Szczęście śpi na lewym boku - Renata Piątkowska - ebook
Opis

Tym razem Renata Piątkowska napisała najprawdziwsze bajki. Barwne, mądre i dowcipne. A każda z bajek opowiada o jakimś przesądzie. Dlaczego ludzie wierzą, że czarny kot jest pechowy, a czterolistna koniczyna przynosi szczęście? Dlaczego odpukujemy w niemalowane drewno i boimy się rozbić lustro? I co takiego ma w sobie guzik kominiarza?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 74

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i opracowanie graficzne:

Beata Kulesza-Damaziak

Copyright © Renata Piątkowska 2007

Copyright © Wydawnictwo BIS 2007, 2014

ISBN 978–83–7551–427–8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Czterolistnakoniczyna

Dawno, dawno temu w wielkim warownym zamku mieszkali król, królowa i ich ukochana córka Rozalia. Królewna miała buzię jak aniołki na świętych obrazkach – troszkę pyzatą i rumianą z uroczymi dołeczkami w policzkach, z niebieściutkimi oczami i złotymi lokami opadającymi na ramiona. Niestety na tym kończyło się podobieństwo do aniołków. I nie chodzi tu o brak skrzydeł, lecz o pokaźne rozmiary Rozalii, która ważyła chyba więcej niż jej mama i tata razem wzięci.

Rozalia jak nikt inny potrafiła docenić talenty nadwornego kucharza. To jej apetyt sprawił, że na zamku podawano już nie tylko pierwsze i drugie, ale także trzecie, czwarte i piąte śniadanie. Zaraz potem był wczesny obiad, gdzie danie główne poprzedzały liczne zimne zakąski i gorąca zupa, a desery ciągnęły się niemalże do podwieczorku, po którym następowała wystawna kolacja. Wstając późną nocą od stołu, królewna kierowała swe kroki prosto do sypialni, gdzie usługujące jej damy dworu już rozścielały królewskie łóżko. A właściwie solidne łoże, które trzeba było porządnie wzmocnić, bo pod ciężarem królewny niebezpiecznie trzeszczało i groziło zawaleniem.

Tam, otulona puchową pierzyną, śniła Rozalia swoje najpiękniejsze sny. A w tych snach była zawsze wiotką jak trzcina dziewczyną, o której względy zabiegali najznakomitsi rycerze. Wszystkie księżniczki zieleniały ze złości, patrząc na lekką jak piórko królewnę. Te zielone panny podobały się Rozalii najbardziej, aż nieraz zaśmiała się głośno przez sen, budząc drzemiące pod drzwiami straże.

I tak upływały jej dni między suto zastawionym stołem a wygodnym łożem. Nadworni krawcy zużywali coraz więcej materiału na suknie dla królewny, a ona nauczyła się omijać wzrokiem swe odbicie w kryształowych lustrach, zdobiących zamkowe komnaty. Wolała stać w oknie i błądzić wzrokiem po królewskich ogrodach i po dziedzińcu, na którym zawsze działo się coś ciekawego.

Pewnego razu ujrzała tam rycerza w srebrzystej zbroi, który dosiadał siwego rumaka. Rycerz też dostrzegł w oknie śliczną buzię królewny i pokłonił się jej nisko. Nagrodzony promiennym uśmiechem, z wrażenia ledwo utrzymał się w siodle.

– Cóż to za anioł stoi tam w oknie? – spytał przejęty, ale w odpowiedzi usłyszał jedynie rżenie wiernego rumaka, jako że nikogo innego nie było w pobliżu.

Niejednego rycerza już zwiodła śliczna buzia stojącej w oknie królewny i niejeden koń już się uśmiał, widząc minę swego pana, który ujrzał potem Rozalię w całej okazałości. Bo obfite kształty wylewające się z obszernej sukni niczym strumień wody gasiły ognisty zapał rycerzy. Nic o tym nie wiedząc, srebrzysty rycerz przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by poznać bliżej tę cudnej urody dziewczynę. Również serce Rozalii fiknęło koziołka i od tej chwili błyszczący jeździec na siwym koniu na stałe zagościł w jej snach.

Królewna dobrze wiedziała, że chcąc go mieć u swego boku na jawie, musiałaby najpierw stracić te wszystkie wałki i wałeczki, których nie dało się już ukryć nawet pod najobszerniejszą suknią.

– Och, przy moim apetycie nigdy nie schudnę! A Srebrzysty tak pięknie wygląda na tym swoim koniu – jęknęła Rozalia, patrząc jednocześnie zazdrosnym okiem na smukłe damy dworu krzątające się wkoło.

– A może przepędzić z zamku naszego kucharza, który tak dobrze gotuje, i przyjąć na jego miejsce jakąś okropną kucharkę, która nic nie potrafi? Albo mogę zamknąć się w pokoju na cztery spusty i przez miesiąc każę podawać sobie tylko suchy chleb i wodę. Och! – Królewna ze złości tupnęła nogą, a w odpowiedzi zadrżały wszystkie żyrandole i szyby w oknach. – Musi być jakiś prostszy sposób – sapnęła i nadąsana opadła na stojące obok krzesło.

Wtedy przez okno wiatr przyniósł z ogrodu zapach kwitnących róż i głos starego ogrodnika, który rozmawiał ze swym pomocnikiem:

– Tak więc czterolistnej koniczyny na próżno byś szukał w naszym ogrodzie. Tu rosną tylko starannie dobrane kwiaty, a ziemia wokół jest dokładnie wyplewiona. Koniczyna zaś woli bujne łąki, gdzie ledwo ją widać wśród wysokich traw, a już ta czterolistna to prawdziwa rzadkość, która jakby specjalnie ukrywa się przed ludzkim okiem. Ten, kto ją znajdzie, może mówić o wielkim szczęściu, bo spełni się jego marzenie.

– Nie może być! – Pomocnik ogrodnika aż rozdziawił gębę ze zdumienia. – To wystarczy znaleźć jakieś zielsko w trawie i można mieć, co się chce?!

– To nie jest jakieś tam zielsko! – oburzył się ogrodnik. – Czterolistna koniczyna rosła kiedyś tylko w raju i zwykli śmiertelnicy pewnie nigdy by jej nie ujrzeli. Ale kiedy przepędzano z rajskich ogrodów Adama i Ewę, Ewa zdążyła zerwać jedną i zabrała ze sobą na szczęście. No i od tego czasu trochę się tych czarodziejskich koniczynek po świecie rozsiało...

Ogrodnik coś tam jeszcze mówił, ale Rozalia już go nie słuchała. Zerwała się na równe nogi, a drewniane krzesło skrzypnęło z ulgą.

– Znajdę ją! Znajdę tę koniczynę! Choć jedna musi przecież rosnąć na królewskich łąkach. A jak już ją będę miała, to spełnią się moje sny! – Uradowana królewna klasnęła w dłonie i okręciła się na pięcie, wygniatając obcasem spory dołek w podłodze.

Rozalia była osóbką porywczą i niecierpliwą, dlatego postanowiła zacząć poszukiwania natychmiast. Chciałoby się powiedzieć, że ruszyła biegiem na pobliskie łąki, ale bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że z wolna potoczyła się w ich kierunku. Dopiero gdy stanęła po kolana w trawie, otoczona bezmiarem zieloności, zdała sobie sprawę, jak trudnego podjęła się zadania. Już łatwiej byłoby chyba znaleźć igłę w stogu siana. Może ktoś inny by się zniechęcił, ale Rozalia zacisnęła tylko zęby i rozgarnęła zielone łodyżki.

Jednak czterolistnej koniczyny nawet w bajkach nie znajduje się ot tak po prostu, królewna buszowała więc w trawie jeszcze do wieczora, a i tak wróciła na zamek z pustymi rękami. Za to była tak zmęczona, że nawet nie spojrzała na suto zastawiony stół, tylko rzuciła się na łóżko i zasnęła. A śniły się jej całe pęki zielonych koniczynek, które wyciągały do Rozalii swoje czterolistne główki. Po przebudzeniu królewna ruszyła na dalsze poszukiwania. Szkoda jej było czasu na wystawne śniadanie, więc porwała ze stołu rumiane jabłko i pobiegła na łąki. Od ciągłego pochylania się bolały ją plecy, pragnienie gasiła w pobliskim strumieniu, a głód nie dał się oszukać jabłkiem i zachęcał ją, by spróbowała poskubać soczystą trawę. Nie poddała się jednak. Wróciła na zamek razem z zapadającym zmierzchem i usnęła, jak tylko zrzuciła z nóg trzewiki.

Trudno w to uwierzyć, ale na poszukiwaniu koniczyny upłynęły Rozalii dwa kolejne miesiące. Każdego ranka wierzyła, że właśnie tego dnia los się do niej uśmiechnie. Dlatego wędrowała coraz dalej i setki razy pochylała się nad trawą, jakby biła przed nią pokłony. Zaniedbała zupełnie pory posiłków, król i królowa jadali więc teraz sami, ale niepokój o córkę odbierał im apetyt. Tymczasem nadworni krawcy każdego dnia musieli zwężać suknie królewny, kucharz zaś szukał sobie nowej posady, bo nikt już nie doceniał jego wyjątkowych talentów.

A Rozalia niestrudzenie przemierzała łąki, przeczesując palcami trawę. Czasem ogarniało ją zwątpienie, ale pół kroku za nim szła nadzieja. A nadzieja to takie błyszczące w słońcu cudeńko, które przysiada gdzieś blisko i szepce: „Próbuj, na pewno się uda. Próbuj dalej”. No i królewna próbowała, aż pewnego dnia wśród łodyżek traw zobaczyła okrągłe listeczki. Liczyła je bez końca i za każdym razem wychodziło jej cztery. Jeśli na łące nie rozległy się wtedy gromkie oklaski i wiwaty, to tylko dlatego, że oprócz Rozalii nikogo tam nie było. Ona sama stała bez ruchu, jakby nie mogła uwierzyć, że oto właśnie jej poszukiwania dobiegły końca. Szybkim ruchem zerwała koniczynkę i nietrudno zgadnąć, o czym pomyślała, trzymając ją delikatnie w palcach.

Zbliżający się tętent końskich kopyt