77,00 zł
Darrow powraca w emocjonującej kontynuacji Czasu mroku.
Żniwiarz jest legendą, bardziej mitem niż człowiekiem. Ale jest także Darrowem: mężem, ojcem, przyjacielem.
Po druzgocącej klęsce Darrow marzy o powrocie do Virginii, swojej żony i Suwerenki, by bronić Marsa przed Lysandrem. A Lysander, który zamierza zniszczyć Powstanie i przywrócić zwierzchnictwo Złotych, jest gotowy w imię swoich ambicji niszczyć całe światy.
Kiedyś światy potrzebowały Żniwiarza. Dzisiaj potrzebują Darrowa.
Tak oto rozpoczyna się jego podróż powrotna do domu, międzyplanetarna przygoda, w której spotykają się starzy przyjaciele, wykuwają się nowe sojusze, a rywale ścierają się na polach bitew.
Ponieważ sen Eo jest nadal żywy – i po czasie mroku nastanie nowa era: epoka światła, zwycięstwa, nadziei.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1019
Tytuł oryginału: Light Bringer
Copyright © 2023 by Pierce Brown Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: MAQ PROJECTS Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Mapa: © 2023 Joel Daniel Phillips Fotografia na okładce © Shutterstock.com Projekt okładki: Faceout Studio i Charles Brock Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński, Dark Crayon
ISBN 978-83-68591-76-7
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00 657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05 850 Ożarów Maz. tel. 22 733 50 10, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tricii Narwani, mojej Atenie
Mike’owi Braffowi, mojemu Wergiliuszowi
Republika Solarna
Darrow z Lykos / Żniwiarz – arcyimperator Republiki Solarnej, mąż Virginii, Czerwony
Virginia Augustus / Mustang – aktualna Suwerenka Republiki Solarnej, żona Darrowa, prymus domu Augustus, siostra Szakala z Marsa, Złota
Pax Augustus – syn Darrowa i Virginii, Złoty
Dio z Lykos – siostra Eo, żona Kierana z Lykos, matka Rhonny, Czerwona
Kieran z Lykos – brat Darrowa, arcygubernator Marsa, Czerwony
Rhonna z Lykos – bratanica Darrowa, córka Kierana, Wyjec, lansjer, Szczeniak nr Dwa, Czerwona, zaginęła podczas upadku Heliopolis
Deanna z Lykos – matka Darrowa, Czerwona
Sevro Barca / Goblin – imperator Republiki, mąż Victry, Wyjec, Złoty
Victra Barca – żona Sevro, z domu au Julii, Złota
Electra Barca – córka Sevro i Victry, Złota
Ulysses Barca – syn Sevro i Victry, zabity przez Harmony i Czerwoną Rękę
Dancer / senator O’Faran – senator, niegdyś jeden z dowódców Synów Aresa, trybun bloku Czerwonych, Czerwony, zabity w Dniu Czerwonych Gołębi
Kavax Telemanus – prymus domu Telemanus, klient domu Augustus, Złoty
Niobe Telemanus – żona Kavaxa, klient domu Augustus, Złota
Daxo Telemanus – dziedzic domu Telemanus, syn Kavaxa i Niobe, senator, trybun bloku Złotych, Złoty, zabity przez Lilath au Faran
Thraxa Telemanus – pretor Wolnych Legionów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec, Złota
Alexandar Arcos – najstarszy wnuk Lorna au Arcos, dziedzic domu Arcos, sprzymierzony z domem Augustus, lansjer, Szczeniak Jeden, Złoty, zabity przez Lysandra au Lune
Lorn au Arcos – były Rycerz Gniewu, głowa domu Arcos, mentor Darrowa z Lykos, Złoty, zabity przez Lilath au Faran i Adriusa au Augustus
Cadus Harnassus – imperator Republiki, zastępca dowódcy Wolnych Legionów, inżynier, Pomarańczowy
Orion Aquarii – nawarcha Republiki, imperator Białej Floty, Niebieska, zabita podczas operacji Tartar
Oro Sculpturus – nawarcha Republiki, dowódca obrony gwiezdnej Fobosa, Niebieski
Colloway Char – pilot z największą liczbą zestrzeleń we flocie Republiki, Wyjec, Niebieski
Holiday Nakamura – dux Lwiej Gwardii Virginii, siostra Trigga, klient domu Augustus, centurion Legionu Pegaz, Szara
Żywe Srebro / Regulus Sun – najbogatszy człowiek w Republice, szef Sun Industries, Srebrny
Matteo – mąż Regulusa Sun, Różowy
Theodora – przywódczyni agentów zwanych Drzazgami, klient domu Augustus, Różowa Róża, stracona przez Vox Populi
Błazen – Wyjec, klient domu Barca, Złoty
Pestka – Wyjec, klient domu Barca, Złota
Min Min – Wyjec, snajper i ekspert od uzbrojenia, klient domu Barca, Czerwona, zabita przez Plugastwo
Brzydal – Wyjec, klient domu Augustus, Złoty
Cassius au Bellona – syn Julii au Bellona, były Olimpijski Rycerz, dawny mentor Lysandra au Lune, Złoty
Wspólnota
Atalantia au Grimmus – dyktatorka Wspólnoty, córka Pana Popiołów Magnusa au Grimmus, siostra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota
Lysander au Lune – wnuk byłej Suwerenki Octavii, dziedzic rodu Lune, patrona domu Grimmus, Złoty
Atlas au Raa / Rycerz Strachu – brat Romulusa au Raa, legat Legionu Zero („Gorgony”), dawniej pod kuratelą domu Lune, klient domu Grimmus, Złoty
Ajax au Grimmus / Rycerz Burzy – syn Ai au Grimmus i Atlasa au Raa, dziedzic domu Grimmus, legat Żelaznych Lampartów, Złoty
Kalindora au San / Rycerz Miłości – Olimpijski Rycerz, ciotka Alexandra au Arcosa, klient domu Grimmus, Złota
Julia au Bellona – matka Cassiusa, który nie utrzymuje z nią kontaktów, nieprzyjaciółka Darrowa, prymus pozostałości domu Bellona, princeps senatus Dwustu, Złota
Pallas au Grecca – kapitan drużyny rydwanowej domu Bellona, klientka tego domu, Złota
Scorpio au Votum – prymus domu Votum, Złoty
Cicero au Votum – dziedzic domu Votum, legat Legionu Skorpion, Złoty
Cipio au Falthe – prymus domu Falthe (wojownicy z Ziemi mający obsesję na punkcie czystości)
Asmodeus au Carthii – prymus domu Carthii (stoczniowcy z Wenus), Złoty
Rhone ti Flavinius – dux domu Lune, dowódca Legio XIII Dracones (Straży Pretoriańskiej), Szary
Demetrius ti Interimo – centurion Legio XIII Dracones z Luny, Szary
Markus ti Lacrima – centurion Legio XIII Dracones z Luny, Szary
Drusilla ti Pistris – dekurionka Legio XIII Dracones z Luny, Szara
Kyber ti Umbra – legionistka z Legio XIII Dracones z Luny, Szept Lysandra au Lune, Szara
Magnus au Grimmus / Pan Popiołów – były arcyimperator za rządów Octavii au Lune, Niszczyciel Rei, Złoty, zabity przez Wyjców i Apolloniusa au Valii Rath
Octavia au Lune – była Suwerenka Wspólnoty, babka Lysandra, Złota, zabita przez Darrowa
Aja au Grimmus – córka Pana Popiołów Magnusa au Grimmus, Złota, zabita przez Sevro, Cassiusa, Virginię i Darrowa
Glirastes Mistrz Stwórca – architekt i wynalazca, Pomarańczowy
Exeter – pokojowiec Glirastesa, Brązowy
Pytha xe Virgus – kapitan Światłodawcy, była druga pilotka Archimedesa, Niebieska
Dominium Obrzeża
Dido au Raa – współkonsul Dominium Obrzeża, żona byłego Suwerena Dominium Obrzeża Romulusa au Raa, z domu au Saud, Złota
Diomedes au Raa / Rycerz Burzy – syn Romulusa i Dido, taksarcha Falangi Błyskawicy, Złoty
Seraphina au Raa – córka Romulusa i Dido, lochagos Jedenastej Jazdy Pyłu, Złota, zginęła w bitwie
Helios au Lux – współkonsul Dominium Obrzeża dzielący urząd z Dido, były Rycerz Prawdy, Złoty
Romulus au Raa / Władca Pyłu – były prymus domu Raa i Suweren Dominium Obrzeża, Złoty, popełnił rytualne samobójstwo
Gaia au Raa – matka Romulusa au Raa i babka Diomedesa i Thalii, Złota
Thalia au Raa – młodsza siostra Diomedesa, Złota
Vela au Raa – siostra Atlasa i Romulusa, legatka, Złota
Grecca au Codovan – władczyni Ganimedesa, Złota
Obsydianowi
Sefi Milcząca – królowa Obsydianowych, przywódczyni Walkirii, siostra Ragnara Volarusa, Obsydianowa, zabita przez Volsunga Fá
Valdir Nieścięty – wódz wojenny, partner królowej Sefi, uwięziony za zdradę Republiki, Obsydianowy
Ragnar Volarus – były przywódca Obsydianowych, Wyjec, Obsydianowy, zabity przez Aję au Grimmus
Volsung Fá – król Obsydianowych, ojciec Sefi, dziadek Volgi Fjorgan, znany niegdyś jako Vagnar Hefga, Obsydianowy
Volga Fjorgan – córka Ragnara, była współpracowniczka Ephraima ti Horn, Obsydianowa
Ur Pożeracz Radości – zwany Włócznią Tronu Ultima Thule, Obsydianowy
Skarde Olsgur – jarl Volk, z plemienia Krwawego Barana, Obsydianowy
Sigurd Olsgur – syn Skarde’a, wojownik z plemienia Krwawego Barana
Inni
Aurae – hetera domu Raa i towarzyszka Cassiusa, Różowa
Apollonius au Valii Rath / Minotaur – dziedzic domu Valii Rath, wielomówny, Złoty
Tharsus au Rath – brat Apolloniusa au Valii Rath, Złoty
Vorkian ti Hadriana – centurion legionów domu Rath, Szary
Lyria z Lagalos – Gamma z Marsa, klient domu Telemanus, Czerwona
Liam z Lagalos – siostrzeniec Lyrii, klient domu Telemanus, Czerwony
Cheon – chiliarcha Czarnych Sów, Córka Ateny, Czerwona
Harmony – przywódczyni Czerwonej Ręki, była członkini Synów Aresa, Czerwona, zabita przez Victrę
Figment – wolny strzelec, Brązowa
Fitchner au Barca / Ares – były przywódca Synów Aresa, ojciec Sevro, Złoty, zabity przez Cassiusa au Bellona
Ephraim ti Horn – wolny strzelec, były członek Synów Aresa, mąż Trigga ti Nakamura, Szary, zabity przez Volsunga Fá
Część I
Cyrk
Choćby mnie bóg znów jaki pogrążył w bałwany,
Zniosę mężnie, w cierpieniach jam wypróbowany.
Tylem już przebył, takie przechodził katusze
Na wojnie i na morzu, że i to znieść muszę!
Homer1
1
Darrow
Rozbitek
Nasze słońce unosi się w ciemności w asyście księżyców zrobionych ze śmieci. Dawno temu, kiedy planety zostały przekształcone przez rodzaj ludzki, pozostałości po wielkich przedsięwzięciach terraformujących stopiono za pomocą pras orbitalnych w kule wielkości księżyców i pchnięto w stronę Sola. Większość tych śmieci, pochwyconych przez grawitację słońca, dokonała żywota po trwającym stulecia marszu pogrzebowym w jego nuklearnych piecach, ale kilkaset guzdrał nadal krążyło wokół swojego ostatecznego miejsca zgonu.
Przycumowany do jałowego krajobrazu zapomnianego odpadkowego księżyca, który kiedyś nosił nazwę katalogową Piechur–1632, wrak korwety zwanej Archimedesem ukrywa się w cieniu rzucanym przez wysoką na kilometr skarpę ze śmieci. Marsjańscy niewolnicy, zamienieni w żołnierzy, których następnie zamieniono w rozbitków, pełzają po statku. Nasze palniki spawalnicze rozbłyskują na kadłubie. Nasze skafandry kosmiczne to cuchnące mokradła. Utknęliśmy dwieście milionów kilometrów od domu, a ja gotuję się w pocie, mdłościach i niezadowoleniu.
Ten cholerny Bellona. Arogancki Niezrównany palant.
Połamię mu kolana, jeśli jeszcze kiedyś go zobaczę. To on powinien się czołgać po tym kadłubie. Powiedziałbym mu to prosto w twarz, ale on zabrał jedyny relikt w hangarze bazy, jaki jeszcze był w stanie latać, i wykradł się wraz z Aurae, swoją Różową wspólniczką, kiedy spałem. Nagrał krótką wiadomość z dobrą radą, żebym zajął się swoimi ranami, i zostawił po sobie bałagan, którego sam narobił – swój okaleczony statek – żebyśmy go naprawili. Łajdak.
Ponad dziesięć lat z dala od przestronnych grobowców Olimpii ani odrobinę nie umniejszyło spektakularnego zacięcia Cassiusa do okazywania protekcjonalności. A co najgorsze, w sposób absolutnie dla siebie typowy nie śpieszy się. Sześć tygodni temu wyruszył z misją do Gwiezdnej Faktorii – ekliptycznej placówki handlowej położonej pomiędzy orbitami Merkurego i Wenus – żeby zdobyć hel potrzebny nam do Archimedesa. A w tym czasie ja albo gniję w starej bazie Synów Aresa ukrytej w brzuchu śmieciowego księżyca, albo siedzę przyssany do burty jego statku jak pracowita pąkla, zabijam czas spawaniem i zarazem wiem, że tego czasu zostaje nam coraz mniej.
Do diabła, możliwe, że już w ogóle go nie mamy.
Pozbawiony łączności ze światem zewnętrznym, nie mam pojęcia, jaki obrót przybrała wojna, którą zacząłem. Nie wiem, czy Virginia i Victra zdołały przetrwać zjednoczenie Złotych z Obrzeża i Rdzenia. Nie mam pojęcia, czy Sefi powróciła do Republiki i czy Lysander wykorzystał moją porażkę na Merkurym, żeby wspiąć się na Tron Poranka.
Nie wiem, czy wróg nie spalił już Marsa, mojej rodziny, mojego domu.
Myślę o Marsie, o wyżynnych wrzosowiskach i szepczących lasach…
Nie. Virginia kazała mi wytrwać.
Już raz zostałem uwięziony. Wiem, że muszę odepchnąć myśli o domu, zanim zamienią mnie we wrak człowieka. Nie pierwszy raz szukam schronienia w gniewie. Chcę walczyć. Potrzebuję walki. Takim mnie stworzono – bym spalał się w wiecznej daremnej walce. Jednak zamiast niej, zamiast ruchu naprzód, który koi moją niespokojną naturę, dostaję jedynie monotonny szum generatorów i dni zlewające się ze sobą, nieskończoną litanię codziennych obowiązków.
Ja zacząłem tę wojnę. Inni ją kończą. Muszę uciec. Atalantia musi umrzeć. Atlas musi umrzeć. Lysander musi umrzeć. Wyobrażam sobie, jak płaszczą się przede mną, moje uszy są głuche na ich błagania, moja dłoń wyciska z nich życie, kiedy krew wzbiera w ich oczach.
Te krwawe fantazje w żadnej mierze nie łagodzą mojego przygnębienia. Gniew, który kiedyś sprawiał, że planety drżały, został pozbawiony zębów. Odebrano mi mój mit, zadając klęskę, pozbawiono mnie armii za sprawą moich błędów, straciłem przyjaciół i rodzinę z powodu wymagań, jakie im stawiałem, i wiem, że nienawiść nie zwróci mi tego, co przepadło, i nie naprawi tego, co zniszczyłem.
Słońce szalało przez ponad cztery i pół miliarda lat. Ja szalałem przez szesnaście. Nic dziwnego, że słońce ma więcej paliwa na zbyciu. Nawet mój gniew na Cassiusa wydaje się nieszczery. Nie mam już czym go karmić, nie jestem w stanie żywić tego wiecznego gniewu na siebie i innych. Nie po tym, co zrobiłem.
Uciekłem z Merkurego, ocaliłem życie za cenę Wolnych Legionów i tego, co ostało się z mojego szacunku dla samego siebie. Poprowadziłem dzieci Marsa na planetę z dala od ich domu, obiecawszy im, że zakończymy wojnę, by następnie porzucić je na pastwę wroga i ratować własną skórę. Moje serce zostało pochowane wraz z moją armią w tamtejszych piaskach. Jednakże moje ciało nadal wlecze się przed siebie, jak to ono, bez względu na zniszczenie, jakie zostawia za sobą.
Odkąd wymknąłem się z Merkurego z garstką moich ludzi, zsuwamy się po równi pochyłej. Cassius uratował nas ledwie dwustu z Heliopolis, ale ucieczka nie okazała się prosta. Dręczeni przez dewastatory Grimmusów, rozminęliśmy się z flotą Telemanusów. Przegapiliśmy naszą szansę na powrót do domu. Ledwie udało nam się dokuśtykać do bazy na Piechurze, zanim Cassius odleciał.
Ciszę przerywają tylko rozmowy innych spawaczy. Jeden opowiada dowcip, dostatecznie zabawny, żebym na chwilę przestał się biczować. Słucham innych głosów. Przypominają mi wiertaczy gawędzących w tunelu nad moim świdroSzponem w Lykos. Ich kiepskie żarty działają kojąco, moje myśli powracają do zniszczonej książki, którą Aurae zostawiła w hełmie mojego skafandra kosmicznego, zanim wymknęła się z Cassiusem.
W liściku, który zostawiła razem z tomikiem, napisała, że był on jej ścieżką przez ciemność niewoli na Obrzeżu. Czułem wściekłość po tym, jak Aurae i Cassius odlecieli, niewiele brakowało, a wykorzystałbym tę książkę w charakterze papieru toaletowego. Jednakże zawsze czułem, że Różowi są najbardziej uciskanym z Kolorów, a ich ciężki los przepoił niektórych nadnaturalną siłą wewnętrzną. Nauczyły mnie tego Evey i Theodora. Dlatego bardziej z szacunku dla nich niż dla Aurae przeczytałem pierwszą stronę. Szybko zaczęła irytować mnie mętność stylu. Jakbym czytał księgę wróżb, powtarzającą oklepane mądrości w postaci ezoterycznych metafor. Mimo to zapamiętałem kilka linijek, które wydały mi się celne.
„Ścieżkę wybrukowano kamieniami, które wydają się identyczne. Kiedy kroczysz po złu, nie zatrzymujesz się dla odpoczynku i nie patrzysz w dół, bo dobro może znajdować się zaledwie jeden krok dalej. Następny może oznaczać koniec, kolejny radość, ale kamienie nie są twoim celem. Są tylko twoją drogą do końca ścieżki”.
Zastanawiam się nad tymi słowami, kiedy spawam nowy arkusz do kadłuba. Może to tylko kolejny kamień na brukowanej drodze. Może to nie jest miejsce wiecznego potępienia. Może to dar.
Prawda jest taka, że powinienem był umrzeć na Merkurym. Prawda jest taka, że wszystko po tamtym piekle naprawdę jest darem, nawet to miejsce. Naprawianie stareńkiej pięćdziesięciometrowej korwety może być nużące, ale praca daje człowiekowi cel. Każdy przyspawany arkusz to krok naprzód. A każdy taki krok naprzód zbliża mnie do rodziny. Wrócimy do domu. Pod warunkiem, że Cassius wróci z helem, którego potrzebujemy do reaktora. A także pod warunkiem, że Harnassusowi rzeczywiście uda się naprawić reaktor.
Może dziś wieczorem przeczytam kolejną stronę.
Chociaż uparty ze mnie sukinsyn, więc może jednak nie.
W moim systemie łączności rozlegają się trzaski.
– Spawacz dwadzieścia trzy, jak mnie słyszysz? – Chowam palnik i odsuwam się na linie zabezpieczającej. – Spawacz dwadzieścia trzy. Zapomnij na chwilę o swoich egzystencjalnych lękach i odpowiedz…
– Tu spawacz dwadzieścia trzy. Co jest grane, Thraxa? Wysypka znowu daje ci się we znaki?
Nie mogąc znaleźć żadnego skafandra dość szerokiego, żeby pomieścił jej kolosalne uda, wojownicza Thraxa ugrzęzła w bazie. Codziennie narzeka, że wolałaby honorowe samobójstwo, które zamierzała popełnić w Heliopolis, od codziennej nudy zarządzania zmianami.
– Słońce wzejdzie za trzydzieści minut. Bądź tak miły i zbierz swoją drużynę, zanim ugotujecie się w skafandrach.
Oglądam się przez ramię na wschodni horyzont śmieciowego księżyca.
– Nie za wcześnie?
– Masa Archimedesa przyśpiesza obroty księżyca. Wszyscy wiemy, że przespałeś zajęcia z fizyki, ale zaufaj mi w tej kwestii albo jutro twój kutas będzie wyglądał jak hydra. I bez tego zostałeś solidnie napromieniowany.
– Możemy na tej zmianie skończyć kadłub – odpowiadam.
– Następna zmiana może go skończyć. Zresztą donikąd się nie wybieramy bez helu i naprawionego reaktora. Wracaj.
Niechętnie zgadzam się i ogłaszam swojej ekipie koniec zmiany. Spawacze śmigają wzdłuż lin zabezpieczających z powrotem do bazy, a ja ich liczę. Kiedy ostatni ląduje w bazie, schodzę z kadłuba, odpycham się i zsuwam do śluzy.
Przy śluzie zatrzymuję się, żeby zrobić coś, czego nie robiłem ani razu podczas moich zmian przy spawaniu. Oglądam się na skalisty horyzont. Cieniutki sierp słońca wychodzi zza księżyca. Żar zniekształca cętkowaną powierzchnię, kaldery rozprężeniowe wypuczają się, aż buchają pyłem i toksycznymi gazami. Pył i gaz łączą się wokół skarpy z zielono czarnego plastiku i w końcu wyciągają się za księżycem w postaci ogona jarzących się cząsteczek.
Widziałem rzeczy, których Czerwonemu górnikowi nigdy nie powinno być dane ujrzeć. Niewypowiedzianą zgrozę, niemożliwe piękno. Rzeczy, przy których ten ogon z cząsteczek wydałby się czymś zwyczajnym. Dzisiaj jednak odbieram to inaczej. Odrobinę bardziej chcę dostrzec piękno tutaj, na tym kamieniu w brukowanej drodze. Może to przez tę książkę. Może to wpływ napromieniowania. Bez względu na powód czuję, że dziś mam dość siły, aby spojrzeć w innym kierunku, poza mroczną sylwetkę Archimedesa, ku rozległej połaci gwiazd w dali, gdzie mój wzrok zatrzymuje się na słabym, czerwonawym światełku.
Dom.
Kosmos jest pusty i milczący, ale moją pamięć wypełnia bogactwo dźwięków z domu. Zamykam oczy i słyszę szept bogoDrzewi, szum Morza Termicznego, łopot skrzydeł gryfa, Victrę krzyczącą na Sofoklesa, Sevro rechocącego z córkami, brzęki i warkot, gdy Pax majstruje coś w warsztacie, głos mojej żony.
Przez jedną idealną chwilę widzę obiecany świt, mój powrót na Marsa, do domu. A potem wszystko znika. Księżyc obrócił się do słońca. Światło przepala się przez moje powieki i w końcu nawet moje złote oczy nie mogą tego dłużej znosić. Czas zejść.
2
Darrow
Książka
O ile Merkury był nieustannym atakiem na moje nerwy, o tyle Piechur 1632 jest powolnym oblężeniem mojego umysłu.
Dawna baza Synów Aresa to spartańskie, klaustrofobiczne miejsce. Zbudowano ją wewnątrz Piechura, żeby zapewnić pierwszym komandosom Synów ukrytą przystań, skąd mogliby nękać wenusjańskich panów niewolników. Porzucono ją jedenaście lat temu, kiedy tutejszy garnizon dołączył do mojej floty w desperackim ataku na Lunę. Osiem miesięcy temu dowlekliśmy się do niej i przekonaliśmy się, że jej korytarze są zimne i otwarte na próżnię. Uruchomiliśmy ponownie generator zasilany z baterii słonecznych i udało nam się przywrócić warunki do zamieszkania. Znaleźliśmy zapasy wody i kalorii, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Jednak temperatura i grawitacja pozostają niskie, a wrogie promieniowanie poza wyłożonymi ołowiem ścianami sprawia, że czujemy się jak podczas oblężenia. I tak wyglądamy. Jesteśmy chudzi i bladzi, mimo słonecznych blizn po Merkurym na twarzach. Prawie wszyscy wyłysieliśmy, a ci, którzy mogą, noszą brody na pamiątkę Ragnara.
Oderwani od wojny, nieświadomi ruchów przyjaciół i wrogów, odcięci od wszelkiej łączności z domem, żyjemy zmartwieniem, które towarzyszy nam jak stały refren. Rutyna jest naszym jedynym wybawieniem.
Martwię się o syna, kiedy razem z resztą mojej drużyny przechodzę dekontaminację w myjni i ściskam kluczyk do grawicykla, który dostałem od niego przed wyjazdem z Luny, tak jak kiedyś ściskałem obrączkę Eo w myjni w Lykos. Martwię się o Virginię, kiedy garbiąc się idę wąskimi, wyciętymi świdrami korytarzami do mesy. Siorbiąc liofilizowaną papkę białkową, martwię się o Sevro, który przepadł bez śladu, gdy Luna wpadła w ręce Vox. Pozostali, równie łysi jak ja, też się martwią. O swoich własnych bliskich. O domy. Stracony czas. Stracone światy. Razem tworzymy morze zmartwienia w słabym blasku chemicznych świateł. Staramy się ukrywać te troski przed sobą nawzajem jak coś mrocznego, sekretnego i wstydliwego. Jak wszyscy zagubieni żołnierze, moi ocaleńcy są zmęczeni i cisi – poza tymi chwilami, w których są groteskowi, nonszalanccy albo wulgarni. Szczerość ujawnia się tylko w skrępowanym milczeniu albo tych cichych momentach, gdy lira Aurae wypełnia mesę pieśniami z Obrzeża, które jakimś cudem przypominają nam o naszych własnych domach.
Nie pierwszy raz brakuje mi jej piosenek. Jest inaczej, odkąd wymknęła się razem z Cassiusem.
Jem szybko, odstawiam tacę, życzę dobrej nocy moim żołnierzom i opieram się pokusie rzucenia im żartu, żeby otrzymać od nich uśmiech. Wiedzą, że ich przyjaciele zginęli przez moje błędy. Wiedzą też, że w następnym cyklu znowu zajeżdżę ich przy pracy prawie na śmierć. To moje zadanie. Jeśli nie korzystasz z maszyny, psuje się. Jak Synowie Aresa, kiedy wcieliliśmy ich stopniowo do wojska Republiki. Albo ta baza. Z kolei narzędzie, którym posługujesz się zbyt często, rozpada się – jak Orion na Merkurym. Jak Sevro na Wenus. Dowodzenie to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy przegrywasz.
Zaglądam do warsztatu, żeby zorientować się w postępach w pracy Harnassusa, i zastaję go ze stadkiem mechaników pochylonych nad częściami z reaktora Archimedesa. Mężczyzna o wydatnych kostkach dłoni i nosie pijaka trochę przypomina małpę. Ma bujniejszą brodę niż ja, poprzetykaną siwizną. Klucze i wkrętarki pobrzękują w tle, kiedy podchodzi, żeby ze mną porozmawiać.
– Cześć, Cadus.
– Cześć. Podobno kadłub jest już gotowy?
– Prawie. Trzecia zmiana będzie miała zaszczyt zakończyć prace. Nie zajmie im to więcej niż pół godziny. Jesteś pewien, że powłoka wciąż będzie nas chronić przed czujnikami? Tylko dzięki temu mamy szansę wrócić do domu.
– Teoretycznie tak. Pod warunkiem, że nie rozcieńczymy za bardzo warstwy powlekającej. Mamy szansę skończyć zaraz po was.
Rozpromieniam się.
– Naprawdę? Próby, które przeprowadziliście, nie wyglądały pierwszorzędnie…
– Bo nie jesteś inżynierem. Jeśli dostaniemy potrzebny hel, Archimedes będzie gotowy do lotu, kiedy Bellona wróci. O ile właśnie Grimmus go nie torturuje.
– Pewnie jesteś jedynym, który wierzy, że on zamierza wrócić – mówię, zerkając na jego ludzi.
Wzrusza ramionami.
– Nie byłoby nas, żebyśmy mogli w niego wątpić, gdyby wcześniej nas nie uratował. Obawiam się jednak, że chuć go oślepia. Powinniśmy bardziej uważać na tę jego Różową.
– Co prawda to nie nasza sprawa, ale wątpię, żeby sypiali ze sobą.
Harnassus jest zaszokowany.
– Serio? Facet jest w niej zadurzony po uszy.
– Wątpię, żeby miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
Po wylądowaniu na Piechurze Cassius opowiedział mi o swojej ucieczce z Obrzeża. Był tam więźniem razem z Lysandrem i został zmuszony do serii nieuczciwych pojedynków na Io. Zaimponował Diomedesowi au Raa, który sfingował jego śmierć, żeby go ochronić po tym, jak wyszedł z walk cało. Ukrył Cassiusa w swojej posiadłości w pobliżu Europy, a w zamian Cassius dał mu słowo, że nie ucieknie do czasu zakończenia wojny. Aurae, hetera domu Raa, pomogła Cassiusowi wymknąć się z posiadłości Diomedesa na Archimedesie. Twierdziła, że sympatyzuje z Republiką. Razem pognali do Rdzenia, żeby ostrzec Republikę przed zamiarem Obrzeża włączenia się do wojny. Spóźnili się. Od tamtego czasu Aurae jest członkinią załogi Cassiusa.
– No dobrze, nawet jeśli się nie bzykają, tylko dlatego, że wygląda jak driada, śpiewa jak syrena, przemawia jak wyrocznia i ma cholerne alibi, nie znaczy, że nie jest agentką Kryptei.
– Gdyby pracowała dla wywiadu Obrzeża, już byśmy nie żyli – odpowiadam.
Nazywanie Kryptei wywiadem Obrzeża to komplement. Oczywiście praca wywiadowcza należy do ich obowiązków, ale najważniejszym i najbardziej podstępnym zadaniem jest utrzymanie hierarchii w Dominium za wszelką cenę.
– Chyba że właśnie kieruje na nas Krypteję. Musisz to przyznać: opanowała zdumiewający wachlarz umiejętności nawet jak na heterę Raa. Medycznych, inżynierskich. Nie do końca mieszczą się w zakresie kompetencji kurtyzany.
Mrużę oczy.
– Rozmawiałeś z Brzydalem, co?
Krzywi się.
– Facet lubi ostatnio pogadać. Sieje zwątpienie, jakby to było jego powołanie. Może powinieneś do niego zajrzeć?
Nie wiem, czy mam jeszcze do powiedzenia cokolwiek, co wyciągnęłoby Brzydala z depresji. Przychodzi mi jednak do głowy pewna myśl: może książka Aurae bardziej przemówi do niego niż do mnie. Brzydal lubi czytać.
Ściskam Harnassusa za ramię i ruszam do wyjścia.
– Cadusie! – wołam jeszcze. – Jeśli uważasz, że Aurae jest z Kryptei, to czemu zrobiłeś jej lirę?
Zanim odleciała z Cassiusem, Aurae grała na lirze i śpiewała pieśni ze swoich światów żołnierzom przy kolacji. Harnassus nigdy nie przegapił jej występu.
– Dla żołnierzy – kłamie, rumieniąc się.
***
Wmawiam sobie, że zaglądam do Brzydala, żeby dodać mu otuchy, ale tak naprawdę robię to, bo sam czuję się samotny. Ze wszystkich ocalałych tylko z nim łączą mnie wspólne wspomnienia z Instytutu. Szukam tej iskierki z naszych dni dawnej chwały u starego członka mojego stada.
Biorę dwa termosy rozwodnionej kawy z przetwornika, zgarniam swoją torbę treningową i książkę Aurae z pokoju i idę przez górny labirynt bazy do pokoju łączności. Zastaję Brzydala skąpanego w blasku monitorów pod termalnymi kocami obok grzejnika. Wygląda bardziej jak ożywiony stos prania niż legenda, którą był. Serce mi pęka.
Brzydal nie jest powszechnie docenianym człowiekiem, ponieważ jego poświęcenia zawsze miały miejsce w cieniu – ku jego wielkiemu rozgoryczeniu. Marzy mu się światowe życie, zazdrości sławy Collowayowi albo Sevro. Kiedy go poznałem w Instytucie, był brzydkim i leniwym darmozjadem. Nadal jest darmozjadem i prędzej amputowałby sobie jądro niż zapłacił za drinka, ale po trzech latach pracy na tyłach wroga (po tym, jak Mickey go wyrzeźbił, a Theodora stworzyła mu nową tożsamość, żeby mógł przeniknąć do Legionów Popiołów), nikt nie mógłby o nim powiedzieć, że jest leniwy.
Początkowo zachwycił się tajną misją. Wcześniej był wiecznie zakompleksiony, za to kiedy wynurzył się z sali pooperacyjnej Mickeya – barczysty, z surową twarzą Rzymianina i podbródkiem niemal równie doskonałym jak podbródek Cassiusa i tylko odrobinę większym – pierwszy raz zobaczyłem człowieka, który tak dobrze czułby się we własnej skórze.
– Teraz wyglądam godnie, stary, teraz wyglądam, psiajucha, jak ktoś godny zerżnąć całą trupę baletową. Jaki znowu Bellona? Legiony Popiołów, nadchodzę – powiedział, przyjmując olimpijską pozę.
Był nagi. Miał epickie proporcje. Nawet Theodora zaklaskała.
A teraz? Teraz Brzydal znowu jest brzydki i nienawidzi tego. Kiedy Heliopolis upadło, został oskalpowany i stracił nogę. Ukrywa siną bliznę, która zaczyna się tuż nad jego brwiami, pod wełnianą czapką, ale w magazynach w bazie nie znaleźliśmy protez, więc musi mu wystarczyć plastikowy kołek z piankową podkładką w miejscu styku z kikutem.
Moje dowodzenie zniszczyło tego człowieka. Dwa razy. Gorycz sączy się z jego każdego słowa, ale trwał przy mnie w Heliopolis, zanim upadło. Pomógł mi otrząsnąć się z rozpaczy. Więc teraz ja mogę przełknąć jego gorycz.
– Jakieś wieści od Bellony? – pytam, podając mu kawę.
Nie dziękuje.
– O, to dzisiaj nazywamy tego, który ściął głowę Aresowi, jego prawdziwym imieniem? – Dąsa się. – Niestety Podbródek i Syrena nadal się błąkają.
– Zawsze musisz o tym przypominać?
– Daj spokój, wczorajsza rozmowa była taka zabawna. Tyle miałeś przymiotników dla Nieodpowiedzialnej Pizdy. Orlego Zdrajcy. A nawet parę przysłówków.
– Byłem…
– Zgorzkniały i pijany? Jesteś chodzącym gniewem, gdy jesteś zgorzkniały i pijany. Naprawdę myślę, że ta wojna już byłaby wygrana, gdybyś funkcjonował w ten sposób przez cały czas, ale obawiam się, że wtedy zostalibyśmy tylko my dwaj i nasza autarkia. – Śmieje się z własnego doboru słów, wysoka mowa kontrastuje z jego niskim urodzeniem. – Bądźmy szczerzy, każdy czuje gorycz w kwestii Bellony, przez całe życie. Ten Wstrętny Adonis dostał wszystkie dobre karty, co?
– I żadną nie zagrał, jak trzeba.
– Z wyjątkiem tego podbródka z dołeczkiem. Och, te oblane rosą doliny, które zbadał… Królestwo za to, żeby być włoskiem na tej brodzie.
Opieram się pokusie zerknięcia na jego podbródek z dołeczkiem. W przeciwieństwie do całej naszej reszty Brzydal nadal goli się gładko.
– Masz cokolwiek na czujnikach? – pytam.
– Zero, mój łysy i brodaty panie. – Obejmuje obiema dłońmi termos, żeby je ogrzać. Paznokcie ma obgryzione do żywego. – Radar i lidar wciąż są zwalone. Próbowałem stworzyć jakieś filtry, żeby odcedzić zupę, zresztą sam wiesz wszystko. – Pije kawę, przełyka i odchyla głowę. – Może dla ciebie rutyna to zdrowie psychiczne, ale mnie doprowadzasz do szaleństwa.
– Nie wychodziłeś stąd od trzech dni. – Kiwam głową na wiadro z nieczystościami. – Twój wystrój wnętrza zaczyna bardzo przypominać styl Sevro.
Rozgląda się.
– Zero nefrytów. Zero złotych ścian. Zero jedwabi. To nie ma nic wspólnego z legowiskiem tego dezertera.
– Brzydal, wiesz, że postąpił tak, jak uważał za słuszne.
Brzydal spluwa na ziemię.
– Spędziłem trzy lata wśród socjopatów Atalantii dla Republiki, kiedy on przyssał się do cycka swojej Złotej królowej. A popatrz na moją nagrodę. – Zdejmuje czapkę i pokazuje okaleczoną głowę. – Kiedy my umieraliśmy, Sevro czmychnął do domu. A ja czekam tu, aż ta Różowa doprowadzi do nas Jeźdźców Pyłu.
– Fakt, że nieprzeciętna z niej osóbka, ale nie jest z Kryptei.
Brzydal marszczy brwi.
– To czym jest?
Zastanawiam się nad umiejętnościami Aurae, nad książką, nad tym, że czasem patrzy na mnie jak sędzia.
– Przyjaciółką. Mam nadzieję.
– Módlmy się, żebyś miał rację. Bo oni tam są i polują na nas. Będą chcieli ściąć ci głowę za zniszczenie stoczni na Ganimedesie. Tobie i Victrze. A Jeźdźcy Pyłu nigdy nie przestają, dopóki nie osiągną celu.
Podzielam jego szacunek dla oddziałów tropicieli z Obrzeża, ale nie mówię o nich podenerwowanym tenorem. To by zakrawało niemal na ironię losu, gdyby nas znaleźli i zawlekli mnie z powrotem na Obrzeże, żebym zapłacił za swoje grzechy. Jednak to nie z ich powodu i nie z powodu Aurae Brzydal sra do wiadra, bo boi się opuścić stację czujników. I nie chodzi też o Ajaxa au Grimmus, który najbardziej zbliżył się do odkrycia nas, kiedy pięć miesięcy temu jego niszczyciel, Pantera, przeleciał pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od nas. Brzydal słusznie obawia się tylko samego Rycerza Strachu.
Współczuję mu, bo podzielam to uczucie.
– Atlas na nas nie poluje – mówię. Brzydal patrzy na mnie jak Pax, kiedy budziłem go z koszmaru. – Nasz trop wystygł. W skali całego Układu jesteśmy mniejsi niż zooplankton na grzbiecie kryla na wszystkich morzach wszystkich światów razem wziętych. Nawet jeśli nie uznał, że jesteśmy martwi, to nie będzie marnował czasu na szukanie nas.
– Chcesz powiedzieć, że nie będzie go marnował, skoro wie, dokąd chcemy dotrzeć – mruczy Brzydal. Może nie powinienem był podsuwać mu tej konkluzji. – W mordę, szefie. Nawet jeśli Bellona wróci z helem… Czeka nas długa droga do domu, a wylądowaliśmy na samym końcu łańcucha pokarmowego. Jeśli patrol wroga nas wypatrzy… nie będziemy mieli dokąd uciekać. Te statki z Obrzeża są szybsze od nas. Chociaż to nie ma znaczenia. Większość ludzi i bez tego myśli, że Mars już padł.
– Musisz przestać podsycać w nich pesymizm. Jesteś Wyjcem. Ludzie oczekują, że nadasz reszcie ton. Ja też. Poza mną jesteś tu jedynym ze starej sfory.
– Jakiej sfory? Dwóch to nie sfora, łaskawy panie. Dwóch to szczątki kołujące na wodzie wokół otworu odpływowego. – Patrzy na mnie. – Odrzucasz rzeczywistość, szefie. Boisz się stawić czoło faktom. Sefi i jej Volk porzucili Wolne Legiony, żeby ukraść sobie królestwo na Marsie. Biała Flota jest stracona. Orion nie żyje. Wolne Legiony obróciły się w pył. Senat zostawił nas na lodzie. Virginia nie wysłała wsparcia na Merkurego. Sevro porzucił nas dla swojej małej Złotej rodzinki. Błazen i Pestka spiksieli. Nie ma naszej sfory. Nasze wojsko gnije nabite na pale. Nie obwiniam cię. Nie obwiniam siebie. Nie obwiniam żołnierzy. Obwiniam motłoch, który stchórzył, i polityków, którzy spiskowali.
Tyle jeśli idzie o iskrę, której w nim szukałem. Nie wyjmują książki Aurae z torby. Brzydal nie potrzebuje słów. Musi wrócić do domu.
– Mimo to… Jak chcesz skamleć, to przede mną, nie przed ludźmi.
– Jasne, pewnie. – Popija kawę. – Dałem ciała.
***
Zostawiam Brzydala w nielepszej formie, niż go zastałem, lecz także – mam nadzieję – w niegorszej, i idę do sali treningowej na Archimedesie pępowiną, która łączy statek z bazą. Białą okładzinę plami przelany na przestrzeni wielu lat pot; większość należała do Cassiusa i Lysandra, ale pod ich nieobecność zostawiłem też własne ślady. Ponieważ Lysander złamał mój sierpak, muszę posługiwać się brzytwami ćwiczebnymi z wyposażenia sali – dokładnie tymi samymi, z którymi trenował on. Czuję się idiotycznie, gdy zdejmuję jedną z nich ze ściany. Słowa Brzydala dręczą mnie bardziej, niż bym chciał.
Jaki cel ma trening? Moje ostrze nie może naprawić tego, co zostało zniszczone.
Chociaż nie mogę ścierpieć tego faktu, uraza wobec Sevro gryzie mnie tak samo jak Brzydala. Porzucił mnie, kiedy najbardziej go potrzebowałem. Mógłbym mu to wybaczyć. Trudniej wybaczyć, że zdradził wojsko. Był pierwszym towarzyszem w Wolnych Legionach i kiedy odszedł, w szeregi zakradło się zwątpienie. We mnie też. Co gorsza, jego decyzja podważała także moją. Najbardziej na świecie pragnąłem wrócić do Paxa, gdy został porwany. Uratować go. Dowieść ostatecznie, że zawsze może na mnie liczyć. Wybrałem obowiązki imperatora kosztem obowiązków ojca. A teraz samotnie bawię się bronią.
Cisza mnie dusi. Prawie zawracam. Nikt nie zauważy, jeśli zrobię sobie wolny dzień. Nikt nie ośmieli się powiedzieć, że nie pracuję dość ciężko. Znowu ziewam. Może dzisiaj się tylko porozciągam. Ciału dobrze by to zrobiło. Łatwiej stawię czoło jutrzejszemu dniowi, jeśli będę wypoczęty.
Prawie się uginam. Jednakże do tej pory już się nauczyłem, że głos rozsądku to mój wróg. Jest we mnie tchórz, który boi się niewygody. Ten tchórz podsuwa mi pociechę w postaci wymówek. Ale to właśnie tchórz przygotowuje człowieka na porażki. To tchórz sprawia, że człowiek je akceptuje, bo przywykł do wynajdowania dobrych powodów, aby przestać. A tchórza w sobie można zabić tylko w jeden sposób.
Zrzucam torbę i zakładam strój ćwiczebny.
– Cześć, nauczycielu – mówię do komputera sfery treningowej.
– Witaj, szermierzu numer trzy.
Głos komputera jest kobiecy i uwodzicielski, dokładnie taki, jaki wybrałby Cassius. Dziesięć lat temu zdumiałbym się, że rozmawiam z komputerem, ale gwałtowny rozwój techniki w czasach Republiki sprawił, że niegdyś zakazane rozwiązania stały się upiornie powszechne. W porównaniu z systemami Żywego Srebra ten komputer to troglodyta.
– Znowu profil grawitacyjny Marsa?
– Nie.
– Profil walk na asteroidach?
– Nie. Losowe interwały od 0,2 do 4,5 G. Zaliczmy dzisiaj cały Układ. Skończymy na Marsie.
Rozcieram lewe przedramię. Mam nadzieję, że wytrzyma ponad 4 G.
– Przyjęłam. Czas?
– Twój wybór.
– Przyjęłam, szermierzu numer trzy. Przygotowuję sesję numer sto sześćdziesiąt osiem.
Tłumię kolejne ziewnięcie, kiedy sala się rozgrzewa. Rozciągam ramiona. Są sztywne po wysiłku przy spawaniu i niezliczonych wybiciach, jakie zaliczyłem na przestrzeni lat. Lewe płuco mi się zaciska, kiedy biorę głęboki wdech – pamiątka po brzytwie, którą Lysander wbił mi w pierś w Heliopolis. Potrząsam lewą ręką: kości zostały strzaskane, kiedy mój sierpak zderzył się z ostrzem, które Lysander zabrał zabitemu Alexandrowi. Aurae, podejrzanie biegła w medycynie, powkładała kości w mojej lewej ręce z powrotem na swoje miejsca i zastosowała katalizator wapnia, ale będę potrzebował Rzeźbiarza, żeby odzyskać pełną sprawność.
Boli mnie ręka. Dobre przypomnienie niewyrównanych rachunków.
Nachodzi mnie myśl, kiedy czekam, aż nagrzeją się studnie grawitacyjne w sali. Gdy trenowałem z Lornem, mówił do mnie, podczas gdy ja płynąłem przez kolejne postawy Drogi Wierzby. Brakuje mi metronomu jego głosu i mam dość ciszy.
– Komputer, połącz się z moim osobistym terminalem.
Wyjmuję z torby terminal i książkę Aurae, skanuję dwadzieścia pierwszych stron. Każę komputerowi odczytywać tekst, a potem przechodzę do pozycji zimowej z Drogi Wierzby z ostrzem trzymanym nad głową w obu dłoniach. Zamieram.
– Komputer. Próbka głosu z holopliku 1 3 1, przemowa Suwerenki z okazji Saturnaliów.
Chwilę później głos Virginii wypełnia pokój.
„Tym, którzy piszą, byśmy mogli czytać, tym, którzy upadają, byśmy mogli iść, tym, którzy przyszli przed nami, żebyśmy mogli nadejść po nich – słowa podziękowania”.
Sfera treningowa zaczyna swój program. Początkowo grawitacja zmienia się powoli; kiedy pokonuję pierwszą gałąź pozycji zimowej i opuszczam ostrze w ukośnym cięciu, przekształceniu ulega kierunek ciążenia. Stękam z bólu, ale moje ciało rozgrzewa się i znika sztywność. Wkrótce słychać tylko szept ćwiczebnego ostrza, szuranie moich stóp, mój oddech i głos Virginii.
„Pierwsza prawda: ścieżka do Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Nie da się jej ujrzeć oczami ani poczuć pod stopami. Wije się zgodnie z własną wolą. Kończy się tam, gdzie musi. Wspina się wtedy, kiedy chce. Opada wtedy, gdy powinna”.
Przechodzę do ciosów jesieni, wyginam się do tyłu, wyskakuję w przód w ataku.
„Ciągnie się głęboko w skały, które wykopujemy, i wraca ku naszym sercom. Wije się przed nami i za nami, we wszystkich kierunkach i zarazem w żadnym. Chociaż możemy ją przejść, nigdy jej nie opanujemy. Chociaż możemy widzieć ścieżkę, nigdy nie poznamy prawdy. Ścieżka do Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Trzeba nią podążać za wszelką cenę”.
Po pierwszej prawdzie następuje sześć kolejnych, a ja przechodzę przez kolejne pory roku Drogi Wierzby przy zmiennej grawitacji. W ciągu godziny narracja powtarza się kilkanaście razy, płynąc, kiedy leżę na plecach i dyszę.
„Czwarta prawda: najwyższe dobro to wiatr z kopalni. Przepływa przez skałę, wokół ludzi i ponad ziemiami. Wiatr nie zważa na przeszkody, chociaż te kształtują jego ścieżkę. Kiedy czujesz zapach rdzy, który niesie, albo słyszysz echo narzędzi w ciemności, uśmiechnij się i raduj. Ścieżka jest pod tobą, a ty jesteś na niej. Musisz tylko iść”.
Lewa ręka mnie boli. Ściska i pali mnie w płucu, ale mój umysł jest cudownie pusty, gdy słucham głosu Virginii. Słowa książki są – jak uznałem na początku – mętne. Nie rozumiem ich jeszcze (nie mówiąc już o ich zaakceptowaniu), ale przypominają mi coś, co czytałem dawno temu, kiedy trenowałem z Matteo. To nie był Dumas ani Grecy, tylko coś, co umyka mojej pamięci. Książka Aurae wydaje się znajoma i niesie pociechę jak echo kołysanki z dzieciństwa.
Wracam do swojej kwatery w stanie podobnym do transu. Z braku wody posługuję się tępym nożem, żeby zdrapać pot i martwy naskórek, zanim przejdę do kolejnego punktu wieczornego rytuału. Nagrywam wiadomość dla żony, jakbyśmy dopiero co rozmawiali, i zapisuję ją razem z resztą bez przejrzenia. Potem nagrywam wiadomość dla syna, kolejny rozdział świadectwa nieobecnego ojca.
Wiele miesięcy temu zacząłem mu opowiadać o swoim życiu. Jest to coś, co powinienem był zrobić osobiście, ale teraz nawet jeśli nie zdołam do niego wrócić, to może ta historia do niego dotrze. Dzisiaj zaczynam od dnia, w którym poznałem Virginię w Instytucie, i kończę na tym, jak razem z Cassiusem i Sevro wyliśmy jak wilki i biegliśmy po oświetlonych księżycem równinach ze sztandarem Minerwy.
Kończę i siadam na łóżku, pusty i zadowolony. W książce mówiono o pustce jak o czymś, czego używamy. Pudełka, kubki. Pełne są bezużyteczne, ponieważ posługujemy się ich pustką, żeby je napełnić. Kartkuję książkę, żeby znaleźć tę frazę. Zanim mi się uda, rozlega się wrzask alarmu – ktoś się zbliża.
Znaleźli nas.
Wyskakuję z łóżka, czuję radość, która budzi we mnie wyrzuty sumienia. Nareszcie walka, okazja – to potrafię. Ubieram się z ponurą satysfakcją, gotowy zabijać.
W pokoju rozbrzmiewa głos Brzydala:
– Wszyscy na stanowiska bojowe. Wszyscy na stanowiska. Zbliża się dewastator Votum.
3
Darrow
Zjawy
Alarm niesie się przez bazę. Biegnę korytarzem i łapię karabin EM rzucony mi przez Thraxę, która do mnie dołącza. Usta ma rozchylone w szalonym, złym uśmiechu. Jako jedyna na Piechurze ma brzytwę i nie robi wrażenia, jakby zamierzała się nią dzielić.
– Ile okrętów? – pytam.
Oczy jej błyszczą.
– Tylko jeden. Ale i tak dostatecznie duży, żeby nas zeszklić. Proponuję udawać trupa. Niech się zbliżą, spróbują abordażu. Zabijemy wszystkich, przejmiemy prom, polecimy na ich statek, przejmiemy go i…
Polecimy do domu.
Posępnieję.
– Możemy stracić połowę ludzi.
– Więcej – odpowiada.
Naszą dwuosobową kliką włada jeden umysł. Żołnierze opływają nas w korytarzu. Jacy oni są mali. Zerkają na nas w górę, na swoich generałów, szukając otuchy. Thraxa łapie mnie i zniża głos:
– Jeśli nadarzy się okazja, zrobimy to, co konieczne.
– Dewastator się zbliża! Wie, że tu jesteśmy! – woła Brzydal.
– To tyle, jeśli idzie o udawanie zdechłego psa – mówię.
Zerkam na broń Thraxy, Zołzę. Zasłania ją przede mną ciałem i biegniemy dalej.
Tak się śpieszymy, żeby dopaść zjeżdżalni w głównym korytarzu, że prawie zderzamy się z inżynierami wypadającymi ze swoich koszar. Większość ma na sobie tylko polowe napierśniki, wciąż porysowane i powgniatane po wędrówce przez Pustkowie Ladona. Zabieram napierśnik jednemu z nich i przywołuję dwa tuziny ludzi. Odsyłam Thraxę, żeby dowodziła dwiema bateriami działek EM, a sam ruszam bronić hangaru.
– To ja powinienem mieć brzytwę! – wołam, gdy się rozstajemy.
Thraxa wybucha dudniącym śmiechem.
– Już miałeś!
Miałem. Brakuje mi podarunku od żony. Karabiny są w porządku, ale nie cierpię, kiedy jestem zdany na łaskę jakości zbroi przeciwnika. Lepiej uderzać z bliska, kiedy śmierć jest pewna.
– Dostrzegli nas? – pytam przez radio. – Brzydal?
Nie odpowiada. W hangarze zastaję Harnassusa i paru Pomarańczowych szykujących się do ostrzału zza barykady. Harnassus stara się, żeby jego głos nie zdradzał strachu.
– Pierwsi wypadną Obsydianowi berserkowie – mówi, gdy do niego dołączam.
– Brzydal? Potrzebny mi raport – próbuję nawiązać łączność. – Są już w zasięgu naszych działek EM? Brzydal?
– Przesyłają wiadomość – odpowiada.
Pauza. Serce mi łomocze. Działka EM namierzają cel. A potem Brzydal wybucha śmiechem.
– Niech mnie szlag. – W końcu mu odwaliło? Tak samo jak Orion? Jak Sevro? – Szefie, powiedz Thraksie, żeby wyluzowała przy działach. Niech nie strzela! To nasi. Zbłąkany Podbródek przyprowadził przyjaciół.
***
Dewastator wysuwa pępowinę, żeby połączyć się z bazą. Żołnierze gromadzą się przy śluzie. Colloway Char pierwszy schodzi z pokładu. Harnassus, Thraxa i ja czekamy na niego. Brzydal nie raczył się zjawić.
Zamiast pochylić smukłe ramiona i ruszyć prosto do mnie, najlepszy pilot Republiki zwalnia. Jest chudy jak patyk, ciemna skóra jego twarzy jest tak napięta, że widać każdy szczegół czaszki. Kiedy patrzy po ludziach, nie ma w jego spojrzeniu typowej zmęczonej pobłażliwości, tylko harda władczość. Char nigdy nie lubił brać na siebie odpowiedzialności, ja jednak miałem nadzieję, że pewnego dnia stanie się przywódcą. Ta przemiana zaczęła się w Heliopolis po śmierci Orion, ale ostatecznie dokonała się pod moją nieobecność.
– Przyleciałeś z flotą Telemanusów? – woła do niego Czerwony inżynier.
– Czy Mars padł? – krzyczy Brązowy strzelec z zardzewiałymi modyfami w rękach i wyblakłymi od słońca oczami.
Colloway staje nad nim.
– Czy Mars padł? Czy Mars padł? – szydzi. – Gdzie twoja wiara, Marsjaninie? Mars trwa! Jak zawsze.
Żołnierze wiwatują z tak ogromną ulgą, że brzmi to wręcz jak lament. Char idzie przez tłum i próbuje zasalutować, zanim zamknę go w objęciach. Czubkiem głowy nawet nie sięga mi do podbródka. Myślałem, że wychudłem, ale przez skafander czuję jego łopatki. Za nim kilkudziesięciu Niebieskich i Szarych wysiada ze statku i szuka przyjaciół wśród mojej bandy. Odsuwam się od Chara. Kiedy już wita się z Thraxą i Harnassusem, wypalam:
– Virginia. Żyje? A Pax?
Odwraca się do mnie z miną znużonego rozbitka, który widział zbyt dużo, żeby myśleć o ludziach znanych nam dawniej w domu jak o czymś więcej niż tylko mglistych pojęciach. Po chwili kiwa głową.
– Virginia żyje – mruczy. – Rządzi z Agei. Nie wiem, co z twoim synem.
Łapię się jego ramienia, żeby nie stracić równowagi.
– Trzy dni temu widziałem Virginię, jak przemawiała – dodaje. – Victra stała obok niej. Tak samo jak Kavax i Niobe, i twój brat, Kieran. Jest teraz arcygubernatorem.
Emocje prawie ścinają mnie z nóg; walą we mnie z mocą rozpaczy. Odbiera mi głos.
– Kieran? A co się stało z Rollo? – pyta Harnassus.
– Rollo został zamordowany kilka miesięcy temu – odpowiada Char.
Tak bardzo przywykłem do śmierci, że nawet powieka mi nie drgnie.
Arcygubernator Kieran. Przedziwne. Nie mogę wyobrazić sobie mojego skrytego, uprzejmego brata na urzędzie, który kiedyś zajmował Nero au Augustus.
– Powiedz więcej. Od miesięcy siedzimy tu odcięci od światów. Co jeszcze? – dopytuję się, już pijany, ale pragnę więcej.
– Niewiele. Układ zmienił się w ciemną zupę. Albo to jakaś nowa broń Złotych, albo coś naszego. Albo coś z Obrzeża? Coś od Żywego Srebra? Kto wie. Rozwala czujniki i przekazy radiowe stąd aż po Pas. Wszędzie latają fałszywe sygnatury. Słoneczne rozbłyski. Lasery załatwiają teleskopy. Drony fruwają z atomówkami. Dodaj do tego wirujące wszędzie potrzaskane kadłuby i masz chaos. Walczymy, chyba, ale można bezpiecznie orzec, że nie wygrywamy tej wojny. Obrzeże uderzyło z całą mocą.
– Kto dowodzi? – pyta Harnassus.
– Helios ma armadę Pył, a Dido Smoka – odpowiada Char.
Patrzymy po sobie z Thraxą. Obrzeże sprowadziło dwie z trzech głównych armad. Helios to też kiepska wiadomość. Jest ich najlepszym gwiezdnym dowódcą. Twardy jak stal weteran, ponad dwa razy ode mnie starszy i ponad dwukrotnie bardziej doświadczony.
– A Żywe Srebro? Wrócił na Marsa? – pytam.
Char marszczy brwi.
– Mówi się, że porzucił wojnę.
Gapię się na niego z niedowierzaniem.
– Porzucił? Przecież to on ją zaczął, do spółki z Fitchnerem.
Wydaje się, że Colloway wręcz z pogardą reaguje na moją niewiedzę.
– Sefi też nie żyje. Ojciec Ragnara zafundował jej krwawego orła.
Wytrzeszczam oczy. Czy on w ogóle mówi we wspólnym?
– Rządzi Obsydianowymi i wykradł z floty Volk to, co najlepsze, zanim uciekł z Marsa.
Thraxa i ja znowu patrzymy po sobie. Jest cała pokryta tatuażami Obsydianowych.
– Ojciec Ragnara powinien być potwornie stary. O ile w ogóle żyje.
– Impostor – szydzi Thraxa. – Uciekli z Marsa? Nieścięty też?
Nasze pytania przygniatają Chara.
– Nieważne – warczę. – Co z Sevro? Gdzie jest?
Thraxa prycha pogardliwie, o wiele bardziej zainteresowana Obsydianowymi.
Char nie odpowiada. Dzieli nas dystans. Potępienie.
– Myślałem, że nie żyjesz. Powiedzieli, że nie żyjesz. Przemytnicy, którzy zabrali nas z Merkurego. Wszyscy myślą, że nie żyjesz – tłumaczy. – Wyglądasz, jakbyś był na wpół martwy.
Ogarnia mnie smutek. Jakbym był porzucony. Przestarzały. Zapomniany.
– Nie miałem pewności, czy ktokolwiek jeszcze wyrwał się z Merkurego – mruczę. Zerkam za niego. – Nie widzę z tobą Rhonny.
– Fakt.
Gula mi rośnie w gardle. Kiedy ostatnim razem widziałem bratanicę, Lysander roztrzaskał jej twarz, tuż po tym, jak strzelił Alexandrowi w głowę. Spuszczam wzrok. Jak powiem Kieranowi, że porzuciłem jego córkę? Arcygubernatorowi Kieranowi.
– Jej prom nie dotarł do Gwiazdy Zarannej przed impulsem elektromagnetycznym – mówi Char. – Spadła gdzieś w mieście. Uciekliśmy tylko dzięki temu, że kadłub osłonił część promów szturmowych w Gwieździe przed działaniem impulsu. Nie mogliśmy dotrzeć na orbitę, więc ukryliśmy się w górach, aż udało nam się wynająć przemytników żelaza, którzy przeszmuglowali nas z planety. Ukradliśmy dewastator przemytnikom, którzy wcześniej wykradli go z floty Votum. Jest bardziej poobijany, niż wygląda. Połowa dział przepadła. Pancerz połatany. Ma jednak transponder Votum i lata jak wściekły. Powinien wystarczyć, żeby zabrać nas do domu.
– Ilu was jest? – pyta Harnassus.
– Dwa tysiące jedenastu. Wszyscy, których zdołaliśmy zabrać z Heliopolis. Na dewastatorze jest więcej miejsca. Ale zebrało się nas całkiem sporo. Mam nadzieję, że zgromadziliście jedzenie.
– Stare racje wojskowe – mówię. – Całe mnóstwo.
Spogląda w przejścia na tyłach hangaru.
– To wszyscy wasi ludzie?
Kiedy kiwam głową, nie wygląda na rozczarowanego. Wygląda na wściekłego. Czuję ciężar jego oskarżenia.
– Byłeś na Merkurym przez wiele tygodni – zaczynam. – Reszta naszych legionów, wszyscy ci, do których nie mogliśmy dotrzeć… Co się z nimi stało?
Patrzy badawczo w moją twarz.
– A obchodzi cię to?
Mniej by zabolało, gdyby po prostu dźgnął mnie nożem.
Thraxa uderza go palcem w pierś.
– Twój arcyimperator zadał ci pytanie, Char.
Należymy teraz do dwóch różnych plemion. Mrużę oczy. Jak bardzo Char pragnie naszego jedzenia?
– Rzeź. – Odwraca wzrok. Jego smutek jest oskarżeniem rzuconym moim zmrużonym oczom. – Tych, którzy nie umarli z głodu w Gwieździe Zarannej albo nie zostali pożarci przez ogary Atalantii, Atlas kazał ponabijać na pale. Od Heliopolis aż po Tyche. Resztę wysłał do kopalni żelaza należącej do Votum. Widziałem to z powietrza. Widziałem drogę, którą wytyczyli.
Od Heliopolis po Tyche. Powinienem był zabić Atlasa, kiedy miałem go w garści. Powinienem był zabić Lysandra. Czy za każdą łaskę zostanę ukarany?
– Żadnych wiwatów na cześć bohatera chwili i wykradzionego przez niego helu? – dobiega patrycjuszowski głos z pępowiny.
Thraxa rzuca półgłosem wymyślne przekleństwo. Parszywy Bellona wychodzi ze statku i ze złotymi lokami błyszczącymi w ponurym świetle hangaru pozuje jak pyszny mistrz brzytwy wchodzący do Krwawego Kręgu przy wtórze okrzyków omdlewających, rozmiłowanych w nim Piksów. Kiedy wita go tylko cisza, wzdycha rozczarowany i podchodzi do mnie nonszalanckim krokiem. Niesie cztery kanistry przetworzonego wysokogatunkowego helu. Mają pieczęć orła domu Bellona.
Mimo że Cassius jest wręcz obrzydliwie przystojny, mierzy ponad siedem stóp wzrostu, jest zbudowany jak bokser walczący w ultraGrawitacji i prezentuje się olśniewająco w szarej pelerynie podróżnej, wzrok wszystkich skupia się na idącej za nim smagłej kobiecie. Aurae ma co prawda na sobie brudny kombinezon członka załogi i nosi pistolet, ale odstaje od nas, prymitywnych żołnierzy, jak orchidea przypięta do pasa z nabojami, i to nie tylko dlatego, że ona i Cassius wciąż mają włosy.
Aurae to rzadki typ Różowej. To nie tania podnieta z anielskimi skrzydłami, rogami albo jedwabistym ogonem, która czeka na klienta w Perłowym Klubie. To także nie Helena Trojańska – kosztowne cacko najwyższej jakości, jakie można by zobaczyć uwieszone u ramienia Atalantii albo Apolloniusa. Aurae jest heterą Raa, pięknością z cienia i pyłu, z jesienną tragedią wpisaną w rysy. Twarz ma pociągłą. Skórę o odcień ciemniejszą od oliwkowej. Włosy gęste, falujące i tak czarne, że aż niebieskawe, chociaż nigdy nie wydaje się, żeby dwa razy przybrały ten sam odcień albo były tak samo zaplecione. Nie sposób odgadnąć jej wieku. Niektórzy przypuszczają, że ma czterdzieści lat, inni – trzydzieści, a jeszcze inni, że dwadzieścia. Jej oczy zaprzeczają tej ostatniej możliwości. Są szeroko rozstawione, ciemnoróżowe i przedwieczne.
Moi żołnierze mogą oczerniać Aurae i plotkować na jej temat, ale kiedy widzą jej smukłe ręce uginające się pod ciężarem jednego kanistra helu 3, kilkunastu mężczyzn i niewiele mniej kobiet rzuca się, żeby jej pomóc. Thraxa odpycha ich wszystkich i bierze kanister. Harnassus próbuje udawać, że nie jest zazdrosny o delikatny uśmiech, który posyła jej Aurae.
Przywykły do takich reakcji Cassius przewraca oczami i teatralnym gestem odstawia cztery kanistry na podłogę. Kładzie na jednym z nich stopę i opiera przedramiona na kolanie.
Patrzę na hel i wyobrażam sobie, jak obejmę Virginię, gdy tylko wysiądę z Archimedesa w Agei.
– Moi łaskawi panowie, najlepszy dostępny na rynku marsjański hel 3, dzięki wsparciu mojej matki i jej przemytniczej działalności w Gwiezdnej Faktorii. Zawsze lubiłem podwędzać jej drobne z portmonetki. Patrzcie: oto zefir, który zabierze was do domu. – Mruży oczy. – Pod warunkiem, że nie zamęczyłeś mojego statku tak, że już się nie da go naprawić. – Zerka na Collowaya, który robi zbolałą, urażoną minę. – Powiedziałeś mu, Char? Oczywiście, że nie, wszystko spada na mnie. Typowe.
– Co miał mi powiedzieć? – pytam.
Cassius wzdycha.
– Chodzi o Sevro. Żyje. Gorzej nawet. Paskudna sprawa. Został sprzedany na aukcji zorganizowanej przez Syndykat dla śmietanki towarzyskiej.
– Sprzedany – powtarzam. – Komu?
Cassius się krzywi.
– Ta część naprawdę ci się nie spodoba.
4
Darrow
Paskudna sprawa
Hologram wypełnia większą część mojej kwatery.
Mężczyzna wisi w powietrzu w domu aukcyjnym Syndykatu. Jest nagi, wychudzony, pokryty tatuażami i bliznami. Głowę zakrywa mu ogromny hełm w kształcie wilczego łba. Kiedy bladooki licytator Syndykatu macha ręką, hełm otwiera się i unosi w powietrze, odsłaniając brzydką, zrzędliwą twarz, która znaczy dla mnie więcej niż moje własne ciało.
Sevro.
Miłość rzadko przysparzała mi tak czysto fizycznego bólu.
W Czerwonych oczach Sevro odmalowuje się przelotna konsternacja. To te same oczy, które Mickey Rzeźbiarz wyjął ze mnie, żeby na ich miejsce włożyć Złote. A potem – ból, gdy dociera do niego, gdzie się znajduje. Zwiesza głowę, zawstydzony, zaczyna nią kiwać w przód i w tył. Mimo złamanego nosa, bardziej krzywego niż zygzak błyskawicy, potarganych dziko włosów, pokiereszowanych uszu i rozkwaszonych ust, mimo dziesięciu lat wojny i tego, co przydarzyło mu się na Lunie i zrujnowało jego ciało, widzę tylko dziwne wilcze szczenię, które uratowało mnie i Cassiusa przed zamarznięciem na śmierć w jeziorze; nastoletnią zmorę, która wpatrywała się we mnie spod cuchnącej wilczej skóry, na wpół gotową uciekać, na wpół marzącą o tym, żeby ktoś ją objął, desperacko pragnącą dowieść swojej wartości.
Chłopiec w zniszczonym wojną mężczyźnie dyszy ze strachu. Z bólem serca patrzę, jak rozgląda się po sali aukcyjnej, kiedy wrogowie go licytują. Licytanci zachowują anonimowość. Holograficzne projektory ukrywają ich tożsamość, wyświetlając – ze statków kosmicznych albo ukrytych sanktuariów – posłane do domu aukcyjnego absurdalne awatary o kształtach zwierząt i bogów. Sevro nie chce nawet spojrzeć swoim oprawcom w oczy.
Nigdy nie widziałem go tak pokonanego.
Obraz przeskakuje i zamiast aukcji widzimy wspaniałą wojskową architekturę. Gwiazdy i odległe okręty wojenne lśnią w wylocie hangaru oskrzydlonego przez kariatydy rodu Carthii. Mech towarowy, w eskorcie bandy cierni Syndykatu i arbitra z Gildii Orion, wychodzi z parującego, szybkiego okrętu zdolnego przebić się przez blokadę. Mech stawia na ziemi kontener. Czterech legionistów w szarych zbrojach i białych pelerynach z purpurowym bykiem otwiera ogromny zamek. Kontener rozkłada się na połowy. Powietrze wylatuje z sykiem.
Wewnątrz wisi Sevro na wieszaku dla niewolników. Jego wydatny podbródek pokrywa broda, która rosła od wielu miesięcy. Włosy ma długie i poprzetykane bielą. Rurki na nieczystości z pompkami ciśnieniowymi wiją się z jego wychudzonego brzucha w dół, do plastikowych worków. Przewieziono go przytomnego i zakneblowanego, zapewniając mu ledwie tyle kalorii, by nie padł trupem. Oczy ma otwarte, przekrwione. Ze znajomą, zmęczoną nienawiścią wpatruje się w coś poza kadrem hologramu.
Rozlega się pomruk męskiego głosu:
– Szepczą, że nie żyjesz. Tak jak mnie zostawiłeś: na pewną śmierć. Ale zdobyłem nowe królestwo. – Hangar znika, zastąpiony przez anielsko piękną, a zarazem złą twarz. – Nie żyjesz, Darrow? – Apollonius au Valii Rath czeka na odpowiedź, jakby to wcale nie było nagranie, które dla mnie przygotował. – Jeśli nie żyjesz, to ten czas mroku zakończył się skomleniem. – Wygląda na przygnębionego. Rzuca zawzięte spojrzenie w niebo. – O nie. Ty żyjesz – mówi do siebie, a potem opuszcza wzrok. Uśmiech wypełza mu na usta. – Nie możesz nie żyć. Czuję to w swoich stworzonych do wojny kościach. Nie ma cię jednak ani na Marsie, ani na Ziemi, ani przy twojej niewzruszonej kobiecie broniącej twojej planety, nie walczysz z siłami Heliosa i Atalantii na czele niezrównanej Straży Ekliptycznej. Musisz więc ukrywać się, słaby i ranny. Przemykasz wśród cieni jak mysz w ciemności. Młody Ajax, syn Ai, poszkodowany i nieustraszony, pragnie twojej krwi. Tak samo pragnie jej Obrzeże, ich mistyczni myśliwi i ich niezrównany przywódca: Diomedes, Rycerz Burzy. Złapią cię, jeśli polecisz na Marsa, myszko. Czekają w zasadzce. Sprytni, cierpliwi, głodni. Nigdy nie pozwolą ci poprowadzić kolejnej armii. Lepiej przyleć do mnie. Lepiej spędź czas ze mną.
Patrzy na mnie tak, jak mógłby spojrzeć smok na wieść o odległym skarbie: zachłanny, zdradziecki, urzeczony. Przesuwa językiem po zębach.
– Aby cię skusić, nabyłem twojego kundla za niemałą sumkę. Na Lunie źle go traktowano. Udzielę mu dziewięćdziesięciu dni wytchnienia i godności w moim dominium, ale dziewięćdziesiątego pierwszego dnia zostanie odesłany do Wiszącego Koloseum w Stoczniach Wenusjańskich, jak to czyniono dawniej z jeńcami Carthii. I tak jak dawni Carthii ja i moi goście zapolujemy na niego na skrzydlatych rumakach, zatkniemy jego głowę na włócznię i nakarmimy jego narządami wojenny stos.
Zamyka oczy, jakby wyobrażał sobie wiatr we włosach, kiedy dosiądzie pegaza Carthii, zapach palonego ciała, gdy będzie śmiał się z przyjaciółmi przy ogniu ofiarnym. A kiedy znów je otwiera, błyszczą szaleństwem.
– Chyba że przybędziesz do mnie. Chyba że przybędziesz i zdecydujemy wreszcie, kto jest myśliwym, a kto zwierzyną. Do tego czasu, mój szlachetny przeciwniku, per aspera ad astra.
Światło hologramu blednie, a potem nagranie odtwarza się od początku, zapętlone w nieskończoność. Brzydal zatrzymuje obraz. Harnassus, Thraxa i Colloway garbią się w ciemności wokół mojego stołu śniadaniowego. Brzydal drapie się po kikucie nogi. Cassius ze skrzyżowanymi na piersi rękami opiera się o drzwi i mnie obserwuje. U jego stóp siedzi Aurae. Ma zamknięte oczy.
– Skąd masz to gówno? – pyta ostro Brzydal. Patrzy na Cassiusa i wytyka palcem Aurae. – Twoja syrena to wyczarowała?
Nawet Harnassus uważa, że to idiotyczny pomysł. Aurae nie raczy nawet otworzyć oczu, żeby zareagować na oskarżenie.
– Co ona w ogóle robi w tym pokoju? – dopytuje Brzydal.
– Mogę wyjść – odpowiada Aurae.
– Walić to – mówi Cassius. – Po tym, co przeszliśmy, żeby ukraść hel, powinniście całować nas po nogach – zawiesza głos. – Mniejsza z tym, pewnie sprawiłoby to wam przyjemność, psychole. Jednak w odpowiedzi na zapytanie: nie dostałem tej wiadomości od Apolloniusa. Szalony łajdak transmitował ją ze Stoczni Wenusjańskich przez dwa miesiące. Z powodu pól zakłócających wychwyciłem przekaz na trzy dni przed tym, jak Gwiezdna Faktoria spiknęła mnie z Collowayem.
– Czyli natknąłeś się na nią przypadkiem – szydzi Brzydal.
Cassius nie traci poczucia humoru.
– Po tym, jak Jeźdźcy Pyłu Raa pokroili mnie na plasterki, złamałem słowo dane Diomedesowi au Raa, przeleciałem w dzikim pędzie przez połowę Układu, żeby przebić się przez Armadę Popielną do strefy wojennej, uratować Darrowa, a potem powtórnie przedarłem się przez Armadę Popielną pod ostrzałem Annihilo, tak, tak, ni mniej, ni więcej, jak Annihilo właśnie, sprzymierzyłem się z Minotaurem, nadętym zbirem kompensującym sobie nędzne pochodzenie, którego nie widziałem, odkąd nafaszerowany leksaminą i trucizną z rozdymki cytował Miltona w marsjańskim burdelu czternaście lat temu? – Macha ręką jak kot łapą. – Daj spokój… Jeśli tak bardzo chcesz mnie obrazić, to przynajmniej okaż mi tyle szacunku, żeby mówić do rzeczy.
– Szacunek. – Brzydal odchyla głowę w tył i śmieje się. – Tę wartość właśnie wpoiłeś swojemu lubującemu się w palowaniu protegowanemu, Dziedzicowi Sileniusa? Szacunek! Ha!
Na wspomnienie o Lysandrze uśmiech Cassiusa znika.
– To Atlas nabija na pale twoich żołnierzy, nie Lysander. To nie w jego stylu.
– Och, my znamy jego styl – mówi Thraxa. – Rhonna. Bratanica Darrowa. To nie Atlas zmiażdżył jej twarz. To twój chłopak to zrobił. Po tym, jak strzelił Alexandrowi w głowę. Nie w walce. Przy drinku.
Cassius marszczy czoło.
– Alexandar au…
– Arcos – kończy chłodno Colloway. Po raz pierwszy, odkąd przyjechał, widzę, że patrzy na mnie z odrobiną współczucia. – Był arcylansjerem Darrowa. Arogancki dupek, ale najlepszy żołnierz, z jakim kiedykolwiek służyłem. Koniec, kropka. Zaproponował Lysandrowi pojedynek. Lysander odmówił i z bliska odstrzelił mu głowę. Własnemu kuzynowi.
Cassiusowi rzednie mina. Arcylansjerzy często są równie bliscy imperatorowi jak jego własne dzieci. Poczucie winy na jego twarzy jest powodem, dla którego mu o tym nie powiedziałem. To nie była jego wina. Nie chcę jego współczucia.
Brakuje mi Alexandra. Nam wszystkim. Dlatego robi nam się tak niedobrze, gdy oglądamy Sevro wystawionego na aukcji.
Harnassus podchodzi do mnie i zagaduje delikatnie:
– Darrow, wiem, że nikt nie chce tego powiedzieć na głos, więc ja to zrobię. Nic tu nie zdziałamy. Znajdujemy się miliony kilometrów za liniami wroga. Dzięki Bellonie mamy hel i właśnie kończymy naprawę reaktora Archimedesa. Powinniśmy pomknąć na Marsa, póki możemy.
Patrzę na obraz Sevro. Stocznie Wenusjańskie nie są wcale tak daleko. Sevro jest blisko. Bliżej niż myślałem.
Miłość do Sevro czy nienawiść do rogatego? Co mnie tak przyciąga niczym grawitacja?
– Dlaczego przetrwaliśmy na Merkurym? – pytam. Nikt nie odpowiada. Rozglądam się po pokoju. – Dlaczego przetrwaliśmy w tym więzieniu?
– Darrow, jeszcze nie przetrwaliśmy. Nie, dopóki nie dotrzemy do domu – wtrąca się Harnassus. – Każdego dnia dodawałeś nam otuchy, mówiąc, że dom wkrótce znajdzie się w naszym zasięgu. Teraz jest. Teraz masz szansę wrócić do naszych sił. Do Virginii… Do swojego syna.
Opieram się temu nurtowi, bo czuję, jak wciąga mnie inny, nowy.
– Przetrwaliśmy, żeby coś zmienić w tej wojnie – odpowiadam im. – Walka o Marsa zaczyna się na Wenus. Statki Armady Popielnej pochodzą z jednego miejsca i tylko z jednego: ze Stoczni Wenusjańskich. Atalantia zdradziła Apolloniusa i wydała go nam. Ten człowiek jest patologicznie pamiętliwy. Zatem Atalantia zostawiła mu te stocznie tylko z jednego powodu: ponieważ wierzy, że jest zdolny i gotowy, żeby je zniszczyć. Zostawiłem Apolloniusa z raptem garstką ludzi, co oznacza, że tylko na kilka sposobów może stanowić tak wielkie zagrożenie. Bomby, zgadza się? To stwarza dla nas okazję.
Harnassus blednie.
– Darrow… nie możesz…
– Czemu nie?
– Spójrz na nas. Spójrz na siebie. Ledwie się trzymamy.
– Ale wciąż się trzymamy. – Zerkam na Chara. – Tylko na wpół martwi.
Char ma dość.
– Moje dary należą do Republiki. Nie będę marnował ich na twoją kolejną misję samobójczą, Darrow.
Wstaje, zapala szluga i wychodzi.
Piorunuję wzrokiem jego plecy. Przynajmniej zdobył jedzenie.
Thraksie może nie podobać się brak taktu Collowaya, ale zgadza się z nim.
– Darrow, całe szczęście, jakie mieliśmy, zużyliśmy na Merkurym. Ponieważ Orion nie żyje, ty musisz pokierować flotą. Naszym priorytetem jest powrót do domu.
Tylko Brzydal się nie odezwał. Urazę do Sevro zastąpił skrajny smutek. Może mieć mu różne rzeczy za złe, ale kocha swojego przyjaciela. Mimo to kręci głową, błagając, żebym nawet o tym nie myślał.
Patrzę na pozostałych. Widziałem dość strajków głodowych w kopalniach, by wiedzieć, jak bardzo są złamani. Zarządca Podginus udałby, że zgadza się na ich warunki. Przyszedłby z jedzeniem. Pieczone kurczaki, świeży chleb, kawały steków błyszczące od tłuszczu. A potem znalazłby jakiś szczegół formalny. Wzdychałby. Pomrukiwał. Pochrząkiwał. I wycofałby się z umowy. Wystarczyłby tylko dzień albo dwa, zanim pierwszy strajkujący przekroczyliby granicę. Ludzie mogą znieść wszystko z wyjątkiem takich przedwczesnych triumfów. Przedwczesne triumfy łamią człowieka. Moi przyjaciele złamali się, kiedy tylko Cassius zjawił się z helem.
Moje serce często jest z żelaza, ale topi się dla złamanych.
Będą próbowali pokojowego buntu. Czuję to w powietrzu. Kochają mnie, ale mnie powstrzymają. Nie mogę pozwolić, żeby potoczyło się to tak samo jak z Wulfgarem. Dlatego udaję, że się poddaję.
– Jestem zmęczony. Dajcie mi noc na zastanowienie się. W porządku?
– Oczywiście – mówi Harnassus z ulgą. – Wiesz, ile Sevro znaczy dla nas wszystkich.
Brzydal kiwa głową i ociera oczy. Thraxa ściska mi ramię metalową ręką.
Znowu wpatruję się w Sevro, kiedy moi przyjaciele wychodzą. Jego twarz zamarła w chwili, w której zdaje sobie sprawę, że jest licytowany na aukcji. Dokładnie w tym momencie, gdy dociera do niego, że jest kawałkiem mięsa.
Rozmasowuję obolałą lewą rękę, nienawidząc swojej słabości.
– Wszystko pierwszorzędnie? – pyta Cassius.
Odwracam się. W swoim skupieniu nie zdałem sobie sprawy, że on i Aurae zostali. Opiera się o ścianę obok drzwi i obserwuje mnie z cienia. Aurae nadal ma zamknięte oczy, jej twarz wyraża zadumę, myślami jest gdzieś daleko. Nie odpowiadam i odwracam się z powrotem do Sevro. Zastanawiam się.
– Jest na to lekarstwo – mówi Cassius i wyjmuje butelkę z plecaka. Nalewa sobie solidną porcję, wypija i nalewa następną. – Dlaczego nie powiedziałeś mi o Alexandarze i Rhonnie?
– Nie uznałem tego za istotne. Potrzebujesz czegoś?
Po chwili odchrząkuje.
– Zanim to wszystko się wydarzyło, kiedy Olimpia była światłem przewodnim, a gwiazda mojego ojca wschodziła, miał dla mnie czas. Dlatego postanowił zabrać mnie na moje pierwsze polowanie…
– Cassiusie, cieszę się, że tu jesteś, naprawdę, ale nie jestem w tej chwili zainteresowany twoimi naukami.
– Wciąż pamiętam, jak udzieliłem ci pierwszej lekcji.
Odwracam się.
– Słucham?!
– Zostawiłem cię w błocie z dziurą w brzuchu… – Nalewa alkohol do drugiego kubka i podsuwa mi go po stole. Wypijam. – Bo ja byłem pojedynkowiczem, a ty nie. Nie tak naprawdę.
– Jak tam twoja ręka? Wiesz, ta, którą ci odciąłem na gali?
Uśmiecha się.
– Widzisz, bardzo wiele się spodziewałem po swoim pierwszym polowaniu. Alabastrowy jeleń, trzydziestoszóstak, zawędrował na nasze ziemie.
Wzdycham, ale daję mu mówić.
– Podczas tropienia wyobrażałem sobie, jak padnie z mojej ręki. Ja spojrzę na jelenia, on spojrzy na mnie i poczuję coś transcendentalnego, wzajemną zgodę na wielką pogoń. Jeleń ucieknie, szybki i przebiegły. Ja ruszę za nim. W biegu strzelę z łuku. Trafię go w pół susa, idealnie w serce. I przepełni mnie radość, bo zetrę się z jeleniem na równych zasadach i dam mu wspaniałą, szlachetną śmierć, na którą zasługuje. On ze swojej strony poczuje przynajmniej pewną satysfakcję, bo padnie z ręki drapieżnika dorównującego jego majestatowi. Zamiast tego dopadłem go przy wodopoju. Źle oceniłem wiatr i strzał był fatalny. Mój jeleń czmychnął w las, okaleczony, ale wciąż nie umierający. Wytropiliśmy go i znaleźliśmy osiem godzin później, kiedy wlekł się po wulkanicznych skałach. Przeszedł po nich trzy kilometry. Widać było odsłonięte żebra w miejscu, gdzie skóra została zdarta. Nigdy nie zapomnę miny mojego ojca.
Aurae otworzyła oczy; nie podobała jej się ta opowieść. Cassius tego nie zauważył. Popatrzyła na mnie i przeszyła mnie badawczym wzrokiem.
– Widzisz, ty myślisz, że Minotaur cię szanuje. Wierzysz, że ten szacunek daje ci prawo do pewnych przywilejów. Ten jeleń miał mój szacunek. Mimo to poderżnąłem mu gardło i zawiesiłem jego głowę na ścianie. Apollonius może marzyć o wielkim pojedynku, ale twoja głowa to jego bilet, żeby wkraść się z powrotem w łaski Złotych. Odbierze ci ją każdym możliwym sposobem.
– Sześć lat w Grobowcu w Otchłani zmienia człowieka – odpowiadam. – Celem Apolloniusa jest doświadczenie, nie skutek ostateczny. Jestem jego ukochanym pupilkiem. Ten jeleń nie był tobie równy. W każdym razie to nie ma znaczenia. Lecę na Marsa.
Cassius protekcjonalnie kiwa głową.
– Lecę na Marsa, Cassiusie.
– Powinieneś to zrobić, ale wcale nie zamierzasz – odpowiada.
– Nie było cię dziesięć lat. Nie znasz mnie tak dobrze, jak sobie wyobrażasz.
Patrzy na Sevro.
– Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Spróbujesz się wykraść, kiedy wszyscy będą spali. Po Merkurym nie chcesz zmarnować ani jednego życia więcej. Darrow, znam poczucie winy jak mało kto. Wiem, że boisz się wrócić do domu. Ale nie pozwolę ci dać się zabić, nawet dla Sevro.
– Nie pozwolisz?
Uśmiecha się. W pokoju robi się zimno.
– Kavax kazał mi cię sprowadzić do domu. Virginia czeka na swojego imperatora… i męża.
Najeżam się na te słowa.
– Powiedziałeś, że wróciłeś, żeby…
– Walczyć w twojej wojnie. Tak. Ale nie żeby zginąć w misji samobójczej.
– A kto mówi, że to misja samobójcza? – odzywa się Aurae. Jej głos brzmi, jakby dobiegał z jaskini wyroczni. Nie oderwała ode mnie wzroku, odkąd otworzyła oczy. – Przedstaw mu swoje powody, Darrow. Jeśli masz więcej niż jeden.
Dociera do mnie, że mam. O wiele więcej niż jeden. Tworzą nurt, który ciągnie mnie w tym kierunku. Część mnie chce z nim walczyć, walczyć z przebiegłym wyrazem twarzy Aurae i słowami Ścieżki do Doliny. Trudno jednak dąsać się, kiedy marniejesz w oczach.
– Mam pięć. Po pierwsze: to jest Sevro i jestem mu to winien. Po drugie: te stocznie to serce przemysłu wojennego Złotych i jeśli nie zdołam ocalić Sevro, to przynajmniej zniszczę je i zdobędę trochę czasu dla Marsa. Po trzecie: kiedy się tam pojawię, ściągnę wszystkie spojrzenia na Wenus. Oczyszczę wam drogę do domu. Po czwarte: Minotaur szanuje mnie bardziej niż swoich Złotych towarzyszy. Chociaż to brzmi dziwnie, może zdołam przeciągnąć go na naszą stronę. Po piąte: Republika potrzebuje iskry. Wołałbym wrócić do domu, Cassiusie, zaufaj mi, ale…
– …ścieżka wiedzie na Wenus – mruczy Aurae. Zerkam na nią. – „Wiatr nie zważa na przeszkody, chociaż bez nich jego ścieżka byłaby całkiem inna”. – Uśmiecha się. – Czyli moja książka jednak przetrwała w jednym kawałku?
Waham się znowu, nie mając ochoty wyrażać uznania dla książki, którą napisali nieznani mi ludzie i którą dała mi kobieta trzymająca moje życie w swoich rękach, a mimo to niewzbudzająca we mnie do końca zaufania.
– Tak, na razie nie przerobiłem jej na papier toaletowy – mruczę.
Cassius nie ma pojęcia, o czym mówimy.
– Byliście ze sobą w kontakcie w ciągu ostatnich tygodni? Zachowujecie się, jakby nagle połączył was wspólny tajny język.
– A nie jest tak zawsze w przypadku ludzi, którzy czytają te same książki? – pyta z szelmowskim uśmieszkiem Aurae. – Moi ludzie wierzą, że tylko pył zna lepiej ciężar Złotych butów niż Czerwoni i Różowi. Wiesz, że Ares był dla moich ludzi bohaterem, Cassiusie. Tak samo jego syn. Dlatego polecę z tobą, Darrow.
Cassius wygląda, jakby właśnie dostał rachunek z baru, w którym Wyjce bawiły się po udanym Deszczu.
– Za żadne skarby, psiakrew.
Aurae marszczy brwi.
– Czyżbym wymieniła jednego pana na drugiego?
Cassius blednie.
– Oczywiście, że nie. Po prostu… nie sądzę, żebyś naprawdę rozumiała, dokąd Darrow się wybiera, jak tam dotrze i co tam potem zrobi. Bywałem już po drugiej stronie tego równania… Jak by to ująć…? Totalna jatka.
– Bez urazy, Aurae, ale on ma rację – odzywam się. – Nie zgadzam się. Apollonius nie ma zbyt wielu ludzi, to prawda, ale ci nieliczni zjadają skorpiony na lunch i uważają, że whisky i walka na noże to dziecinada. Jeśli zrobi się z tego rzeź, wolę nie przynosić ze sobą cielęciny. Bez urazy.
Aurae wstaje z podłogi. Kiedy już stoi, przypomina mi sarnę marsjańską – wysoka, niebezpiecznie smukła jak większość Różowych z Obrzeża. Mógłbym zmiażdżyć jej żebra i przebić płuca, wpadając na nią pechowo w korytarzu.
– Możesz wyłgać się moją kruchością, pewnie, albo możemy przejść do rzeczy. Nie ufasz mi.
– Nie znam cię…
– Darrow. Jestem heterą Raa. Niewolnicą rodu, który żyje na stopionej skale pełnej wulkanów, hoduje smoki i założył Krypteję. Krypteję, nie jakąś agencję wywiadowczą, tylko kult, który gotowy jest zamordować każdego, kto zagrozi bezcennej hierarchii. Uwierz mi, kiedy ci mówię, że Raa nie hodują stworzeń, które nie mają kłów. Gdybym chciała waszej śmierci, już byście wszyscy nie żyli. Na przykład dzięki płatkom pomornicy, które przywiozłam ze sobą z Obrzeża i zmielone dorzuciłabym wam do owsianki, którą wam podawałam, gdy gnieździliście się na korytarzach Archimedesa. Albo moglibyście spać tutaj i oddychać powietrzem z centrum filtracji antyradiacyjnej na poziomie 7B.
Zerkamy po sobie z Cassiusem zaniepokojeni.
Aurae patrzy na nas współczująco.
– Przeczytałeś książkę, ale wciąż walczysz ze ścieżką. To pewnie leży w twojej naturze. – Wzdycha. – Ale nie jestem cielęciną. Mięso nie potrafi latać. Dzięki Cassiusowi bardzo dobrze orientuję się teraz w kierowaniu Archimedesem. Będziecie potrzebowali pilota, który umożliwi wam ucieczkę. I który będzie czekał, kiedy ty i Cassius wysiądziecie w stoczni.
Cassius kręci głową.
– Aurae…
Ona unosi wyzywająco brwi.
– Pamiętasz, co mi powiedziałeś, zanim pomogłam ci uciec z Europy? Pamiętasz?
Cassius zaciska zęby. Nie przywykł, by Różowa stawiała go pod ścianą, zwłaszcza Różowa, w której tak ewidentnie się kocha – i ewidentnie bez wzajemności. Poddaje się bardzo teatralnie.
– Zatem raz jeszcze skoczmy w wyłom, przyjaciele.
Aurae ściska jego ramię.
– To także twoja ścieżka, Cassiusie. Ta, którą chcesz kroczyć. Pamiętasz?
Cassius kiwa głową.
– Mam zapasy, które chcę zabrać, zanim ruszymy – dodaje Aurae. – Niedługo spotkam się tu z wami.
Wychodzi. Cassius przeczesuje dłonią włosy.
– Co za kobieta.
– Ty nawet nie lubisz Sevro – zauważam.
