Szamanka z nawiedzonego kanionu - Barbara Wood - ebook

Szamanka z nawiedzonego kanionu ebook

Barbara Wood

5,0

Opis

[PK]

  

Na skutek gwałtownego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło Kalifornię, naukowcy odkrywają podziemną jaskinię, której ściany pokryte są barwnym malowidłem. W środku znajdują się szczątki indiańskiej szamanki sprzed dwóch tysięcy lat. Każdy kolejny znaleziony przedmiot przybliża historię Pierwszej Matki i jej potomków, począwszy od czasów prehistorycznych, poprzez okres hiszpańskiej konkwisty i gorączki złota, aż po czasy najnowsze. Antropolog Erica Tyler dąży do poznania tożsamości kobiety i rozwikłania zagadki tajemniczej jaskini, instynktownie wyczuwając swoje nadzwyczajne powołanie do badania tej sprawy.

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 531

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WOOD

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

PODZIĘKOWANIA

Barbara Wood

Urodziła się w 1947 w Warrington w Anglii, dorastała w południowej Kalifornii. Od najmłodszych lat pociągało ją opowiadanie różnych historii — zanim nauczyła się pisać, rysowała swoje opowieści. Pierwszą książkę napisała, mając szesnaście lat, był to trzystustronicowy romans. Na rynku wydawniczym debiutowała powieścią Psy i szakale (Hounds and Jackals). Kolejne tytuły to m.in.: Przekłnij ten dom (Curse This House, 1978), Kochanek z zaświatów (Yesterdayś Child, 1979), Domina (Domina, 1983), Płomień duszy (1987), Zielone miasto w słońcu (Green City in the Sun, 1988), Kamień przeznaczenia (The Błessing Stone, 2002), Córka słońca (The Last Shaman, 2006).

Dziś jest jedną z najpoczytniejszych pisarek, jej powieści są tłumaczone na ponad trzydzieści języków. Popularność zyskała niewątpliwie dzięki umiejętności znakomitego operowania elementami z pogranicza kultur i światów. Na kartach jej powieści nie brakuje egzotyki, magii i namiętności.

GRU PA WYDAWNICZA

PUBLICAT S.A.

Firma rozpoczęła swoją działalność w 1990 roku pod nazwą Podsiedlik-Raniowski i Spółka. W 2004 roku przyjęto nazwę PUBLICAT S.A., w tym samym roku w skład grupy PUBLICAT weszło wrocławskie Wydawnictwo Dolnośląskie. W 2005 roku dołączyło do niej katowickie Wydawnictwo Książnica. Rok 2006 to objęcie nazwą Papilon programu książek dla dzieci.

W roku 2007 częścią grupy stała się warszawska Elipsa.

Papilon

baśnie i bajki, klasyka polskiej poezji dla dzieci, wiersze i opowiadania, książki edukacyjne, nauka języków obcych dla dzieci

Publicat

książki kulinarne, poradniki, książki popularnonaukowe.

literatura krajoznawcza, hobby, edukacja

Elipsa

albumy tematyczne: malarstwo, historia, krajobrazy i przyroda, albumy popularnonaukowe

Wydawnictwo Dolnośląskie literatura faktu i poradnikowa, historia, biografie, literatura współczesna, kryminał i sensacja, fantastyka, literatura dziecięca i młodzieżowa

Książnica literatura kobieca, powieść historyczna, powieść obyczajowa, fantastyka, sensacja, thriller i horror, beletrystyka w wydaniu kieszonkowym, książki popularnonaukowe

BARBARA

WOOD

Szamanka

z nawiedzonego

kanionu

Przełożyła z angielskiego

Justyna Niedzielska

Wydawnictwo „Książnica”

Tytuł oryginału

Sacred Ground

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Fotografie na okładce

© James Pauls, Robert Plotz

Copyright © 2001 by Barbara Wood

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany ani przesyłany za pośrednictwem urządzeń mechanicznych bądź elektronicznych.

Niniejsze zastrzeżenie obejmuje również fotokopiowanie

oraz przechowywanie w systemach gromadzenia i odtwarzania informacji.

For the Polish edition

© Publicat S.A., MMIX

ISBN 978-83-245-7731-6

Wydawnictwo „Książnica”

40-160 Katowice

Al. W. Korfantego 51/8

oddział Publicat S.A. w Poznaniu

tel. (032) 203-99-05

faks (032) 203-99-06

e-mail: [email protected] sklep internetowy: www.ksiaznica.com

Katowice 2009

Dla mojego męża Georgea z wyrazami miłości

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

PODZIĘKOWANIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Erica mocno ściskała kierownicę, gdy jej samochód z napędem na cztery koła gnał po bitej drodze, klucząc między głazami i podskakując na wybojach. Obok, blady i niespokojny, siedział jej asystent Lukę, który właśnie pisał pracę doktorską. Miał dwadzieścia kilka lat, długie jasne włosy związane w koński ogon, a na jego koszulce widniał napis: „Archeolodzy lecą na starsze babki”.

— Słyszałem, że straszny tam bałagan, doktor Tyler

— powiedział, gdy Erica skręciła w drogę przeciwpożarową.

— Podobno basen zapadł się pod ziemię, ot, tak... — pstryknął palcami. — Mówili w wiadomościach, że lej rozciąga się na całą długość płaskowyżu i biegnie pod domami gwiazd filmowych, tego piosenkarza rockowego, który byt w telewizji, base-ballisty, co miał taki świetny sezon w zeszłym roku, no i jakiegoś słynnego chirurga plastycznego. Pod domami takich ludzi. Domyśla się więc pani, co to może oznaczać.

Erica nie była pewna, co to może oznaczać. Teraz potrafiła myśleć tylko o jednym: o zdumiewających odkryciach, jakich dokonano.

W chwili katastrofy pracowała na północy nad pewnym rządowym projektem. Trzęsienie ziemi sprzed dwóch dni, o sile 7,4 stopnia w skali Richtera, dało się odczuć aż w San Luis Obispo na północy, w San Diego na południu oraz Phoenix na wschodzie, i wyrwało ze snu miliony mieszkańców południowej Kalifornii.

Był to największy od niepamiętnych czasów wstrząs i przypuszczano, że to właśnie on spowodował zadziwiające zapadnięcie się basenu wraz z trampoliną i zjeżdżalnią wodną.

Niemal natychmiast potem nastąpiło kolejne zdumiewające wydarzenie: kiedy zapadł się basen, zasypały go zwały ziemi, odsłaniając ludzkie kości i otwór, który prowadził do nieznanej dotąd jaskini.

— To może być znalezisko stulecia! — stwierdził Lukę, na chwilę odrywając oczy od drogi, by zerknąć na swą przełożoną. Wciąż jeszcze panowały ciemności, a ponieważ górski trakt nie był oświetlony, Erica włączyła światło wewnątrz samochodu. Wydobyło ono z mroku jej lśniące orzechowe włosy, które lekką falą opadały na ramiona, i skórę ogorzałą przez lata pracy w pełnym słońcu. Z doktor Ericą Tyler Lukę pracował od sześciu miesięcy. Była po trzydziestce i choć nie mógł nazwać jej piękną, uważał, że jest atrakcyjna w sposób, który mężczyzna rejestruje bardziej instynktem niż zmysłem wzroku. — Niezły kąsek dla jakiegoś archeologa szczęściarza — dodał.

Erica spojrzała na niego.

— A jak myślisz, dlaczego jadąc tam, łamiemy wszystkie możliwe przepisy? — spytała z uśmiechem, po czym znów skupiła uwagę na drodze, akurat w porę, by nie przejechać przerażonego zająca.

Dotarli na szczyt wzniesienia, skąd widać było w oddali światła Malibu. Resztę, czyli Los Angeles na wschodzie i Pacyfik na południu, zasłaniały drzewa, wysokie wzgórza i wille milionerów. Erica zaczęła manewrować samochodem pośród stłoczonych wozów strażackich i policyjnych, ciężarówek należących do władz lokalnych, furgonetek dziennikarzy i całej flotylli aut zaparkowanych wzdłuż żółtej taśmy odgradzającej miejsce zdarzenia. Ciekawscy gapie usadowieni na bagażnikach i dachach aut, by lepiej widzieć, pili piwo oraz snuli rozważania na temat katastrof i ich znaczenia; a może była to dla nich tylko okazja do rozrywki, pomimo nieustannie wykrzykiwanych przez megafon ostrzeżeń, że obszar ten jest niebezpieczny.

— Słyszałem, że w latach dwudziestych cały płaskowyż zajmowało coś w rodzaju azylu prowadzonego przez jakąś stukniętą spirytystkę — powiedział Lukę, kiedy się zatrzymali. — Ludzie przychodzili tu rozmawiać z duchami.

Erica przypomniała sobie, że kiedyś oglądała nieme kroniki filmowe o siostrze Sarah, jednej z barwniejszych postaci w Los Angeles, która urządzała seanse spirytystyczne dla takich osobistości hollywoodzkich, jak Rudolf Valentino czy Charlie Chaplin. Sarah prowadziła też seanse masowe w teatrach i salach widowiskowych, a kiedy jej zwolenników liczono już na setki tysięcy, przybyła w te góry, by założyć azyl o nazwie Kościół Duchów.

— A wie pani, jak to miejsce nazywało się na początku? — ciągnął Lukę, gdy odpinali pasy. — To znaczy, zanim kupiła je spirytystka? Kiedyś był to — powiedział, a słowo „kiedyś” przywołało Erice na myśl zwoje pergaminu opatrzone woskowymi pieczęciami i mężczyzn pojedynkujących się o świcie — Cańon de Fantasmas — zanucił, smakując na języku przykurzone słowa. — Nawiedzony Kanion. Brzmi trochę strasznie! — Wzdrygnął się.

Erica odpowiedziała śmiechem.

— Lukę, jeśli chcesz zostać archeologiem, kiedy dorośniesz, to nie możesz bać się duchów.

Sama na co dzień obcowała z wszelkimi duchami, duszkami i zjawami. Zaludniały zarówno jej sny, jak i archeologiczne wykopki, i nawet jeśli niekiedy ją zwodziły, deprymowały, drażniły i frustrowały, to nigdy nie zdołały jej przestraszyć.

Wysiadła z samochodu i poczuła na twarzy powiew wiatru. Zaczęła wpatrywać się jak zaczarowana w potworny obraz. Widziała już zdjęcia w telewizji i słyszała zeznania naocznych świadków katastrofy o tym, jak trzęsienie ziemi naruszyło grunt pod terenem zamieszkanym przez zamkniętą społeczność dzielnicy Emerald Hills i pod ekskluzywną enklawą w górach Santa Monica, sprawiając że jeden basen zapad! się pod ziemię, a teraz to samo zagrażało innym posiadłościom. Nie była jednak przygotowana na widok, który właśnie rozpościerał się przed jej oczami.

Chociaż niebo na wschodzie zaczynało już blednąc, ciemna noc uparcie wisiala nad Los Angeles mroczną kopulą, trzeba więc było przynieść reflektory, które, niczym stworzone przez człowieka słońca, rozmieszczono w równych odstępach wokół miejsca katastrofy. Oświetliły one cały kwartał niezwykle snobistycznej dzielnicy, gdzie domy, podobne marmurowym świątyniom, stały skąpane w mlecznym księżycowym blasku. Pośrodku tego surrealistycznego krajobrazu zionął czarny krater — diabelska gardziel, która pochłonęła basen producenta filmowego Harmona Zimmermana. W górze warkotały helikoptery, omiatając oślepiającymi snopami światła mierniczych rozstawiających swój sprzęt, geologów znoszących wiertarki i mapy, mężczyzn w kaskach, ogrzewających dłonie o kubki z kawą w oczekiwaniu na nadejście świtu, oraz policjantów usiłujących ewakuować mieszkańców, którzy nie chcieli opuścić domów.

Machnięcie identyfikatorem informującym, że Erica jest antropologiem zatrudnionym w Stanowym Urzędzie Archeologicznym, pozwoliło jej i Luke’owi ominąć policyjną taśmę zagradzającą drogę tłumowi gapiów. Podbiegli do krateru, gdzie strażacy okręgu Los Angeles badali krawędź zapadliska. Erica pospiesznie szukała wejścia do jaskini.

— To chyba tam — odezwał się Lukę, wskazując chudą ręką drugą stronę krateru. Na głębokości około dwudziestu pięciu metrów Erica z trudem dojrzała w ścianie klifu jakiś otwór. — Wygląda niebezpiecznie, doktor Tyler. Ma pani zamiar tam wejść?

— Jaskinie to dla mnie nie pierwszyzna.

— A co ty u licha tutaj robisz?

Erica obróciła się i ujrzała zmierzającego ku niej wielkimi krokami rosłego mężczyznę z lwią grzywą siwych włosów i gniewnym wyrazem twarzy. Był to Sam Carter, starszy archeolog stanowy z Kalifornijskiego Urzędu Ochrony Zabytków, mężczyzna, który nosił kolorowe szelki, mówił tubalnym głosem i najwyraźniej wcale nie był zachwycony tym spotkaniem.

— Wiesz, dlaczego tu jestem, Sam — odparta i odgarnęła włosy z twarzy, lustrując wzrokiem pełną zamętu scenę wydarzeń. Mieszkańcy zagrożonych domów kłócili się z policją i odmawiali opuszczenia swych posiadłości. — Powiedz mi coś o tej jaskini. Byłeś już w środku?

Sam zauważył dwie rzeczy: po pierwsze oczy Eriki błyszczały z rozgorączkowania, a po drugie miała źle zapięty sweter. Pewnie rzuciła wszystko i pognała jak na skrzydłach do Santa Barbara.

— Jeszcze nie. Są tam geolog i dwaj grotołazi, którzy w tej chwili badają strukturalną wytrzymałość jaskini. Kiedy tylko stwierdzą, że można wejść, zajrzę tam. — Potarł szczękę. Nie będzie łatwo pozbyć się Eriki, skoro już się tu znalazła. Ta kobieta potrafiła przylgnąć jak rzep, jeśli raz wbiła sobie coś do głowy. — A co z Projektem Gaviota? Zakładam, że zostawiłaś go w dobrych rękach?

Erica nie słuchała. Patrzyła na dziurę ziejącą w zboczu wzgórza i myślała o ciężkich buciorach, które właśnie deptały delikatny ekosystem jaskini. Modliła się, żeby przez nieuwagę nie zniszczono cennych historycznych śladów. Okolica była już i tak wystarczająco uboga w zabytki archeologiczne, mimo że ludzie żyli tu od dziesięciu tysięcy lat. W kilku odkrytych jaskiniach nie znaleziono prawie nic, ponieważ na początku dwudziestego wieku w te dzikie góry wtargnęły buldożery oraz dynamit, by zrobić miejsce dla szos i mostów i utorować drogę postępowi ludzkości. Stare cmentarze zostały zaorane, kurhany zburzone, wszelkie ślady dawniejszej obecności człowieka zmiecione z powierzchni ziemi.

— Erico? — Sam czekał na odpowiedź.

— Muszę tam wejść — oznajmiła. Wiedział, że ma na myśli jaskinię.

— Ty nawet nie powinnaś tutaj być.

Przydziel mi to zadanie, Sam. Przecież będziecie prowadzić prace wykopaliskowe. A w wiadomościach mówili, że znaleziono tu jakieś kości.

— Erico...

— Proszę.

Zrezygnowany Sam obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem przez zdeptany ogród Zimmermana w drugi koniec ulicy, gdzie powstało prowizoryczne centrum dowodzenia. Ludzie z notatnikami i telefonami komórkowymi w rękach dreptali wokół, rozkładając metalowe stoły i krzesła w pobliżu zamontowanych już odbiorników i nadajników radiowych, monitorów kontrolnych i tablicy na ogłoszenia. Nieopodal parkowała ciężarówka z zaopatrzeniem, oblegana przez ludzi noszących różne oficjalne mundury z odznakami Gazownictwa Południowej Kalifornii, Wydziału Zaopatrzenia w Wodę i Energię, Policji Los Angeles, Okręgowego Urzędu do Spraw Nagłych Wypadków. Był nawet przedstawiciel Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, który usiłował wyprowadzić z ewakuowanego obszaru biegające samopas zwierzęta.

Erica dogoniła swego szefa.

— Co tu się stało, Sam? Dlaczego basen nagle zapad! się pod ziemię?

— Inżynierowie z tego okręgu i geologowie stanowi pracują przez całą dobę, żeby określić przyczynę. Tamci

— wskazał na mężczyzn ustawiających sprzęt wiertniczy w jaskrawym świetle reflektorów — przeprowadzą testy gleby i sprawdzą, co dokładnie znajduje się pod tymi domami.

— Sam zamachał potężną dłonią nad mapami topograficznymi i mapami przekrojów geologicznych, które rozłożono na stołach i przyciśnięto w rogach kamieniami. — Przynieśli je kilka godzin temu z urzędu miasta. Oto przekrój geologiczny z 1908 roku. A ten pochodzi z 1956, kiedy zgłoszono teren pod budowę osiedla mieszkaniowego, choć nigdy ono nie powstało.

Erica obejrzała obie mapy.

— Różnią się — stwierdziła.

— Wygląda na to, że konstruktor nie zbadał gleby pod każdą działką, nie miał zresztą takiego obowiązku. Testy, jakie przeprowadził, wykazały stabilny grunt i podłoże skalne. Tak jest jednak tylko w części płaskowyżu, na krańcach północnym i południowym, które, jak się okazuje, stanowią dwa grzbiety okalające kanion. Pamiętasz siostrę Sarah z lat dwudziestych? Miała tu coś w rodzaju azylu religijnego i jak powiadają, kazała zasypać ten kanion, ani nie pytając o pozwolenie urzędu miasta, ani go o tym nie informując. Zrobiono to zapewne bez standardowego zagęszczenia gruntu i materia! wypełniający w dużej części składa! się z substancji organicznych — drewna, roślin, śmieci, które w końcu zgniły. — Zaspanym wzrokiem Sam rozejrzał się dookoła: fontanny i sprowadzone z zagranicy drzewa zdobiły eleganckie trawniki. — Ci ludzie siedzą na bombie zegarowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby to wszystko miało się za chwilę zapaść.

Mówiąc to, obserwował Ericę. Stała z dłońmi opartymi na biodrach, przestępując z nogi na nogę jak biegacz, który nie może się doczekać rozpoczęcia wyścigu. Zawsze widywał ją taką w chwilach, gdy wyznaczała sobie jakiś cel. Erica Tyler była jednym z najbardziej zapalonych naukowców, jakich znał, choć entuzjazm ten czasami działał na jej zgubę.

— Wiem, dlaczego tu jesteś, Erico — powiedział ze znużeniem. — I nie mogę dać ci tej pracy.

Podskoczyła ku niemu z płonącymi policzkami.

— Sam, na litość boską, przecież ty mi każesz liczyć muszle ślimaków!

Doskonale wiedział, że zlecenie jej badań nad śmietniskiem pełnym mięczaków jest marnotrawstwem inteligencji i talentu Eriki. Ale po jej wpadce z wrakiem statku w zeszłym roku uważał, że najlepiej będzie dla niej, jeśli ochłonie trochę, pracując przy jakimś mniej ważnym projekcie. Spędziła więc ostatnie sześć miesięcy na prowadzeniu wykopalisk w niedawno odkrytym kurhanie, który okazał się wysypiskiem śmieci Indian zamieszkujących tereny na północ od Santa Barbara przed czterema tysiącami lat. Zadanie Eriki polegało na sortowaniu, klasyfikowaniu i określaniu wieku tysięcy znalezionych tam muszli uchowców.

— Sam — nalegała niecierpliwie, kładąc dłoń na jego ramieniu. — Potrzebuję tego. Muszę ratować swoją karierę. Muszę sprawić, żeby ludzie zapomnieli o Chadwicku...

— Erico, to właśnie incydent z Chadwickiem jest powodem, dla którego nie mogę zlecić ci tej pracy. Po prostu nie wykazujesz zdyscyplinowania. Jesteś impulsywna i brakuje ci chłodnego spojrzenia oraz obiektywizmu, niezbędnych naukowcowi.

— Dostałam już nauczkę, Sam... — Miała ochotę krzyczeć. W kręgach zawodowych klęskę sprawy Chadwicka nazwano „Wrakiem Eriki Tyler”. Czy ma za to płacić przez resztę życia? — Będę przesadnie ostrożna.

Zmarszczył brwi.

— Erico, zrobiłaś z mojego urzędu pośmiewisko.

— Przepraszałam już tysiące razy! Sam, pomyśl tylko logicznie. Wiesz przecież, że zbadałam każdy okaz sztuki naskalnej po tej stronie Rio Grande. Nie ma lepszego specjalisty ode mnie. Kiedy zobaczyłam w telewizji to malowidło z jaskini, wiedziałam, że ta praca jest dla mnie.

Sam przeczesał palcami swoją bujną czuprynę. To było bardzo w stylu Eriki — tak po prostu nagle wszystko rzucić. Czy w ogóle zatroszczyła się o przekazanie Projektu Gaviota komuś innemu?

— Sam, proszę... Pozwól mi robić to, do czego zostałam stworzona.

Spojrzał w jej bursztynowe oczy i dostrzegł w nich rozpacz. Nie rozumiał, co to znaczy być skompromitowanym w swoim zawodzie i wyśmiewanym przez kolegów. Mógł się jedynie domyślać, czym dla Eriki był ostatni rok.

— Posłuchaj... — odparł. — Członek ekipy ratowniczej wrócił tam na ochotnika, żeby zrobić zdjęcia. Za chwilę powinny być gotowe. Możesz je obejrzeć i sprawdzić, czy te piktogramy coś ci mówią.

— A co tu robi ekipa ratownicza?

— Po zapadnięciu się basenu wyszło na jaw, że zniknęła córka Zimmermana. Szeryf zarządził poszukiwania w tym całym bałaganie. I dzięki temu odkryto malowidło w jaskini.

— A dziewczyna?

— Zjawiła się później. W czasie trzęsienia ziemi była chyba w Vegas ze swoim chłopakiem. Słuchaj, nie ma sensu, żebyś się tutaj kręciła. Nie dostaniesz tej pracy. Wracaj do Gavioty... — Jeszcze nie skończył mówić, a już wiedział, że Erica nie spełni jego polecenia.

Kiedy doktor Tyler wbiła sobie coś do głowy, nie dało się jej od tego odwieść. Tak właśnie było przed rokiem, kiedy Irving Chadwick odkrył zatopiony wrak statku i oznajmił, że jest to starożytna chińska łódź, która przybiła do wybrzeża Kalifornii. Miała być dowodem potwierdzającym jego teorię, ie ludy z Azji nie tylko przywędrowały do Ameryki przez Cieśninę Beringa, lecz także przypłynęły statkami. Erica od dawna była zakochana w hipotezie Chadwicka, więc już w chwili gdy ją zaprosił, by poświadczyła autentyczność ceramiki pochodzącej z wraku, święcie wierzyła, iż dowód jest niezbity.

Sam próbował ją wtedy przestrzec przed wyciąganiem pochopnych wniosków oraz skłonić, by działała wolniej i ostrożniej. Ale popędliwość okazała się główną cechą charakteru Eriki, która bez wahania obwieściła publicznie, że ceramika jest autentyczna, a potem na pewien czas wraz z Chadwickiem znalazła się w centrum zainteresowania mediów. Kiedy wydało się, że wrak jest mistyfikacją, a Chad-wick przyznał się do oszustwa, było już za późno. Reputacja Eriki Tyler legła w gruzach.

— W wiadomościach podali, że natrafiono tu na jakieś kości — powiedziała. — Dowiedziałeś się czegoś na ten temat?

Sam podsunął jej swój notatnik, wiedząc, że Erica gra teraz na zwłokę.

— Mamy tylko małe fragmenty, ale znaleziono przy nich groty strzał, a to już wystarczyło, żeby powiadomić o tym moje biuro. Oto sprawozdanie koronera.

Kiedy Erica przeglądała dokument, dodał:

— Jak widzisz, według testu Kjeldahla zawartość składników azotowych w kości nie przekracza czterech gramów. A test benydynowo-octowy nie wykazał obecności białka.

— To znaczy, że kości mają więcej niż sto lat. Czy zdołano oszacować, o ile są starsze?

— Niestety nie. I nie możemy wykazać tego za pomocą analizy gleby, ponieważ nie jesteśmy w stanie określić dokładnie, w jakiej warstwie spoczywały kości. Ten kanion zasypano przed siedemdziesięciu laty, a w zeszłym roku przy kopaniu basenu podłoże znów zostało naruszone. Gdy warstwa gruntu na dnie przeszła w stan ciekły i ustąpiła na skutek trzęsienia ziemi, powodując zapadnięcie basenu, ziemia ze ścian kanionu osypała się do środka. Wszystko się przemieszało, Erico. Tak czy inaczej znaleźliśmy tam groty strzał i prymitywne narzędzia z krzemienia.

— To wskazuje na indiańskie miejsce pochówku. — Zwróciła mu notatnik. — Domyślam się, że zawiadomiono już komisję? — zapytała, rozglądając się za kimś, kto mógł być przedstawicielem Kalifornijskiej Komisji do Spraw Dziedzictwa Rdzennych Amerykanów.

— Oczywiście, że ich powiadomiono — oświadczył cierpkim tonem. — Już nawet tutaj są. A właściwie o n jest.

Przyjrzała mu się badawczo.

— Jared Black?

— Twój stary wróg.

Erica i Black już kiedyś starli się na gruncie kwestii prawnych dotyczących rdzennych Amerykanów, a wynik tej potyczki był dla niej zdecydowanie nieprzyjemny.

Nagle podbiegł do nich młody mężczyzna z pobrudzoną twarzą i przekrzywionym kaskiem grotołaza na głowie. Wręczył im zdjęcia wnętrza jaskini zrobione polaroidem, przepraszając za ich słabą jakość. Sam podziękował mu, podzielił odbitki i połowę dal Erice.

— Mój Boże — szepnęła, oglądając je uważnie. — Ależ one są... piękne. A te symbole... — Zabrakło jej tchu.

— Co o tym myślisz? — mruknął Sam, gdy wciąż przyglądała się zdjęciom spod przymrużonych powiek. — Potrafisz zidentyfikować plemię?

Erica nie odpowiedziała, więc spojrzał na nią. Patrzyła na odbitki nieruchomym wzrokiem, z lekko rozchylonymi ustami. Przez moment wydało mu się, że strasznie pobladła, ale zaraz uświadomił sobie, że jej twarz wygląda tak za sprawą fluorescencyjnego oświetlenia, które rozmieszczono na miejscu katastrofy.

— Erico?

Zamrugała oczami, jak ktoś wyrwany z transu. Kiedy podniosła na niego wzrok, Sam miał przez chwilę dziwne wrażenie, że Erica go nie poznaje. Naturalny kolor zaczął powoli wracać na jej policzki.

— Mamy w rękach znalezisko stulecia, Sam. Malowidło jest ogromne i lepiej zachowane niż wszystko, co do tej pory widziałam. Pomyśl tylko, ile luk w historii Indian będzie można uzupełnić, kiedy rozszyfrujemy te piktogramy. Proszę, nie odsyłaj mnie z powrotem do tych muszli.

Sam westchnął ciężko.

— Dobrze, możesz pokręcić się tu dzień albo dwa i dokonać wstępnej analizy, ale... — uniósł palec — potem wracasz do Gavioty. Nie mogę zlecić ci tego projektu, Erico. Przykro mi. Taka jest polityka międzyresortowa.

— Ale przecież to ty jesteś szefem... — Zamilkła nagle, usilnie się w coś wpatrując.

Podążył za jej wzrokiem i dostrzegł to, co przykuło jej uwagę. O tej chłodnej porze tuż przed świtem, gdy wszyscy, nieogoleni i z przekrwionymi oczami, marzyli tylko o filiżance kawy, odrobinie snu i świeżym ubraniu, nienagannie uczesany komisarz Jared Black miał na sobie szyty na miarę trzyczęściowy garnitur, jedwabny krawat, eleganckie spinki do mankietów oraz wypolerowane mokasyny i wyglądał, jakby przybywał prosto z sali rozpraw. Zbliżył się do nich z pochmurnym obliczem.

— Witam, doktor Tyler. Doktorze Carter.

— Dzień dobry, komisarzu.

Jared Black, zdeklarowany obrońca praw Indian, był czystej krwi Anglosasem. Utrzymywał też, że właśnie irlandzkie pochodzenie uczyniło go wrażliwym na niedolę uciskanych ludów.

— Jak pan sądzi, kiedy malowidło z jaskini zostanie zidentyfikowane? — zwrócił się do Sama Cartera. Sądząc z tonu jego głosu, oczekiwał, że nastąpi to jak najszybciej.

— Wszystko zależy od ludzi, którym powierzyłem to zadanie.

Jared nie patrzył na Ericę.

— Oczywiście zamierzam sprowadzić tu własnych ekspertów.

— Ale dopiero po dokonaniu przez nas wstępnej analizy — powiedział Carter. — Chyba nie muszę panu przypominać, że taka jest standardowa procedura.

W oczach Jareda Blacka pojawił się błysk. On i starszy archeolog stanowy serdecznie się nienawidzili. Carter otwar-cie sprzeciwi! się mianowaniu Blacka na stanowisko komisarza, uzasadniając to jego wyjątkowym uprzedzeniem do środowisk naukowych i akademickich.

Erica zaś stoczyła swą własną bitwę z Jaredem Blackiem przed czterema laty, kiedy zmarł zamożny odludek o nazwisku Reddman, który pozostawił zdumiewającą kolekcję dzieł sztuki indiańskiej. W testamencie wyraził wolę, by zbiór został w jego willi, gdzie powstałoby muzeum noszące imię właściciela. Sprowadzono Ericę, aby zidentyfikowała i skatalogowała tę bezcenną kolekcję, a gdy udało jej się dotrzeć do małego lokalnego plemienia, ono z kolei wynajęło Jareda Blacka, specjalistę od prawa ziemi i własności, który miał wnieść pozew o nielegalne posiadanie zbioru. Erica poprosiła władze stanowe o podważenie pozwu ze względu na to, że plemię miało zamiar z powrotem zakopać owe przedmioty bez uprzedniej analizy historycznej. „Te szczątki ludzkie i dzieła sztuki — argumentowała — stanowią nie tylko dziedzictwo Indian, lecz wszystkich Amerykanów”. Sprawa wzbudziła wielkie emocje, a gmach sądu pikietowały tłumy — rdzenni Amerykanie domagali się zwrotu całej swojej ziemi i dóbr kulturowych, natomiast nauczyciele, historycy i archeolodzy upierali się przy stworzeniu Muzeum Reddmana. Zona Jareda Blacka, członkini plemienia Maidu i zaciekła bojowniczka o prawa Indian — kobieta, która rzuciła się przed buldożer, chcąc powstrzymać budowę nowej autostrady przebiegającej przez indiańską ziemię — znalazła się wtedy pośród osób najgłośniej żądających „wydarcia kolekcji z rąk białego człowieka”.

Sprawa ciągnęła się miesiącami, aż wreszcie Jared ujawnił nieznany wcześniej fakt: bez wiedzy władz stanowych i lokalnych Reddman wykopał przedmioty na terenie swojej posiadłości o powierzchni pięciuset akrów, a następnie trzymał je u siebie bez pozwolenia. Skoro więc znaleziska pochodzą z indiańskiej osady, dowodził Jared Black — a Erica, choć reprezentowała przeciwną stronę, musiała przyznać, że posiadłość zbudowano najprawdopodobniej na terenie prastarej wioski — to nieruchomość ta w świetle prawa nie należała do pana Reddmana, lecz do potomków dawnych mieszkańców osady. A zatem pięćset akrów ziemi oraz ponad tysiąc zabytków indiańskiego rękodzieła, w tym rzadkie okazy ceramiki i wikliniarstwa, luki i strzały, przekazano plemieniu, które liczyło dokładnie szesnastu członków. Muzeum Reddmana nigdy nie powstało, a owych przedmiotów nikt już więcej nie zobaczył.

Erica przypomniała sobie, jak media rozdmuchiwały wówczas jej walkę z Jaredem w sali sądowej i poza nią. Słynną już fotografię, na której sprzeczają się na schodach budynku sądu, wykupiły różne brukowce i opatrzyły podpisem: „Sekretni kochankowie?”. Na skutek bowiem jakiegoś kaprysu światła oraz niefortunnego momentu, w którym fotoreporter nacisnął spust migawki, Erica i Jared zostali utrwaleni w jednej z tych dziwacznych, trwających ułamek sekundy póz, sugerujących coś zupełnie innego, niż naprawdę przedstawiają. Na zdjęciu Erica podnosi na niego szeroko otwarte oczy, językiem dotykając warg, a jej ciało dwuznacznie nachyla się w stronę Blacka. Ten zaś stoi o stopień wyżej i góruje nad nią z rozpostartymi ramionami, jakby miał ją za chwilę porwać w objęcia. Oboje byli oburzeni tą fotografią i fałszem, jaki przekazywała, postanowili jednak to zignorować, nie chcąc dolewać jeszcze oliwy do ognia plotek.

— Ja natomiast chyba nie muszę przypominać panu, doktorze Carter — Black zwrócił się do Sama — iż jestem tu po to, żeby ograniczyć profanację do minimum. Z chwilą, gdy znaleziony zostanie NPP spoczywającej w jaskini osoby, osobiście i z ogromną satysfakcją wyprowadzę stąd pana i pańskie hieny cmentarne.

Patrzyli za nim, gdy odchodził, a Sam wepchnął ręce do kieszeni i mruknął:

— Zdecydowanie nie lubię tego człowieka.

— W takim razie — zauważyła Erica — chyba dobrze się stało, że nie zamierzasz przydzielić mi tej sprawy, bo to na pewno rozjuszyłoby Jareda Blacka.

Sam spojrzał na nią i dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu.

— Bardzo zależy ci na tej pracy, prawda?

— Czy wyrażam się jeszcze zbyt subtelnie?

— No dobra — powiedział w końcu, pocierając kark.

— To wbrew rozsądkowi, ale chyba mogę wysiać kogoś innego do Gavioty.

— Sam! — W porywie emocji zarzuciła mu ramiona na szyję.

— Nie będziesz tego żałował, obiecuję! Lukę... — złapała swojego asystenta za rękę, wytrącając mu z dłoni niedoje-dzonego rogala. — Bierzmy się do roboty!

— Jestem zdumiony, że Sam Carter wyznaczył panią do tego projektu, doktor Tyler — oznajmił chłodno Jared Black, kiedy spotkali się znów na krawędzi klifu.

— Znam się trochę na sztuce naskalnej.

— Jeśli dobrze pamiętam, to zna się pani też trochę na chińskich wrakach. — Zanim Erica zdążyła odpowiedzieć, kontynuował: — Ufam, że zapoznała się pani z najnowszą wersją Karty Repatriacji i Ochrony Grobów Rdzennych Amerykanów, która stwierdza, że jeśli nawet wskazane są przenoszenie oraz analiza naukowa obiektów historycznych, to wspomniane badanie ma być nieniszczące i...

Celowo go zignorowała, rozpoznając zaczepny ton w jego głosie i wiedząc, że chce ją sprowokować do kłótni. Była oburzona tą insynuacją. Jared Black wiedział doskonale, że pod względem obchodzenia się ze znaleziskami Erica ma opinię jednego z najostrożniejszych antropologów, a jej testy zawsze są nieniszczące.

Starała się jednak utrzymać nerwy na wodzy. Nie było innego wyjścia, jak tylko pozwolić Jaredowi Blackowi na nadzorowanie każdego jej posunięcia. Podczas gdy jej rola polegała na określeniu, do członka jakiego plemienia należały szkielet i malowidło w jaskini, do Jareda należało znalezienie jego NPP — najbardziej prawdopodobnego potomka

— i przejęcie wszystkiego, co odkryje Erica.

Poczuła na sobie wzrok Jareda i zaczęła się zastanawiać, czy i on myśli teraz o dniu, w którym się poznali. Było to w budynku sądu okręgowego, a Erica przyszła tam na pierwsze przesłuchanie w sprawie Reddmana. Jeszcze się wówczas nie znali z widzenia, byli po prostu dwojgiem nieznajomych ludzi jadących razem windą. Kiedy dźwig przystanął po raz pierwszy, drzwi rozsunęły się i do środka weszła kobieta w ciążowym ubraniu. Na następnym piętrze wsiadła matka z pięcioletnim chłopcem i gdy winda ruszyła w górę, dziecko jęło gapić się na ciężarną kobietę. Ta, widząc jego zaciekawienie, cierpliwie wytłumaczyła: „Spodziewam się dzidziusia. Będę miała dziewczynkę albo chłopczyka takiego jak ty”. Chłopiec zmarszczył czoło, pomyślał przez chwilę i zapytał: „A pozwolą pani wymienić go na osiołka?”. Kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie, a matka chłopca poczerwieniała. Potem cała trójka wysiadła i drzwi windy zasunęły się z powrotem. Erica i nieznajomy milczeli przez parę sekund, a potem razem zaczęli się śmiać. Pamiętała, że jej uwagę zwróciły głębokie dołeczki w jego policzkach i że uznała go za atrakcyjnego. On z kolei obrzucił ją pełnym uznania spojrzeniem, które mówiło, że podoba mu się to, co widzi. Wtedy drzwi otworzyły się, a za nimi czekała już na nich grupa ludzi. Erica stanęła jak wryta, słysząc, że zwracają się do niego „panie Black”. Kiedy zaś pełnomocnik do spraw nieruchomości Reddmana nazwał ją Ericą, Jared także gwałtownie przystanął. Spojrzeli na siebie, jednocześnie uświadamiając sobie, jak okropną popełnili gafę. Byli wrogami, wodzami dwóch nieprzyjacielskich wojsk. A przecież, gdy pozostawali w nieświadomości, połączyła ich zabawna sytuacja, wspólny śmiech, a nawet cień flirtu.

Na myśl o tym, że choćby przez trzy minuty czuła pociąg do tego człowieka, Ericę ogarnęło wzburzenie i zakłopotanie.

Otwór jaskini znajdował się dwadzieścia pięć metrów poniżej grzbietu zapadliska, za posiadłością Zimmermana. Gdy na wschodzie, nad górami, właśnie budził się dzień, zalewając Los Angeles przejrzystą, wolną od smogu poświatą, Erica zapinała pod brodą pasek kasku. Obok niej sposobił się Lukę. Wyglądał na podnieconego, w oczach miał dziki błysk. To był jego pierwszy kontakt ze świeżo odkrytym wykopaliskiem, mocował więc linę asekuracyjną i zamykał karabinek z zapałem godnym starożytnego wojownika gotującego się do boju.

Jared Black także zakładał na siebie uprząż i Erica zauważyła, że przebrał się w bardziej nieformalny strój — miał na sobie wypożyczony kombinezon z napisem „Southern Ca-lifornia Edison” na plecach. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, malował się na niej jedynie ponury wyraz, który sprawił, że Erica pomyślała: „Jest wściekły”. Ale dlaczego? Czyżby nie chciał podjąć się tego zadania? Czy został do tego zmuszony? Byłaby raczej skłonna przypuszczać, że Jared Black z radością powita tak doskonałą okazję do zwrócenia powszechnej uwagi na działalność swej komisji oraz na własną, prywatną krucjatę w obronie praw rdzennych Amerykanów.

A może był wściekły z powodów osobistych? Możliwe, że ciągle jeszcze nie wybaczył jej słów, które wypowiedziała w dniu, gdy wraz ze swymi ludźmi przegrała proces w sprawie Reddmana: „Słowa pana Blacka trącą hipokryzją, kiedy ogłasza się orędownikiem ochrony dóbr kultury, a jednocześnie każę zakopywać materialne obiekty historyczne pod ziemią, tym samym skazując je na zapomnienie”.

— Czy jest pani gotowa, doktor Tyler? — zapytał przewodnik, upewniając się, że Erica jest mocno przypięta do liny asekuracyjnej, i ponownie sprawdzając jej uprząż oraz wszystkie łączenia.

— Bardziej już nie można — odparła, śmiejąc się nerwowo. Nigdy jeszcze nie opuszczała się na linie z dużej wysokości.

— W porządku, proszę robić to, co ja, a wszystko będzie dobrze.

Przewodnik stanął na krawędzi klifu tyłem do przepaści i pokazał im, jak się należy pochylić i rozpocząć kontrolowane zejście. Zademonstrował sposób, w jaki lina powinna przechodzić przez pętlę w kształcie ósemki, stopniowo popuszczając sznur w prawej dłoni, podczas gdy lewe ramię trzymał wyciągnięte do tyłu i powoli, ostrożnie opuszczał się po zboczu. Kiedy dotarł do wejścia jaskini, pomógł zjechać Erice, a następnie Luke’owi i Jaredowi.

Cala czwórka odwiązała liny i stanęła naprzeciw ciemnej, nieprzeniknionej otchłani. Grota mogła być niewielka, lecz mrok czynił ją przepastną. Przytłaczającą czerń łagodziły tylko słabe światełka na ich kaskach. Gdy zaszurali stopami, dźwięk ten odbił się wątłym echem od ścian z piaskowca i zamarł w mrocznej oddali.

Pomimo nagłej chęci, by wbiec do środka i obejrzeć malowidło, Erica pozostała blisko wejścia i zaczęła metodycznie omiatać światłem latarki podłoże, ściany i sufit. Upewniła się, że nie ma tam śladów powierzchniowego materiału archeologicznego, który mogliby niechcący zniszczyć.

— W porządku, panowie — stwierdziła. — Możemy wejść. Tylko stąpajcie ostrożnie. — Oświetliła kamienne ściany, a potem sklepiony sufit. — W miarę posuwania się w głąb, cofajmy się w czasie i próbujmy sobie wyobrazić, co ludzie mogliby tutaj robić i jakie ślady pozostawiłaby ich działalność.

Ruszyli powoli przed siebie, ostrożnie stawiając stopy w ciężkim obuwiu, a osiem krążków światła tańczyło niczym ćmy po zagłębieniach piaskowca.

— Mamy szczęście, że grota znajduje się po północnej stronie gór, ponieważ jest ona bardziej sucha niż zbocze południowe, narażone na sztormy na Pacyfiku. Właśnie dzięki osłonie przed wodą ocalało to malowidło, a możliwe, że inne obiekty też — odezwała się cicho Erica.

Rozglądali się w milczeniu. Snopy światła muskały gładkie zarysy skały, wydobywając z mroku sczerniałe powierzchnie i połacie porostów, podczas gdy czwórka intruzów czujnie, uważnie, z wyostrzonymi zmysłami posuwała się do przodu, by wreszcie dotrzeć do przeciwległego końca groty.

— Tam — powiedział przewodnik, mając na myśli malowidło.

Erica przysunęła się trwożnie do ściany, z niezwykłą uwagą stawiając kroki. Gdy tylko blask umieszczonej na kasku lampy karbidowej padł na piktogramy, zaparło jej dech w piersiach. Te kręgi intensywnych barw, czerwienie i żółcie podobne płonącym słońcom! Były takie piękne, fantastyczne, żywe! Były też...

— Czy pani wie, co oznaczają te symbole, doktor Tyler? — spyta! przewodnik, przechylając głowę na wszystkie strony i usiłując doszukać się jakiegoś znaczenia w tym, co wyglądało jak bezsensowna zbitka linii, kręgów, form i kolorów.

Erica nie odpowiedziała. Stała przed malowidłem porażona, z otwartymi szeroko oczami, jakby zahipnotyzowana przez jaskrawe słońca i księżyce na skale.

— Doktor Tyler? — powtórzył.

Jared i Lukę wymienili spojrzenia.

— Doktor Tyler... Dobrze się pani czuje? — Lukę poklepał ją po ramieniu, aż podskoczyła.

— Co? — Spojrzała na niego skonsternowana. Wreszcie zaczęła dochodzić do siebie. — Ja po prostu... nie spodziewałam się znaleźć malowidła w tak doskonałym stanie. Czegoś tak... — Nadal oddychała z trudem. — A jeśli chodzi o pańskie pytanie na temat tych symboli... — powiedziała głosem już nieco silniejszym, lecz z pewnym wysiłkiem, jak gdyby usiłowała przypomnieć sobie, gdzie jest — to najważniejszą religią na tym obszarze był szamanizm, czyli forma kultu oparta na osobistej interakcji między szamanem a siłami nadprzyrodzonymi. Szaman spożywał liście rośliny o nazwie bieluń, lub w inny sposób wprowadzał się w trans, i wkraczał do świata duchów. Było to tak zwane poszukiwanie wizji. Kiedy wychodził z transu, utrwalał swoje wizje na skale. Nazywamy to sztuką transową. Tak przynajmniej mówi jedna z teorii dotyczących sztuki naskalnej Południowego Wschodu.

Przewodnik przysunął się bliżej.

— Z czego pani wnosi, że to dzieło szamana? — dopytywał. — Czy to nie może być po prostu malunek zupełnie pozbawiony znaczenia?

Erica wpatrywała się w największy, krwistoczerwony krąg, z którego na wszystkie strony rozchodziły się dziwne punkty. „To musi coś znaczyć, nie ma wątpliwości”.

— Tego rodzaju zjawiskami zajmuje się nauka zwana neuropsychologią odmiennych stanów świadomości. Przeprowadzone badania laboratoryjne wykazały, że istnieją pewne uniwersalne obrazy opisywane przez przedstawicieli różnych kultur — Indian, Aborygenów, Afrykanów. Są to prawdopodobnie jaskrawe figury odruchowo wytwarzane przez nasz system wzrokowy. Może pan to sprawdzić. Proszę przez chwilę patrzeć prosto w światło, a potem szybko zamknąć oczy. Ujrzy pan te same wzory — kropki, linie równolegle, zygzaki, spirale, czyli coś, co nazywamy metaforami transu.

Ale to niczego nie przedstawia — odrzekl z powątpiewaniem.

Nie musi. Symbole te obrazują uczucia oraz stany duchowe, a więc coś pozbawionego postaci materialnej, i tym samym niemożliwego do przedstawienia. A jednak... — Umilkła, gdy światło jej latarki padło na jakiś nieokreślony kształt, przedłużony o coś, co wyglądało jak wyciągnięte ramiona albo czulki. — Niektóre szczegóły rysunku są zastanawiające.

Lukę odwrócił się do Eriki, oślepiając ją przez chwilę blaskiem lampy na kasku.

— Zastanawiające? A co na przykład?

— Zwróć uwagę, że niektóre elementy odbiegają wyraźnie od tego, co najczęściej spotyka się w obrazowaniu stanów transowych. Choćby ten symbol. Nie spotkałam go nigdy wcześniej na żadnym badanym przeze mnie rysunku naskalnym. Większość z owych symboli, takich jak te odciski dłoni, znajdziesz na innych piktogramach i petroglifach rozsianych po całym Południowym Zachodzie. Odcisk dłoni w sztuce naskalnej ma charakter uniwersalny i występuje na całym świecie. Odzwierciedla wierzenie, że powierzchnia skały jest przenikalną granicą między światem rzeczywistym a nadprzyrodzonym. Stanowi ona drzwi, przez które szaman przechodzi, by złożyć wizytę duchom. Ale inne symbole — wskazała je ostrożnie, by nie dotknąć skały — są dla mnie zupełnie nowe... — Umilkła, a jej lekki oddech niczym powiew wiatru zmącił ciszę panującą w jaskini. — W tym malowidle jest jeszcze coś innego, co mnie zastanawia.

Jej towarzysze czekali w milczeniu.

— Zawiera ono piktogramy charakterystyczne dla kultur pochodzących z tego obszaru, a jednocześnie są na nim motywy typowe dla sztuki naskalnej Indian Pueblo. Tak naprawdę odzwierciedla mieszankę kultur. Być może Paju-tów południowych albo Szoszonów. W każdym razie jakiegoś plemienia z południa Nevady.

— Czy potrafi pani oszacować wiek malowidła, doktor Tyler? — zapytał Lukę pełnym podziwu tonem.

— W przybliżeniu możemy stwierdzić, że pochodzi ono sprzed pięćsetnego roku naszej ery, ponieważ ukazano na nim włócznie, zamiast łuków i strzał. Te ostatnie weszły do użytku w Nowym Świecie około roku pięćsetnego. Żeby bardziej precyzyjnie określić wiek obrazu, musielibyśmy przeprowadzić analizę mikrosondą elektronową i zastosować datowanie radiowęglowe. Na razie jednak powiedziałabym, że malowidło ma około dwóch tysięcy lat.

Wtedy Jared Black odezwał się po raz pierwszy.

— Jeśli artysta pochodził z południowej Nevady, to przebył niezły kawał drogi, zwłaszcza że musiał przejść przez Dolinę Śmierci.

— Zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego to zrobił? Szoszoni i Pajuci nigdy nie wypuszczali się poza swoje tereny plemienne. Chociaż przenosili się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu żywności, mieli silny instynkt terytorialny i nie wychodzili poza granice ziem swoich przodków. Co mogło skłonić tego człowieka do zerwania z własnym klanem i odbycia tak dalekiej i bez wątpienia bardzo ryzykownej podróży?

Oczy Jareda ocieniał kask, ale Erica poczuła na sobie jego świdrujące spojrzenie.

— A więc możliwe, że to Szoszon? — spytał.

— Ja tylko zgaduję. Z badań nad cyklami suszy wynika, że około tysiąca pięciuset lat temu zmiany klimatyczne na pustynnych obszarach wschodniej Kalifornii przygnały na teren dzisiejszego Los Angeles grupę przodków Indian Gabrielino, która mówiła językiem Szoszonów. Jeśli jednak ci ludzie posiadali własną nazwę plemienną, z czasem musia-ła ona ulec zapomnieniu.

— A więc malowidło na pewno wykonał jeden z tych przodków? — naciskał Jared.

Erica próbowała utrzymać nerwy na wodzy. Jared Black byl człowiekiem, który żądał natychmiastowych odpowiedzi.

— Nie mogę stwierdzić tego z pewnością, bo uważam, że ma ono więcej niż tysiąc pięćset lat. I proszę nie zapominać, że „Gabrielino” to uniwersalna nazwa nadawana przez franciszkanów różnym plemionom zamieszkującym te rejony. — Rzuciła mu znaczące spojrzenie. — Dlatego musimy być bardzo ostrożni w posługiwaniu się terminami.

— I na pewno nie może pani określić plemienia?

Jej rozdrażnienie powoli zamieniało się w gniew. Wiedziała, do czego zmierza Black, ponieważ taką samą insynuację rzucił pod jej adresem podczas sprawy Reddmana, kiedy powiedziała, że potrzebuje więcej czasu na zidentyfikowanie plemiennej przynależności szczątków ludzkich oraz przedmiotów sztuki. W tamtym wypadku Jared Black nie mylił się: rzeczywiście grała wówczas na zwłokę. Teraz jednak mówiła prawdę. Nie miała pojęcia, któremu plemieniu przypisać autorstwo malowidła.

Odsunąwszy się od ściany, Erica zauważyła, że bezpośrednio pod freskiem podłoże różni się od tego w pozostałej części jaskini. Wznosiło się nieco pod kątem, który nie wydał jej się naturalny. Spojrzała na sufit. Najmniejszych śladów oberwania. Potem kucnęła i w kilku miejscach roztarta w palcach grudki ziemi. Była wszędzie taka sama, ponieważ wiatry wiejące w grocie rozpraszały ją równomiernie.

— Skoro samo malowidło nie naprowadziło nas na żadne konkretne plemię — powiedziała — proponuję, żebyśmy poszukali wskazówek gdzie indziej. Na przykład w tym dziwnym kopcu.

Lukę uniósł wysoko jasne brwi, a w jego oczach pojawił się błysk nadziei.

— Myśli pani, że tu jest coś zakopane, doktor Tyler?

— Możliwe. Ściany są okopcone, a więc palono tu ogniska albo pochodnie, co może oznaczać, że kopiec ten kryje ślady ludzkiej działalności na przestrzeni wielu stuleci. Chciałabym zbadać to wzniesienie.

— I oto zstąpiła szarańcza — mruknął Jared.

— Żadna szarańcza, panie Black. Tylko ja. Będę jedyną osobą prowadzącą tu prace, żeby kopiec uległ możliwie najmniejszemu zniszczeniu.

— Prace wykopaliskowe zawsze niszczą, doktor Tyler.

— Może mi pan wierzyć albo nie, panie Black, ale naprawdę istnieją archeolodzy, którzy wcale nie uważają, że trzeba kopać wszędzie tam, gdzie dokona się odkrycia. Prace można rozpocząć, jeśli stanowisko archeologiczne jest zagrożone, lub gdy — jak w tym wypadku — zachodzi potrzeba określenia przynależności plemiennej naszego artysty. Niewykluczone, że natknęliśmy się na wspaniałą skarbnicę wiedzy historycznej.

— Albo na groby, które należy zostawić w spokoju.

Erica spojrzała na Jareda, na jego twarz poprzecinaną ostrymi smugami światła i cienia, po czym zwróciła się do Luke’a:

— Najpierw przeprowadzimy analizę geochemiczną gleby i określimy poziom fosforanów. Dowiemy się przynajmniej, czy miejsce to było zamieszkane. A na razie, jak sądzę, dobrze będzie, jeśli oczyścisz trochę tę ścianę. Pod sadzą może być więcej piktogramów.

Chciała jeszcze powiedzieć coś do Jareda Blacka, ale ze zdumieniem stwierdziła, że odszedł i stał przy wejściu jaskini. Zarys jego wysokiej, barczystej sylwetki odcinał się na tle porannego brzasku; jedną dłoń oparł o ścianę, a w drugiej trzymał zdjęty z głowy kask. Wydawało się, że Jared Black stoi tak upozowany na krawędzi klifu, by zerwać się do lotu.

W chwili tej było coś surrealistycznego: ciemność jaskini połączona z poczuciem przytłaczającego ogromu góry, bliskość piaskowcowych ścian, kojąca cisza, choć przez otwór wpadał jasny słoneczny blask znad Pacyfiku wraz z hałasem pracujących ekip, policjantów i warkoczących w górze helikopterów. „Dlaczego tam stoi? Czemu się przygląda?”

Ericę zastanawiało, z jakiego powodu Jared Black przyszedł tu tak bardzo rozdrażniony. Prawdopodobnie był gotów iść na ustępstwa w takim samym stopniu, jak niedźwiedzica grizzly broniąca swych małych. Gdyby tylko istniał sposób, by go przekonać, że mogą ze sobą współpracować, że nie muszą wciąż walczyć. Lecz on z jakichś niewyjaśnionych przyczyn najwyraźniej się uparł, żeby zrobić sobie z niej wroga. Sprawa Reddmana rozegrała się przed czterema laty, a jednak Erica nie mogła oprzeć się wrażeniu, że bitewny zapał oraz późniejsze upojenie zwycięstwem nadal zagrzewają go do walki, Jared Black bez wątpienia gotował się do wojny, a ona nie miała pojęcia dlaczego.

Dalej przeszukiwała grotę, aż w końcu snop światła latarki zatrzymał się w pewnym punkcie podłoża.

— Jak sądzisz, Lukę, co to może być?

Lukę spojrzał w dół i stwierdził, że ziemia w tym miejscu jest naruszona, a spod niej wyłania się jakiś szarawobiały kształt.

— To jest zupełnie świeże. Gleba osypała się pewnie na skutek wstrząsów.

Erica uklękła i delikatnie odgarnęła pędzelkiem sypką ziemię.

— Mój Boże... — powiedział Lukę, wybałuszając oczy.

Jared wrócił do nich i patrzył w milczeniu, jak Erica oczyszcza swoją miotełką jakiś przedmiot, który przypominał kamień z dziurą w środku. Potem pojawiła się następna dziura. A wreszcie... zęby.

Była to ludzka czaszka.

— To jest grobowiec! — wyszeptał nabożnie Lukę.

— Czyj? — zapytał nerwowo przewodnik.

Erica, czując nagły przypływ emocji i podniecenia, nie odpowiedziała. Ale odpowiedź nasunęła jej się sama. W jakiś dziwny sposób, mimo że nie zaczęto jeszcze prac wykopaliskowych i nie było na to żadnego dowodu, Erica wiedziała już, że przed nimi leżą szczątki twórcy słonecznego malowidła.

ROZDZIAŁ DRUGI

MARIMI

Dwa tysiące lat temu

Marimi patrzyła na tańczących w środku kręgu mężczyzn i wiedziała, że oto nadchodzi czarodziejska noc.

Już teraz czuła tę magię w swoich palcach, gdy z wprawą krzyżując giętkie wierzbowe gałązki, wyplatała owalną kołyskę, w której miało spocząć jej nienarodzone jeszcze dziecko. Dno zostanie później wyścielone koźlęcą skórą, a nad główką maleństwa przymocuje się plecioną osłonę przed słońcem. Marimi czuła także magię w swoim łonie, kiedy poruszało się w nim nowe życie —jej pierwsze dziecko, które miało się narodzić na wiosnę. Dostrzegała magię w gibkich kończynach swego młodego męża, gdy ten tańczył, świętując doroczne zbiory szyszek sosnowych — przystojny jurny myśliwy, dzięki któremu poznała uniesienia cielesnej miłości między kobietą i mężczyzną. Marimi słyszała magię w śmiechu mężczyzn, gdy tańczyli, uprawiali hazard lub snuli opowieści, paląc gliniane fajki; słyszała ją w muzyce grajków, którzy dmuchali w gwizdki z wydrążonych ptasich kości i we flety wystrugane z drewna dzikiego bzu. Magia pobrzmiewała w wesołych pogaduszkach kobiet, wyplatających lśniące koszyki w blasku licznych ognisk, w piskach dzieci, które grały w kółko i patyk albo siłowały się na wilgotnej leśnej trawie. Magia kryła się także w twarzach młodych zakochanych ludzi, gdy zza osłony dłoni posyłali uśmiechy swoim wybrankom i przyszłym małżonkom. Była to, jak mawiała jej matka, „noc duchów”, jedna z tych nocy, kiedy dusze drzew, skał i rzek przyzywają cienie przodków, by wspólnie świętować Jedność Wszystkich Rzeczy. To pora wielkiej radości, dobra, wyjątkowa noc.

A jednak radość dziewczyny zupełnie niespodziewanie podszyta była lękiem.

Z drugiej strony wielkiego kręgu utworzonego przez rodziny podziwiające tancerzy wpatrywała się w nią uporczywie para zimnych czarnych oczu — były to oczy starej Opaki, szamanki klanu, która wyglądała wspaniale, przyodziana w koźle skóry, sznury paciorków i cenne orle pióra. Marimi zadrżała pod jej przeszywającym spojrzeniem i poczuła, że ze strachu pokrywa się gęsią skórką. Opaki bali się wszyscy, nawet wodzowie i myśliwi, przerażała ich bowiem jej rozległa i tajemnicza wiedza na temat magii, jej rozmowy z duchami i to, że tylko ona jedna potrafiła porozumiewać się ze słońcem, księżycem i wszystkimi duchami na ziemi oraz prosić o ich wstawiennictwo.

Zwykli ludzie nie umieli rozmawiać z bóstwami. Jeśli członek klanu chciał je poprosić o przysługę, konieczne było pośrednictwo szamana: bezpłodna kobieta pragnąca dziecka, brzydka dziewica rozpaczliwie szukająca męża, stary myśliwy, którego umiejętności pogorszyły się z wiekiem, staruszka o palcach niezdolnych już do wyplatania koszyków, ciężarna kobieta potrzebująca ochrony przed złym spojrzeniem, ojciec, który się bał, że korytem strumyka obok szałasu jego rodziny nigdy już nie popłynie woda — wszyscy oni, trwożliwie i z wielkim szacunkiem, udawali się do szamana i pokornie przedstawiali swoje sprawy. Każdej petycji towarzyszyła zapłata i to dlatego właśnie szamani byli bardzo zamożni, ich chaty najpiękniej ozdobione, skóry koźle najmiększe, paciorki najwspanialsze. Biedne rodziny ofiarowały tylko nasiona, podczas gdy najbogatsi przynosili owcze rogi lub skóry łosiów. Każdy mógł podejść do szamana i otrzymać za jego pośrednictwem odpowiedź od bogów. Taką rolę pełniła Opa-ka, najpotężniejsza postać w klanie Marimi. Dziewczyna widziała kiedyś, jak jeden z mężczyzn choruje i umiera jedynie dlatego, że stara wskazała go palcem — taką moc posiadała Opaka.

Ale dlaczego teraz przyglądała się właśnie Marimi, a oczy płonęły jej niczym czarne ogniste punkciki?

Próbując ukryć strach, młoda żona ponownie skupiła uwagę na wyplataniu kołyski i pomyślała, że ta noc jest przecież wyjątkowa.

Była to pora dorocznego zgromadzenia, kiedy wszystkie rodziny Ludzi, którzy nazywali siebie Topaa, przybywały z czterech stron świata, z odległych miejsc, gdzie ziemia podpiera niebo. Topaa opuszczali swe letnie siedziby, żeby spotkać się w górach podczas zbiorów szyszek — był to zjazd około pięciuset rodzin, a każda przywoziła ze sobą własną okrągłą chatę z trawy oraz ogień. Za pomocą długich kijów zdejmowali szyszki z drzew, a wydobyte nasiona piekli i jedli lub mełli na mąkę, którą potem mieszali z mięsem jeleni i z sosem, a to co zostało, gromadzili na nadchodzącą zimę. Gdy kobiety zbierały szyszki, mężczyźni polowali wspólnie na króliki, zapędzając je w sieci i tłukąc kijami w takich ilościach, jakich wymagały zimowe zapasy.

W tym czasie kojarzono także małżeństwa, a nie była to prosta sprawa, ponieważ zasady łączenia młodych okazywały się bardzo złożone — należało sprawdzić i zbadać ich rodowody, zapytać bogów, odczytać znaki. Chociaż wszyscy Topaa pochodzili z tego samego plemienia, byli wśród nich członkowie różnych klanów, które z kolei dzieliły się na rodziny, pierwsze i drugie. Każdy klan miał swój totem zwierzęcy: Kuguara, Jastrzębia czy Żółwia. Druga rodzina, złożona z dziadków oraz ciotek, wujów i kuzynów, nosiła nazwisko rodowe: Ludzie znad Zimnej Rzeki, Ludzie ze Słonej Pustyni. Pierwsza rodzina zaś składała się z matki, ojca i potomstwa, a jej nazwisko pochodziło od lokalnego źródła pożywienia, zajęcia albo jakiejś cechy geograficznej: Ci, Którzy Jedzą Bawole Jagody, Mieszkańcy Potoku czy Białe Noże, ponieważ sporządzali narzędzia z miejscowego białego kamienia. Marimi wywodziła się z klanu Jastrzębia o Czerwonym Ogonie, jej drugą rodziną byli Ludzie z Czarnego Płaskowyżu, a pierwsza rodzina nosiła miano Polujących na Króliki. Młody mężczyzna, który wybrał ją na swą żonę, pochodził z klanu Żółwia, Ludzi z Doliny Pyłu, oraz Wytwarzających Fajki. W czasie zeszłorocznych zbiorów zachwyciły Marimi jego szaleństwa, kiedy paradował przed jej chatą: pysznił się jak paw, grał na flecie, pokazywał na migi swoje umiejętności w rzucaniu oszczepem, lecz nie wypowiedział do niej ani słowa, ponieważ to było tabu. A gdy wystawiła przed chatę koszyk słodkich korzonków na znak, że jest zainteresowana, doprowadził do spotkania ich ojców. Obaj mężczyźni odbyli narady z przywódcami swoich klanów, ażeby omówić przebieg skomplikowanych negocjacji, uzgodnić prezenty i zdecydować, czy panna młoda powinna przenieść się do rodziny pana młodego, czy też odwrotnie. Jeśli mąż pochodził z rodziny, w której było niewiele kobiet, żona szła za nim. Jeśli zaś w jej rodzinie było wiele wdów i niezamężnych sióstr, mąż przenosił się do niej. W przypadku Marimi jej ojciec był jedynym mężczyzną wśród ośmiu kobiet i z radością przyjął męża córki jako syna.

Podczas zbiorów ludzie utrwalali sobie też w pamięci granice swego terytorium plemiennego, a dzieciom kazano uczyć się nazw wszystkich rzek, lasów, łańcuchów górskich, które oddzielały ziemie Topaa od terenów sąsiadujących plemion — Szoszonów na północy i Pajutów na południu, z którymi Topaa nie handlowali, nie zawierali małżeństw ani nie prowadzili wojen — dzieci miały również pamiętać, że polowanie, zbieranie nasion lub czerpanie wody na ziemiach należących do innych plemion jest ścisłym tabu.

Co roku w czasie zbiorów każda rodzina ustawiała chatę na swej rodowej parceli, tam gdzie jej przodkowie spotykali się i zbierali szyszki od zarania dziejów. W miejscu, w którym Marimi rozłożyła swoją matę i plotła teraz koszyk dla niemowlęcia, jej matka, babka i wszystkie prababki od niepamiętnych czasów także rozkładały maty i plotły kołyski dla swych dzieci. I pewnego dnia również jej pierworodna córka miała tutaj usiąść i pleść koszyk z wikliny, patrząc na te same tańce, te same gry. Dlatego właśnie coroczne zbiory szyszek służyły czemuś więcej niż tylko gromadzeniu zapasów na zimę. To tutaj ludzie poznawali historie swych przodków, a ponieważ życie Topaa było nierozerwalnie związane z przeszłością, istniała pewność, że dzisiaj wszystko odbywa się dokładnie tak jak kiedyś i tak jak będzie się odbywało jutro i do końca świata. W czasie dorocznego spotkania człowiek uczył się, gdzie jest jego miejsce pośród Stworzenia. Mężczyzna lub kobieta pojmowali, że są częścią Wielkiego Planu, że Topaa i ziemia, zwierzęta i rośliny, wiatr i woda są ze sobą połączone i splecione niczym gałązki wikliny w misternych koszykach wyrabianych przez kobiety.

Po zakończeniu zbiorów klany zostawały w górach na zimę, a kiedy tylko zaczynały wschodzić pierwsze zielone pędy, ogromna osada rozwiązywała się i rodziny wracały do swych odwiecznych siedzib, pozostając tam aż do czasu następnych zbiorów. Marimi z mężem, jej matka, ojciec i sześć sióstr wędrowali z powrotem na swoje ziemie, gdzie polowali na króliki i gdzie rodzina mieszkała od czasów Stworzenia. Tam miała urodzić swe pierwsze dziecko i zostać matką, wzmacniając swoją pozycję w klanie, dzięki czemu w przyszłym roku, kiedy znów przybędą do sosnowego lasu, ludzie zaczną zwracać się do niej z większym szacunkiem i czcią.

O tej szczęśliwej przyszłości Marimi próbowała myśleć teraz, gdy chłód zagadkowego spojrzenia Opaki napawał ją śmiertelnym strachem. Dlaczego szamanka tak się w nią wpatrywała?

Praktyki szamanów klanowych były tajemnicze i niezgłębione — rozmyślanie, a tym bardziej mówienie o nich było tabu. Jedynie szamani posiadali zdolność poruszania się między światem rzeczywistym a nadprzyrodzonym. Zawsze, jeszcze przed rozpoczęciem zbiorów i zanim pierwsza rodzina postawiła tu sobie szałas, wznoszono boską chatę dla szamana. W budowie uczestniczyli wszyscy, nawet dzieci i starcy; wyszukiwano najlepsze konary i gałązki, znoszono najładniejsze skóry i przybory do krzesania ognia po to, by bogowie zechcieli zagościć w boskiej chacie i za pośrednictwem wizji szamana pobłogosławić zbiorom oraz ludziom. W świecie, który był wówczas tak zagadkowy i przerażający, nigdy nie dało się przewidzieć obfitych plonów, zatem konieczne było, aby przed zerwaniem z drzewa pierwszej szyszki szaman wszedł do boskiej chaty i tam porozumiał się z siłami nadprzyrodzonymi, otrzymując od nich wskazówki, proroctwa, a czasem nowe prawa dla klanu.

Dlatego właśnie Marimi tak przelękła się zimnych oczu szamanki. Opaka posiadała boską moc, a Marimi z całą pewnością dostrzegła wrogość w jej spojrzeniu. Ale dlaczego? Dziewczyna nie przypominała sobie, aby jakimś swym uczynkiem mogła wywołać złość starej. Gdyby to inny członek plemienia patrzył na nią nienawistnie, poszłaby do szamanki i błagałaby o boską ochronę przed tą osobą. Tylko że teraz to sama szamanka patrzyła na Marimi złym okiem!

Wtem przypomniała sobie Tikę i przepełnił ją paniczny strach.

Tika, pierwsza córka siostry jej matki, od najwcześniejszego dzieciństwa była dla Marimi jak siostra. Kiedy razem przechodziły przez święte rytuały dojrzałości i wraz z dwunastoma innymi dziewczętami wzięły udział w wyścigu, który wygrała Marimi, jako pierwsza dobiegając do chaty szamana — tylko Tika wiwatowała na jej cześć. I to właśnie ona podczas ostatnich zbiorów przekazywała sekretne wiadomości między Marimi i jej młodym myśliwym, ponieważ w czasie trwania negocjacji małżeńskich ich bezpośrednia rozmowa stanowiła tabu. I nie kto inny jak Tika podarowała Marimi i jej mężowi w prezencie ślubnym koszyk tak niezwykłej urody, że mówił o nim cały klan.

Potem zaś na Tikę spadło nieszczęście. Zakochała się w chłopcu, którego Opaka upatrzyła na męża dla wnuczki swojej siostry. Gdyby Tika poszła z każdym innym, nie stałaby się wyrzutkiem — tego Marimi była pewna. Kiedy nakryto ich razem w szałasie jednego z wujów, wszyscy szamani i szamanki zasiedli do narady, i wypaliwszy fajki mądrości, uchwalili, że wyrzutkiem powinna zostać dziewczyna, a nie chłopak, gdyż to ona go uwiodła i zmusiła do złamania prawa plemiennego. Ponieważ z obawy przed zemstą bogów plemię nie stosowało wobec swoich członków kary śmierci, winni skazywani byli na śmierć za życia. Zabierano im cały majątek, imię i pożywienie oraz wypędzano z opiekuńczego kręgu. Jeśli ktoś raz został ogłoszony wyrzutkiem, nie mógł już nigdy wrócić do społeczności. Nie wolno było z nim rozmawiać, patrzeć na niego, dostarczać żywności, wody ani udzielać schronienia. Członkowie jego rodziny obcinali sobie włosy i opłakiwali go, jak gdyby rzeczywiście utracili bliską osobę. Gdy Tika znalazła się wśród bezimiennych, serce Marimi płakało po niej. Wciąż jeszcze miała przed oczami widok swej przyjaciółki błąkającej się na skraju lasu niczym potępiona dusza. Marimi pragnęła pójść do Tiki, przekroczyć granice opiekuńczego kręgu, zanieść jej jedzenie oraz ciepłe futra i skóry. Wówczas jednak ona również zostałaby wyrzutkiem. Stając się „martwymi”, wypędzeni nigdy nie żyli długo. I nie tylko dlatego, że musieli sami zdobywać pożywienie czy walczyć z żywiołami. Z chwilą gdy człowieka ogłaszano wyrzutkiem, umierała w nim dusza. A kiedy zanika wola życia, śmierć nadchodzi bardzo szybko. Po kilku dniach Tika zniknęła ze skraju obozowiska.

— Matko... — powiedziała cicho Marimi do kobiety, która siedziała obok niej ze skrzyżowanymi nogami i śpiewała, wyplatając kunsztowny koszyk. Śpiew napełniał go życiem, a zatem dawał mu duszę. Dzięki pieśni jej palce wplatały we wzór koszyka mit lub magiczną opowieść. Za pomocą wzoru w romby matka wypełniała koszyk opowieścią o tym, jak dawno temu zostały stworzone gwiazdy. — Matko... — powtórzyła Marimi trochę głośniej — Opaka na mnie patrzy.

— Wiem, córko! Bądź ostrożna. Odwróć oczy.

Marimi zaczęła nerwowo błądzić wzrokiem po gwarnym obozowisku, z którego unosił się ku niebu dym z pięciuset ognisk. Jej letni dom znajdował się na pustyni, gdzie jedyną roślinność stanowiły krzaki bylicy, góry zaś porośnięte były sosną i jałowcem. Ich bujna zielona gęstwina, pośród której gromadziły się duchy, przerażałaby Marimi, gdyby dziewczyna nie przebywała wraz z innymi wewnątrz opiekuńczego kręgu. W nocy, gdy rodziny kładły się na futrzanych pledach, wsłuchane lękliwie w głosy zawodzących wśród drzew duchów, każdy miał nadzieję, że talizmany, jakie szaman rozmieścił wokół obozowiska, mają wystarczająco silną moc, by odpędzić zjawy. Nikt więc nie skąpił zapłaty szamanowi, ponieważ potężny szaman zapewniał klanowi bezpieczeństwo i opiekę bogów. Wszyscy przecież pamiętali okropny los, jaki spotka! klan Sowy, którego szaman zabił się, spadając ze stromego urwiska, i pozostawi! trzydzieści sześć rodzin bez nikogo, kto mógłby je reprezentować w świecie duchów i w ich imieniu przemawiać do bogów. Nie miną! jeden cykl księżyca, a wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci zachorowali i umarli, tak że klan Sowy przestał istnieć.

Przerażenie Marimi wciąż rosło, toteż całym wysiłkiem woli usiłowała skupić się na koszyku dla niemowlęcia. Jednak jej palce poruszały się teraz sztywno i niezgrabnie, gdy ze zgrozą uświadomiła sobie, że magia, którą czuła tej nocy, wcale nie musiała być dobrą magią...

Przypatrując się Marimi poprzez krąg tancerzy, Opaka przypominała sobie czasy, gdy i na nią przyjemnie było popatrzeć. Usadowiona na swej cennej bawolej skórze, pośród jedzenia, paciorków i piór, które przynieśli jej w darze ludzie potrzebujący pomocy i błogosławieństwa bogów, Opaka myślała z goryczą, że kiedyś, zanim nie zniszczyły jej wiek i zbyt liczne wędrówki poza ciało, ona również miała krągłą twarz, roześmiane oczy, zmysłowe usta i włosy niczym czarny lśniący wodospad — które teraz, u Marimi, przyciągały uwagę nie tylko jej młodego męża. Dziś Opaka była zgarbiona, siwa i bezzębna.

Ale nie to było powodem jej nienawiści do dziewczyny.

Trucizna ta zaczęła płynąć w jej sędziwych żyłach sześć zim temu, podczas Roku bez Szyszek, kiedy rodziny po przybyciu do lasu odkryły, że szyszki sosnowe już opadły i gniją na ziemi. Ludzie, widząc, że bogowie kazali porze zbiorów nadejść wcześniej i tym samym sprowadzili na nich głód, wszczęli wielki lament, szamani zaś pochowali się w swoich boskich chatach, gdzie rozpaliwszy ogień ze świętego jadło-szynu, pościli, spożywali bieluń, śpiewali i zawodzili, wznosząc modły do bogów o wizje, które pokazałyby, gdzie rosną szyszki. Bogowie nie wysłuchali jednak modlitw szamanów i wydawało się, że nad Topaa zawisła klęska strasznego głodu.

I wtedy matka Marimi przyszła do Opaki z niezwykłą opowieścią.

Jej córka, wówczas dziewięcioletnia, padla ofiarą okropnej przypadłości, która wypełniała jej głowę bólem, odbierała wzrok i słuch. Matka zmoczyła głowę dziecka zimną wodą i położyła dziewczynkę w cieniu drzewa, a kiedy choroba ustąpiła, Marimi powiedziała jej o sosnowym lesie po drugiej stronie rzeki. Matka odparła, że to tylko sen wywołany głodem i dziwną chorobą głowy. Nakazała córce nikomu nie mówić o swoim widzeniu, bo jedynie Opaka mogła wskazywać klanowi, gdzie należy szukać pożywienia. Ale Marimi upierała się przy wizji sosnowego lasu rosnącego poza granicami Topaa, na bezludnych ziemiach, których nie zamieszkiwali ich przodkowie — a zatem przenosząc się tam i zbierając obfity plon szyszek, plemię naruszyłoby tabu.

Kiedy szamani wyłonili się ze swojej chaty, oznajmiając, że tego roku nie będzie szyszek ani królików, które całkowicie zniknęły z lasu, oraz że powodem nieurodzaju jest niechęć bogów do ludzi — matka Marimi uznała, że nadszedł czas, by zasięgnąć rady Opaki w sprawie wizji córki. Według jej dziecka las leżał w kierunku wschodzącego słońca, po drugiej stronie rzeki, na szczycie żyznego wzgórza.

Opaka oznajmiła, że ziemia ta leży daleko poza granicami terenów plemiennych. Idąc tam, plemię naruszyłoby tabu. Lecz dziewczynka uparcie twierdziła, że nie jest to tabu, ponieważ tak powiedział jej we śnie duch. Opaka zabroniła kobiecie wspominać o tym komukolwiek, sama zaś wybrała się tam potajemnie i niewątpliwie znalazła las pełen szyszek, gdyż po powrocie do wioski poszła prosto do boskiej chaty, udała się w podróż duchową, po czym obwieściła, że bogowie zesłali jej wizję niezamieszkanej przez przodków krainy, obfitującej w szyszki.

Wybrano czterech młodych odważnych mężczyzn, którzy otrzymali włócznie oraz polecenie, by biec w stronę słońca. Gdyby jednak wkroczyli na ziemię objętą tabu, mieli nie wracać.

Po ich odejściu ludzie tańczyli i żywili się larwami pszczół, miodem i szyszkami, które udało się wygrzebać spod warstwy zgnilizny. Powróciwszy, myśliwi opowiedzieli o urodzajnym lesie na drugim brzegu rzeki, niezamieszkanym przez ludzi ani przodków.

A zatem Rok bez Szyszek okazał się dobrym rokiem, tak że potem, podczas następnych zgromadzeń, rozmawiano o nim przy ogniskach. Plemię zebrało obfity plon i wróciło do swych letnich siedzib z koszami pełnymi szyszek. O dziewczynce nikt nie wspominał. Wizję przypisano szamance, która potrafi rozmawiać z bogami — tak oto potwierdziła się moc i potęga Opaki.

Od tamtej pory stara bacznie obserwowała dziewczynę, wypatrując chwil, gdy ta cierpiała na bóle głowy i mówiła o wizjach. Przed dwoma laty, kiedy Marimi stała się kobietą i wygrała wyścig podczas rytuału dojrzałości, dzięki czemu bardzo zyskała w oczach plemienia, zdobywając pozycję, której Opaka pragnęła dla wnuczki swojej siostry, gdyż nie miała własnej — staruszka wzmogła jeszcze swą czujność. Po ostatnim obrzędzie inicjacyjnym, podczas którego dziewczęta w specjalnych chatach czekały na dostąpienie wizji i zgodnie oznajmiały, że ich zwierzęciem przewodnim jest grze-chotnik — wąż bowiem symbolizował męskość i przynosił szczęście dziewicom pragnącym zostać płodnymi matkami

— Marimi sprzeniewierzyła się tradycji, twierdząc, że jej duchem przewodnim jest kruk.

Najbardziej jednak niepokoiło Opakę to, że dziewczyna przeżywała wizje bez pomocy bielunia, którego potrzebowali szamani. Cóż by się stało ze strukturą społeczną klanu, gdyby każdy mógł rozmawiać z bogami? Zapanowałyby chaos, barbarzyństwo i bezprawie. Jedynie wybrańcy, ci, którzy poznali tajemnicę szamańskich obrzędów, mogli komunikować się z tamtym światem. Dzięki temu we wszechświecie panowały równowaga i niezmienny porządek. Opaka dostrzegała w dziewczynie przyszłe zagrożenie dla trwałości plemienia. Zwłaszcza teraz, gdy Marimi była w ciąży i wkrótce miała zyskać nowy, wyższy status matki.

A tego przywileju Opaka nigdy nie dostąpiła.

Wybór padł na nią, gdy jeszcze była niemowlęciem

— odebrano ją matce i powierzono szamance klanu, z którą zamieszkała w odosobnieniu. Stara kobieta wychowywała Opakę i przekazywała jej najrozmaitsze tajemnice, uczyła magii i uzdrawiania oraz prowadzenia rozmów z bogami. Była to nauka wytrzymałości i czas próby, długie, uciążliwe miesiące samotności i poświęcenia, gdy w ciężkich warunkach i bez miłości wpajano w nią, by nie myślaia o sobie, lecz o plemieniu, przygotowywano do życia bez męża i dzieci, pozostawania w dziewictwie aż do starości. Obce jej było uczucie zawiści, gdyż wychowano ją na najbogatszą i najpotężniejszą osobę w klanie — jakże więc mogła być o cokolwiek zawistna? Nie znała także pojęcia zazdrości, mogła zatem odczuwać ją tylko podświadomie. Opaka nie uwierzyłaby również w zarzut, że boi się zwykłej dziewczyny. Ludzie, którzy rozmawiają bezpośrednio z bogami, są odporni na drobne ludzkie przywary. Dlatego też, nieświadoma własnej frustracji i rozgoryczenia oraz głębokiego lęku przed grożącą jej pewnego dnia ze strony Marimi konkurencją i boską władzą, Opaka powiedziała sobie w duchu, że tajemny spisek, który uknuła przeciw dziewczynie, ma na celu dobro plemienia.

Kilka młodych kobiet, jej niezamężnych przyjaciółek, podeszło do Marimi, by się z nią podroczyć. Nie zmarznie ona dziś w nocy, gdy zimowy chłód przeniknie do ich szałasów. One miały tylko futra i skóry, aby się ogrzać, podczas gdy na szczęśliwą Marimi czekało ciepło ciała mężczyzny.

— Czy jeśli usłyszymy twoje krzyki — rzekła jedna z dziewcząt, która wkrótce miała poślubić myśliwego z klanu Sokoła — mamy przybiec ci na ratunek?

— A jeśli to będą jego krzyki? — dokuczała inna. — Czy mamy przyjść i zabrać twojego męża?

Marimi zarumieniła się, roześmiała i skarciła swoje przyjaciółki za to, że zachowują się jak głupiutkie dziewice, ale ich zainteresowanie bardzo jej pochlebiało; i rzeczywiście nie mogła się już doczekać nocy, gdy legnie w namiętnym uścisku swego męża.

Miała właśnie podarować przyjaciółkom koszyk jagód, które zebrała tego popołudnia, gdy jakaś kobieta nagle wdarła się do środka kręgu, z krzykiem odpychając tancerzy. Na rękach niosła nieprzytomne dziecko. Rzuciła się Opace do stóp, błagając ją o uzdrowienie syna.

W całym obozowisku zapadła cisza. Słychać było tylko trzaskanie drewna w ogniskach i zawodzenie niemowląt w odległych chatach.

Marimi rozpoznała chłopca. Był to Payat z klanu Górskiego Lwa; jego drugą rodziną byli Ludzie z Czerwonego Wąwozu, pierwszą zaś Mieszkańcy Słonej Równiny. Obóz trwał w posępnym milczeniu, gdy Opaka dźwignęła się na nogi, podeszła i pochyliła nad chłopcem, który jęczał z bólu. Dotknęła kilku miejsc na jego ciele, położyła mu rękę na czole, a sama zamknęła oczy, wyciągając przed siebie ręce, wnętrzem dłoni do dołu, nad wijącym się ciałkiem dziecka. Przez cały czas mruczała jakąś magiczną pieśń, której nikt nie rozumiał.

Wreszcie otworzyła oczy, wyprostowała się, w miarę swych możliwości, i oznajmiła, że chłopak naruszył tabu i został nawiedzony przez złego ducha.

Tłum wydał z siebie zbiorowe westchnienie zgrozy. Ludzie zaczęli kręcić się niespokojnie, a niektórzy nawet odeszli. Miesiączkujące i karmiące piersią kobiety szukały schronienia w swych chatach, mężczyźni zaś nerwowo ściskali włócznie. Człowiek opętany przez złego ducha budził lęk, ponieważ duch mógł w każdej chwili opuścić jego ciało i zamieszkać w każdym, kto stał w pobliżu.

Opaka ogłosiła chłopca nietykalnym, oświadczając, że jest już właściwie martwy i nawet bogowie mu nie pomogą, następnie zaczęła się naradzać z głównym wodzem i pomniejszymi przywódcami na temat tego, co należy z nim uczynić — oczywiście było wykluczone, aby pozostał wśród ludzi. Tymczasem Marimi przysunęła się bliżej miejsca zdarzenia.

Matka Payata pochylała się nad synem, szlochając i błagając złego ducha, by opuścił ciało dziecka. Dwóm myśliwym kazano odciągnąć ją od chłopca, gdyż Opaka uznała, że dotykanie go stanowi tabu. Podczas gdy uwaga wszystkich skupiła się na rozpaczającej kobiecie, Marimi podeszła jeszcze bliżej, bardzo zaciekawiona tym, co się stało. Wprawdzie powinna trzymać się jak najdalej, oczekiwała bowiem dziecka i nie wolno jej było przebywać w obecności osoby otoczonej tabu, ale nigdy jeszcze nie widziała opętanego człowieka. Kiedy się jednak zbliżyła, ujrzała tylko chłopca, trupio bladego i wykrzywionego z bólu. „Jaką to straszliwą zbrodnię mogło popełnić małe dziecko — rozmyślała — aby zasłużyć na karę ze strony złych mocy?”

Wtedy dostrzegła coś, czego inni chyba nie zauważyli — zmięte żółte kwiaty w dłoniach chłopca. I nagle pojęła: dziecko najadło się liści jaskra. To w ten sposób zły duch wszedł w ciało Payata! Wszyscy wiedzieli, że jaskier jest siedzibą złego ducha, a zjedzenie go powoduje chorobę i śmierć. „Jeśli liście zalegają jeszcze w jego żołądku — zastanawiała się w nagłym olśnieniu Marimi — to może uda się jakoś wypędzić ducha?”

Niewiele myśląc, przypadła do chłopca i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, podniosła go, obróciła i włożyła mu palec do ust. Natychmiast zaczął wymiotować.

Gapie wrzasnęli, gdy Struga zielonego płynu trysnęła z ust Payata, a kiedy rozlała się w kałużę na ziemi, wszyscy zgodnie krzyknęli, że przybrała kształt zwierzęcia. Zły duch opuścił ciało chłopca!

Mężczyźni pospiesznie rzucili się do kałuży i zaczęli zasypywać zielonego diabla popiołem, aby go zadusić, nim znajdzie sobie nowego gospodarza.

Kiedy Marimi delikatnie położyła chłopca na ziemi, ten jęknął i zawołał matkę. Kobieta szybko chwyciła syna w ramiona, szlochając i śmiejąc się na przemian. Przyciskała go mocno do piersi, a gapie wokół zaczęli mruczeć coś o cudzie. Jak pamięcią sięgnąć, nic takiego wcześniej się nie wydarzyło. I spojrzeli na Marimi inaczej, część z podziwem, inni z zadziwieniem, kilku z lękiem.

Payat zakaszlał i otworzył oczy, i gdy stało się widoczne, że jego bladość ustępuje, wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, wynosząc pod niebiosa imię Marimi.

— Cisza! — wrzasnęła nagle Opaka, unosząc swą szamańską laskę, zdobną w pióra i koraliki.

Tłum rozstąpi! się. Wszystkie oczy skierowane były na białowłosą staruchę, która choć mała i wątła, przedstawiała imponujący widok. I podczas strasznej chwili ciszy, jaka potem zapadła, członkowie plemienia zrozumieli, że na ich oczach popełniono najgorszą zbrodnię, jakiej mógł dopuścić się Topaa: zwykła dziewczyna podważyła wyrok szamanki.

Szamani wszystkich klanów zebrali się w boskiej chacie, a święty dym ich fajek wirującymi pasmami unosił się z otworu w dachu. W całej wiosce zapanowało przygnębienie. Oczekując na werdykt, Marimi płakała ze strachu, przytulona do kolan matki, a jej młody mąż przechadzał się gniewnie przed chatą.

Szamani wyłonili się wreszcie, a Opaka z powagą ogłosiła Marimi oraz chłopca wyrzutkami. Oboje byli martwi.

— Nie! — krzyknęła Marimi. — Nie zrobiliśmy nic złego!

Jej maż splunął na nią i odwrócił się plecami.

Rzuciła się do stóp matki, błagając o pomoc. Ta jednak odwróciła się i rozpoczęła żałobne zawodzenie, które miało trwać przez pięć dni i pięć nocy.