SYCHAR. Ile jest warta Twoja obrączka? - Anna Jedna - ebook
Opis

SYCHAR - to miasteczko położone w Samarii, obok którego przy studni Jakuba miała miejsce rozmowa Chrystusa z Samarytanką. Pan Jezus powiedział Samarytance prawdę o jej życiu i wskazał na Siebie jako źródło wody żywej.

Anna Jedna jest sakramentalną żoną, matką trojga dzieci, nauczycielką, prowadzi Ognisko Wspólnoty Trudnych Małżeństw SYCHAR w Poznaniu. Będąc w trudnej kryzysowej sytuacji małżenskiej, dzieli się doświadczeniem mocy Bożej miłości i nadziei na uzdrowienie swojego małżeństwa. Daje także świadectwo nawrócenia - kształtowania w sobie postaw wiernej miłości, przebaczenia i osobistej wolności wynikającej z aktywnej współpracy z Jezusem-Bogiem, które pozwalają z nadzieją oczekiwać na powrót współmałżonka.

RECENZJA

Genialni wielcy pisarze fascynują niesamowitą akcją, fantastycznymi opisami, rewelacyjnymi kreacjami osób, barwnością języka. Wielcy twórcy zachwycają nas wymyśloną przez siebie... fikcją.

Książka „Ile jest warta twoja obrączka” Anny zachwyca... prawdą. W niej wszystko jest prawdziwe, bo wydarzyło się (i nadal się dzieje) naprawdę. Prawdziwe są opisywane sytuacje, prawdziwe reakcje ludzi, prawdziwe ich przemiany, prawdziwe i głębokie wybaczenie małżonkowi, który odszedł, prawdziwe czekanie – choćby na najmniej prawdopodobny – powrót współmałżonka, prawdziwe i szczere dostrzeżenie swego udziału w tragedii rozbicia rodziny, wreszcie prawdziwe nawrócenie i zaufanie Panu Bogu, że czemuś dobremu ma to wszystko służyć.

Książka mówi o nienaruszalnej (nawet odejściem współmałżonka) świętości sakramentalnego małżeństwa, o którego naprawę trzeba walczyć do końca życia, bez względu na nawet beznadziejne (patrząc po ludzku) okoliczności.

Powinni ją przeczytać wszyscy małżonkowie przeżywający kryzys małżeński, aby nabrać poczucia sensu walki o małżeństwo i ducha niezłomnej troski o przywrócenie jedności małżeńskiej.

Książkę powinny przeczytać też małżeństwa mające się dobrze oraz wszyscy przygotowujący się do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego, by docenić zawczasu („przed szkodą”) rangę, świętości, sakramentalności, wierności i nierozerwalności małżeństwa.

Książkę tę powinni przeczytać również kapłani pracujący z małżeństwami i spowiednicy, by nigdy względy ludzkie nie przesłoniły im poczucia głębokiego sensu walki o ratowanie każdego małżeństwa sakramentalnego.

W dobie kryzysu małżeństwa, zwłaszcza sakramentalnego, książkę tę powinni przeczytać wszyscy ludzie wierzący, by w ich myśleniu, wyobrażeniach i tęsknotach małżeństwo było jedno, nierozerwalne, święte, sakramentalne, wierne, wyłączne i dozgonne.

Jacek Pulikowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 214

Popularność


ANNA JEDNA

SYCHAR

ILE JEST WARTA TWOJA BRĄCZKA?

książka dla rozwiedzionych i zagrożonych rozwodem

Redakcja i korekta: Karolina Kalinowska

Projekt okładki i łamanie: Anna Sulencka

Fotografie na okładce:

© zimmytws – Fotolia.com

© jalcaraz – Fotolia.com

Imprimatur: Kuria Metropolitalna w Krakowie, nr 617/2014 z dnia 27 marca 2014, ks. bp Jan Szkodoń wikariusz generalny, wicekanclerz ks. Kazimierz Moskała

Wydanie II, 2014

Copyright © Wydawnictwo Fides

ISBN 978-83-61860-38-9

Wydawnictwo Fides, ul. Kozienicka 17, 30-397 Kraków

tel. 605 416 946, e-mail: [email protected]

www.WydawnictwoFides.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

KAŻDE TRUDNE SAKRAMENTALNE MAŁŻEŃSTWO JEST DO URATOWANIA!

Każde sakramentalne małżeństwo (nawet po rozwodzie i gdy współmałżonek jest w drugim związku) ma szanse się odrodzić, gdyż każdy sakramentalny małżonek ma szansę otworzyć się na łaskę nawrócenia i wypełnienia przysięgi małżeńskiej.

Charyzmat Wspólnoty Trudnych Małżeństw SYCHAR

Trzeba, by (…) o własnym losie mówili, pisali, wypowiadali się przez filmy czy środki przekazu społecznego nie tylko ci, którzy – jak twierdzą – „mają prawo do życia, do szczęścia i samorealizacji”, ale także ofiary tego obwarowanego prawami egoizmu. Trzeba, by mówiły o tym zdradzone, opuszczone i porzucone żony, by mówili porzuceni mężowie.

Homilia Jana Pawła II w czasie Mszy św. odprawionej dla rodzin w Szczecinie 11 czerwca 1987 roku

SŁOWO WSTĘPNE

Genialni wielcy pisarze fascynują niesamowitą akcją, fantastycznymi opisami, rewelacyjnymi kreacjami osób, barwnością języka. Wielcy twórcy zachwycają nas wymyśloną przez siebie… fikcją.

Książka „Ile jest warta twoja obrączka?” Anny zachwyca… prawdą. W niej wszystko jest prawdziwe, bo wydarzyło się (i nadal się dzieje) naprawdę. Prawdziwe są opisywane sytuacje, prawdziwe reakcje ludzi, prawdziwe ich przemiany, prawdziwe i głębokie wybaczenie małżonkowi, który odszedł, prawdziwe czekanie – choćby na najmniej prawdopodobny – powrót współmałżonka, prawdziwe i szczere dostrzeżenie swego udziału w tragedii rozbicia rodziny, wreszcie prawdziwe nawrócenie i zaufanie Panu Bogu, że czemuś dobremu ma to wszystko służyć.

Książka mówi o nienaruszalnej (nawet odejściem współmałżonka) świętości sakramentalnego małżeństwa, o którego naprawę trzeba walczyć do końca życia, bez względu na nawet beznadziejne (patrząc po ludzku) okoliczności.

Powinni ją przeczytać wszyscy małżonkowie przeżywający kryzys małżeński, aby nabrać poczucia sensu walki o małżeństwo i ducha niezłomnej troski o przywrócenie jedności małżeńskiej.

Książkę powinny przeczytać też małżeństwa mające się dobrze oraz wszyscy przygotowujący się do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego, by docenić zawczasu („przed szkodą”) rangę świętości, sakramentalności, wierności i nierozerwalności małżeństwa.

Książkę tę powinni przeczytać również kapłani pracujący z małżeństwami i spowiednicy, by nigdy względy ludzkie nie przesłoniły im poczucia głębokiego sensu walki o ratowanie każdego małżeństwa sakramentalnego.

W dobie kryzysu małżeństwa, zwłaszcza sakramentalnego, książkę tę powinni przeczytać wszyscy ludzie wierzący, by w ich myśleniu, wyobrażeniach i tęsknotach małżeństwo było jedno, nierozerwalne, święte, sakramentalne, wierne, wyłączne i dozgonne.

Jacek Pulikowski

To nie przypadek, że w naszych czasach wielu ludzi na czele wartości stawia tolerancję i akceptację w miejsce prawdy i miłości. Tak czynią ci ludzie, których niepokoi prawda o ich własnym postępowaniu i którzy mylą miłość z uczuciem, romansowaniem czy byciem razem „na próbę”. Tak czynią zwłaszcza ci, którzy łamią złożoną przez siebie przysięgę miłości małżeńskiej.

Pierwsze polecenie, jakie Bóg skierował do Adama i Ewy, było powołaniem do małżeństwa i rodziny: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się (Rdz 1,28). Bóg, który nas we wszystkim rozumie, świetnie wie, że doczesny los ludzi najbardziej zależy od tego, co dzieje się między mężczyzną a kobietą, a zwłaszcza między mężem a żoną. Na tej ziemi nic tak nie cieszy, jak wzajemna miłość małżonków, ale też nic tak nie boli, jak małżeńskie kryzysy.

Kto rozumie przysięgę małżeńską, ten rozumie Boga, człowieka i miłość, a kto wypełnia przysięgę małżeńską, ten trwa na drodze świętości. Kto walczy z małżeństwem, ten walczy z Bogiem i człowiekiem. Kto łamie złożoną przez siebie przysięgę małżeńską, ten zadaje ogromne cierpienie małżonkowi i dzieciom, a sobie w dramatyczny sposób komplikuje życie i oddala się od Boga, a przez to od szczęścia. Od momentu zawarcia małżeństwa małżonkowie mogą być bowiem szczęśliwi wyłącznie razem. W XXI wieku troska o człowieka to troska o trwałość małżeństwa i rodziny, a podstawowa forma pracy duszpasterskiej to solidne przygotowanie nowego pokolenia do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej.

Ogromnie cieszę się z powstania tej książki o wierności małżeńskiej w każdej sytuacji. Autorką publikacji jest pani Anna Jedna – żona i matka trojga dzieci. Pani Anna walczy o swoje małżeństwo ze stanowczością i niezachwianą nadzieją. W podobnej sytuacji znajdują się obecnie setki tysięcy małżonków w Polsce. Ta książka zawiera świadectwa wielu osób, które pokazują, że można trwać w wierności Bogu i małżonkowi w każdej sytuacji i że z pomocą Boga każde małżeństwo sakramentalne można uratować.

Niniejsza książka stanowi nie tylko zachętę do trwania w prawdzie, miłości i wierności w obliczu kryzysu małżeńskiego. Pokazuje też narzędzia, które w tym pomagają: słowo Boże, modlitwa i grupa wsparcia. Taką grupą wsparcia dla małżonków, którzy w niezachwiany sposób chcą walczyć o uratowanie swojego małżeństwa, są wspólnoty Sychar. Wspólnoty te istnieją już w wielu miejscach w Polsce i zagranicą. Ich istnienie i szybki rozwój to znak czasu i szczególnie potrzebny wymiar nowej ewangelizacji.

Dziękuję pani Annie Jednej za odwagę podzielenia się z czytelnikami swoim życiem i swoją nadzieją w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Dziękuję też innym osobom za ich odwagę podzielenia się z czytelnikami świadectwem własnego życia w obliczu osobistego kryzysu czy kryzysu współmałżonka. Niniejsza książka to pomoc dla tych, którzy chcą zachować wierność małżeńską, niezależnie od okoliczności i ludzkiej słabości. To także znakomity podręcznik Bożej mądrości i Bożej miłości dla tych, którzy przygotowują się do zawarcia sakramentalnego małżeństwa oraz dla tych, którzy już są małżonkami i pragną uczynić wszystko, aby ich małżeństwo nie znalazło się w kryzysie.

ks. Marek Dziewiecki

Mojemu Mężowi

WPROWADZENIE

Moja obrączka jest złota, gładka i wyjątkowo mała, aby dobrze leżała na szczupłym palcu. Noszę ją od czternastu lat z krótką przerwą, kiedy to musiałam zwiedzić piekło – tu, na ziemi. Wyszłam za mąż wcześnie i byłam z niej bardzo dumna. W drodze na uczelnię opierałam wówczas prawą rękę na poręczach autobusu tak, by wszyscy wokół mogli zobaczyć obrączkę. Co z tego, że to nie była ich sprawa? Małżeństwo napełniało mnie dumą, którą najchętniej obwieściłabym całemu światu. Ale tak naprawdę wartość tego niewielkiego, okrągłego symbolu poznałam dopiero wtedy, gdy zaczęłam płacić za niego ogromną cenę.

Wszyscy zostaliśmy wychowani na tych samych bajkach, w których królewicz i jego wybranka najpierw pokonują przeciwności losu, a po ślubie już tylko żyją długo i szczęśliwie. Niejeden raz zapominamy, że w życiu jest raczej odwrotnie. Jakże czujemy się oszukani, kiedy nasze związki się rozpadają! W końcu w żadnej baśni nie było mowy o rozwodzie królowej i króla. A fakt, że dziś te dramaty są tak powszechne, że dotykają aż tylu osób, w żaden sposób nie umniejsza cierpienia poszkodowanych i ich dzieci. Kto zatem jest zagrożony rozwodem? Każdy, kto trwa w małżeństwie.

Ja także po dziesięciu latach udanego – jak sądziłam – małżeństwa, stanęłam wobec kataklizmu, który zmiótł z powierzchni ziemi cały mój znany, oswojony świat. Ale w tych najgorszych chwilach mojego życia Bóg przypomniał mi o naszym przymierzu. Wyciągnął ręce, a ja zdołałam się ich uchwycić.

15 SIERPNIA 2013 ROKU W SANKTUARIUM MATKI BOSKIEJ RYCHWAŁDZKIEJ ZOSTAŁA ODPRAWIONA MSZA ŚWIĘTA Z INTENCJĄ O BŁOGOSŁAWIEŃSTWO BOŻE DLA WSZYSTKICH PRZYSZŁYCH CZYTELNIKÓW TEJ KSIĄŻKI.

ROZDZIAŁ I

Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne

(Rz 11,29)

Każdy człowiek, stając na progu śmierci, będzie miał własną historię najważniejszego związku w ludzkim życiu – więzi ze swoim Stwórcą. Być może będą w niej momenty, w których szczególnie mocno czuliśmy, jak bardzo jesteśmy dla Niego ważni, potrzebni, wybrani spośród milionów. Warto wciąż do tych chwil wracać i nie tracić ich z oczu, kiedy z wygodnej, malowniczej trasy skręcamy nagle na drogę krzyżową.

Dla mnie najwcześniejsze wspomnienie przynależności do Boga wiąże się z wypadkiem i dość ciężką operacją, którą przeszłam jako sześcioletnia dziewczynka. Potem w szpitalu miałam sen. Wśród jasnego światła pojawił się Pan Jezus, taki, jakiego widywałam na obrazkach w książeczce do nabożeństwa prababci, i powiedział: Ja ciebie uratowałem.

Nie pamiętam żadnego innego snu z dzieciństwa, ale ten – niezwykle wyraźnie. Dorastając, wracałam czasem myślami do tamtej nocy z uczuciem, że mam na tym świecie coś do zrobienia. Że mogę się na coś przydać.

Miałam piętnaście lat, kiedy poznałam mojego przyszłego męża. On był starszy zaledwie o parę miesięcy. Zaprzyjaźniliśmy się na obozie harcerskim i rozpoczęliśmy kilkuletnią korespondencję, ponieważ pochodziliśmy z różnych miast. Nie mieliśmy jeszcze wtedy Internetu ani telefonów komórkowych. Spędzaliśmy razem wakacje i ferie, wykradaliśmy krótkie chwile w trakcie roku szkolnego. Wciąż tęskniłam. Nie było dla mnie nikogo innego.

Prawie równocześnie rozpoczął się mój piękny i intensywny romans z Panem Bogiem. Przez wszystkie lata liceum byłam w salezjańskim Ruchu Światło-Życie, a w klasie maturalnej zostałam oazową animatorką.

Nie, nie miałam „świętobliwego” usposobienia. Przepadałam za przyjemnościami, rozrywkami, obowiązki zawsze mogły poczekać i rodzice pewnie niejeden raz mieli ze mną prawdziwe utrapienie. Ale pomimo tego otrzymywałam wiele łask i charyzmatów Ducha Świętego, doświadczałam Bożej Miłości i Obecności. To nie była moja zasługa. Jeden człowiek z natury jest bardziej otwarty na sprawy wiary, na taką łaskę, a inny mniej. W moim domu rodzinnym wiara była obecna raczej w skromnym, tradycyjnym wymiarze, więc poszukiwałam Boga sama, w lekturze, we wspólnocie.

Miałam cudowne grono przyjaciół, jak to bywa w młodości i bardzo wcześnie postawiłam swojego chłopaka w roli przyszłego męża. Może zbyt wcześnie. Traktowałam swój związek śmiertelnie poważnie. Miał być jeden, jedyny na całe życie. Miał kiedyś przypominać udane małżeństwo moich rodziców. Zdanie mojego ukochanego na ten temat liczyło się chyba mniej.

Pisałam pamiętniki od wczesnej, górnolotnej młodości, więc mogę podzielić się fragmentami mojego rozwoju, który doprowadził mnie do tego punktu:

Sierpień 1993

Dziś wieczorem na polance w Lasku Klasztornym odbyło się poobozowe ognisko. Siedziałam koło P. tego wieczoru po raz ostatni. Ostatni raz w tym roku śpiewaliśmy wspólnie harcerskie piosenki. Gdy wszyscy się już rozeszli, my dwoje wstaliśmy dopiero z miejsc i ruszyliśmy przez ciemny las, aż doszliśmy do pierwszych ulicznych latarni. Obserwowaliśmy swoje cienie i P. powiedział:

– Dałbym wiele, aby zawsze widzieć twój cień obok mojego.

Sierpień 1994

Przez miasteczko przeszliśmy marszowym krokiem w mundurach i znaleźliśmy nocleg w salce katechetycznej przy kościele. Przebraliśmy się w cywilne rzeczy i poszliśmy na spacer nad Odrę. Wieczór był piękny, zerwał się mocny wiatr, pomarszczył wody Odry. Po powrocie zastaliśmy na dziedzińcu grupkę modlących się ludzi: tutejsza oaza miała właśnie Apel Jasnogórski – była bowiem godzina dziewiąta. Dołączyliśmy do nich całym zastępem. Od razu poczułam się swojsko, choć otaczali mnie nieznani ludzie, modlitwa już nas do siebie zbliżyła, zanim zdążyliśmy zamienić choć słowo.

Gdy skończyliśmy, rozsiedliśmy się pod małymi drzewkami z gitarami i śpiewaliśmy – raz harcerze, raz oaza, a ja i A. jako przedstawicielki obu środowisk byłyśmy „pomostem”, mogłyśmy zaśpiewać każdą piosenkę. Jak dobrze, że na świecie jest jeszcze tylu podobnie myślących młodych ludzi, bo w szkole niełatwo ich znaleźć.

Październik 1995

Panie, proszę naucz mnie kochać! Nie chcę drobnych, śmiertelnych miłostek, chcę Miłości! Tak bardzo pragnę prawdziwie kochać, a tylko Ty jesteś w stanie dać mi Miłość, którą będę mogła bezinteresownie ofiarować ludziom.

Potrzebuję Twojej Miłości także po to, by dać ją P. Nie chcę go zagarnąć tylko dla siebie, chcę, by Ciebie poznał. Martwię się o niego, ale Ty nie zostawisz go samego. On jest na dobrej drodze – szuka Ciebie, chce w Ciebie uwierzyć! A ja czuję się za niego odpowiedzialna – jak Mały Książę za swoją różę i za lisa, którego oswoił…

Mój Panie, on jest teraz tak daleko i ja tak bardzo tęsknię, proszę, przekaż mu miłość ode mnie, niech go otacza tam, gdzie się w danej chwili znajduje.

1997

Kończę już mój list, bo znów zapisałam prawie dziesięć stron. Pozdrawiam Twoją rodzinę. I pamiętaj, że czekam – na list, na telefon, na Twój przyjazd… Do listu dołączam nowy wiersz, który ostatnio napisałam z myślą o Tobie:

Jestem z twojego żebra

nie zaistnieję bez ciebie

tylko stopieni w jedno

łączymy naszą samotność

jak zrośnięte drzewa konarami objęci

ogarniamy dwie planety nas

jak jedna gwiazda i druga

płaczą meteorami

tak płaczę ukryta w tobie

gdzie szumi twój potok życia

falowanie wzburzonej krwi

gdzie będę gdy ciebie nie będzie?

zadomowiłam się przecież

w twojej myśli i ruchu ręki

mieszkam w twym wzroku Adamie

jedyny domie – mężczyzno

wietrze schwytany w sieć

topniejący w ustach śniegu

nie możesz istnieć beze mnie

bo jestem z twojego żebra.

Pomimo dzielącej nas odległości przetrwaliśmy próbę czasu i młodzieńczej niestabilności. Rozpoczęliśmy studia. Tylko jedno przedsięwzięcie się nie udało. Nigdy nie zdołałam połączyć moich dwóch wielkich miłości, nigdy nie zdołałam zachwycić mojego przyszłego męża życiem w bliskości z Bogiem. Modliłam się o to może gorąco, ale bardzo niewytrwale. Myślałam, że go przyciągnę, że mu pokażę, że to tylko kwestia czasu. Nic bardziej mylnego.

Ksiądz Piotr Pawlukiewicz, znany kaznodzieja i duszpasterz rodzin, nauczał w kazaniu młode kobiety, jak mogą zmniejszyć prawdopodobieństwo rozwodu, gdy wybierają kandydata na małżonka:

Sprawdź, czy Twój chłopak, czy Twoja dziewczyna boi się Boga. Bo ty się przestaniesz podobać. Bo ty staniesz się dla swojego współmałżonka przyczyną nerwów. Sprawdź to jedno – że nawet, jeśli powiesz: „Proszę cię, nie zostawiaj mnie i dzieci”, a on powie: „Mam cię w nosie!”, to wtedy zostanie ci jeszcze jedno hasło: „W imię Boga, w imię Jezusa Chrystusa, proszę cię, zostań!”. I zostanie, jeśli się Boga boi. Ale jeśli on się nie boi Boga, wasze małżeństwo będzie grą w loterię. Nie wiesz, co nim zawładnie: wędkarstwo, pieniądze, sąsiadka, pies, loty w kosmos…

Nie miałam pojęcia, że zaczynam grać na loterii, statystyki rozwodowe mogły być straszakiem dla innych par, nie dla nas!

Wyjazd na studia wiązał się dla mnie z przeprowadzką do większego miasta, a co za tym idzie, z utratą mojej wspólnoty, z pożegnaniem z przyjaciółmi, moimi młodymi braćmi i siostrami w Panu. Na początku czułam wielką pustkę po tej stracie. A jednak nie zadomowiłam się już w żadnej innej wspólnocie, pomimo wspaniałego Duszpasterstwa Akademickiego funkcjonującego w nowym miejscu mojego zamieszkania. Powinnam tymczasem zrobić to natychmiast, bo człowiek osamotniony w wyznawaniu swojej wiary może się tak łatwo przewrócić! Nawet na mocnych i niezależnych działa presja środowiska i współczesnego, bardzo zlaicyzowanego świata. A przecież dary łaski i wezwanie Boże, które otrzymałam jako młoda dziewczyna – były nieodwołalne.

O czystość przedmałżeńską walczyłam prawie cztery lata, aż w końcu przegrałam z kretesem. Zerwaliśmy zakazane owoce i jedliśmy ze smakiem. Tylko że u mnie ta niewierność samej sobie i Bożym przykazaniom skończyła się niemal stanem depresyjnym. Nie potrafiłam się podnieść. Straciłam wtedy z oczu Bożą wolę. Z perspektywy lat wszystkim młodym ludziom, którzy trwają w prawdziwie chrześcijańskim narzeczeństwie, mogę pogratulować.

Jako dwudziestolatka zapisałam w pamiętniku szczerze zasmucona:

1998

Dziś pierwszy raz od długiego czasu wzięłam Pismo Święte i zaczęłam czytać na głos psalmy. Brzmienie tych słów tak bardzo mi przypomniało dalekiego Boga, cudowną, mało uchwytną atmosferę, którą znam, którą przechowuję w pamięci, pełne majestatu konstrukcje zdań sprawiły, że w oczach stanęły mi łzy ogromnej tęsknoty za zgubionym poczuciem zamieszkiwania w samym środku Dobrego Stwórcy. Trzeba zdążyć ze spowiedzią przed Wielkanocą, ale ja naprawdę nie wiem, czy umiem jeszcze odróżniać żal za grzechy od żalu za zepsute miesiące, czy potrafię wykrzesać z siebie choć iskiereczkę wiary w postanowienie poprawy. Chyba najfatalniejszym krokiem mojego życia było zejście z Bożej drogi, aby powlec się za człowiekiem.

Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy wolałam leżeć i czuć się beznadziejnie, zamiast wstawać na nogi, wołając pomocy Pana?

Nie miałam wątpliwości, że małżeństwo i macierzyństwo są moim prawdziwym powołaniem. Instynkt macierzyński dawał o sobie znać już w pierwszych latach studiów. Wbrew rozsądkowi i okolicznościom zewnętrznym pragnęłam jak najszybciej założyć rodzinę. Może powinnam napisać: „miałam zachciankę na własną rodzinę”. Chciałam iść w ślady moich rodziców, którzy wcześnie się pobrali i wszystko układało im się pomyślnie. I chociaż jeszcze dwa lata wcześniej głosiłam na rekolekcjach, że „Jezus jest moim Panem”, choć w toku formacji oazowej powierzyłam Mu swoje życie, to nie przypominam sobie, bym w tej najważniejszej sprawie prosiła Go o radę.

W trakcie studiów faktycznie pojawiło się dziecko. Dopiero teraz widzę, jak to wszystko postawiliśmy na głowie i z jakiego bałaganu wchodziliśmy w sakrament małżeństwa. Wtedy byłam po prostu zachwycona, zakochana i uszczęśliwiona. Ale gdybym słuchała nauki Boga i Kościoła, mój mąż po dziesięciu latach nie mógłby mi powiedzieć dla własnej wygody moralnej, że „czuł się zmuszony” ożenić się ze mną w takim, a nie innym momencie. Żadnej kobiecie nie życzę, aby musiała słuchać takich słów. Niecierpliwość może być potężnym błędem.

Niech to będzie jasne: nigdy nie żałowałam, że wyszłam za mąż za tego właśnie człowieka. Z miłością wspominam szereg wspólnych lat. A nasze pierwsze dziecko to był najpiękniejszy podarunek, jaki mogłam otrzymać. Jednak braku faktycznego narzeczeństwa przed obliczem Boga już nigdy potem nie da się nadrobić!

W sakramencie pojednania przed ślubem zdarzyła mi się dziwna i nieprzyjemna rzecz. Starszy wiekiem ksiądz salezjanin powiedział mi w konfesjonale:

– Jeśli nie potrafiliście się szanować przed ślubem, to po ślubie będziecie się zdradzać!

Byłam wtedy oburzona i głęboko dotknięta. Zdrada nie miała nas dotyczyć po wsze czasy! Co ma w ogóle wspólnego jedno z drugim? I jak ksiądz na nową drogę naszego życia śmie rzucać takie okropne słowa, niby jakąś klątwę złej wróżki?

Ze świecą można szukać młodych ludzi, którzy zdają sobie w pełni sprawę z tego, czym jest sakrament małżeństwa. Krótki kurs przedmałżeński to zazwyczaj zbyt mało. Ja miałam bardzo wysokie (i fałszywe) mniemanie o swoim przygotowaniu do ślubu. Udzielamy go sobie nawzajem, mając samego Boga za świadka. Bez zająknięcia wypowiadamy słowa przysięgi, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że będą nas one obowiązywać zupełnie NIEZALEŻNIE od postępowania drugiej strony. Przysięgamy małżonkowi i Bogu. Oddajemy nasze życie bezzwrotnie.

ROZDZIAŁ II

Dlatego zamknę jej drogę cierniami i murem otoczę tak, że nie znajdzie swych ścieżek

(Oz 2,8)

W święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1999 roku, głosem pełnym mocy, aż odbijał się echem w kościele, przysięgałam miłość, wierność, uczciwość i że go nie opuszczę aż do śmierci. Tak miał mi dopomóc Bóg Wszechmogący, w Trójcy Świętej jedyny i wszyscy święci. Znamy to wszyscy na pamięć.

Wyglądałam pięknie i bardzo młodo, pan młody także. Przypadkowy uczestnik mszy ślubnej rzucił pod nosem:

– Takie dzieci się żenią, a za rok będą się rozwodzić!

Usłyszał to mój kochany dziadek i ostro zaprotestował:

– Nie będą się rozwodzić! Bo to jest moja wnuczka, proszę pana.

Chciałoby się dopowiedzieć, że, na szczęście, dziadek tego kataklizmu nie dożył. Zmarł tuż przed naszą szóstą rocznicą, spokojny do końca o swoje słowa.

Wśród różnych definicji i prób zaklasyfikowania tego, co się odbyło owego sierpniowego dnia przed ołtarzem, szczególnie przemawiają do mnie słowa księdza dr hab. Andrzeja Bohdanowicza:

Kościół celebruje małżeństwo, uznając je za oddzielny sakrament. Słowo sacramentum znaczy: 'zobowiązanie, tajemnica religijna, wtajemniczenie'. Sacrare to znaczy poświęcić bóstwu, uczynić świętym, uczynić nierozerwalnym i nienaruszalnym, umocnić i przypieczętować. Traktując małżeństwo jako sakrament, Kościół daje wyraz przekonaniu, że „tak” wypowiadane przed ołtarzem przez dwoje ludzi jest znakiem obecności pomiędzy nimi Boga. Kościół uświęca małżeństwo, czyni je świętością, powierza je błogosławieństwu Bożemu, tym samym daje nowożeńcom nadzieję na nierozerwalny i nienaruszalny związek. Z drugiej strony, w języku niemieckim słowo: weihen ('uświęcić') łączy się z weich ('miękki'). Sakrament czyni małżeństwo miękkim, gibkim, żywym – przeciwieństwem czegoś sztywnego. Boże błogosławieństwo uzdalnia małżonków do większej otwartości na siebie, okazywania sobie czułości i wzajemnego wybaczania sobie. Chrystus dopełnia i uzdrawia miłość dwojga ludzi, która zawsze jest krucha i zagrożona ich egoizmem, co rodzi wiele napięć i nieporozumień. W perspektywie Bożego błogosławieństwa miłość współmałżonka jest postrzegana jako dar, otrzymywany bez względu na jakiekolwiek osobiste zasługi małżonków.

Mam zatem za sobą dziesięć lat szczęśliwego, kwitnącego małżeństwa z jednym „drobnym defektem”. Ktokolwiek był w naszej rodzinie na pierwszym miejscu, na pewno nie był to Bóg. A przecież przypowieść o budowaniu na skale, nie na piasku, mogłam wyrecytować nawet zbudzona w środku nocy. Dlaczego nie potrafiłam dopasować jej do swojego życia?

Nie miałam pojęcia, że ciągnę losy na loterii, jak to ujął ksiądz Pawlukiewicz. Skoro zawarłam małżeństwo na całe życie, to dlaczego miałabym się o nie nieustannie troszczyć i trwać w czujności? Rozstania mogły dotyczyć innych ludzi, my mieliśmy być „nie do ruszenia”. Po pierwszej córce urodziła się druga, obie zdrowe, udane, cudne i macierzyństwo pochłaniało mnie w pełni. Podróżowaliśmy z nimi, chodziliśmy po górach z nosidełkami, zawieraliśmy przyjaźnie z innymi młodymi rodzicami, śpiewaliśmy i graliśmy na gitarach. Przez krótki czas prowadziliśmy nawet scholę dziecięcą w naszej parafii. Podział ról był w naszej rodzinie wyraźny: ja skończyłam dwa kierunki studiów, ale pozostałam w domu z dziećmi, a on dużo pracował, świetnie sobie radził, utrzymując naszą rodzinę. Miałam przyciągnąć go do Boga, ale powoli przestało mi zależeć. Przecież był dobrym człowiekiem! Energicznym, opanowanym, pracowitym, chętnym do pomocy, a dzieci – własne i cudze – lgnęły do niego. Tak je uwielbiał! Ja przystępowałam w miarę regularnie do sakramentów, a on towarzyszył nam w niedzielę w kościele. To mi wystarczało, pomimo Bożego ostrzeżenia, że mamy być zimni lub gorący, ale nie letni.

Nie porzucałam mojej religii, ale miałam własny plan na życie, rozumiecie? Interwencje Pana Boga mogłyby jedynie popsuć moje wspaniałe zamiary. W tych planach mieściło się, na przykład, bycie w przyszłości rodziną zastępczą oraz zgłoszenie się do rejestru potencjalnych dawców szpiku kostnego. Takie miałam proste pomysły na zbawienie! Postrzegałam siebie jako szlachetnego człowieka.

W 2006 roku po pieszej pielgrzymce na Jasną Górę, na którą wybrałam się z najstarszą córką, Matka Boża zechciała nam jeszcze raz pobłogosławić i podsunąć plany Boże. Nieoczekiwanie poczęło się trzecie dziecko. Przeżyliśmy chwile buntu i niepokoju, ale bardzo szybko to maleństwo stało się równie upragnione i wyczekiwane jak poprzednie. Śmiałam się potem, że pierwsze dziecko Panu Bogu wykradłam, drugie z Nim uzgodniłam, a trzecie dostałam za darmo, w niespodziewanym prezencie. Synek rzeczywiście był prawdziwym błogosławieństwem. Urodził się tak, jak zaplanowałam, w spokoju i ciszy domu, tylko w obecności męża i domowej położnej. Te niezwykłe narodziny uczyniły ze mnie silniejszą kobietę niż byłam kiedykolwiek wcześniej. Dały także powód do radosnego dziękczynienia Stwórcy.

Trzecie dziecko w rodzinie przyśpieszyło budowę własnego miejsca na ziemi i gdy synek miał roczek, z wielkim wzruszeniem przeprowadziliśmy się do uroczego, wygodnego domu z ogrodem. Zdawało się, że dosięgamy gwiazd.

To już nie była skromna ścieżka po pagórkach i dolinach. Szłam leniwie szeroką asfaltową drogą. Nasze dzieci były dostatecznie zdrowe, śliczne, inteligentne i miały wiele talentów. Mieliśmy dobrze sytuowanych przyjaciół. Stosowaliśmy antykoncepcję „jak wszyscy”. Już marzyły mi się częste zagraniczne wakacje. Dodatkowo oboje poświęcaliśmy sporo czasu surfowaniu po Internecie. Doradzałam młodym mamom na rodzicielskich forach internetowych. Powoli, niepostrzeżenie stawałam się „kimś równiejszym” w świecie wirtualnym niż we własnej rodzinie. Dla pasjonującej dyskusji na forum warto było w mojej ówczesnej opinii zaniedbać zwykłe domowe obowiązki. Mąż grał w sieciowe gry. Nałóg komputerowy i wzajemne oddalenie wsączyły się w nasze życie kropla po kropli, niemal niezauważalnie.

W dziewiątym roku małżeństwa dzieci zaczęły chorować. Zmagały się z infekcjami, a ja biegałam pomiędzy nimi zmęczona, zestresowana, niewyspana. Przyszedł czas spłacania kredytu za dom, co z kolei wyczerpywało emocjonalnie i fizycznie mojego męża. Przypuszczam, że poczuł się jak schwytany w pułapkę na trzydzieści kolejnych lat. Prawdopodobnie każde z nas czuło się bardziej obciążone od drugiego. Coraz częściej wymienialiśmy między sobą wojskowe komendy, zamiast rozmawiać.

I nagle okazało się, że w taką niedostrzeżoną lukę weszła „ta trzecia”, że jakaś obca osoba zmieściła się pomiędzy nami.

Nie będę opisywać piekła, jakie rozpętało się, kiedy zdrada wyszła na jaw. Tylko ten, kto przeżył coś takiego, uwierzy, że to ból, który może zabić – od razu lub na raty, powoli zatruwając życie gniewem, nienawiścią i poczuciem krzywdy. To także stan paniki, który zmienia naszą osobowość. Emocje wykrzywiają rzeczywistość. Człowiek popełnia czyny, o które nigdy by się nie podejrzewał. A odkrycie zdrady poprzedza najczęściej pewien dłuższy lub krótszy okres schizofrenicznego zawieszenia pomiędzy potwornymi podejrzeniami a niedowierzaniem; pomiędzy niezrozumiałym chłodem i odrzuceniem a nadzieją, że jutro „wszystko będzie dobrze”.

Pracowałam wówczas w żłobku, wśród malutkich dzieci, gdzie każdy dzień zmuszał mnie do wymyślania radosnych zabaw i wkładania mnóstwa energii w uśmiech. Więc po pracy miałam już siłę tylko na to, aby chować się po kątach własnego domu.

Amerykański terapeuta małżeński, Don-David Lusterman, w książce Niewierność tak diagnozuje ów stan:

Okłamywani i zdradzani partnerzy zachowują się, jakby postradali zmysły. Stają się nieobliczalni. Drażnią ich najdrobniejsze rzeczy, nie wiadomo jednak, dlaczego, chociaż w głębi serca czują, że dzieje się coś strasznego. Ciągłe zapewnienia niewiernego partnera, że wszystko jest w porządku, powodują, że starają się wypchać to przeczucie ze świadomości. […] Wielu niewiernych partnerów twierdzi, że szaleństwo ich partnerów usprawiedliwiało ich romans – w końcu któż chciałby siedzieć w domu w towarzystwie nieobliczalnego wariata?

W mojej duszy pojawiła się blokada, a raczej mur wznoszony dzień po dniu: już nie mogłam się modlić. Nie mogłam iść, by pokrzepić się mocą Eucharystii. Moja wiara wysychała, umierała.

Szukałam ratunku dla małżeństwa, ale tylko wśród ludzkich rozwiązań, a te zawiodły. Mąż odmówił terapii. Określił psychologów „specjalistami od czubków”. On był normalny. W urywanych akapitach pamiętnika widać mój ostry zjazd w dół, w przepaść:

Październik

Huśtawka rozpaczy i wściekłości. Chciałam rzucić się na niego z pięściami i wybić mu to z głowy. Chciałam go zmusić, żeby to odwołał. Chciałam się upewnić, wynająć detektywa.

Mój organizm wariuje, łykam magnez, by lepiej znosić stres i jakoś funkcjonować w pracy. Jak mam wychowywać dzieci w tak dziwnej, pokręconej atmosferze rodzinnego domu?

Kim jest ta dziewczyna, która odebrała rozum mojemu mężowi?

Listopad

Dziś jest właśnie taki wieczór, kiedy wolałabym być jak najdalej od niego, mieszkać z dziećmi w innym mieście, w innym kraju. Czuję się w domu swobodnie tylko, gdy on jest w pracy, a gdy wraca, mam ochotę się schować, najchętniej w obudowę komputera.

Już pod koniec lata zastanawiałam się, czy nie mam jakiegoś rodzaju utajonej depresji. Mam takie dni, gdy jestem na krawędzi – budzę się, czując, że nie warto wstawać z łóżka. Że już nigdy w życiu nie warto się podnosić. Mimo wszystko wstaję i przyrządzam dzieciom śniadanie, a potem w ciągu dnia jakoś rozpędzam opary depresji.

Grudzień

Atmosfera Bożego Narodzenia, a w niej nuty pełne fałszu. Nieszczere łamanie się opłatkiem. Na szczęście były dzieci i ich radość ze śniegu, z prezentów, ze zwierząt w stajence, z pierniczków, z sukienek, z byle czego.

1 stycznia 2010

Nowy Rok. Niewiarygodna samotność. Patrzę na fajerwerki, sztuczne ognie i triumfalne petardy za oknem i już wiem, że są nie dla mnie. Nie na ten rok.

16 stycznia

Rodzinna niedziela u dziadków. Dzwoni komórka męża. Spoglądam na wyświetlacz i widzę kobiece imię. Mąż łapie komórkę i wybiega, aby odebrać. W tej sekundzie jego mowa ciała zdradza wszystko.

18 stycznia

Ferie u rodziców. Odpoczynek od męża. A raczej nie od męża, bo jego przecież wciąż nie ma – tylko od czekania na niego, od jego kłującej nieobecności.


Jeden Bóg nie ten z krzyżyka na łańcuszku ale Ten targający razem z tobą twój krzyż zabłoconą drogą nie ten który fruwa wśród pyzatych aniołów ale Ten który sam ociera ci łzy w środku nocy woła o twoje życie woła o twoje serce nie chce świata bez twojego zbawienia złóż wszystko w Jego ręce co są większe niż wszechświat oddaj Mu wdowi grosz i swój los nie wahaj się to skok w przepaść zakończony lądowaniem w łabędzim puchu Jego Miłości spójrz na dziecko podrzucane w górę przez ojca i niech nam się stanie

nie ten który fruwa wśród pyzatych aniołów ale Ten który sam ociera ci łzy w środku nocy woła o twoje życie woła o twoje serce nie chce świata bez twojego zbawienia złóż wszystko w Jego ręce co są większe niż wszechświat oddaj Mu wdowi grosz i swój los

Modlitwa w kryzysie małżeńskim Ojcze nasz, zwracam się z pokorną i żarliwą prośbą do Ciebie. Tyś nas połączył nierozerwalnie w sakramencie małżeństwa i chcesz, abyśmy temu związkowi zostali wierni aż do śmierci. Boże, pospiesz na pomoc sercu memu, uczyń je przez to cierpienie mniej samolubnym. Poznaję coraz lepiej, jak trudny jest stan małżeński i jak

coraz lepiej, jak trudny jest stan małżeński i jak niedoskonały(a) jeszcze jestem. Uczyń mnie wielkodusznym(ą), bym umiał(a) przebaczać. Daj mi cierpliwość podobną do tej, którą Ty mi okazujesz. Spraw, by w codziennych trudnościach i doświadczeniach moja miłość wzmacniała się i dojrzewała, aż minie zły czas. Panie, chcę zostać wiernym(ą) do końca. Amen.