Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Postanowili pojechać na festiwal, a trafili na trop skarbu. Kiedy Kostek przejmuje szkicownik należący kiedyś do niemieckiego chłopca, wszystko zaczyna się komplikować. Otto, zanim opuścił rodzinne strony osiemdziesiąt lat wcześniej, ukrył gdzieś cenną szkatułkę. Jedyną wskazówką do jej odnalezienia pozostały rysunki i notatki ze szkicownika. Nie tylko Kostek i bliźniaczki podążają tropem skarbu. Czy odkryją tajemnicę Otta, zanim zrobią to ich rywale? Pełna przygód, humoru i historycznych zagadek opowieść dla miłośników książek w duchu Pana Samochodzika.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 216
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Katarzyna Rygiel
Szkatuła wikingów Na tropie tajemnicy sprzed wieków
© by Katarzyna Rygiel © by Wydawnictwo Literatura
Okładka i ilustracje: Robert KonradRedakcja i korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska
Wydanie I, Łódź 2026 ISBN 978-83-8208-737-6
Wydawnictwo Literatura
91-334 Łódź, ul. Srebrna [email protected] tel. (42) 630-23-81www.wydawnictwoliteratura.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Otto?! Otto! Gdzie jesteś?
Wołanie niosło się po parku, więc zsunął się z drzewa i ruszył w stronę pałacu, którego jasna bryła prześwitywała między pożółkłymi jesionami i bukami czerwonolistnymi, które stały się już rdzawobrązowe.
Erdmuthe nie lubiła, kiedy zaszywał się w jednej ze swoich kryjówek z zeszytem i ołówkiem. Zapominał wtedy o całym świecie. Uwieczniał na papierze zabudowania i wnętrza, w których przebywał, służbę i rodzinę hrabiego Hasso von Flemminga, jego samego, a szczególnie często jego córkę o rzadkim imieniu (poza nią chłopiec nie znał nikogo, kto by je nosił). Wszystko, co go otaczało i spotykało, Otto zamieniał w kompozycję z kresek. Mógłby pisać dziennik, ale wolał go rysować, na każdej stronie starannie wpisując datę i miejsce. Benz1. Jego życie toczyło się właśnie tutaj.
Erdmuthe podziwiała te szkice, ale była zazdrosna o czas, który Otto poświęcał na ulubione zajęcie. Odkąd jej siostry i mały braciszek wyjechali z matką, brakowało jej towarzystwa. Może dlatego zaczęła spędzać z nim więcej czasu. Sporo ich łączyło: ona została z ojcem, Otto miał tylko matkę. Hrabia okazał jej wiele życzliwości, gdy do pałacu przestały przychodzić listy od jej męża, dawnego zarządcy majątku Flemmingów, którego uznano za zaginionego podczas walk na froncie wschodnim. Dopóki jego nazwiska nie było wśród nazwisk poległych, Otto mógł mieć nadzieję, że żyje, ale kiedy słuchał tego, co mówiło się cicho o przebiegu wojny, przestawał w to wierzyć. Kiedy widział ojca ostatni raz, jesienią 1943 roku, czyli rok temu, nie umiał jeszcze rysować tak dobrze jak teraz, więc nie miał w zeszycie jego portretu. Bał się, że to się już nie zmieni.
– Znalazła się zguba!
Erdmuthe, szczupła blondynka z warkoczem, nadbiegła od strony pałacu i zatrzymała się przed nim zarumieniona. Rozpięła górny guzik grubego swetra i wygładziła wełnianą, szarą sukienkę sięgającą kolan. Choć październik dobiegał końca, na jej twarzy widać było jeszcze letnią opaleniznę i mnóstwo piegów, które świadczyły o tym, że nadal sporo czasu spędzała na powietrzu. W zielonych oczach błysnęła niecierpliwość.
– Papa pojechał do Cammin2. Wróci dopiero wieczorem. Chodź, muszę ci coś pokazać.
Znał tę minę. I uśmiech, który obiecywał nową przygodę. Czy to on rozświetlił jej twarz, czy zrobił to promień słońca? Ostatni tego dnia, pomyślał chłopak, patrząc w niebo, na którym wiatr urządzał wyścigi chmur. Siwe olbrzymy ścierały się ze sobą i zderzały brzuchami, ale dalej pędziły na zachód i coraz mniej było między nimi niebieskich prześwitów. Po południu będzie padać, stwierdził w duchu Otto i ruszył za przyjaciółką przez trawnik w kierunku pałacu. Jego prostą bryłę z czterospadowym dachem urozmaicał portyk z czterema kolumnami i wsparty na nim przeszklony balkon, a także widoczny ponad nim herb Flemmingów przedstawiający wilka i kozła.
Wbiegli po szerokich schodach i przez masywne dębowe drzwi weszli do budynku. Wewnątrz panował półmrok, w którym rzucała się w oczy jedynie posadzka z czarnych i większych, białych płytek ułożonych na skos. Erdmuthe położyła palec na ustach i pokazała wzrokiem korytarz. Jak duchy, na palcach, ledwie muskając dwubarwną podłogę dotarli do drzwi pokoju, w którym Otto nigdy wcześniej nie był. Popatrzył pytająco na swoją towarzyszkę, a ona bez słowa nacisnęła klamkę. Widać uznała, że lepiej działać niż gadać.
Poczuł, że dłonie spociły mu się z wrażenia. Mocniej przycisnął do ciała zeszyt, który miał pod pachą, i zanim wsunął się do pomieszczenia, jeszcze się rozejrzał. Wprawdzie w pałacu poza nimi dwojgiem była tylko służba i matka hrabiego, a babcia Erdmuthe, ale wolał się upewnić, że nikt go nie widzi. Wchodząc do gabinetu hrabiego za jego córką, przekraczał granicę, której przekraczać nie powinien.
– Co my tu robimy? – odezwał się półgłosem, gdy zamknął za sobą drzwi.
– Mówiłam ci. Muszę ci coś pokazać – odparła spokojnie, chociaż dobrze wiedział, że i ona nie była tu częstym gościem. Hrabia cenił prywatność i nie lubił, gdy mu przeszkadzano w jego samotni.
Oboje byli w niej intruzami, mimo to Otto uznał, że szkoda byłoby się nie rozejrzeć. Uspokoił się na tyle, że zaczął błądzić wzrokiem po wnętrzu, rejestrując kolejne elementy wyposażenia: duże, rzeźbione biurko, na którym stał telefon z czarnego bakelitu, ogromny fotel z bardzo ciemnego drewna, gablotę wypełnioną książkami i drugą, w której ujrzał kilka sztuk broni palnej, chyba starej, sądząc po zdobieniach z mosiądzu i masy perłowej. W rogu pokoju, pod oknem, stała prosta drewniana skrzynia, nie duża, ale i nie mała, zamknięta na kłódkę. To przy niej klęczała Erdmuthe, w której dłoni podzwaniał pęk kluczy. Chłopak nawet nie zauważył, skąd go wzięła, ale szybko się zorientował, że musiała wyjąć go z biurka, bo górna szuflada wciąż była wysunięta.
– Nie odważysz się – powiedział i znowu się spocił. Gdyby hrabia go tu zobaczył…
– Papy nie ma, więc nigdy się nie dowie – odparła, jakby umiała czytać w myślach, nadal majstrując przy kłódce. Szukała właściwego klucza.
Ukląkł obok niej i dotknął drewnianego wieka.
– Co to za skrzynia?
Oderwała od niej wzrok.
– Zawołał mnie wczoraj, żeby dać mi list od mamy. Wtedy ją zobaczyłam.
– Nie widziałaś jej wcześniej?
Pokręciła głową, a on zagapił się na jej piegi. Z bliska wydawało się, że jest ich jeszcze więcej.
– Stoi w takim miejscu, że zasłania ją biurko. Trzeba wejść do pokoju, żeby ją dostrzec, a papa…
– Wiem. Lubi być tu sam – dokończył za nią.
– Właśnie. Ale wczoraj było inaczej. Mama przysłała grubą kopertę, w której był osobny list do mnie. Pierwszy raz. A papa był inny niż zwykle.
– Co to znaczy?
– Sama nie wiem. Mniej energiczny? Jakby… roztargniony?
– I nie zapytałaś go o skrzynię?
– Oczywiście, że zapytałam!
– I co?
– Nie uwierzysz! Powiedział, że zawiera najcenniejszy przedmiot ze skarbca katedry w Cammin. Że dwa lata temu zdecydowano, że skarbiec trzeba wywieźć z miasta, które jest bardziej narażone na bombardowania, i ukryć, żeby nie został zniszczony. Spakowano go do skrzyń. Papa jest zarządcą katedry, dlatego te rzeczy trafiły tutaj. Zostały ukryte w lodowni3 pod schodami, wszystkie z wyjątkiem tej jednej. Wyobrażasz sobie?! Są tu tyle czasu, a ja do wczoraj nic o tym nie wiedziałam! – zawołała, więc zatkał jej usta dłonią, bo przestraszył się, że jej głos może kogoś zwabić.
– Puszczaj! Pachniesz suchymi liśćmi – stwierdziła, kiedy się oswobodziła.
– Nie lubisz chodzić do lodowni – powiedział Otto, który dobrze ją znał. – Boisz się ciemności.
– Nie boję się. Po prostu… wolę jej unikać. Dlatego przyprowadziłam cię tutaj.
– Naprawdę chcesz ją otworzyć? – zapytał cicho.
– Ty nie? – zdziwiła się. – W skarbcu są skarby! To chyba jasne! A ten jest najcenniejszy! Nie chcesz go zobaczyć?
– Hrabia ci nie pokazał?
– Nie. Uznał, że im mniej wiem, tym lepiej. I zabronił mi komukolwiek o tym wspominać.
– To dlaczego mi o tym mówisz?
– Bo ty nie jesteś kimkolwiek. – Wzruszyła ramionami. – Poza tym jeśli cię poproszę, będziesz milczał jak grób.
Patrzyła na niego wyczekująco, więc na potwierdzenie pokiwał głową.
– Nie powinnaś tego robić – zawyrokował.
– Ej, co z tobą! – zdenerwowała się. – Nie jesteś ciekawy?
– Kiedy mój ojciec zaginął, twój pozwolił mamie i mnie tu zostać, chociaż miał już nowego zarządcę i mógł się nas pozbyć. Nie chcę go rozgniewać. Bo dokąd wtedy pójdziemy?
– Ile razy mam ci powtarzać, że o niczym się nie dowie? Nie bądź tchórzem! – prychnęła Erdmuthe zniecierpliwiona i wsunęła do zamka w kłódce właściwy klucz. Rozległ się metaliczny dźwięk i mechanizm puścił.
Otto jak zaczarowany śledził ruchy dziewczyny. Była od niego półtora roku młodsza, za dwa miesiące miała skończyć trzynaście lat, ale zawsze wiedziała, czego chce. Znali się trzy… nie, prawie cztery lata, policzył szybko, i w tym czasie nigdy nie widział, by miała wątpliwości. Nawet teraz. Zdjęła kłódkę i ostrożnie uniosła wieko skrzyni. W szparze, która powoli się powiększała, zamajaczył intrygujący, jasny, sporych rozmiarów przedmiot.
– Co to jest? – szepnął z przejęciem, ale odpowiedziała mu cisza.
Erdmuthe z zachwytem wpatrywała się w znalezisko.
– Chciałabym mieć coś takiego. Na swoje skarby – odezwała się po dłuższej chwili z takim pragnieniem w głosie, że Otto pożałował, że nie może spełnić jej życzenia.
Lipiec nieuchronnie zbliżał się do końca, a sierpień już tupał w progu, czekając na swoją kolej. Ciotka Leokadia, właścicielka imponujących białych dredów, na co dzień zwana Lotką, i powierzone jej opiece podwójnie cioteczne wnuczki – bliźniaczki Marianna i Zośka, oraz wnuk jej przyjaciółki Kostek byli w podróży już dwa tygodnie. Przemierzali polskie drogi niewielką Corsą, spontanicznie wybierając kierunek i zatrzymując się w przypadkowych miejscowościach, gdy przyszła im na to ochota. Podczas tego wspólnego wyjazdu okresy beztroski i spokoju przeplatały się z awanturami, które ciotka nazywała „burzami w szklance wody” i starała się zakończyć, nim w jej samochodzie rozpęta się piekło. Różnice zdań między młodymi podróżnikami dotyczyły zarówno spraw błahych, na przykład tego, co będzie na śniadanie, jak i bardziej istotnych: gdzie zatrzymają się na nocleg i jaki będzie następny cel na ich trasie.
Tego popołudnia właśnie to zajmowało ich najbardziej. Odkąd wyjechali z Kamienia Pomorskiego, wszyscy troje siedzieli z nosami w telefonach, to znaczy błądzili po bezdrożach internetu w poszukiwaniu interesujących miejsc, które warto zobaczyć. Ciotka błogosławiła w duchu tę chwilę ciszy, którą zakłócały jedynie rzucane co jakiś czas nazwy miejscowości i atrakcji turystycznych.
– Trzęsacz – zaproponowała Marianna. – Z ruinami kościoła na klifie. Nad samą plażą!
– Albo Międzyzdroje. Jest molo i punkt widokowy. I Aleja Gwiazd – wyliczała Zośka. – A niedaleko, w Zalesiu, muzeum tajnej niemieckiej broni Bunkier V3 z okresu drugiej wojny światowej – dodała, spoglądając spod oka na Kostka, który siedział z przodu, więc nie mogła widzieć jego miny.
Ale Kostek nie był militarystą ani miłośnikiem niezbyt odległej historii. Zdecydowanie wolał tę wcześniejszą.
– Wolin! – wykrzyknął nagle, a ciotka podskoczyła nerwowo za kierownicą.
– I co tam jest w tym Wolinie? – zdziwiła się szczerze Zośka, przesuwając palcami mapę na ekranie telefonu.
– Jutro zaczyna się Festiwal Słowian i Wikingów – wyjaśnił z entuzjazmem. – Moglibyśmy zahaczyć i pooddychać przeszłością. Zobaczyć pokazy walk, rzemiosł i obrzędów – przeczytał na zachętę. – Super, nie?
– No nie wiem. – Marianna miała wątpliwości.
– Oglądać poprzebieranych facetów, którzy udają, że ze sobą walczą? – Zośka zdążyła znaleźć w sieci zdjęcia z poprzednich festiwali. – Myślałam, że tylko mali chłopcy bawią się w wojnę.
– To nie zabawa, ale rekonstrukcja bitwy – oburzył się Kostek. – O! Tu pisze, że będą też stoiska z biżuterią wykonaną na wzór średniowiecznej. – Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy ta wiadomość zrobiła na siostrach jakieś wrażenie.
– Nie pisze, tylko jest napisane.
– Litości, Mańka! – Przewrócił oczami. – Możesz na chwilę przestać być prymuską?
– Nie jestem prymuską, po prostu dbam o…
– Słyszałaś? Średniowieczna biżuteria! – powtórzyła Zośka z rozmarzeniem. – Takie przedmioty mają duszę.
– Znaczy jakie? – chciała wiedzieć Mańka.
– Oryginalne. Stare. Z historią…
– Widzę zjazd – wtrąciła się ciotka. – Jaka decyzja?
– Wolin! – odpowiedzieli nad podziw zgodnie. Szkoda, że zdarzało im się to tak rzadko.
– Tam będzie mnóstwo ludzi – zauważyła Lotka, która nie przepadała za tłokiem.
– Chciałaś powiedzieć: wikingów – uśmiechnęła się Zosia.
– I Słowian – dodał Konstanty.
A Marianna, napotykając wzrok ciotki w lusterku wstecznym, uśmiechnęła się szeroko.
– Zobaczysz, będzie fajnie.
Przejechali przez most zawieszony nad rozmigotaną w słońcu wodą, minęli dziwny budynek, który wydawał się niezbyt stary, a jednak wyglądał niecodziennie, bo miał dwie przysadziste nibywieże, i już byli w miasteczku. Ciotka skręciła na parking przy muzeum regionalnym, żeby zapytać, gdzie mogą przenocować. Popularne platformy umożliwiające rezerwację pokojów informowały, że Wolin pęka w szwach i wszystkie hotele i pensjonaty są przepełnione.
– Miejscowi wiedzą najlepiej – powiedziała na odchodnym. – Nie ruszajcie się stąd. Zaraz wracam.
Wysiedli z samochodu, żeby rozprostować kości. Po drugiej stronie, na skwerze w kształcie litery „L” ciągnącym się jednocześnie wzdłuż ulicy i nabrzeża, uwijali się ludzie rozstawiający namioty, w których od jutra mieli sprzedawać rękodzieło albo karmić gości festiwalu kiełbaskami z grilla. Wikingów jeszcze nie było widać, nie brakowało za to brodatych, potężnie zbudowanych mężczyzn w czarnych tiszertach z nadrukami. Byli do siebie zaskakująco podobni i wyglądali jak członkowie tego samego bractwa.
– To rzeka? – zapytała Zośka, patrząc na wodę.
– Nie, cieśnina – sprawdził Kostek w telefonie.
Jeśli chodzi o tempo wyszukiwania informacji, nie miał sobie równych. Do niedawna sporo czasu spędzał w internecie, ale kiedy poznał Mańkę i Zośkę, stwierdził, że szkoda na to życia, i do sieci zaglądał wyłącznie w konkretnym celu. Jednak dawne umiejętności pozostały. – Łączy Zalew Szczeciński z Bałtykiem – czytał dalej. – O, to ciekawe! Nazywa się Dziwna, bo woda w niej raz płynie do morza, a raz w przeciwną stronę.
– A to coś, co wygląda jak zamek? – Mańka pokazała budynek, który minęli, zjeżdżając z mostu.
– To stary magazyn na zboże.
– Spójrzcie tam! – Zośka zrobiła kilka kroków w jego stronę, żeby lepiej widzieć drugi brzeg Dziwny.
Poszli za nią. Na wąskim skrawku lądu, który był niewielką wyspą, dostrzegli kryte słomą dachy i unoszące się nad nimi smużki dymu.
– Tam jest Centrum Słowian i Wikingów. I tam odbywa się festiwal – odezwał się Kostek, pociągając nosem, bo znad wody dotarł do nich zapach smażonego mięsa. – Głodny jestem. Może skoczymy coś przekąsić?
Odkąd zerwał z nałogiem nieustannego siedzenia w sieci, dbał o swój żołądek. Był wysoki i szczupły, żeby nie powiedzieć chudy. Można było odnieść wrażenie, że wcześniej systematycznie zapominał o tym, że czasem trzeba jeść. Teraz było to nie do pomyślenia. Jakby jego organizm próbował odrobić zaległości.
– Ciotka kazała nam czekać – przypomniała Marianna.
– Poszła i przepadła. Nudno tak stać – poparła Kostka Zośka. – Pójdziemy tylko na chwilę, a ty możesz zostać.
– Aha! I co jeszcze? Ani myślę! – zdenerwowała się Mańka.
– Dokąd się wybieracie? – zapytała ciotka, która w swoich wiecznie niezasznurowanych trampkach nad kostkę poruszała się bezszelestnie, więc nic dziwnego, że ich zaskoczyła.
– Ni-gdzie – zająknął się Konstanty.
– Na krótki spacer. Nic wielkiego. – Zośka popatrzyła z żalem na namioty, których było coraz więcej.
– Później, moi drodzy – odparła Leokadia i ruszyła w stronę auta. – Najpierw podjedźmy do hotelu.
Wsiadła do samochodu i czekała, aż zajmą miejsca.
– To jednak są jakieś wolne pokoje? – zapytała z nadzieją Marianna, zapinając pas.
– W pewnym sensie. – Białe dredy ciotki zatańczyły wokół jej głowy, a niebieskie oczy zalśniły, gdy się uśmiechnęła.
– Co to niby znaczy? Dokwaterują nas do jakiegoś wikinga? Czy do Słowianina? – Zośka spojrzała na ciotkę podejrzliwie.
– To by nie było takie złe – ucieszył się Kostek.
– To by było fatalne!
Ciotka westchnęła teatralnie, więc zamilkli.
– To w zasadzie nie jest hotel – wyjaśniła, skręcając w ulicę Zamkową, a zaraz potem w Wojska Polskiego. – Raczej stary, poniemiecki dom z pokojami do wynajęcia. Właściwie nie wiem, jak go nazwać, bo pokoje są tylko trzy. Ale jeden już czeka na nas. Poprosiłam kobietę w kasie muzeum, żeby zadzwoniła i przekazała wiadomość, że już jedziemy.
– Jak to poniemiecki? – zainteresowała się Marianna.
– No tak to, bo nasze Pomorze Zachodnie do końca wojny należało do Niemiec, więc Wolin był niemieckim miasteczkiem. Dopiero potem granice zostały przesunięte i znalazł się w Polsce. Niemcy zostali wysiedleni, a ich miejsce zajęli przybywający z różnych stron Polacy.
– Ale ten dom na pewno istnieje? – Konstanty bez skutku próbował namierzyć go w internecie.
– Nie ma go w sieci. Właścicielka nie założyła nawet strony internetowej, bo standard nie jest najwyższy.
– To skąd bierze klientów? – zdumiała się Zośka.
– Podobno wystarczy, że zapytają kogoś w miasteczku. I jakoś zawsze tam trafiają.
– Niebywałe.
Ciotka Lotka tego nie skomentowała, bo uważnie obserwowała drogę, żeby nie przeoczyć kolejnych skrętów. Nie używała nawigacji, widocznie zapamiętała wskazówki usłyszane w muzeum.
– Co to znaczy, że standard nie jest najwyższy? – zaniepokoił się nagle Kostek.
– Nie wiem – odparła, skręcając po raz ostatni, ostro w lewo, w Mostową. – To jedyne dostępne miejsce, więc nie wnikałam w szczegóły.
Zatrzymała Corsę przed starym, piętrowym budynkiem z czerwonej cegły, z ciemniejszymi gzymsami i takimi samymi obramowaniami okien. Miał chyba ze sto lat, a może i więcej. Siedzieli w ciszy, kontemplując widok jak z początku ubiegłego stulecia.
– Nie, to nie może być tutaj – odezwał się w końcu Kostek nieswoim głosem. – Nie ma nawet szyldu!
– A jednak – odparła Leokadia, która po rozmowie w muzeum wiedziała, czego się spodziewać.
– O nie… – jęknął. – Myślicie, że mają tu wi-fi?
Niestety wi-fi było w tym miejscu wynalazkiem z przyszłości. Właścicielka nibypensjonatu bez nazwy, siwiejąca, szczupła sześćdziesięciolatka, wyjaśniła, że sama korzysta z internetu w telefonie.
– Goście jakoś się dotąd nie skarżyli – powiedziała pogodnie i wskazała im drogę na piętro.
– Naprawdę? Musieli być wyjątkowo mało wybredni – skwitowała z przekąsem Zośka, taszcząc walizkę po wąskich, drewnianych schodach, które trzeszczały przejmująco, jakby zaraz miały się rozpaść.
Za nią szła Marianna, a na końcu Kostek. Ciotka została na dole, żeby pogawędzić z gospodynią i można było odnieść wrażenie, że znają się od dawna, a nie od pięciu minut. Ciotka już taka była. Szybko nawiązywała kontakty. Może to jej uśmiechowi zawdzięczali to szczególne lokum.
Pokój był nieduży i zastawiony meblami. Cztery łóżka i stolik z dwoma krzesłami nie pozostawiały zbyt wiele przestrzeni. Ściany malowane wałkiem w kwiatowe wzory wyglądały jak nie z tej epoki. Piec z zielonych kafli wciśnięty w narożnik także. Ale widok był ładny, na wodę, nad którą coraz niżej pochylało się słońce.
– Jeśli zostawimy walizki na podłodze, nie będziemy w stanie przejść przez pokój – zauważyła Zośka trzeźwo, rozglądając się po ciasnym wnętrzu. – Może wstawić je pod stół?
– Zamawiam łóżko pod oknem – ogłosiła Mańka i klapnęła na kocu w kratę, którym było przykryte.
– No nie, ja też chciałam!
– Ciekawe, gdzie jest łazienka… – Kostek wyszedł z pokoju, ale zaraz wrócił. – Na końcu korytarza – zaraportował. – A obok jest kuchnia. Można usiąść i pogadać, jakby co.
– I jak wam się podoba? – Ciotka Lotka, która dotarła na pierwsze piętro nieco zdyszana, była tak zadowolona, jakby załatwiła im darmowy nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. – Wspaniały, prawda? Co macie takie miny?! Wydawało mi się, że chcieliście pooddychać przeszłością. Tu macie niepowtarzalną okazję.
Bliźniaczki popatrzyły oskarżycielsko na Konstantego, który nie wiedział, jak się bronić.
– No co?! Wy też chciałyście tu przyjechać! Poza tym mnie się nawet podoba. Czasem trzeba zrezygnować z nowoczesności, żeby przeżyć coś bardziej… – Patrzyły na niego wyczekująco, więc zmieszał się i nie mógł znaleźć odpowiedniego określenia.
– Właśnie. Dobrze to ująłeś – przyszła mu z pomocą ciotka. – Przeżyć coś bardziej. Prawda, dziewczynki? – Mrugnęła do Zośki. – Zwróciłaś uwagę na piec? Na pewno ma duszę!
Zośka zrobiła dziwną minę.
– Może i tak. Zajmę się nim później, bo na razie lecimy rozejrzeć się po okolicy. – Spojrzała wymownie na siostrę i Kostka.
– Właśnie – podchwyciła Marianna, która już stała w progu gotowa do wyjścia. – Pa, ciociu!
Wyszli tak jak stali, w krótkich spodenkach i tiszertach, bo dzień był piękny i wieczór też zapowiadał się ciepły. Kostek przytomnie zabrał ze sobą plecak, w którym zawsze nosił zapas wody dla całej trójki. A czasem nawet coś na ząb, ale nie tym razem. Bylo poźne popołudnie i prowiant został już zjedzony.
– Nie wracajcie późno! – zawołała za nimi ciotka.
– Uff! Nareszcie trochę przestrzeni! – odetchnęła Zośka, gdy znaleźli się na ulicy.
– Nie przesadzaj, pokój jest całkiem przytulny. – Marianna, która we wszystkim starała się dostrzegać pozytywne strony, nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała studzić emocji.
– Nadmierna przytulność jest szkodliwa.
– Dokąd idziemy? – przerwał im Kostek, który wiedział, że to najlepszy sposób na ucięcie dyskusji, bo ta mogła trwać w nieskończoność.
– Przejdźmy się wzdłuż nabrzeża, a potem skręcimy do rynku. – Zośka natychmiast się rozpogodziła. – Takie miasteczka zawsze mają rynek.
– Ładnie tu – zachwyciła się Mańka, kiedy po chwili dotarli do mariny.
Zobaczyli jachty zacumowane przy pomoście. Słońce złociło ich maszty i dzioby, te prawdziwe i te, które odbijały się w wodach Dziwny. W przedwieczornym świetle strzechy drewnianych „słowiańskich” domostw na przeciwległym brzegu nabrały ostrości.
– I pomyśleć, że moglibyśmy nocować tutaj – odezwała się Zośka, patrząc na budynek z dużymi oknami, w którym mieściły się pokoje gościnne.
– Nie moglibyśmy – sprowadziła ją na ziemię Marianna. – Przecież podróżujemy spontanicznie i nie rezerwujemy noclegów z wyprzedzeniem.
Pomysł tej spontanicznej wakacyjnej podróży zrodził się w głowie taty bliźniaczek, który pragnął z całą rodziną powłóczyć się po Polsce w czasie urlopu. Niestety komplikacje po zapaleniu wyrostka niemal przekreśliły ten plan. Na szczęście w samą porę w ich rodzinnym Gdańsku pojawiła się ciotka Lotka, która zgodziła się go zrealizować.
– No wiem. Ale to nie znaczy, że wszystko musi mi się podobać – westchnęła Zośka.
Tymczasem Kostek włączył nawigację w telefonie i został samozwańczym przewodnikiem wycieczki.
– Gdzieś tu, po lewej stronie, są ruiny starego kościoła. Świętych Wojciecha i Jerzego – powiedział i spojrzał w bok. – Tam! Chodźmy zobaczyć!
Ruszyli w kierunku krzyża, który stał między niskimi blokami. Fundamenty świątyni obsadzono tujami i trzmieliną o biało-zielonych liściach. Zatrzymali się przed kamieniem z pamiątkową tablicą informującą, że świątynia została założona przez biskupa Ottona z Bambergu w 1140 roku. Wolin był wtedy biskupstwem, które później, po zniszczeniu miasta w wyniku najazdu duńskiego w 1176 roku, przeniesiono do Kamienia Pomorskiego.
– Po tym, co przydarzyło się nam w Gdańsku4, chyba jestem uzależniony od historii – wyznał Kostek w zadumie. – Niby nic, kilka kamieni, a już robi mi się dziwnie w środku.
– Chyba mam podobnie. Ale to nie są zwykłe kamienie. Mają dziewięćset lat – uświadomiła mu Marianna.
Ona też pomyślała o gdańskiej przygodzie, dzięki której się poznali i polubili. I odkryli sekret gdańskiego kapra Paula Benekego. A teraz znowu trafili na pamiątki z przeszłości, które działały na wyobraźnię.
– Idziemy dalej? – zniecierpliwiła się Zośka. Ona jedna nie wpadła w refleksyjny nastrój. To nie było w jej stylu. Poza tym za bardzo jej się spieszyło, żeby zobaczyć wszystko, co było do zobaczenia.
Nie uszli daleko. Po kilkudziesięciu krokach zatrzymali się na placu przy kolorowych tablicach postawionych tu z myślą o turystach.
– „Początki słowiańskiego Wolina sięgają VIII wieku – czytała Mańka. – Wtedy to na lewym brzegu Dziwny osiedlili się pierwsi przybysze. W następnych dwóch stuleciach w tym samym miejscu, gdzie początkowo mieściła się mała osada rybacka, wyrosło jedno z największych emporiów w północnej Europie, z ogromnym jak na tamte czasy portem mierzącym około trzystu metrów długości. Dogodne położenie na skrzyżowaniu wodnych i lądowych szlaków, kontrola nad handlem płynącym z całego dorzecza Odry oraz bogactwo ryb w otaczających wodach umożliwiło ówczesnemu Wolinowi dynamiczny rozwój. Przybywali do niego podróżni z całego świata”. To musiało być wspaniałe miasto – skomentowała. – Patrzcie, tu jest rekonstrukcja portu.
Przez chwilę przyglądali się drewnianej zabudowie ciągnącej się wzdłuż brzegu, wielu pomostom i łodziom, które wyobraził sobie autor tej wizualizacji. Dawny Wolin musiał się bardzo różnić od współczesnego. Wtedy był pełen życia. Teraz wydawał się sennym miasteczkiem, które dzięki turystom i uczestnikom festiwalu na chwilę się przebudziło.
Kostek spostrzegł trzecią tablicę, która na dłużej przykuła jego uwagę. Spojrzał na mapę w telefonie.
– Na tej wysokości był kiedyś most – powiedział. – Niemcy walczyli o niego z Rosjanami i wysadzili go w 1945 roku. To ciekawe! Opisał to potem niemiecki oficer, który dowodził tą akcją. Tu jest fragment, w którym wspomina, jak zakładali ładunki wybuchowe. Zrobię zdjęcie.
– Wiesz, że już drugi raz powiedziałeś dzisiaj „to ciekawe”? Zmienia ci się osobowość – zakpiła z niego Zośka.
– Wcale nie! – obruszył się.
– Ale na korzyść! – zapewniła pospiesznie Mańka. – Kiedyś interesowało cię tylko to, co działo się w sieci, a teraz…
– Teraz co? – zapytał zaczepnie.
– Nie wiem, chyba… wszystko inne.
Rozchmurzył się trochę, kiedy to usłyszał.
– Zróbmy sobie fotkę na tle wody – zaproponował. – Wyślemy Justynie pozdrowienia z wakacji.
– Chyba ty wyślesz. – Bliźniczki uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
Justynę Modłę, młodą i bardzo ładną policjantkę, poznali w czasie swojej gdańskiej przygody. Mimo upływu czasu Kostek wciąż pozostawał pod jej urokiem.
– Oj, ja czy my, nieważne! Nie bądźcie wredne! – Pstryknął zdjęcie i od razu wysłał. – Trzeba podtrzymywać takie kontakty. Nigdy nie wiadomo, do czego mogą się przydać.
– Jasne! – parsknęła Zośka.
Mańka spiorunowała ją wzrokiem.
– Tam jest pizzeria – spróbowała zmienić temat. – Ładnie się nazywa: Z Innej Bajki. Chcieliście coś przegryźć…
– Jedzenie nie ucieknie. Jesteśmy blisko rynku, zajrzyjmy tam i zaraz tu wrócimy – zaproponował Kostek, lokalizując restaurację na mapie.
Jednak rynek okazał się wielkim rozczarowaniem, bo w niczym nie przypominał rynków, które znali. Spodziewali się placu otoczonego kolorowymi kamienicami, jednak po wojnie została z niego tylko jedna pierzeja i ślad w nazwie ulicy, która tak się właśnie nazywała: Rynek. Stały przy niej domy wyglądające na nowe. W dodatku tylko z jednej strony. Naprzeciwko był znany im już skwer, na którym wciąż panował ruch przed rozpoczynającym się jutro wydarzeniem. Przy coraz liczniejszych namiotach gromadzili się gapie, głównie nastolatki i dzieci, które ciągnęły rodziców w kierunku stoisk, mimo że jeszcze nie można było tam nic kupić.
Dalej był parking, obok którego Kostek i dziewczyny natknęli się na plan miasta. Postali przed nim chwilę. Centrum Wolina było naprawdę niewielkie. Kościoły, dawny ratusz, muzeum i domy z przełomu XIX i XX wieku – były tuż-tuż, na sąsiednich ulicach, niemal w zasięgu wzroku.
Potem skręcili w wąską ulicę Katedralną, minęli zabytkowy Kościół Świętego Mikołaja, który został odbudowany dopiero w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia, i wyszli wprost na pizzerię.
– Zadzwoń do cioci – powiedziała do Konstantego Marianna. – Na pewno też jest głodna.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1 Niemiecka wieś nosząca do 1945 roku nazwę Benz, nazywa się obecnie Benice i po zakończeniu drugiej wojny światowej, po zmianie przebiegu zachodniej granicy naszego kraju, znalazła się w Polsce, w obrębie Pomorza Zachodniego.
2 Cammin – obecnie Kamień Pomorski.
3 Lodownia – piwnica do przechowywania lodu.
4 O gdańskiej przygodzie Marianny, Zośki i Kostka opowiada książka Piracki spadek.
Kiedy w XV wieku kompletowano załogę karaweli „Piotr z Gdańska”, zaciągnęła się na nią także nastoletnia Eli przebrana za chłopca. Przez dwa lata pływała na kaperskim okręcie z kapitanem Beneke, któremu podczas bitwy morskiej uratowała życie.
Dzięki ciotce Lotce, maniakalnie kupującej stare klucze w antykwariatach, historię tę poznają bliźniaczki Zośka i Marianna oraz ich nowy znajomy Kostek. Tak nudno zapowiadające się wakacje zmieniają się w ekscytujące śledztwo, wiodące do skarbu z XV wieku, którego część do dziś możemy podziwiać w Gdańsku.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Skrzynia
Hotel z duszą
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
