69,00 zł
Czule, czarująco i tajemniczo o kolebce Europy
Plaże na Krecie, nurkowanie na Zakintos, zachody słońca na Santorini – to znają wszyscy. Omiń tłumy turystów i daj się porwać fascynującej Grecji, innej niż ta z przewodników.
Szafran, mastyks i figato pełne pasji zmysłowe opowieści o zielonych wzgórzach i błękitnych zatokach, o winnicach, życiodajnych owocach i groźnych truciznach. Odwiedź z nami pachnące łąki, ateńskie targowiska, przyjrzyj się zbierającym żywicę Eubejczykom, wsłuchaj w gąsienice jedwabników żerujące w Tracji i weź udział w zbiorze oliwek w starym kreteńskim gaju. Zanurz się w świat antycznych mitów, zrozum bogate dziedzictwo regionu i poczuj smak śródziemnomorskiej kuchni.
Uzupełnieniem książki są przepiękne fotografie autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Drodzy Czytelnicy,
Grecja to kraj mozaikowy, rozpięty na pograniczu wielu światów i tradycji, na styku płyt tektonicznych, kontynentów, stref klimatycznych i roślinnych. Przestrzeń mieszcząca w sobie rozległe wybrzeża, setki wysp, lecz również mnogość terenów górskich. Mozaikowość ta wpływa na wszystko: na niezwykle zróżnicowaną historię i kulturę tego świata oraz na jego wysoką bioróżnorodność. Obcowanie z Grecją i jej przyrodą to od wieków marzenie wielu podróżników, przyrodników i badaczy.
Książka, którą trzymacie w rękach, jest wynikiem przeszło sześćdziesięciu pięciu wyjazdów podczas dwudziestu ośmiu lat podróży do Hellady: przeżyć, fascynacji, rozmów, obserwacji i lektur, w tym wielu książek wyszukanych w greckich księgarniach i w domach przyjaciół.
Czuję się wzruszony tym, że mogę podzielić się z Wami fragmentem mojego świata. Splecionego z naturą, zielonego i ukwieconego. Śródziemnomorskiego i bałkańskiego jednocześnie.
Symboliczny początek nastąpił kilka lat przed pierwszą wyprawą, gdy podróżująca po świecie sąsiadka z puławskiego bloku, pani Alicja, przywiozła mi… zasuszony kwiatek z Akropolu. Wiedziała, że małemu przyrodnikowi (przyszłemu biologowi) sprawi to dużą radość. Prezent ten ożywił ciekawość nieznanej jeszcze flory. Trzymałem go w pudełku, niczym magiczny talizman, w szufladzie pełnej niezwykłych artefaktów, znalezionych w naturze. Pobudzał myśli i marzenia o nowych, nieznanych jeszcze światach.
Pierwsza egejska podróż nastąpiła w lipcu 1997 r., gdy jako nastolatek po raz pierwszy postawiłem stopę w Grecji, na Krecie. Zapoczątkowało to silną, głęboką pasję, która zrodziła się właściwie na poczekaniu i poprowadziła mnie w wielu kierunkach: krajoznawczych, przyrodniczych i etnobotanicznych, historycznych i archeologicznych, etnograficznych, muzycznych itd. W świat poznawczej obfitości.
Nic lepszego nie mogło się zdarzyć w życiu nastolatka, który właśnie wtedy instynktownie poszukiwał swojej drogi. Gościnna, pełna otwartych, serdecznych i pomocnych ludzi Grecja natychmiast podała przyjazną dłoń. Ktokolwiek zechce odczytywać napotkane tam znaki i wypowiedziane słowa, zrozumie, że owo przyjazne zaproszenie dotyczy nie tylko zwiedzania i pospiesznego konsumowania napotkanej codzienności. To zaproszenie do przynależności. Do oddania kawałka swojego serca miejscom i ludziom, które i którzy szczodrze odwdzięczą się wielowymiarowym ciepłem, niewymuszoną serdecznością, doświadczeniem i zachętą do współuczestniczenia.
Przez te lata kraj setek portów stał się przystanią i dla mnie. Drugim domem, z którego wyruszałem i wyruszam w różne strony poznania, wiedzy i doświadczenia.
Nie mam też wątpliwości, że to Hellada dopomogła mi w decyzjach dotyczących studiów, które dostarczyły cennej wiedzy i bazy na przyszłość: biologiczno-biotechnologicznych na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego i podyplomowych, etnomuzykologicznych, w Instytucie Muzykologii, tej samej uczelni.
Świat przyrody poznawałem z pełnej żaru wewnętrznej potrzeby od wczesnego dzieciństwa. Natury nie musiałem więc „odkrywać” – od początku była obiektem zachwytu i wzruszenia, miejscem bardzo bliskim, z którym odczuwałem i odczuwam głęboką łączność. Z biegiem lat zrozumiałem, że również moim duchowym domem. Pierwsze przygody z doświadczaniem świata przyrody i zagłębianiem się w nim następowały w miejscach, w których wychowywałem się, dorastałem i gdzie spędzałem wiele czasu ze względów rodzinnych: w okolicach Puław, Kazimierza Dolnego, Janowca oraz na północnym Mazowszu, pomiędzy Przasnyszem a Ciechanowem. To tam wykuwała się moja wrażliwość na świat ożywiony, w całej jego olbrzymiej różnorodności. Wrażliwość, która od tej pierwszej podróży do Grecji odnalazła nową, niezwykle zasobną pożywkę.
Korzystne położenie oraz warunki klimatyczne stworzyły z terenów współczesnej Grecji jedną z kluczowych kolebek cywilizacji i kultur. Od zarania dziejów po XXI w. czerpały i czerpią one z otaczającej je przyrody niezliczone pożytki i źródło utrzymania. Natura pozostaje pramatką ludzkiej egzystencji, dziś często zbyt lekceważoną i niedocenianą. Mieszkaniec szybko rozrastających się miast złudnie uwierzył, że oprze własne przetrwanie na rozwoju technologii i infrastruktury, zapominając o swoim nierozłącznym związku z przyrodą i jej zasobami. Proces ten silnie zaznaczył się również w powojennej historii Grecji, która na przestrzeni kilku dekad odeszła od społeczeństwa wiejskiego, stawiając na przyszłość w zabetonowanych gąszczach rozrastających się miast, w tym aglomeracji ateńskiej, skupiającej niemal połowę ludności kraju.
W niniejszej książce pragnę ukazać mozaikowość i wielowątkowość Hellady, często postrzeganej u nas przez bardzo uproszczone, niekiedy niesprawiedliwe klisze. Różnorodne cele i przesłania realizuję poprzez opowieści o roślinach – niejako narratorach opowiadanych historii. Drzewa, krzewy czy byliny stają się także ich tłem, a w wielu momentach wychodzą na pierwszy plan. Stanowią zarówno praźródło, punkt zwrotny i wspólny mianownik, jak i kierują ku pytaniom o przyszłość. Publikacja ta ma być też próbą zobrazowania, jak wiele – na poziomie praktycznym, symbolicznym, kulturowym – zawdzięczamy roślinom wszyscy my oraz, wprost, mieszkańcy tego pięknego kraju.
Pryzmat, w którym chciałbym odbijać oblicze Grecji, jest na kartach tej książki tylko czasami turystyczny. Częściej zaś historyczny, etnobotaniczny, etnograficzny czy mitologiczny. Próbuję dostarczyć kontekstu i odpowiedzi na odwiecznie nurtujące człowieka pytanie – dlaczego? Dlaczego to, co widzimy dziś jako malowniczy kadr z turystycznego folderu, właśnie takie jest? Co go ukształtowało? Jakie rośliny za nim stoją? Które z nich odpowiadają za niezwykłe prosperity (trwające często wieki) całych mikroświatów, a niekiedy światów bardzo rozległych?
Z innej strony chciałbym wyraźnie podkreślić kruchość przestrzeni, pośród których funkcjonujemy, w tym wypadku krainy śródziemnomorskiej. Obarczonej współcześnie mało przewidywalnym wpływem zmian klimatycznych oraz gwałtownymi przemianami stylu życia człowieka. Na naszych oczach trwa szybkie przeobrażenie tego świata, potęgowane przez klęski żywiołowe, często napędzane destrukcyjnym działaniem naszej cywilizacji. Pragnę sparafrazować znaną sentencję ks. prof. Jana Twardowskiego „Spieszmy się kochać Grecję/ Śródziemnomorze, tak szybko odchodzi!”. Zmienia się, niknie w wielu ze swoich odsłon. Coraz szybciej, nie oglądając się na nas, bezradnych marzycieli na śródziemnomorskich bezdrożach. Lecz czy tylko tamtejszych? Rozejrzyjmy się wokół.
Unieśmiertelniłem także okruchy własnych podróżniczych doświadczeń zarówno z miejsc znanych, jak i tych, dokąd dociera niewielu. Chwile, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci i które pragnę wyjąć z drogocennej szkatułki wspomnień, by podarować je Czytelnikom.
Książka ta powstała z miłości. Do kraju i jego ludzi oraz do jego przyrody. Z zachwytu, ale i z troski, czułości, z coraz głębszego niepokoju o to, jaki świat przekażemy kolejnym pokoleniom. Ma być również zachętą do poznawania dalej, głębiej tej Grecji, która często pozostaje wciąż mało opisana. Kraju o wielu sekretach, sprzecznościach i nieoczywistościach, tylko pozornie znanego. Do zadawania sobie tego wartościowego pytania: dlaczego?
Tomasz Piotr Kozłowski
Nazwy, imiona i nazwiska greckie zapisano w transkrypcji fonetycznej z alfabetu greckiego. W niektórych przypadkach, głównie w nazwach marek, zachowano funkcjonujące obiegowo transkrypcje, zgodne z grecką ortografią, np. Loumidis zamiast Lumidis, jak się wymawia. Zachowano ustalone nazwy polskie dla miejsc w Grecji, np. Ateny, Chios, Janina, Kreta, Lesbos, Zakintos itd.
Przez dekady greckiej pasji nie byłem sam – otrzymałem ogrom wsparcia od bliskich, przyjaciół i znajomych, tak w Polsce, jak i w Grecji. Chciałbym w tym miejscu podziękować wielu osobom, które – na różne sposoby – wspierały mnie w jej powstawaniu, wspomogły wiedzą i wskazywaniem kierunków, a także tym, którzy pomagali w wyprawach po Helladzie. Z głębi serca chciałbym w pierwszej kolejności złożyć podziękowania Rodzicom, Jadwidze i Danielowi Kozłowskim, którzy od samego początku, wszelkimi środkami, wspierali rozkwit mojego greckiego uczucia oraz podróże.
Szczególne podziękowania płyną również do następujących osób (kolejność alfabetyczna)/ Ένα μεγάλο ευχαριστώ σε όλους όσοι με βοήθησαν με διάφορους τρόπους και με στήριξανστην έρευνα, στις συζητήσεις και στα ταξίδια μου, συμβάλλοντας καθοριστικά στη δημιουργία αυτού του βιβλίου.
Z Polski – Lidia Arament, Marek Chudzik, Anna Czerwińska-Argyridis, Bożena Głodkowska, Katherina Gojny, Alicja Kordos, prof. dr hab. Przemysław Kordos, Janina Kozłowska (+), Beata Kuczborska, dr Tomasz Lidzbarski, Rafał Matysiak, prof. dr hab. Anna Nacher, Kaja Nowakowska, Joanna Ozdarska, Hanna Panagiotopoulou, Małgorzata Ruszkowska, prof. dr hab. Krzysztof Spalik, Ewa Stępień-Kaczyńska, Jan i Mariola Stryjewscy, Marek Styczyński, Ewa T. Szyler, Joanna Tobolska, dr Urszula Tokarska, prof. dr hab. Irena Argiro Tsermegas, Włodzimierz Wypych, Νίκος Αργυρίδης, Λευτέρης Τσιρμιράκης (+)
Z Grecji/ από την Ελλάδα – Barbara Bitounis, Izabela Brzoska, Barbara Katarzyna Dalecka-Konstantinidis, Elżbieta Kallergis, Marie-Paule Kominis-Flament (+), Elżbieta Małgorzata Kourellas, Elżbieta Kret, Jan van Lent, prof. dr hab. Krzysztof Nowicki, Paweł Polanowski, Katarzyna Pytel, Ewa Skandali, Kostas Skandalis (+), Natalia Skandali, Wangelis Skandalis (+), Julie Smit, Katarzyna Srebnicka, Beata Tomas, Κωνσταντίνος Αναγνωστόπουλος, Σωτήρης Βαγιάνος, Μάρκος Βάλβης, Αντώνης Βενετάκης, Μιχάλης Βιτωράκης, Ειρήνη Γεωργακάκη, Νικόλαος Γιάκος, καθ. Σπύρος Γκέλης, ´Ελενα Γκώγκου, Απόστολος Διανέλλος, Μαρία Δουκίδου, Βασίλης Ευαγγέλου, Ζωή Θεοδοσάκη, δρ. Σεβαστή Ζερβού, Μαρία Καραογλάνη, Πέτρος Καραπέτης, Κώστας Καρατζάς, Στέργιος Κασσάρος, Γιώργος Κατσούπης, Ιωάννης Κιουρτσόγλου, Νικόλαος Κομίνης, Θοδωρής Κοτονιάς, Γιώργος Κουρέλλας, Δήμος Κουρτέσης, Αντώνης Κυριακόπουλος, Μανώλης Κωνσταντινίδης, Βέρα Κωφοπούλου, Νίκος Λαγώνικος, Ελένη Λόγκου, Θάνος Μάμας, Μαριάννα Μαράντη, Δομνίκη Μαυρίδου, καθ. Γιάννης Μπαζός, Μαριάνθη Μπαΐρα, Σέβη Μπατζάκη, Σταυρούλα Μπιτούνη, Γιάννης Μπιτούνης, Πανωραία Μπούμπα, Γιώργης Ξυλούρης, Ουρανία Ξυλούρη, Γιώργος Παγούδης, Φοίβος Παπαϊωάννου, Νάνα Παυλακέλλη, Γιάννης Παυλής, Στέλιος Πελασγός, Προκόπης Σινάνης, Ηρώ Τζήμα, Απόστολος Τζιαμπίρης (+), Χριστίνα Τιφλίδου, Γιώργος Τόττας, Σοφία Τσάμη, Γιώργος Τσιακίρης, Χριστίνα Χατζηδάκη, δρ. Χρήστος Χατζηλίας, Αργύρης Χατζημαλλής, Μανώλης Χουρδάκης
Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Powergraph za wiarę w ten pomysł, za cenne uwagi i nieocenioną pomoc, aby wieloletnie marzenie o powstaniu tej książki mogło się urzeczywistnić. Szczególnie dziękuję Katarzynie Sienkiewicz-Kosik, Julii Kosik i Jakubowi Kuzie.
μαστίχA [mastícha]
Bałtyk ma swój wytworny bursztyn, Bliski Wschód i Afryka – wonną mirrę, a Śródziemnomorze? O tak! Jedna z tutejszych żywic rozpalała ludzkie emocje od antyku aż po czasy osmańskie. Wszczynano o nią wojny. Dla niej budowano zamki i wieże obronne. Za jej przemyt można było znaleźć się w lochu, a nawet stracić życie. Żywica niemal uniwersalna. Leczyła, pielęgnowała, dostarczała rozrywki, odprężenia, a nawet materiału na pieczęcie czy składnika wosku do pisania ikon. Wiele z jej cennych zastosowań wykorzystujemy także w naszych czasach. Grecka masticha. Mastyks, produkt pistacji mastyksowej. Od starożytności skarb wschodnioegejskiej wyspy Chios; miejsca pretendującego do miana ojczyzny Homera, pachnącego cytrusami, wiosną kwitnącego czerwienią dzikich tulipanów, lecz przede wszystkim dumnego z żywicznego bogactwa.
Chios chętnie dzieliła się mastyksem z wielkim światem. Grecka żywica wędrowała szlakami handlowymi w odległe zakątki Europy (także nad Bałtyk!) i Azji. Jako trudno dostępny symbol luksusu podbijała pałace wielmożów. Dziś łatwo dostaniemy ją w greckich sklepach. Bez trudu znajdziemy dla niej miejsce i zastosowanie w domach. Na naszych oczach odrodziła się legenda tego produktu.
Wybierzmy się do zabytkowych wiosek mastyksowych tej wyspy, zwanych Mastichochoria, aby lepiej poznać ten zastygający w słońcu rarytas. Jego historię i współczesność. To na tej wyspie zetkniemy się z miłością Człowieka do Drzewa, z jednej strony kaleczonego ludzką ręką, z drugiej – błogosławionego, otoczonego czcią i niemal świętego; pieczołowicie chronionego, ale też coraz bardziej zagrożonego. To jedno z tych unikatowych miejsc nad Morzem Śródziemnym, które bez swojej dobroczynnej rośliny nie zaistniałoby tak szeroko na kartach historii czy farmacji. Pistacja i jej żywica, historia i kultura. Współtrwanie i współzależność. Oto jedno z prawdziwych, namacalnych drzew życia.
Południowa część Chios. Od południa, od strony morza wieje jeszcze notias, wiatr ciepły, momentami porywisty. Zawiesza w powietrzu delikatną mgiełkę pyłu przywianego tu znad Sahary. Zza zakrętu wyłaniają się pierwsze zgrupowania niewielkich, kilkumetrowych drzew. Jedynych na jałowych i niemal półpustynnych zboczach tej okolicy. Powyginane pnie i gęstwa ciemnozielonych liści przyciągają wzrok. Zatrzymuję się i wchodzę na skraj gaju. Wzruszony, fotografuję zastaną tu przestrzeń. Kątem oka dostrzegam przejeżdżający drogą niecodzienny trójkołowy pojazd. Jeden z typowych, jak się okaże, wehikułów tutejszych rolników. Mężczyzna pozdrawia mnie zza kierownicy i znika za pagórkiem. Niewymuszona serdeczność, gościnność i przyzwolenie na zachwyt gościa tym, co tutejsze.
Na greckiej prowincji wciąż nie potrzeba wiele, aby zostać przyjętym. Zaakceptowanym i przynależnym. Bronią się tu jeszcze przetrwalniki dawniejszej wiejskiej gościnności, filoksenii; niezmęczonej tłumem turystów i ciekawej przybysza z innego świata. Czuję, że mogę wejść dalej, między drzewa. Przyglądam się pniom. Ich kora jest na wiele sposobów ponacinana, a widoczne „rany” zasklepia żywica. Jest już po mastyksowych żniwach, lecz nie wszędzie wybiera się całość substancji, napływającej w szramy na korze. Roztarty w palcach mastyks roztacza woń wyjątkowo przyjemną i niepodobną do czegokolwiek.
Jestem na miejscu. Przekroczyłem trudno dostrzegalną z pozoru granicę, która oddziela odrębne od siebie światy tej bardzo różnorodnej wyspy. Ciemniejącej sosnowymi górami na północy1 i rozświetlającej się jasnością wysuszonego południa. Przede mną Mastichochoria.
Pistacja kleista to polska nazwa naukowa wiecznie zielonego drzewa, rosnącego w całym Śródziemnomorzu (na Chios od około 6 000 000 lat), a jej przymiotnik zdradza żywiczne właściwości rośliny. Inna nazwa to lentyszek, pochodząca od łacińskiej Pistacia lentiscus. Grecka, ogólna nazwa to schinos. Drzewa z Chios należą do endemicznej2, spotykanej wyłącznie tutaj odmiany mastyksowej (w botanice określanej jako var. chia). Dla Greków to mastichodendro, drzewo mastyksowe. I to ono wydziela szlachetną żywicę o unikatowych właściwościach.
Przeciętne drzewko zaczyna ją produkować około piątego roku życia, a wydzielanie spada po siedemdziesięciu latach. Po około wieku drzewo zamiera. Osobniki męskie produkują więcej mastichy i jest ona lepszej jakości. To one dominują w uprawie. Sadzący pistacje mastyksowe nigdy nie wiedzą dokładnie, jak płodne będzie drzewo. Niektóre okazy dostarczają rocznie nawet do 2 kg mastyksu, inne ledwie 10 g; średnia to 150–180 g z jednego okazu. Niekorzystne warunki, np. zbyt duży upał, ograniczają wydzielanie. Spośród uprawianych na wyspie pięciu odmian drzewa, „czarna pistacja” (mawroschinos), o szczególnie ciemnych liściach, dostarcza żywicę najwyższej jakości. To produkt o wyjątkowej przejrzystości, wydzielany zwykle obficie, choć nierównomiernie w trakcie życia drzewa.
Dzikie pistacje kleiste, te „niemastyksowe”, rosnące w całej śródziemnomorskiej części Grecji, były przez ludzi użytkowane od wieków. Z owoców roślin tłoczono schinolado, olej stosowany w kuchni, do oświetlania wnętrz, a nawet leczniczo, np. w schorzeniach reumatycznych. Owoce pokrewnego gatunku, pistacji terpentynowej (Pistacia terebinthus), częstej w zaroślach makii, są na Chios chętnie spożywane na świeżo. Zwane są tsikuda. Dojrzewają we wrześniu.
A dlaczego tylko południowa Chios? Po pierwsze, decyduje o tym specyficzny mikroklimat tej części wyspy, bardzo ciepły i suchy (większość deszczu zatrzymują góry na północy). Gęsta sieć kanałów żywicznych w roślinie to jedno z przystosowań do tych skrajnych warunków. Pomaga jej w magazynowaniu wody, a w przypadku uszkodzenia pędów – w szybkim zaklejeniu żywicą powstałej rany, dzięki czemu utrata cennej substancji jest mniejsza. To również ochrona przed patogenami. Pistacje mastyksowe wykształcają ponadto niezwykle długie (nawet do 20 m), lecz płytko osadzone korzenie. Lubią dobrze przewietrzoną glebę. Tutejsze warunki są dla nich idealne.
Po drugie, to skutek trwającej od tysiącleci relacji drzewa i człowieka, który selekcjonował egzemplarze wydzielające najwięcej cennej lepkiej substancji. Istotne jest również doświadczenie rolników, nagromadzona przez wieki unikatowa wiedza praktyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jak obchodzić się z rodzącym skarb drzewem, jak je pielęgnować. Jak ostrożnie nacinać pnie i konary, aby nie zranić ich zbyt mocno i nie narazić na infekcje.
Wreszcie, to umiejętność wypromowania atrakcyjnego produktu, w czym Chioci, mieszkańcy Chios, doskonalili się już w końcowym okresie starożytności. Obserwowali wielki handlowy sukces mirry, ale i innych znanych wówczas żywic pistacjowych, zwłaszcza egipskiej (podobno niższej jakości od tej z Chios). Sami stworzyli wcześniej jedną z bardziej ekskluzywnych marek starożytnej Grecji i Rzymu: wino z Chios, zwane ariusios oinos. Jego sława trwała przez pięć wieków. Ekstremalnie drogie, uwielbiane przez samego Juliusza Cezara. Było pierwszym tak sławnym produktem wyspy, lecz nie ostatnim. Smykałki do handlu i marketingu mogło Chiotom pozazdrościć wiele innych wysp i greckich polis. Doświadczenie w sprzedaży wina, a także tutejszego marmuru i glinki bogatej w kaolin, tzw. ziemi chiockiej, przekuli w obrót nowym produktem, także elitarnym, wytwarzanym w niewielkich ilościach. Chios bardzo wcześnie postawiła na handel, lecz – w przeciwieństwie do wielu innych państw-miast – nie zakładała kolonii na innych wybrzeżach. Zamiast nich mieszkańcy wyspy budowali sieć handlową w kluczowych miastach regionów, od wybrzeży Morza Czarnego po północną Afrykę. I począwszy od czasów hellenistycznych, od IV–II w. p.n.e., aktywnie promowali tam swoją żywicę.
Wszystkie te okoliczności razem złożyły się na trwający do dziś fenomen chiockiego mastyksu.
Zorganizowane uprawy pistacji w celu pozyskiwania surowca rozpoczęły się na wyspie około IV w. p.n.e. Spośród kilku pistacjowych żywic, wyselekcjonowanych w starożytności, w naszych czasach znamy i użytkujemy tylko tę z Chios. Tutejsze drzewa mastyksowe niezwykle trudno przyjmują się w innych miejscach: liczne wysiłki sąsiednich wysp spełzły na niczym. Mieszkańcy wyspy mają też bardziej mistyczne wytłumaczenie tego fenomenu. Oto jeden z pierwszych chrześcijan i rzymski wojskowy, Izydor – ogłoszony później świętym – który bezdrożami Chios ucieka przed prześladowcami (w Rzymie panował wówczas antychrześcijański cesarz Decjusz), zmęczył się i przysiadł pod drzewem. Tu jednak wrogowie dopadli go i w okrutny sposób zamordowali. Katując Izydora, zranili też roślinę. A ta zapłakała nad nieszczęśnikiem swoimi żywicznymi łzami. Do dziś łezkowate grudki mastyksu to również „łzy świętego Izydora” (co zresztą znacznie pomagało przez wieki w promocji żywicy). On sam jest tu uważany za opiekuna tych drzew. 14 maja każdego roku wyspiarze urządzają mu huczne święto3.
Jednym z pierwszych, którzy rozreklamowali chiocką żywicę, był wybitny uczony antyku, Grek mieszkający w Rzymie, Pedanius Dioskurydes. Jeden z ojców medycyny, farmakologii i botaniki. Zalecił mastichę do żucia nie tylko w celach leczniczych, lecz również dla odświeżenia oddechu. Stała się pierwszym starożytnym prototypem gumy do żucia. Do peanów na cześć tutejszej żywicy dołączył Galen, inny ze słynnych rzymskich lekarzy (także rodem z Hellady), którego nauki były wciąż drobiazgowo studiowane jeszcze w czasach renesansu. Zalecał ją przy nieprawidłowościach funkcjonowania układu pokarmowego. Po Dioskurydesie czy Galenie (a zapewne także Hipokratesie) mastyksem zachwycali się kolejni uczeni. Promowała go też sławna szkoła medyczna w Aleksandrii. Mieszkańcy Śródziemnomorza coraz chętniej zabiegali o specyfik z Chios. Zalecano go na schorzenia żołądka i jamy ustnej, na infekcje i ogólne wzmocnienie. Na problemy skórne, ale i do pielęgnacji ciała (np. krem z oliwy z oliwek i mastyksu!). Żywicę z greckiej wyspy dodawano do wonnych mieszanek i kadzideł, do olejków i balsamów. Rzymianom wyraźnie przypadła do gustu. Zaczęli ją żuć i to nie tylko ze względów leczniczych czy higienicznych, lecz również dla przyjemności. Ekscentryczny cesarz Heliogabal jako pierwszy rozsmakował się w winie zmieszanym z olejkiem mastyksowym. Mastyks z Chios przeszedł wyraźnie do sfery rozrywki. Stał się modny, a jego sława tylko rosła! Już w naszej erze, w VII w. sławny lekarz bizantyjski, Paweł z Eginy, zalecał go na wiele dolegliwości, a jednym z ciekawszych zastosowań była pasta do zębów z dodatkiem żywicy! W mastyksie rozkochało się zarówno Bizancjum, jak i wyrosłe później na jego gruzach Imperium Osmańskie. Znaczne ilości importował też świat arabski. A od XVI w. chiocka żywica zaczęła z powodzeniem podbijać farmakopee (kodeksy apteczne) zachodniej Europy.
Współczesna nauka wyekstrahowała z mastichy przeszło pięćdziesiąt substancji czynnych (niektóre z nich do tej pory nieznane!) i potwierdza wiele z jej dobroczynnych właściwości, rozpoznanych przez człowieka już w antyku i w okresie Bizancjum. Wynikają one, jak się ocenia, z synergistycznego działania wszystkich składników żywicy, nie zaś z jednego konkretnego. Jednym z najważniejszych współczesnych sukcesów tego produktu jest dowiedzenie jego skuteczności w zwalczaniu bakterii Helicobacter pylori, wywołującej m.in. wrzody żołądka i dwunastnicy, a w konsekwencji także raka żołądka. Ogłoszono to w 1998 r. na łamach jednego z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych – „New England Journal of Medicine”. Badacze z uniwersytetów Grecji, Włoch czy Wielkiej Brytanii wykazali też przeciwbakteryjne działanie olejku mastyksowego4 wobec chorobotwórczych grzybów Candida albicans, szczepów bakterii gronkowca czy Escherichia coli, a także bakterii wywołujących odkładanie się płytki nazębnej oraz schorzenia dziąseł. Potwierdzono też antybakteryjne działanie opatrunków z olejkiem mastyksowym, podawanych na rany. W roku 2014 Europejska Agencja Leków zarejestrowała mastyks jako roślinny produkt leczniczy w łagodnych schorzeniach gastroenterologicznych oraz dermatologicznych u dorosłych. Ze względu na swoje obiecujące właściwości przeciwutleniające wobec cholesterolu LDL (tzw. zły cholesterol), mastyks może znaleźć zastosowanie we wsparciu profilaktyki miażdżycy. W 2011 r. pojawiły się pierwsze doniesienia o możliwym działaniu przeciwnowotworowym. Zebrane dane są wciąż wycinkowe i konieczne są dalsze, szerzej zakrojone badania. Grecy z Chios mają nadzieję na kolejne przełomowe odkrycia, które jeszcze bardziej rozsławią ich produkt na świecie.
Dojeżdżam do osady Mesta, jednej z największych z grupy wsi Mastichochoria. Kiedyś było ich dwadzieścia jeden, później do mastyksowej tradycji dołączyły jeszcze trzy, w których warunki naturalne również pozwalały na uprawę pistacji.
Wioski mastyksowe mają w sobie coś ze średniowiecznych osad Italii i nie jest to przypadek. Wiele z nich zachowało w dobrym stanie swoją historyczną tkankę. Świetnie widać to w wiosce Mesta. Labirynt wąskich uliczek, kamienne domy o grubych murach i niewielkich oknach. Tunelowe przejścia pod łączącymi się ze sobą budynkami, ślepe zaułki. Obok izb mieszkalnych przetwarzano większość produkcji rolnej każdej z wiosek. Niegdyś w centralnym punkcie osady stała wysoka wieża, z której obserwowano okolicę, w tym baszty sygnalizacyjne na murach zewnętrznych oraz morze. Sygnał o niebezpieczeństwie docierał wcześnie i w skoordynowany sposób. Zamykano wtedy solidne żelazne bramy, wiodące do wnętrza osiedla, w normalnych warunkach zatrzaskiwane tylko na noc.
Całość zabudowy to relikt architektury późnego średniowiecza, przystosowanej do obrony i zmylenia wroga, który zdecydowałby się tu zapuścić. Rozwiązania te miały dodatkowy wymiar praktyczny: w plątaninie uliczek ginął wiatr, a grube mury zapewniały izolację zimą oraz chłód latem. Wadę tak gęstej zabudowy osiedli widać było w okresach szerzenia się plag, dziesiątkujących tutejszą ludność. Dziś to zaułki miłe do spaceru, lecz wydają mi się dość klaustrofobiczne do zamieszkiwania.
Ściany grubych murów odbijają echem rozmowę dwóch starszych pań odzianych w czerń, z charakterystycznymi chustkami na głowach. Mijam wonny, kwitnący jaśmin i zmierzam do centrum osady.
Dziś góruje nad nim monumentalny Kościół Świętych Archaniołów Michała i Gabriela, jedna z większych świątyń w całej Grecji. W połowie XIX w. zastąpił dawną wieżę obronną. Wnętrze olśniewa bogatymi zdobieniami oraz potężnym, białym ikonostasem, powlekanym warstewką porcelany. Jeden z dwóch archaniołów – czczonych tu i w całej Grecji – Michał, powszechnie zwany Taksiarchisem, zajmuje bardzo ważne miejsce w wierzeniach prawosławnych Greków. Uważają, że to on prowadzi dusze do Raju. Wierni widzą w nim opiekuna, pocieszyciela i obrońcę. Wojownika z mieczem w dłoni, przeciwstawiającego się złu, walczącego o dobro i pomyślność człowieka oraz jego społeczności. Archaniołowi stale przypisywane są kolejne cuda, o czym gotowych jest opowiadać wielu Greków. Wizerunki Taksiarchisa łatwo spotkać także poza przestrzeniami sakralnymi. Na ustawionych w domach bądź w sklepach podręcznych ikonach, za szybami autobusów, na budach ciężarówek. Waleczny archanioł, przywódca zastępów niebiańskich aniołów, został od 1954 r. oficjalnym patronem sił powietrznych kraju. Jego święto, 8 listopada, celebrowane jest w jednostkach tych wojsk w całej Grecji.
W kościele wsi Mesta do ikony archanioła podchodzą co chwila wierni i z nabożnością ją całują. Obok oglądam liczne wota pozostawiane świętemu opiekunowi. Podziwiam ozdobne wnętrze, gdy nagle podchodzi do mnie zaciekawiony starszy mężczyzna. Nosi dość częste imię Apostolos (Apostoł) i, jak mówi, od czterdziestu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Regularnie powraca na rodzinną wyspę. Prosi, bym za nim poszedł. Wyraźnie poruszony, czyta mi kolejne pokazywane przez siebie ikony. Oto unikatowa ikona ze sławnej niegdyś szkoły kreteńskiej, z morską Gorgoną na dole świętego, chrześcijańskiego obrazu. Reprezentuje ona świat starożytny i jego symbolikę. Jakże ciekawe to i harmonijne zespolenie współczesnego greckiego sacrum ze światem wierzeń sprzed tysiącleci. Niechybny znak łączności greckich światów duchowych. Inną oglądaną ikonę podarowała wyspie Chios caryca Katarzyna. Kolejny obraz ma być niezwykle stary, jeszcze sprzed wielkiej schizmy wschodniej (1054 r.), wyznaczającej początek podziału Kościoła chrześcijańskiego na zachodni (rzymskokatolicki) i wschodni (prawosławny).
Słucham też o samym patronie świątyni. Pan Apostolos spotkał tu niedawno zapłakaną Turczynkę (archanioła Michała wymienia też Koran), której Taksiarchis miał objawić postać matki, zmarłej ledwie parę tygodni wcześniej. Mężczyzna opowiada z przejęciem i zaangażowaniem, jest jednym z tysięcy Greków, którzy – choć wiodą życie w odległych światach – regularnie powracają do małych ojczyzn. Ofiarowują darowizny na rzecz swoich miejscowości, uczestniczą w ich życiu, tak jak mogą. Od paru dekad znacznie pomaga internet. Zwiedzanie kościoła trwa prawie godzinę. Na koniec pan Apostolos zaskakuje mnie i prowadzi pod ikonę Taksiarchisa. W geście błogosławieństwa naznacza moje czoło oliwą. Żegna się ze mną bardzo serdecznie, prosząc, bym poczytał więcej o niezwykłej historii wsi mastyksowych. Bije od niego duma z dziedzictwa tych stron.
Wychodzę z kościoła na skąpane w słońcu uliczki. Mesta to miejscowość, która do dziś w znacznym stopniu żyje z produkcji mastyksu. Spoglądam na wyłożone w sklepach produkty. Żywica do żucia w postaci przypominającej perełki i jako guma zwana ELMĄ, mastyks w proszku, mastichopites – cienkie placki z żywicą. Ciasteczka i precle. Mastyksowy likier i anyżówka uzo (poza Chios produkowana bez żywicznego dodatku). Mydła z olejkiem mastyksowym, kremy na dzień i na noc. Kawa aromatyzowana żywicą. Szeroka gama produktów, wytwarzanych na południu Chios pod okiem działającego tu Stowarzyszenia Producentów Mastyksu, które kontroluje produkcję lokalnego przemysłu przetwórczego. Dzięki niemu wyspie Chios udało się, co rzadkie, wypromować zunifikowaną markę swoich produktów. Pod jednym szyldem. W jedności siła.
Wioski mastyksowe w postaci, w której istnieją do dziś, ukształtowały się na przestrzeni XIV–XVI w. przede wszystkim za sprawą Genueńczyków, którzy przejęli władzę na wyspie. Było to wydarzenie przełomowe społecznie i gospodarczo.
Popularność mastyksu stale rosła w kolejnych stuleciach naszej ery. Zaczęto dodawać go m.in. do teriaku, leczniczej i niezwykle dochodowej mikstury, uważanej przez wieki za panaceum na wiele chorób. Florenccy Medyceusze próbowali wykorzystywać żywicę z Chios nawet w walce z dżumą. Wykałaczki z drewna mastyksowego pomagały wybielać zęby. Używano ich na szeroką skalę już w starożytnym Rzymie, później w Bizancjum, wreszcie w średniowiecznej zachodniej Europie. W międzyczasie mastyks stosowali w praktyce już bardzo liczni lekarze, wpływający na medycynę swoich ziem i epok. Od perskiego Awicenny po bizantyjskiego Mikołaja Myrepsusa, szczególnie chętnie czytanego w szkołach medycznych Francji. Produkt z greckiej wyspy odkryto też w receptach średniowiecznych Hiszpanów czy Niemców.
Poza medycyną stosowany był coraz chętniej w produkcji mydeł i kremów, w jedwabnictwie (mastyks rozjaśniał kolory tkaniny), a nawet w malarstwie. Grecka żywica dodawała farbie połysku i została odkryta w niektórych dziełach Caravaggia (np. obraz Głowa Meduzy) czy Rubensa. A także w ikonach świata prawosławnego. Do dziś w malarstwie używany jest werniks mastyksowy, pomagający m.in. w otrzymaniu powłoki zabezpieczającej, nadającej połysk powierzchni obrazów oraz świetlistości i głębi ich barwom. Jest cenionym dodatkiem żywicznym w malarstwie olejnym. Z czasem mastyks miał też wchodzić w skład lakierów lutniczych, używanych w pracowniach Cremony, miasta Antonia Stradivariusa. Od dawna żywica z Chios była również składnikiem różnego rodzaju kitów i mas uszczelniających. Ze względu na jej lepkość, nazwa przeszła na inne substancje klejące. Nieprzypadkowo kit to w niektórych językach wciąż mastic, mastice itp.
Znaczna część tych żywicznych lasów została unicestwiona przez wielki pożar, który wybuchł latem 2025 r., krótko po stworzeniu tego rozdziału. Pozostawiam to oryginalne zdanie na dowód, jak jest kruchy i jak szybko się zmienia śródziemnomorski świat. [wróć]
Endemit to gatunek / podgatunek / rodzaj / inny takson, występujący na ściśle zdefiniowanym obszarze. Endemity danego kraju nie są spotykane nigdzie poza nim, dzięki czemu są unikatowe dla lokalnej bioróżnorodności. [wróć]
Niektóre źródła wskazują też lakonicznie na rolę drzew mastyksowych w dawnym kulcie Artemidy. To pośród nich miały się pojawiać nimfy bogini. [wróć]
Olejek eteryczny otrzymywany na drodze destylacji żywicy. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
