Sztuka i miłość. Opowieści o namiętnościach, skandalach i obsesjach - Trend Nick - ebook + książka

Sztuka i miłość. Opowieści o namiętnościach, skandalach i obsesjach ebook

Trend Nick

0,0
55,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Co artyści mówią nam o miłości?

Francis Bacon zakochał się w mężczyźnie, który próbował okraść jego mieszkanie.

Frida Kahlo, upokarzana przez kolejne zdrady Diego Rivery, sama miała wielu kochanków.

Suzanne Valadon szokowała XIX-wieczny Paryż, pozując nago, pijąc i flirtując z młodszymi od siebie mężczyznami.

Nick Trend, kurator National Gallery, odkrywa przed nami sekrety najsłynniejszych artystek i artystów. Sztuka i miłość to fascynująca podróż przez największe miłosne historie w dziejach malarstwa mistrzów takich jak Caravaggio, Marc Chagall, Tamara Lempicka, Salvador Dali czy Lee Miller. Podróż pełna pasji, namiętności i destrukcyjnej obsesji.

Nick Trend – dziennikarz i historyk sztuki, redaktor naczelny działu kultury w „The Telegraph”. Autor przewodników po największych muzeach świata, kurator National Gallery w Londynie. Absolwent Cambridge, doktor historii sztuki University of East Anglia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 122

Data ważności licencji: 5/12/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

What Art Can Tell Us About Love

©Nick Trend, 2025

First published in Great Britain in 2025 by Laurence King, an imprint of The Orion Publishing Group Ltd

Published by agreement with Laurence King, an imprint of The Orion Publishing Group Ltd

Projekt okładki

Adam Gutkowski | goodkowskydesign.com

Obraz na okładce

Frida Kahlo, Autoportret jako Tehuana (lub Diego w moich myślach), 1943

Redaktorka nabywająca

Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca

Justyna Skalska

Promocja

Emilia Rydel

Opieka redakcyjna

Katarzyna Mach

Anna Szulczyńska

Adiustacja

Aleksandra Kiełczykowska

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Justyna Jagódka

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025

Copyright © for the translation by Joanna Rumiński

ISBN 978-83-8427-086-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla Sophie, Billy’ego i Eleanor

Wstęp

Dla ilu pieśni inspirację stanowiła miłość? Ile wierszy, powieści, baśni i filmów opowiada o zakochaniu? To do nich często sięgamy, szukając odpowiedzi na pytanie o istotę jednego z najbardziej złożonych i wszechogarniających uczuć – a czasami po prostu próbując sobie z nim poradzić. Historie miłosne i ballady bez wątpienia niosą ukojenie, natchnienie, a niekiedy i przebłyski prawdy o najskrytszych porywach duszy. A co z obrazami? Co o miłości mogą powiedzieć nam sztuki plastyczne?

Rzadko wiążemy te dwa pojęcia wprost. Mówimy o „muzach” jako źródle natchnienia, ale to słowo tworzy dystans, wynosząc artystów ponad zwykłych ludzi, jakby byli wyjątkowi. A przecież nie są. Nie musimy szukać wyjaśnienia ich motywacji w jakichś klasycznych ideałach. Artyści czują emocje, doświadczają zawodów i ulegają pragnieniom tak samo jak każdy z nas. Różni ich tylko to, że piękniej i głębiej potrafią wyrazić złożoność tego, co przeżywają.

Owszem, niektórzy – jak Marc Chagall – zdają się idealizować swoje uczucia. Jego oniryczne obrazy są czułym i ekstatycznym świadectwem uwielbienia dla żony Belli. Ale w sztukach plastycznych znajdziemy wiele bardzo różnych przedstawień miłości – czasem nieskrywanych i śmiałych, częściej subtelnych, a nawet sekretnych. Żeby je zrozumieć, trzeba nauczyć się czytać obraz, rozpoznawać znaki i tropić znaczenia.

Weźmy na przykład portret. Czasami zapominamy, że jest to wyraz relacji między dwoma osobami. Model lub modelka nigdy nie są sami. Te oczy, które dziś wydają się patrzeć na nas, kiedyś były w rzeczywistości zwrócone ku artyście stojącemu przy sztaludze. A gdy okazuje się, że łączyła ich miłość, wszystko nagle się komplikuje – ale i staje się o wiele ciekawsze. Okazuje się, że obraz, na który patrzymy, nie jest tylko próbą oddania podobieństwa. To nie zwykły wytwór pracy na zamówienie; to odbicie najgłębszych uczuć samego artysty. A my stoimy pośrodku tego romansu, na przecięciu spojrzeń dwojga zakochanych.

Pożądanie łatwo daje się dostrzec w sztuce erotycznej, w której odbiór wpisane jest podglądanie cudzej intymności. Spotkanie Tamary Łempickiej z kobietą o imieniu Rafaela, którą malarka poznała w paryskim parku w 1927 roku, zaowocowało kilkoma wyrazistymi, pełnymi seksualnego napięcia aktami. Tworzą one sugestywny obraz namiętności jako uczucia, które tak często towarzyszy początkom miłości.

W sztuce miłosnej tropy bywają jednak o wiele subtelniejsze. Trzeba wytężyć wzrok i umysł, żeby dostrzec napięcie albo flirt, pragnienie lub zawstydzenie. Czasem to właśnie drobny detal bądź pozornie dziwna decyzja artysty naprowadza nas na ślad, którego szukamy. Dlaczego na portrecie Berthe Morisot autorstwa Édouarda Maneta tyle uwagi przyciąga różowy pantofel? Dlaczego Sylvia Sleigh przedstawiła swojego męża wśród nagich mężczyzn w tureckiej łaźni?

Warto pamiętać, że miłosne obrazy nie muszą być portretami. Czy wizja nocnej mary Johanna Heinricha Füssliego mogła mieć źródło w niespełnionym pożądaniu? I jak prawidłowo interpretować wywołujące erotyczne skojarzenia kwiaty i muszle na obrazach Georgii O’Keeffe?

Zakochanie, jak dobrze wiemy, dla każdego może znaczyć coś innego – a i to znaczenie z czasem będzie się zmieniać. Miłość to ekstaza i agonia, głębokie oddanie, ale też wypalenie, a na koniec łzy, pretensje, żal. To stan, który kusi, by zatracić się w rozkoszy, lecz równie łatwo może stać się iskrą wzniecającą obsesję lub popychającą ku tragedii. Najciekawsze są te obrazy, które zdają się dokumentować moment narodzin uczucia. Malowanie bywa przecież aktem niezwykłej bliskości. Artysta i model spędzają razem długie godziny w ciszy, bez przymusu rozmowy. Jest dość czasu, by mogło między nimi zaiskrzyć. Myśli, sekrety, wyznania mogą w tych warunkach formować się wedle własnego niewymuszonego rytmu. Nie można wykluczyć, że tak zrodził się potajemny – i gorszący zarazem – romans między Filippem Lippim a pozującą mu piękną mniszką Lucrezią Buti w XV-wiecznej Toskanii. Być może podobny rodzaj intymności odnajdujemy w paryskim obrazie Georges’a Clairina z czasów belle époque, przedstawiającym Sarah Bernhardt w zmysłowej pozie na szezlongu. Ale malarstwo potrafi być też głębokim hołdem dla trwalszego związku. Portrety Hendrickje Stoffels pędzla Rembrandta lub przedstawienia Heleny, drugiej żony Rubensa, zdają się wyrazem takiego właśnie szczerego oddania.

Bywa, że uczucia są boleśnie jednostronne. Nieodwzajemniona miłość stała się wręcz inspiracją dla całego nurtu w malarstwie. Za jego przedstawiciela można uznać Winslowa Homera, który w latach 70. XIX wieku zabiegał o względy Heleny de Kay. Nie dawała ona artyście większych nadziei, ale pozwalała się adorować na dystans, pozując mu do obrazów. Zawsze ma na nich spuszczony wzrok, jest obojętna, wycofana, całkowicie poza zasięgiem. A czasami sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. W świecie artystów trójkąty miłosne nie należą do rzadkości, ale mało kto mógłby pochwalić się równie skomplikowanymi relacjami co Dora Carrington. Zakochała się w homoseksualnym mężczyźnie, potem w homoseksualnej kobiecie – w obu przypadkach bez wzajemności. Wyszła za mąż za człowieka, którego nie kochała, a później miała namiętny romans z jego przyjacielem. Wszystkich kochanków (i kochanki) malowała lub szkicowała.

Każdy z nas w którymś momencie życia doświadczył uczuciowych komplikacji lub odrzucenia. Niezależnie od tego, czy właśnie się zakochujemy, jesteśmy w wieloletnim związku, przeżywamy rozstanie, czy próbujemy poradzić sobie ze sprzecznymi emocjami, sztuka może pomóc nam zmierzyć się z głębią i złożonością tego, co czujemy. Trzeba tylko spojrzeć uważniej i pozwolić sobie na chwilę refleksji. Warto też pamiętać, że nasze własne doświadczenia mogą być kluczem do odczytania wielkich dzieł i lepszego zrozumienia ludzi, którzy je tworzyli: ich życia, pragnień i wyborów.

Nieprzemijająca miłość

Bezgraniczne oddanie

Rubens i Helena Fourment

Peter Paul Rubens, Rubens, jego żona Helena Fourment i ich syn Frans, ok. 1635

Na tym rodzinnym autoportrecie pędzla Petera Paula Rubensa (1577–1640) widzimy malarza z jego drugą żoną Heleną i synkiem Fransem podczas spaceru po ogrodzie przy ich domu w Antwerpii. Trudno wyobrazić sobie bardziej czuły i pełen oddania hołd artysty dla ukochanej kobiety. Pełne ciepła spojrzenie Rubensa skupia się na żonie, i to nie tylko na obrazie: patrzy na nią także jako malarz siedzący przed sztalugą. Helena, chyba lekko zawstydzona tą atencją, spuszcza wzrok ku synowi, który odwzajemnia jej spojrzenie, a jednocześnie naśladuje gesty i postawę ojca. Kobieta trzyma chłopca delikatnie na końcu sznureczka, a mąż lekko ujmuje jej dłoń, jakby wskazywał jej drogę. Helena łagodnie poddaje się temu dotykowi. W tej jednej scenie widzimy ją jako zarówno ukochaną żonę, jak i czułą matkę.

Obraz ten jest jednak nie tylko celebracją małżeńskiej i rodzicielskiej miłości, ale również wyrazem pozycji społecznej Rubensa i jego dążenia do zachowania ciągłości rodu. Był on wówczas najbardziej rozchwytywanym malarzem na świecie. Jego koneksje na dworach królewskich w Europie sprawiły, że w roku 1630 pośredniczył w zawarciu traktatu pokojowego między Hiszpanią a Anglią, za co otrzymał tytuł szlachecki zarówno od Filipa IV, jak i od Karola I. O dworskiej godności świadczy przewieszony przez pierś pas z pochwą na szpadę. Co znamienne, artysta nie uwiecznił na obrazie pierworodnej córki Clary, lecz syna Fransa, męskiego dziedzica rodu. Chłopiec ma na piersi wstęgę przypominającą pas – zapowiedź, że pewnego dnia i on nosić będzie szlachecką szpadę.

Sceneria ogrodu, w której osadzona jest kompozycja, również niesie bogactwo znaczeń. Przede wszystkim stanowi świadectwo wysokiej pozycji społecznej Rubensa: ogród został zaprojektowany w 1610 roku, równolegle z budową okazałej rezydencji w nowoczesnym, renesansowym stylu, po powrocie artysty z Rzymu do Antwerpii. Ale można go również postrzegać jako swoisty ogród miłości. Zwraca uwagę zarówno fontanna, jak i posąg kariatydy, której odsłonięte piersi nawiązują do płodności Heleny (czyż zresztą spod uchylonej szaty nie widać sutka?). Pnący się bluszcz może być aluzją do słów Psalmu 128: „Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu”. Papuga z gałązką dzikiej róży w dziobie wydaje się z kolei symbolem słodyczy i cierpienia, jakie niesie miłość.

W obrazie tym nie sposób nie dostrzec silnych patriarchalnych akcentów, które dziś mogą nieco razić. Niemniej mamy do czynienia z przedstawieniem niezwykle czułym, a zarazem będącym autentycznym, głęboko osobistym wyrazem uczuć Rubensa. Helena była drugą wielką miłością jego życia. Pierwsza żona Isabella zmarła w 1626 roku w wieku zaledwie trzydziestu czterech lat podczas epidemii dżumy. Cztery lata później Rubens poślubił Helenę, córkę zamożnego antwerpskiego handlarza jedwabiem. Miała wówczas szesnaście lat, on pięćdziesiąt trzy, lecz różnica wieku wydawała się nie mieć wpływu na ich szczęście. Doczekali się pięciorga dzieci, które Rubens chętnie szkicował. Helenę portretował wielokrotnie. Była jego natchnieniem dla wielu słynnych, ponętnych aktów inspirowanych sztuką starożytną.

Peter Paul Rubens, Helena Fourment w futrze, ok. 1637

Niewątpliwie najbardziej intymnym portretem jest jednak powstała około 1637 roku kompozycja pod nazwą Helena Fourment w futrze (Het Pelsken), na której Rubens przedstawia – z pewną nutą figlarności – swoją żonę jako boginię miłości Wenus. Ujęcie to jest hołdem dla Tycjana, który wielokrotnie portretował kobiety okryte futrem, a zarazem przywołuje skojarzenia z klasyczną pozą Venus pudica. Wyrażenie to, zaczerpnięte z rzeźby klasycznej (zob. s. 174), odnosi się do sposobu, w jaki przedstawiano Wenus wstydliwie zasłaniającą nagość gestem dłoni i ramion. Tu jednak Helena nie zakrywa piersi, lecz wręcz podnosi je ramieniem, eksponując sterczące sutki. Jeśli w obrazie dostrzegamy jakikolwiek przejaw wstydliwości czy skromności, to jest to raczej gest okrywania ciała ciężkim futrem. I ten ruch Rubens potrafi nasycić zmysłowością. Miękka, ciemna materia kontrastuje z aksamitną, jasną skórą modelki, nadając kompozycji niemal fizyczny wymiar. Widząc, jak futro dotyka nagiego ciała, czujemy wręcz emanujące ciepło i wyobrażamy sobie, jakie doznania muszą towarzyszyć takiemu doświadczeniu.

Poczucie obcowania ze zmysłowym światem Heleny zostaje spotęgowane przez świadomy wybór Rubensa, by ukazać jej ciało nie jako wyidealizowaną formę – jak uczyniłby to Tycjan, kreśląc obraz gładkiej skóry i idealnych kształtów – lecz w całej jego prawdziwości: z drobnymi skazami, fałdami i niedoskonałościami. Powstał przez to obraz niezwykle intymny, który artysta zapisał Helenie w testamencie z wyraźnym zastrzeżeniem, że nie wolno go sprzedać na poczet opłat spadkowych. Portret pozostawał w jej posiadaniu od 1640 roku, kiedy zmarł Rubens, aż do jej śmierci w 1673 roku. Choć wyszła ponownie za mąż i miała z tego związku sześcioro dzieci, zadbała o to, by Het Pelsken zapisać w spadku potomkom pochodzącym z jej małżeństwa z artystą1. Helena spoczęła u boku Rubensa w kaplicy rodzinnej przy kościele św. Jakuba w Antwerpii, tak jak ustalili jeszcze za jego życia.

[J]ej ciało […] w całej jego prawdziwości: z drobnymi skazami, fałdami i niedoskona­łościami.

Pasja i determinacja

Rembrandt i Hendrickje Stoffels

Rembrandt, Autoportret (lub Duży autoportret), 1652

Można sobie wyobrazić, co musiał czuć Rembrandt (1606–1669), gdy w 1652 roku sięgał po pędzel, by sportretować samego siebie. Choć w młodości czynił to wielokrotnie, od śmierci swojej pierwszej żony Saskii, dziesięć lat wcześniej, nie namalował żadnego autoportretu. To była bolesna dekada: jego kariera artystyczna się załamała, on sam popadł w długi, był uwikłany w sprawy sądowe. Ale teraz wreszcie rozstawił sztalugę, zwrócił się w stronę lustra i znalazł odwagę, by spojrzeć sobie w oczy.

Co sądzimy o efekcie? W porównaniu z wcześniejszymi autoportretami nietrudno dostrzec, że Rembrandt, mający wówczas około czterdziestu pięciu lat, wyraźnie się postarzał. Życiowe trudy i cierpienie odcisnęły swoje piętno: pod oczami zarysowały się dodatkowe cienie, bruzda na czole się pogłębiła, broda nabrała tęgości.

A jednak jego postawa zdradza pewność siebie: stoi z rękami opartymi na biodrach, patrzy na nas nieco z góry. Ubrany jest w roboczy kaftan, jakby niecierpliwie czekał, by wrócić do pracy. Przyglądając się bliżej jego twarzy, dostrzegamy błysk w oku, podkreślony ostrą grą światła wpadającego z lewej strony kadru. Obraz ten zdaje się mówić, że oto w życiu artysty pojawił się nowy sens. I rzeczywiście – Rembrandt był zakochany.

Na trzy lub cztery lata przed powstaniem autoportretu Rembrandt związał się ze swoją służącą Hendrickje Stoffels. Choć nie zachowały się żadne listy ani bezpośrednie świadectwa, które dokumentowałyby intensywność ich relacji, to seria obrazów i szkiców z tamtego okresu zdradza niezwykłą czułość i intymność, jaka zrodziła się między dwojgiem kochanków.

Na szczególną uwagę zasługują dwa dzieła. Pierwsze z nich nie jest portretem w formalnym tego słowa znaczeniu, lecz przedstawieniem Batszeby – biblijnej piękności, którą król Dawid się zauroczył, podpatrzywszy ją nagą podczas kąpieli. Nowa kochanka posłużyła Rembrandtowi za modelkę przy pracy nad obrazem, który miał stać się jednym z najbardziej enigmatycznych i przełomowych dzieł XVII wieku. Nie znajdziemy tu typowej dla epoki idealizacji aktu kobiecego. Artysta nie tuszuje lekkiego zniekształcenia lewej piersi ani tęgości brzucha – pokazuje ciało takie, jakie je widzi. Być może po raz pierwszy w historii sztuki Zachodu, po wiekach traktowania historii Batszeby jako pretekstu do erotycznej podniety, Rembrandt kieruje naszą uwagę ku rozterkom, których doświadcza bohaterka jego obrazu. Widzimy ją tuż po odczytaniu listu od króla Dawida, gdy uświadamia sobie, że stoi przed wyborem, czy ulec potężnemu władcy, czy też odrzucić jego zaloty i dochować wierności mężowi. Wyczuwamy jej melancholię i rezygnację, gdy siedzi pogrążona w zadumie nad swoim losem.

Przewrotnie zatem ten najbardziej realistyczny z aktów mówi tyleż o ciele Batszeby, co o jej umyśle. Ale i bez wątpienia zdradza też wiele na temat Hendrickje – choć łatwo tu popaść w domysły, które na zawsze pozostaną tylko spekulacjami. Wiemy, że pod koniec października tamtego roku młoda kochanka urodziła Rembrandtowi córkę Cornelię. Czy w czasie, gdy pozowała do obrazu, oboje wiedzieli już o ciąży? I czy uprawnione jest dopatrywanie się analogii pomiędzy chwilą prawdy, jakiej doświadcza Batszeba, i momentem uświadomienia sobie przez Hendrickje losu, który czeka ją po urodzeniu dziecka? Rembrandt nie mógł poślubić ukochanej. Spadek po pierwszej żonie – jedyne, co chroniło go przed finansową ruiną – przysługiwał mu pod jednym warunkiem: nie wolno mu było ponownie zawrzeć związku małżeńskiego.

Gdy więc Hendrickje dowiedziała się, że spodziewa się dziecka, jej radość była zapewne tłumiona lękiem przed konsekwencjami. Jako niezamężnej matce groziło jej odsunięcie na margines życia społecznego i religijnego. Tak też się stało: społeczeństwo otwarcie ją potępiło, Kościół wykluczył z udziału w sakramentach.

To nie był koniec kłopotów. W 1656 roku Rembrandt zbankrutował, a dwa lata później wraz z Hendrickje, ich córką Cornelią oraz Tytusem, synem z małżeństwa z Saskią, musiał przeprowadzić się do taniego, wynajmowanego mieszkania. Wydaje się, że Hendrickje przejęła wówczas odpowiedzialność za ratowanie rodzinnego budżetu. Rembrandt zaczął przyjmować więcej zleceń, a ona wraz z Tytusem otworzyli sklep, w którym sprzedawali jego grafiki i obrazy.

Być może to właśnie portret Hendrickje (na stronie obok) najpełniej oddaje trwałość jej więzi z artystą i stanowi najwymowniejsze świadectwo ich miłości. Powstał w czasie, gdy młoda kochanka musiała stawić czoło rzeczywistości: bankructwu i wychowywaniu nieślubnego dziecka. A jednak emanuje niezwykłym spokojem i godnością. Spogląda na nas nieco z góry, niemal majestatycznie, z głową przechyloną w wymowny sposób. Jej prawa dłoń spoczywa na poręczy fotela, która przypomina raczej berło niż element mebla. Kobieta ma na sobie kosztowne kolczyki z pereł i złoty łańcuch. Przepaskę we włosach zdobią szlachetne kamienie, a ramiona otula miękkie białe futro. Być może to ostatni raz, kiedy ubrała się tak wytwornie, zanim trzeba było wyprzedać wszystkie kosztowności.

Najbardziej zachwyca jednak kontrast między jej dostojną postawą a zmysłowością. Hendrickje ubrana jest w liliową jedwabną suknię, rozpiętą z przodu, pod spodem ma halkę, też rozchyloną. Gdy sięga dłonią do wnętrza płaszczyka, tkanina lekko się rozsuwa, odsłaniając krągłość piersi. W tej scenie Rembrandt zdaje się dawać wyraz nie tylko swojej namiętności, ale i podziwowi dla młodej kochanki, która z miłości do niego wyrzekła się społecznego szacunku, a teraz z oddaniem dźwiga ciężar wspólnego życia.

Rembrandt, Portret Hendrickje Stoffels, ok. 1654–1656
Rembrandt, Batszeba w kąpieli (lub Batszeba z listem króla Dawida), 1654

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1 Zob. K. van der Stighelen i in., Helena Fourment further uncovered. A new interpretation of „Het Pelsken” based on recent analytical imaging, w: Rubens in Private. The Master Portrays His Family, red. B. van Beneden, London 2015.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Nieprzemijająca miłość

Rubens i Helena Fourment

Rembrandt i Hendrickje Stoffels

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji

Przypisy