Światłodawca. Cykl Czerwony świt. Tom 6 - Pierce Brown - ebook

Światłodawca. Cykl Czerwony świt. Tom 6 ebook

Pierce Brown

0,0
77,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Darrow powraca w emocjonującej kontynuacji Czasu mroku.

Żniwiarz jest legendą, bardziej mitem niż człowiekiem. Ale jest także Darrowem: mężem, ojcem, przyjacielem.

Po druzgocącej klęsce Darrow marzy o powrocie do Virginii, swojej żony i Suwerenki, by bronić Marsa przed Lysandrem. A Lysander, który zamierza zniszczyć Powstanie i przywrócić zwierzchnictwo Złotych, jest gotowy w imię swoich ambicji niszczyć całe światy.

Kiedyś światy potrzebowały Żniwiarza. Dzisiaj potrzebują Darrowa.

Tak oto rozpoczyna się jego podróż powrotna do domu, międzyplanetarna przygoda, w której spotykają się starzy przyjaciele, wykuwają się nowe sojusze, a rywale ścierają się na polach bitew.

Ponieważ sen Eo jest nadal żywy – i po czasie mroku nastanie nowa era: epoka światła, zwycięstwa, nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1019

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Light Brin­ger

Copy­ri­ght © 2023 by Pierce Brown Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: MAQ PRO­JECTS Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Mapa: © 2023 Joel Daniel Phil­lips Foto­gra­fia na okładce © Shut­ter­stock.com Pro­jekt okładki: Face­out Stu­dio i Char­les Brock Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski, Dark Crayon

ISBN 978-83-68591-76-7

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00 657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05 850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tri­cii Narwani, mojej Ate­nie

Mike’owi Braf­fowi, mojemu Wergi­liu­szowi

Mapy

Dramatis personæ

Repu­blika Solarna

Dar­row z Lykos / Żni­wiarz – arcy­im­pe­ra­tor Repu­bliki Solar­nej, mąż Vir­gi­nii, Czer­wony

Vir­gi­nia Augu­stus / Mustang – aktu­alna Suwe­renka Repu­bliki Solar­nej, żona Dar­rowa, pry­mus domu Augu­stus, sio­stra Sza­kala z Marsa, Złota

Pax Augu­stus – syn Dar­rowa i Vir­gi­nii, Złoty

Dio z Lykos – sio­stra Eo, żona Kie­rana z Lykos, matka Rhonny, Czer­wona

Kie­ran z Lykos – brat Dar­rowa, arcy­gu­ber­na­tor Marsa, Czer­wony

Rhonna z Lykos – bra­ta­nica Dar­rowa, córka Kie­rana, Wyjec, lan­sjer, Szcze­niak nr Dwa, Czer­wona, zagi­nęła pod­czas upadku Helio­po­lis

Deanna z Lykos – matka Dar­rowa, Czer­wona

Sevro Barca / Goblin – impe­ra­tor Repu­bliki, mąż Vic­try, Wyjec, Złoty

Vic­tra Barca – żona Sevro, z domu au Julii, Złota

Elec­tra Barca – córka Sevro i Vic­try, Złota

Ulys­ses Barca – syn Sevro i Vic­try, zabity przez Har­mony i Czer­woną Rękę

Dan­cer / sena­tor O’Faran – sena­tor, nie­gdyś jeden z dowód­ców Synów Aresa, try­bun bloku Czer­wo­nych, Czer­wony, zabity w Dniu Czer­wo­nych Gołębi

Kavax Tele­ma­nus – pry­mus domu Tele­ma­nus, klient domu Augu­stus, Złoty

Niobe Tele­ma­nus – żona Kavaxa, klient domu Augu­stus, Złota

Daxo Tele­ma­nus – dzie­dzic domu Tele­ma­nus, syn Kavaxa i Niobe, sena­tor, try­bun bloku Zło­tych, Złoty, zabity przez Lilath au Faran

Thraxa Tele­ma­nus – pre­tor Wol­nych Legio­nów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec, Złota

Ale­xan­dar Arcos – naj­star­szy wnuk Lorna au Arcos, dzie­dzic domu Arcos, sprzy­mie­rzony z domem Augu­stus, lan­sjer, Szcze­niak Jeden, Złoty, zabity przez Lysan­dra au Lune

Lorn au Arcos – były Rycerz Gniewu, głowa domu Arcos, men­tor Dar­rowa z Lykos, Złoty, zabity przez Lilath au Faran i Adriusa au Augu­stus

Cadus Har­nas­sus – impe­ra­tor Repu­bliki, zastępca dowódcy Wol­nych Legio­nów, inży­nier, Poma­rań­czowy

Orion Aqu­arii – nawar­cha Repu­bliki, impe­ra­tor Bia­łej Floty, Nie­bie­ska, zabita pod­czas ope­ra­cji Tar­tar

Oro Sculp­tu­rus – nawar­cha Repu­bliki, dowódca obrony gwiezd­nej Fobosa, Nie­bie­ski

Col­lo­way Char – pilot z naj­więk­szą liczbą zestrze­leń we flo­cie Repu­bliki, Wyjec, Nie­bie­ski

Holi­day Naka­mura – dux Lwiej Gwar­dii Vir­gi­nii, sio­stra Trigga, klient domu Augu­stus, cen­tu­rion Legionu Pegaz, Szara

Żywe Sre­bro / Regu­lus Sun – naj­bo­gat­szy czło­wiek w Repu­blice, szef Sun Indu­stries, Srebrny

Mat­teo – mąż Regu­lusa Sun, Różowy

The­odora – przy­wód­czyni agen­tów zwa­nych Drza­zgami, klient domu Augu­stus, Różowa Róża, stra­cona przez Vox Populi

Bła­zen – Wyjec, klient domu Barca, Złoty

Pestka – Wyjec, klient domu Barca, Złota

Min Min – Wyjec, snaj­per i eks­pert od uzbro­je­nia, klient domu Barca, Czer­wona, zabita przez Plu­ga­stwo

Brzy­dal – Wyjec, klient domu Augu­stus, Złoty

Cas­sius au Bel­lona – syn Julii au Bel­lona, były Olim­pij­ski Rycerz, dawny men­tor Lysan­dra au Lune, Złoty

Wspól­nota

Ata­lan­tia au Grim­mus – dyk­ta­torka Wspól­noty, córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­mus, sio­stra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota

Lysan­der au Lune – wnuk byłej Suwe­renki Octa­vii, dzie­dzic rodu Lune, patrona domu Grim­mus, Złoty

Atlas au Raa / Rycerz Stra­chu – brat Romu­lusa au Raa, legat Legionu Zero („Gor­gony”), daw­niej pod kura­telą domu Lune, klient domu Grim­mus, Złoty

Ajax au Grim­mus / Rycerz Burzy – syn Ai au Grim­mus i Atlasa au Raa, dzie­dzic domu Grim­mus, legat Żela­znych Lam­par­tów, Złoty

Kalin­dora au San / Rycerz Miło­ści – Olim­pij­ski Rycerz, ciotka Ale­xan­dra au Arcosa, klient domu Grim­mus, Złota

Julia au Bel­lona – matka Cas­siusa, który nie utrzy­muje z nią kon­tak­tów, nie­przy­ja­ciółka Dar­rowa, pry­mus pozo­sta­ło­ści domu Bel­lona, prin­ceps sena­tus Dwu­stu, Złota

Pal­las au Grecca – kapi­tan dru­żyny rydwa­no­wej domu Bel­lona, klientka tego domu, Złota

Scor­pio au Votum – pry­mus domu Votum, Złoty

Cicero au Votum – dzie­dzic domu Votum, legat Legionu Skor­pion, Złoty

Cipio au Fal­the – pry­mus domu Fal­the (wojow­nicy z Ziemi mający obse­sję na punk­cie czy­sto­ści)

Asmo­deus au Car­thii – pry­mus domu Car­thii (stocz­niowcy z Wenus), Złoty

Rhone ti Fla­vi­nius – dux domu Lune, dowódca Legio XIII Dra­co­nes (Straży Pre­to­riań­skiej), Szary

Deme­trius ti Inte­rimo – cen­tu­rion Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szary

Mar­kus ti Lacrima – cen­tu­rion Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szary

Dru­silla ti Pistris – deku­rionka Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szara

Kyber ti Umbra – legio­nistka z Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szept Lysan­dra au Lune, Szara

Magnus au Grim­mus / Pan Popio­łów – były arcy­im­pe­ra­tor za rzą­dów Octa­vii au Lune, Nisz­czy­ciel Rei, Złoty, zabity przez Wyj­ców i Apol­lo­niusa au Valii Rath

Octa­via au Lune – była Suwe­renka Wspól­noty, babka Lysan­dra, Złota, zabita przez Dar­rowa

Aja au Grim­mus – córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­mus, Złota, zabita przez Sevro, Cas­siusa, Vir­gi­nię i Dar­rowa

Gli­ra­stes Mistrz Stwórca – archi­tekt i wyna­lazca, Poma­rań­czowy

Exe­ter – poko­jo­wiec Gli­ra­stesa, Brą­zowy

Pytha xe Vir­gus – kapi­tan Świa­tło­dawcy, była druga pilotka Archi­me­desa, Nie­bie­ska

Domi­nium Obrzeża

Dido au Raa – współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża, żona byłego Suwe­rena Domi­nium Obrzeża Romu­lusa au Raa, z domu au Saud, Złota

Dio­me­des au Raa / Rycerz Burzy – syn Romu­lusa i Dido, tak­sar­cha Falangi Bły­ska­wicy, Złoty

Sera­phina au Raa – córka Romu­lusa i Dido, locha­gos Jede­na­stej Jazdy Pyłu, Złota, zgi­nęła w bitwie

Helios au Lux – współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża dzie­lący urząd z Dido, były Rycerz Prawdy, Złoty

Romu­lus au Raa / Władca Pyłu – były pry­mus domu Raa i Suwe­ren Domi­nium Obrzeża, Złoty, popeł­nił rytu­alne samo­bój­stwo

Gaia au Raa – matka Romu­lusa au Raa i babka Dio­me­desa i Tha­lii, Złota

Tha­lia au Raa – młod­sza sio­stra Dio­me­desa, Złota

Vela au Raa – sio­stra Atlasa i Romu­lusa, legatka, Złota

Grecca au Codo­van – wład­czyni Gani­me­desa, Złota

Obsy­dia­nowi

Sefi Mil­cząca – kró­lowa Obsy­dia­no­wych, przy­wód­czyni Wal­ki­rii, sio­stra Ragnara Vola­rusa, Obsy­dia­nowa, zabita przez Vol­sunga Fá

Val­dir Nie­ścięty – wódz wojenny, part­ner kró­lo­wej Sefi, uwię­ziony za zdradę Repu­bliki, Obsy­dia­nowy

Ragnar Vola­rus – były przy­wódca Obsy­dia­no­wych, Wyjec, Obsy­dia­nowy, zabity przez Aję au Grim­mus

Vol­sung Fá – król Obsy­dia­no­wych, ojciec Sefi, dzia­dek Volgi Fjor­gan, znany nie­gdyś jako Vagnar Hefga, Obsy­dia­nowy

Volga Fjor­gan – córka Ragnara, była współ­pra­cow­niczka Eph­ra­ima ti Horn, Obsy­dia­nowa

Ur Poże­racz Rado­ści – zwany Włócz­nią Tronu Ultima Thule, Obsy­dia­nowy

Skarde Ols­gur – jarl Volk, z ple­mie­nia Krwa­wego Barana, Obsy­dia­nowy

Sigurd Ols­gur – syn Skarde’a, wojow­nik z ple­mie­nia Krwa­wego Barana

Inni

Aurae – hetera domu Raa i towa­rzyszka Cas­siusa, Różowa

Apol­lo­nius au Valii Rath / Mino­taur – dzie­dzic domu Valii Rath, wie­lo­mówny, Złoty

Thar­sus au Rath – brat Apol­lo­niusa au Valii Rath, Złoty

Vor­kian ti Hadriana – cen­tu­rion legio­nów domu Rath, Szary

Lyria z Laga­los – Gamma z Marsa, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wona

Liam z Laga­los – sio­strze­niec Lyrii, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wony

Cheon – chi­liar­cha Czar­nych Sów, Córka Ateny, Czer­wona

Har­mony – przy­wód­czyni Czer­wo­nej Ręki, była człon­kini Synów Aresa, Czer­wona, zabita przez Vic­trę

Fig­ment – wolny strze­lec, Brą­zowa

Fitch­ner au Barca / Ares – były przy­wódca Synów Aresa, ojciec Sevro, Złoty, zabity przez Cas­siusa au Bel­lona

Eph­raim ti Horn – wolny strze­lec, były czło­nek Synów Aresa, mąż Trigga ti Naka­mura, Szary, zabity przez Vol­sunga Fá

Część I. Cyrk

Część I

Cyrk

Choćby mnie bóg znów jaki pogrą­żył w bał­wany,

Zniosę męż­nie, w cier­pie­niach jam wypró­bo­wany.

Tylem już prze­był, takie prze­cho­dził katu­sze

Na woj­nie i na morzu, że i to znieść muszę!

Homer1

Rozdział 1. Darrow. Rozbitek

1

Dar­row

Roz­bi­tek

Nasze słońce unosi się w ciem­no­ści w asy­ście księ­ży­ców zro­bio­nych ze śmieci. Dawno temu, kiedy pla­nety zostały prze­kształ­cone przez rodzaj ludzki, pozo­sta­ło­ści po wiel­kich przed­się­wzię­ciach ter­ra­for­mu­ją­cych sto­piono za pomocą pras orbi­tal­nych w kule wiel­ko­ści księ­ży­ców i pchnięto w stronę Sola. Więk­szość tych śmieci, pochwy­co­nych przez gra­wi­ta­cję słońca, doko­nała żywota po trwa­ją­cym stu­le­cia mar­szu pogrze­bo­wym w jego nukle­ar­nych pie­cach, ale kil­ka­set guz­drał na­dal krą­żyło wokół swo­jego osta­tecz­nego miej­sca zgonu.

Przy­cu­mo­wany do jało­wego kra­jo­brazu zapo­mnia­nego odpad­ko­wego księ­życa, który kie­dyś nosił nazwę kata­lo­gową Pie­chur–1632, wrak kor­wety zwa­nej Archi­me­de­sem ukrywa się w cie­niu rzu­ca­nym przez wysoką na kilo­metr skarpę ze śmieci. Mar­sjań­scy nie­wol­nicy, zamie­nieni w żoł­nie­rzy, któ­rych następ­nie zamie­niono w roz­bit­ków, peł­zają po statku. Nasze pal­niki spa­wal­ni­cze roz­bły­skują na kadłu­bie. Nasze ska­fan­dry kosmiczne to cuch­nące mokra­dła. Utknę­li­śmy dwie­ście milio­nów kilo­metrów od domu, a ja gotuję się w pocie, mdło­ściach i nie­za­do­wo­le­niu.

Ten cho­lerny Bel­lona. Aro­gancki Nie­zrów­nany palant.

Poła­mię mu kolana, jeśli jesz­cze kie­dyś go zoba­czę. To on powi­nien się czoł­gać po tym kadłu­bie. Powie­dział­bym mu to pro­sto w twarz, ale on zabrał jedyny relikt w han­ga­rze bazy, jaki jesz­cze był w sta­nie latać, i wykradł się wraz z Aurae, swoją Różową wspól­niczką, kiedy spa­łem. Nagrał krótką wia­do­mość z dobrą radą, żebym zajął się swo­imi ranami, i zosta­wił po sobie bała­gan, któ­rego sam naro­bił – swój oka­le­czony sta­tek – żeby­śmy go napra­wili. Łaj­dak.

Ponad dzie­sięć lat z dala od prze­stron­nych gro­bow­ców Olim­pii ani odro­binę nie umniej­szyło spek­ta­ku­lar­nego zacię­cia Cas­siusa do oka­zy­wa­nia pro­tek­cjo­nal­no­ści. A co naj­gor­sze, w spo­sób abso­lut­nie dla sie­bie typowy nie śpie­szy się. Sześć tygo­dni temu wyru­szył z misją do Gwiezd­nej Fak­to­rii – eklip­tycz­nej pla­cówki han­dlo­wej poło­żo­nej pomię­dzy orbi­tami Mer­ku­rego i Wenus – żeby zdo­być hel potrzebny nam do Archi­me­desa. A w tym cza­sie ja albo gniję w sta­rej bazie Synów Aresa ukry­tej w brzu­chu śmie­cio­wego księ­życa, albo sie­dzę przy­ssany do burty jego statku jak pra­co­wita pąkla, zabi­jam czas spa­wa­niem i zara­zem wiem, że tego czasu zostaje nam coraz mniej.

Do dia­bła, moż­liwe, że już w ogóle go nie mamy.

Pozba­wiony łącz­no­ści ze świa­tem zewnętrz­nym, nie mam poję­cia, jaki obrót przy­brała wojna, którą zaczą­łem. Nie wiem, czy Vir­gi­nia i Vic­tra zdo­łały prze­trwać zjed­no­cze­nie Zło­tych z Obrzeża i Rdze­nia. Nie mam poję­cia, czy Sefi powró­ciła do Repu­bliki i czy Lysan­der wyko­rzy­stał moją porażkę na Mer­ku­rym, żeby wspiąć się na Tron Poranka.

Nie wiem, czy wróg nie spa­lił już Marsa, mojej rodziny, mojego domu.

Myślę o Mar­sie, o wyżyn­nych wrzo­so­wi­skach i szep­czą­cych lasach…

Nie. Vir­gi­nia kazała mi wytrwać.

Już raz zosta­łem uwię­ziony. Wiem, że muszę ode­pchnąć myśli o domu, zanim zamie­nią mnie we wrak czło­wieka. Nie pierw­szy raz szu­kam schro­nie­nia w gnie­wie. Chcę wal­czyć. Potrze­buję walki. Takim mnie stwo­rzono – bym spa­lał się w wiecz­nej darem­nej walce. Jed­nak zamiast niej, zamiast ruchu naprzód, który koi moją nie­spo­kojną naturę, dostaję jedy­nie mono­tonny szum gene­ra­to­rów i dni zle­wa­jące się ze sobą, nie­skoń­czoną lita­nię codzien­nych obo­wiąz­ków.

Ja zaczą­łem tę wojnę. Inni ją koń­czą. Muszę uciec. Ata­lan­tia musi umrzeć. Atlas musi umrzeć. Lysan­der musi umrzeć. Wyobra­żam sobie, jak płasz­czą się przede mną, moje uszy są głu­che na ich bła­ga­nia, moja dłoń wyci­ska z nich życie, kiedy krew wzbiera w ich oczach.

Te krwawe fan­ta­zje w żad­nej mie­rze nie łago­dzą mojego przy­gnę­bie­nia. Gniew, który kie­dyś spra­wiał, że pla­nety drżały, został pozba­wiony zębów. Ode­brano mi mój mit, zada­jąc klę­skę, pozba­wiono mnie armii za sprawą moich błę­dów, stra­ci­łem przy­ja­ciół i rodzinę z powodu wyma­gań, jakie im sta­wia­łem, i wiem, że nie­na­wiść nie zwróci mi tego, co prze­pa­dło, i nie naprawi tego, co znisz­czy­łem.

Słońce sza­lało przez ponad cztery i pół miliarda lat. Ja sza­la­łem przez szes­na­ście. Nic dziw­nego, że słońce ma wię­cej paliwa na zby­ciu. Nawet mój gniew na Cas­siusa wydaje się nie­szczery. Nie mam już czym go kar­mić, nie jestem w sta­nie żywić tego wiecz­nego gniewu na sie­bie i innych. Nie po tym, co zro­bi­łem.

Ucie­kłem z Mer­ku­rego, oca­li­łem życie za cenę Wol­nych Legio­nów i tego, co ostało się z mojego sza­cunku dla samego sie­bie. Popro­wa­dzi­łem dzieci Marsa na pla­netę z dala od ich domu, obie­caw­szy im, że zakoń­czymy wojnę, by następ­nie porzu­cić je na pastwę wroga i rato­wać wła­sną skórę. Moje serce zostało pocho­wane wraz z moją armią w tam­tej­szych pia­skach. Jed­nakże moje ciało na­dal wle­cze się przed sie­bie, jak to ono, bez względu na znisz­cze­nie, jakie zosta­wia za sobą.

Odkąd wymkną­łem się z Mer­ku­rego z garstką moich ludzi, zsu­wamy się po równi pochy­łej. Cas­sius ura­to­wał nas led­wie dwu­stu z Helio­po­lis, ale ucieczka nie oka­zała się pro­sta. Drę­czeni przez dewa­sta­tory Grim­mu­sów, roz­mi­nę­li­śmy się z flotą Tele­ma­nu­sów. Prze­ga­pi­li­śmy naszą szansę na powrót do domu. Led­wie udało nam się dokuś­ty­kać do bazy na Pie­chu­rze, zanim Cas­sius odle­ciał.

Ciszę prze­ry­wają tylko roz­mowy innych spa­wa­czy. Jeden opo­wiada dow­cip, dosta­tecz­nie zabawny, żebym na chwilę prze­stał się biczo­wać. Słu­cham innych gło­sów. Przy­po­mi­nają mi wier­ta­czy gawę­dzą­cych w tunelu nad moim świ­droSz­po­nem w Lykos. Ich kiep­skie żarty dzia­łają kojąco, moje myśli powra­cają do znisz­czo­nej książki, którą Aurae zosta­wiła w heł­mie mojego ska­fan­dra kosmicz­nego, zanim wymknęła się z Cas­siu­sem.

W liściku, który zosta­wiła razem z tomi­kiem, napi­sała, że był on jej ścieżką przez ciem­ność nie­woli na Obrzeżu. Czu­łem wście­kłość po tym, jak Aurae i Cas­sius odle­cieli, nie­wiele bra­ko­wało, a wyko­rzy­stał­bym tę książkę w cha­rak­te­rze papieru toa­le­to­wego. Jed­nakże zawsze czu­łem, że Różowi są naj­bar­dziej uci­ska­nym z Kolo­rów, a ich ciężki los prze­poił nie­któ­rych nad­na­tu­ralną siłą wewnętrzną. Nauczyły mnie tego Evey i The­odora. Dla­tego bar­dziej z sza­cunku dla nich niż dla Aurae prze­czy­ta­łem pierw­szą stronę. Szybko zaczęła iry­to­wać mnie męt­ność stylu. Jak­bym czy­tał księgę wróżb, powta­rza­jącą okle­pane mądro­ści w postaci ezo­te­rycz­nych meta­for. Mimo to zapa­mię­ta­łem kilka lini­jek, które wydały mi się celne.

„Ścieżkę wybru­ko­wano kamie­niami, które wydają się iden­tyczne. Kiedy kro­czysz po złu, nie zatrzy­mu­jesz się dla odpo­czynku i nie patrzysz w dół, bo dobro może znaj­do­wać się zale­d­wie jeden krok dalej. Następny może ozna­czać koniec, kolejny radość, ale kamie­nie nie są twoim celem. Są tylko twoją drogą do końca ścieżki”.

Zasta­na­wiam się nad tymi sło­wami, kiedy spa­wam nowy arkusz do kadłuba. Może to tylko kolejny kamień na bru­ko­wa­nej dro­dze. Może to nie jest miej­sce wiecz­nego potę­pie­nia. Może to dar.

Prawda jest taka, że powi­nie­nem był umrzeć na Mer­ku­rym. Prawda jest taka, że wszystko po tam­tym pie­kle naprawdę jest darem, nawet to miej­sce. Napra­wia­nie sta­reń­kiej pięć­dzie­się­cio­me­tro­wej kor­wety może być nużące, ale praca daje czło­wie­kowi cel. Każdy przy­spa­wany arkusz to krok naprzód. A każdy taki krok naprzód zbliża mnie do rodziny. Wró­cimy do domu. Pod warun­kiem, że Cas­sius wróci z helem, któ­rego potrze­bu­jemy do reak­tora. A także pod warun­kiem, że Har­nas­su­sowi rze­czy­wi­ście uda się napra­wić reak­tor.

Może dziś wie­czo­rem prze­czy­tam kolejną stronę.

Cho­ciaż uparty ze mnie sukin­syn, więc może jed­nak nie.

W moim sys­te­mie łącz­no­ści roz­le­gają się trza­ski.

– Spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy, jak mnie sły­szysz? – Cho­wam pal­nik i odsu­wam się na linie zabez­pie­cza­ją­cej. – Spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy. Zapo­mnij na chwilę o swo­ich egzy­sten­cjal­nych lękach i odpo­wiedz…

– Tu spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy. Co jest grane, Thraxa? Wysypka znowu daje ci się we znaki?

Nie mogąc zna­leźć żad­nego ska­fan­dra dość sze­ro­kiego, żeby pomie­ścił jej kolo­salne uda, wojow­ni­cza Thraxa ugrzę­zła w bazie. Codzien­nie narzeka, że wola­łaby hono­rowe samo­bój­stwo, które zamie­rzała popeł­nić w Helio­po­lis, od codzien­nej nudy zarzą­dza­nia zmia­nami.

– Słońce wzej­dzie za trzy­dzie­ści minut. Bądź tak miły i zbierz swoją dru­żynę, zanim ugo­tu­je­cie się w ska­fan­drach.

Oglą­dam się przez ramię na wschodni hory­zont śmie­cio­wego księ­życa.

– Nie za wcze­śnie?

– Masa Archi­me­desa przy­śpie­sza obroty księ­życa. Wszy­scy wiemy, że prze­spa­łeś zaję­cia z fizyki, ale zaufaj mi w tej kwe­stii albo jutro twój kutas będzie wyglą­dał jak hydra. I bez tego zosta­łeś solid­nie napro­mie­nio­wany.

– Możemy na tej zmia­nie skoń­czyć kadłub – odpo­wia­dam.

– Następna zmiana może go skoń­czyć. Zresztą doni­kąd się nie wybie­ramy bez helu i napra­wio­nego reak­tora. Wra­caj.

Nie­chęt­nie zga­dzam się i ogła­szam swo­jej eki­pie koniec zmiany. Spa­wa­cze śmi­gają wzdłuż lin zabez­pie­cza­ją­cych z powro­tem do bazy, a ja ich liczę. Kiedy ostatni ląduje w bazie, scho­dzę z kadłuba, odpy­cham się i zsu­wam do śluzy.

Przy ślu­zie zatrzy­muję się, żeby zro­bić coś, czego nie robi­łem ani razu pod­czas moich zmian przy spa­wa­niu. Oglą­dam się na ska­li­sty hory­zont. Cie­niutki sierp słońca wycho­dzi zza księ­życa. Żar znie­kształca cęt­ko­waną powierzch­nię, kal­dery roz­prę­że­niowe wypu­czają się, aż buchają pyłem i tok­sycz­nymi gazami. Pył i gaz łączą się wokół skarpy z zie­lono czar­nego pla­stiku i w końcu wycią­gają się za księ­ży­cem w postaci ogona jarzą­cych się czą­ste­czek.

Widzia­łem rze­czy, któ­rych Czer­wo­nemu gór­ni­kowi ni­gdy nie powinno być dane ujrzeć. Nie­wy­po­wie­dzianą zgrozę, nie­moż­liwe piękno. Rze­czy, przy któ­rych ten ogon z czą­ste­czek wydałby się czymś zwy­czaj­nym. Dzi­siaj jed­nak odbie­ram to ina­czej. Odro­binę bar­dziej chcę dostrzec piękno tutaj, na tym kamie­niu w bru­ko­wa­nej dro­dze. Może to przez tę książkę. Może to wpływ napro­mie­nio­wa­nia. Bez względu na powód czuję, że dziś mam dość siły, aby spoj­rzeć w innym kie­runku, poza mroczną syl­wetkę Archi­me­desa, ku roz­le­głej połaci gwiazd w dali, gdzie mój wzrok zatrzy­muje się na sła­bym, czer­wo­na­wym świa­tełku.

Dom.

Kosmos jest pusty i mil­czący, ale moją pamięć wypeł­nia bogac­two dźwię­ków z domu. Zamy­kam oczy i sły­szę szept bogo­Drzewi, szum Morza Ter­micz­nego, łopot skrzy­deł gryfa, Vic­trę krzy­czącą na Sofo­klesa, Sevro recho­cą­cego z cór­kami, brzęki i war­kot, gdy Pax maj­struje coś w warsz­ta­cie, głos mojej żony.

Przez jedną ide­alną chwilę widzę obie­cany świt, mój powrót na Marsa, do domu. A potem wszystko znika. Księ­życ obró­cił się do słońca. Świa­tło prze­pala się przez moje powieki i w końcu nawet moje złote oczy nie mogą tego dłu­żej zno­sić. Czas zejść.

Rozdział 2. Darrow. Książka

2

Dar­row

Książka

O ile Mer­kury był nie­ustan­nym ata­kiem na moje nerwy, o tyle Pie­chur 1632 jest powol­nym oblę­że­niem mojego umy­słu.

Dawna baza Synów Aresa to spar­tań­skie, klau­stro­fo­biczne miej­sce. Zbu­do­wano ją wewnątrz Pie­chura, żeby zapew­nić pierw­szym koman­do­som Synów ukrytą przy­stań, skąd mogliby nękać wenu­sjań­skich panów nie­wol­ni­ków. Porzu­cono ją jede­na­ście lat temu, kiedy tutej­szy gar­ni­zon dołą­czył do mojej floty w despe­rac­kim ataku na Lunę. Osiem mie­sięcy temu dowle­kli­śmy się do niej i prze­ko­na­li­śmy się, że jej kory­ta­rze są zimne i otwarte na próż­nię. Uru­cho­mi­li­śmy ponow­nie gene­ra­tor zasi­lany z bate­rii sło­necz­nych i udało nam się przy­wró­cić warunki do zamiesz­ka­nia. Zna­leź­li­śmy zapasy wody i kalo­rii, kiedy naj­bar­dziej tego potrze­bo­wa­li­śmy. Jed­nak tem­pe­ra­tura i gra­wi­ta­cja pozo­stają niskie, a wro­gie pro­mie­nio­wa­nie poza wyło­żo­nymi oło­wiem ścia­nami spra­wia, że czu­jemy się jak pod­czas oblę­że­nia. I tak wyglą­damy. Jeste­śmy chu­dzi i bla­dzi, mimo sło­necz­nych blizn po Mer­ku­rym na twa­rzach. Pra­wie wszy­scy wyły­sie­li­śmy, a ci, któ­rzy mogą, noszą brody na pamiątkę Ragnara.

Ode­rwani od wojny, nie­świa­domi ruchów przy­ja­ciół i wro­gów, odcięci od wszel­kiej łącz­no­ści z domem, żyjemy zmar­twie­niem, które towa­rzy­szy nam jak stały refren. Rutyna jest naszym jedy­nym wyba­wie­niem.

Mar­twię się o syna, kiedy razem z resztą mojej dru­żyny prze­cho­dzę dekon­ta­mi­na­cję w myjni i ści­skam klu­czyk do gra­wi­cy­kla, który dosta­łem od niego przed wyjaz­dem z Luny, tak jak kie­dyś ści­ska­łem obrączkę Eo w myjni w Lykos. Mar­twię się o Vir­gi­nię, kiedy gar­biąc się idę wąskimi, wycię­tymi świ­drami kory­ta­rzami do mesy. Sior­biąc lio­fi­li­zo­waną papkę biał­kową, mar­twię się o Sevro, który prze­padł bez śladu, gdy Luna wpa­dła w ręce Vox. Pozo­stali, rów­nie łysi jak ja, też się mar­twią. O swo­ich wła­snych bli­skich. O domy. Stra­cony czas. Stra­cone światy. Razem two­rzymy morze zmar­twie­nia w sła­bym bla­sku che­micz­nych świa­teł. Sta­ramy się ukry­wać te tro­ski przed sobą nawza­jem jak coś mrocz­nego, sekret­nego i wsty­dli­wego. Jak wszy­scy zagu­bieni żoł­nie­rze, moi oca­leńcy są zmę­czeni i cisi – poza tymi chwi­lami, w któ­rych są gro­te­skowi, non­sza­lanccy albo wul­garni. Szcze­rość ujaw­nia się tylko w skrę­po­wa­nym mil­cze­niu albo tych cichych momen­tach, gdy lira Aurae wypeł­nia mesę pie­śniami z Obrzeża, które jakimś cudem przy­po­mi­nają nam o naszych wła­snych domach.

Nie pierw­szy raz bra­kuje mi jej pio­se­nek. Jest ina­czej, odkąd wymknęła się razem z Cas­siu­sem.

Jem szybko, odsta­wiam tacę, życzę dobrej nocy moim żoł­nie­rzom i opie­ram się poku­sie rzu­ce­nia im żartu, żeby otrzy­mać od nich uśmiech. Wie­dzą, że ich przy­ja­ciele zgi­nęli przez moje błędy. Wie­dzą też, że w następ­nym cyklu znowu zajeż­dżę ich przy pracy pra­wie na śmierć. To moje zada­nie. Jeśli nie korzy­stasz z maszyny, psuje się. Jak Syno­wie Aresa, kiedy wcie­li­li­śmy ich stop­niowo do woj­ska Repu­bliki. Albo ta baza. Z kolei narzę­dzie, któ­rym posłu­gu­jesz się zbyt czę­sto, roz­pada się – jak Orion na Mer­ku­rym. Jak Sevro na Wenus. Dowo­dze­nie to stą­pa­nie po cien­kiej linie, zwłasz­cza gdy prze­gry­wasz.

Zaglą­dam do warsz­tatu, żeby zorien­to­wać się w postę­pach w pracy Har­nas­susa, i zastaję go ze stad­kiem mecha­ni­ków pochy­lo­nych nad czę­ściami z reak­tora Archi­me­desa. Męż­czy­zna o wydat­nych kost­kach dłoni i nosie pijaka tro­chę przy­po­mina małpę. Ma buj­niej­szą brodę niż ja, poprze­ty­kaną siwi­zną. Klu­cze i wkrę­tarki pobrzę­kują w tle, kiedy pod­cho­dzi, żeby ze mną poroz­ma­wiać.

– Cześć, Cadus.

– Cześć. Podobno kadłub jest już gotowy?

– Pra­wie. Trze­cia zmiana będzie miała zaszczyt zakoń­czyć prace. Nie zaj­mie im to wię­cej niż pół godziny. Jesteś pewien, że powłoka wciąż będzie nas chro­nić przed czuj­ni­kami? Tylko dzięki temu mamy szansę wró­cić do domu.

– Teo­re­tycz­nie tak. Pod warun­kiem, że nie roz­cień­czymy za bar­dzo war­stwy powle­ka­ją­cej. Mamy szansę skoń­czyć zaraz po was.

Roz­pro­mie­niam się.

– Naprawdę? Próby, które prze­pro­wa­dzi­li­ście, nie wyglą­dały pierw­szo­rzęd­nie…

– Bo nie jesteś inży­nie­rem. Jeśli dosta­niemy potrzebny hel, Archi­me­des będzie gotowy do lotu, kiedy Bel­lona wróci. O ile wła­śnie Grim­mus go nie tor­tu­ruje.

– Pew­nie jesteś jedy­nym, który wie­rzy, że on zamie­rza wró­cić – mówię, zer­ka­jąc na jego ludzi.

Wzru­sza ramio­nami.

– Nie byłoby nas, żeby­śmy mogli w niego wąt­pić, gdyby wcze­śniej nas nie ura­to­wał. Oba­wiam się jed­nak, że chuć go ośle­pia. Powin­ni­śmy bar­dziej uwa­żać na tę jego Różową.

– Co prawda to nie nasza sprawa, ale wąt­pię, żeby sypiali ze sobą.

Har­nas­sus jest zaszo­ko­wany.

– Serio? Facet jest w niej zadu­rzony po uszy.

– Wąt­pię, żeby miał coś do powie­dze­nia w tej kwe­stii.

Po wylą­do­wa­niu na Pie­chu­rze Cas­sius opo­wie­dział mi o swo­jej ucieczce z Obrzeża. Był tam więź­niem razem z Lysan­drem i został zmu­szony do serii nie­uczci­wych poje­dyn­ków na Io. Zaim­po­no­wał Dio­me­de­sowi au Raa, który sfin­go­wał jego śmierć, żeby go ochro­nić po tym, jak wyszedł z walk cało. Ukrył Cas­siusa w swo­jej posia­dło­ści w pobliżu Europy, a w zamian Cas­sius dał mu słowo, że nie uciek­nie do czasu zakoń­cze­nia wojny. Aurae, hetera domu Raa, pomo­gła Cas­siusowi wymknąć się z posia­dło­ści Dio­me­desa na Archi­me­de­sie. Twier­dziła, że sym­pa­ty­zuje z Repu­bliką. Razem pognali do Rdze­nia, żeby ostrzec Repu­blikę przed zamia­rem Obrzeża włą­cze­nia się do wojny. Spóź­nili się. Od tam­tego czasu Aurae jest człon­ki­nią załogi Cas­siusa.

– No dobrze, nawet jeśli się nie bzy­kają, tylko dla­tego, że wygląda jak driada, śpiewa jak syrena, prze­ma­wia jak wyrocz­nia i ma cho­lerne alibi, nie zna­czy, że nie jest agentką Kryp­tei.

– Gdyby pra­co­wała dla wywiadu Obrzeża, już byśmy nie żyli – odpo­wia­dam.

Nazy­wa­nie Kryp­tei wywia­dem Obrzeża to kom­ple­ment. Oczy­wi­ście praca wywia­dow­cza należy do ich obo­wiąz­ków, ale naj­waż­niej­szym i naj­bar­dziej pod­stęp­nym zada­niem jest utrzy­ma­nie hie­rar­chii w Domi­nium za wszelką cenę.

– Chyba że wła­śnie kie­ruje na nas Kryp­teję. Musisz to przy­znać: opa­no­wała zdu­mie­wa­jący wachlarz umie­jęt­no­ści nawet jak na heterę Raa. Medycz­nych, inży­nier­skich. Nie do końca miesz­czą się w zakre­sie kom­pe­ten­cji kur­ty­zany.

Mrużę oczy.

– Roz­ma­wia­łeś z Brzy­da­lem, co?

Krzywi się.

– Facet lubi ostat­nio poga­dać. Sieje zwąt­pie­nie, jakby to było jego powo­ła­nie. Może powi­nie­neś do niego zaj­rzeć?

Nie wiem, czy mam jesz­cze do powie­dze­nia cokol­wiek, co wycią­gnę­łoby Brzy­dala z depre­sji. Przy­cho­dzi mi jed­nak do głowy pewna myśl: może książka Aurae bar­dziej prze­mówi do niego niż do mnie. Brzy­dal lubi czy­tać.

Ści­skam Har­nas­susa za ramię i ruszam do wyj­ścia.

– Cadu­sie! – wołam jesz­cze. – Jeśli uwa­żasz, że Aurae jest z Kryp­tei, to czemu zro­bi­łeś jej lirę?

Zanim odle­ciała z Cas­siu­sem, Aurae grała na lirze i śpie­wała pie­śni ze swo­ich świa­tów żoł­nie­rzom przy kola­cji. Har­nas­sus ni­gdy nie prze­ga­pił jej występu.

– Dla żoł­nie­rzy – kła­mie, rumie­niąc się.

***

Wma­wiam sobie, że zaglą­dam do Brzy­dala, żeby dodać mu otu­chy, ale tak naprawdę robię to, bo sam czuję się samotny. Ze wszyst­kich oca­la­łych tylko z nim łączą mnie wspólne wspo­mnie­nia z Insty­tutu. Szu­kam tej iskierki z naszych dni daw­nej chwały u sta­rego członka mojego stada.

Biorę dwa ter­mosy roz­wod­nio­nej kawy z prze­twor­nika, zgar­niam swoją torbę tre­nin­gową i książkę Aurae z pokoju i idę przez górny labi­rynt bazy do pokoju łącz­no­ści. Zastaję Brzy­dala ską­pa­nego w bla­sku moni­to­rów pod ter­mal­nymi kocami obok grzej­nika. Wygląda bar­dziej jak oży­wiony stos pra­nia niż legenda, którą był. Serce mi pęka.

Brzy­dal nie jest powszech­nie doce­nia­nym czło­wie­kiem, ponie­waż jego poświę­ce­nia zawsze miały miej­sce w cie­niu – ku jego wiel­kiemu roz­go­ry­cze­niu. Marzy mu się świa­towe życie, zazdro­ści sławy Col­lo­way­owi albo Sevro. Kiedy go pozna­łem w Insty­tu­cie, był brzyd­kim i leni­wym dar­mo­zja­dem. Na­dal jest dar­mo­zja­dem i prę­dzej ampu­to­wałby sobie jądro niż zapła­cił za drinka, ale po trzech latach pracy na tyłach wroga (po tym, jak Mic­key go wyrzeź­bił, a The­odora stwo­rzyła mu nową toż­sa­mość, żeby mógł prze­nik­nąć do Legio­nów Popio­łów), nikt nie mógłby o nim powie­dzieć, że jest leniwy.

Począt­kowo zachwy­cił się tajną misją. Wcze­śniej był wiecz­nie zakom­plek­siony, za to kiedy wynu­rzył się z sali poope­ra­cyj­nej Mic­keya – bar­czy­sty, z surową twa­rzą Rzy­mia­nina i pod­bród­kiem nie­mal rów­nie dosko­na­łym jak pod­bró­dek Cas­siusa i tylko odro­binę więk­szym – pierw­szy raz zoba­czy­łem czło­wieka, który tak dobrze czułby się we wła­snej skó­rze.

– Teraz wyglą­dam god­nie, stary, teraz wyglą­dam, psia­ju­cha, jak ktoś godny zerżnąć całą trupę bale­tową. Jaki znowu Bel­lona? Legiony Popio­łów, nad­cho­dzę – powie­dział, przyj­mu­jąc olim­pij­ską pozę.

Był nagi. Miał epic­kie pro­por­cje. Nawet The­odora zakla­skała.

A teraz? Teraz Brzy­dal znowu jest brzydki i nie­na­wi­dzi tego. Kiedy Helio­po­lis upa­dło, został oskal­po­wany i stra­cił nogę. Ukrywa siną bli­znę, która zaczyna się tuż nad jego brwiami, pod weł­nianą czapką, ale w maga­zy­nach w bazie nie zna­leź­li­śmy pro­tez, więc musi mu wystar­czyć pla­sti­kowy kołek z pian­kową pod­kładką w miej­scu styku z kiku­tem.

Moje dowo­dze­nie znisz­czyło tego czło­wieka. Dwa razy. Gorycz sączy się z jego każ­dego słowa, ale trwał przy mnie w Helio­po­lis, zanim upa­dło. Pomógł mi otrzą­snąć się z roz­pa­czy. Więc teraz ja mogę prze­łknąć jego gorycz.

– Jakieś wie­ści od Bel­lony? – pytam, poda­jąc mu kawę.

Nie dzię­kuje.

– O, to dzi­siaj nazy­wamy tego, który ściął głowę Are­sowi, jego praw­dzi­wym imie­niem? – Dąsa się. – Nie­stety Pod­bró­dek i Syrena na­dal się błą­kają.

– Zawsze musisz o tym przy­po­mi­nać?

– Daj spo­kój, wczo­raj­sza roz­mowa była taka zabawna. Tyle mia­łeś przy­miot­ni­ków dla Nie­od­po­wie­dzial­nej Pizdy. Orlego Zdrajcy. A nawet parę przy­słów­ków.

– Byłem…

– Zgorzk­niały i pijany? Jesteś cho­dzą­cym gnie­wem, gdy jesteś zgorzk­niały i pijany. Naprawdę myślę, że ta wojna już byłaby wygrana, gdy­byś funk­cjo­no­wał w ten spo­sób przez cały czas, ale oba­wiam się, że wtedy zosta­li­by­śmy tylko my dwaj i nasza autar­kia. – Śmieje się z wła­snego doboru słów, wysoka mowa kon­tra­stuje z jego niskim uro­dze­niem. – Bądźmy szcze­rzy, każdy czuje gorycz w kwe­stii Bel­lony, przez całe życie. Ten Wstrętny Ado­nis dostał wszyst­kie dobre karty, co?

– I żadną nie zagrał, jak trzeba.

– Z wyjąt­kiem tego pod­bródka z dołecz­kiem. Och, te oblane rosą doliny, które zba­dał… Kró­le­stwo za to, żeby być wło­skiem na tej bro­dzie.

Opie­ram się poku­sie zer­k­nię­cia na jego pod­bró­dek z dołecz­kiem. W prze­ci­wień­stwie do całej naszej reszty Brzy­dal na­dal goli się gładko.

– Masz cokol­wiek na czuj­ni­kach? – pytam.

– Zero, mój łysy i bro­daty panie. – Obej­muje obiema dłońmi ter­mos, żeby je ogrzać. Paznok­cie ma obgry­zione do żywego. – Radar i lidar wciąż są zwa­lone. Pró­bo­wa­łem stwo­rzyć jakieś fil­try, żeby odce­dzić zupę, zresztą sam wiesz wszystko. – Pije kawę, prze­łyka i odchyla głowę. – Może dla cie­bie rutyna to zdro­wie psy­chiczne, ale mnie dopro­wa­dzasz do sza­leń­stwa.

– Nie wycho­dzi­łeś stąd od trzech dni. – Kiwam głową na wia­dro z nie­czy­sto­ściami. – Twój wystrój wnę­trza zaczyna bar­dzo przy­po­mi­nać styl Sevro.

Roz­gląda się.

– Zero nefry­tów. Zero zło­tych ścian. Zero jedwabi. To nie ma nic wspól­nego z lego­wi­skiem tego dezer­tera.

– Brzy­dal, wiesz, że postą­pił tak, jak uwa­żał za słuszne.

Brzy­dal spluwa na zie­mię.

– Spę­dzi­łem trzy lata wśród socjo­pa­tów Ata­lan­tii dla Repu­bliki, kiedy on przy­ssał się do cycka swo­jej Zło­tej kró­lo­wej. A popatrz na moją nagrodę. – Zdej­muje czapkę i poka­zuje oka­le­czoną głowę. – Kiedy my umie­ra­li­śmy, Sevro czmych­nął do domu. A ja cze­kam tu, aż ta Różowa dopro­wa­dzi do nas Jeźdź­ców Pyłu.

– Fakt, że nie­prze­ciętna z niej osóbka, ale nie jest z Kryp­tei.

Brzy­dal marsz­czy brwi.

– To czym jest?

Zasta­na­wiam się nad umie­jęt­no­ściami Aurae, nad książką, nad tym, że cza­sem patrzy na mnie jak sędzia.

– Przy­ja­ciółką. Mam nadzieję.

– Módlmy się, żebyś miał rację. Bo oni tam są i polują na nas. Będą chcieli ściąć ci głowę za znisz­cze­nie stoczni na Gani­me­de­sie. Tobie i Vic­trze. A Jeźdźcy Pyłu ni­gdy nie prze­stają, dopóki nie osią­gną celu.

Podzie­lam jego sza­cu­nek dla oddzia­łów tro­pi­cieli z Obrzeża, ale nie mówię o nich pode­ner­wo­wa­nym teno­rem. To by zakra­wało nie­mal na iro­nię losu, gdyby nas zna­leźli i zawle­kli mnie z powro­tem na Obrzeże, żebym zapła­cił za swoje grze­chy. Jed­nak to nie z ich powodu i nie z powodu Aurae Brzy­dal sra do wia­dra, bo boi się opu­ścić sta­cję czuj­ni­ków. I nie cho­dzi też o Ajaxa au Grim­mus, który naj­bar­dziej zbli­żył się do odkry­cia nas, kiedy pięć mie­sięcy temu jego nisz­czy­ciel, Pan­tera, prze­le­ciał pięć­dzie­siąt tysięcy kilo­me­trów od nas. Brzy­dal słusz­nie oba­wia się tylko samego Ryce­rza Stra­chu.

Współ­czuję mu, bo podzie­lam to uczu­cie.

– Atlas na nas nie poluje – mówię. Brzy­dal patrzy na mnie jak Pax, kiedy budzi­łem go z kosz­maru. – Nasz trop wystygł. W skali całego Układu jeste­śmy mniejsi niż zoo­plank­ton na grzbie­cie kryla na wszyst­kich morzach wszyst­kich świa­tów razem wzię­tych. Nawet jeśli nie uznał, że jeste­śmy mar­twi, to nie będzie mar­no­wał czasu na szu­ka­nie nas.

– Chcesz powie­dzieć, że nie będzie go mar­no­wał, skoro wie, dokąd chcemy dotrzeć – mru­czy Brzy­dal. Może nie powi­nie­nem był pod­su­wać mu tej kon­klu­zji. – W mordę, sze­fie. Nawet jeśli Bel­lona wróci z helem… Czeka nas długa droga do domu, a wylą­do­wa­li­śmy na samym końcu łań­cu­cha pokar­mo­wego. Jeśli patrol wroga nas wypa­trzy… nie będziemy mieli dokąd ucie­kać. Te statki z Obrzeża są szyb­sze od nas. Cho­ciaż to nie ma zna­cze­nia. Więk­szość ludzi i bez tego myśli, że Mars już padł.

– Musisz prze­stać pod­sy­cać w nich pesy­mizm. Jesteś Wyj­cem. Ludzie ocze­kują, że nadasz resz­cie ton. Ja też. Poza mną jesteś tu jedy­nym ze sta­rej sfory.

– Jakiej sfory? Dwóch to nie sfora, łaskawy panie. Dwóch to szczątki kołu­jące na wodzie wokół otworu odpły­wo­wego. – Patrzy na mnie. – Odrzu­casz rze­czy­wi­stość, sze­fie. Boisz się sta­wić czoło fak­tom. Sefi i jej Volk porzu­cili Wolne Legiony, żeby ukraść sobie kró­le­stwo na Mar­sie. Biała Flota jest stra­cona. Orion nie żyje. Wolne Legiony obró­ciły się w pył. Senat zosta­wił nas na lodzie. Vir­gi­nia nie wysłała wspar­cia na Mer­ku­rego. Sevro porzu­cił nas dla swo­jej małej Zło­tej rodzinki. Bła­zen i Pestka spik­sieli. Nie ma naszej sfory. Nasze woj­sko gnije nabite na pale. Nie obwi­niam cię. Nie obwi­niam sie­bie. Nie obwi­niam żoł­nie­rzy. Obwi­niam motłoch, który stchó­rzył, i poli­ty­ków, któ­rzy spi­sko­wali.

Tyle jeśli idzie o iskrę, któ­rej w nim szu­ka­łem. Nie wyj­mują książki Aurae z torby. Brzy­dal nie potrze­buje słów. Musi wró­cić do domu.

– Mimo to… Jak chcesz skam­leć, to przede mną, nie przed ludźmi.

– Jasne, pew­nie. – Popija kawę. – Dałem ciała.

***

Zosta­wiam Brzy­dala w nie­lep­szej for­mie, niż go zasta­łem, lecz także – mam nadzieję – w nie­gor­szej, i idę do sali tre­nin­go­wej na Archi­me­de­sie pępo­winą, która łączy sta­tek z bazą. Białą okła­dzinę plami prze­lany na prze­strzeni wielu lat pot; więk­szość nale­żała do Cas­siusa i Lysan­dra, ale pod ich nie­obec­ność zosta­wi­łem też wła­sne ślady. Ponie­waż Lysan­der zła­mał mój sier­pak, muszę posłu­gi­wać się brzy­twami ćwi­czeb­nymi z wypo­sa­że­nia sali – dokład­nie tymi samymi, z któ­rymi tre­no­wał on. Czuję się idio­tycz­nie, gdy zdej­muję jedną z nich ze ściany. Słowa Brzy­dala drę­czą mnie bar­dziej, niż bym chciał.

Jaki cel ma tre­ning? Moje ostrze nie może napra­wić tego, co zostało znisz­czone.

Cho­ciaż nie mogę ścier­pieć tego faktu, uraza wobec Sevro gry­zie mnie tak samo jak Brzy­dala. Porzu­cił mnie, kiedy naj­bar­dziej go potrze­bo­wa­łem. Mógł­bym mu to wyba­czyć. Trud­niej wyba­czyć, że zdra­dził woj­sko. Był pierw­szym towa­rzy­szem w Wol­nych Legio­nach i kiedy odszedł, w sze­regi zakra­dło się zwąt­pie­nie. We mnie też. Co gor­sza, jego decy­zja pod­wa­żała także moją. Naj­bar­dziej na świe­cie pra­gną­łem wró­cić do Paxa, gdy został porwany. Ura­to­wać go. Dowieść osta­tecz­nie, że zawsze może na mnie liczyć. Wybra­łem obo­wiązki impe­ra­tora kosz­tem obo­wiąz­ków ojca. A teraz samot­nie bawię się bro­nią.

Cisza mnie dusi. Pra­wie zawra­cam. Nikt nie zauważy, jeśli zro­bię sobie wolny dzień. Nikt nie ośmieli się powie­dzieć, że nie pra­cuję dość ciężko. Znowu zie­wam. Może dzi­siaj się tylko poroz­cią­gam. Ciału dobrze by to zro­biło. Łatwiej sta­wię czoło jutrzej­szemu dniowi, jeśli będę wypo­częty.

Pra­wie się ugi­nam. Jed­nakże do tej pory już się nauczy­łem, że głos roz­sądku to mój wróg. Jest we mnie tchórz, który boi się nie­wy­gody. Ten tchórz pod­suwa mi pocie­chę w postaci wymó­wek. Ale to wła­śnie tchórz przy­go­to­wuje czło­wieka na porażki. To tchórz spra­wia, że czło­wiek je akcep­tuje, bo przy­wykł do wynaj­do­wa­nia dobrych powo­dów, aby prze­stać. A tchó­rza w sobie można zabić tylko w jeden spo­sób.

Zrzu­cam torbę i zakła­dam strój ćwi­czebny.

– Cześć, nauczy­cielu – mówię do kom­pu­tera sfery tre­nin­go­wej.

– Witaj, szer­mie­rzu numer trzy.

Głos kom­pu­tera jest kobiecy i uwo­dzi­ciel­ski, dokład­nie taki, jaki wybrałby Cas­sius. Dzie­sięć lat temu zdu­miał­bym się, że roz­ma­wiam z kom­pu­te­rem, ale gwał­towny roz­wój tech­niki w cza­sach Repu­bliki spra­wił, że nie­gdyś zaka­zane roz­wią­za­nia stały się upior­nie powszechne. W porów­na­niu z sys­te­mami Żywego Sre­bra ten kom­pu­ter to tro­glo­dyta.

– Znowu pro­fil gra­wi­ta­cyjny Marsa?

– Nie.

– Pro­fil walk na aste­ro­idach?

– Nie. Losowe inter­wały od 0,2 do 4,5 G. Zaliczmy dzi­siaj cały Układ. Skoń­czymy na Mar­sie.

Roz­cie­ram lewe przed­ra­mię. Mam nadzieję, że wytrzyma ponad 4 G.

– Przy­ję­łam. Czas?

– Twój wybór.

– Przy­ję­łam, szer­mie­rzu numer trzy. Przy­go­to­wuję sesję numer sto sześć­dzie­siąt osiem.

Tłu­mię kolejne ziew­nię­cie, kiedy sala się roz­grzewa. Roz­cią­gam ramiona. Są sztywne po wysiłku przy spa­wa­niu i nie­zli­czo­nych wybi­ciach, jakie zali­czy­łem na prze­strzeni lat. Lewe płuco mi się zaci­ska, kiedy biorę głę­boki wdech – pamiątka po brzy­twie, którą Lysan­der wbił mi w pierś w Helio­po­lis. Potrzą­sam lewą ręką: kości zostały strza­skane, kiedy mój sier­pak zde­rzył się z ostrzem, które Lysan­der zabrał zabi­temu Ale­xan­drowi. Aurae, podej­rza­nie bie­gła w medy­cy­nie, powkła­dała kości w mojej lewej ręce z powro­tem na swoje miej­sca i zasto­so­wała kata­li­za­tor wap­nia, ale będę potrze­bo­wał Rzeź­bia­rza, żeby odzy­skać pełną spraw­ność.

Boli mnie ręka. Dobre przy­po­mnie­nie nie­wy­rów­na­nych rachun­ków.

Nacho­dzi mnie myśl, kiedy cze­kam, aż nagrzeją się stud­nie gra­wi­ta­cyjne w sali. Gdy tre­no­wa­łem z Lor­nem, mówił do mnie, pod­czas gdy ja pły­ną­łem przez kolejne postawy Drogi Wierzby. Bra­kuje mi metro­nomu jego głosu i mam dość ciszy.

– Kom­pu­ter, połącz się z moim oso­bi­stym ter­mi­na­lem.

Wyj­muję z torby ter­mi­nal i książkę Aurae, ska­nuję dwa­dzie­ścia pierw­szych stron. Każę kom­pu­te­rowi odczy­ty­wać tekst, a potem prze­cho­dzę do pozy­cji zimo­wej z Drogi Wierzby z ostrzem trzy­ma­nym nad głową w obu dło­niach. Zamie­ram.

– Kom­pu­ter. Próbka głosu z holo­pliku 1 3 1, prze­mowa Suwe­renki z oka­zji Satur­na­liów.

Chwilę póź­niej głos Vir­gi­nii wypeł­nia pokój.

„Tym, któ­rzy piszą, byśmy mogli czy­tać, tym, któ­rzy upa­dają, byśmy mogli iść, tym, któ­rzy przy­szli przed nami, żeby­śmy mogli nadejść po nich – słowa podzię­ko­wa­nia”.

Sfera tre­nin­gowa zaczyna swój pro­gram. Począt­kowo gra­wi­ta­cja zmie­nia się powoli; kiedy poko­nuję pierw­szą gałąź pozy­cji zimo­wej i opusz­czam ostrze w uko­śnym cię­ciu, prze­kształ­ce­niu ulega kie­ru­nek cią­że­nia. Stę­kam z bólu, ale moje ciało roz­grzewa się i znika sztyw­ność. Wkrótce sły­chać tylko szept ćwi­czeb­nego ostrza, szu­ra­nie moich stóp, mój oddech i głos Vir­gi­nii.

„Pierw­sza prawda: ścieżka do Doliny jest nie­prze­nik­niona, wieczna i dosko­nała. Nie da się jej ujrzeć oczami ani poczuć pod sto­pami. Wije się zgod­nie z wła­sną wolą. Koń­czy się tam, gdzie musi. Wspina się wtedy, kiedy chce. Opada wtedy, gdy powinna”.

Prze­cho­dzę do cio­sów jesieni, wygi­nam się do tyłu, wyska­kuję w przód w ataku.

„Cią­gnie się głę­boko w skały, które wyko­pu­jemy, i wraca ku naszym ser­com. Wije się przed nami i za nami, we wszyst­kich kie­run­kach i zara­zem w żad­nym. Cho­ciaż możemy ją przejść, ni­gdy jej nie opa­nu­jemy. Cho­ciaż możemy widzieć ścieżkę, ni­gdy nie poznamy prawdy. Ścieżka do Doliny jest nie­prze­nik­niona, wieczna i dosko­nała. Trzeba nią podą­żać za wszelką cenę”.

Po pierw­szej praw­dzie nastę­puje sześć kolej­nych, a ja prze­cho­dzę przez kolejne pory roku Drogi Wierzby przy zmien­nej gra­wi­ta­cji. W ciągu godziny nar­ra­cja powta­rza się kil­ka­na­ście razy, pły­nąc, kiedy leżę na ple­cach i dyszę.

„Czwarta prawda: naj­wyż­sze dobro to wiatr z kopalni. Prze­pływa przez skałę, wokół ludzi i ponad zie­miami. Wiatr nie zważa na prze­szkody, cho­ciaż te kształ­tują jego ścieżkę. Kiedy czu­jesz zapach rdzy, który nie­sie, albo sły­szysz echo narzę­dzi w ciem­no­ści, uśmiech­nij się i raduj. Ścieżka jest pod tobą, a ty jesteś na niej. Musisz tylko iść”.

Lewa ręka mnie boli. Ści­ska i pali mnie w płucu, ale mój umysł jest cudow­nie pusty, gdy słu­cham głosu Vir­gi­nii. Słowa książki są – jak uzna­łem na początku – mętne. Nie rozu­miem ich jesz­cze (nie mówiąc już o ich zaak­cep­to­wa­niu), ale przy­po­mi­nają mi coś, co czy­ta­łem dawno temu, kiedy tre­no­wa­łem z Mat­teo. To nie był Dumas ani Grecy, tylko coś, co umyka mojej pamięci. Książka Aurae wydaje się zna­joma i nie­sie pocie­chę jak echo koły­sanki z dzie­ciń­stwa.

Wra­cam do swo­jej kwa­tery w sta­nie podob­nym do transu. Z braku wody posłu­guję się tępym nożem, żeby zdra­pać pot i mar­twy naskó­rek, zanim przejdę do kolej­nego punktu wie­czor­nego rytu­ału. Nagry­wam wia­do­mość dla żony, jak­by­śmy dopiero co roz­ma­wiali, i zapi­suję ją razem z resztą bez przej­rze­nia. Potem nagry­wam wia­do­mość dla syna, kolejny roz­dział świa­dec­twa nie­obec­nego ojca.

Wiele mie­sięcy temu zaczą­łem mu opo­wia­dać o swoim życiu. Jest to coś, co powi­nie­nem był zro­bić oso­bi­ście, ale teraz nawet jeśli nie zdo­łam do niego wró­cić, to może ta histo­ria do niego dotrze. Dzi­siaj zaczy­nam od dnia, w któ­rym pozna­łem Vir­gi­nię w Insty­tu­cie, i koń­czę na tym, jak razem z Cas­siu­sem i Sevro wyli­śmy jak wilki i bie­gli­śmy po oświe­tlo­nych księ­ży­cem rów­ni­nach ze sztan­da­rem Minerwy.

Koń­czę i sia­dam na łóżku, pusty i zado­wo­lony. W książce mówiono o pustce jak o czymś, czego uży­wamy. Pudełka, kubki. Pełne są bez­u­ży­teczne, ponie­waż posłu­gu­jemy się ich pustką, żeby je napeł­nić. Kart­kuję książkę, żeby zna­leźć tę frazę. Zanim mi się uda, roz­lega się wrzask alarmu – ktoś się zbliża.

Zna­leźli nas.

Wyska­kuję z łóżka, czuję radość, która budzi we mnie wyrzuty sumie­nia. Naresz­cie walka, oka­zja – to potra­fię. Ubie­ram się z ponurą satys­fak­cją, gotowy zabi­jać.

W pokoju roz­brzmiewa głos Brzy­dala:

– Wszy­scy na sta­no­wi­ska bojowe. Wszy­scy na sta­no­wi­ska. Zbliża się dewa­sta­tor Votum.

Rozdział 3. Darrow. Zjawy

3

Dar­row

Zjawy

Alarm nie­sie się przez bazę. Bie­gnę kory­ta­rzem i łapię kara­bin EM rzu­cony mi przez Thraxę, która do mnie dołą­cza. Usta ma roz­chy­lone w sza­lo­nym, złym uśmie­chu. Jako jedyna na Pie­chu­rze ma brzy­twę i nie robi wra­że­nia, jakby zamie­rzała się nią dzie­lić.

– Ile okrę­tów? – pytam.

Oczy jej błysz­czą.

– Tylko jeden. Ale i tak dosta­tecz­nie duży, żeby nas zeszklić. Pro­po­nuję uda­wać trupa. Niech się zbliżą, spró­bują abor­dażu. Zabi­jemy wszyst­kich, przej­miemy prom, pole­cimy na ich sta­tek, przej­miemy go i…

Pole­cimy do domu.

Posęp­nieję.

– Możemy stra­cić połowę ludzi.

– Wię­cej – odpo­wiada.

Naszą dwu­oso­bową kliką włada jeden umysł. Żoł­nie­rze opły­wają nas w kory­ta­rzu. Jacy oni są mali. Zer­kają na nas w górę, na swo­ich gene­ra­łów, szu­ka­jąc otu­chy. Thraxa łapie mnie i zniża głos:

– Jeśli nada­rzy się oka­zja, zro­bimy to, co konieczne.

– Dewa­sta­tor się zbliża! Wie, że tu jeste­śmy! – woła Brzy­dal.

– To tyle, jeśli idzie o uda­wa­nie zde­chłego psa – mówię.

Zer­kam na broń Thraxy, Zołzę. Zasła­nia ją przede mną cia­łem i bie­gniemy dalej.

Tak się śpie­szymy, żeby dopaść zjeż­dżalni w głów­nym kory­ta­rzu, że pra­wie zde­rzamy się z inży­nie­rami wypa­da­ją­cymi ze swo­ich koszar. Więk­szość ma na sobie tylko polowe napier­śniki, wciąż pory­so­wane i powgnia­tane po wędrówce przez Pust­ko­wie Ladona. Zabie­ram napier­śnik jed­nemu z nich i przy­wo­łuję dwa tuziny ludzi. Odsy­łam Thraxę, żeby dowo­dziła dwiema bate­riami dzia­łek EM, a sam ruszam bro­nić han­garu.

– To ja powi­nie­nem mieć brzy­twę! – wołam, gdy się roz­sta­jemy.

Thraxa wybu­cha dud­nią­cym śmie­chem.

– Już mia­łeś!

Mia­łem. Bra­kuje mi poda­runku od żony. Kara­biny są w porządku, ale nie cier­pię, kiedy jestem zdany na łaskę jako­ści zbroi prze­ciw­nika. Lepiej ude­rzać z bli­ska, kiedy śmierć jest pewna.

– Dostrze­gli nas? – pytam przez radio. – Brzy­dal?

Nie odpo­wiada. W han­ga­rze zastaję Har­nas­susa i paru Poma­rań­czo­wych szy­ku­ją­cych się do ostrzału zza bary­kady. Har­nas­sus stara się, żeby jego głos nie zdra­dzał stra­chu.

– Pierwsi wypadną Obsy­dia­nowi ber­ser­ko­wie – mówi, gdy do niego dołą­czam.

– Brzy­dal? Potrzebny mi raport – pró­buję nawią­zać łącz­ność. – Są już w zasięgu naszych dzia­łek EM? Brzy­dal?

– Prze­sy­łają wia­do­mość – odpo­wiada.

Pauza. Serce mi łomo­cze. Działka EM namie­rzają cel. A potem Brzy­dal wybu­cha śmie­chem.

– Niech mnie szlag. – W końcu mu odwa­liło? Tak samo jak Orion? Jak Sevro? – Sze­fie, powiedz Thrak­sie, żeby wylu­zo­wała przy dzia­łach. Niech nie strzela! To nasi. Zbłą­kany Pod­bró­dek przy­pro­wa­dził przy­ja­ciół.

***

Dewa­sta­tor wysuwa pępo­winę, żeby połą­czyć się z bazą. Żoł­nie­rze gro­ma­dzą się przy ślu­zie. Col­lo­way Char pierw­szy scho­dzi z pokładu. Har­nas­sus, Thraxa i ja cze­kamy na niego. Brzy­dal nie raczył się zja­wić.

Zamiast pochy­lić smu­kłe ramiona i ruszyć pro­sto do mnie, naj­lep­szy pilot Repu­bliki zwal­nia. Jest chudy jak patyk, ciemna skóra jego twa­rzy jest tak napięta, że widać każdy szcze­gół czaszki. Kiedy patrzy po ludziach, nie ma w jego spoj­rze­niu typo­wej zmę­czo­nej pobłaż­li­wo­ści, tylko harda wład­czość. Char ni­gdy nie lubił brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści, ja jed­nak mia­łem nadzieję, że pew­nego dnia sta­nie się przy­wódcą. Ta prze­miana zaczęła się w Helio­po­lis po śmierci Orion, ale osta­tecz­nie doko­nała się pod moją nie­obec­ność.

– Przy­le­cia­łeś z flotą Tele­ma­nu­sów? – woła do niego Czer­wony inży­nier.

– Czy Mars padł? – krzy­czy Brą­zowy strze­lec z zardze­wia­łymi mody­fami w rękach i wybla­kłymi od słońca oczami.

Col­lo­way staje nad nim.

– Czy Mars padł? Czy Mars padł? – szy­dzi. – Gdzie twoja wiara, Mar­sja­ni­nie? Mars trwa! Jak zawsze.

Żoł­nie­rze wiwa­tują z tak ogromną ulgą, że brzmi to wręcz jak lament. Char idzie przez tłum i pró­buje zasa­lu­to­wać, zanim zamknę go w obję­ciach. Czub­kiem głowy nawet nie sięga mi do pod­bródka. Myśla­łem, że wychu­dłem, ale przez ska­fan­der czuję jego łopatki. Za nim kil­ku­dzie­się­ciu Nie­bie­skich i Sza­rych wysiada ze statku i szuka przy­ja­ciół wśród mojej bandy. Odsu­wam się od Chara. Kiedy już wita się z Thraxą i Har­nas­su­sem, wypa­lam:

– Vir­gi­nia. Żyje? A Pax?

Odwraca się do mnie z miną znu­żo­nego roz­bitka, który widział zbyt dużo, żeby myśleć o ludziach zna­nych nam daw­niej w domu jak o czymś wię­cej niż tylko mgli­stych poję­ciach. Po chwili kiwa głową.

– Vir­gi­nia żyje – mru­czy. – Rzą­dzi z Agei. Nie wiem, co z twoim synem.

Łapię się jego ramie­nia, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

– Trzy dni temu widzia­łem Vir­gi­nię, jak prze­ma­wiała – dodaje. – Vic­tra stała obok niej. Tak samo jak Kavax i Niobe, i twój brat, Kie­ran. Jest teraz arcy­gu­ber­na­to­rem.

Emo­cje pra­wie ści­nają mnie z nóg; walą we mnie z mocą roz­pa­czy. Odbiera mi głos.

– Kie­ran? A co się stało z Rollo? – pyta Har­nas­sus.

– Rollo został zamor­do­wany kilka mie­sięcy temu – odpo­wiada Char.

Tak bar­dzo przy­wy­kłem do śmierci, że nawet powieka mi nie drgnie.

Arcy­gu­ber­na­tor Kie­ran. Prze­dziwne. Nie mogę wyobra­zić sobie mojego skry­tego, uprzej­mego brata na urzę­dzie, który kie­dyś zaj­mo­wał Nero au Augu­stus.

– Powiedz wię­cej. Od mie­sięcy sie­dzimy tu odcięci od świa­tów. Co jesz­cze? – dopy­tuję się, już pijany, ale pra­gnę wię­cej.

– Nie­wiele. Układ zmie­nił się w ciemną zupę. Albo to jakaś nowa broń Zło­tych, albo coś naszego. Albo coś z Obrzeża? Coś od Żywego Sre­bra? Kto wie. Roz­wala czuj­niki i prze­kazy radiowe stąd aż po Pas. Wszę­dzie latają fał­szywe sygna­tury. Sło­neczne roz­bły­ski. Lasery zała­twiają tele­skopy. Drony fru­wają z ato­mów­kami. Dodaj do tego wiru­jące wszę­dzie potrza­skane kadłuby i masz chaos. Wal­czymy, chyba, ale można bez­piecz­nie orzec, że nie wygry­wamy tej wojny. Obrzeże ude­rzyło z całą mocą.

– Kto dowo­dzi? – pyta Har­nas­sus.

– Helios ma armadę Pył, a Dido Smoka – odpo­wiada Char.

Patrzymy po sobie z Thraxą. Obrzeże spro­wa­dziło dwie z trzech głów­nych armad. Helios to też kiep­ska wia­do­mość. Jest ich naj­lep­szym gwiezd­nym dowódcą. Twardy jak stal wete­ran, ponad dwa razy ode mnie star­szy i ponad dwu­krot­nie bar­dziej doświad­czony.

– A Żywe Sre­bro? Wró­cił na Marsa? – pytam.

Char marsz­czy brwi.

– Mówi się, że porzu­cił wojnę.

Gapię się na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Porzu­cił? Prze­cież to on ją zaczął, do spółki z Fitch­ne­rem.

Wydaje się, że Col­lo­way wręcz z pogardą reaguje na moją nie­wie­dzę.

– Sefi też nie żyje. Ojciec Ragnara zafun­do­wał jej krwa­wego orła.

Wytrzesz­czam oczy. Czy on w ogóle mówi we wspól­nym?

– Rzą­dzi Obsy­dia­no­wymi i wykradł z floty Volk to, co naj­lep­sze, zanim uciekł z Marsa.

Thraxa i ja znowu patrzymy po sobie. Jest cała pokryta tatu­ażami Obsy­dia­no­wych.

– Ojciec Ragnara powi­nien być potwor­nie stary. O ile w ogóle żyje.

– Impo­stor – szy­dzi Thraxa. – Ucie­kli z Marsa? Nie­ścięty też?

Nasze pyta­nia przy­gnia­tają Chara.

– Nie­ważne – war­czę. – Co z Sevro? Gdzie jest?

Thraxa pry­cha pogar­dli­wie, o wiele bar­dziej zain­te­re­so­wana Obsy­dia­no­wymi.

Char nie odpo­wiada. Dzieli nas dystans. Potę­pie­nie.

– Myśla­łem, że nie żyjesz. Powie­dzieli, że nie żyjesz. Prze­myt­nicy, któ­rzy zabrali nas z Mer­ku­rego. Wszy­scy myślą, że nie żyjesz – tłu­ma­czy. – Wyglą­dasz, jak­byś był na wpół mar­twy.

Ogar­nia mnie smu­tek. Jak­bym był porzu­cony. Prze­sta­rzały. Zapo­mniany.

– Nie mia­łem pew­no­ści, czy kto­kol­wiek jesz­cze wyrwał się z Mer­ku­rego – mru­czę. Zer­kam za niego. – Nie widzę z tobą Rhonny.

– Fakt.

Gula mi rośnie w gar­dle. Kiedy ostat­nim razem widzia­łem bra­ta­nicę, Lysan­der roz­trza­skał jej twarz, tuż po tym, jak strze­lił Ale­xan­drowi w głowę. Spusz­czam wzrok. Jak powiem Kie­ra­nowi, że porzu­ci­łem jego córkę? Arcy­gu­ber­na­to­rowi Kie­ra­nowi.

– Jej prom nie dotarł do Gwiazdy Zaran­nej przed impul­sem elek­tro­ma­gne­tycz­nym – mówi Char. – Spa­dła gdzieś w mie­ście. Ucie­kli­śmy tylko dzięki temu, że kadłub osło­nił część pro­mów sztur­mo­wych w Gwieź­dzie przed dzia­ła­niem impulsu. Nie mogli­śmy dotrzeć na orbitę, więc ukry­li­śmy się w górach, aż udało nam się wyna­jąć prze­myt­ni­ków żelaza, któ­rzy prze­szmu­glo­wali nas z pla­nety. Ukra­dli­śmy dewa­sta­tor prze­myt­ni­kom, któ­rzy wcze­śniej wykra­dli go z floty Votum. Jest bar­dziej poobi­jany, niż wygląda. Połowa dział prze­pa­dła. Pan­cerz poła­tany. Ma jed­nak trans­pon­der Votum i lata jak wście­kły. Powi­nien wystar­czyć, żeby zabrać nas do domu.

– Ilu was jest? – pyta Har­nas­sus.

– Dwa tysiące jede­na­stu. Wszy­scy, któ­rych zdo­ła­li­śmy zabrać z Helio­po­lis. Na dewa­sta­to­rze jest wię­cej miej­sca. Ale zebrało się nas cał­kiem sporo. Mam nadzieję, że zgro­ma­dzi­li­ście jedze­nie.

– Stare racje woj­skowe – mówię. – Całe mnó­stwo.

Spo­gląda w przej­ścia na tyłach han­garu.

– To wszy­scy wasi ludzie?

Kiedy kiwam głową, nie wygląda na roz­cza­ro­wa­nego. Wygląda na wście­kłego. Czuję cię­żar jego oskar­że­nia.

– Byłeś na Mer­ku­rym przez wiele tygo­dni – zaczy­nam. – Reszta naszych legio­nów, wszy­scy ci, do któ­rych nie mogli­śmy dotrzeć… Co się z nimi stało?

Patrzy badaw­czo w moją twarz.

– A obcho­dzi cię to?

Mniej by zabo­lało, gdyby po pro­stu dźgnął mnie nożem.

Thraxa ude­rza go pal­cem w pierś.

– Twój arcy­im­pe­ra­tor zadał ci pyta­nie, Char.

Nale­żymy teraz do dwóch róż­nych ple­mion. Mrużę oczy. Jak bar­dzo Char pra­gnie naszego jedze­nia?

– Rzeź. – Odwraca wzrok. Jego smu­tek jest oskar­że­niem rzu­co­nym moim zmru­żo­nym oczom. – Tych, któ­rzy nie umarli z głodu w Gwieź­dzie Zaran­nej albo nie zostali pożarci przez ogary Ata­lan­tii, Atlas kazał pona­bi­jać na pale. Od Helio­po­lis aż po Tyche. Resztę wysłał do kopalni żelaza nale­żą­cej do Votum. Widzia­łem to z powie­trza. Widzia­łem drogę, którą wyty­czyli.

Od Helio­po­lis po Tyche. Powi­nie­nem był zabić Atlasa, kiedy mia­łem go w gar­ści. Powi­nie­nem był zabić Lysan­dra. Czy za każdą łaskę zostanę uka­rany?

– Żad­nych wiwa­tów na cześć boha­tera chwili i wykra­dzio­nego przez niego helu? – dobiega patry­cju­szow­ski głos z pępo­winy.

Thraxa rzuca pół­gło­sem wymyślne prze­kleń­stwo. Par­szywy Bel­lona wycho­dzi ze statku i ze zło­tymi lokami błysz­czą­cymi w ponu­rym świe­tle han­garu pozuje jak pyszny mistrz brzy­twy wcho­dzący do Krwa­wego Kręgu przy wtó­rze okrzy­ków omdle­wa­ją­cych, roz­mi­ło­wa­nych w nim Pik­sów. Kiedy wita go tylko cisza, wzdy­cha roz­cza­ro­wany i pod­cho­dzi do mnie non­sza­lanc­kim kro­kiem. Nie­sie cztery kani­stry prze­two­rzo­nego wyso­ko­ga­tun­ko­wego helu. Mają pie­częć orła domu Bel­lona.

Mimo że Cas­sius jest wręcz obrzy­dli­wie przy­stojny, mie­rzy ponad sie­dem stóp wzro­stu, jest zbu­do­wany jak bok­ser wal­czący w ultra­Gra­wi­ta­cji i pre­zen­tuje się olśnie­wa­jąco w sza­rej pele­ry­nie podróż­nej, wzrok wszyst­kich sku­pia się na idą­cej za nim sma­głej kobie­cie. Aurae ma co prawda na sobie brudny kom­bi­ne­zon członka załogi i nosi pisto­let, ale odstaje od nas, pry­mi­tyw­nych żoł­nie­rzy, jak orchi­dea przy­pięta do pasa z nabo­jami, i to nie tylko dla­tego, że ona i Cas­sius wciąż mają włosy.

Aurae to rzadki typ Różo­wej. To nie tania pod­nieta z aniel­skimi skrzy­dłami, rogami albo jedwa­bi­stym ogo­nem, która czeka na klienta w Per­ło­wym Klu­bie. To także nie Helena Tro­jań­ska – kosz­towne cacko naj­wyż­szej jako­ści, jakie można by zoba­czyć uwie­szone u ramie­nia Ata­lan­tii albo Apol­lo­niusa. Aurae jest heterą Raa, pięk­no­ścią z cie­nia i pyłu, z jesienną tra­ge­dią wpi­saną w rysy. Twarz ma pocią­głą. Skórę o odcień ciem­niej­szą od oliw­ko­wej. Włosy gęste, falu­jące i tak czarne, że aż nie­bie­skawe, cho­ciaż ni­gdy nie wydaje się, żeby dwa razy przy­brały ten sam odcień albo były tak samo zaple­cione. Nie spo­sób odgad­nąć jej wieku. Nie­któ­rzy przy­pusz­czają, że ma czter­dzie­ści lat, inni – trzy­dzie­ści, a jesz­cze inni, że dwa­dzie­ścia. Jej oczy zaprze­czają tej ostat­niej moż­li­wo­ści. Są sze­roko roz­sta­wione, ciem­no­ró­żowe i przed­wieczne.

Moi żoł­nie­rze mogą oczer­niać Aurae i plot­ko­wać na jej temat, ale kiedy widzą jej smu­kłe ręce ugi­na­jące się pod cię­ża­rem jed­nego kani­stra helu 3, kil­ku­na­stu męż­czyzn i nie­wiele mniej kobiet rzuca się, żeby jej pomóc. Thraxa odpy­cha ich wszyst­kich i bie­rze kani­ster. Har­nas­sus pró­buje uda­wać, że nie jest zazdro­sny o deli­katny uśmiech, który posyła jej Aurae.

Przy­wy­kły do takich reak­cji Cas­sius prze­wraca oczami i teatral­nym gestem odsta­wia cztery kani­stry na pod­łogę. Kła­dzie na jed­nym z nich stopę i opiera przed­ra­miona na kola­nie.

Patrzę na hel i wyobra­żam sobie, jak obejmę Vir­gi­nię, gdy tylko wysiądę z Archi­me­desa w Agei.

– Moi łaskawi pano­wie, naj­lep­szy dostępny na rynku mar­sjań­ski hel 3, dzięki wspar­ciu mojej matki i jej prze­myt­ni­czej dzia­łal­no­ści w Gwiezd­nej Fak­to­rii. Zawsze lubi­łem pod­wę­dzać jej drobne z port­mo­netki. Patrz­cie: oto zefir, który zabie­rze was do domu. – Mruży oczy. – Pod warun­kiem, że nie zamę­czy­łeś mojego statku tak, że już się nie da go napra­wić. – Zerka na Col­lo­waya, który robi zbo­lałą, ura­żoną minę. – Powie­dzia­łeś mu, Char? Oczy­wi­ście, że nie, wszystko spada na mnie. Typowe.

– Co miał mi powie­dzieć? – pytam.

Cas­sius wzdy­cha.

– Cho­dzi o Sevro. Żyje. Gorzej nawet. Paskudna sprawa. Został sprze­dany na aukcji zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Syn­dy­kat dla śmie­tanki towa­rzy­skiej.

– Sprze­dany – powta­rzam. – Komu?

Cas­sius się krzywi.

– Ta część naprawdę ci się nie spodoba.

Rozdział 4. Darrow. Paskudna sprawa

4

Dar­row

Paskudna sprawa

Holo­gram wypeł­nia więk­szą część mojej kwa­tery.

Męż­czy­zna wisi w powie­trzu w domu aukcyj­nym Syn­dy­katu. Jest nagi, wychu­dzony, pokryty tatu­ażami i bli­znami. Głowę zakrywa mu ogromny hełm w kształ­cie wil­czego łba. Kiedy bla­do­oki licy­ta­tor Syn­dy­katu macha ręką, hełm otwiera się i unosi w powie­trze, odsła­nia­jąc brzydką, zrzę­dliwą twarz, która zna­czy dla mnie wię­cej niż moje wła­sne ciało.

Sevro.

Miłość rzadko przy­spa­rzała mi tak czy­sto fizycz­nego bólu.

W Czer­wo­nych oczach Sevro odma­lo­wuje się prze­lotna kon­ster­na­cja. To te same oczy, które Mic­key Rzeź­biarz wyjął ze mnie, żeby na ich miej­sce wło­żyć Złote. A potem – ból, gdy dociera do niego, gdzie się znaj­duje. Zwie­sza głowę, zawsty­dzony, zaczyna nią kiwać w przód i w tył. Mimo zła­ma­nego nosa, bar­dziej krzy­wego niż zyg­zak bły­ska­wicy, potar­ga­nych dziko wło­sów, pokie­re­szo­wa­nych uszu i roz­kwa­szo­nych ust, mimo dzie­się­ciu lat wojny i tego, co przy­da­rzyło mu się na Lunie i zruj­no­wało jego ciało, widzę tylko dziwne wil­cze szcze­nię, które ura­to­wało mnie i Cas­siusa przed zamar­z­nię­ciem na śmierć w jezio­rze; nasto­let­nią zmorę, która wpa­try­wała się we mnie spod cuch­ną­cej wil­czej skóry, na wpół gotową ucie­kać, na wpół marzącą o tym, żeby ktoś ją objął, despe­racko pra­gnącą dowieść swo­jej war­to­ści.

Chło­piec w znisz­czo­nym wojną męż­czyź­nie dyszy ze stra­chu. Z bólem serca patrzę, jak roz­gląda się po sali aukcyj­nej, kiedy wro­go­wie go licy­tują. Licy­tanci zacho­wują ano­ni­mo­wość. Holo­gra­ficzne pro­jek­tory ukry­wają ich toż­sa­mość, wyświe­tla­jąc – ze stat­ków kosmicz­nych albo ukry­tych sank­tu­ariów – posłane do domu aukcyj­nego absur­dalne awa­tary o kształ­tach zwie­rząt i bogów. Sevro nie chce nawet spoj­rzeć swoim opraw­com w oczy.

Ni­gdy nie widzia­łem go tak poko­na­nego.

Obraz prze­ska­kuje i zamiast aukcji widzimy wspa­niałą woj­skową archi­tek­turę. Gwiazdy i odle­głe okręty wojenne lśnią w wylo­cie han­garu oskrzy­dlo­nego przez karia­tydy rodu Car­thii. Mech towa­rowy, w eskor­cie bandy cierni Syn­dy­katu i arbi­tra z Gil­dii Orion, wycho­dzi z paru­ją­cego, szyb­kiego okrętu zdol­nego prze­bić się przez blo­kadę. Mech sta­wia na ziemi kon­te­ner. Czte­rech legio­ni­stów w sza­rych zbro­jach i bia­łych pele­ry­nach z pur­pu­ro­wym bykiem otwiera ogromny zamek. Kon­te­ner roz­kłada się na połowy. Powie­trze wyla­tuje z sykiem.

Wewnątrz wisi Sevro na wie­szaku dla nie­wol­ni­ków. Jego wydatny pod­bró­dek pokrywa broda, która rosła od wielu mie­sięcy. Włosy ma dłu­gie i poprze­ty­kane bielą. Rurki na nie­czy­sto­ści z pomp­kami ciśnie­nio­wymi wiją się z jego wychu­dzo­nego brzu­cha w dół, do pla­sti­ko­wych wor­ków. Prze­wie­ziono go przy­tom­nego i zakne­blo­wa­nego, zapew­nia­jąc mu led­wie tyle kalo­rii, by nie padł tru­pem. Oczy ma otwarte, prze­krwione. Ze zna­jomą, zmę­czoną nie­na­wi­ścią wpa­truje się w coś poza kadrem holo­gramu.

Roz­lega się pomruk męskiego głosu:

– Szep­czą, że nie żyjesz. Tak jak mnie zosta­wi­łeś: na pewną śmierć. Ale zdo­by­łem nowe kró­le­stwo. – Han­gar znika, zastą­piony przez aniel­sko piękną, a zara­zem złą twarz. – Nie żyjesz, Dar­row? – Apol­lo­nius au Valii Rath czeka na odpo­wiedź, jakby to wcale nie było nagra­nie, które dla mnie przy­go­to­wał. – Jeśli nie żyjesz, to ten czas mroku zakoń­czył się skom­le­niem. – Wygląda na przy­gnę­bio­nego. Rzuca zawzięte spoj­rze­nie w niebo. – O nie. Ty żyjesz – mówi do sie­bie, a potem opusz­cza wzrok. Uśmiech wypełza mu na usta. – Nie możesz nie żyć. Czuję to w swo­ich stwo­rzo­nych do wojny kościach. Nie ma cię jed­nak ani na Mar­sie, ani na Ziemi, ani przy two­jej nie­wzru­szo­nej kobie­cie bro­nią­cej two­jej pla­nety, nie wal­czysz z siłami Heliosa i Ata­lan­tii na czele nie­zrów­na­nej Straży Eklip­tycz­nej. Musisz więc ukry­wać się, słaby i ranny. Prze­my­kasz wśród cieni jak mysz w ciem­no­ści. Młody Ajax, syn Ai, poszko­do­wany i nie­ustra­szony, pra­gnie two­jej krwi. Tak samo pra­gnie jej Obrzeże, ich mistyczni myśliwi i ich nie­zrów­nany przy­wódca: Dio­me­des, Rycerz Burzy. Zła­pią cię, jeśli pole­cisz na Marsa, myszko. Cze­kają w zasadzce. Sprytni, cier­pliwi, głodni. Ni­gdy nie pozwolą ci popro­wa­dzić kolej­nej armii. Lepiej przy­leć do mnie. Lepiej spędź czas ze mną.

Patrzy na mnie tak, jak mógłby spoj­rzeć smok na wieść o odle­głym skar­bie: zachłanny, zdra­dziecki, urze­czony. Prze­suwa języ­kiem po zębach.

– Aby cię sku­sić, naby­łem two­jego kun­dla za nie­małą sumkę. Na Lunie źle go trak­to­wano. Udzielę mu dzie­więć­dzie­się­ciu dni wytchnie­nia i god­no­ści w moim domi­nium, ale dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego dnia zosta­nie ode­słany do Wiszą­cego Kolo­seum w Stocz­niach Wenu­sjań­skich, jak to czy­niono daw­niej z jeń­cami Car­thii. I tak jak dawni Car­thii ja i moi goście zapo­lu­jemy na niego na skrzy­dla­tych ruma­kach, zatkniemy jego głowę na włócz­nię i nakar­mimy jego narzą­dami wojenny stos.

Zamyka oczy, jakby wyobra­żał sobie wiatr we wło­sach, kiedy dosią­dzie pegaza Car­thii, zapach palo­nego ciała, gdy będzie śmiał się z przy­ja­ciółmi przy ogniu ofiar­nym. A kiedy znów je otwiera, błysz­czą sza­leń­stwem.

– Chyba że przy­bę­dziesz do mnie. Chyba że przy­bę­dziesz i zde­cy­du­jemy wresz­cie, kto jest myśli­wym, a kto zwie­rzyną. Do tego czasu, mój szla­chetny prze­ciw­niku, per aspera ad astra.

Świa­tło holo­gramu bled­nie, a potem nagra­nie odtwa­rza się od początku, zapę­tlone w nie­skoń­czo­ność. Brzy­dal zatrzy­muje obraz. Har­nas­sus, Thraxa i Col­lo­way gar­bią się w ciem­no­ści wokół mojego stołu śnia­da­nio­wego. Brzy­dal dra­pie się po kiku­cie nogi. Cas­sius ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękami opiera się o drzwi i mnie obser­wuje. U jego stóp sie­dzi Aurae. Ma zamknięte oczy.

– Skąd masz to gówno? – pyta ostro Brzy­dal. Patrzy na Cas­siusa i wytyka pal­cem Aurae. – Twoja syrena to wycza­ro­wała?

Nawet Har­nas­sus uważa, że to idio­tyczny pomysł. Aurae nie raczy nawet otwo­rzyć oczu, żeby zare­ago­wać na oskar­że­nie.

– Co ona w ogóle robi w tym pokoju? – dopy­tuje Brzy­dal.

– Mogę wyjść – odpo­wiada Aurae.

– Walić to – mówi Cas­sius. – Po tym, co prze­szli­śmy, żeby ukraść hel, powin­ni­ście cało­wać nas po nogach – zawie­sza głos. – Mniej­sza z tym, pew­nie spra­wi­łoby to wam przy­jem­ność, psy­chole. Jed­nak w odpo­wie­dzi na zapy­ta­nie: nie dosta­łem tej wia­do­mo­ści od Apol­lo­niusa. Sza­lony łaj­dak trans­mi­to­wał ją ze Stoczni Wenu­sjań­skich przez dwa mie­siące. Z powodu pól zakłó­ca­ją­cych wychwy­ci­łem prze­kaz na trzy dni przed tym, jak Gwiezdna Fak­to­ria spik­nęła mnie z Col­lo­wayem.

– Czyli natkną­łeś się na nią przy­pad­kiem – szy­dzi Brzy­dal.

Cas­sius nie traci poczu­cia humoru.

– Po tym, jak Jeźdźcy Pyłu Raa pokro­ili mnie na pla­sterki, zła­ma­łem słowo dane Dio­me­de­sowi au Raa, prze­le­cia­łem w dzi­kim pędzie przez połowę Układu, żeby prze­bić się przez Armadę Popielną do strefy wojen­nej, ura­to­wać Dar­rowa, a potem powtór­nie przedar­łem się przez Armadę Popielną pod ostrza­łem Anni­hilo, tak, tak, ni mniej, ni wię­cej, jak Anni­hilo wła­śnie, sprzy­mie­rzy­łem się z Mino­tau­rem, nadę­tym zbi­rem kom­pen­su­ją­cym sobie nędzne pocho­dze­nie, któ­rego nie widzia­łem, odkąd nafa­sze­ro­wany lek­sa­miną i tru­ci­zną z roz­dymki cyto­wał Mil­tona w mar­sjań­skim bur­delu czter­na­ście lat temu? – Macha ręką jak kot łapą. – Daj spo­kój… Jeśli tak bar­dzo chcesz mnie obra­zić, to przy­naj­mniej okaż mi tyle sza­cunku, żeby mówić do rze­czy.

– Sza­cu­nek. – Brzy­dal odchyla głowę w tył i śmieje się. – Tę war­tość wła­śnie wpo­iłeś swo­jemu lubu­ją­cemu się w palo­wa­niu pro­te­go­wa­nemu, Dzie­dzi­cowi Sile­niusa? Sza­cu­nek! Ha!

Na wspo­mnie­nie o Lysan­drze uśmiech Cas­siusa znika.

– To Atlas nabija na pale two­ich żoł­nie­rzy, nie Lysan­der. To nie w jego stylu.

– Och, my znamy jego styl – mówi Thraxa. – Rhonna. Bra­ta­nica Dar­rowa. To nie Atlas zmiaż­dżył jej twarz. To twój chło­pak to zro­bił. Po tym, jak strze­lił Ale­xan­drowi w głowę. Nie w walce. Przy drinku.

Cas­sius marsz­czy czoło.

– Ale­xan­dar au…

– Arcos – koń­czy chłodno Col­lo­way. Po raz pierw­szy, odkąd przy­je­chał, widzę, że patrzy na mnie z odro­biną współ­czu­cia. – Był arcy­lan­sje­rem Dar­rowa. Aro­gancki dupek, ale naj­lep­szy żoł­nierz, z jakim kie­dy­kol­wiek słu­ży­łem. Koniec, kropka. Zapro­po­no­wał Lysan­drowi poje­dy­nek. Lysan­der odmó­wił i z bli­ska odstrze­lił mu głowę. Wła­snemu kuzy­nowi.

Cas­siu­sowi rzed­nie mina. Arcy­lan­sje­rzy czę­sto są rów­nie bli­scy impe­ra­to­rowi jak jego wła­sne dzieci. Poczu­cie winy na jego twa­rzy jest powo­dem, dla któ­rego mu o tym nie powie­dzia­łem. To nie była jego wina. Nie chcę jego współ­czu­cia.

Bra­kuje mi Ale­xan­dra. Nam wszyst­kim. Dla­tego robi nam się tak nie­do­brze, gdy oglą­damy Sevro wysta­wio­nego na aukcji.

Har­nas­sus pod­cho­dzi do mnie i zaga­duje deli­kat­nie:

– Dar­row, wiem, że nikt nie chce tego powie­dzieć na głos, więc ja to zro­bię. Nic tu nie zdzia­łamy. Znaj­du­jemy się miliony kilo­me­trów za liniami wroga. Dzięki Bel­lo­nie mamy hel i wła­śnie koń­czymy naprawę reak­tora Archi­me­desa. Powin­ni­śmy pomknąć na Marsa, póki możemy.

Patrzę na obraz Sevro. Stocz­nie Wenu­sjań­skie nie są wcale tak daleko. Sevro jest bli­sko. Bli­żej niż myśla­łem.

Miłość do Sevro czy nie­na­wiść do roga­tego? Co mnie tak przy­ciąga niczym gra­wi­ta­cja?

– Dla­czego prze­trwa­li­śmy na Mer­ku­rym? – pytam. Nikt nie odpo­wiada. Roz­glą­dam się po pokoju. – Dla­czego prze­trwa­li­śmy w tym wię­zie­niu?

– Dar­row, jesz­cze nie prze­trwa­li­śmy. Nie, dopóki nie dotrzemy do domu – wtrąca się Har­nas­sus. – Każ­dego dnia doda­wa­łeś nam otu­chy, mówiąc, że dom wkrótce znaj­dzie się w naszym zasięgu. Teraz jest. Teraz masz szansę wró­cić do naszych sił. Do Vir­gi­nii… Do swo­jego syna.

Opie­ram się temu nur­towi, bo czuję, jak wciąga mnie inny, nowy.

– Prze­trwa­li­śmy, żeby coś zmie­nić w tej woj­nie – odpo­wia­dam im. – Walka o Marsa zaczyna się na Wenus. Statki Armady Popiel­nej pocho­dzą z jed­nego miej­sca i tylko z jed­nego: ze Stoczni Wenu­sjań­skich. Ata­lan­tia zdra­dziła Apol­lo­niusa i wydała go nam. Ten czło­wiek jest pato­lo­gicz­nie pamię­tliwy. Zatem Ata­lan­tia zosta­wiła mu te stocz­nie tylko z jed­nego powodu: ponie­waż wie­rzy, że jest zdolny i gotowy, żeby je znisz­czyć. Zosta­wi­łem Apol­lo­niusa z rap­tem garstką ludzi, co ozna­cza, że tylko na kilka spo­so­bów może sta­no­wić tak wiel­kie zagro­że­nie. Bomby, zga­dza się? To stwa­rza dla nas oka­zję.

Har­nas­sus bled­nie.

– Dar­row… nie możesz…

– Czemu nie?

– Spójrz na nas. Spójrz na sie­bie. Led­wie się trzy­mamy.

– Ale wciąż się trzy­mamy. – Zer­kam na Chara. – Tylko na wpół mar­twi.

Char ma dość.

– Moje dary należą do Repu­bliki. Nie będę mar­no­wał ich na twoją kolejną misję samo­bój­czą, Dar­row.

Wstaje, zapala szluga i wycho­dzi.

Pio­ru­nuję wzro­kiem jego plecy. Przy­naj­mniej zdo­był jedze­nie.

Thrak­sie może nie podo­bać się brak taktu Col­lo­waya, ale zga­dza się z nim.

– Dar­row, całe szczę­ście, jakie mie­li­śmy, zuży­li­śmy na Mer­ku­rym. Ponie­waż Orion nie żyje, ty musisz pokie­ro­wać flotą. Naszym prio­ry­te­tem jest powrót do domu.

Tylko Brzy­dal się nie ode­zwał. Urazę do Sevro zastą­pił skrajny smu­tek. Może mieć mu różne rze­czy za złe, ale kocha swo­jego przy­ja­ciela. Mimo to kręci głową, bła­ga­jąc, żebym nawet o tym nie myślał.

Patrzę na pozo­sta­łych. Widzia­łem dość straj­ków gło­do­wych w kopal­niach, by wie­dzieć, jak bar­dzo są zła­mani. Zarządca Pod­gi­nus udałby, że zga­dza się na ich warunki. Przy­szedłby z jedze­niem. Pie­czone kur­czaki, świeży chleb, kawały ste­ków błysz­czące od tłusz­czu. A potem zna­la­złby jakiś szcze­gół for­malny. Wzdy­chałby. Pomru­ki­wał. Pochrzą­ki­wał. I wyco­fałby się z umowy. Wystar­czyłby tylko dzień albo dwa, zanim pierw­szy straj­ku­jący prze­kro­czy­liby gra­nicę. Ludzie mogą znieść wszystko z wyjąt­kiem takich przed­wcze­snych trium­fów. Przed­wcze­sne triumfy łamią czło­wieka. Moi przy­ja­ciele zła­mali się, kiedy tylko Cas­sius zja­wił się z helem.

Moje serce czę­sto jest z żelaza, ale topi się dla zła­ma­nych.

Będą pró­bo­wali poko­jo­wego buntu. Czuję to w powie­trzu. Kochają mnie, ale mnie powstrzy­mają. Nie mogę pozwo­lić, żeby poto­czyło się to tak samo jak z Wul­fga­rem. Dla­tego udaję, że się pod­daję.

– Jestem zmę­czony. Daj­cie mi noc na zasta­no­wie­nie się. W porządku?

– Oczy­wi­ście – mówi Har­nas­sus z ulgą. – Wiesz, ile Sevro zna­czy dla nas wszyst­kich.

Brzy­dal kiwa głową i ociera oczy. Thraxa ści­ska mi ramię meta­lową ręką.

Znowu wpa­truję się w Sevro, kiedy moi przy­ja­ciele wycho­dzą. Jego twarz zamarła w chwili, w któ­rej zdaje sobie sprawę, że jest licy­to­wany na aukcji. Dokład­nie w tym momen­cie, gdy dociera do niego, że jest kawał­kiem mięsa.

Roz­ma­so­wuję obo­lałą lewą rękę, nie­na­wi­dząc swo­jej sła­bo­ści.

– Wszystko pierw­szo­rzęd­nie? – pyta Cas­sius.

Odwra­cam się. W swoim sku­pie­niu nie zda­łem sobie sprawy, że on i Aurae zostali. Opiera się o ścianę obok drzwi i obser­wuje mnie z cie­nia. Aurae na­dal ma zamknięte oczy, jej twarz wyraża zadumę, myślami jest gdzieś daleko. Nie odpo­wia­dam i odwra­cam się z powro­tem do Sevro. Zasta­na­wiam się.

– Jest na to lekar­stwo – mówi Cas­sius i wyj­muje butelkę z ple­caka. Nalewa sobie solidną por­cję, wypija i nalewa następną. – Dla­czego nie powie­dzia­łeś mi o Ale­xan­da­rze i Rhon­nie?

– Nie uzna­łem tego za istotne. Potrze­bu­jesz cze­goś?

Po chwili odchrzą­kuje.

– Zanim to wszystko się wyda­rzyło, kiedy Olim­pia była świa­tłem prze­wod­nim, a gwiazda mojego ojca wscho­dziła, miał dla mnie czas. Dla­tego posta­no­wił zabrać mnie na moje pierw­sze polo­wa­nie…

– Cas­siu­sie, cie­szę się, że tu jesteś, naprawdę, ale nie jestem w tej chwili zain­te­re­so­wany two­imi naukami.

– Wciąż pamię­tam, jak udzie­li­łem ci pierw­szej lek­cji.

Odwra­cam się.

– Słu­cham?!

– Zosta­wi­łem cię w bło­cie z dziurą w brzu­chu… – Nalewa alko­hol do dru­giego kubka i pod­suwa mi go po stole. Wypi­jam. – Bo ja byłem poje­dyn­ko­wi­czem, a ty nie. Nie tak naprawdę.

– Jak tam twoja ręka? Wiesz, ta, którą ci odcią­łem na gali?

Uśmie­cha się.

– Widzisz, bar­dzo wiele się spo­dzie­wa­łem po swoim pierw­szym polo­wa­niu. Ala­ba­strowy jeleń, trzy­dzie­sto­szó­stak, zawę­dro­wał na nasze zie­mie.

Wzdy­cham, ale daję mu mówić.

– Pod­czas tro­pie­nia wyobra­ża­łem sobie, jak pad­nie z mojej ręki. Ja spoj­rzę na jele­nia, on spoj­rzy na mnie i poczuję coś trans­cen­den­tal­nego, wza­jemną zgodę na wielką pogoń. Jeleń uciek­nie, szybki i prze­bie­gły. Ja ruszę za nim. W biegu strzelę z łuku. Tra­fię go w pół susa, ide­al­nie w serce. I prze­pełni mnie radość, bo zetrę się z jele­niem na rów­nych zasa­dach i dam mu wspa­niałą, szla­chetną śmierć, na którą zasłu­guje. On ze swo­jej strony poczuje przy­naj­mniej pewną satys­fak­cję, bo pad­nie z ręki dra­pież­nika dorów­nu­ją­cego jego maje­sta­towi. Zamiast tego dopa­dłem go przy wodo­poju. Źle oce­ni­łem wiatr i strzał był fatalny. Mój jeleń czmych­nął w las, oka­le­czony, ale wciąż nie umie­ra­jący. Wytro­pi­li­śmy go i zna­leź­li­śmy osiem godzin póź­niej, kiedy wlekł się po wul­ka­nicz­nych ska­łach. Prze­szedł po nich trzy kilo­me­try. Widać było odsło­nięte żebra w miej­scu, gdzie skóra została zdarta. Ni­gdy nie zapo­mnę miny mojego ojca.

Aurae otwo­rzyła oczy; nie podo­bała jej się ta opo­wieść. Cas­sius tego nie zauwa­żył. Popa­trzyła na mnie i prze­szyła mnie badaw­czym wzro­kiem.

– Widzisz, ty myślisz, że Mino­taur cię sza­nuje. Wie­rzysz, że ten sza­cu­nek daje ci prawo do pew­nych przy­wi­le­jów. Ten jeleń miał mój sza­cu­nek. Mimo to pode­rżną­łem mu gar­dło i zawie­si­łem jego głowę na ścia­nie. Apol­lo­nius może marzyć o wiel­kim poje­dynku, ale twoja głowa to jego bilet, żeby wkraść się z powro­tem w łaski Zło­tych. Odbie­rze ci ją każ­dym moż­li­wym spo­so­bem.

– Sześć lat w Gro­bowcu w Otchłani zmie­nia czło­wieka – odpo­wia­dam. – Celem Apol­lo­niusa jest doświad­cze­nie, nie sku­tek osta­teczny. Jestem jego uko­cha­nym pupil­kiem. Ten jeleń nie był tobie równy. W każ­dym razie to nie ma zna­cze­nia. Lecę na Marsa.

Cas­sius pro­tek­cjo­nal­nie kiwa głową.

– Lecę na Marsa, Cas­siu­sie.

– Powi­nie­neś to zro­bić, ale wcale nie zamie­rzasz – odpo­wiada.

– Nie było cię dzie­sięć lat. Nie znasz mnie tak dobrze, jak sobie wyobra­żasz.

Patrzy na Sevro.

– Pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. Spró­bu­jesz się wykraść, kiedy wszy­scy będą spali. Po Mer­ku­rym nie chcesz zmar­no­wać ani jed­nego życia wię­cej. Dar­row, znam poczu­cie winy jak mało kto. Wiem, że boisz się wró­cić do domu. Ale nie pozwolę ci dać się zabić, nawet dla Sevro.

– Nie pozwo­lisz?

Uśmie­cha się. W pokoju robi się zimno.

– Kavax kazał mi cię spro­wa­dzić do domu. Vir­gi­nia czeka na swo­jego impe­ra­tora… i męża.

Naje­żam się na te słowa.

– Powie­dzia­łeś, że wró­ci­łeś, żeby…

– Wal­czyć w two­jej woj­nie. Tak. Ale nie żeby zgi­nąć w misji samo­bój­czej.

– A kto mówi, że to misja samo­bój­cza? – odzywa się Aurae. Jej głos brzmi, jakby dobie­gał z jaskini wyroczni. Nie ode­rwała ode mnie wzroku, odkąd otwo­rzyła oczy. – Przed­staw mu swoje powody, Dar­row. Jeśli masz wię­cej niż jeden.

Dociera do mnie, że mam. O wiele wię­cej niż jeden. Two­rzą nurt, który cią­gnie mnie w tym kie­runku. Część mnie chce z nim wal­czyć, wal­czyć z prze­bie­głym wyra­zem twa­rzy Aurae i sło­wami Ścieżki do Doliny. Trudno jed­nak dąsać się, kiedy mar­nie­jesz w oczach.

– Mam pięć. Po pierw­sze: to jest Sevro i jestem mu to winien. Po dru­gie: te stocz­nie to serce prze­my­słu wojen­nego Zło­tych i jeśli nie zdo­łam oca­lić Sevro, to przy­naj­mniej znisz­czę je i zdo­będę tro­chę czasu dla Marsa. Po trze­cie: kiedy się tam poja­wię, ścią­gnę wszyst­kie spoj­rze­nia na Wenus. Oczysz­czę wam drogę do domu. Po czwarte: Mino­taur sza­nuje mnie bar­dziej niż swo­ich Zło­tych towa­rzy­szy. Cho­ciaż to brzmi dziw­nie, może zdo­łam prze­cią­gnąć go na naszą stronę. Po piąte: Repu­blika potrze­buje iskry. Wołał­bym wró­cić do domu, Cas­siu­sie, zaufaj mi, ale…

– …ścieżka wie­dzie na Wenus – mru­czy Aurae. Zer­kam na nią. – „Wiatr nie zważa na prze­szkody, cho­ciaż bez nich jego ścieżka byłaby cał­kiem inna”. – Uśmie­cha się. – Czyli moja książka jed­nak prze­trwała w jed­nym kawałku?

Waham się znowu, nie mając ochoty wyra­żać uzna­nia dla książki, którą napi­sali nie­znani mi ludzie i którą dała mi kobieta trzy­ma­jąca moje życie w swo­ich rękach, a mimo to nie­wzbu­dza­jąca we mnie do końca zaufa­nia.

– Tak, na razie nie prze­ro­bi­łem jej na papier toa­le­towy – mru­czę.

Cas­sius nie ma poję­cia, o czym mówimy.

– Byli­ście ze sobą w kon­tak­cie w ciągu ostat­nich tygo­dni? Zacho­wu­je­cie się, jakby nagle połą­czył was wspólny tajny język.

– A nie jest tak zawsze w przy­padku ludzi, któ­rzy czy­tają te same książki? – pyta z szel­mow­skim uśmiesz­kiem Aurae. – Moi ludzie wie­rzą, że tylko pył zna lepiej cię­żar Zło­tych butów niż Czer­woni i Różowi. Wiesz, że Ares był dla moich ludzi boha­te­rem, Cas­siu­sie. Tak samo jego syn. Dla­tego polecę z tobą, Dar­row.

Cas­sius wygląda, jakby wła­śnie dostał rachu­nek z baru, w któ­rym Wyjce bawiły się po uda­nym Desz­czu.

– Za żadne skarby, psia­krew.

Aurae marsz­czy brwi.

– Czyż­bym wymie­niła jed­nego pana na dru­giego?

Cas­sius bled­nie.

– Oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu… nie sądzę, żebyś naprawdę rozu­miała, dokąd Dar­row się wybiera, jak tam dotrze i co tam potem zrobi. Bywa­łem już po dru­giej stro­nie tego rów­na­nia… Jak by to ująć…? Totalna jatka.

– Bez urazy, Aurae, ale on ma rację – odzy­wam się. – Nie zga­dzam się. Apol­lo­nius nie ma zbyt wielu ludzi, to prawda, ale ci nie­liczni zja­dają skor­piony na lunch i uwa­żają, że whi­sky i walka na noże to dzie­ci­nada. Jeśli zrobi się z tego rzeź, wolę nie przy­no­sić ze sobą cie­lę­ciny. Bez urazy.

Aurae wstaje z pod­łogi. Kiedy już stoi, przy­po­mina mi sarnę mar­sjań­ską – wysoka, nie­bez­piecz­nie smu­kła jak więk­szość Różo­wych z Obrzeża. Mógł­bym zmiaż­dżyć jej żebra i prze­bić płuca, wpa­da­jąc na nią pechowo w kory­ta­rzu.

– Możesz wyłgać się moją kru­cho­ścią, pew­nie, albo możemy przejść do rze­czy. Nie ufasz mi.

– Nie znam cię…

– Dar­row. Jestem heterą Raa. Nie­wol­nicą rodu, który żyje na sto­pio­nej skale peł­nej wul­ka­nów, hoduje smoki i zało­żył Kryp­teję. Kryp­teję, nie jakąś agen­cję wywia­dow­czą, tylko kult, który gotowy jest zamor­do­wać każ­dego, kto zagrozi bez­cen­nej hie­rar­chii. Uwierz mi, kiedy ci mówię, że Raa nie hodują stwo­rzeń, które nie mają kłów. Gdy­bym chciała waszej śmierci, już byście wszy­scy nie żyli. Na przy­kład dzięki płat­kom pomor­nicy, które przy­wio­złam ze sobą z Obrzeża i zmie­lone dorzu­ci­ła­bym wam do owsianki, którą wam poda­wa­łam, gdy gnieź­dzi­li­ście się na kory­ta­rzach Archi­me­desa. Albo mogli­by­ście spać tutaj i oddy­chać powie­trzem z cen­trum fil­tra­cji anty­ra­dia­cyj­nej na pozio­mie 7B.

Zer­kamy po sobie z Cas­siu­sem zanie­po­ko­jeni.

Aurae patrzy na nas współ­czu­jąco.

– Prze­czy­ta­łeś książkę, ale wciąż wal­czysz ze ścieżką. To pew­nie leży w two­jej natu­rze. – Wzdy­cha. – Ale nie jestem cie­lę­ciną. Mięso nie potrafi latać. Dzięki Cas­siu­sowi bar­dzo dobrze orien­tuję się teraz w kie­ro­wa­niu Archi­me­de­sem. Będzie­cie potrze­bo­wali pilota, który umoż­liwi wam ucieczkę. I który będzie cze­kał, kiedy ty i Cas­sius wysią­dzie­cie w stoczni.

Cas­sius kręci głową.

– Aurae…

Ona unosi wyzy­wa­jąco brwi.

– Pamię­tasz, co mi powie­dzia­łeś, zanim pomo­głam ci uciec z Europy? Pamię­tasz?

Cas­sius zaci­ska zęby. Nie przy­wykł, by Różowa sta­wiała go pod ścianą, zwłasz­cza Różowa, w któ­rej tak ewi­dent­nie się kocha – i ewi­dent­nie bez wza­jem­no­ści. Pod­daje się bar­dzo teatral­nie.

– Zatem raz jesz­cze skoczmy w wyłom, przy­ja­ciele.

Aurae ści­ska jego ramię.

– To także twoja ścieżka, Cas­siu­sie. Ta, którą chcesz kro­czyć. Pamię­tasz?

Cas­sius kiwa głową.

– Mam zapasy, które chcę zabrać, zanim ruszymy – dodaje Aurae. – Nie­długo spo­tkam się tu z wami.

Wycho­dzi. Cas­sius prze­cze­suje dło­nią włosy.

– Co za kobieta.

– Ty nawet nie lubisz Sevro – zauwa­żam.