Najwierniejsi przyjaciele - Renata Piątkowska - ebook + audiobook

Najwierniejsi przyjaciele ebook i audiobook

Renata Piątkowska

4,7

Opis

Niekiedy słyszymy historie o psach, które dokonały czegoś niezwykłego – uratowały człowieka, pomogły mu wyzdrowieć lub nie mogły się z nim rozstać. Takie przykłady psiej wierności, przywiązania i mądrości stały się inspiracją dla wzruszających i dających do myślenia opowiadań. Poznajcie górskiego ratownika Barry’ego i kundelka Czarusia, Reksa, który łowił ryby, terapeutę Bratka, wiernego Hachiko, przewodnika Karmela, sprytną Sabę, dzielnego Basko, Reksa i Dunaja, a także Imkę, najlepszą mamę pod słońcem. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy kochają psy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 60

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 32 min

Lektor: Czyta: Dominika Kluźniak

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0

Popularność




Copyright © Renata Piątkowska

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

ISBN 978-83-7551-496-4

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

W górach pogoda potrafi zmienić się w okamgnieniu, a zimą zmrok zapada tak szybko, jakby słońce nagle dało susa za najwyższy szczyt. Zdarza się też, że po dolinach echem niosą się okropny huk i łoskot. To znak, że ze zboczy zsuwa się lawina i zmiata wszystko, co spotka na swej drodze. Wtedy lepiej siedzieć w ciepłym domu i nawet nosa nie wysuwać za próg. Ale Maria Vincenti miała do domu jeszcze spory kawałek. Szła wydeptaną w śniegu ścieżką przez górską przełęcz, niosąc w ramionach synka, który wiercił się i marudził.

Zaraz potem otuliła synka mocno swoim szalem i pocałowała w zimny nosek. Nadrabiała miną, ale tak naprawdę szła z coraz większym trudem. Ścieżka była oblodzona i przysypana śniegiem. Wystarczył jeden nieostrożny krok, by stracić równowagę. Sprawy nie ułatwiał ani wiatr, ani kręcący się w ramionach synek. Mama przygarnęła go mocniej i sunęła przed siebie. W mroźnej ciszy słychać było tylko skrzypiący pod butami śnieg. Nagle gdzieś wysoko rozległ się dziwny trzask, jakby góry zazgrzytały zębami. I zaraz potem ogłuszający łoskot wypełnił dolinę. Stromym górskim zboczem pędziła na oślep lawina. Ogromne masy śniegu porywały wszystko, co spotkały na swej drodze. Pod naporem lawiny nawet rosnące gdzieniegdzie drzewa łamały się jak zapałki. Pani Vincenti wiedziała, że jeszcze chwila, a cały świat zwali się jej na głowę. Ziemia pod jej stopami zadrżała i nagle jakaś ogromna siła cisnęła nią, jak szmacianą lalką, prosto w skalną szczelinę. Kobieta, przytrzymując dziecko, przywarła całym ciałem do tego wgłębienia. Nad nią sterczał kawałek skalnej płyty, niczym kamienny parasol. Gdy nawałnica przetaczała się po zboczu, kilka lodowych odprysków uderzyło w panią Marię, ale na szczęście lawina nie porwała jej ze sobą. Po chwili zwały śniegu spiętrzyły się za plecami kobiety na kształt białej ściany.

„Już po nas – pomyślała. – Nikt nas tu nie odnajdzie”.

Myliła się. Trochę to trwało, ale po jakimś czasie ktoś wyraźnie próbował dokopać się do Marii Vincenti i jej synka, uwięzionych w skalnej wnęce.

– Pomocy! Tutaj! Tutaj jesteśmy! – wołała kobieta, a malec wtórował jej, głośno płacząc.

Wreszcie w śnieżnej pokrywie pojawiła się dziura. Dwie uzbrojone w pazury łapy poszerzały ją, kopiąc zawzięcie. Wkrótce w otwór wcisnął się czarny nos, a zaraz potem kudłata głowa wielkiego bernardyna.

– Mój Boże, to Barry! Dobry pies! Znalazł nas! Nie płacz już, synku! – Pani Maria jedną ręką przytrzymywała chłopca, a drugą pomagała psu odgarnąć śnieg.

Skąd Barry wziął się nocą na tym pustkowiu? To proste – gdy ktoś w górach potrzebował pomocy, zwykle zjawiał się tam ten pies. Wyszkolony górski ratownik, który wyszukiwał zasypanych przez lawiny ludzi i pomagał tym, którzy zgubili się na górskich szlakach. Miał znakomity węch, był silny i odważny. Ludzie, którzy znali Barry’ego, nie mogli się go nachwalić.

– Ten pies ma szósty zmysł. Potrafi wyczuć zbliżającą się zadymkę śnieżną, a nawet lawinę – mawiali.

– Tak, nasz Barry nie zawaha się pójść na ratunek w najgorszą pogodę. Sprawdzi każdy trop, będzie szukał do upadłego, ale człowieka na zmarnowanie w górach nie zostawi – powtarzali ratownicy i głaskali mądry, kosmaty łeb.

Tej nocy Barry też ruszył z pomocą. Kręcił się właśnie wokół schroniska, gdy usłyszał coś, jakby daleki grzmot. Znieruchomiał, postawił uszy, a jego czarny nos wychwytywał sygnały dla nas, ludzi, niedostępne. W psiej głowie natychmiast pojawiły się skojarzenia: rozpędzona ogromna masa śniegu, ludzie w niebezpieczeństwie, trzeba biec na ratunek.

To nic, że mróz, że noc i zawieja sypie śniegiem w oczy. Nieważne, że zaspy sięgają grzbietu, a kosmyki futra zmieniają się w lodowe sople. Barry pędził przed siebie ile sił w łapach. Dobrze wiedział, że tak trzeba, kiedy się jest psem ratownikiem.

Gdy dotarł do miejsca zejścia lawiny, przez chwilę węszył i kręcił się w kółko. Odchodził, wracał i znowu wsadzał nos w śnieg. Potem już bez wahania pobiegł w stronę przysypanej śniegiem skalnej szczeliny. Tej, w której tkwiła Maria Vincenti z synkiem. Kopał zawzięcie dopóty, dopóki nie usłyszał:

– Pomocy! Tutaj! Tutaj jesteśmy!

Pani Maria, tak jak wszyscy w okolicy, dobrze znała Barry’ego. Krążyły opowieści, że uratował w górach ze czterdziestu ludzi.

– Dobry pies. Dobry – powtarzała raz po raz, kiedy udało się jej wydostać ze śnieżnej pułapki.

Dziecko przestało płakać i przyglądało się Barry’emu z otwartą buzią. Mama tuliła je do siebie i osłaniała przed zimnym wiatrem. Nagle coś ją zaniepokoiło.

– Barry, a gdzie są ratownicy?

Pies zaszczekał, przysiadł obok pani Marii i polizał ją po twarzy. Kobieta rozglądała się dokoła, wypatrując świateł i poruszających się w ciemności ludzi.

– Przyszedłeś tu sam, piesku – domyśliła się po chwili.

Barry podniósł się i znowu zaszczekał, potem złapał zębami rękaw pani Marii i delikatnie pociągnął. Wyraźnie chciał, żeby kobieta wstała i ruszyła za nim do schroniska.

– Nic z tego, Barry – szepnęła. – Nie dam rady. Oberwałam w nogę. Okropnie boli przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Musiałam też uderzyć głową w skałę – dotknęła ręką czoła. – Mam wielkiego guza i czuję się tak jakoś niewyraźnie. Wróć tu z ratownikami. Tylko się pospiesz, bo jest okropnie zimno. No idź już, idź – ponagliła.

Barry kręcił się niespokojnie, jakby nie był pewien, co robić. Wtedy kobieta zawołała:

– Zaczekaj! Mnie nie możesz pomóc, ale ratuj mojego synka. On już ledwo żyje z zimna i ze zmęczenia. Zamarznie, zanim nadejdzie pomoc. – Mówiąc to, pani Vincenti usadowiła chłopczyka na psim grzbiecie.

Malec pochylił się i złapał Barry’ego za obrożę, a wtedy mama przywiązała go do psa swoim szalem. To wszystko działo się tak szybko i było tak zaskakujące, że chłopczyk wyglądał na zupełnie oszołomionego. Poczuł ciepło psiego ciała, a futro połaskotało go w nos. Maluchowi chyba się to spodobało, bo zawołał:

– Pojadę na piesku jak na koniku! Mamo, pojadę na piesku!

– Tak, syneczku. Trzymaj się mocno i nic się nie bój. On cię dowiezie do schroniska. Tam będzie ciepło i ktoś się tobą zajmie. Tylko uważaj, żebyś się nie zsunął – poleciła i ucałowała zimne policzki synka.

A do ucha Barry’ego szepnęła:

– Uratujesz go, piesku, prawda? Pilnuj go, proszę. A teraz biegnij! No ruszaj!

Barry zrozumiał polecenie. Pobiegł z dzieckiem na grzbiecie i po chwili zniknął pani Marii z oczu. Jakim cudem wiedział, w którą stronę iść, nie wiadomo. Na pewno była to zasługa jego niezwykłego, czarnego nosa. Pies ślizgał się po oblodzonych ścieżkach, zapadał w głębokie zaspy, wspinał się pod górę, wbijając pazury w śnieg. Chłopczyk na jego grzbiecie przestraszył się takiej jazdy. Pochlipywał i parę razy zawołał:

– Mamooo! Ja chcę do mamy!

Pewnie nie było mu zbyt wygodnie, bo raz nawet próbował zejść na ziemię, ale na szczęście był mocno przywiązany. Po pewnym czasie Barry zwolnił. Wyraźnie odczuwał ciężar chłopca na swym grzbiecie. Już nie tyle biegł, ile raczej brnął w mokrym śniegu. Na łapach, pomiędzy poduszeczkami, utworzyły się lodowe kule i utrudniały chodzenie. Wreszcie wyczerpany, łapiąc z trudem oddech, dotarł do schroniska. Zaszczekał i położył się na progu. Drzwi otworzyły się natychmiast. Ktoś rozwiązał szal i pochwycił dziecko. Ktoś inny wciągnął do środka psa.

– Dajcie koce i gorącą herbatę!

– Barry, kogo nam tu przyniosłeś? – padały okrzyki.

– Na szczęście z małym wszystko w porządku. Jest tylko zmarznięty i przestraszony.

Barry wreszcie przestał sapać. Napił się wody, a gospodyni wytarła go do sucha. Lodowe kule na łapach roztopiły się same.

– W górach jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Przecież Barry sam sobie tego malucha do grzbietu nie przywiązał. Trzeba spakować sprzęt i ruszać na pomoc. Nie ma chwili do stracenia. Na tym mrozie nikt długo nie wytrzyma.

Ratownicy już zakładali czapki i rękawice, szykowali plecaki.

– Barry, przyjacielu, zaprowadź nas tam. Tylko ty znasz drogę.

Pies podniósł się i otrzepał. Po raz trzeci tej nocy musiał pokonać tę niełatwą trasę w mrozie i zawiei śnieżnej. Nawet jeśli miał wielką ochotę zdrzemnąć się właśnie przy piecu, nie dał tego po sobie poznać. Pierwszy ruszył do drzwi i zaszczekał, jakby poganiał ratowników. Potem biegł niestrudzenie po górskich ścieżkach, tak że ledwo za nim nadążali. Wreszcie doprowadził ich do Marii Vincenti. Przestraszonej, potłuczonej i odrętwiałej z zimna. Ta akcja ratunkowa przeszła do historii. Nigdy przedtem ani potem nie słyszano, żeby jakiś pies ocalił w górach dziecko, niosąc je na własnym grzbiecie.

Na pamiątkę tego zdarzenia postawiono przed schroniskiem niezwykłą rzeźbę. Stoi tam po dziś dzień Barry jak żywy, wyciosany w kamieniu, a na nim przywiązany szalem siedzi malutki chłopczyk i trzyma się mocno obroży. I tak Barry stał się najsłynniejszym ratownikiem górskim. Przez dwanaście lat jego służby każdy, kto zagubił się górach na Przełęczy Świętego Bernarda, mógł liczyć, że pomoc nadejdzie na czas. Pomoc na czterech psich łapach.

Mówię wam, nie ma drugiego takiego psa – powiedział stary rybak i wypuścił z fajki obłoczek dymu.

Reks, jakby wiedział, że o nim mowa, uniósł łeb i postawił uszy. Ten niezbyt duży, łaciaty pies nie był co prawda rasowy, ale na pewno był wyjątkowy.

– Wiecie, że on potrafi nałapać więcej ryb niż ja? – spytał staruszek. Jego przyjaciele, którzy też byli kiedyś rybakami, pokiwali głowami.

– Ano, nie uwierzyłbym, jakbym na własne oczy nie widział – przyznał jeden, gładząc dłonią zmierzwioną brodę.

Zresztą dla nikogo w okolicy nie było tajemnicą, że Reks nauczył się dość niezwykłej jak na psa sztuki – łowienia ryb. Wyglądało to tak:

Kiedy stary rybak przeszedł na emeryturę, zamienił rybacki kuter na wędkę. A znał się na wędkowaniu jak mało kto. Każdego dnia siadał nad rzeką i mocował na haczyku przynętę. Potem zarzucał wędkę, aż linka świstała w powietrzu, i czekał. Mógł tak siedzieć godzinami i patrzeć, jak spławik kołysze się na wodzie. Tuż obok siedział Reks. Może nie do końca rozumiał, po co jego panu wiaderko z robakami i co takiego mężczyzna widzi w tych śliskich, zimnych rybach, ale siedział i czekał. Jak na psa wędkarza przystało, nie wiercił się i nie hałasował. Dobrze wiedział, że o dzikich skokach i szczekaniu nie ma co marzyć, bo jego pan nie raz powtarzał:

– Teraz, Reksiu, ani mru-mru, żebyś mi ujadaniem ryb nie wypłoszył.

Jakim to sposobem pływające w wodzie ryby, które nie mają ani jednego ucha, miałyby Reksia usłyszeć, tego już pan nie powiedział.

Tak więc siedzieli obaj i czekali, aż spławik drgnie na znak, że ryba złapała przynętę. Stary rybak palił w ciszy fajkę, a Reks ziewał i z nudów drapał się łapą po głowie. Aż pewnego dnia nie wytrzymał. Wstał i najpierw obwąchał okoliczne krzaki, potem przeleciał się wzdłuż brzegu tam i z powrotem, a w końcu pochylił się nad wodą. Zobaczył w niej swoje odbicie, lecz żadną miarą nie mógł pojąć, skąd tam się wziął taki podobny do niego pies. Warknął dwa razy, tak na wszelki wypadek, i postanowił popływać. Wszystkie pchły, które mieszkały w jego futrze, uznały, że to strasznie głupi pomysł, ale Reks już płynął. Pieskiem oczywiście.

Oczom zdumionych ryb ukazał się jego okrągły, łaciaty brzuch i dyndające po bokach cztery nakrapiane łapy. Ryby ze zdziwienia pootwierały pyszczki, ale nic nie powiedziały. Jak to ryby. Jedna tylko pomyślała: „A cóż to za dziwadło?”.