaledwie na zamówienie jedzenia z pobliskiej restauracji oferującej wietnamską kuchnię, zaparzenie dzbanka mocnej kawy i obsłużenie pilota do telewizora. Oglądał bez entuzjazmu sieczkę oferowaną przez telewizję, przeskakując z kanału na kanał. Trafił na retransmisję meczu polskich szczypiornistów i to na moment przykuło jego uwagę. Po chwili zdawało mu się, że słyszy brzęczenie, jakby jakiś owad usiłował wydostać się przez zamknięte okno. W końcu pod stertą poduszek, które Edyta wybierała z wielką pieczołowitością, znalazł wibrujący telefon. Nie rozpoznając numeru na wyświetlaczu, w pierwszym odruchu chciał zignorować połączenie, ostatecznie jednak wcisnął zieloną słuchawkę.

– Halo? – wychrypiał.

– Dzień dobry. Komenda Wojewódzka Policji we Wrocławiu, Wydział Kryminalny. Z tej strony starszy sierżant Michał Bączek. Czy mam przyjemność z panem Rafałem Surym?

Rafał wytrzeźwiał w mgnieniu oka. Przez chwilę słychać było wyłącznie bicie jego serca, które nagle wyrwało się sprintem, jakby walczyło o życie.

– Tak, to ja – odpowiedział tym razem nieco wyraźniej swojemu rozmówcy.

– Czy ma pan coś przeciwko zgłoszeniu się do tutejszej jednostki, powiedzmy jutro, około dziesiątej? – zapytał rzeczowo, ale bardzo grzecznie policjant.

– N-n-nie, nie mam – odparł Rafałek z wahaniem. – Ale o co chodzi?

– Chciałbym pana przesłuchać i zależy mi na czasie. – Starszy sierżant Bączek ani na sekundę nie zmienił tonu.

– Coś się stało? Z moją żoną? – bez zastanowienia rzucił Surym.

– A czemu coś miało się stać z pana żoną? – zdziwił się podoficer. – O ile mi wiadomo, pana żona jest aktualnie na Podlasiu. To co, jutro o dziesiątej?

Po potwierdzeniu godziny spotkania i zakończeniu rozmowy z policjantem Rafał zatopił się w myślach. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jego mózg zaczął wypuszczać z mroków nieświadomości pojedyncze drobne i bardzo chaotyczne urywki poprzedniego wieczoru. Przypomniał sobie, że rozmawiali o planach na nadchodzące święta, wtedy to właśnie dowiedział się, że Ula, podobnie jak Edyta, pochodzi z Podlasia. Uznał to za prztyczek w nos od losu, ale już po kilku drinkach wydawało mu się, że to świetny dowcip. Przypomniał sobie również urywki konwersacji.

– Kiedy wracasz do Wrocławia? – szeptał do ucha Uli, której skóra pachniała migdałami.

– W przyszłą środę, muszę nadrobić rodzinne spotkania, w poniedziałek jadę na proszony obiad do mojej dalekiej rodziny, mają świetną restaurację w dawnej stanicy wodnej, z własnym łowiskiem ryb, więc szkoda nie skorzystać, prawda? – zaśmiała się perliście boska nimfa.

– No pewnie, grzech ciężki. Daj znać, jak wrócisz, może pójdziemy do kina? – zaryzykował.

– Czy może na film? – Dziewczyna wyraźnie flirtowała, wprawiając Rafałka w stan oszołomienia. – Jasne, dam znać.

W natłoku emocji wywołanych z jednej strony niecodziennym telefonem stróżów prawa, z drugiej – powracającymi wspomnieniami, zupełnie mimo uszu puścił informacje, które powinny zapalić mu czerwoną lampkę już nawet nie z tyłu, a z przodu głowy. Może gdyby nie przeszkadzały mu opary alkoholu w mózgoczaszce, szybciej zastanowiłby się nad bądź co bądź zaskakującą wiedzą organów ścigania na temat miejsca pobytu jego małżonki.

* * *