Najpiękniejsza dziewczyna w mieście - Charles Bukowski - ebook + książka

Najpiękniejsza dziewczyna w mieście ebook

Charles Bukowski

4,0

Opis

Opowiadania z tego tomu stanowią kwintesencję twórczości Bukowskiego; z bezwzględną szczerością, bez upiększania opisuje w nich jedyny świat, w którym czuł się swojsko - i on, i wytwory jego literackiej wyobraźni - świat pijaków, dziwek, rozmaitych wykolejeńcow i outsiderów.

„Jego proza, jak stwierdził, zawierała wszystko: Coś dla rewolucjonistów, coś dla reakcjonistów, coś dla miłośników dramatu, nawet coś dla intelektualistów, a mimo to była zrozumiała. Dla ‘klasy robotniczej’ zachodniego świata stała się nawet czymś w rodzaju Ewangelii. Słowem objawionym.”

Artur Żmijewski. "Elle", 1997, nr 7

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (33 oceny)
14
8
8
3
0

Popularność




CHARLES BUKOWSKI
NAJPIĘKNIEJSZA DZIEWCZYNA W MIEŚCIE
PrzełożyłRobert Sudół
NOIR SUR BLANC
Tytuł oryginału: THE MOST BEAUTIFUL WOMAN IN TOWN
Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 1967 by Charles Bukowski All rights reserved For the Polish edition Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved For the Polish translation Copyright © 2014 by Robert Sudół
Wydanie czwarte Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-7392-498-7
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Narodziny, żywot i upadek gazety podziemnej

Z początku było kilka spotkań u Joe Hyansa, ale zwykle przychodziłem zalany, więc niewiele pamiętam z powstania „Otwartej Cipy”, gazety podziemnej, i dopiero później mówili mi, co się działo. A raczej, co wyrabiałem.

Hyans: – Powiedziałeś, że wyrzucisz wszystkich na ulicę i że zaczniesz od tego kaleki na wózku. Wtedy on się rozpłakał i ludzie zaczęli wychodzić. Walnąłeś jednego faceta w głowę butelką.

Cherry (żona Hyansa): – Za nic nie chciałeś iść do domu i wypiłeś całą butelkę whisky i powtarzałeś, że wyruchasz mnie przy biblioteczce.

– I co, zrobiłem to?

– Nie.

– Aha, no to następnym razem.

Hyans: – Posłuchaj, Bukowski, próbujemy się jakoś zorganizować, a ty przychodzisz i to rozpirzasz. Jesteś najwstrętniejszym moczymordą, jakiego w życiu widziałem!

– Dobra, kładę na to lachę. Pierdolę. Kogo obchodzi jakaś gazeta?

– O nie, chcemy, żebyś pisał felieton. Uważamy, że jesteś najlepszym pisarzem w Los Angeles.

Podniosłem rękę ze szklanką.

– To skurwysyńska obraza! Nie przyszedłem tu, żeby mnie obrażano!

– No dobrze, to może najlepszym w całej Kalifornii.

– No masz, znowu mnie obrażasz!

– W każdym razie chcemy, żebyś pisał felieton.

– Jestem poetą.

– A jaka jest różnica między poezją a prozą?

– Poezja mówi za dużo w zbyt krótkim czasie, proza mówi za mało i za długo się ciągnie.

– Chcemy felieton do „Otwartej Cipy”.

– Nalej mi jeszcze i masz załatwione.

Hyans nalał. Zgodziłem się. Dopiłem i poszedłem do swojej nory, myśląc, że robię błąd. Miałem prawie pięćdziesiąt lat, a skumałem się z tymi długowłosymi, brodatymi gówniarzami. O Boże, wdechowo, ojczulku, wdechowo! Wojna to gówno. Wojna to piekło. Chuj, no to nie walcz. Wiem o tym wszystkim od pięćdziesięciu lat. Mnie to tak nie rajcowało. A, no i nie zapomnij o marysi. O działeczce. W dechę, serdeńko!

W domu znalazłem pół kwarty, cztery puszki piwa, wypiłem i napisałem pierwszy artykuł. Był o kurwie ważącej sto trzydzieści pięć kilo, którą wyjebałem kiedyś w Filadelfii. Dobry artykuł. Poprawiłem literówki, zwaliłem gruchę i poszedłem spać...

Zaczęło się na parterze w dwupiętrowym domu wynajmowanym przez Hyansa. Przyszło paru półdupnych ochotników, stawiano pierwsze kroki i wszyscy byli zaaferowani oprócz mnie. Lustrowałem dziewczyny, szukając dobrej dupy, ale wszystkie wyglądały i zachowywały się jednakowo – dziewiętnaście lat, blond włosy z czarnymi odrostami, mały tyłek, małe cycki, przejęte, zajęte i zarozumiałe nie wiedzieć czemu. Ilekroć dotykałem którejś moimi pijanymi łapami, zachowywała się dość spokojnie. Dość.

– Posłuchaj, dziadku, jedyne, co chcemy, żeby się podniosło, to flaga Północnego Wietnamu!

– A tam, i tak ci pewnie capi z pizdy!

– Och, ty stary świntuchu. Ale jesteś... obrzydliwy!

Potem wychodziły, kręcąc do mnie tymi swoimi pysznymi krąglusimi dupeczkami, ściskając w ręku zamiast malinowej główki mojego interesu jakiś smarkaty tekst o gliniarzach, którzy obcesowo traktują dzieciaki na Bulwarze Zachodzącego Słońca i zabierają im batony. Oto ja, największy żyjący poeta po Audenie, a nie mogę nawet wyruchać psa w dupę...

Gazeta zbytnio się rozrosła. Albo raczej Cherry zaczęło martwić moje wylegiwanie się po pijaku na kanapie i łypanie na jej pięcioletnią córeczkę. Sprawy zaszły za daleko, kiedy mała zaczęła mi siadać na kolanach, wiercipięta, mówiąc:

– Lubię cię, Bukowski. Porozmawiaj ze mną. Przyniosę ci drugie piwo.

– Tylko wracaj migiem, słonko!

Cherry: – Słuchaj, Bukowski, ty stary zboczeńcu...

– Cherry, dzieci mnie uwielbiają, nic na to nie poradzę.

Dziewczynka, Zaza, przybiegła z piwem i wpakowała mi się na kolana. Otworzyłem piwo.

– Lubię cię, Bukowski. Opowiedz mi coś.

– Dobrze, dziecino. Dawno, dawno temu był sobie starszy facet i mała dziewczynka, którzy zabłądzili w lesie...

Cherry: – Posłuchaj, ty stary zboczeńcu...

– Ej, ej, Cherry! Ale ty masz brudne myśli!

Pobiegła na piętro szukać Hyansa, który akurat robił kupę.

– Joe, Joe! Musimy przenieść redakcję gdzie indziej! Mówię poważnie...!

Znaleźli pusty budynek od ulicy, dwa piętra, i pewnej nocy, pijąc portwajn, przyświecałem Hyansowi latarką, a on włamał się do aparatu w budce telefonicznej przy tym budynku i tak pozamieniał druty, żeby mieć numer za darmochę. Mniej więcej w tym samym czasie jedyna poza naszą gazeta podziemna w Los Angeles – „Wolna Prasa” – oskarżyła go o kradzież listy ich stałych czytelników. Wiedziałem oczywiście, że Joe ma zasady moralne, skrupuły i ideały – dlatego rzucił robotę w wielkomiejskiej gazecie. Dlatego rzucił robotę w tej drugiej podziemnej gazecie. Joe był kimś na podobieństwo Chrystusa. Powaga.

– Trzymaj porządnie tę latarkę...

Rano u mnie w domu zabrzęczał telefon. Dzwonił mój przyjaciel Mongo Gigant od Wiecznego Odlotu.

– Hank?

– Co?

– Cherry była u mnie wczoraj.

– No i?

– Miała tę listę czytelników. Była bardzo zdenerwowana. Chciała, żebym ją gdzieś ukrył. Powiedziała, że Jensen węszy. Schowałem tę listę w piwnicy pod plikiem szkiców, które Jimmy Karzeł narysował przed śmiercią.

– Zerżnąłeś ją?

– Po co? Sama skóra i kości. Posiekałaby mnie żebrami, jakbym ją dymał.

– A zerżnąłeś Jimmy’ego, chociaż ważył tyle co duży pies.

– Ale on miał osobowość.

– Ta?

– No ta.

Rozłączyłem się...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki