No właź! - Charles Bukowski - ebook + książka

No właź! ebook

Charles Bukowski

4,0

Opis

Niepodrabialna charyzma Bukowskiego – niepokornego outsidera, który pisał o alkoholu i samotności w nieznoszących reguł wierszach – uczyniła z niego jednego z najsławniejszych współczesnych poetów na długo przed śmiercią w 1994 roku. I nawet dekady później wciąż odnajdywane i odkrywane są kolejne jego utwory.

Zbiór ten został stworzony z wierszy, które sam autor zastrzegł do publikacji dopiero po swojej śmierci. Nie brakuje tu klasycznych dla „starego świntucha” motywów: seksu i miłości, pociechy i ukojenia dla „nieudaczników i wykolejeńców”, życiowych i hazardowych porażek i pokornej akceptacji tego, że wkrótce on sam będzie musiał postawić na papierze ostatnią już kropkę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 110

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




CHARLES BUKOWSKI
NO WŁAŹ!
PrzełożyłMichał Kłobukowski
NOIRSUR BLANC
Tytuł oryginału: Come on in! (edited by John Martin)
Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA
Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 2006 by Linda Lee Bukowski All rights reserved For the Polish edition Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved
ISBN 978-83-7392-725-4
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.

Nowe wiersze

Utwory te pochodzą z archiwum niewydanych tekstów, które zgodnie z wolą Charlesa Bukowskiego miały się ukazać po jego śmierci.

Gorące podziękowania należą się Johnowi Martinowi za opracowanie tych wierszy.

mieszkam bliskorzeźnii jestem chory zrozkwitu.

.

no właź!

witaj w moim robaczywym piekle.

muzyka rzęzi nieczysto.

rybie oczy patrzą ze ściany.

to tu padł ostatni szczęśliwy

strzał.

umysł zatrzaskuje się

jak to umysł kiedy się

zatrzaskuje.

musimy odnaleźć nową wolę i nowy

sposób.

utknęliśmy tu skazani

na słuchanie śmiechu

bogów.

skronie mnie bolą od faktyczności

faktów.

wstaję, łażę i się

drapię.

jestem pionkiem.

jestem głodną modlitwą.

moje robaczywe piekło wita cię.

cześć, siemasz. właź, no właź!

starczy tu miejsca dla nas wszystkich,

frajerze.

tylko sobie możemy mieć za złe, więc

posiedź tu ze mną po ciemku.

jest pół do

nigdzie

wszędzie.

.

tylko szal

dawno temu, ach, jak dawno, kiedy

próbowałem pisać opowiadania

i jedno pisemko drukowało

niezłe teksty

a ichnia redaktorka zwykle przysyłała mi

zachęcające odmowy

więc pilnowałem

żeby czytać każdy numer jej miesięcznika w publicznej

bibliotece.

zauważyłem że od pewnego czasu

otwiera kolejne numery

tekstem tego samego

autora i 

szlag mnie trafiał bo uważałem że

piszę lepiej niż

on.

pisał zgrabnie i błyskotliwie, ale nie dość

o s t r o.

widać było, że nigdy nie zarył nosem w 

życiu, tylko się po nim

ślizgał.

zanim się połapałem, ten pisarz-łyżwiarz

zasłynął.

zaczynał jako przynieś-podaj

w ważnym nowojorskim

czasopiśmie.

(jak ludzie sobie załatwiają taką robotę, do

cholery?)

a potem zaczęły go drukować niektóre z najlepszych

pism dla kobiet

i niektóre szacowne pisma

literackie.

po kilku wczesnych książkach

wydał kolejny tomik, słodką

nowelkę, i zdobył prawdziwą

sławę.

to była historia z wyższych sfer o 

młodej dziewczynie

czarująca, urocza i ciut

sprośna.

Hollywood szybko ją

sfilmował.

potem pisarz przez kilka lat

hulał po Hollywoodzie

od przyjęcia do przyjęcia.

raz po raz widywałem fotki tego

elfa w ludzkiej skórze i 

w ogromnych okularach.

na szyi zawsze miał długi dramatyczny

szal.

ale wkrótce wrócił do Nowego Jorku na tamtejsze

przyjęcia.

odtąd latami bywał na każdym ważnym przyjęciu

a nawet

na niektórych

mniej ważnych.

w końcu zupełnie przestał pisać i już tylko

imprezował.

pił i ćpał do nieprzytomności prawie

co wieczór.

jego niegdyś smukła sylwetka pogrubiała więcej

niż dwukrotnie.

twarz mu obrzękła i już nie wyglądał jak

młody chłopak o bystrym i świńskim poczuciu

humoru tylko jak

stara żaba.

szal pozostał na miejscu, ale kapelusze

były nagle za duże i spadały prawie na

oczy:

widać było tylko

krzywy

trupi

uśmiech.

panie z towarzystwa wciąż chętnie ciągały go

po Nowym Jorku

trzymając z obu stron pod ręce

a

że pił jak smok, nie zdążył

się nacieszyć starością.

czyli

umarł

i szybko go

zapomniano.

aż tu nagle ktoś znalazł jego podobno tajny

ni to dziennik, ni to powieść

i wtedy wszyscy sławni ludzie z Nowego Jorku mocno się

zaniepokoili

i bardzo słusznie, bo kiedy

książka się ukazała

wyszły na jaw wszystkie

brudy.

ale ja wciąż twierdzę, że to był właściwie marny

autorzyna; wiedział tylko, co

kiedy i o kim

napisać.

cienkie słabe

popłuczyny.

kiedy dawno temu przeczytałem

jedno z jego opowiadań

upuściłem czasopismo na podłogę

i pomyślałem,

Jezu, skoro oni właśnie tego

chcą

równie dobrze

mogę odtąd pisać

dla szczurów i pająków

i powietrza i samego

siebie.

co też oczywiście

zrobiłem.

.

literackie ple-ple

mój kumpel Tom czasem do mnie wpadał

i mówił „chodźmy na kawę”.

moja dziewczyna pytała wtedy: „znowu

będziecie gadać o tych literackich pierdołach?”

jechaliśmy do lokalu, w którym płaciło się

za pierwszą kawę, a wszystkie dolewki były

darmo

siadaliśmy przy oknie i

Tom zaczynał:

Hemingway, Faulkner, Fitzgerald, Dos

Passos zwłaszcza ale inni też się

załapywali: e.e. cummings, Ezra Pound, Dreiser,

Jeffers, Céline i tak dalej.

przyznam, że głównie

słuchałem i zastanawiałem się, do czego on

właściwie zmierza, jeżeli w ogóle do czegoś, ale

dalej słuchałem

pijąc kawę za

kawą.

raz powiedział: „wiesz, zawiozę cię do

domu, w którym Fitzgerald mieszkał jakiś czas

w swoim hollywoodzkim okresie”.

„dobra”, ja na to, więc wsiedliśmy do jego

wozu i mnie tam zawiózł i pokazał

palcem:

„Fitzgerald tu mieszkał”.

„dobra”, ja na to, a on zawiózł nas

z powrotem na kawę.

Tom był mocno zakręcony na punkcie tych wszystkich

literackich postaci z przeszłości.

ja też do pewnego stopnia

ale kiedy bez końca o nich

gadał

a kawa lała się nieprzerwanym strumieniem

moje zainteresowanie słabło albo i 

gorzej.

poczułem, że pora spławić

Toma.

łatwo mi poszło.

napisałem o nim wiersz

który się ukazał, więc Tom go

przeczytał

skończyły się wspólne

kawki.

Tom pisał moją

biografię, ale po tym wierszu

przestał.

potem zjawił się inny pisarz

który pił moje wino

i nie mówił o Hemingwayu,

Fitzgeraldzie, Faulknerze, itd.

tylko o sobie

i w końcu napisał moją

niezbyt udaną

biografię.

powinienem był zostać przy Tomie.

nie, powinienem był spławić

obu.

co też

zrobiłem.

.

ta maszyna jest krynicą

zawsze mam ten sam system:

bądź na luzie

pisz mnóstwo

wierszy

wkładaj w nie całe

serce i

nie

przejmuj się

nieudanymi.

trzymaj kurs

trzymaj

żar

zapomnij o nieśmiertelności

jeżeli w ogóle

o niej

pamiętałeś.

ta maszyna dobrze

brzmi.

dużo papieru

więcej pożądania.

tylko

wal w klawisze i czekaj na panią

łaskę.

doprawdy okazyjna

transakcja.

.

200 lat

zgarbiony nad tą białą kartką

o 4 po południu. rano

list od młodego poety

z wiadomością że jestem jednym

z najważniejszych pisarzy ostatnich

200 lat.

no, nie sposób w to uwierzyć

zwłaszcza jeżeli ktoś się czuje tak jak ja

przez cały zeszły miesiąc

łazi

i myśli

na pewno wariuję

a potem myśli

nie umiem pisać

już.

a potem przypominam sobie fabryki,

pracę przy taśmie,

magazyny,

karty zegarowe,

nadgodziny i zwolnienia

i flirty z młodymi Meksykankami

przy taśmowej robocie;

codziennie wszystko dokładnie zaplanowane,

zawsze coś do zrobienia,

zajęć aż nadto,

a kto nie nadążał,

nie był bystry szybki i 

posłuszny

ten wylatywał na ulicę między wróble

i kloszardów.

z pisaniem jest inaczej, unosisz się w 

białym powietrzu, wisisz na cyrkowej linie,

siedzisz na drzewie, a tamci tną

pień mechaniczną

piłą...

bez jedwabnego szalika,

bez angielskiego akcentu

ani przelewów od arystokratek z Europy

co mają mężów

ślepych impotentów.

to raczej jak szybki mecz hokeja

albo runda z facetem

o 25 kilo cięższym i dziesięć lat

młodszym, a może

sterowanie statkiem we mgle

kiedy jakaś szalona panna wiesza ci się na

szyi

i przez cały czas wiesz, że uszły ci na sucho

różne banały, że

niezasłużenie cię podziwiają za rzeczy

napisane od niechcenia albo

nie na serio lub w ogóle bez

przejęcia.

no, odrobina fartu

nie zaszkodzi.

a z drugiej strony czasem

robiłeś to tak, jak zawsze wiedziałeś, że się robić

powinno i od razu czułeś, że już

lepiej się nie da

i że pod jakimś względem

może dawno nikomu

się nie udało

tak dobrze jak tobie

i

pozwalałeś sobie

na parę chwil

zadowolenia.

wywierają na ciebie presję

taką gadką o 200 latach

i dopóki mówi tak jeden gość

to jeszcze pół biedy

ale kiedy wtóruje mu 3, 4 albo 5

to otwierają przed tobą drzwi

wariatkowa.

radzą ci rzucić palenie i

chlanie, a potem mówią, że masz

przed sobą 25 dobrych lat a

później

może jeszcze dziesięć, żeby się cieszyć

starością

zlizując

nagrody i 

wspomnienia.

Patchena już nie ma, stary, jesteś nam potrzebny,

tylko dzięki tobie mamy to

miłe uczucie tuż nad

pępkiem

kiedy wiemy, że w jakimś pokoiku w

północnej Kalifornii piszesz wiersze i

zabijasz muchy podartą

packą.

mogą cię wykończyć,

mogą cię wykończyć ci chwalcy,

mogą cię wykończyć młode dziewczyny

i niebieskoocy chłopcy z wydziałów anglistyki

którzy ślą ciepłe listy

ręcznie pisane

na papierze w linie

mogą cię wykończyć

i wszyscy oni mają rację:

2 paczki dziennie i flaszka

też mogą cię

wykończyć.

oczywiście

byle co może cię wykończyć

i prędzej czy później coś

cię wykończy, a ja powiem tylko

że dziś

wkręciłem nową

taśmę

w tę starą maszynę

i cieszy mnie to jak ona

działa i dzięki temu mam lepszy niż zwykle

dzień,

dziękuję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki