Szmira - Charles Bukowski - ebook + książka

Szmira ebook

Charles Bukowski

3,9

Opis

Powieść Szmira przewrotnie zadedykowana "złemu pisarstwu", jest błyskotliwym, dowcipnym i niezwykle kunsztownym pastiszem stylów i konwencji występujących w brukowej prozie. Stanowi wyjątkową pozycję w twórczości Charlesa Bukowskiego, jest jego ostatnią powieścią. Oprócz zabawnej i parodiującej kryminał formy, czuje się jednak także powiew śmierci, bohater wyraża często swoje dekadenckie i pesymistyczne poglądy, przeplatane niezwykle humorystycznymi i jak zwykle u Bukowskiego soczystymi dialogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (39 ocen)
15
11
8
4
1

Popularność




CHARLES BUKOWSKI
SZMIRA
PrzełożyłTomasz Mirkowicz
NOIR SUR BLANC
Tytuł oryginału: PULP
Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 1994 by Linda Lee Bukowski First published by Black Sparrow Press, 1994 For the Polish edition Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved For the Polish translation 1997 by Tomasz Mirkowicz
Wydanie czwarte
ISBN 978-83-7392-496-3
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1

Siedziałem u siebie w biurze; umowa najmu mi wygasła i McKelvey rozpoczął postępowanie, żeby mnie wyrzucić. Było gorąco jak diabli, a klimatyzacja nie działała. Po biurku lazła mucha. Trzepnąłem ją otwartą dłonią i wyeliminowałem z gry. Wycierałem rękę o prawą nogawkę spodni, kiedy zadzwonił telefon.

Podniosłem słuchawkę.

– Tak?

– Czytał pan Céline’a? – spytał kobiecy głos. Bardzo zmysłowy głos. A ja od dawna byłem sam. Od stu lat.

– Céline’a? – powtórzyłem. – Hmmm...

– Chcę Céline’a. Muszę go mieć.

Głos był wyjątkowo zmysłowy; czułem, że mnie bierze.

– Céline’a? – spytałem. – Muszę znać okoliczności sprawy. Niech mi pani wszystko opowie. Niech pani nie przestaje mówić...

– Zapnij pan rozporek – rzekła.

Spojrzałem w dół.

– Skąd pani wiedziała?

– Nieważne. Chcę Céline’a.

– Céline nie żyje.

– Nic podobnego. Ma go pan znaleźć. Chcę go.

– Mogę najwyżej znaleźć jego kości.

– Nie, ośle jeden, on żyje!

– Gdzie?

– W Hollywood. Słyszałam, że często wpada do antykwariatu Reda Koldowsky’ego.

– Więc dlaczego sama go pani nie znajdzie?

– Bo najpierw chcę wiedzieć, czy to rzeczywiście Céline. Muszę mieć pewność, całkowitą pewność.

– Ale dlaczego zwraca się pani z tym do mnie? W mieście jest ze stu detektywów.

– John Barton polecił mi pana.

– A tak, Barton. No to niech pani słucha, muszę dostać zaliczkę. I musi pani wszystko omówić ze mną nie przez telefon, tylko osobiście.

– Będę za kilka minut – oznajmiła.

Odłożyła słuchawkę. Zapiąłem rozporek.

I czekałem.

2

Weszła.

No, nie kłamię, na sam jej widok zacząłem się ślinić. Kieckę miała tak obcisłą, że o mało nie pękały szwy. Babka musiała przepadać za koktajlami czekoladowymi. Jej obcasy przypominały małe szczudła. Szła niczym kulawy pijaczek, zataczając się na boki. Jeden ponętny zawrót głowy.

– Niech pani siada – powiedziałem.

Usiadła i skrzyżowała nogi tak wysoko, że niemal wypadły mi gały.

– Miło mi panią widzieć – oświadczyłem.

– Przestań się pan gapić. Nie mam tam nic, czego nie widziałeś dotąd.

– Akurat w tym wypadku jest pani w błędzie. Ale wszystko po kolei. Jak się pani nazywa?

– Pani Śmierć.

– Pani Śmierć? Występuje pani w cyrku? W filmach?

– Nie.

– Miejsce urodzenia?

– Nieważne.

– Rok urodzenia?

– To ma być żart?

– Nie, chcę tylko zebrać wstępne informacje...

Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne.

Strzeliła palcami.

– Hej, ty, otrząśnij się!

– Hm? – Uniosłem głowę.

– Sprawa Céline’a. Pamiętasz?

– Ta, pewnie.

Rozprostowałem spinacz, skierowałem koniec w jej stronę.

– Będzie mi się należał czek za moje usługi.

– Jasne. – Uśmiechnęła się. – Ile bierzesz?

– 6 dolców za godzinę.

Wyjęła książeczkę czekową, coś tam nagryzmoliła, wyrwała czek i rzuciła w moją stronę. Wylądował na biurku. Podniosłem go. 240 $. Nie widziałem tyle szmalu, odkąd trafiłem porządek w Hollywood Park w 1988.

– Dziękuję, Pani...

– ...Śmierć.

– No tak – rzekłem. – Teraz proszę opowiedzieć mi wszystko o tym niby-Célinie. Wspomniała pani o jakimś antykwariacie?

– Właśnie, często wpada do antykwariatu Reda, przegląda książki... pyta o Faulknera, Carson McCullers. Charlesa Mansona...

– Wpada do antykwariatu, tak? Hmmm...

– Tak – potwierdziła. – Znasz Reda. Nie lubi, jak klienci za długo kręcą się po sali. Gość może wydać u niego i z 1000 dolców, ale niech tylko postoi sobie chwilkę, a Red już pędzi do niego z mordą. „Wynocha mi stąd!” – wrzeszczy. Red jest w porządku, ale czasem odbija mu szajba. W każdym razie co rusz wyrzuca Céline’a, a wtedy ten lezie do Mussa i siedzi tam z nosem na kwintę. Mija dzień czy 2, po czym znów się zjawia w antykwariacie i historia się powtarza.

– Céline nie żyje. On i Hemingway odeszli w odstępie jednego dnia. 32 lata temu.

– Wiem o Hemingwayu. Zabrałam Hemingwaya.

– Jest pani pewna, że to był Hemingway?

– Nie ma dwóch zdań.

– Więc skąd te wątpliwości, czy ten Céline to autentyczny Céline?

– Sama nie wiem. Mam jakiś blok, jeśli o niego chodzi. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło. Może za długo bawię się w te klocki. Dlatego przyszłam do ciebie. Barton mówi, że jesteś dobry.

– I myśli pani, że prawdziwy Céline wciąż żyje? I go pani chce, tak?

– Zgadłeś, mądralo.

– Belane. Nazywam się Nick Belane.

– Dobra. Belane. Muszę mieć pewność. Mnie interesuje tylko autentyczny Céline, a nie jakiś nędzny naśladowca. Tych jest na pęczki.

– Święte słowa.

– Dobra, bierz się do roboty. Chcę mieć największego francuskiego pisarza. Czekam już bardzo długo.

Potem wstała i wyszła. W życiu nie widziałem takiego tyłka. Brak mi słów, żeby go opisać. Brak i koniec. Nie zawracajcie mi teraz głowy. Chcę sobie pofantazjować o tym tyłku.

3

Był następny dzień.

Odwołałem swoje wystąpienie w Izbie Handlu w Palm Springs.

Padał deszcz. Sufit przeciekał. Deszcz przedostawał się przez sufit i kapał: kap, kap, kap, kapu, kapu, kap, kap, kapu, kap, kap, kapu, kapu, kapu, kap, kap, kap...

Dzięki sake nie dzwoniłem zębami, ale co z tego. Byłem kluchowatym zerem. Skończyłem 55 lat, a nawet nie miałem garnka, żeby podstawić pod cieknący sufit. Mój stary ostrzegał mnie, że skończę, trzepiąc konia na cudzym ganku w Arkansas. Mogłem jeszcze to zrobić. Autobus do Arkansas odjeżdżał codziennie. Ale w podróży zawsze miewałem zaparcie, a w dodatku zwykle siadał koło mnie jakiś trep z cuchnącą brodą i chrapał przez całą drogę. Może już lepiej było zająć się sprawą Céline’a.

Czy Céline był Céline’em, czy kimś innym? Czasami odnoszę wrażenie, że nawet nie wiem, kim sam jestem. No dobra, jestem Nick Belane. Ale słuchajcie. Gdyby ktoś wrzasnął: „Hej, Harry! Harry Martel!”, pewnie powiedziałbym: „Tak, o co chodzi?” No bo przecież mógłbym być każdym, nie? Co za różnica, jak się człowiek nazywa?

Życie jest pojebane, no nie? Zawsze brali mnie na końcu do drużyny baseballu, bo wiedzieli, że umiem posłać piłkę hen, do sąsiedniego stanu. Banda zawistników, ot co!

Byłem utalentowany, jestem utalentowany. Czasem patrzę na swoje dłonie i wiem, że mógłbym być wielkim pianistą albo kimś. A co robiły w życiu moje dłonie? Drapały jaja, wypisywały czeki, wiązały sznurowadła, naciskały spłuczkę kibla itd. Zmarnowałem swoje dłonie. I swój umysł.

Siedziałem w deszczu.

Zadzwonił telefon. Wytarłem słuchawkę przeterminowanym wezwaniem płatniczym z urzędu podatkowego i podniosłem.

– Nick Belane – powiedziałem. A może nazywałem się Harry Martel?

– Tu John Barton – oznajmił głos.

– A tak, polecił mnie pan, dziękuję.

– Obserwuję cię, chłopie. Masz talent. Trochę jeszcze surowy, ale na tym polega twój urok.

– Dzięki za miłe słowa. Interesy nie idą mi najlepiej.

– Obserwuję cię. Dasz sobie radę, musisz tylko przetrzymać gorszy okres.

– Jasne. Co mogę dla pana zrobić, panie Barton?

– Usiłuję znaleźć Czerwonego Wróbla.

– Czerwonego Wróbla? A co to za ptaszek, u licha?

– Wiem, że istnieje, i chcę, żebyś mi go znalazł.

– Ma pan dla mnie jakieś wskazówki?

– Nie, ale jestem pewien, że gdzieś tam jest.

– Ten Wróbel nie ma jakiegoś imienia? Nazwiska?

– Nie rozumiem.

– Nie nazywa się Henry, Abner albo Céline?

– Nie, po prostu Czerwony Wróbel, i wiem, że zdołasz go znaleźć. Wierzę w ciebie.

– Ale to będzie kosztowało, panie Barton.

– Jeśli znajdziesz Czerwonego Wróbla, będę ci płacił 100 dolców miesięcznie do końca twojego życia.

– Hmm... A nie mógłby mi pan za jednym zamachem wypłacić całej sumy?

– Nie, Nick, przepuściłbyś wszystko na wyścigach.

– No dobrze, panie Barton, proszę mi podać swój numer telefonu. Zajmę się tym.

Barton podał mi numer, po czym rzekł:

– Mam do ciebie pełne zaufanie, Belane.

I rozłączył się.

No, interes zaczynał się rozkręcać. Ale sufit przeciekał coraz bardziej. Strząsnąłem z siebie nieco kropli, łyknąłem sake, skręciłem szluga, zapaliłem, zaciągnąłem się dymem i zaniosłem suchotniczym kaszlem. Włożyłem brązowy melonik, włączyłem automatyczną sekretarkę, podszedłem wolno do drzwi i je otworzyłem; za nimi stał McKelvey. Miał ogromną klatę i takie bary, jakby wepchnął pod marynarkę poduszki.

– Umowa ci wygasła, gnojku! – ryknął. – Bierz dupę w troki i wynoś się w cholerę!

Nagle zobaczyłem jego brzuch. Przypominał miękką górę gówna; pięść aż mi się zapadła po nadgarstek, kiedy zadałem cios. McKelvey zgiął się wpół i wyrżnął mordą w moje uniesione kolano. Upadł, przetoczył się na bok. Ohydny widok. Podszedłem i wyciągnąłem mu z kieszeni portfel. Zobaczyłem zdjęcia dzieci w pornograficznych pozach.

Miałem ochotę go zabić. Ale zabrałem mu tylko złotą kartę kredytową Visa, kopnąłem go w dupę i zjechałem windą na dół.

Postanowiłem pójść na piechotę do antykwariatu Reda. Ilekroć brałem wóz, dostawałem mandat za złe parkowanie, a na płatne parkingi nie było mnie stać.

Szedłem w stronę antykwariatu nieco przygnębiony. Człowiek rodzi się po to, żeby umrzeć. Co to właściwie oznacza? Zbijanie bąków i czekanie. Czekanie na właściwy pociąg. Czekanie na parę dużych cycków w sierpniową noc w pokoju hotelowym w Las Vegas. Czekanie, aż mysz zacznie śpiewać. Czekanie, aż wężowi wyrosną skrzydła. Zbijanie bąków.

Red był na miejscu.

– Masz szczęście – rzekł. – Minąłeś się z tym pijakiem Chinaskim. Właśnie tu był i chwalił się swoją nową wagą do listów.

– Chuj z nim – stwierdziłem. – Masz podpisany egzemplarz Kiedy umieram Faulknera?

– Pewnie.

– Za ile?

– 2800 dolców.

– Zastanowię się...

– Przepraszam – powiedział Red.

Po czym zwrócił się do faceta przeglądającego pierwsze wydanie Nie ma powrotu.

– Odstaw pan książkę na półkę i wynocha stąd!

Był to nieduży, przygarbiony facecik ubrany w coś, co przypominało żółty strój nurka.

Odstawił książkę i minął nas, kierując się do wyjścia; oczy mu się zawilgotniły. Przestało padać. Jego żółty gumowy strój był bezużyteczny.

Red spojrzał na mnie.

– Uwierzysz, że niektórzy wchodzą tu z lodami?

– Mogę uwierzyć w znacznie gorsze rzeczy.

Potem zauważyłem, że jeszcze ktoś jest w antykwariacie. Stał na końcu sali. Poznałem go ze zdjęć. Céline. Céline?

Ruszyłem wolno w jego stronę. Podszedłem bardzo blisko. Tak blisko, że widziałem, co czyta. Thomas Mann. Czarodziejska góra.

Spostrzegł mnie.

– Ten gość ma nie po kolei – oświadczył, unosząc książkę.

– Dlaczego?

– Wydaje mu się, że nudziarstwo to Sztuka.

Odłożył książkę i przez chwilę tylko stał, wyglądając jak Céline.

Patrzyłem na niego.

– To zdumiewające – powiedziałem.

– Co? – spytał.

– Myślałem, że pan nie żyje.

Spojrzał na mnie.

– Też myślałem, że pan nie żyje – rzekł.

Staliśmy i patrzyliśmy na siebie.

Wtem usłyszałem Reda.

– HEJ, TY! – ryknął. – WYNOCHA Z KSIĘGARNI!

Oprócz Reda byliśmy tylko my dwaj.

– Który z nas ma się wynosić? – spytałem.

– TEN, KTÓRY WYGLĄDA JAK CÉLINE! WYNOCHA!

– Ale dlaczego? – spytałem.

– BO WIDZĘ, ŻE NIE ZAMIERZA NIC KUPIĆ!

Céline, czy kimkolwiek on był, skierował się do wyjścia. Ruszyłem za nim.

Szedł w stronę bulwaru, a potem zatrzymał się przy kiosku z gazetami.

Kiosk był tu, odkąd pamiętam. Przypomniało mi się, jak 20 czy 30 lat temu stałem przy nim z 3 prostytutkami. Potem zabrałem je do siebie i jedna z nich zaczęła masturbować mojego psa. Uważały, że to zabawne. Były pijane i na prochach. Później któraś poszła do łazienki, upadła, rąbnęła łbem o brzeg umywalki i zakrwawiła mi całe mieszkanie. Musiałem wszystko wycierać mokrymi ręcznikami. Położyłem ją do łóżka i siedziałem z dwiema pozostałymi, aż wreszcie się wyniosły. Ta w łóżku została przez 4 doby; wypiła mi cały zapas piwa i bez przerwy nawijała o dwójce swoich bachorów w East Kansas City.

Facet – czyżby naprawdę Céline? – stał przy kiosku i czytał jakieś pismo. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że to „The New Yorker”. Odłożył je na druciany stojak i spojrzał na mnie.

– Mają problemy – rzekł.

– Jakie?

– Nie potrafią pisać. Nie umie ani jeden.

Wtem na ulicy pojawiła się wolna taksówka.

– HEJ, TAKSI! – wrzasnął Céline.

Taksówka zatrzymała się, a wtedy podbiegł do niej, otworzył drzwi i wskoczył do środka.

– HEJ! – zawołałem za nim. – CHCĘ PANA O COŚ SPYTAĆ!

Taksówka toczyła się coraz szybciej w stronę Hollywood Boulevard. Céline wychylił się przez okno, wysunął jedną rękę, potem drugą, i pokazał mi wała. I już go nie było.

Była to pierwsza taksówka, jaką od wielu lat widziałem w tej okolicy. To znaczy pierwsza pusta taksówka.

Deszcz przestał padać, ale wciąż czułem się przygnębiony. Co więcej, zrobiło się chłodno i wszystko pachniało jak wilgotne pierdnięcia.

Wtuliłem głowę w ramiona i ruszyłem w stronę Mussa.

Miałem złotą kartę kredytową Visa. Żyłem. Może. Nawet zaczynałem się czuć jak Nick Belane. Zanuciłem jakąś melodię Erica Coatesa.

Każdy sam stwarza sobie piekło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki