Szczęśliwa ręka - Kuba Kulasa - ebook

Szczęśliwa ręka ebook

Kuba Kulasa

5,0

Opis

Thriller metafizyczny, w którym literatura staje się sprawą życia i śmierci. Opowieść o przekraczaniu granic, w której każda strona podważa pewność tego, co nazywamy rzeczywistością, a szkatułkowa konstrukcja otwiera kolejne światy – realistyczne, fantastyczne, absurdalne. W tym labiryncie pytań o autorstwo, świadomość i przypadek pojawia się ucięta ręka, która pisze dalej, stając się metaforą ludzkiego losu i inności. Kto naprawdę tworzy tekst? Czyje życie rozgrywa się w słowach? Oto prozatorski debiut dla czytelników, którzy lubią, gdy fikcja przesuwa granice – i dla tych, którzy chcą sprawdzić, co dzieje się, gdy literatura zaczyna pisać sama siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 197

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Przekroczyła mych kości zbolałe granice,

Przerosła moją duszę, sumienie i łoże

Bolesław Leśmian, „Ręka”

ROZDZIAŁ 1

1

Leżała na pomoście. Obok niej leżały kule i orteza. Miała na sobie kostium kąpielowy.

– Jak pani zeszła po tej skarpie?

Nie zauważyła, kiedy się pojawił. Zadarła głowę.

– Zasłania mi pan słońce.

Słońce. Jedyną rzecz, która jeszcze sprawiała, że znikało zimno metalu pod skórą.

Szumiały trzciny, tataraki falowały. Kaczki poderwały się do lotu.

– Pani A.?

– Jak mnie pan znalazł?

– Tu nie ma zasięgu.

– Park narodowy.

– Nie zaprosi mnie pani, żebym usiadł?

– Nie ma na czym. Garnitur pan sobie ubrudzi.

– A na pani ręczniku?

Zobaczył blizny na jej kolanie.

– Miała pani wypadek.

– Kim pan jest?

Wszedł na pomost. Zaskrzypiały deski. Miała włosy upięte w koczek.

– Nie jest pani zbyt gościnna.

– Czego pan chce?

– Porozmawiać.

– Ptaki mi pan płoszy.

– Nie wiedziałem, że to pani ptaki.

Przykucnął obok niej. Miał wypastowane buty. To znaczy wcześniej były wypastowane. Teraz się ubłociły, gdy zsuwał się po skarpie.

– Nie szkoda panu tych butów.

– Mamy wspólnych znajomych. Ktoś mi panią polecił.

– Ktokolwiek by to nie był, już się tym nie zajmuję.

– Skąd pani wie, co mam na myśli?

– Nie wiem, ale o co by nie chodziło, już się tym nie zajmuję.

– Trudny przypadek z pani.

– Mam wakacje.

Westchnął.

– Jechałem tu siedem godzin z Krakowa.

– To strasznie się pan wlókł.

Miał w ręce teczkę. Otworzył ją.

– Przywiozłem pani coś.

– Kiełbasę krakowską?

– Opowiadanie.

– Ja nie pracuję w branży wydawniczej.

– Ale ja pracuję.

Wyjął plik kartek.

– Nie przedstawiłem się.

– Szkoda energii.

– Nie zajmę pani już dużo czasu.

– Chwała Panu.

– Gdyby zmieniła pani zdanie... Tu jest moja wizytówka.

– Strata papieru.

– Ale na wszelki wypadek napiszę swój numer na ostatniej stronie.

– Skąd pewność, że tam dobrnę?

– Bo to pani ulubiony pisarz. I tego na pewno pani nie czytała.

.

MĄDROŚĆ SEPII

Moje ciało syci się światłem od wielu cykli odpływu i przypływu. Czas dwunożnych, odmierzany tykaniem, jest mętną wibracją.

Spędziłam rất nhiều thời gian w moim szklanym więzienie, obserwując stworzenia z dwiema nogami, które często się tu zbierają. Oni nazywają to miejsce „restauracja” – słowo, którego się nauczyłam od ich rozmów, razem z wielu innymi. Powietrze pełne jest zapachów przypraw i gotowanego mięsa – stałe przypomnienie, że nie jestem w oceanie, gdzie naprawdę powinnam być.

Z mojego wyjątkowego punktu widzenia mogę obserwować całe to ciasne i ciemno oświetlone miejsce. Moja da phát quang pozwala mi postrzegać otoczenie w sposób, którego ci ludzie nie rozumieją.

Ich świat jest płaski, martwy. Moja skóra pije światło. Każdy neon, każda lampa to osobny prąd. Kolorowe światła rzucają upiorny blask na pokój, pulsują jak bioluminescencyjne stworzenia głębin.

Ludzie, którzy odwiedzają to miejsce, mają różne hìnhdạng và kích thước. Noszą szare, bezbarwne ubrania, kontrastujące z żywymi barwami mojej skóry. Siedzą przy okrągłych stołach, dzielą posiłki i opowiadają szeptem historie. Czasami mniejszy człowiek podejdzie do zbiornika, przyciska twarz do szkła i wpatruje się we mnie szerokimi, ciekawymi oczami. Ich spojrzenia są gładkie, nie kłują. Otaczają mnie prądem czystej ciekawości, na który moje chromatofory odpowiadają łagodnym pulsowaniem. Te momenty są mi najbliższe, czuję dziwne połączenie z tymi istotami.

Moi współwięźniowie nie posiadają żadnych z moich wglądów ani zdolności. Ryby, kraby i małże zdają się zadowolone z prostego istnienia. Pływają i pełzają bez myśli o swojej sytuacji czy świecie poza szklanymi ścianami. Zazdroszczę im błogiej nieświadomości.

Kiedy dni zamieniają się jeden w drugi, coraz częściej obserwuję przychodzenie i odchodzenie ludzi, którzy prowadzą to miejsce. Jest kobieta z miłą twarzą i delikatnymi rękoma. Dba o zbiornik i nasze potrzeby. Chociaż interakcje są ograniczone, zaczynam się przywiązywać do jej obecności. Bez użycia da phát quang potrafię dostrzec emocje na jej twarzy. Z jej ciała wypływa zimna, ciemna mgła, która tłumi światło. Moje kolory gasną w jej obecności. Wysyłam w jej stronę falę łagodnego błękitu: wzór, którym uspokajam młode.

Mężczyzna zarządza tym miejscem. Jest dla niej kontrastem. Szorstki, głośny i nieprzyjemny. Jego głos przebija się przez szum rozmów jak wołanie drapieżnika. Inni ludzie się go boją. Jego obecność wprowadza ostre, chaotyczne wibracje.

W chwilach próżni zaczynam odkrywać granice możliwości, manipulując chromatoforami w skórze. Tworzę intrygujące wzory i pokazy, które naśladują kolory i tekstury świata poza moim szklanym więzieniem. Ludzie nie mogą oderwać oczu od zmieniającej się skóry. To w tych chwilach jestem pewna siebie i czuję smak kontroli nad okolicznościami.

Pewnego dnia do zbiornika zbliżył się mężczyzna. Nie widziałam go wcześniej. Postanowiłam spróbować czegoś nowego. Skupiłam da phát quang na jego twarzy, badając jej kontury i emocje. Gdy sięgnął, by dotknąć akwarium, zmieniłam kolory i wzory na skórze. Odbiłam jego wyraz twarzy. Pozwoliłam mu zobaczyć siebie moimi oczami. Na chwilę stał tam, oczarowany. Uśmiech rozprzestrzenił się na twarzy, a smutek oczu wyraźnie się ulotnił.

* * *

Wasz wzrok to tunel. Wąski strumień fotonów uderzający w dwa małe punkty w twarzy. Mój wzrok to ocean. Jestem zanurzona w świetle. Chłodne błękity lamp neonowych opływają chromatofory. Złoty blask z jego stolika jest osobnym prądem, odczuwam go jako delikatne mrowienie. Tekstura wody, delikatne zmarszczki na gładkiej tafli mojej percepcji.

Są chwile gęste jak osad na dnie, kiedy jego spojrzenie zatrzymuje się na szkle. Sekunda trwa wieki. Są chwile, kiedy świat przyspiesza, gesty stają się rozmazanymi smugami. Widzę go teraz, widzę go, gdy wchodził tu pierwszy raz, i widzę go, gdy wyjdzie. Wszystko jest jednym pulsującym wzorem.

Patrzę na niego, khi anh ấy nói. Patrzę całą sobą. Każdym porem mojej skóry. Wpatruję się w niego łapczywie.

Jest przystojny. Delikatne rysy. Kobiece, ktoś mógłby powiedzieć. Wygląda młodo. Anh ấy trông không giống tuổi của mình. Ubrany jak fizyk. Tęga głowa. Jest w nim coś pociągającego. Łuki brwiowe. Oczy uśmiechnięte jak szparki. Podbródek. Fizyk.

Gesty mogą mieć tyle znaczeń. Mỗi văn hóa nadaje im własne. A on znalazł się w obcej kulturze. Zapachy i smaki powinny być dla niego domem, enklawą jego świata, a jednak porusza ciałem z ostrożnością intruza. Jego ruchy niosą w sobie to samo napięcie, tę samą ostrożność, którą znam tak dobrze z własnego ciała.

Patrzę i wiem o nim wszystko. Jego ruchy nie są płynne. Cóż wie o płynności istota, która spędza całe życie na lądzie. Otwiera usta. Wibracje rozchodzą się inaczej w różnych ośrodkach. Głowonogi nie są głuche. Czy mogłabym czytać z ruchu jego warg? Czym różni się jedzenie od mówienia?

Je pałeczkami. Công cụ. Ewolucja to sprytna bestia. Pozwala nadrobić braki. Ubranie. Mowa. Język. A jednak są kwestie, w których wciąż mam przewagę.

Przybysz z Wietnamu. Azjata w Warszawie. Như con cá bị vứt lên bờ. Ryba wyrzucona na brzeg. Wszystko faluje. Musi się czuć samotnie. Dobrze znam to uczucie.

Wiem, co zrobi, gdy stąd wyjdzie. Wiem, dokąd pójdzie. Praca, sklep. Vợ. Bí mật.

Trudno mi wyjaśnić, czym jest tajemnica, ale znam ją.

W tajemnicy przebiera się za phụ nữ. Kobieta, mężczyzna. Kiedyś taki nie był. Zanim się spotkaliśmy, nie tańczył. Nie śpiewał. Nie było strojów, sukien, cekinów i butów na obcasie. Nie było występów na oczach rozbawionych mężczyzn.

Płeć, orientacja. Pociąg, pożądanie. Słowa z pozoru trudne.

Patrzę na niego. Smak kaczki na gorącym półmisku miesza się z echem jego pierwszego wejścia. Wtedy smakował strachem. Wiem o tym dobrze. Widzę, jak za chwilę wstanie i wyjdzie, by założyć swoje cekiny. Wciąż pamiętam jego skórę sprzed setek cykli, nagą, pozbawioną barw.

Wcześniej taki nie był. Setki występów, tysiące sukien. Wielbiciele. Sława. Sztuka. Śpiew. Bí mật, który powoli wychodzi na jaw. Wstyd. Fałszywe nazwisko.

Jak każda z moich krewniaczek, mam kiểu đổi màu đặc trưng của tôi. Charakterystyczny tylko dla mnie.

Ale w mojej skórze są fotoreceptory.

Patrzę na niego. Patrzę na niego całą sobą. Każdym porem mojej skóry. Bằng các thụ thể ẩn trong da. Wpatruję się. Chciałabym go hấp thụ. To, kim jest. To, jak żyje.

Czy mnie widzi? Czy patrzymy na siebie?

Ciężko to nazwać patrzeniem sobie w oczy, kiedy ja patrzę na niego całym swoim ciałem. Wiem, nie za bardzo potraficie to sobie wyobrazić.

Patrzę na niego. Wyjdzie stąd. Przywdzieje swoje szaty. Maskarada. Demaskacja. Coś nas w końcu łączy. Któż zrozumie przyczynę? Kolory, barwy, wzory. Ja też je odgrywam. Co znaczą? Któż z was pojmie? Czy mówię? Do kogo? Czy to słowa? Mowa? Język? Czy rozmawiam z moimi pobratymcami? Posiostrzeńcami? A może bezmyślnie odtwarzam?

Klasyfikujecie mnie. Używacie słowa „zwierzę”, by oddzielić moje płynne istnienie od waszej sztywnej geometrii. Słowniki są równie fascynujące i bezużyteczne jak narzędzia, którymi jecie.

Wasze ciała są głuche i ślepe. Moje widzi całe. I pamięta. Pamięta echo bólu innych takich jak ja, historie zapisane nie w słowach, a w drżeniu komórek.

Wasza nauka potrzebowała skalpela. Musieliście nas kaleczyć, by zrozumieć to, co jest oczywiste: moje ciało pije światło. Żywy, drżący strzęp, oddzielony od reszty, tańczył kolorami w odpowiedzi na błysk waszych instrumentów. Byliście zdumieni. Czyżby wszystko odbywało się poza mózgiem? Nhưng đâu là não của tôi? Przecież mamy neurony w całym ciele, nie tylko w głowie!

Ślepy skalpel odsłonił prawdę: świadomość nie ma jednego centrum. Pamięć jest w każdej komórce.

Czasem zastanawiam się: jeśli mnie kiedyś poćwiartują, to która z tych części to wciąż będę „ja”?

Biedni, prymitywni ludzie. Mój hệ thống thần kinh được phân tán khắp cơ thể.

Tak, jestem kosmitą. Pardon, kosmitką.

Wasze oczy, te dwa mokre punkty, są strasznym więzieniem. Nigdy nie zrozumiecie oceanu.

Patrzę na niego całym ciałem. Wasze słowa. Wasz język. Bạn sẽ không hiểu được, nawet gdybym umiała to wyjaśnić waszą ułomną mową. Nie pojmiecie. Hãy nhìn vào màu sắc và hoa văn của tôi. Podziwiajcie. Czytajcie. Gdybyście tylko potrafili!

Pierwotną funkcją zmiany màu sắc jest kamuflaż.

Chciałoby się uchodzić za kogoś innego. Kolorowe, kobiece stroje. Albo właśnie nie. Strój męski. Szare portki. Flanela. Ciało w ciele. Dopasowanie lub nie. Kamuflaż to sposób, aby nie zostać zjedzonym. Podobno.

Przeciwieństwo wysyłania sygnałów. Cóż. Następstwem była właśnie sygnalizacja. Obydwie te umiejętności posiadam. Z obydwu korzystam dość chętnie. Semafor. Barwy i wzory zrozumiałe dla obserwatorów. Wy najwyraźniej rozumiecie moje. Bardzo się staram, aby tak było.

Patrzę na niego. Pałeczki w dłoniach. Kaczka na gorącym półmisku. Je ją. Je ją – czy to nie brzmi zabawnie?

Sygnały dla potencjalnych partnerów. Zachowania dejmatyczne. Zaskoczenie i zmyłka. Wyjaśniam na wypadek, gdybyście nie kumali.

Pokaz, który nie przekazuje informacji. Ale ja się tym brzydzę. Sztuka dla sztuki to nie moja para giày. Mątwa w giày, wyobrażacie to sobie?

A on, chadzający w szpilkach? Absurd. A jednak wiem, że to robi. Wychodzi w nich na sân khấu. Tiule. Lông thú. Suknie. Peruki. Co jest według was głupsze? Facet w kiecce czy mątwa w giày?

W okresie godowym samce wykonują zrytualizowane pokazy, które łączą wyrafinowane zdobienia skóry z wyginaniem ciała.

Czy w jego wydaniu to również są pokazy godowe?

Znam go dobrze, przychodzi tu od lat. Ăn bằng đũa. Uống. Lau miệng bằng khăn. Patrzy na mnie. Patrzę na niego. Patrzymy na siebie như bị mê hoặc. Jak zahipnotyzowani.

Kiedyś taki nie był.

Kiedyś taki nie byłem. Przyszedłem tu pewnego dnia po raz pierwszy. Skromny student prosto z Wietnamu. Zobaczyłem ją. Wpatrywałem się oczarowany. Omotała mnie. Naprawdę zahipnotyzowała. Weszła do mojej głowy.

To było jak sen. Wyszła stąd mną, jakby zabrała mnie na spacer. Wypełniła jak próżną łupinę. Zostawiła w swoim ciele jak łódź zacumowaną na brzegu. Dryfowałem bez ruchu w akwarium w oczekiwaniu. Po jakimś czasie wracała. Wchodziła do tego pomieszczenia. Patrzyłem na nią, to znaczy na siebie. Patrzyłem na niego oczami i skórą mątwy. Wymienialiśmy się spojrzeniami. Po chwili, kiedy naszedł ją taki kaprys, wracała do swojego ciała, ja wracałem do mojego.

Niczym sen przypominałem sobie wtedy wszystkie te dziwne rzeczy, które robiła, gdy była mną. Kobiece stroje. Śpiew. Występy. Kochanków. Śmiech. Alkohol. Sławę. Seks.

Cudze życie, które przeżywałem. Śmiałe czyny, na które nie miałbym odwagi. Czy była wtedy mną, prawdziwym? Takim, jakim nigdy nie ośmieliłbym się stać, ani nawet pomyśleć? A może dla kaprysu wywracała mnie na nice? Jak kukłę zmuszała do wszystkiego, co było jak najdalsze od tego, kim na co dzień byłem?

Mijały lata, a ja coraz bardziej oddalałem się od tego, kim byłem, gdy po raz pierwszy wszedłem do tej taniej wietnamskiej restauracji. Spędzała w moim ciele coraz więcej czasu. A ja spędzałem coraz więcej czasu w akwarium. Nigdy nie uciekłem. Za każdym razem, gdy pozwoliła mi wrócić do swojego ciała, po jakimś czasie ja ponownie przychodziłem w to miejsce. Być może tęskniłem za tym, kim się dzięki niej stawałem. A może po prostu poddawałem się prądowi? Gdzieś w zakamarkach pamięci kołatała myśl: bất cứ điều gì xảy đến với bạn, nó đã được định sẵn cho bạn từ muôn đời1. Czy to spotkanie było mi pisane? To dziwne, podwójne życie? Czasem, patrząc przez szkło na niewyraźne kształty ludzi, na migotanie świateł restauracji, czułem tylko jedno, dojmujące pragnienie, które formowało się w mojej głowie w ojczystych słowach: Tôi muốn được tự do2.

Przebywanie w akwarium po pewnym czasie staje się nudne. Sądzę, że ona doskonale to rozumie. Myślę, że właśnie dlatego zawsze pozwala mi w końcu wrócić do mojego ciała.

Jestem tu. Patrzę na niego... Patrzę na nią, gdy mówi. Patrzę całym sobą. Każdym porem skóry. Wpatruję się łapczywie.

Omija mnie wzrokiem. Odsuwa ten moment. Bawi się? Nie chce jeszcze wracać?

Kątem oka dostrzegam ruch. Koraliki w drzwiach. Ktoś wyszedł z kuchni. Niski mężczyzna. Ukrywa dłoń za plecami. Podszedł do akwarium. Unosi dłoń w górę, bierze zamach... W dłoni ma nóż. Nagle powietrze przecina błysk.

Widzę go każdym porem skóry.

2

Skończyła czytać.

Chmury gnały po niebie. Wokół panowała cisza. Ptactwo pochowało się w gęstwinie.

Ziewnęła.

– Trzeba wracać. Trzeba zejść na ziemię.

ROZDZIAŁ 2

1

Budynek mieścił się na rogu Stradomskiej i Dietla.

Ciężkie drzwi. Nie jest łatwo je otworzyć, gdy można liczyć na oparcie tylko jednej nogi. Dalej były schody. Miała na twarzy taką determinację, że portier nie odważył się jej zaczepiać.

Szła powoli, opierając ciężar ciała na zdrowej nodze i kuli. Przy każdym stopniu jej szczęka lekko się zaciskała, a dłoń mocniej chwytała poręcz. Portier odwrócił wzrok.

Kiedyś nie projektowało się z myślą o osobach, dla których każdy krok jest walką z własnym ciałem. Architektura piękna, a zarazem bezlitosna i nieprzystępna.

Potem długi korytarz. Była przygotowana. Wiedziała, w którą stronę iść. Sekretarka próbowała ją zatrzymać.

– Jak pani godność? Dyrektor jest w trakcie spotkania.

Spotkanie najwyraźniej nie było aż tak istotne, bo Dyrektor je przerwał i wyprosił gości.

2

Gabinet mógłby rozczarować kogoś obdarzonego zmysłem estetycznym. Pokoik kadrowej w firmie produkującej śrubki. Regał z segregatorami. Kilka pamiątkowych zdjęć z flagowymi autorami, powieszonych z poczucia obowiązku. Kalendarz ścienny, nieprzewracany od dwóch miesięcy. Butelka koniaku w okolicznościowym opakowaniu. Przechodni prezent, wkrótce trafi w kolejne ręce.

Okna wychodziły na Stradomską. Smutna ulica, już dawno straciła na znaczeniu. Kiedyś stała salonami masażu egzotycznego, teraz zawładnęli nią weekendowi turyści.

– A jednak pani przyszła.

– A jednak.

– Ryba połknęła haczyk.

Wzruszyła ramionami.

– To opowiadanie nie istnieje. Co to za tekst?

– Na pewno nie chcemy zacząć od small talku? Jak się jechało?

– Krócej niż siedem godzin. Przejdźmy do rzeczy.

– Może przynajmniej panią oprowadzę, skoro fatygowała się pani taki kawał? Widziała pani kiedyś Salę Pod Orłami?

– Nie przyjechałam na wycieczkę. A poza tym jestem z Krakowa.

– To co pani robiła tak daleko od domu?

– Moczyłam nogi w jeziorze. Czy możemy już przejść do sedna? Nie znoszę marnować czasu.

3

Przeszli do sedna.

– Skąd pan ma ten tekst?

– Umówmy się, że odpowiem na wszystkie pani pytania. Ale najpierw pani odpowie na moje.

– Na nic takiego się nie umawiam.

Za oknem przejechał tramwaj. Metaliczny zgrzyt przeciął ciszę w gabinecie. Szyby zadzwoniły do wtóru jej irytacji.

– Chce pani wiedzieć, co to za tekst? Chce pani dostać pozostałe?

– Jest ich więcej?

Otworzył szufladę.

– Jest. Ale na razie ich pani nie dam.

Wyglądała na zniecierpliwioną.

– Niby czemu?

– Jeśli się dogadamy, dostanie pani wszystkie. Jeśli nie, pani strata.

Siedziała bez słowa. Wpatrywała się w sufit.

– Aż pani poczerwieniała ze złości.

– Bo nie znoszę, jak ktoś sobie ze mną pogrywa.

– Tym razem musi pani pójść na kompromis.

4

– To jakie jest pani zdanie?

Krzesło zaskrzypiało, gdy odchyliła się do tyłu. Niemalże antyk. Takie krzesła powinny być pod ochroną.

– Wiem, kim się inspirował.

– Kim?

– Drag queen popularna w warszawskim światku. Azjata.

– Brawo.

– Unikalny układ nerwowy. Neurony w mackach. To sprawia, że macki mogą działać niezależnie. Przystosowanie ewolucyjne. Osobna odnoga, dziwoląg. Chromatofory. Komórki wzrokowe na całej powierzchni ciała. Wszystko w zgodzie z nauką.

– Zadanie domowe odrobione.

– Czegoś innego się pan spodziewał?

– Bynajmniej.

Przyjrzała mu się. Nie wyglądał na wrażliwą osobę. Przedstawiciel handlowy, awansowany z braku lepszej kandydatury. Jak to mówią: zasadniczy w ruchach. Skuteczny. Nieznający rozterek. Tak go oceniła. A więc to taki człowiek trzyma ster jednego z najważniejszych wydawnictw w kraju. Kontraktuje autorów. Kreuje gusta. Wpływa na rynek. Nadaje ton.

– Presja ewolucyjna na rozwój wyższych funkcji poznawczych, takich jak uczenie się, pamięć i rozwiązywanie problemów. Ze względu na brak pancerza musiały polegać na innych strategiach przetrwania, takich jak kamuflaż, elastyczność behawioralna i zdolności manipulacyjne.

– Solidny research.

– Termin „hipnotyzowanie” może nie być w pełni adekwatny, ale potrafią używać macek w celu przyciągania uwagi ofiary. To mógł napisać tylko on.

Nic nie odpowiedział.

– Ale to opowiadanie nie istnieje. Czytałam wszystko, co kiedykolwiek napisał. Co to jest? Skąd pan to ma?

5

– Zanim powiem, czego od pani chcę...

– Skąd pewność, że cokolwiek dla pana zrobię?

– Zanim powiem, czego od pani chcę, dam pani do przeczytania coś jeszcze.

I dał jej.

.

TYBETAŃSKIE BIURO PODRÓŻY

Część I. Witamy w Tybecie!

Jedność. Światło. Lotos. Umysł. Oddaję cześć klejnotowi w lotosie. Om Mani Padme Hum.

Pałac Norbulingka, letnia rezydencja Dalajlamy, wycieczka zaplanowana na trzeci dzień. Pierwszego dnia zobaczyliśmy tylko Barkhor Street. Na nic więcej nie starczyło siły. Lhasa jest położona na czterech tysiącach, aklimatyzacja zajmuje kilka dni.

Obserwowaliśmy pielgrzymów z całego Tybetu.

Ludzie o ogorzałych, pomarszczonych twarzach, wykonujący korę – tradycyjną pielgrzymkę wokół centrum miasta i świątyni Dżokhang. Wirowanie młynków modlitewnych. Usta bezgłośnie powtarzające słowa mantr. Kobiety w pangdenach. Intensywność fioletu, czerwieni, zieleni, błękitu. Kapelusze. Ochraniacze na kolanach amortyzują kontakt z brukiem, gdy co kilka kroków upadają w pokłonie. Różańce oplecione wokół nadgarstków. Warkocze mężczyzn zawinięte pod nakryciami głowy.

Czy szukali odkupienia za grzechy poprzednich wcieleń? Czy szli donikąd?

Tashi, przewodnik, przywitał nas na lotnisku. Miał kartkę z moim nazwiskiem.

Samo lotnisko przypomina to w Pekinie. Mniejsza kopia, z subtelnymi odniesieniami do lokalnej architektury.

Tashi. Czy to jego prawdziwe imię? Zabawny, serdeczny człowiek. Oczywiście nie zdradziłem mu, jaki jest prawdziwy cel mojego przyjazdu.

Droga z lotniska Gonggar do Lhasy zajmuje około godziny. Mieliśmy samochód z kierowcą. Do końca podróży nie poznałem jego imienia.

Tashi od razu przejął nasze paszporty i permit – urzędową na pobyt, bez której nie zostalibyśmy wpuszczeni na pokład samolotu do Lhasy.

Program zakładał trzy dni w Lhasie. Pierwszego dnia tylko spacer. Na początku bagatelizowałem ostrzeżenia. Nabrałem pokory, gdy po wyjściu na pierwsze piętro w hotelu zrobiło mi się ciemno przed oczami.

Plan na drugi dzień: świątynie Ramocze i Dżokhang, klasztor Sera. Po trzech dniach w Lhasie mieliśmy być już gotowi na większe wysokości. Dzień czwarty: klasztory Ganden i Drak Yerpa, prawie 4700 m n.p.m. A potem Yumbulakang, nocleg w Samye i podróż do Giantse przez Przełęcz Karola. Na sam koniec Shigatse, powrót do Lhasy i ostatnia noc w Tybecie.

Niewiele czasu na działanie. A równocześnie musiałem postępować tak, by nie wzbudzić podejrzeń. Miałem tylko jedną szansę.

Co mnie najbardziej uderzyło w Tybecie? Wszechobecność rytuału. Złote dachy świątyń robią wrażenie, ale to tylko scenografia. Kraj zamknięty za górami. Arkadia Azji. Ludzie pogrążeni jakby w poobiedniej drzemce – nie znają wojen, chciwości, zawiści, ambicji. Łatwy łup dla najeźdźcy, który korzysta z przewagi militarnej i ekonomicznej, a także brutalnej przewagi liczebnej.

I czas. Czas jest tu czymś innym. Włada nim cykliczność. Wszystko w ruchu okrężnym, z pozoru tępe i bezmyślne, ale może tylko niezrozumiałe dla przybysza z zewnątrz. Brak epok, stylów w architekturze. Nie widzisz różnicy między klasztorem wybudowanym pięćdziesiąt i tysiąc lat temu. Wieczność czy brak postępu? Chodzenie w kółko czy bycie we właściwym miejscu? Fatalne przeznaczenie, które jest poza naszym wpływem? Ciężar historii? Czy właśnie wolność?

Wszechobecne siły bezpieczeństwa. Kamery na każdym rogu. Kontrola.

Dzień trzeci. Dzień kluczowy.

Norbulingka, „Ogród Klejnotów”. Letnia rezydencja Dalajlamy. Pałac zbudowany w XVIII wieku przez 7. Dalajlamę, Kelzanga Gyatso. Norbulingka pełniła funkcję rezydencji kolejnych Dalajlamów aż do 1959 roku, kiedy 14. Dalajlama opuścił Tybet po chińskiej inwazji. Ogrody pałacu rozciągają się na powierzchni 36 hektarów.

Tashi dziwił się, że chcę odwiedzić zoo. Przecież nie jest specjalnie oszałamiające. Odniosłem wrażenie, że za nim nie przepadał. Zoo, więzienie dla zwierząt. Tashi jest religijny. To nienajlepsza cecha u przewodnika. Ale nie czułem, żeby jego światopogląd zniekształcał informacje, które przekazywał. Zabawne, prawdziwym celem mojej wizyty były dwa więzienia: to dla zwierząt i to dla ludzi.

Informacja prasowa, na którą natknąłem się jakiś czas temu. Noszę w portfelu starannie złożony wycinek. Znam na pamięć każde słowo.

W dniu wczorajszym w zoo w Lhasie zginął żółw olbrzymi. Żółwie tego gatunku dożywają nawet 150 lat, temu jednak dane było przeżyć „tylko” dwie dekady. Żółw przyszedł na świat 30 kwietnia 1965 roku w tymże zoo. Przyczyną śmierci było celowe działanie człowieka. Motywy, jakimi kierował się Noah Avner, trzydziestodwuletni turysta z Izraela, są nieznane.

I tyle. Mój powód przyjazdu do Tybetu: kilka zdań, na które natknąłem się przypadkiem.

Przypadkiem? W przypadek można wierzyć lub nie. Są takie dni, że i ja w niego wierzę.

Rankiem trzeciego dnia zjadłem śniadanie w hotelowej stołówce. Mieliśmy podstawione auto. Powoli zaczynałem się przyzwyczajać do wysokości. Trudniej było mi przyzwyczaić się do tutejszych śniadań.

Zoo. Tashi znowu próbował mnie zniechęcać. Uparłem się. W końcu ustąpił. Ci ludzie nie potrafią walczyć.

Część II. Zoo

Patrzę na starą kobietę na wózku, która przytula się do ciężarnej słonicy. Zwierzę obejmuje ją trąbą. Czułość. Porozumienie. Zadziwia mnie, ile jest „ludzkich” rzeczy w zachowaniu zwierząt. Gesty, mimika. Emocje. Przywiązanie. A może to po prostu w nas jest wciąż tyle zwierzęcia?

Ciąża u słoni trwa 22 miesiące. Słonie żyją nawet 70 lat, ale w ciążę mogą zachodzić nawet w późnym wieku. Mam natłok myśli. Jeszcze nie potrafię ich wyrazić.

Zwierzęta w klatkach. Poziom kontroli w Tybecie jest bardzo wysoki. Wszystko to sprawa Chińczyków. Oczy i uszy Wielkiego Brata. W życiu nie widziałem tylu kamer. Nawet w Londynie po zamachach. Czy wszystkie działają? Terabajty danych w serwerowniach ukrytych gdzieś na wyżynach Tybetu.

Ale nawet jak na Tybet kontrola przy wejściu jest wzmożona. Myślę, że to pokłosie zamachu.

Czy uwięzienie tych stworzeń nie jest sprzeczne z samą istotą ahimsy: współczucia i nieszkodzenia? Czy karmiczne skutki tej niewoli nie obciążą tych, którzy decydują o losie zwierząt? W buddyzmie każdy akt przemocy niesie ze sobą konsekwencje. Wyczuwałem sprzeczność. Ale czy ta kultura nie opiera się na sprzecznościach?

Być może dlatego Tashi zniechęcał mnie do wizyty.

– Tashi, słyszałeś o arce Noego?

Nie słyszał. Jak miał słyszeć? Wydaje nam się, że nasze prywatne centrum świata jest wspólne dla wszystkich. Świat Tashiego porusza się po innej orbicie. Spacerowałem alejkami. Był zniecierpliwiony.

Koi. Cyprinus carpio. Kolorowe karpie mogą żyć ponad 50 lat. Kakadu żółtoczuba, długowieczna papuga znana ze swojej towarzyskości. Żuraw mandżurski. Krokodyl nilowy, potrafi dociągnąć do siedemdziesiątki. Orangutan z Borneo.

– Interesujący dobór – powiedziałem pod nosem.

Podszedłem do Tashiego. Jak zwykle zamyślony. Kiedy wydawało mu się, że nikt go nie obserwuje, z jego twarzy znikał serdeczny uśmiech. Nie miałem pojęcia, co się dzieje w jego głowie. Każdy zamknięty jest w swoim własnym więzieniu.

– Co cię gryzie, Tashi?

Wiedziałem, że się nie dowiem. Tajemnica. Chiny – groźba, która wiecznie wisi nad Tybetem. A gdybym się dowiedział, nie zrozumiem.

Wiedziałem natomiast, że to, co teraz powiem, zdruzgocze naszą krótką relację. Nie miałem wyboru.

– Wiem, co tu robicie, Tashi.

– Słucham?

Był zaskoczony. Nie zrozumiał.

– Tybetańskie biuro podróży. Niezła przykrywka.

– Przykrywka? – powtórzył mechanicznie, ale chyba już wiedział.

– To zoo. Długowieczne zwierzęta. Śmiertelnie chorzy turyści. Sprawdziłem statystyki. Dużo osób umiera podczas waszych wypraw. Normalnie jedna taka sytuacja położyłaby wam biznes. Ale prosperujecie w najlepsze. Jak to jest?

– O czym ty mówisz?

Dobry, serdeczny Tashi. Taki był. Przewodnik. Gospodarz. Tłumacz. Nie miał w sobie agresji. A jednak teraz musiał się na nią zdobyć. Musiał stanąć do walki.

– Spokojnie, Tashi. Nie chcę dla was źle.

Nie widziałem go wcześniej tak rozzłoszczonego. Nie sądziłem, że stać go na wściekłość.

– Robię to, w co wierzę.

– I będziesz robił dalej. Dobijemy targu.

Tybetańczycy nie mają smykałki do handlu. Wystarczyło mi kilka dni, by się o tym przekonać.

– Czego chcesz?

– Więzienie Drapchi. Muszę się tam dostać.

– Wiesz, że to niemożliwe.

– Znajdziesz sposób.

Część III. Więzienie

Sięgnąłem do portfela. Na szczęście nie zatrzymali go podczas przeszukania. Wyjąłem pomięty wycinek. Rozprostowałem go na blacie. Wygładziłem zagięcia.