Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Szepty Karkonoszy. Między światami” Sławomira Meredyka to pełna wyobraźni opowieść, w której sudeckie legendy splatają się z losami trzynastoletniej Dagusi. Dziewczynka niespodziewanie staje się duchem i odkrywa nieznane oblicze rodzinnych stron. Spotkania z Duchem Gór, krasnoludami i mieszkańcami zamkowych ruin prowadzą ją ku nowym przyjaźniom i pytaniom o własne miejsce w świecie.
Siłą tej książki jest ciepło, z jakim autor pisze o swoich bohaterach. Humor i przygoda sąsiadują tu z samotnością, tęsknotą i potrzebą przebaczenia. Szczególnie porusza opowieść o Miedziance, przypominająca, że za historią miejsc stoją ludzkie losy.
Polecam tę książkę młodym miłośnikom fantastyki i dorosłym, którzy lubią poznawać Sudety poprzez legendy i opowieści. Jej lektura zachęca, by odwiedzić opisane miejsca i odkryć ich historie oraz tajemnice.
Jarosław Szczyżowski
„Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że „Szepty Karkonoszy. Między Światami” to lektura skrojona pod młodzież, to w rzeczywistości jest to opowieść absolutnie uniwersalna. Pokazane w niej wartości – potrzeba bliskości, siła przebaczenia, lojalność, szacunek do przyrody i drugiego człowieka – wybrzmiewają z jednakową siłą niezależnie od tego, ile mamy lat. To książka mądra, niosąca w sobie głęboki, humanistyczny przekaz, który w naszym zabieganym, chaotycznym świecie jest tak bardzo potrzebny. Przypomina o prawdach niby oczywistych, a jednak w codziennym pędzie tak łatwo spychanych na margines.”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 212
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
SŁAWOMIR MEREDYK
szepty Karkonoszy
MIĘDZY
światami
tom 1
Jelenia Góra 2026
Projekt okładki
Małgorzata Bączek
Korekta i redakcja
Emilia Kobielska
Współpraca
GEORGIA JOŚKO
© Sławomir Meredyk, 2026
© Wydawnictwo AD REM, 2026
Seria
SZEPTY KARKONOSZY
Tom 1. Między Światami
ISBN 978-83-68497-84-7
Wydano we współpracy z Książnicą Karkonoską
Wydanie na licencji 2026
Wydawnictwo AD REM
Jelenia Góra, Al. Wojska Polskiego 91
www.adrem.jgora.pl
Część 1
Dziwny dzień
Rozdział 1
Zaskakujący poranek
Dagusia otworzyła oczy i przeciągnęła się w łóżku. Za oknem świeciło słońce, a z kuchni dochodził zapach naleśników. Mama przygotowywała śniadanie.
– No dobra, wstajemy – mruknęła do siebie dziewczynka, po czym zeskoczyła z łóżka. Kiedy stanęła na podłodze, ta jakby… nie odpowiedziała. Coś było zdecydowanie nie w porządku.
– Tato musiał naprawić podłogę, bo już nie skrzypi – powiedziała cicho i dla pewności zrobiła jeszcze dwa kroki w prawo, gdzie skrzypienie zawsze było najgłośniejsze, ale i tym razem nie usłyszała żadnego znajomego dźwięku. Utwierdziło ją to w przekonaniu, że po tak długim czasie podłoga naprawdę została naprawiona, tylko ona była zbyt zajęta, aby zwrócić na to wcześniej uwagę. Z zamyślenia wyrwały ją głosy rodziców, którzy prowadzili cichą rozmowę w kuchni. No to trzeba się ogarnąć i brać ten dzień za rogi– pomyślała Dagusia i z uśmiechem rozpoczęła swój codzienny rytuał przygotowań do wyjścia do szkoły. Najwięcej porannego czasu dziewczynce zajmowało zapanowanie nad nieładem na jej głowie. Okiełznanie burzy blond loków możliwe było tylko i wyłącznie za pomocą zastępu wsuwek oraz drużyny spinek do włosów. Czasem, z lenistwa lub nieposkromionej chęci zyskania sobie dodatkowych piętnastu minut snu, nie układała włosów w skomplikowaną konstrukcję, tylko zbierała cały labirynt loków w jeden kucyk, który spinała na górze głowy. Dzięki temu opadające kosmyki maskowały wszystkie niedoskonałości.
Dziś nastał właśnie jeden z tych leniwych dni, więc modelowanie fryzury ograniczyło się do dwóch gumek i uformowania byle jakiego kucyka. Dziewczynka założyła ulubioną bluzkę w paski oraz dżinsy. Potem spakowała do plecaka zeszyty i książki. Wszystko jak zwykle. Normalny wtorkowy poranek w zwyczajnym domu w Jeleniej Górze. Podeszła do lustra i spojrzała na siebie, znów odnosząc wrażenie, że jednak coś dziś jest inaczej niż zawsze. Jej odbicie zdawało się lekko niewyraźne, jak gdyby lustro było bardzo brudne. Pewnie ta chodząca maszyna do psocenia, Tomek, znów umazała czymś lustro – pomyślała.
Ech, rozprawię się z tym urwisem po południu, jak tego sam nie uprzątnie, to najnormalniej w świecie będę zmuszona wypowiedzieć mu wojnę i zaatakować wszystkim, co mam! – postanowiła. – Ale najpierw inne ważne sprawy.
Dzisiaj miała lekcję matematyki.
Dziwne, że mama nie woła mnie na śniadanie – pomyślała. Mama robiła to zawsze, musiała ich ganiać, aby zdążyli ze wszystkimi porannymi obowiązkami.
Dziewczynka zeszła po schodach do kuchni. Mama stała przy kuchence, przewracając naleśniki. Wyglądała na zmęczoną – podkrążone oczy, blada twarz, jak wtedy, kiedy zmagała się z silnym przeziębieniem. Tata siedział przy stole i czytał gazetę, ale jego wzrok wydawał się nie śledzić tekstu, a raczej wróble na drzewie przed domem. Jej młodszy brat, Tomek, budował wieżę z klocków na dywanie w salonie.
– Dzień dobry! – krzyknęła Dagusia wesoło do wszystkich.
Nikt jednak nie odpowiedział.
Zmarszczyła brwi. To dość nietypowe. Zwykle wszyscy odpowiadali na powitanie.
– Halo? Mama? – spróbowała nieco głośniej.
Mama spokojnie odwróciła naleśnika, nawet nie zerknęła na córkę.
– Tato, słyszysz mnie?
Tata przewrócił stronę gazety, całkowicie ją ignorując.
Żołądek jej się ścisnął. Żart. To musi być żart. Tylko że prima aprilis było przecież w kwietniu, a teraz był grudzień.
– Przestańcie, to nie jest śmieszne! – krzyknęła, ale jej głos ginął w powietrzu, jakby nie miał tej samej mocy co zwykle.
Dagusia podeszła do mamy i chciała szturchnąć ją w ramię. Wyciągnęła rękę, a wtedy… jej ręka przeszła przez mamę jak przez powietrze. W dłoni poczuła ciepłe mrowienie – i nic więcej. Mama nawet nie drgnęła.
Dziewczynka krzyknęła i cofnęła się gwałtownie. Potknęła się o próg i… zamiast uderzyć w ścianę, przeniknęła przez nią! Znalazła się w ciemnym schowku na miotły, otoczona mopami i odkurzaczem.
– Co się dzieje?! – jej serce biło jak oszalałe.
Wyszła ze schowka, tym razem ostrożnie. Próbowała dotknąć ściany – i znowu jej ręka przeszła przez nią bez oporu. Ale gdy bardzo się skoncentrowała, myśląc: ściana jest twarda – zatrzymała się. Pod palcami poczuła chłód. Prawdziwy chłód.
– To niemożliwe – wyszeptała.
Dagusia chciała usiąść na krześle przy stole, ale jej ręka przeszła przez oparcie. Zacisnęła zęby. Wyobraziła sobie twardość drewna pod dłonią – wtedy wolno, ostrożnie, jak ktoś siadający na gałęzi nad przepaścią, opuściła się na siedzisko. Siedziała – jednak na czymś, co w każdej chwili mogło zmienić zdanie. Mama postawiła talerz z naleśnikami dokładnie tam, gdzie zazwyczaj siedziała dziewczyna.
– Tomek, śniadanie! – zawołała.
Przecież Dagusia siedziała dokładnie na swoim miejscu! Jej ręka znajdowała się zaledwie centymetry od talerza.
– Mamo, jestem tutaj! – krzyknęła, ale mama patrzyła prosto przez nią; dla niej to było puste miejsce przy stole...
Tomek wbiegł do kuchni i usiadł na swoim krześle. Siostra pomachała rękami przed jego twarzą, ale on nawet nie mrugnął.
– Mamo, muszę iść dziś do przedszkola? Ja nie chcę, bardzo nie chcę, chcę być z wami! – marudził.
– Kochanie, nie pójdziesz dziś do przedszkola, pojedziemy do domu cioci Estery i zostaniesz u nich, dobrze? Mama z tatą mają sporo spraw do załatwienia.
– No jeśli tak trzeba, to w porządku – zgodził się Tomek.
Dziewczynka przysłuchiwała się rozmowie z rosnącym napięciem i zainteresowaniem. Co tu się dziś dzieje? Tomek u cioci, rodzice jacyś dziwni. Przecież dziś nie jest 1 kwietnia, dlaczego rodzina urządziła sobie jakieś upiorne prima aprilis?!
Usiłowała wziąć naleśnika z talerza Tomka, ale jej palce przeniknęły przez jedzenie. Gdy skupiła swoją uwagę, udało jej się dotknąć talerza – był ciepły i gładki – ale nie mogła nic podnieść. Zrobiło jej się słabo.
– To jakiś koszmar – wyszeptała. – To musi być koszmar.
Uszczypnęła się w ramię. Auć! To bolało. To nie był sen.
Spojrzała na swoją rodzinę. Mama nalała soku do szklanek. Tata czytał o jakimś meczu piłkarskim. Tomek zajadał naleśniki z dżemem truskawkowym. Wszystko wyglądało tak normalnie. Tak zwyczajnie.
Tylko to, co działo się z Dagusią, nie było normalne, ona… ona była ignorowana!
– Idę do szkoły – oznajmiła, choć nie była pewna, czy ktoś ją usłyszy.
Sięgnęła po plecak – tym razem udało się za pierwszym razem, bo bardzo się na tym skupiła – po czym wyszła z domu. Nogi miała jak z waty, ale musiała iść dalej. Może w szkole będzie normalnie. Może to tylko w domu coś było nie tak…?
Rozdział 2
Niewidzialna w tłumie
Droga do szkoły wydawała się dziwnie cicha i odległa. Dagusia szła chodnikiem, obserwując ludzi. Pan Hirschfeld z sąsiedztwa wyprowadzał psa. Pani Chodorowa z kwiaciarni wystawiała przed sklep doniczki z chryzantemami. Była to niewysoka, okrągła kobieta z siwiejącymi włosami, upiętymi ciasno na czubku głowy i z zawsze rozpiętym fartuchem w kratę – jak gdyby fartuch nigdy nie nadążał za właścicielką. Kwiaciarnia za jej plecami zajmowała parter starej kamienicy z początku XX wieku, z witrynami tak pełnymi zieleni, że szyby prawie znikały za liśćmi. Na progu leżał wytarty dywanik z napisem „Witaj”, a nad drzwiami kołysał się blaszany szyld w kształcie złamanej różyczki – trochę krzywy, bo wisiał tak od zawsze i nikt już nie pamiętał, kiedy dokładnie się przekrzywił. Dziwny szyld jak na kwiaciarnię, po co złamany kwiatek w logo zakładu florystycznego? Reklama klęski urodzaju – pomyślała. Kwiaciarka ustawiała doniczki z chryzantemami w równym rzędzie, poprawiając każdą z osobna i mrucząc coś pod nosem – pewnie do kwiatów, bo do ludzi na ulicy odzywała się raczej rzadko. Wokół pachniało ziemią i chłodną wodą, to był ten szczególny zapach, który Dagusia tak lubiła od dzieciństwa.
Dzieci z młodszych klas biegły w stronę szkoły.
I wszyscy, absolutnie wszyscy, przechodzili obok niej, nie zauważając jej obecności.
– Dzień dobry, panie Hirschfeld! – zawołała, przechodząc obok sąsiada.
Pan Hirschfeld nawet nie drgnął. Jego pies – duży golden retriever o imieniu Buli – nagle stanął jak wryty i spojrzał prosto na dziewczynkę. Zaczął merdać ogonem i ciągnąć pana Hirschfelda w jej stronę.
– Buli, co ci jest? – zdziwił się pan Hirschfeld. – Tam przecież nic nie ma.
Ale Buli nie dawał za wygraną. Podszedł do Dagusi i zaczął ją obwąchiwać. Wyciągnęła do niego rękę – tym razem ostrożnie – i udało jej się pogłaskać psa po głowie. Pies zamerdał ogonem jeszcze mocniej.
– Widzisz mnie? – wyszeptała. – Ty mnie widzisz!
Buli zaskowyczał radośnie.
– No chodź już, głupi psie – mruknął pan Hirschfeld i pociągnął smycz.
Buli niechętnie ruszył dalej, ale co chwilę oglądał się na dziewczynkę.
Może zwierzęta mogą ją widzieć?
Szła dalej, teraz już uważniej obserwując zwierzęta. Kot siedzący na murku rzeczywiście patrzył na nią i podążał za nią wzrokiem. Wróbel na gałęzi przekrzywił główkę w lewo, potem w prawo. Zdaje się, że przynajmniej zwierzęta wiedzą, że tu jestem – stwierdziła.
Przystanęła przed lustrem w witrynie sklepu. Spojrzała w nie i…
– Ale jak to? – ofuknęła samą siebie. – Przecież w domu, w lustrze widziałam siebie! – Przypomniała sobie jednak, że jej odbicie było niewyraźne, twarz zamglona…
W lustrze zobaczyła ulicę, drzewa, samochody, przechodzących ludzi. Tylko jej tam nie było. Jak wymazana gumką z obrazka narysowanego ołówkiem.
– Nie… to niemożliwe – wyszeptała, dotykając palcami szkła.
Na tafli lustra pojawiły się leciutkie zamglenia, niczym drobne obłoczki pary. Serce zaczęło jej bić szybciej. Czy ona… czy stała się duchem? Ale jak? Przecież wczoraj jeszcze był zwyczajny dzień! Pamiętała wszystko: wróciła ze szkoły, odrabiała lekcje, grała z Tomkiem w planszówkę, zjadła kolację, poszła spać. Wszystko toczyło się normalnie… a może jednak nie wszystko, przecież wstąpiła jeszcze do sklepu po produkty na jej ulubione ciasto bananowe…
A może… może to się stało w nocy? Może coś się wydarzyło, a ona teraz tego nie pamięta?
Dagusia dotarła do szkoły. Przed budynkiem kręcili się uczniowie. Rozpoznała Zosię i Antka stojących przy wejściu.
– Antoś! Zosia! – Podbiegła do nich, machając rękami.
Nic. Kompletnie nic. Rozmawiali dalej, jakby dziewczynka nie istniała. Może robią sobie ze mnie żarty, jak rodzice – pomyślała i postanowiła zostawić sobie rozwiązanie tej zagadki na później. Podeszła do drzwi wejściowych pewnym krokiem. Skoro przeszła przez ścianę schowka w domu, drzwi to żaden problem.
Uderzyła nosem w lakierowane drewno.
– Auć!
Cofnęła się, mrugając ze zdziwienia. Dotknęła powierzchni drzwi – dłoń zatrzymała się na drewnie, jak u zwykłego człowieka. Okej. Więc tak jak z krzesłem. Może po prostu staje się bardziej materialna, kiedy się skupia?
Wyciągnęła rękę w stronę klamki. Jej palce przeszły przez metal jak przez powietrze.
Zmrużyła oczy. Znowu odwrotnie.
Próbowała to jakoś poukładać w głowie. Do schowka wpadła przez ścianę – ale wtedy się bała i w ogóle o tym nie myślała. Na krześle usiadła – tego jednak też nie planowała, po prostu… usiadła. Teraz planowała przejść przez drzwi – i nos trafił w drewno. Chciała nacisnąć klamkę – i ręka przeszła przez metal.
Ktoś poprzestawiał wszystkie przyciski – przeszło jej przez myśl.
Znów musiała wytężyć zmysły, jednak nie na tym, żeby przejść – tylko na tym, że drzwi są. Że drewno jest twarde, że lakier pachnie, że zawiasy są trochę zardzewiałe. Ostrożnie wyciągnęła rękę i tym razem poczuła chłodny metal klamki pod palcami.
No. Nareszcie. Nacisnęła. Drzwi się otworzyły.
– Hej, kto otworzył drzwi? – zdziwił się jakiś chłopak z ósmej klasy.
– Pewnie wiatr. – Dziewczyna obok niego wzruszyła ramionami.
Dagusia przecisnęła się tuż przy nich i wślizgnęła do środka. Dopiero na korytarzu dotarło do niej, że przez drzwi weszła – nie przeniknęła przez nie. Szkoła wyglądała tak samo jak zawsze – długi korytarz z szafkami, tablice z ogłoszeniami, zapach kredy i starego linoleum.
W korytarzu było gwarno. Dzieci śmiały się, rozmawiały, bawiły. Antoś i Zosia przeszli obok niej, wciąż o czymś dyskutując.
– …Ale mówię ci, że jutro mamy sprawdzian z biologii, nie z chemii – oznajmiła Zosia.
– Pewna jesteś? Bo Mati twierdzi, że z chemii – odparł Antoś.
– Mateusz nigdy nie wie, co opowiada. – Zosia odgarnęła włosy za ucho.
Dagusia podążała za nimi, przysłuchując się ich rozmowie. Czuła się jak obserwator, który patrzy na świat zza szyby. Widziała wszystko, słyszała wszystko, ale nie mogła w tym uczestniczyć.
– Słyszałeś, że Dagusi coś się stało i dzisiaj nie przyjdzie? – powiedziała Zosia.
Dagusia zatrzymała się jak wryta.
– Pewnie się rozchorowała – odparł Antoś, grzebiąc w swoim plecaku. – Mam nadzieję, że szybko wróci, bo zapomniałem odrobić matmę, a ona zawsze mi podpowiada – zaśmiał się.
– Jestem tutaj! – krzyknęła dziewczynka. – Stoję dokładnie obok ciebie!
Antoś nie reagował.
Zrezygnowana Dagusia oparła się o ścianę – tym razem uważając, żeby przez nią nie przejść – i poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Nie płakała od bardzo dawna. Nawet kiedy spadła z roweru i skręciła kostkę, czy wtedy, gdy przegrała ważny mecz w siatkówkę. Ale teraz…
Łzy dotarły do policzków i… zatrzymały się. Nie spłynęły. Wisiały niczym małe szklane kulki – zawieszone, niezdecydowane.
Nawet płakać porządnie nie potrafię – pomyślała i to było najgorsze ze wszystkiego. – Co mam teraz zrobić?
Rozdział 3
Lekcja polskiego
Zadzwonił dzwonek. Dagusia weszła do klasy razem z innymi uczniami. Z niemałym trudem udało jej się usiąść na swoim miejscu – pamiętała o koncentracji na materii krzesła, aby nie powtórzyć sytuacji ze schowka w domu. Nikt nie dostrzegał, że dziewczynka tam siedzi. Było to nawet trochę zabawne, kiedyś wiele by dała za bycie niewidzialną, tymczasem dziś ma to w gratisie.
Pani Zimnoch, nauczycielka polskiego, weszła do klasy i położyła teczkę na biurku.
– Dzień dobry kochani – przywitała się z uśmiechem. – Klasa w komplecie?
– Nie ma Dagmary i Gniewka – odparła Zosia.
– Rozumiem. Będą musieli nadrobić, kiedy wrócą. – Pani Zimnoch otworzyła dziennik. – No dobrze. Dzisiaj będziemy pisać dyktando. Cała klasa jęknęła zgodnym chórem. Antoś pobladł. Dagusia wiedziała, że kolega kiepsko radzi sobie z ortografią. Zawsze musiała mu podpowiadać trudne słowa.
Spojrzała na niego ze smutkiem. Tym razem nie będzie mogła mu pomóc.
Pani Zimnoch zaczęła dyktować:
– „Wycieczka do lasu była niezapomnianym przeżyciem. Szliśmy wąską ścieżką, podziwiając piękno przyrody…”.
Antoś z trudem bazgrał w zeszycie. Przy słowie „przeżyciem” zawahał się, patrząc z rozpaczą na kartkę. Wielokrotnie wpisywał wyraz, w wersji z „ż”, na zmianę z wersją z „rz”, zaraz potem kreślił. Z nerwów gryzł końcówkę od długopisu.
Coś przepłynęło przez nią od środka – ciepłe, rozchodzące się falami aż po czubki palców.
– Co jeśli… co jeśli spróbuję?
Nie myślała o dotykaniu go. Skupiła się na słowie – na tym, jak wygląda zapisane prawidłowo. Wyciągnęła rękę nie po to, żeby dotknąć kolegi, tylko żeby mu to słowo… przekazać. Znów mrowienie w palcach, silniejsze niż zwykle. Coś przepływało – z niej w jego kierunku.
Antka przebiegł dreszcz, którego nie rozumiał. Rozejrzał się po klasie, ale nic nie zobaczył. Wrócił do pisania.
– Przez „ż”! – szepnęła do niego Dagusia, koncentrując się jeszcze mocniej. Wyobrażała sobie, że jej słowa płyną do jego głowy jak fale radiowe. Antoś wzdrygnął się. Wewnętrzny głos bardzo ostrożnie literował mu trudne słowo.
– Przez „ż” – mruknął do siebie i napisał: „przeżyciem”.
Uradowana dziewczynka krzyknęła:
– To zadziałało! Naprawdę zadziałało!
Pani Zimnoch kontynuowała dyktando:
– „…okolica obfitowała w różnorodne gatunki drzew…”
Chłopczyk znowu miał wątpliwości. Słowo „różnorodne” sprawiało mu niemały kłopot.
– Przez „ó” i „ż” w środku – podpowiedziała mu cicho Dagusia.
Antek zadrżał lekko, zamrugał i zapisał słowo zgodnie z sugestią.
Za każdym razem, gdy skupiała się na dotknięciu go, on się wzdrygał – czuł wtedy na karku zimny oddech, którego przecież nie było – ale słuchał tego wewnętrznego głosu i pisał poprawnie.
Kiedy uczniowie skończyli notować, a nauczycielka poprosiła o odłożenie zeszytów, Antek wyglądał na zaskoczonego.
– Bardzo dziwne – mruknął do Zosi. – Miałem wrażenie, że ktoś mi podpowiada.
– Może to twój wewnętrzny głos w końcu się obudził. – Zosia się zaśmiała.
– Może. – Antek spojrzał na swój zeszyt z niedowierzaniem. – Chyba napisałem najlepsze dyktando w życiu.
Dagusia uśmiechnęła się. Nowa sztuka, którą odkryła, była przyjemna, ale dla niej samej bardzo wyczerpująca. Może bycie duchem nie jest takie złe? Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, bo znalazła sposób, żeby pomagać swoim przyjaciołom.
Rozdział 4
Przerwa i psotniki
Po lekcji polskiego nastąpiła przerwa. Dagusia przechadzała się po korytarzu, obserwując swoich kolegów. Zosia stała przy oknie, rozmawiając z Kasią i Martą o nowej piosence jakiejś gwiazdy pop.
– …Ale ten teledysk jest po prostu genialny! – mówiła Kasia.
– Ja wolę ich starsze kawałki. – Zosia wzruszyła ramionami, zawsze miała swoje zdanie i nie bała się go wyrażać.
Dagusia niespodziewanie zauważyła Mateusza i Pawła – znanych psotników z równoległej klasy – którzy skradali się za Zosią. Od razu zrozumiała, co planują. Chcą przywiązać jej sznurowadła do nóżki stolika przy oknie, żeby Zosia nie mogła odejść!
– Ani mi się waż! – krzyknęła i rzuciła się w stronę koleżanki.
Pobiegła przez korytarz – i odkryła coś niesamowitego: biegła szybciej niż zwykle. O wiele szybciej. Prawie unosiła się nad podłogą!
Nie zastanawiała się. Nie planowała. Po prostu wyciągnęła rękę i musnęła ramię Zosi – odruchowo, jak wtedy, kiedy chce się kogoś zatrzymać, widząc przeszkodę.
Koleżanka zadrżała, czując na karku jakiś zimny oddech.
– Zosia, sprawdź buty – szepnęła do niej Dagusia, skupiając się całą myślą na tym jednym słowie. – Sznurowadła.
Zosia mrugnęła. Raz, drugi. Rozejrzała się niepewnie po korytarzu. Spojrzała w dół na swoje stopy – sznurowadła były już rozwiązane, ale Mateusz i Paweł jeszcze nie zdążyli ich przywiązać do stołu.
– Co… – Zosia zmarszczyła brwi. – Nie pamiętam, żebym je rozwiązywała.
Schyliła się i zawiązała sznurowadła na podwójną kokardkę, bardzo starannie.
Mateusz i Paweł stanęli jak wryci za rogiem, patrząc na siebie z niedowierzaniem.
– Skąd ona wiedziała? – szepnął Mateusz.
– Może to zbieg okoliczności – odparł Paweł, ale nie brzmiał przekonująco.
Dagusia ucieszyła się. Udało się! Uchroniła Zosię przed psotą!
Wyprostowała się. Może nie jest tak źle – mogła robić rzeczy, których wcześniej nie umiała. Pomagać w sposób, w jaki nikt inny nie był w stanie. Reszta przerwy minęła spokojnie. Dziewczynka przechadzała się po korytarzu. Widziała, jak Kuba pomaga młodszej koleżance podnieść książki, które upuściła. Pani sprzątaczka mruczała pod nosem, zbierając śmieci, które ktoś zostawił obok kosza, a pan dyrektor rozmawiał przez telefon.
Wszystko zdawało się takie zwykłe, ale jednocześnie to, co ostatnio się działo, absolutnie takie nie było.
Rozdział 5
Eksperymenty
Zadzwonił dzwonek na lekcję matematyki. Dagusia weszła do klasy i usiadła na swoim miejscu. Pan Gregorczyk, nauczyciel matematyki, zaczął tłumaczyć równania kwadratowe.
Jednak dziewczynka nie słuchała. Miała ważniejsze rzeczy do przemyślenia. Musiała zrozumieć, jak działają jej nowe moce. Co dokładnie potrafi robić? Jakie są granice?
Zaczęła od prostego sprawdzianu. Usiłowała wziąć do ręki długopis ze swojej ławki. Za pierwszym razem jej palce przeniknęły przez niego. Za drugim razem również. Ale gdy bardzo się skoncentrowała, wyobrażając sobie, że długopis jest rzeczywisty i solidny, udało jej się go dotknąć. Był chłodny i gładki pod palcami.
Próbowała go podnieść. Długopis. Żółty, plastikowy, twardy. Leży na ławce. Istnieje. Centymetr, drugi, trzeci – uniósł się nad powierzchnię ławki, drżący, niepewny. Zacisnęła zęby. Czwarty centymetr. I wtedy wysiłek ją pokonał – długopis opadł z cichym stuknięciem.
– Hmm – mruknęła. – Dotykanie rzeczy jest możliwe, ale trudne.
Kolejno zdecydowała się przetestować, czy potrafi przejść przez ścianę. Podeszła do tylnej ściany klasy. Pan Gregorczyk pisał równanie na tablicy, więc nikt raczej nie spoglądał w tamtą stronę. Dagusia wyciągnęła rękę – ta przeszła przez ścianę bez oporu. Cofnęła dłoń. Wtedy pomyślała: twarda, zimna, prawdziwa – tym razem jej palce zatrzymały się na powierzchni.
– Więc mogę w jakiś sposób kontrolować, czy przechodzę przez rzeczy, czy je dotykam – szepnęła do siebie.
Następny eksperyment był odważniejszy. Dziewczynka wzięła głęboki oddech (choć zastanawiała się, czy duchy w ogóle muszą oddychać). Otworzyła okno – skupiając się na tym, że klamka jest realna – i wychyliła się. Nie myślała o wyskakiwaniu. Myślała o powietrzu, o wietrze, przestrzeni za oknem. I po prostu… wyszła.
Nie spadła. Zamiast tego zawisła w powietrzu.
– O rany! – wykrzyknęła, patrząc w dół. Znajdowała się na wysokości pierwszego piętra, około czterech metrów nad ziemią.
Dziewczynka wyobraziła sobie, że unosi się wyżej. I wtedy rzeczywiście, stopniowo zaczęła się wznosić! To przypominało pływanie w wodzie – tylko że w powietrzu.
– Potrafię latać! – uśmiechnęła się szeroko.
Szybowała wokół budynku szkoły, czując wiatr (choć nie miała pewności, czy duchy czują wiatr, czy to tylko jej wyobraźnia). To było fantastyczne! Widziała dach szkoły, boisko, parking. Wszystko z lotu ptaka!
Po kilku minutach wróciła do klasy, przelatując przez ścianę. Pan Gregorczyk wciąż pisał równania, nieświadomy, że jedna z jego uczennic jeszcze chwilę wcześniej latała za oknem.
Dagusia opadła na swoje miejsce, zmęczona. To wszystko było bardzo męczące, ale jednocześnie ekscytujące. Odkrywała świat całkiem nowych możliwości. Na długiej przerwie postanowiła sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Najpierw poszła do toalety, a ta na szczęście była pusta.
Dziewczynka stanęła przed lustrem, tak jak wcześniej rano, ale nie ujrzała w nim siebie… Zaczęła wpatrywać się dokładniej.
Gdy bardzo się skoncentrowała, zdołała dostrzec lekkie zamglenie w miejscu, gdzie powinno być widoczne jej odbicie. Tak jakby jej obecność zostawiała jakiegoś rodzaju ślad w powietrzu, ale jej postać wciąż pozostawała niewidzialna dla ludzkiego oka.
– Zatem lustra mnie nie pokazują – westchnęła pod nosem. – To dość niepokojące.
Wyszła z toalety i zobaczyła Zosię, która robiła coś na telefonie.
– Kasia, chodź, zrobimy sobie selfie! – zawołała koleżanka.
Kasia podbiegła i obie stanęły przy oknie, gdzie było najlepsze światło. Dagusia podeszła do nich i ustawiła się dokładnie między nimi.
– Uśmiech! – Zosia roześmiała się i zrobiła zdjęcie.
Dziewczynki spojrzały na ekran telefonu, oglądając efekty.
– Super wyszło! – ucieszyła się Kasia.
Dagusia również zerknęła na zdjęcie. Zosia i Kasia uśmiechały się do aparatu. A między nimi… nic. Puste miejsce. Nawet nie lekkie zamglenie jak w lustrze.
– Więc aparat też mnie nie widzi – westchnęła.
Aparat jej nie rejestrował. To jednak nie znaczyło, że nie mogła oddziaływać na przedmioty.
Była jak… no właśnie: jak duch.
Następnym pytaniem było: czy wszyscy mogą ją poczuć, gdy ich dotyka, czy tylko niektórzy?
Dziewczynka postanowiła się przekonać. Przez resztę dnia podchodziła do różnych osób i je dotykała, obserwując ich reakcje.
Pan Gregorczyk – żadnego odzewu. Musnęła jego ramię podczas lekcji, ale on nawet nie drgnął.
Pani Zimnoch lekko zamrugała. Gdy dotknęła jej dłoni, przez sekundę wyglądała na zdezorientowaną, ale potem kontynuowała pisanie w dzienniku.
Antoś – wyraźna reakcja. Za każdym razem, gdy go dotykała, wzdrygał się i rozglądał wokoło.
Zosia – podobnie jak Antek. Czuła dotyk i wyglądała na zaskoczoną.
Kiedy Dagusia na korytarzu dotknęła ramienia młodszej dziewczynki z drugiej klasy, ta gwałtownie się zatrzymała i obejrzała za siebie.
– Kto to? – zapytała, patrząc dokładnie w miejsce, gdzie stała Dagusia.
– Widzisz coś? – zapytała koleżanka.
– Nie wiem… dziwne… czuję, jakby ktoś tu był – odparła dziewczynka, skonsternowana.
Dagusia odkryła wzorzec: młodsze dzieci i jej rówieśnicy wyczuwali ją lepiej niż dorośli. A zwierzęta ją widziały.
Rozdział 6
Lekcja historii
Ostatnią lekcją tego osobliwego dnia była historia. Pani Krauza weszła do klasy, niosąc stos map i książek.
– Dzisiaj będziemy rozmawiać o lokalnej historii Jeleniej Góry – oznajmiła, rozwijając mapę na tablicy. – Nasze miasto jest bardzo stare i ma wiele fascynujących opowieści.
Dagusia, która siedziała na swoim zwykłym miejscu (już nie musiała tak bardzo się koncentrować, żeby usiedzieć na krześle), szczerze zainteresowała się wykładem nauczycielki. Historia zawsze była jednym z jej ulubionych przedmiotów.
– Kto z was słyszał o Zamku Chojnik? – zapytała pani Krauza.
Kilka osób podniosło ręce. Dagusia również się zgłosiła, z przyzwyczajenia, po chwili jednak opuściła rękę, przypominając sobie, że nikt przecież jej nie widzi.
– Zamek Chojnik stoi na skale za miastem – kontynuowała nauczycielka. – To jedno z najstarszych i najpiękniejszych miejsc w naszym regionie. A z zamkiem związana jest pewna legenda.
Pani Krauza przysiadła na swoim biurku i spojrzała na klasę.
– Dawno, dawno temu, w zamku mieszkała piękna księżniczka o imieniu Kunegunda. Była mądra, wykształcona i… bardzo wybredna, jeśli chodzi o kandydatów na męża. Jeśli mam wam to ładnie określić: miała upiorne wręcz poczucie humoru…
Klasa zaśmiała się.
– Wszyscy rycerze z okolicy chcieli ją poślubić – kontynuowała. – Ale Kunegunda nie chciała wyjść za kogoś, kto nie byłby naprawdę odważny i wyjątkowy, lub też po prostu nie chciała wyjść za mąż. Postawiła więc warunek.
– Jaki? – zapytała żywo tym zaintrygowana Zosia.
– Kunegunda przyrzekła, że poślubi tylko tego rycerza, który galopem okrąży zamek, nie spadając w przepaść. Ścieżka wokół zamku jest bardzo wąska i niebezpieczna, z jednej strony strome skały, z drugiej przepaść.
– I udało się to komuś? – zapytał Antek.
– Nie – stwierdziła pani Krauza z lekkim smutkiem w głosie. – Wielu rycerzy próbowało, ale wszystkie konie bały się wąskiej ścieżki. Część z nich zawracała, inni ginęli, spadając z urwiska. Żaden nie zdołał objechać zamku dookoła. Kunegunda czekała i czekała, ale jej wymarzony rycerz nigdy się nie pojawił. Dożyła starości, samotna w swoim zamku.
– To smutne – westchnęła Zosia.
– Ale to nie koniec tej historii. – Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo. – Ludzie mówią, że duch Kunegundy do dziś wędruje po zamku. Podobno w pełnię księżyca można ujrzeć zjawę, jak stoi na murach i patrzy w stronę drogi, oczekując swojego rycerza.
Klasa zamilkła. Tymczasem Dagusia właśnie dokonała odkrycia! Duch. Kunegunda jest duchem.
Tak jak ona.
Serce zaczęło jej bić szybciej (choć nie była pewna, czy duchy mają serca, czy może poczuła to z przyzwyczajenia). Jeśli Kunegunda jest duchem, to znaczy, że Dagusia nie jest w tym sama! Oczywiście, jeśli faktycznie jest duchem, a nie czymś innym… Może Kunegunda będzie wiedziała, co się z nią stało? Może wyjaśni jej, jak to wszystko działa?
– Czy ktoś z was był kiedyś na Zamku Chojnik? – zapytała pani Krauza.
Kilka osób podniosło ręce.
– Ja byłam tam z rodzicami w zeszłym roku – przytaknęła Zosia. – To piękne miejsce, ale trochę straszne. Wszystko tam jest zrujnowane i ciemne. Ale jest tam Jędrek! On tylko dodaje zamkowi vibe’u.
– To prawda – potwierdziła nauczycielka. – Zamek jest w nienajlepszym stanie, ale wciąż przyciąga turystów. Może kiedyś pojedziemy tam wszyscy na wycieczkę klasową? Wtedy wszyscy będziecie mogli poznać Jędrka, to bardzo interesujący człowiek. Nazywa siebie „kasztelanem zamku” – dodała.
– Tak! – zawołała klasa.
Dagusia nie mogła się już doczekać końca lekcji. Musiała odwiedzić ten zamek. Musiała znaleźć Kunegundę.
Rozdział 7
Plan
Gdy na koniec lekcji zadzwonił wyczekiwany dzwonek, Dagusia pierwsza zerwała się do wyjścia. Skupiła się na klamce – chłodny metal, realna klamka – nacisnęła i ruszyła korytarzem, zanim ktokolwiek zdążył wstać od ławki. Odczuła lekką satysfakcję. Nauka nowych umiejętności nie była prosta, ale dziewczynka miała pewność, że z czasem wszystko uda jej się opanować. Teraz myślami była już na Chojniku. Zamek znajdował się na skraju miasta, na wzgórzu porośniętym lasem, około półtorej godziny drogi pieszo spod domu. A może krócej, jeśli wykorzysta swoje nowe umiejętności?
Dziewczynka jednak najpierw chciała sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Wróciła do klasy i podeszła do swojej ławki. Otworzyła plecak (znowu z wielką koncentracją – trzymanie rzeczy nie należało teraz do najłatwiejszych czynności) i wyjęła zeszyt.
Znalazła czystą kartkę i spróbowała coś napisać. Z początku jej ręka przenikała przez ołówek. Potem udało jej się go złapać. Wtedy skupiła się maksymalnie i… zdołała narysować lekką linię!
To działało! Ale było niesamowicie męczące.
Napisała drukowanymi, litera po literze: JESTEM TUTAJ. DAGUSIA. Litery jednak zaczęły niemal natychmiast blednąć, a przy kolejnej próbie ręka odmówiła jej posłuszeństwa. Żywi patrzyli na ślad, lecz nie potrafili go odczytać. Zostawiła kartkę na swojej ławce i wyszła.
