Szczeliny istnienia - Jolanta Brach-Czaina - ebook + książka

Szczeliny istnienia ebook

Jolanta Brach-Czaina

4,5

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Filozofia codzienności Jolanty Brach-Czainy bierze się z zadumy na tym, co blisko, dookoła nas, czego doświadcza każdy człowiek. „Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach”.

Obcinanie paznokci, wynoszenie śmieci, ścielenie łóżka, zmywanie naczyń, obieranie ziemniaków – każda z tych czynności ma w oczach filozofki wymiar egzystencjalny i metafizyczny. Brach-Czaina dopatruje się egzystencjalnego sensu zarówno w rodzeniu się czy umieraniu, jak i w jedzeniu czy codziennym krzątaniu się po domu. Podobnie można go dostrzec w każdej z otaczających nas rzeczy, o ile tylko zechcemy zamilknąć i pozwolić tym przedmiotom codziennego użytku, zdarzeniom potocznym, sytuacjom oczywistym i swojskim drobiazgom przemówić.

O ile tylko pozwolimy sobie na myślenie o nich i ich analizę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (14 ocen)
9
3
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katwe

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita książka. Niewielka objętość zawiera ogrom znaczeń , wartości, symboli i esencji istnienia opowiedzianych poprzez rzeczy i czynności codzienności. Autorka wydobywa glebie egzystencji ukryta napozor w prozaicznosci , wręcz banalności naszej codziennej rutyny. To jedna z tych książek które wyrywają się w naszą świadomość, zostają z nami, zmuszają to zatrzymania, autorefleksji i dostrzeżenia upływającej chwili.
00
wandola

Nie oderwiesz się od lektury

Niezwykła! Nic mnie nie zatrzymuje tak, jak książki JBC. Dawkuje sobie po rozdziale, żeby lektura trwała dłużej.
00
augustgwar

Nie oderwiesz się od lektury

Podobno Brach-Czaina była feministką. Może i była, ale "nie za to ją kochamy" ;) "Szczeliny..." to czysta mistyka. Apofatyczna i "bezboga", ale w gruncie rzeczy niezaprzeczalnie chrześcijańska. W pakiecie otrzymujemy m.in. wyjaśnienie, dlaczego weganizm i kremacja zwłok są niewybaczalnymi grzechami...
00

Popularność




Wydanie trzecie, Warszawa 2018

Copyright © by Jolanta Brach-Czaina, 1992

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2014/2018

OPIEKA REDAKCYJNA

Julianna Jonek

KOREKTA

Joanna Dzik, Małgorzata Włodarczyk

WSTĘP

Tomasz Stawiszyński

PROJEKT OKŁADKI, PROJEKT TYPOGRAFICZNY

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/

www.behance.net/OneOnes

SKŁAD I ŁAMANIE

Michał Wysocki

ISBN 978-83-66778-41-2

REDAKTOR NACZELNA WYDAWNICTWA

Julianna Jonek

SEKRETARZ REDAKCJI

Olga Gitkiewicz

Wydanie elektroniczne 2022

Wydawnictwo Dowody na Istnienie

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.dowody.com

[email protected], [email protected]

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Serce istnienia

Trudno cokolwiek powiedzieć o tej książce komuś, kto nic o niej nie wie.

Z pełną świadomością rozpoczynam ten tekst aż nadto czytelnym nawiązaniem do opowiadania O Puszkinie autorstwa Daniela Charmsa, rosyjskiego poety i pisarza z pierwszej połowy XX wieku, lidera grupy OBERIU, mistrza frazy zawieszonej gdzieś pomiędzy sensem i kontrsensem.

Zdanie: „Trudno powiedzieć cokolwiek o Puszkinie komuś, kto nic o nim nie wie”[1], jest po prostu urzekająco piękne. Ale i niepokojące. Przede wszystkim dlatego, że pod pozorem uładzonej poprawności stylistycznej skrywa strukturę głęboko paradoksalną. Każdego, kto nie da się zwieść prawidłowej gramatyce i spojrzy na nie uważniej, natychmiast skonfrontuje z rozległą wieloznacznością języka.

Szczeliny istnienia Jolanty Brach-Czainy – jedna z najważniejszych polskich książek filozoficznych lat dziewięćdziesiątych, czy raczej jedna z najważniejszych polskich książek filozoficznych w ogóle – to podobny przypadek.

Z jednej strony jest to wirtuozerski esej, który – choć w warstwie zewnętrznej pozbawiony przypisów i rozbudowanych odniesień do filozoficznego piśmiennictwa – w istocie mieni się erudycją i bogactwem nawiązań.

Próbując opisać go w trybie konwencjonalnej analizy – a zatem tropiąc źródła inspiracji – wskazalibyśmy z pewnością na Michela de Montaigne’a. Ojca eseju, lecz także pierwszego bodaj filozofa, który w drobnostkach codzienności, a nie w rozległych pojęciowych dywagacjach, rozpoznawał odpryski Sensu. Nie mogłoby tutaj zabraknąć także Sørena Kierkegaarda, pierwszego egzystencjalisty. I przeciwnika wszystkiego, co w filozofii systematyczne, abstrakcyjne, odległe od jednostkowego doświadczenia. Dalej pojawiłby się z pewnością Martin Heidegger ze swoją metafizyką bycia/istnienia. Oraz Emmanuel Levinas, piewca intersubiektywności, specjalista od radykalnych rozważań etycznych. A wreszcie książę Siddhartha. Szerzej znany jako Budda Siakjamuni. Założyciel jednej z największych religii na świecie, mędrzec zapamiętale nawołujący do nieistnienia i wygaszenia wszelkich ludzkich pragnień, przywiązań i uczuć.

Taki to więc byłby krajobraz – rzecz jasna, pełen innych jeszcze nazwisk i tropów – gdybyśmy próbowali w trybie konwencjonalnym opisywać książkę Brach-Czainy. Można by do niego jeszcze dodać antropologię codzienności, cielesności i rzeczy. Inspiracje literaturą, aforystyką, eseistyką z pogranicza filozofii, poezji i memuarystyki. Ale poprzestając na tym, stracilibyśmy z oczu zupełnie inne wymiary, które lektura Szczelin istnienia nam uobecnia. To znaczy: nie tyle opowiada o nich językiem filozofii czy literatury, ile raczej prowadzi czytelniczkę i czytelnika wprost do ich bezpośredniego doświadczenia. W tym sensie opowieść Brach-Czainy nie przypomina właściwie niczego, co do tej pory czytaliście. Jest unikalna pod każdym niemal względem. Nikt tak dzisiaj nie pisze i nikt tak nie pisał wcześniej. Ostatecznie bowiem nie chodzi tu o tekst, ale o szczególne, niepowtarzalne, indywidualne doświadczenie istnienia, które dla każdego jest inne, dla każdego jest niepowtarzalne. Nie ma dwóch takich samych istnień i nie ma dwóch takich samych codzienności. Moja różni się radykalnie od Twojej, Twoja nie przypomina niczego, co moje, choć przecież spełnia się w tych samych dekoracjach, w tej samej architekturze i za pośrednictwem tych samych obiektów.

To, co stanowi o ich unikalności, jest jednak niewidoczne. I na to właśnie naprowadzają nas Szczeliny istnienia. Na kartach tej książki odsłania się fundamentalna ekstatyczność najbardziej banalnych codziennych praktyk i rekwizytów. Owocu wiśni, ciasta na pierogi, obcinania paznokci, krzątania się czy wręcz krzątactwa, wyrzucania śmieci, przyrządzania pieczeni, jedzenia. A przede wszystkim – co jest skądinąd zasadniczym warunkiem możliwości jakiegokolwiek doświadczenia – faktu posiadania ciała. Z całą jego zazwyczaj nieopisywaną, wstydliwie skrywaną „mięsną” fizjologią. Z wydalaniem, płynami ustrojowymi, rodzeniem i umieraniem, zjadaniem innych ciał, a wreszcie znieruchomieniem, rozkładem i powrotem do bezwzględnego cyklu przyrody.

Tu właśnie bije serce istnienia.

Dlatego prawdziwej metafizyki – twierdzi Brach-Czaina – nie trzeba szukać w opasłych księgach, egzotycznych duchowych rytuałach albo psychodelicznych substancjach otwierających na oścież „drzwi percepcji”. Bynajmniej. Ona wydarza się tu i teraz, w tym wszystkim, co najbardziej namacalne, dotykalne, cielesne, intymne, fizjologiczne, bezpośrednie i bliskie. Jak enigmatycznie powiada Wittgenstein w tezie 6.44 traktatu logiczno-filozoficznego: „Nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest”[2].

Tym samym wszelka strzelista, abstrakcyjna spekulacja – o Bogu, dobru i złu, etycznych powinnościach, sensie lub bezsensie śmierci, szczęściu, spełnieniu, sukcesie i porażce – okazuje się dojmująco pusta, jeśli nie ugruntujemy jej właśnie w bezpośredniości tego codziennego, cielesnego doświadczenia.

A kiedy już spojrzymy na nie z tej perspektywy – co Brach-Czaina w swojej książce oczywiście robi – wówczas okaże się, że wiele odruchowo przez nas akceptowanych przekonań ulegnie reorientacji. Nic już nie będzie oczywiste i pewne. Tradycyjne rozumienie dobra i zła, poczucie indywidualności, wyobrażenie własnego nieistnienia, okrucieństwo, którego padamy ofiarą lub którego bywamy sprawcą... Nie znajdziemy już niczego, co byłoby gotowe, zdefiniowane, znieruchomiałe. Nasze bycie stanie się tym, czym zawsze było: nieustannym ruchem, transformacją, ciągłym poszukiwaniem nowych znaczeń, perspektyw i spojrzeń na rzeczy oraz sprawy z pozoru oczywiste, z pozoru niezmienne. Powtórzmy: jedzenie, wydalanie, rodzenie się, wzrastanie, starzenie się, umieranie.

Oto więc podstawowe warunki możliwości każdej refleksji. Oto podstawowe kwanty istnienia. Każdy ma do nich dostęp. Każdy jest z nich utkany. Żeby odsłoniły swoją niesamowitość, wystarczy tylko skierować na nie uwagę. Wystarczy tylko odpowiednio nastroić zmysły.

Najlepiej – czytając Szczeliny istnienia.

Tomasz Stawiszyński

Wiśnia i rozumienie

To, o czym chcę mówić, dotyczy istnienia w postaci egzystencjalnego konkretu, którym jest zarówno napotkany kamień, jak i każdy z nas. Można też powiedzieć, że dotyczy bytu – a więc tego, co jest i co posiada moc obecności pełną, którą wyraża słowo JEST. Bo czyż można być mocniej niż to, co jest? I czy nasze myśli nie powinny zwracać się ku temu, co jest, ku otaczającemu nas bytowi, jakim również sami jesteśmy?

Jednak nie chcę myśleć o bycie w ogólności; pozostawiam takie rozważania filozofom, w których nie ma miłości do egzystencjalnego konkretu, który nas otacza i z którym, jak sądzę, mamy prawo się utożsamiać. Nie chcę też mówić o bycie w całości, ponieważ spotykamy go nie w takiej postaci, tylko wcielony w konkret egzystencjalny: fakty, zjawiska, zdarzenia.

Owoc wiśni. Lśniący. Dojrzały. Wypełniony sokiem. Skórka napięta i błyszcząca. Jaskrawa czerwień. Gęsty brąz. Niepokojące lustra czerni. Gdyby przyszło nam na myśl porównanie wiśni z arbuzem, trzeba by powiedzieć, że jest mała – i w ten sposób ją zdegradować. Ale wiśnia na to nie pozwala. Nie ma podstaw do czynienia porównań z jakimś ciężkim, matowym arbuzem, gdy patrzymy na pełen blasku, czerwony owoc wiśni.

Jeszcze przyrośnięta szypułka – pozostałość poprzedniej formy bytowania – tracąca zieleń i brązowiejąca; właściwie nie ma już znaczenia i nie budzi uwagi, choć wiemy, że owoc wiele jej kiedyś zawdzięczał. Ale w zestawieniu z nim jest mizerna i nieciekawa, jak usychająca przeszłość. Może być odrzucona.

Myślę, że gdy filozofowie mówią z rozpaczą o milczeniu bytu, wynika to z niezrozumienia mowy bytu, który nie zwraca się do nas jako całość, lecz poprzez konkret egzystencjalny, drobiny znaczące. To prawda, że one zdolne są sugerować głos całości, ale zawsze dźwięczący w drobinach istnienia.

Milczenie bytu – a raczej fałszywe wrażenie milczenia – bierze się też z ogłuszającego gwaru ludzkich myśli i mowy, z hałasu, jaki wzbudzamy na planecie. Sens naszych słów jest nieporównanie bardziej ostry, atakujący, wyraźny niż zaledwie ujawniające się znaki połyskujące na powierzchni wiśni.

W porównaniu z innymi owocami wiśnia ma szczególną zdolność przyciągania wzroku. Prowokuje. Gdziekolwiek się znajdzie, zwraca uwagę: na białym kremie, w trawie, na obrusie, któremu nagle grozi splamieniem, na chodniku i w brudach ulicznego ścieku, na gałęzi drzewa, gdzie ostentacyjnie odróżnia się od tła liści. Mimo małych rozmiarów potrafi zdominować otaczającą przestrzeń. Można zlekceważyć śliwkę, ale trudno pozwolić sobie na pominięcie wiśni.

Do ukierunkowania rozważań dotyczących bytu i istnienia ku konkretowi egzystencjalnemu prowadzi myśl Heideggera, który Wstęp do metafizyki opiera na Leibnizowskim pytaniu: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”. Jednak pytanie „dlaczego?” domaga się w odpowiedzi ustalenia przyczyny. Tę Leibniz znajdował w Bogu. Tymczasem Heideggera w gruncie rzeczy nie interesowało ustalenie owej przyczyny. Chciał natomiast uchwycić istnienie w jego istocie i zderzał je ze stawaniem się, z przejawem czy pojawem oraz myśleniem i powinnością związanymi z naszym szczególnym sposobem istnienia. Ale ważne jest to, że pytał o „coś”, co istnieje. I warto trzymać się tego tropu, nawet gdyby interesować nas miało nie to, dlaczego „coś” istnieje, tylko w jaki sposób „coś”, co istnieje, przerywa milczenie bytu i apeluje do naszego rozumienia. A być może również pomaga nam zrozumieć samych siebie.

Jeżeli istnienie jest wartością, to wiśnia, istniejąc, realizuje tę wartość, podobnie jak i my własnym istnieniem ją wcielamy. Można więc wskazać pewien wspólny nam obszar wartości. I nie jest ważne, czy wiśnia wie o tym, czy nie wie. Chodzi o fakty. Jeśli istnienie jest wartością, to niezależnie od tego, czy myślimy o tym, czy nie, istniejąc wspólnie z wiśnią, tę wartość wcielamy.

Czerwony kulisty owoc demonstruje pogodną doskonałość, jakiej można mu pozazdrościć. Zmusza, by go podziwiać. Narzuca warunki konfrontacji i skłania, by myśleć o nas wspólnie. W obecności dojrzałej wiśni – bo dominacja, jakiej ulegamy, każe mówić o obecności – nie dziwi nas, że Carl Gustav Jung łączył osiąganie stanów psychicznej pełni z potrzebą otaczania się przedmiotami o kształtach kulistych. Nawet wtedy, gdy zwykliśmy odnosić się sceptycznie do jego teorii, wiśnia, za sprawą blasku i kulistej doskonałości, każe nam myśleć o pełni i o tym, że być może warto zbliżać się do niej, podobnie jak warto sięgnąć ręką po leżący przed nami owoc wiśni. W każdym razie kontakt z wiśnią potrafi obudzić w nas śmiałość i optymizm. I znów trzeba przyznać, że jeśli doskonałość jest wartością, możemy do niej pretendować na równi z wiśnią, co jest tym bardziej pociągające, że mamy swobodę wyboru dziedziny, w której zmierzona doskonałość wydaje się nam trudem wartym zachodu. Powinniśmy być wdzięczni owocowi wiśni za oddziaływanie tak mobilizujące.

Przedstawicielstwo istnienia, jakim jest „coś” jako drobina bytu, nie może być mylone z fragmentem rzeczywistości. Fragmenty są elementami samowolnie odciętymi od całości i nie stanowią naturalnych struktur, jakimi są drobiny istnienia wcielone w konkret egzystencjalny. Fragmenty są rzeczywistością okaleczoną. Odłączone od całości przez kataklizm – jak urwana noga stołu czy człowieka – albo oddzielane sztucznie, by, jak mniemamy, łatwiej było je poznać, wyrwane z naturalnego otoczenia, przycięte do rozmiarów preparatu i umieszczone pod elektronowym mikroskopem – milczą. Wycinanie z rzeczywistości fragmentów powodowane jest rozpaczliwą walką umysłu o rozeznanie w świecie, przedsiębrane jednak w taki sposób, by świata nie słuchać, tylko otaczającą nas rzeczywistość porozrywać, zmiażdżyć i pospiesznie wykorzystać. Można tak postępować i tak też się dzieje, ale porozumienia to nie ułatwia i wyrywa nas z miejsca, do którego należymy. Każdy fragment świata, jaki udaje nam się wskazać czy wytknąć, zaświadcza o naszej samowoli i coraz bardziej dezorientuje.

Gdy jednak zauważamy „coś” i w dodatku potrafimy dostrzec, że to jest coś, a nie byle co, sprawy przedstawiają się inaczej. Dzieląc bowiem świat na fragmenty, nie pozwalamy mu przemówić własnym głosem. Natomiast gdy godzimy się na to, by coś zdobyło naszą uwagę, zajmujemy pozycję skromniejszą, lecz umożliwiającą rozeznanie w tym, co nas otacza i nie zależy od naszej woli. Fragmenty rzeczywistości są jej częściami wycinanymi z całości arbitralnie, mocą naszej decyzji motywowanej najczęściej nieuwagą bądź krótkowzroczną wygodą. Natomiast drobiny bytu same domagają się uwagi. Istnienie zagęszcza się w nich w konkret egzystencjalny, który nie powinien być lekceważony. Sami przecież jesteśmy drobiną bytu, a nie fragmentem. Jesteśmy egzystencjalnym konkretem. Fragmentację rzeczywistości trzeba więc odrzucić jako postępowanie niegodne partnerów, jakimi w świecie jesteśmy, i nierozsądne. Nie aspirujemy tu bowiem do wynoszenia się ponad świat, lecz do wysłuchania, które nie pozbawiałoby nas szansy rozumienia siebie. Jednakże by coś usłyszeć, trzeba samemu zamilknąć.

Wiśnia przecięta nożem. Jakkolwiek to zrobimy, nie wypada dobrze. Tniemy przez środek – nóż uderza w pestkę, więc przeciągamy nim dookoła, rozłupujemy owoc, sok cieknie nam po palcach, chlapie na wszystkie strony. Końcowy efekt zabiegu doprawdy żałosny. Pół wiśni z pestką, pół z dziurą. Niczemu to nie służy. Nawet nie możemy zobaczyć, czym naprawdę jest wnętrze wiśni, gdy obserwujemy ją w takim okaleczeniu. Tniemy więc brzegiem. Nadszarpnięty w ten sposób owoc może co najwyżej posłużyć za preparat, gdybyśmy chcieli obejrzeć przekrój poprzeczny miąższu. Wiśnia przecięta pozbawiona jest sensu. Te komórki wypełnione cieczą. Nienaturalnie powiększone pod mikroskopem. Nie warto nawet nazywać tego wiśnią.

Zarysowany konflikt między dążeniem do wysłuchania egzystencjalnego konkretu a postawą zmierzającą do cięcia rzeczywistości na dowolne fragmenty i dyktowania światu warunków, w jakich wolno mu być użytecznym, można częściowo uchylić przez wprowadzenie pojęcia obiektu, ponieważ w gruncie rzeczy chodzi tu o to, by odnaleźć się pośród obiektów egzystencjalnych.

Obiekt jest tym, co istnieje i co jest postrzegane. Byt i bycie obserwowanym wyznaczają status obiektu. Nie każda rzecz jest obiektem, lecz ta jedynie, która ma zdolność oddziaływania i koncentrowania na sobie uwagi.

Nie wymyślamy obiektów, tylko spotykamy. Przychodzą do nas z zewnątrz i domagają się posłuchania. Fragment jest przez nas ustanawiany i narzucany światu, obiekt nam coś narzuca. Wprawdzie jest drobiną bytu, którą dopiero nasza uwaga ostatecznie obiektem czyni, lecz ufundowanie w uwadze stanowi odpowiedź, jaką dajemy na skierowane ku nam wezwanie.

W dialogu z obiektem ważne jest, że go postrzegamy. Jeśli można mówić o obiektywności, byłaby ona po stronie jego i naszego istnienia raczej niż postrzegania. Obiekty egzystencjalne nie przeciwstawiają się indywidualnemu widzeniu, ponieważ w następującej tu wymianie czy porozumieniu niezmiernie ważne jest osobiste świadectwo, indywidualna prawda, choć jest ona przecież nie wysnuta dowolnie, lecz wyiskrzona na egzystencjalnych konkretach i przez nie trzymana w ryzach.

To samo „coś” może być dla jednego obiektem, a dla drugiego nie. Mogę minąć kamień, nie zauważając go. Jeśli go jednak dostrzegę i kopnę, jego status egzystencjalny gwałtownie się zmieni. Dostrzeżony i kopnięty kamień to nie jest już anonimowe „coś” roztopione w bezmiarach bytu. Obiekty są bytami, które straciły anonimowość. Promieniują, prowokują, czekają, by ożyć naprawdę w polu naszej uwagi, której ofiarowują się bezinteresownie. Oczywiście status obiektu można zyskiwać i tracić. Może też być stopniowany w zależności od siły oddziaływania. Wstyd powiedzieć, ile zabiegów podejmujemy nieraz sami, by stać się obiektem uwagi.

Obiekty istnieją nie całkiem obiektywnie, gdyż nie dla każdego umysłu mają ten sam walor. Dzięki temu, że są nie takie same dla wszystkich, możliwa jest rozmowa, wymiana, porozumiewanie się bytów. Z garści sensów wybieramy niektóre. I choćby na tym polega nasz udział w rozmowie. Nie należy w tym stanowisku doszukiwać się antropomorfizacji wszelkiego bytu. Przecież w przypadku sztuki też porozumiewamy się z obiektem, a nie z jego autorem. I mimo doświadczanego czasem błogosławieństwa kontaktu i zdarzającego się wówczas rozświetlenia nie przypisujemy obiektom sztuki cech ludzkich. Daleka również jestem od myśli, że antropomorfizacja bytu mogłaby być jego uszlachetnieniem. Podejrzewam nawet, że wpatrzywszy się w rzeczywistość, można nabrać przeciwnego przeświadczenia.

Wymiana z obiektem jest możliwa dzięki temu, że to my zbieramy promieniujące zeń sensy, a także wyszukujemy je i modelujemy. Co nie znaczy, że nie dosięgamy egzystencjalnej prawdy. Bo ta jest stwierdzeniem tego, co jest, a więc i dla każdego z nas jest, tak oto właśnie. Spotkanie z obiektem pozwala na zobiektywizowanie, czyli uchwycenie i wyrażenie pewnego stanu rzeczy.

Konkretem zdolnym zamienić się w obiekt egzystencjalny może być wszystko, co istnieje. Każda rzecz: piasek, szczur, talerz, pąk, kiełbasa, rodzące się dziecko. I każda czynność: jedzenie, chodzenie, rodzenie, umieranie. Jeśli mają moc oddziaływania, jeśli nastąpi nasze zderzenie czy spotkanie z nimi, byśmy zdolni byli zbierać sens z konkretem egzystencjalnym złączony. Niech nikt nie mówi, że sensu egzystencjalnego nie mogą przed nami odsłonić pierogi skonfrontowane z głodem. Przecież wskazują na możliwość istnienia lub nieistnienia, a tym samym przywołują wartości egzystencjalne: istnienie i nicość jako wartości. Nie sądzę, by trzeba było kogokolwiek przekonywać do aury znaczeń świecącej wokół kiełbasy, skoro dobitnie dowiódł tego Rafał Wojaczek. Także Miron Białoszewski umieścił niejeden przedmiot na właściwym miejscu w porządku istnienia. A że filozofowie się ociągają, to nie wina poetów. I choć wszystko może stać się obiektem egzystencjalnym, nieczęsto to się zdarza. Pewnie z tej przyczyny, że zawarty w bycie sens jest jednak słabo czytelny i rzadko narzuca się z pełną oczywistością, ale i my nie jesteśmy dość uważni. Gdyby było inaczej, któż mógłby zwątpić w sens istnienia, skoro ten sam by się narzucał?

Jeśli mówimy o obiektach, że są egzystencjalne, gdy tak właśnie je określamy, to przez wzgląd na istnienie, do którego się odnoszą przez bezpośredni fakt bycia i przez to, że nasze istnienie pozwalają rozświetlić.

By porozumiewać się z owocem wiśni, nie musimy nań patrzeć. Wystarczy dotykać. Pod palcami wyczuwamy wówczas skórkę tak niezwykle gładką, że nasza skóra z trudem i tylko w pewnych partiach ciała wytrzymuje porównanie. Gdy dotykamy wiśnią do policzka czy brzucha, jeszcze możemy liczyć na partnerstwo, bo kontakt nie wypada dla nas zbyt niekorzystnie. Ale już dłoń zetknięta z owocem wiśni jest zatrważająco gruboskórna, nie mówiąc o stopie. A do pięty lepiej wiśni nie zbliżać, bo pięta do niej nie dorasta.

Oczywiście najważniejsze jest dotknięcie wiśni wargami i językiem. Dopiero wtedy ujawnia się cała delikatność i sprężystość wypełnienia żywej kuli, jaką stanowi. Wiśnia lekko wślizguje się w usta, drwiąc z zębów, które ją pochwycą, bo zanim zostanie zmiażdżona, jest czas, by jej doskonały kształt został doceniony.

[...]

Przypisy
[1] Daniel Charms, Pijcie ocet, Panowie, tłum. Jerzy Czech, Kraków 1997, s. 279.
[2] Ludwig Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, tłum. Bogusław Wolniewicz, PWN, Warszawa 1997, s. 81.