Czerwony świt - Pierce Brown - ebook + książka
NOWOŚĆ

Czerwony świt ebook

Pierce Brown

4,5

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Darrow jest Czerwonym, przedstawicielem najniższej kasty w zhierarchizowanym według kolorów społeczeństwie przyszłości. Czerwoni harują od świtu do zmierzchu, święcie przekonani, że ich wysiłki mają na celu przystosowanie powierzchni Marsa do zamieszkania przez przyszłe pokolenia. Darrow pracuje chętnie, bo wierzy, że jego krew i pot przyczyniają się do powstania lepszego świata, w którym żyć będą jego dzieci. Czerwoni padli jednak ofiarą zdrady: Darrow odkrywa, że Mars jest od dawna zamieszkany, na powierzchni istnieją ogromne miasta i rozległe obszary dzikiej przyrody, a on i jego pobratymcy są dziś tylko niewolnikami dekadenckiej klasy rządzącej. Natchniony tęsknotą za wolnością, pomny utraconej miłości i zdeterminowany Darrow poświęca wszystko, żeby przeniknąć do legendarnego Instytutu, ośrodka szkoleniowego dla władających planetą Złotych, w którym kolejne pokolenie panów świata rozpoczyna zmagania o władzę. Zmuszony walczyć o życie i przyszłość cywilizacji, za przeciwników ma najlepszych i najbrutalniejszych przedstawicieli elity. Nie cofnie się przed niczym, żeby doprowadzić do zniszczenia swoich wrogów. Nawet jeśli w tym celu będzie musiał stać się jednym z nich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 530

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (35 ocen)
22
8
5
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kszymkow1

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, pierwszy tom to trochę wstęp, ale im dalej tym lepiej. Ta seria to moje rzymskie imperium
30
Sylwia-D

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja. Dawno nie czytałem tak dobrej książki.
20
biegunka

Nie oderwiesz się od lektury

klasyk
00
zuzanan

Nie oderwiesz się od lektury

Brown wykreował iście ciekawą rzeczywistość, od której nie można się oderwać gdy zacznie się rozumieć mechanizmy swiata stworzonego przez niego.
00
Paralyze

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo pozytywne zaskoczenie, połączenie science fiction z rzymską kulturą i mitologią, czekam na 2 tom.
00

Popularność




Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Jeżeli pisar­stwo pły­nie z głowy i serca, to dzię­kuję Aaro­nowi Phil­lip­sowi, Han­nah Bow­man i Mike’owi Braf­fowi, któ­rzy złocą mi głowę swoją mądro­ścią i wie­dzą.

Dzię­kuję rodzi­com, sio­strze, przy­ja­cio­łom i kla­nowi Phil­lip­sów – za ich nie­za­chwianą miłość i lojal­ność.

Dzię­kuję rów­nież moim czy­tel­ni­kom – z nadzieją, że poko­chają te książki.

Wolałbym żyć w pokoju…

Wolał­bym żyć w pokoju, ale wro­go­wie przy­nie­śli mi wojnę. Patrzę na tysiąc dwu­stu ich naj­sil­niej­szych synów i córek. Słu­chają okrut­nego Zło­tego, który prze­ma­wia spo­mię­dzy wiel­kich mar­mu­ro­wych kolumn. Słu­chają potwora, który spro­wa­dził ogień tra­wiący moje serce.

– Ludzie nie są równi z uro­dze­nia – mówi. Wysoki, wład­czy, praw­dziwy orzeł w ciele czło­wieka. – Słabi was oszu­kali. Twier­dzili, że cisi posiądą zie­mię; że sil­niejsi powinni opie­ko­wać się słab­szymi. To Szla­chetne Kłam­stwo Demo­kra­cyi, rak, który zatruł rodzaj ludzki. – Jego spoj­rze­nie prze­szywa zgro­ma­dzo­nych uczniów. – Wy i ja nale­żymy do Zło­tych. Sta­no­wimy zwień­cze­nie pro­cesu ewo­lu­cji. Wzno­simy się ponad górą ludz­kiego mięsa i prze­wo­dzimy innym Kolo­rom. Jeste­ście dzie­dzi­cami tej spu­ści­zny… – Zawie­sza głos, wodzi wzro­kiem po twa­rzach zebra­nych. – …która jed­nak nie jest dana za darmo. Wła­dzę trzeba sobie wywal­czyć. Mają­tek zdo­być. Pano­wa­nie, rządy, kró­le­stwo kupić za cenę krwi. Nie zda­je­cie sobie sprawy, jak wiele poświę­cili wasi przod­ko­wie, byście wy dzi­siaj zna­leźli się na szczy­cie. Ale wkrótce się prze­ko­na­cie. Wkrótce nauczymy was, dla­czego Złoci prze­wo­dzą ludz­ko­ści. I zapo­wia­dam wam, że prze­żyją tylko ci spo­śród was, któ­rzy naprawdę nadają się do spra­wo­wa­nia wła­dzy.

Ja nie jestem Złoty. Jestem Czer­wony.

Takich jak ja uważa się za sła­bych. Myśli, że jestem głupi i wątły; że jestem pod­czło­wie­kiem. Nie dora­sta­łem w pała­cach, nie jeź­dzi­łem konno po łąkach i nie jada­łem potrawki z koli­brzych języcz­ków. Zosta­łem wykuty w trze­wiach tego świata. Zahar­to­wany w nie­na­wi­ści. Wzmoc­niony miło­ścią.

Myli się.

Żadne z nich nie prze­żyje.

Część I. Niewolnik

Część I

Nie­wol­nik

Na Marsie rośnie pewien kwiat…

Na Mar­sie rośnie pewien kwiat, hardy, czer­wony, dobrze sobie radzi na tutej­szej gle­bie. Nazywa się „heman­tus”, co zna­czy „krwawy kwiat”.

Rozdział 1. Piekłonurek

1

Pie­kło­nu­rek

Pierw­sze, co powin­ni­ście o mnie wie­dzieć, to to, że jestem synem mojego ojca. I gdy po niego przy­szli, zro­bi­łem tak, jak pro­sił. Nie pła­ka­łem, kiedy Wspól­nota trans­mi­to­wała jego aresz­to­wa­nie. Nie pła­ka­łem, kiedy sta­nął przed try­bu­na­łem Zło­tych ani kiedy Sza­rzy go powie­sili. Matka mnie za to ude­rzyła. To Kie­ran, mój brat, miał być tym opa­no­wa­nym. Był ode mnie star­szy. To ja mia­łem pła­kać, a tym­cza­sem to Kie­ran beczał jak dziew­czyna, kiedy Mała Eo wsu­nęła kwiat heman­tusa do lewego buta ojca, po czym czmych­nęła z powro­tem do swo­ich bli­skich. Obok mnie Leanna, moja sio­stra, lamen­to­wała cicho. A ja tylko patrzy­łem i żało­wa­łem, że ojciec zmarł, tań­cząc, lecz bez swo­ich butów do tańca.

Na Mar­sie cią­że­nie jest mizerne, trzeba wisielca szarp­nąć za stopy, żeby zła­mać mu kark. Pozwa­lają to zro­bić jego naj­bliż­szym.

***

W pie­kar­niku czuję wła­sny smród. Kom­bi­ne­zon ter­miczny jest zro­biony z jakie­goś nano­Pla­stu i dokład­nie tak gorący, jak suge­ruje to jego potoczna nazwa. Obleka mnie szczel­nie od stóp do głów. Nic nie prze­do­staje się do środka, nic nie wycho­dzi na zewnątrz. A już z pew­no­ścią nie gorąc. Naj­gor­sze, że nie można otrzeć potu, który zalewa oczy. Pie­cze par­szy­wie, kiedy prze­siąka opa­skę na gło­wie i ścieka w dół, aż do pięt. Do tego docho­dzi smród moczu – a lać się chce, bo czło­wiek wciąga mnó­stwo wody przez rurkę do picia. Można by pew­nie zain­sta­lo­wać w pie­kar­niku cew­nik, ale wolimy śmier­dzieć.

Sam w głę­bo­kim tunelu, sły­szę w słu­chawce plot­ku­ją­cych gór­ni­ków z mojego klanu. Sie­dzę na szczy­cie świ­droSz­ponu, maszyny zbu­do­wa­nej na kształt gigan­tycz­nej meta­lo­wej łapy, która wgryza się w zie­mię. Ste­ruję jej roz­ta­pia­ją­cymi skałę pal­cami z wyście­ła­nego fotela umiesz­czo­nego na górze kadłuba, mniej wię­cej w miej­scu, w któ­rym powi­nien się znaj­do­wać staw łok­ciowy. Ręka­wice ste­row­ni­cze pozwa­lają mi kie­ro­wać mac­ko­wa­tymi świ­drami pra­cu­ją­cymi dzie­więć­dzie­siąt metrów poni­żej mojego sta­no­wi­ska. Mówi się, że palce pie­kło­nurka muszą być szyb­kie jak jęzory pło­mieni. Moje są szyb­sze.

Mimo gło­sów w uchu jestem w tunelu sam. Moje ist­nie­nie spro­wa­dza się do wibra­cji maszy­ne­rii, echa wła­snego odde­chu i upału tak gęstego i obrzy­dli­wego, jakby otu­lała mnie gruba koł­dra nasą­czona gorą­cymi szczy­nami.

Nowa struga potu prze­dziera się przez zawią­zaną na czole szkar­łatną opa­skę i spływa do oczu. Pali jak ogień. Od potu oczy przy­bie­rają inten­sywny czer­wony kolor, nie­wiele róż­niący się od rdza­wego odcie­nia moich wło­sów. Daw­niej pró­bo­wa­łem odru­chowo ocie­rać czoło, ale tylko darem­nie dra­pa­łem pal­cami po prze­zro­czy­stej osło­nie twa­rzy. Mimo to znów mam ochotę to zro­bić. Minęły trzy lata, a łasko­ta­nie i pie­cze­nie potu w oczach wciąż jest dla mnie udręką.

Wokół mojego fotela ściany tunelu pła­wią się w siar­ko­wo­żół­tym świe­tle pier­ście­nia lamp. Zadzie­ram głowę: świa­tło sięga nie­zbyt daleko w górę, w głąb wąskiego pio­no­wego szybu, jaki dziś wyry­łem. Bez­cenny hel-3 lśni jak roz­to­pione sre­bro, ja jed­nak wpa­truję się w cie­nie, szu­kam w nich żmij jaski­nio­wych, które wiją się w ciem­no­ściach w poszu­ki­wa­niu cie­pła mojej maszyny. Potra­fią się też wgryźć w kom­bi­ne­zon, prze­bić powłokę ochronną, a potem w naj­cie­plej­szym miej­scu, jakie znajdą – naj­czę­ściej w twoim brzu­chu – zło­żyć jaja. Prze­ży­łem takie uką­sze­nie. Wciąż cza­sem śni mi się ten stwór, czarny i ośli­zły jak struga ropy. Doro­sła żmija jaski­niowa może być gruba jak męskie udo i długa jak trzech ludzi posta­wio­nych jeden na dru­gim, ale my bar­dziej oba­wiamy się mło­dych oka­zów, które nie nauczyły się jesz­cze gospo­da­ro­wać jadem. Są podobne do mnie: ich przod­ko­wie rów­nież przy­byli z Ziemi, a potem prze­szli prze­mianę w głę­bo­kich mar­sjań­skich tune­lach.

W tune­lach jest tro­chę upior­nie. Bar­dzo samot­nie. Poza hur­go­tem świ­dra sły­szę głosy przy­ja­ciół. Wszy­scy są ode mnie starsi. Nie widzę ich jed­nak, zawie­szo­nych w ciem­no­ściach pół kilo­me­tra nad moją głową. Pra­cują wysoko, bli­sko wlotu wydrą­żo­nego przeze mnie tunelu; zwie­szają się przy ścia­nach na linach z kotwicz­kami i pozy­skują hel-3 z pomniej­szych żył. Metro­wej dłu­go­ści świ­drami wże­rają się w skałę. Ich robota wymaga obłą­kań­czej zręcz­no­ści i koor­dy­na­cji, ale to ja zara­biam na chleb dla nas wszyst­kich. Jestem pie­kło­nur­kiem, a do tego potrzeba spe­cy­ficz­nych pre­dys­po­zy­cji. Nikt nie pamięta młod­szego pie­kło­nurka ode mnie.

Od trzech lat pra­cuję w kopalni. Zaczyna się w wieku trzy­na­stu lat: możesz ruchać, to możesz i wier­cić. Tak przy­naj­mniej mawiał stryj Narol. Tylko że ja oże­ni­łem się dopiero przed sze­ścioma mie­sią­cami, więc nie wiem, dla­czego tak mówił.

Eo tań­czy w moich myślach, kiedy spo­glą­dam na wyświe­tlacz i pal­cami świ­droSz­ponu obej­muję nową żyłę. Eo. Cza­sem trudno mi o niej myśleć ina­czej niż jak o zapa­mię­ta­nej z dzie­ciń­stwa dziew­czynce.

Mała Eo: mikru­ska z burzą rudych wło­sów. Wła­ści­wie nawet nie rudych, raczej rdza­wo­czer­wo­nych jak skała wokół mnie. Jak nasz dom. Jak Mars. Ona też ma szes­na­ście lat. Może i jest do mnie podobna – pocho­dzi z klanu Czer­wo­nych gór­ni­ków miłu­ją­cych taniec, śpiew i zie­mię – ale spra­wia wra­że­nie, jakby była utkana z powie­trza, stwo­rzona z eteru sca­la­ją­cego pat­chwork gwiazd.

Ni­gdy nie widzia­łem gwiazd. Czer­woni z gór­ni­czych kolo­nii nie oglą­dają gwiazd.

Mała Eo. Chcieli wydać ją za mąż, kiedy skoń­czyła czter­na­ście lat, tak jak to się robi z wszyst­kimi dziew­czy­nami z kla­nów. Ona jed­nak wolała nie­do­ja­dać i cze­kać, aż skoń­czę szes­na­ście lat i osią­gnę ślu­bo­Wiek, zanim dała sobie obwią­zać palec sznu­recz­kiem. Ponoć od dziecka wie­działa, że się pobie­rzemy. Ja nie wie­dzia­łem.

– Stop. Stop. Stop! – sły­szę ostry głos stryja. – Przy­ha­muj, Dar­row.

Moje palce nie­ru­cho­mieją. Narol jest na górze, razem ze wszyst­kimi. Obser­wuje moje postępy na wyświe­tla­czu w heł­mie.

– A co, pali się? – pytam. Nie lubię, kiedy mi się prze­szka­dza.

– Mały pie­kło­nu­rek pyta, czy się pali. – Stary Bar­low par­ska śmie­chem.

– Jesz­cze nie, ale mamy tu bąbel gazu – wyja­śnia Narol. Jest bry­ga­dzi­stą naszego liczą­cego ponad dwie­ście osób zespołu. – Cze­kaj. Wezwę ska­nE­kipę, niech to zba­dają, zanim wysa­dzisz nas wszyst­kich w dia­bły.

– Mówisz o tym pur­chlu? – upew­niam się. – To maleń­stwo. Dam sobie radę.

– Rok w tej robo­cie i już mu się wydaje, że umie głowę od dupy odróż­nić! – wtrąca oschłym tonem Bar­low. – Wspo­mnij słowa naszego Zło­tego przy­wódcy, młody: cier­pli­wość i posłu­szeń­stwo. Odwaga powinna iść w parze z cier­pli­wo­ścią, a czło­wie­czeń­stwo z posłu­szeń­stwem. Słu­chaj star­szych.

Prze­wra­cam oczami, sły­sząc te mądro­ści. Gdyby starsi potra­fili to, co ja, może słu­cha­nie ich mia­łoby jakiś sens. Oni jed­nak są powolni w ruchach i ospali umy­słowo i chwi­lami odno­szę wra­że­nie, że chcie­liby, żebym był taki sam. Zwłasz­cza mój stryj.

– Świet­nie mi idzie – mówię. – Jeżeli mar­twi­cie się gazem, mogę zesko­czyć i zeska­no­wać teren ręcz­nie. Pro­sta sprawa. I szybka.

Zale­cają roz­wagę, tak jakby kie­dy­kol­wiek im się na coś zdała. Od wie­ków nie zdo­by­li­śmy Waw­rzynu.

– Chcesz, żeby Eo została wdową? – Bar­low się śmieje, trza­ski zakłó­ceń znie­kształ­cają jego głos. – Mnie to nie prze­szka­dza. Ślicz­notka z niej. Wierć sobie tam do woli, a ją zostaw mnie. Może i jestem stary i gruby, ale świ­der mam nie od parady.

Odpo­wiada mu chó­ralny wybuch śmie­chu dwu­stu gór­ni­ków nad moją głową. Bie­leją mi knyk­cie zaci­śnię­tych na ste­rach pal­ców.

– Słu­chaj stryja, Dar­row – wtrąca mój brat, Kie­ran. – Wyco­faj się, pocze­kamy na pomiary. – Jest ode mnie trzy lata star­szy i zacho­wuje się, jakby pozja­dał wszyst­kie rozumy. Że niby wie wię­cej. A tak naprawdę jest tylko do prze­sady ostrożny. – Nie ma pośpie­chu.

– Nie ma pośpie­chu?! – wście­kam się. – Prze­cież to potrwa kilka godzin! – W tej kwe­stii wszy­scy są prze­ciwko mnie. Nie mają racji, są powolni i nie poj­mują, że jeden śmiały ruch dzieli nas od Waw­rzynu. Co gor­sza, nie wie­rzą we mnie. – Tchórz z cie­bie, Narol.

Odpo­wiada mi cisza.

Nazwa­nie męż­czy­zny tchó­rzem nie jest naj­lep­szym spo­so­bem na zapew­nie­nie sobie jego życz­li­wo­ści. Nie powi­nie­nem był tak mówić.

– Pro­po­nuję, żebyś sam zro­bił skan – skrze­czy Loran, syn Narola i mój kuzyn. – Bo jak nie, to Gammy znów zgarną Waw­rzyn, już chyba setny raz.

Waw­rzyn. Dwa­dzie­ścia cztery klany w kolo­nii gór­ni­czej Lykos, jeden Waw­rzyn na kwar­tał. To wię­cej jedze­nia, niż dasz radę prze­jeść. To wię­cej szlu­gów. To impor­to­wane z Ziemi koł­dry. To bursz­ty­nowa gorzała opa­trzona zna­kiem jako­ści Wspól­noty. To zwy­cię­stwo. Gammy zdo­by­wają Waw­rzyn od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Innym, gor­szym kla­nom pozo­staje wypeł­nia­nie Normy, w zamian za co dosta­jemy w sam raz tyle, żeby nie zdech­nąć z głodu. Eo mówi, że Waw­rzyn to mar­chewka pod­su­wana nam przez Wspól­notę i zawsze zawie­szona tuż poza naszym zasię­giem, bli­sko, ale zara­zem dosta­tecz­nie daleko, żeby­śmy nie zapo­mnieli, jak nisko się znaj­du­jemy i jak nie­wiele możemy na to pora­dzić. Powin­ni­śmy być pio­nie­rami, Eo nazywa nas nie­wol­ni­kami, a ja uwa­żam, że za słabo się sta­ramy. Przez naszych star­ców ni­gdy nie podej­mu­jemy praw­dzi­wego ryzyka.

– Prze­stań już z tym Waw­rzy­nem, Loran – bur­czy stryj Narol. – Jak gaz wybuch­nie, to już do końca świata nie zdo­bę­dziemy żad­nych par­szy­wych Waw­rzy­nów.

Prze­ciąga zgło­ski, nawet przez radio nie­mal wyczu­wam bijący od niego smród gorzały. Chce wezwać ekipę pomia­rową, żeby chro­nić wła­sny tyłek. Albo się boi. Led­wie się pija­czyna uro­dził, a od razu pew­nie zlał się ze stra­chu. Co go tak prze­raża? Nasi władcy, Złoci? Ich słu­gusy, Sza­rzy? Kto to wie? Mało kto. Kogo to obcho­dzi? Pra­wie nikogo. Prawdę powie­dziaw­szy, tylko jeden czło­wiek kie­dy­kol­wiek przej­mo­wał się losem Narola. Zgi­nął, kiedy Narol uwie­sił mu się na sto­pach.

Stryj jest sła­bym czło­wie­kiem, stra­chli­wym i nie­umiar­ko­wa­nym w piciu cie­niem mojego ojca. Leni­wie, z wyraź­nym wysił­kiem mruga powie­kami, jakby bolało go otwie­ra­nie oczu i oglą­da­nie świata po raz kolejny. Nie ufam mu tutaj na dole, w kopalni, podob­nie zresztą jak wszę­dzie indziej. Ale matka każe mi go słu­chać, upo­mina mnie, żebym sza­no­wał star­szych. Mimo że mam już żonę i jestem w naszym kla­nie pie­kło­nur­kiem, stale mi powta­rza, że „moje bąble jesz­cze nie stward­niały w odci­ski”. Słu­cham jej, cho­ciaż iry­tuje mnie nie mniej niż ście­ka­jący po twa­rzy pot.

– W porządku – mru­czę.

Zaci­skam świ­droSz­pon w pięść i cze­kam, aż stryj – sie­dzący bez­piecz­nie w komo­rze ponad tune­lem – wezwie ska­nE­kipę. To potrwa. Liczę: osiem godzin do faj­rantu. Jeżeli mie­li­by­śmy poko­nać Gammy, musiał­bym od tej pory trzy­mać tempo sto pięć­dzie­siąt sześć i pół kilo na godzinę. Ska­nE­kipa będzie potrze­bo­wała dwóch i pół godziny, żeby się tu zja­wić i zro­bić swoje. Co naj­mniej. To zna­czy, że póź­niej będę musiał pom­po­wać dwie­ście dwa­dzie­ścia sie­dem i sześć dzie­sią­tych kilo­gra­mów na godzinę. Nie­wy­ko­nalne. Za to jeśli teraz nie prze­rwę roboty – chrza­nić ten uciąż­liwy skan – wygramy.

Cie­kaw jestem, czy stryj i Bar­low wie­dzą, jak nie­wiele nam bra­kuje. Pew­nie tak. I praw­do­po­dob­nie są zda­nia, że nic nie jest warte takiego ryzyka; że boska inter­wen­cja schrza­niła nasze szanse. Gammy mają Waw­rzyn, tak już jest i tak będzie zawsze. Nam, Lamb­dom, pozo­staje licha egzy­sten­cja, marna strawa i żało­śnie skromne wygody. Nie awan­su­jemy i nie upa­damy. Nie warto ryzy­ko­wać, żeby zmie­nić hie­rar­chię. Mój ojciec zna­lazł tę prawdę na końcu wisiel­czego sznura.

Nie warto ryzy­ko­wać życia. Czuję na piersi muśnię­cie ślub­nej obrączki z kosmyka wło­sów Eo i skrawka jedwa­biu, zawie­szo­nej na sznurku na szyi. Przy­po­mi­nam sobie wysta­jące żebra Eo. Jej szczu­płość staje się coraz wyraź­niej­sza, wię­cej szcze­gó­łów rysuje się pod skórą. Pój­dzie pro­sić rodziny Gamm o resztki jedze­nia. Zrobi to za moimi ple­cami, a ja udam, że o niczym nie wiem. Mimo to będziemy cho­dzić głodni. Jem za dużo, bo mam szes­na­ście lat i jesz­cze rosnę. A Eo kła­mie, kiedy twier­dzi, że ni­gdy nie miała wiel­kiego ape­tytu. Nie­które kobiety sprze­dają się za jedze­nie i używki Bla­sza­kom, czyli Sza­rym żoł­nie­rzom z gar­ni­zonu sta­cjo­nu­ją­cego w naszej małej kolo­nii. Eo nie kup­czy­łaby swoim cia­łem, żeby mnie nakar­mić… Czy na pewno? Zasta­na­wiam się nad tym. Ja bym zro­bił wszystko, żeby nie gło­do­wała.

Spo­glą­dam w dół ponad kra­wę­dzią Szponu: nic, tylko sto­piona skała i syczące wier­tła. Upa­dek na dno wyko­pa­nej przeze mnie dziury byłby długi. Zanim orien­tuję się, co jest grane, wypi­nam się z pasów, łapię ska­ner i ska­czę sto metrów w dół na spo­tka­nie ryją­cych w ziemi pal­ców. Odbi­jam się nogami na prze­mian od pio­no­wej ściany szybu i wibru­ją­cego podłuż­nego ciel­ska maszyny, żeby spo­wol­nić lot. Rzu­cam okiem, czy nie ma w pobliżu gniazda żmij, i jedną ręką łapię się wysta­ją­cej zębatki tuż powy­żej palu­chów świ­droSz­ponu. Dzie­sięć roz­pa­lo­nych wier­teł jarzy się słabą poświatą, powie­trze drży i znie­kształca obraz. Czuję ten gorąc na twa­rzy, dźga mnie w oczy, przy­pra­wia o ból brzu­cha i jąder. Drobna nie­ostroż­ność i wier­tła mogą czło­wie­kowi sto­pić kości. Ja nie jestem ostrożny. Jestem za to zwinny.

Scho­dzę niżej, opusz­czam się na rękach pomię­dzy palce machiny, żeby zna­leźć się jak naj­ni­żej, zanim spró­buję użyć ska­nera. To błąd. Żar jest nie do znie­sie­nia. Sły­szę nawo­ły­wa­nia w słu­chawce. Nie­wiele bra­kuje, żebym otarł się o wier­tło, zanim wresz­cie udaje mi się zejść bli­sko bąbla gazu. Ekran ska­nera migo­cze, auto­mat doko­nuje odczytu. Mój kom­bi­ne­zon zaczyna się goto­wać, czuję gry­zącą, słod­kawą woń, jakby przy­pa­lo­nego syropu. Dla pie­kło­nurka to zapach śmierci.

Rozdział 2. Miasteczko

2

Mia­steczko

Pie­kar­nik nie radzi sobie z tym żarem, zewnętrzna war­stwa już pra­wie prze­to­piła się na wylot, nie­długo puści także wewnętrzna. Na szczę­ście ska­ner wresz­cie miga na srebrno: mam to, po co zsze­dłem. Nie­wiele bra­ko­wało, żebym prze­ga­pił ten moment. Ze zgrozą, drę­czony zawro­tami głowy, łapię się cze­goś i pod­cią­gam wyżej, byle dalej od wier­teł. Prze­kła­dam ręce jedna nad drugą i wspi­nam się szybko, jak naj­szyb­ciej, z dala od tego gorąca. Nagle czuję opór: stopa zakli­no­wała mi się pod zębatką jed­nego z pal­ców maszyny. W panice zapiera mi dech. Zaczy­nam się bać. Pode­szwa buta topi się na moich oczach: pierw­sza war­stwa spływa, druga zaczyna wrzeć. Trze­cia w kolej­no­ści będzie moja skóra.

Zmu­szam się do głę­bo­kiego wde­chu i dła­wię wzbie­ra­jący w gar­dle krzyk. Przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież mam ostrze. Z pochwy na ple­cach wycią­gam sier­pak. Okrut­nie zakrzy­wiony nóż jest długi jak moja noga. Służy do odci­na­nia i kau­te­ry­za­cji koń­czyn zaplą­ta­nych w tryby maszy­ne­rii, w takiej wła­śnie sytu­acji jak moja. Więk­szość ludzi wpada w tym momen­cie w panikę, dla­tego paskudna pół­księ­ży­co­wata broń musi dzia­łać nie­za­wod­nie nawet w nie­po­rad­nych rękach. Może i prze­peł­nia mnie zgroza, ale na pewno nie jestem nie­po­radny. Tnę trzy razy – po nano­Pla­ście, nie po ciele. Po trze­cim cię­ciu się­gam ręką w dół i szarp­nię­ciem uwal­niam stopę. Przy tej oka­zji ocie­ram się knyk­ciami o wier­tło. Palący ból prze­szywa mi dłoń. Śmier­dzi palo­nym cia­łem, ale ja już jestem daleko i wspi­nam się coraz wyżej, coraz dalej od pie­kiel­nej spie­koty, wra­cam na swój fotel – i przez cały czas się śmieję. Chce mi się pła­kać.

Stryj miał rację, a ja się myli­łem, ale niech mnie dia­bli wezmą, jeśli kie­dy­kol­wiek się do tego przy­znam.

– Idiota. – To naj­życz­liw­szy z jego komen­ta­rzy.

– To było wariac­two! – wykrzy­kuje Loran. – Par­szywe wariac­two!

– Mini­malna ilość gazu – potwier­dzam. – Wiercę dalej, stryju.

Kiedy roz­brzmiewa gwiz­dek na faj­rant, trans­por­tery zabie­rają mój uro­bek. Wstaję z fotela, zosta­wiam świ­droSz­pon na noc w prze­past­nej dziu­rze i zaci­skam zmę­czoną rękę na linie, którą moi ludzie zrzu­cają w głąb kilo­me­tro­wego szybu. Nie bacząc na sączące się opa­rze­nie na wierz­chu dłoni, posu­wam się w górę liny, aż wydo­staję się na górę. Idę z Kie­ra­nem i Lora­nem do naj­bliż­szej gra­Windy. Żółte lampy zwie­szają się z sufitu jak pająki.

Kiedy docie­ramy na pro­sto­kątną plat­formę gra­Windy, cały mój klan i trzy­sta Gamm zdą­żyło już zaha­czyć sto­pami od spodu o meta­lową barierkę. Uni­kam stryja, który pra­wie pieni się z wście­kło­ści, ale zali­czam kil­ka­dzie­siąt klep­nięć po ple­cach za swój wyczyn. Mło­dzi, tacy jak ja, myślą, że zdo­by­li­śmy Waw­rzyn. Znają mój mie­sięczny uro­bek helu-3 i wie­dzą, że jest wyż­szy niż u Gamm. Stare balasy mam­ro­czą pod nosem i nazy­wają nas głup­cami. Cho­wam popa­rzoną dłoń, wsu­wam stopy pod barierkę.

Cią­że­nie się zmie­nia, gra­Winda wystrze­li­wuje w górę. Jakiś leszcz z klanu Gamma, który ma nie­spełna tydzień rdzy za paznok­ciami, zapo­mniał się zaha­czyć o barierkę i zawisa w powie­trzu. Winda pędzi sześć kilo­me­trów pio­nowo w górę. Strzela mi w uszach.

– Mamy tu lata­jący balas z Gammy – zwraca się Bar­low do Lambd i wybu­cha śmie­chem.

To małost­kowe, ale zawsze miło widzieć, jak Gammy coś schrza­nią. Dzięki Waw­rzy­nom dostają wię­cej jedze­nia, szlu­gów i w ogóle wszyst­kiego. My możemy tylko nimi pogar­dzać. I chyba tak wła­śnie powinno być. Cie­kawe, czy teraz to oni będą gar­dzić nami.

Co za dużo, to nie­zdrowo. Łapię mało­lata za rdza­wo­czer­wony kom­bi­ne­zon i ścią­gam go na pod­łogę. Mało­lat, śmie­chu warte. Jest naj­wy­żej trzy lata młod­szy ode mnie. Jest też śmier­tel­nie zmę­czony, ale na widok krwi­stej czer­wieni mojego pie­kar­nika sztyw­nieje, odwraca wzrok… i jako jedyny dostrzega opa­rze­nie na mojej dłoni. Mru­gam do niego i mam wra­że­nie, że wła­śnie zesrał się w pie­kar­nik. Każ­demu się zda­rza. Pamię­tam swoje pierw­sze spo­tka­nie z pie­kło­nur­kiem. Wtedy wydał mi się bogiem.

Dziś już nie żyje.

Na górze, w punk­cie prze­siad­ko­wym – prze­past­nej sza­rej komo­rze z betonu i metalu – zdej­mu­jemy hełmy i chło­niemy świeże, chłodne powie­trze świata nie­skoń­cze­nie odle­głego od roz­ta­pia­ją­cych skałę wier­teł. Od naszego potu jaski­nia szybko zaczyna śmier­dzieć jak sracz. W oddali widać świa­tła: to sygnał, żeby nie zbli­żać się do torów pociągu magne­tycz­nego po dru­giej stro­nie komory.

Nie­równa kolumna rdza­wych pie­kar­ni­ków rusza w stronę pociągu. Nie mie­szamy się z Gam­mami: połowa z nas ma wyma­lo­wane czer­woną farbą na ple­cach wiel­kie L jak „Lambda”, połowa trzcinę, sym­bol Gamm. Do tego dwaj szkar­łatni bry­ga­dzi­ści. I dwaj czer­woni jak krew pie­kło­nur­ko­wie.

Oddział Bla­sza­ków mie­rzy nas wzro­kiem, gdy tak drep­czemy po wydep­ta­nej beto­no­wej posadzce. Duro­Zbroje Sza­rych są pospo­lite, zno­szone, rów­nie nie­chlujne jak ich fry­zury. Zatrzy­ma­łyby pchnię­cie noża, może nawet sztych ostrza jono­wego, ale nóż impul­sowy albo brzy­twa cię­łyby je jak papier. Jed­nak taką broń widu­jemy tylko w holo­Puszce. Sza­rym nie chce się nawet urzą­dzać pokazu siły, nie się­gają po zawie­szone u pasa grom­niki. Wie­dzą, że nie będą musieli ich użyć.

Posłu­szeń­stwo jest naj­wyż­szą cnotą.

Dan Paskuda – kapi­tan Sza­rych, ośli­zły skur­wiel – rzuca we mnie kamy­kiem. Skórę ma pociem­niałą od słońca. Włosy, szare jak u wszyst­kich z jego Koloru, w rzad­kich strą­kach opa­dają mu na oczy: dwie kostki lodu obto­czone w popiele. Pie­czę­cie jego Koloru – szare, kan­cia­ste, sty­li­zo­wane cyfry 4 z kil­koma pozio­mymi bel­kami – wid­nieją na jego dło­niach i nad­garst­kach. Okrutny i surowy, jak wszy­scy Sza­rzy.

Podobno ścią­gnęli go z frontu w Eura­zji (gdzie­kol­wiek to jest) po tym, jak został inwa­lidą, a nie chcieli mu kupić nowej ręki. Dostał stary zamien­nik. Nie lubi, jak mu się o nim przy­po­mina – dla­tego bar­dzo dbam o to, żeby teraz zauwa­żył, jak obrzu­cam jego rękę zna­czą­cym spoj­rze­niem.

– Widzę, że mia­łeś eks­cy­tu­jący dzień, kocha­niutki. – Jego głos jest ciężki i zatę­chły jak powie­trze wewnątrz mojego pie­kar­nika. – Wielki z cie­bie boha­ter, nie, Dar­row? Zawsze wie­dzia­łem, że zosta­niesz boha­terem.

– Praw­dzi­wym boha­te­rem jesteś ty. – Ruchem głowy wska­zuję jego rękę.

– Pew­nie myślisz, że jesteś cwany, co?

– Gdzie tam, zwy­kły Czer­wony ze mnie.

Mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo.

– Pozdrów ode mnie swoją pta­szynę. Faj­niutka jest, w sam raz, żeby ją prze­świ­nić. – Obli­zuje zęby. – Dobrze mówię, Rdzawy?

– W życiu nie widzia­łem ptaka.

Poza hP.

– A to ci dopiero… – Par­ska śmie­chem. – Cze­kaj no, dokąd się wybie­rasz? – pyta, kiedy chcę odejść. – Nie powi­nie­neś pokło­nić się lep­szym od sie­bie?

I rży do swo­ich kum­pli.

Nie­zra­żony jego szy­der­stwem, kła­niam się nisko. Na ten widok mój stryj znie­sma­czony odwraca wzrok.

Zosta­wiamy Sza­rych za sobą. Nie prze­szka­dza mi kła­nia­nie się, ale gdy tylko trafi mi się oka­zja, naj­praw­do­po­dob­niej pode­rżnę gar­dło Danowi Pasku­dzie.

Rów­nie dobrze mógł­bym powie­dzieć, że polecę sobie dewa­sta­to­rem na Wenus, jeśli tylko naj­dzie mnie taka chęć.

– Hej, Dago! – woła Loran do pie­kło­nurka z klanu Gamma. – Dago! – Facet jest żywą legendą, inni przy nim to gwiazdy jed­nego sezonu. Mogę stać się lep­szy od niego. – Ile uko­pa­łeś?

Dago, który zamiast twa­rzy ma jasny pas sta­rej skóry z per­ma­nent­nym zna­czą­cym uśmiesz­kiem, zapala dłu­giego szluga i wydmu­chuje chmurę dymu.

– Nie wiem – odpo­wiada, prze­cią­ga­jąc słowa.

– No dalej, powiedz.

– Nie obcho­dzi mnie to. Goła liczba nic nie zna­czy, Lambdo.

– Aku­rat, nic nie zna­czy! Ile uko­pał przez tydzień? – woła Loran, kiedy paku­jemy się do pociągu.

Wszy­scy zapa­lają szlugi i cią­gną gorzałę, ale słu­chają z uwagą.

– Dzie­więć tysięcy osiem­set dwa­dzie­ścia jeden kilo – chełpi się jakiś Gamma.

Sły­sząc to, roz­pie­ram się wygod­nie i uśmie­cham. Młod­sze Lambdy wiwa­tują, star­szy­zna sie­dzi cicho, a ja zaczy­nam się zasta­na­wiać, co w tym mie­siącu Eo zrobi z cukrem. Ni­gdy wcze­śniej nie zapra­co­wa­li­śmy na cukier, co naj­wy­żej uda­wało nam się go wygrać w karty. Tak samo owoce. Podobno za Waw­rzyn dostaje się owoce. Eo pew­nie rozda je głod­nym dzie­ciom, żeby poka­zać Wspól­no­cie, że nie potrze­buje od niej żad­nych nagród. A ja? Ja bym wolał zjeść owoce i bawić się w poli­tykę z peł­nym żołąd­kiem. Ona jed­nak kocha idee, a ja nie kocham niczego poza nią.

– I tak nie wygra­cie – cedzi słowa Dago. Pociąg rusza. – Dar­row to szcze­niak, ale bystry. Wie, że mam rację. Dobrze mówię, Dar­row?

– Młody czy nie, tym razem sko­pię ci to pomarsz­czone dup­sko.

– Jesteś pewien?

– Jesz­cze jak. – Mru­gam do niego i posy­łam mu całusa. – Waw­rzyn jest nasz. Tym razem to wy przy­śle­cie swoje sio­stry do naszego mia­steczka po cukier.

Moi przy­ja­ciele śmieją się gło­śno i z ucie­chy kle­pią heł­mami po udach.

Dago przy­gląda mi się przez długą chwilę, w końcu zaciąga się dymem. Szlug roz­bły­skuje jasno i szybko się spala.

– To jesteś ty – mówi. W pół minuty ze szluga zostaje pusta sko­rupa.

***

Wysia­damy całą ekipą i lej­ko­wa­tym wej­ściem wci­skamy się do Myjni. Zimne, zatę­chłe wnę­trze pach­nie dokład­nie tym, czym jest: cia­sną meta­lową budą, gdzie tysiące męż­czyzn zdej­mują pie­kar­niki, w któ­rych przez kilka godzin pocili się i sikali, i idą wziąć powietrzny prysz­nic.

Roz­bie­ram się, nakła­dam jeden z naszych czep­ków i nago wcho­dzę do naj­bliż­szej prze­zro­czy­stej rury. W Myjni są takich kabin dzie­siątki, usta­wio­nych w rów­nych rzę­dach. Nie ma mowy o żad­nych tań­cach i fikoł­kach, jest tylko wspól­nota zmę­cze­nia i ciche kla­ska­nie dłoni o uda w ryt­mie wyzna­cza­nym przez szum prysz­ni­co­wych dysz.

Drzwi mojej rury zamy­kają się za mną z sykiem, tłu­miąc dźwięki muzyki. Z sil­nika dobiega zna­jome bucze­nie, kabina wibruje od zmiany ciśnie­nia i z gło­śnym rykiem bucha na mnie z góry potężny podmuch powie­trza nasy­co­nego czą­stecz­kami anty­bak­te­ryj­nymi. Zmywa ze mnie mar­twy naskó­rek i brud i spy­cha je do umiesz­czo­nego w dnie odpływu. To boli.

Potem roz­staję się z Kie­ra­nem i Lora­nem: idą na Bło­nia, żeby popić i potań­czyć w knaj­pach przed ofi­cjal­nym roz­po­czę­ciem tań­ców na Świę­cie Waw­rzynu. O pół­nocy Bla­szaki ogło­szą zwy­cięz­ców i zaczną wydzie­lać jedze­nie, a my, pra­cow­nicy dzien­nej zmiany, będziemy tań­czyć i wcze­śniej, i póź­niej.

Według legendy bóg Mars był ojcem łez oraz wro­giem tańca i lutni. Co do pierw­szego – pełna zgoda. Jed­nakże dla nas, miesz­kań­ców Lykos, jed­nej z pierw­szych pod­ziem­nych kolo­nii na Mar­sie, naj­waż­niej­sze są rodzina, taniec i śpiew. Dla­tego plu­jemy na tę legendę i two­rzymy wła­sne przy­na­leżne nam prawa. To jedyna forma oporu wobec rzą­dzą­cej nami Wspól­noty. Buduje naszą toż­sa­mość. Nikogo nie inte­re­suje, czy tań­czymy i śpie­wamy, byle­śmy posłusz­nie kopali. Byle­śmy przy­go­to­wy­wali pla­netę dla nich wszyst­kich. Aby­śmy jed­nak nie zapo­mnieli, gdzie nasze miej­sce, jed­nego tańca i jed­nej pie­śni zaka­zali nam pod karą śmierci.

Dla mojego ojca to był ostatni taniec w życiu. Ja widzia­łem go tylko raz, tak jak tylko raz sły­sza­łem tę pieśń. Nie rozu­mia­łem jej wtedy, byłem mały, nie wie­dzia­łem, o co cho­dzi z tymi odle­głymi doli­nami, mgłą, utra­co­nymi kochan­kami i żni­wia­rzem, który ma nas zapro­wa­dzić do naszego nie­wi­dzial­nego domu. Byłem mały i cie­kaw­ski, gdy śpie­wała ją kobieta, któ­rej syna powie­szono za kra­dzież jedze­nia. Wyrósłby na wyso­kiego chło­paka, ale stale nie­do­ja­dał i nie mógł oblec kości w ciało. Potem zmarła jego matka. Miesz­kańcy Lykos ode­grali dla nich Gasnący Tren, tra­giczne poże­gna­nie pole­ga­jące na ude­rza­niu pię­ścią w pierś coraz sła­biej i sła­biej, aż w końcu pię­ści prze­stają bić, tak jak wcze­śniej prze­stało bić serce, i wszy­scy się roz­cho­dzą.

Tam­tej nocy ten dźwięk mnie prze­śla­do­wał. Pła­ka­łem samot­nie w naszej małej kuchni i zacho­dzi­łem w głowę, dla­czego lamen­tuję wła­śnie teraz, skoro nie opła­ki­wa­łem ojca. Leżąc na zim­nej posadzce, usły­sza­łem ciche skro­ba­nie do drzwi. Kiedy je otwo­rzy­łem, nie było za nimi żywej duszy. Został tylko zło­żony w czer­wo­nym kurzu pączek heman­tusa i odci­ski drob­nych stóp Eo. Wtedy po raz drugi przy­nio­sła kwiaty po czy­jejś śmierci.

Ponie­waż śpiew i taniec mamy we krwi, nie powinno chyba dzi­wić, że to wła­śnie one pierw­szy raz uświa­do­miły mi, że kocham Eo. Nie Małą Eo, nie dziew­czynkę, którą była daw­niej, lecz Eo taką, jaka jest dziś. Ona twier­dzi, że kochała mnie już wcze­śniej, przed egze­ku­cją mojego ojca, ale dopiero w zady­mio­nej tawer­nie, kiedy śle­dzi­łem wir jej rudych wło­sów, ruch jej stóp do wtóru cytry i koły­sa­nie bio­der w ryt­mie bęb­nów, moje serce na moment prze­stało bić. Nie musiała krę­cić salt i gwiazd ani popi­sy­wać się nie­mą­drze, jak to mło­dzi mają w zwy­czaju. Poru­szała się z wdzię­kiem i dumą. Beze mnie nie chciała jeść. Ja bez niej nie chcia­łem żyć.

Wyśmia­łaby mnie, że tak mówię, ale jest duchem naszego ludu. Życie roz­dało nam marne karty. Musimy się poświę­cać dla dobra męż­czyzn i kobiet, któ­rych nie znamy. Musimy kopać, żeby przy­go­to­wać Marsa dla innych. Nie­któ­rzy z nas snują z tego powodu paskudne myśli, ale dobroć Eo, jej życz­li­wość, śmiech i nie­złom­ność to naj­lep­sze, co może zro­dzić dom taki jak nasz.

Szu­kam jej w mia­steczku, w któ­rym mieszka boczna linia naszej rodziny, nie­cały kilo­metr tune­lem od Błoń. To jedna z dwu­dzie­stu kilku osad roz­sia­nych wokół Błoń, sku­pi­sko domów wyku­tych w skal­nych ścia­nach daw­nej kopalni przy­wo­dzące na myśl psz­czele gniazdo. Kamień i zie­mia są naszymi sufi­tami, pod­ło­gami, naszym domem. Cały klan jest jedną wielką rodziną. Eo wycho­wała się w domu odle­głym o rzut kamie­niem od mojego. Jej bra­cia są mi braćmi. Jej ojciec zastę­puje mi ojca, któ­rego stra­ci­łem.

Pod skle­pie­niem jaskini bie­gnie masa splą­ta­nych prze­wo­dów elek­trycz­nych przy­po­mi­na­jąca gąszcz czarno-czer­wo­nych pną­czy. Zwie­sza­jące się z tego gąsz­czu lampy koły­szą się lekko w powie­wach z cen­tral­nego sys­temu napo­wie­trza­nia Błoń. W samym środku mia­steczka zawie­szona jest gigan­tyczna holo­Puszka, sze­ścienna skrzy­nia z ekra­nami na czte­rech bocz­nych ścia­nach. Część pik­seli się nie wyświe­tla, obraz jest wybla­kły i nie­wy­raźny, ale hP działa non stop, ni­gdy nie gaśnie. Nasze domy toną w bla­dej poświa­cie emi­to­wa­nego przez Wspól­notę prze­kazu wideo.

Mój rodzinny dom wykuto w skale na wyso­ko­ści stu metrów. Pro­wa­dzi do niego stroma ścieżka. Na wyż­sze poziomy mia­steczka można się rów­nież dostać za pomocą sys­temu lin i wie­lo­krąż­ków, ale uży­wają ich wyłącz­nie sta­rzy i cho­rzy – a jed­nych i dru­gich jest u nas nie­wielu.

W domu jest mało poko­jów, dopiero od nie­dawna dosta­li­śmy z Eo jeden na wła­sność. Kie­ran z rodziną zaj­mują dwa, moja matka z sio­strą dzielą ostatni, czwarty.

Wszyst­kie Lambdy w Lykos miesz­kają w naszym mia­steczku. Minutkę spa­ce­rem w jedną lub drugą stronę żyją nasi sąsie­dzi – Omegi i Epsi­lony. Wszy­scy jeste­śmy połą­czeni, wszy­scy poza Gam­mami. Gammy miesz­kają na Bło­niach, ponad tawer­nami, warsz­ta­tami, skle­pami z jedwa­biem i baza­rami. Twier­dzę ulo­ko­waną jesz­cze wyżej, bar­dzo bli­sko powierzchni naszego suro­wego świata, zaj­mują Bla­szaki. A na powierzchni znaj­dują się porty, przez które dostar­czana jest z Ziemi żyw­ność dla nas, porzu­co­nych pod powierzch­nią pio­nie­rów.

Obrazy daw­nych hero­icz­nych mozo­łów ludz­ko­ści ustę­pują w holo­Puszce miej­sca wizjom trium­fów Wspól­noty zilu­stro­wa­nym pod­nio­słą muzyką. Na ekra­nie pło­nie sym­bol Wspól­noty, wpi­sana w krąg złota pira­mida z wyra­sta­ją­cymi z jej boków trzema rów­no­le­głymi bel­kami. Głos Octa­vii au Lune, wie­ko­wej Suwe­renki, opo­wiada o zma­ga­niach czło­wieka z naturą pod­czas kolo­ni­za­cji pla­net i księ­ży­ców Układu.

– Od zara­nia dzie­jów rodzaj ludzki roz­dzie­rały walki ple­mienne. Histo­ria ludz­ko­ści jest histo­rią zma­gań, ofiar­no­ści, śmia­ło­ści do łama­nia natu­ral­nych gra­nic. Dziś jeste­śmy zjed­no­czeni mocą obo­wiązku i posłu­szeń­stwa, lecz nasza walka trwa. Od synów i córek wszyst­kich Kolo­rów po raz kolejny wymaga się poświę­ce­nia. Oto w naszej naj­wspa­nial­szej godzi­nie roz­sie­wamy nasze naj­lep­sze ziarna pośród gwiazd. Gdzie roz­kwit­niemy naj­wcze­śniej – na Wenus? Mer­ku­rym? Mar­sie? Na księ­ży­cach Nep­tuna i Jowi­sza?

W jej gło­sie brzmią uro­czy­ste nuty, kró­lew­ska twarz spo­gląda na nas z wyżyn hP, na wierz­chach dłoni mieni się sym­bol Zło­tych – skrzy­dlaty krąg z kropką w środku. Tylko jedna nie­do­sko­na­łość psuje jej złote obli­cze: długa pół­księ­ży­co­wata bli­zna na pra­wej kości policz­ko­wej. Jest piękna urodą okrut­nego ptaka dra­pież­nego.

– Wy, dzielni Czer­woni, mar­sjań­scy pio­nie­rzy, naj­sil­niejsi przed­sta­wi­ciele rodzaju ludz­kiego, poświę­ca­cie się w imię postępu i toru­je­cie drogę przy­szło­ści. Wasze życie i wasza krew są zaliczką na poczet przy­szłej nie­śmier­tel­no­ści naszej rasy, kiedy się­gniemy dalej niż Zie­mia i Księ­życ. Uda­li­ście się tam, gdzie inni nie mogli. Cier­pi­cie, żeby inni nie musieli. Oddaję wam hołd. Kocham was. Wydo­by­wany przez was hel-3 ma fun­da­men­talne zna­cze­nie dla pro­cesu ter­ra­for­mo­wa­nia. Nie­ba­wem powie­trze Czer­wo­nej Pla­nety sta­nie się zdatne do oddy­cha­nia, a jej zie­mia podatna na uprawę. Wkrótce dzięki wam, dziel­nym pio­nie­rom, któ­rzy przy­go­to­wu­je­cie Marsa dla nas, słab­szych Kolo­rów, będziemy mogli dołą­czyć do was pod nie­bem będą­cym dzie­łem waszej znoj­nej pracy. Zasłu­gu­je­cie na nasz naj­wyż­szy sza­cu­nek. Wasz pot i krew są pali­wem ter­ra­for­mo­wa­nia. Nie zapo­mi­naj­cie, śmiali pio­nie­rzy, że posłu­szeń­stwo jest naj­wyż­szą cnotą. Nade wszystko liczy się posłu­szeń­stwo, sza­cu­nek, poświę­ce­nie, hie­rar­chia…

W kuchni nikogo nie zastaję, ale sły­szę głos Eo dobie­ga­jący z sypialni:

– Zatrzy­maj się tam, gdzie jesteś! – woła przez zamknięte drzwi. – Pod żad­nym pozo­rem nie zaglą­daj do mnie!

– W porządku – mówię i nie­ru­cho­mieję.

Wycho­dzi po minu­cie, zaru­mie­niona i zmie­szana. Włosy ma splą­tane, przy­ku­rzone i okryte paję­czyną. Prze­cze­suję je pal­cami. Przy­szła pro­sto z Paję­czarni, gdzie zbiera się bio­Je­dwab.

– Nie byłaś w Myjni – zauwa­żam z uśmie­chem.

– Nie zdą­ży­łam. Musia­łam szybko zwi­nąć się z Paję­czarni, żeby coś ode­brać.

– A co takiego?

– Pamię­taj: nie dla­tego się ze mną oże­ni­łeś, że o wszyst­kim ci mówię – odpo­wiada ze słod­kim uśmie­chem. – I nie wchodź do pokoju.

Rzu­cam się do drzwi. Zastę­puje mi drogę, prze­pa­skę ściąga mi z czoła na oczy i głową napiera na moją pierś. Wybu­cham śmie­chem, popra­wiam prze­pa­skę, łapię Eo za ramiona i odsu­wam ją na odle­głość wypro­sto­wa­nych ramion, żeby móc spoj­rzeć jej w oczy.

– Bo co? – pytam, uno­sząc jedną brew.

W odpo­wie­dzi tylko z uśmie­chem prze­krzy­wia głowę. Odsu­wam się od meta­lo­wych drzwi. Potra­fię bez mru­gnię­cia okiem zanur­ko­wać w szy­bie peł­nym roz­to­pio­nej skały, ale nie­które sygnały ostrze­gaw­cze można zigno­ro­wać, a innych nie.

Eo wspina się na palce i cmoka mnie w czu­bek nosa.

– Grzeczny chłop­czyk, wie­dzia­łam, że łatwo dasz się wytre­so­wać. – Marsz­czy nos: zale­ciał ją zapach mojego opa­rze­nia. Nie pró­buje mnie utu­lić ani zru­gać, z led­wie uchwytną nutą zatro­ska­nia w gło­sie mówi tylko: – Kocham cię.

Wybiera sto­pione kawałki pie­kar­nika z rany, która sięga od knykci po prze­gub dłoni, po czym nakłada cia­sny opa­tru­nek z anty­bio­ty­kiem i neu­ro­nu­kle­iną.

– Skąd go masz? – pytam.

– Ja ci nie pra­wię kazań, ty nie pytasz, co jest grane.

Całuję ją w nos i sku­bię ple­cionkę z wło­sów, którą nosi na ser­decz­nym palcu. Moje włosy prze­mie­szane ze skraw­kami jedwa­biu: oto jej obrączka ślubna.

– Dziś wie­czo­rem mam dla cie­bie nie­spo­dziankę – oznaj­mia.

– A ja dla cie­bie – odpo­wia­dam, mając na myśli Waw­rzyn.

Nakła­dam jej swoją opa­skę na głowę jak koronę. Krzywi się, opa­ska jest wil­gotna.

– Prawdę mówiąc – odzywa się – mam dla cie­bie dwie nie­spo­dzianki, Dar­row. Szkoda, że nie wie­dzia­łeś wcze­śniej, mógł­byś mi przy­nieść kostkę cukru, saty­nowe prze­ście­ra­dło albo… może nawet kawę oprócz tego pierw­szego pre­zentu?

– Kawę! – Śmieję się. – Nie pomie­szało ci się coś? Za jaki Kolor wyszłaś za mąż?

– Z nurka nie ma żad­nego pożytku. – Wzdy­cha ciężko. – Żad­nego. Szur­nięty, uparty, poryw­czy…

– Zręczny? – pod­po­wia­dam z figlar­nym uśmie­chem i wsu­wam dłoń z boku pod jej spód­nicę.

– To rze­czy­wi­ście może być zaleta. – Uśmie­cha się i strąca moją rękę jak pająka. – Załóż ręka­wiczki, jeśli nie chcesz słu­chać bab­skiego wyrze­ka­nia. Twoja matka już wyszła.

Rozdział 3. Wawrzyn

3

Waw­rzyn

Trzy­ma­jąc się za ręce, idziemy wśród innych miesz­kań­ców naszego mia­steczka tune­lami pro­wa­dzą­cymi na Bło­nia. Mono­tonny głos Luny pły­nie z góry, z wysoka, nad­zwy­czaj sto­sow­nie w wypadku Zło­to­gło­wych (Aureu­sów, wedle ofi­cjal­nego nazew­nic­twa). W hP poka­zują maka­bryczne zdję­cia z zama­chu ter­ro­ry­stycz­nego: bomba zabiła Czer­woną ekipę gór­ni­czą i zespół Poma­rań­czo­wych tech­ni­ków. Oskarża się Synów Aresa. Na ekra­nie pło­nie ich dzi­waczny sym­bol, okrutny hełm ze sło­neczną koroną kol­ców na szczy­cie. Kolce ocie­kają krwią. Obrazy oka­le­czo­nych dzieci. Synów Aresa potę­pia się i nazywa dzi­kimi mor­der­cami i siew­cami cha­osu. Sza­rzy poli­cjanci i żoł­nie­rze uprzą­tają gruz. Obsy­dia­nowi żoł­nie­rze – jest ich dwoje, męż­czy­zna i kobieta, praw­dziwi olbrzymi, nie­mal dwa razy więksi ode mnie – do spółki ze zwin­nymi Żół­tymi medy­kami wyno­szą ran­nych.

W Lykos nie ma Synów Aresa, nie dotyka nas ich daremna wojna, a mimo to po raz kolejny ogła­sza się nagrodę za udzie­le­nie infor­ma­cji o Are­sie, królu ter­ro­ry­stów. Sły­sze­li­śmy to wezwa­nie tysiąc razy i wciąż brzmi ono nie­rze­czy­wi­ście. Syno­wie Aresa uwa­żają, że jeste­śmy źle trak­to­wani, dla­tego prze­pro­wa­dzają zama­chy bom­bowe. To bez­sen­sowny gniew. Wszel­kie doko­nane przez nich znisz­cze­nia opóź­niają przy­go­to­wa­nie Marsa dla innych Kolo­rów. Szko­dzą ludz­ko­ści.

W tune­lach chło­paki rywa­li­zują o to, który dosko­czy do sufitu, a rado­sny tłum z mia­steczka pły­nie naprzód, na tańce. Śpie­wamy przy tym pieśń na Święto Waw­rzynu, pory­wa­jącą histo­rię męż­czy­zny, który znaj­duje swoją oblu­bie­nicę na polu złota. Salwy śmie­chu kwi­tują poczy­na­nia naj­młod­szych chłop­ców, któ­rzy pró­bują bie­gać po ścia­nach albo krę­cić serie salt, by osta­tecz­nie wylą­do­wać na tyłku albo zostać poko­na­nym przez dziew­czynę.

Długi kory­tarz jest oświe­tlony sznu­rem świa­teł. W oddali pod­pity stryj Narol – stary, bo już trzy­dzie­sto­pię­cio­letni – gra na cytrze ku ucie­sze dzie­cia­ków, które tań­czą i plą­czą mu się pod nogami. Nawet on nie może wiecz­nie cho­dzić nachmu­rzony. Instru­ment ma zawie­szony na pasach prze­cho­dzą­cych przez ramiona i oparty poziomo na bio­drach, tak że pla­sti­kowa płyta rezo­nan­sowa i liczne naprę­żone meta­lowe struny są zwró­cone ku górze. Pra­wym kciu­kiem brzdąka po wszyst­kich stru­nach melo­dycz­nych, z rzadka tylko wybiera i szar­pie pal­cem wska­zu­ją­cym jedną z nich, jed­no­cze­śnie lewą dło­nią trąca poje­dyn­cze struny basowe. Wydo­by­cie z cytry melo­dii, która nie byłaby roz­pacz­li­wie żałobna, jest nie­zwy­kle trudne, ale palce stryja Narola radzą sobie z tym dosko­nale. Spod moich zawsze płyną tra­giczne tony.

Daw­niej przy­gry­wał mi i uczył tań­ców, któ­rych ojciec nie zdą­żył mi poka­zać. Nauczył mnie nawet tańca zaka­za­nego, tego, za który grozi śmierć. Spo­ty­ka­li­śmy się w sta­rej kopalni. Okła­dał mnie trzcinką po kost­kach tak długo, aż z uda­ją­cym miecz meta­lo­wym prę­tem w ręce nauczy­łem się bez­błęd­nie krę­cić piru­ety. Wtedy cało­wał mnie w czoło i mówił, że jestem nie­odrod­nym synem swo­jego ojca. To on nauczył mnie ruchów, które póź­niej, gdy w tune­lach bawi­łem się z innymi dzie­cia­kami w berka i cho­wa­nego, pozwa­lały mi wycho­dzić z tych zma­gań zwy­cię­sko.

– Złoci tań­czą w parach. Obsy­dia­nowi trój­kami, a Sza­rzy tuzi­nami – tłu­ma­czył mi. – My tań­czymy poje­dyn­czo, bo pie­kło­nu­rek pra­cuje sam i tylko w poje­dynkę chło­piec może stać się męż­czy­zną.

Tęsk­nię za tam­tymi cza­sami, kiedy byłem dosta­tecz­nie młody, żeby nie mieć mu za złe odde­chu cuch­ną­cego gorzałą. Mia­łem jede­na­ście lat – to było zale­d­wie pięć lat temu, a mam wra­że­nie, jakby działo się w innym życiu.

Lambdy pokle­pują mnie po ple­cach, nawet Varlo, pie­karz, pozdra­wia mnie unie­sie­niem brwi i rzuca Eo boche­nek chleba. Na pewno sły­szeli o Waw­rzy­nie. Eo chowa chleb na póź­niej i spo­gląda na mnie pyta­jąco.

– Cie­szysz się jak głupi. – Szczy­pie mnie w bok. – Co zma­lo­wa­łeś?

Wzru­szam ramio­nami i pró­buję zetrzeć uśmiech z twa­rzy. Bez­sku­tecz­nie.

– Widzę, że jesteś z cze­goś ogrom­nie dumny – nie ustę­puje Eo.

Obok nas drep­czą syn i córka Kie­rana: trzy­let­nie bliź­nięta mają dość krzepy w nóż­kach, żeby wyprze­dzić żonę Kie­rana i moją matkę.

Matka uśmie­cha się jak kobieta, która widziała, co świat ma jej do zaofe­ro­wa­nia, i jest – w naj­lep­szym wypadku – zde­pry­mo­wana.

– Popa­rzy­łeś się, kocha­nie – mówi na widok moich ręka­wi­czek. Iro­nicz­nie cedzi słowa.

– Zro­bił mu się pęcherz – potwier­dza Eo. – Paskudny.

Matka wzru­sza ramio­nami.

– Jego ojciec wra­cał do domu w gor­szym sta­nie.

Obej­muję ją ramie­niem. Schu­dła od czasu, kiedy uczyła mnie – tak jak wszyst­kie matki uczą swo­ich synów – pie­śni naszego ludu.

– Czyż­bym sły­szał w twoim gło­sie nutę zatro­ska­nia? – pytam.

– Zatro­ska­nie? U mnie? Nie­mą­dry z cie­bie dzie­ciak.

Wzdy­cha i uśmie­cha się lekko. Cmo­kam ją w poli­czek.

Zanim docie­ramy na Bło­nia, połowa kla­nów jest już wsta­wiona. Kochamy nie tylko taniec, ale także gorzałę. Bla­szaki nie robią nam z tego powodu kło­po­tów. Powieś czło­wieka bez powodu, a mia­steczka co naj­wy­żej tro­chę pogde­rają. Ale spró­buj nas przy­mu­sić do trzeź­wo­ści, to będziesz miał sprzą­ta­nia na cały par­szywy mie­siąc. Eo uważa, że gren­del – grzyb, który desty­lu­jemy – nie jest rośliną mar­sjań­ską, tylko został tu spro­wa­dzony spe­cjal­nie po to, żeby nas znie­wo­lić. Wraca do tego tematu za każ­dym razem, gdy moja matka wypusz­cza nową par­tię gorzały – na co matka wychyla kie­li­szek i odpo­wiada:

– Wolę, żeby rzą­dził mną tru­nek niż facet. To słod­sze więzy.

A będą sma­ko­wać jesz­cze sło­dziej po dopra­wie­niu syro­pami, które znaj­dziemy w Waw­rzy­no­wych skrzyn­kach, spe­cjal­nie aro­ma­ty­zo­wa­nymi do alko­holu: o smaku jagody i cze­goś, co się nazywa cyna­mon. Może nawet dostanę nową cytrę, tym razem z drewna, nie z metalu. Cza­sem dają nowe cytry. Moja jest już stara i sfa­ty­go­wana, zbyt długo na niej gram. Nale­żała do mojego ojca.

Dobie­ga­jąca z Błoń muzyka przy­biera na sile: rubaszne dźwięki zaim­pro­wi­zo­wa­nej per­ku­sji i lament cytr. Mie­szamy się z Ome­gami i Epsi­lo­nami i weso­łym, roz­ko­ły­sa­nym tłu­mem zmie­rzamy w stronę tawern. Przez ich pootwie­rane na oścież drzwi dym i zgiełk roz­pły­wają się po całym placu. Sto­liki roz­sta­wiono na jego obrze­żach, zosta­wia­jąc dużo pustej prze­strzeni do tańca wokół umiesz­czo­nej cen­tral­nie szu­bie­nicy.

Wyż­sze kon­dy­gna­cje zaj­mują domy klanu Gamma, dalej są maga­zyny, a na samej górze, wsparta na litej skale, wznosi się wpusz­czona w grunt meta­lowa kopuła z ilu­mi­na­to­rami z nanoSz­kła. To Gar­niec, twier­dza, w któ­rej miesz­kają i śpią nasi nad­zorcy. Powy­żej roz­po­ściera się nie­zdatna do zamiesz­ka­nia powierzch­nia naszej pla­nety, jałowe pust­ko­wie, które widzia­łem tylko w hP. Wydo­by­wany przez nas hel-3 ma to zmie­nić.

Tan­ce­rze, żon­gle­rzy i śpie­wacy już roz­po­częli świę­to­wa­nie. Eo dostrzega Lorana i Kie­rana i wita ich gło­śnym okrzy­kiem. Sie­dzą w tłu­mie przy dłu­gim stole nie­opo­dal „Mokrego Stryczka”, tawerny, w któ­rej patriar­cha naszego klanu, Stary Pazur, zazwy­czaj bry­luje i raczy pijacz­ków swo­imi opo­wie­ściami. Dzi­siaj nie­stety przy­snął na stole. Szkoda. Nie zoba­czy, jak dzięki mnie wresz­cie zdo­by­wamy Waw­rzyn.

Na naszych uro­czy­sto­ściach rzadko bywa dość jedze­nia, żeby wszy­scy mieli co do gęby wło­żyć, dla­tego picie i taniec wysu­wają się na pierw­szy plan. Loran polewa mi gorzały, zanim jesz­cze zdążę usiąść; zawsze stara się spoić kom­pa­nów, żeby potem wią­zać im we wło­sach pocieszne wstą­żeczki. Robi miej­sce Eo, która siada obok jego żony, Dio. To sio­stry, są do sie­bie podobne jak dwie kro­ple wody: bliź­niaczki nie z uro­dze­nia, ale z wyglądu na pewno.

Loran kocha Eo tak samo jak jej brat, Liam, ale wiem, że w prze­szło­ści był nią zauro­czony nie mniej niż Dio. Ba, kiedy skoń­czyła czter­na­ście lat, klęk­nął przed moją żoną. Z dru­giej strony – to samo zro­bił wtedy chyba co drugi chło­pak. Zwy­kła rzecz. A Eo doko­nała jed­no­znacz­nego wyboru.

Dzieci Kie­rana tło­czą się wokół niego, żona całuje go w usta. Eo muska go war­gami w czoło i mierzwi mu rude włosy. Nie mam poję­cia, jak nasze żony to robią, że po całym dniu spę­dzo­nym w Paję­czarni na pozy­ski­wa­niu jedwa­biu lar­wo­pa­ją­ków wyglą­dają tak ślicz­nie. Ja się uro­dzi­łem przy­stojny, mam szczu­płe ciało i wyra­zi­ste rysy, ale kopal­nia mnie zmie­niła. Jestem wysoki, a będę jesz­cze wyż­szy. Włosy wciąż mam koloru sta­rej krwi, a tęczówki rów­nie rdzawe, jak Octa­via au Lune złote. Moja skóra, blada i jędrna, jest upstrzona bli­znami po opa­rze­niach i roz­cię­ciach. Wkrótce będę się wyda­wał tak samo twardy jak Dago – albo tak samo zmę­czony jak stryj Narol.

Ale kobiety? Prze­ra­stają nas. A już na pewno mnie. Uro­cze i żwawe mimo harówki w Paję­czarni i rodze­nia dzieci. Mają fal­ba­nia­ste spód­nice za kolano i bluzki w pół­tu­zi­nie odcieni czer­wo­nego. Ni­gdy nie noszą innych kolo­rów. Tylko czer­wony. Są ser­cem każ­dego klanu. O ileż pięk­niej będą wyglą­dały z impor­to­wa­nymi kokar­dami, wstąż­kami i koron­kami z Waw­rzy­no­wych pudeł.

Pie­czę­cie Czer­wo­nych na moich dło­niach – topor­nie nakre­ślone cie­nio­wane koło ze strzałką – mają kościaną fak­turę. W dotyku są dokład­nie takie jak należy. Ale te na dło­niach Eo już nie: może i ma nasze włosy i oczy, ale rów­nie dobrze mogłaby być jedną ze Zło­to­gło­wych, jakich oglą­damy w holo­Puszce. Zasłu­guje na to.

Wymie­rza solidne pla­śnię­cie w głowę Lora­nowi, który wychyla kubek mami­nej gorzały. Na Boga, muszę przy­znać, że per­fek­cyj­nie ją usa­do­wił. Uśmie­cham się, ale kiedy prze­no­szę wzrok dalej, za jej plecy, mój uśmiech bled­nie. Ponad wyska­ku­ją­cymi w powie­trze tan­ce­rzami, kłę­bo­wi­skiem wiru­ją­cych spód­nic, dud­nią­cych butów i klasz­czą­cych dłoni na wyso­kiej, zim­nej szu­bie­nicy koły­sze się samotny szkie­let. Inni nie zwra­cają na niego uwagi. Dla mnie to cień, który stale przy­po­mina mi o losie ojca.

Ryjemy w ziemi, ale nie wolno nam grze­bać naszych zmar­łych. To kolejne z praw obo­wią­zu­ją­cych we Wspól­no­cie. Mój ojciec koły­sał się tak przez dwa mie­siące, zanim odcięli szkie­let i prze­mie­lili kości na proch. Mia­łem wtedy sześć lat, ale już pierw­szego dnia chcia­łem go ścią­gnąć. Stryj mnie powstrzy­mał. Wtedy go znie­na­wi­dzi­łem, bo odgro­dził mnie od ciała ojca. Póź­niej znie­na­wi­dzi­łem go ponow­nie, kiedy odkry­łem, że jest słaby. Ojciec zgi­nął za jakąś sprawę, pod­czas gdy stryj Narol chlał i trwo­nił swoje życie.

– To wariat – powie­dział kie­dyś o nim ojciec. – Prze­ko­nasz się jesz­cze. Jest sza­lony, genialny, szla­chetny. To naj­lep­szy z moich braci.

Dziś Narol jest już tylko tym ostat­nim.

Ni­gdy bym nie pomy­ślał, że ojciec odtań­czy Taniec Dia­bła, bo tak starsi ludzie nazy­wają śmierć przez powie­sze­nie. Był czło­wie­kiem słowa i pokoju, ale marzyła mu się wol­ność i nasze wła­sne prawa. Marze­nia były jego bro­nią, Rebe­lia Tan­ce­rza stała się jego spu­ści­zną – i zgi­nęła na szu­bie­nicy razem z nim. Dzie­wię­ciu ludzi jed­no­cze­śnie zatań­czyło Taniec Dia­bła, wierz­gali i młó­cili ramio­nami, aż tylko on jeden został.

Nie był to zresztą żaden wielki bunt. Wyda­wało im się, że poko­jowe pro­te­sty prze­ko­nają Wspól­notę do zwięk­sze­nia racji żyw­no­ścio­wych. Dla­tego odtań­czyli Taniec Żni­wia­rza przed gra­Win­dami i wymon­to­wali czę­ści ze świ­droSz­po­nów, żeby te nie mogły pra­co­wać. Ich zamysł się nie powiódł. Tylko zdo­by­cie Waw­rzynu daje wię­cej jedze­nia.

O jede­na­stej stryj siada wresz­cie ze swoją cytrą. Mie­rzy mnie zło­wro­gim spoj­rze­niem, nawa­lony jak skoń­czony dureń w święto prze­si­le­nia zimo­wego. Nie roz­ma­wiamy, cho­ciaż ma jakieś dobre słowo dla Eo, a ona dla niego. Wszy­scy kochają Eo.

Jej matka pod­cho­dzi, całuje mnie z tyłu w czu­bek głowy i gło­śno mówi:

– Sły­sze­li­śmy nowinę, złoty chłop­cze. Waw­rzyn! Jesteś praw­dzi­wym synem swo­jego ojca!

Dopiero wtedy Narol poru­sza się nie­spo­koj­nie.

– O co cho­dzi, stryju? – pytam. – Masz gazy?

– Ty gów­nia­rzu!

Z roz­dę­tymi noz­drzami rzuca się ku mnie ponad sto­łem i po chwili prze­wa­lamy się po ziemi w kłę­bo­wi­sku pię­ści i łokci. Jest wysoki, ale powa­lam go i raz po raz tłukę popa­rzoną ręką po nosie, aż Kie­ran i ojciec Eo muszą mnie odcią­gnąć. Pluje na mnie – głów­nie krwią i gorzałą – a potem sia­damy na prze­ciw­nych krań­cach stołu i pijemy dalej. Moja matka tylko prze­wraca oczami.

– Jest roz­go­ry­czony, że nie zro­bił nic, ani jed­nej par­szy­wej rze­czy, żeby­śmy zdo­byli Waw­rzyn – uspra­wie­dli­wia ojca Loran. – Po pro­stu chciał się poka­zać i tyle.

– Par­szywy tchórz nie wie­działby, jak zdo­być Waw­rzyn, choćby ten sam spadł mu na kolana – odpo­wia­dam, marsz­cząc gniew­nie brwi.

Ojciec Eo pokle­puje mnie po gło­wie. Widząc, jak moja żona popra­wia mi opa­tru­nek na popa­rzo­nej dłoni, mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo. Nacią­gam z powro­tem ręka­wiczki.

Eo domy­śla się sprawy z Waw­rzy­nem jesz­cze przed przy­by­ciem Bla­sza­ków, ale nie jest aż tak pod­eks­cy­to­wana, jak mógł­bym się spo­dzie­wać. Mię­dli spód­nicę w dło­niach i uśmie­cha się do mnie, ale to wysi­lony uśmiech. Nie rozu­miem, czego się boi. Inne klany nie podzie­lają jej obaw, wielu ludzi przy­cho­dzi z gra­tu­la­cjami, w tym wszy­scy pie­kło­nur­ko­wie – wszy­scy oprócz Dago, który sie­dzi z Gam­mami przy jed­nym z ich lśnią­cych sto­li­ków (jedy­nych, na któ­rych jest wię­cej żar­cia niż gorzały) i spala szluga.

– Nie mogę się docze­kać, kiedy sukin­kot będzie musiał się zado­wo­lić zwy­kłymi racjami żyw­no­ścio­wymi. – Loran pry­cha śmie­chem. – Ni­gdy przed­tem nie jadł chłop­skiego żar­cia.

– A mimo to jakimś cudem jest chud­szy od kobiety – zauważa Kie­ran.

Śmieję się wraz z Lora­nem i pod­su­wam Eo skromny kąsek chleba.

– Roz­ch­murz się – mówię jej. – Dzi­siaj świę­tu­jemy.

– Nie jestem głodna.

– Nawet jeśli chleb będzie z cyna­mo­nem?

A nie­długo będzie.

Znów posyła mi ten nie­pewny uśmiech, jakby wie­działa coś, czego ja nie wiem.

O dwu­na­stej z Garnca zla­tuje ku nam oddział Bla­sza­ków w gra­wi­Bu­tach. Jego trzon sta­no­wią mło­dziaki oraz starcy, któ­rzy po ziem­skich woj­nach ode­szli z regu­lar­nej armii. Noszą sfa­ty­go­wane, brudne pan­ce­rze, ale nie to jest naj­waż­niej­sze: w kabu­rach mają grom­niki i mio­ta­cze. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby użyli jed­nych albo dru­gich, nie muszą tego robić: mają powie­trze, jedze­nie, dostęp do portu. A my nie mamy nawet jed­nego mio­ta­cza. Eo chęt­nie by im taki pod­kra­dła.

Widzę, jak zaci­ska szczęki na widok Bla­sza­ków, do któ­rych dołą­czył wła­śnie zarządca kopalni, Timony cu Pod­gi­nus, drobny męż­czy­zna wywo­dzący się z Mie­dzia­ków (Mie­dzia­nych wedle ofi­cjal­nego nazew­nic­twa), o sto­sow­nie mie­dzia­nych wło­sach.

– Uwaga, uwaga, brudni Rdzawi! – woła Dan Paskuda.

Zapada cisza. Uno­szą się nam nad gło­wami; gra­wi­Buty zarządcy Pod­gi­nusa są mar­nej jako­ści, więc chwieje się w powie­trzu jak tetryk. Kolejne Bla­szaki zjeż­dżają do nas gra­Windą.

Pod­gi­nus roz­kłada drobne wypie­lę­gno­wane dło­nie.

– Bra­cia pio­nie­rzy, cudow­nie być świad­kiem waszego świę­to­wa­nia – ćwierka. – Muszę przy­znać, że mam sła­bość do sie­lan­ko­wego cha­rak­teru rze­czy, które dają wam szczę­ście. Pro­ste napitki. Pro­ste jedze­nie. Pro­sty taniec. Ach, jak piękne musi­cie mieć dusze, żeby zado­wa­lać się takimi roz­ryw­kami! Zazdrosz­czę wam, naprawdę. Ja nie potra­fię zaznać przy­jem­no­ści nawet w poza­pla­ne­tar­nym bur­delu Różo­wych, i to po zje­dze­niu prze­pysz­nej tarty z szynką i ana­na­sem! Napawa mnie to wiel­kim smut­kiem. Wasze dusze są naprawdę roz­piesz­czane. Chciał­bym być taki jak wy, ale Koloru nie zmie­nię i jako Mie­dziany ska­zany jestem na mozół liczb, biu­ro­kra­cji i zarzą­dza­nia. – Cmoka i lekko prze­sta­wia nogi. Jego mie­dziane pukle podry­gują odro­binę. – Do rze­czy jed­nak. Wszy­scy z wyjąt­kiem kla­nów Mi i Chi wypeł­nili swoje Normy. W związku z tym w bie­żą­cym mie­siącu Mi i Chi nie otrzy­mają mięsa, mleka, przy­praw, środ­ków higie­nicz­nych, udo­god­nień ani pomocy den­ty­stycz­nej. Tylko owies i środki nie­zbędne do prze­trwa­nia. Musi­cie zro­zu­mieć, że zasoby dostar­czane przez statki przy­by­wa­jące z orbity oko­ło­ziem­skiej są ogra­ni­czone. Bez­cenne! Dla­tego przy­dzie­lamy je tym, któ­rzy się wyka­zują. Może w następ­nym kwar­tale nie będzie­cie się tak ocią­gać z pracą!

Mi i Chi stra­cili tuzin ludzi w takim wła­śnie wybu­chu gazu, jakiego oba­wiał się stryj Narol. Nie ocią­gali się. Zgi­nęli.

Pod­gi­nus traj­ko­cze tak jesz­cze przez jakiś czas, zanim w końcu prze­cho­dzi do sedna. Sięga po Waw­rzyn i trzy­ma­jąc go w pal­cach, pod­nosi wyżej. Gałązka, choć tylko poma­lo­wana złotą farbką, mieni się w świe­tle. Loran sztur­cha mnie pod żebro. Stryj Narol marsz­czy brwi. Ja roz­sia­dam się wygod­nie, świa­domy sku­pio­nych na mnie spoj­rzeń. Mło­dzi biorą ze mnie przy­kład (wszyst­kie dzieci podzi­wiają pie­kło­nur­ków), ale i starsi zer­kają w moją stronę. Eo zawsze mi to powta­rza. Jestem ich dumą, ich zło­tym chłop­cem. Teraz im pokażę, jak zacho­wuje się praw­dziwy męż­czy­zna. Nie zamie­rzam trium­fal­nie pod­ska­ki­wać. Będę się tylko uśmie­chał i kiwał głową.

– Czuję się zaszczy­cony, że w imie­niu arcy­gu­ber­na­tora Marsa, Nero au Augu­stusa, mogę wrę­czyć tę nagrodę za wybitną wydaj­ność, fan­ta­styczne osią­gnię­cia, naj­wyż­szy hart ducha, a także posłu­szeń­stwo, poświę­ce­nie i…

Waw­rzyn dostają Gammy. Nie my.

Rozdział 4. Prezent

4

Pre­zent

Gammy odbie­rają ozdo­bione Waw­rzy­nami skrzy­nie, a ja roz­my­ślam o tym, jak to spryt­nie zostało pomy­ślane. Nie pozwa­lają nam zdo­być Waw­rzynu i już. Nie obcho­dzi ich, że rachu­nek się nie zga­dza, nie przej­mują się gło­śno pro­te­stu­ją­cymi mło­dzia­kami, tak jak nie przej­mują się star­cami, któ­rzy jękli­wie powta­rzają stare, zna­jome tru­izmy. To pokaz ich siły. Demon­stra­cja wła­dzy. To oni decy­dują, kto jest zwy­cięzcą w tej grze, w któ­rej wszystko zależy od pocho­dze­nia. Dzięki temu hie­rar­chia trwa nie­wzru­szona. Haru­jemy, żeby ją zmie­nić, ale nie mamy czasu spi­sko­wać.

A jed­nak mimo wiel­kiego roz­cza­ro­wa­nia część z nas wcale nie obwi­nia Wspól­noty. Za to mamy pre­ten­sje do Gamm, które dostają dary. Myślę, że czło­wiek ma ogra­ni­czone zasoby nie­na­wi­ści i kiedy swoim dzie­ciom może poli­czyć żebra pod koszulą, pod­czas gdy sąsie­dzi napy­chają sobie brzu­chy mię­sem i słod­ko­ściami, trudno mu nie­na­wi­dzić kogoś innego niż oni. Można by się spo­dzie­wać, że Gammy się z nami podzielą. Nic z tego.

Stryj patrzy na mnie i wzru­sza ramio­nami. Inni są wście­kli, czer­woni na twa­rzach. Loran wygląda tak, jakby miał się rzu­cić do gar­dła Bla­sza­kom albo Gam­mom. Eo nie pozwala mi się kisić w tym nastroju, nie czeka, aż knyk­cie moich zaci­śnię­tych w pię­ści dłoni pobie­leją. Zna mnie na wylot, lepiej niż moja matka, i wie, jak roz­ła­do­wać mój gniew, zanim ten eks­plo­duje. Matka kocha moją żonę. Z łagod­nym uśmie­chem patrzy, jak Eo bie­rze mnie pod rękę.

– Zatańczmy – pro­po­nuje szep­tem Eo.

Okrzy­kiem budzi do życia cytrzy­stów i bęb­nia­rzy. Wiem, że w duchu jest wście­kła, nie­na­wi­dzi Wspól­noty jesz­cze bar­dziej niż ja – ale wła­śnie dla­tego ją kocham.

Grana na cytrach żwawa melo­dia roz­brzmiewa gło­śniej, starsi wystu­kują rytm kla­ska­niem otwar­tych dłoni o blaty sto­łów, spód­nice fur­ko­czą, stopy tupią i szu­rają. Obej­muję Eo, a wraz z nami na całym placu klany ruszają do tańca. Pocimy się, śmie­jemy i pró­bu­jemy zapo­mnieć o naszym gnie­wie. Razem dora­sta­li­śmy i dziś jeste­śmy doro­śli. W jej oczach widzę swoje serce. W jej odde­chu sły­szę swoją duszę. Jest moją ojczy­zną. Moją rodziną. Moją miło­ścią.

Roze­śmiana, odciąga mnie na bok. Klu­cząc w tłu­mie, prze­my­kamy do miej­sca, w któ­rym będziemy sami, ale Eo się nie zatrzy­muje. Pro­wa­dzi mnie po meta­lo­wych chod­ni­kach pod niskimi, ciem­nymi stro­pami do Paję­czarni, gdzie pra­cują kobiety. Trwa prze­rwa mię­dzy dwiema zmia­nami.

– Dokąd wła­ści­wie idziemy? – pytam.

– Obie­ca­łam ci pre­zenty, pamię­tasz? A jeśli zaczniesz prze­pra­szać, że twój pre­zent nie wypa­lił, obiję ci gębę.

Dostrze­gam kieł­ku­jący ze szcze­liny w ścia­nie krwi­sto­czer­wony heman­tus. Zry­wam go i daję Eo.

– Mój pre­zent – wyja­śniam. – Naprawdę zamie­rza­łem cię zasko­czyć.

– Jak chcesz. – Chi­cho­cze. – Wewnętrzna połówka jest moja, zewnętrzna twoja. Nie! Nie cią­gnij, twoją też zatrzy­mam.

Wącham kwiat w jej dłoni. Pach­nie rdzą i chudą potrawką matki.

W Paję­czarni lar­wo­pa­jąki – grube jak moje udo, okryte brą­zowo-czarną sier­ścią i poru­sza­jące się na dłu­gich, chu­dych nogach – przędą jedwabne nici. Czoł­gają się po dźwi­ga­rach. Ich cien­kie odnóża zupeł­nie nie pasują do krę­pych kor­pu­sów.

Eo zabiera mnie na naj­wyż­szą kon­dy­gna­cję. Stare meta­lowe belki kon­struk­cyjne są gęsto ople­cione jedwa­biem. Prze­cho­dzi mnie dreszcz, gdy patrzę na ota­cza­jące nas zewsząd stwory: żmije jaski­niowe rozu­miem, lar­wo­pa­ją­ków już nie. Są dzie­łem Rzeź­bia­rzy ze Wspól­noty. Eo ze śmie­chem pro­wa­dzi mnie pod ścianę, gdzie odgar­nia na bok grubą zasłonę paję­czyny i odsła­nia zardze­wiały meta­lowy prze­wód tech­niczny.

– Kanał wen­ty­la­cyjny – wyja­śnia. – Odsło­nił się tydzień temu, po tym jak zaprawa w murze się wykru­szyła. Musi być bar­dzo stary.

– Wychłosz­czą nas, Eo, jeśli nas znajdą. Nie wolno nam…

– Nie dam im znisz­czyć także tego daru. – Całuje mnie w nos. – Chodź, pie­kło­nurku. W tym tunelu nie ma żad­nych roz­pa­lo­nych świ­drów.

W ślad za nią prze­mie­rzam długi, kręty kanał, na któ­rego końcu prze­ci­skamy się przez kratę do świata nie­ludz­kich dźwię­ków. W ciem­no­ściach coś brzę­czy. Eo bie­rze mnie za rękę: to jedyna zna­joma rzecz w tym miej­scu.

– Co to? – pytam, mając na myśli dobie­ga­jące zewsząd odgłosy.

– Zwie­rzęta – wyja­śnia Eo.

Pro­wa­dzi mnie w głąb tej dziw­nej nocy. Pod sto­pami czuję coś mięk­kiego. Nie­po­koję się, ale daję się jej pocią­gnąć naprzód.

– Trawa – mówi. – Drzewa, Dar­row. Drzewa. Jeste­śmy w lesie.

Zapach kwia­tów. A potem bły­ski świa­tła wśród czerni. W ciem­no­ści trze­po­czą zie­lo­no­brzu­che zwie­rzęta. Z cie­nia wzno­szą się ogromne insekty z opa­li­zu­ją­cymi skrzy­dłami. Pul­sują kolo­rami i życiem. Zapiera mi dech w piersi. Eo śmieje się, gdy motyl prze­la­tuje tak bli­sko, że mogę go dotknąć.

Wszyst­kie te stwo­rze­nia wystę­pują w naszych pie­śniach, ale do tej pory widzia­łem je tylko w hP. Ich kolory są wprost nie­wia­ry­godne. Na co dzień moje oczy widzą tylko zie­mię, pło­mie­nie świ­drów, Czer­wo­nych i sza­rość stali i betonu. HP jest dla mnie oknem, przez które oglą­dam kolor, ale to wszystko tutaj to zupeł­nie inny spek­takl.

Barwy uno­szą­cych się w powie­trzu zwie­rząt aż palą w oczy. Wzdry­gam się, śmieję, wycią­gam ręce i doty­kam szy­bu­ją­cych przede mną istot. Znów jestem dziec­kiem. Łowię je w dło­nie i spo­glą­dam w górę, na przej­rzy­sty sufit: nad prze­zro­czy­stą bańką roz­po­ściera się niebo.

Niebo. Kie­dyś było to tylko słowo.

Nie mogę zoba­czyć powierzchni Marsa, wiem już jed­nak, co z niej widać. Gwiazdy lśnią z łagod­nym wdzię­kiem na poły­skli­wym czar­nym nie­bie jak świa­tła zawie­szone nad naszym mia­stecz­kiem. Eo wygląda, jakby mogła do nich dołą­czyć. Patrzy na mnie, jej twarz jarzy się wła­snym świa­tłem. Śmieje się, kiedy osu­wam się na kolana i zacią­gam zapa­chem trawy. To dziwna woń, słodka i nostal­giczna, cho­ciaż nie mam wspo­mnień zwią­za­nych z trawą. Zwie­rzęta brzę­czą w krze­wach nie­opo­dal, a ja przy­cią­gam Eo do sie­bie i pierw­szy raz całuję ją z otwar­tymi oczami. Liście drzew koły­szą się lekko w podmu­chach powie­trza z wen­ty­la­cji. Chłonę dźwięki, zapa­chy i widoki, gdy kochamy się na łożu z trawy pod gwiaź­dzi­stym nie­bo­skło­nem.

– To Galak­tyka Andro­medy – wska­zuje mi póź­niej, kiedy leżymy na ple­cach.

Z ciem­no­ści dobie­gają zwie­rzęce świer­goty. Niebo mnie prze­raża. Kiedy zbyt natar­czy­wie się w nie wpa­truję, zapo­mi­nam o gra­wi­ta­cji i mam wra­że­nie, że zaraz w nie spadnę. Ciarki prze­cho­dzą mi po ple­cach. Jestem miesz­kań­cem tuneli, szy­bów i ciem­nych zaka­mar­ków, moim domem jest kopal­nia, i cząstka mnie chce się tam schro­nić, uciec z tego roz­le­głego obcego wnę­trza peł­nego żywych istot.

Eo odwraca się do mnie i wodzi pal­cami po bli­znach od wrzą­cej pary, które niczym rzeki spły­wają mi po piersi. Niżej, na brzu­chu, zna­la­złaby bli­zny po uką­sze­niu żmii jaski­nio­wej.

– Mama opo­wia­dała mi o Andro­me­dzie. Ryso­wała tuszami, które dostała od tego Bla­szaka, Bridge’a. Wiesz, że zawsze ją lubił.

Kiedy tak leżymy obok sie­bie i czuję, jak bie­rze głę­boki wdech, wiem już, że coś sobie zapla­no­wała; że chce o czymś poroz­ma­wiać, wła­śnie tu i teraz. To miej­sce ma jej pomóc.

– Wszy­scy wiemy, że zdo­by­łeś Waw­rzyn – mówi.

– Nie musisz mnie dopiesz­czać. Już się nie złosz­czę. Zresztą to bez zna­cze­nia. Po tym, co tu zoba­czy­łem, nic już nie ma zna­cze­nia.

– Co ty wyga­du­jesz? – pyta ostrym tonem. – Wła­śnie, że ma zna­cze­nie, więk­sze niż kie­dy­kol­wiek. Zdo­by­łeś Waw­rzyn, a oni nie pozwo­lili ci go zatrzy­mać.

– Nie­ważne. To miej­sce…

– To miej­sce ist­nieje, ale nie pozwa­lają nam tu przy­cho­dzić! Sza­rzy muszą je mieć tylko dla sie­bie. Nie dzielą się nim.

– Dla­czego mie­liby się dzie­lić? – dzi­wię się.

– Bo to my je stwo­rzy­li­śmy! Należy do nas!

– Naprawdę?

Ta myśl wydaje mi się obca. Wszystko, co mam, to moja rodzina i ja sam. Reszta jest wła­sno­ścią Wspól­noty. To nie my wyda­li­śmy pie­nią­dze, żeby przy­słać pio­nie­rów na Marsa. Gdyby nie ci, któ­rzy to zro­bili, wciąż tkwi­li­by­śmy na umie­ra­ją­cej Ziemi razem z resztą ludz­ko­ści.

– Dar­row! Jesteś aż taki Czer­wony, że nie widzisz, co nam zro­bili?

– Licz się ze sło­wami – odbur­kuję.

Poru­sza szczęką bez słowa.

– Prze­pra­szam, po pro­stu… Jeste­śmy skuci łań­cu­chami. Nie jeste­śmy kolo­ni­stami. To zna­czy ow­szem, jeste­śmy, ale pre­cy­zyj­niej byłoby nazwać nas nie­wol­ni­kami. Musimy żebrać o jedze­nie. Żebrać o Waw­rzyn jak psy żebrzące o okru­chy z pań­skiego stołu.

– Może ty jesteś nie­wol­nicą – odpo­wia­dam ostro – ale ja na pewno nie. Ja nie żebrzę, tylko zara­biam. Jestem pie­kło­nur­kiem. Uro­dzi­łem się po to, żeby z poświę­ce­niem przy­go­to­wać Marsa na przy­by­cie czło­wieka. Jest szla­chet­ność w posłu­szeń­stwie…

Eo gwał­tow­nym ruchem roz­kłada ręce.

– Zacho­wu­jesz się jak gada­jąca lalka! Tylko powta­rzasz ich par­szywe kwe­stie. Twój ojciec miał rację. Nie był ide­ałem, ale miał rację. – Chwyta kępkę darni i wyrywa ją z ziemi. Oso­bli­wie świę­to­krad­czy gest. – Mamy prawo do tej ziemi, Dar­row. Zro­si­li­śmy ją naszym potem i krwią, a mimo to należy do Zło­tych. Do Wspól­noty. Od jak dawna tak jest? Pio­nie­rzy pra­cują w kopal­niach i umie­rają od ilu, stu lat? Stu pięć­dzie­się­ciu? Ich roz­kazy, nasza krew. Przy­go­to­wu­jemy tę kra­inę dla Kolo­rów, które nie muszą się dla nas pocić, bo zamiast tego sie­dzą wygod­nie na swo­ich tro­nach na dale­kiej Ziemi; dla Kolo­rów, które ni­gdy nie były na Mar­sie. Czy dla cze­goś takiego warto żyć? Powtó­rzę: twój ojciec miał rację.

Kręcę głową.

– Eo, mój ojciec miał rację i dla­tego nie dożył nawet dwu­dzie­stu pię­ciu lat.

– Był słaby – mru­czy pół­gło­sem.

– A co to za par­szywe słowa? Co to ma zna­czyć? – Krew napływa mi do twa­rzy.

– Że był zbyt powścią­gliwy! – odcina mi się. – Że śnił wła­ściwy sen, ale zgi­nął, bo nie chciał wal­czyć o jego urze­czy­wist­nie­nie!

– Miał rodzinę, którą musiał się opie­ko­wać!

– Był słab­szy od cie­bie.

– Uwa­żaj… – syczę.

– Mam uwa­żać? To mówi Dar­row, sza­lony lyko­ski pie­kło­nu­rek? – Śmieje się pro­tek­cjo­nal­nie. – Twój ojciec uro­dził się ostrożny i posłuszny, ale ty? Nie tak cię oce­nia­łam, kiedy za cie­bie wyszłam. Inni mówią, że jesteś jak maszyna, bo myślą, że nie znasz stra­chu. Ślepcy. Nie widzą, jak strach cię pęta.

W nagłym przy­pły­wie czu­ło­ści prze­suwa heman­tu­sem po moim oboj­czyku. Jest podatna na huś­tawkę nastro­jów. Kwiat ma taki sam kolor jak obrączka na jej palcu.

Obra­cam się do niej i pod­pie­ram na łok­ciu.

– Mów. Czego chcesz?

– Wiesz, dla­czego cię kocham, pie­kło­nurku?

– Ze względu na moje poczu­cie humoru.

Par­ska oschłym śmie­chem.

– Dla­tego – wyja­śnia – że naprawdę myśla­łeś, że możesz zdo­być Waw­rzyn. Kie­ran mi powie­dział, jak to się stało, że się dziś popa­rzy­łeś.

– Kapuś… – Wzdy­cham. – Stale kła­pie jadaczką. Myśla­łem, że to młodsi bra­cia tak się zacho­wują, nie starsi.

– Był prze­ra­żony, Dar­row. Ale nie bał się o cie­bie, jak można by ocze­ki­wać, tylko bał się cie­bie. Nie potra­fiłby zro­bić tego co ty. Przez myśl by mu to nie prze­szło.

Eo ni­gdy nie mówi wprost. Nie cier­pię tych jej abs­trak­cji.

– Czyli kochasz mnie, ponie­waż twoim zda­niem uwa­żam, że nie­które rze­czy są warte naj­wyż­szego ryzyka, tak? Czy dla­tego, że jestem ambitny?

– Dla­tego, że masz mózg – drażni się ze mną.

Przez nią muszę zapy­tać ponow­nie:

– Czego ode mnie chcesz? Co mam zro­bić?

– Dzia­łaj. Chcę, żebyś użył swo­ich talen­tów na rzecz urze­czy­wist­nie­nia snu ojca. Widzisz, jak ludzie na cie­bie patrzą. Jak wypa­trują sygna­łów od cie­bie. Chcę, żebyś uznał, że dla tej ziemi, naszej ziemi, warto zary­zy­ko­wać.

– Jak wiele?

– Wszystko. Twoje życie. Moje życie.

Pry­cham.

– Tak ci śpieszno, żeby się mnie pozbyć?

– Kiedy prze­mó­wisz, posłu­chają cię – nie ustę­puje. – To naprawdę jest aż tak pro­ste. Wszyst­kie uszy tęsk­nią za gło­sem, który popro­wa­dzi je w ciem­no­ści.

– Super. Czyli zawi­snę razem z całą ekipą. Nie­odrodny syn ojca.

– Nie zawi­śniesz.

Śmieję się nazbyt hała­śli­wie.

– Podzi­wiam pew­ność mojej żony. Zawi­snę.

– Nie nada­jesz się na męczen­nika. – Wzdy­cha i roz­cza­ro­wana kła­dzie z powro­tem na wznak. – Nie zro­zu­miał­byś sensu takiej śmierci.

– Ach tak? To obja­śnij mi go, Eo. Powiedz, pro­szę, jaki sens ma śmierć? Jestem tylko synem męczen­nika, nikim wię­cej. Wyja­śnij mi więc, z łaski swo­jej, co takiego osią­gnął ten czło­wiek poza pozba­wie­niem mnie ojca? Powiedz, co dobrego wynika z tego bez­miaru par­szy­wego smutku? Powiedz, dla­czego lepiej się stało, że nauczy­łem się tań­czyć od stryja zamiast od ojca? – Tym razem to ja nie odpusz­czam. – Czy dzięki jego śmierci lepiej jadamy? Czy komu­kol­wiek z nas lepiej się żyje? Poświę­ce­nie dla sprawy niczego nie zmie­nia. A tamta par­szywa śmierć tylko okra­dła nas z jego śmie­chu. – Oczy pieką mnie od łez. – Zabrała nam ojca i męża. Co z tego, że życie nie jest spra­wie­dliwe? Jeżeli mamy rodzinę, nic innego nie powinno się liczyć.

Obli­zuje wargi. Nie śpie­szy się z odpo­wie­dzią.

– Śmierć nie musi być pusta, wbrew temu, co mówisz. Puste jest życie bez wol­no­ści. Puste jest życie w oko­wach lęku przed stratą i śmier­cią. Chcę, żeby­śmy odrzu­cili te okowy. Zerwij kaj­dany stra­chu, a skru­szysz łań­cu­chy sku­wa­jące nas ze Zło­tymi, ze Wspól­notą. Wyobra­żasz to sobie? Mars mógłby nale­żeć do nas, do kolo­ni­stów, któ­rzy haro­wali tutaj jak woły i tutaj umie­rali. – Ponad prze­zro­czy­stym skle­pie­niem noc bled­nie. Twarz Eo staje się coraz lepiej widoczna. – Gdy­byś tylko popro­wa­dził innych ku wol­no­ści. Pomyśl o tym, co mógł­byś zro­bić, Dar­row. Pomyśl o kon­se­kwen­cjach. – Zawie­sza głos. Oczy jej lśnią. – Prze­cho­dzi mnie dreszcz, gdy o tym myślę. Otrzy­ma­łeś w darze tak wiele, a mie­rzysz tak nisko.

– Powta­rzasz się – wyty­kam jej z gory­czą. – Uwa­żasz, że warto umrzeć za swoje marze­nia. Ja się z tym nie zga­dzam. Ty twier­dzisz, że lepiej umrzeć, sto­jąc; ja, że lepiej żyć na klęcz­kach.

– To nie jest żadne życie! – żacha się. – Jeste­śmy jak maszyny, mamy mecha­niczne umy­sły, wie­dziemy mecha­niczny żywot…

– Mam mecha­niczne serce? To wła­śnie chcia­łaś powie­dzieć?

– Dar­row…

– A ty po co żyjesz? – pytam znie­nacka. – Dla mnie? Dla miło­ści? Dla rodziny? Czy może dla jakie­goś marze­nia?

– To nie jest byle jakie marze­nie. Śnię o tym, że moje dzieci uro­dzą się wolne; że będą mogły zostać, kim zechcą; że odzie­dzi­czą zie­mię, którą ich ojciec zostawi im w spadku.

– A dla mnie ty jesteś całym życiem – odpo­wia­dam smęt­nie.

Całuje mnie w poli­czek.

– W takim razie musisz zna­leźć coś wię­cej, dla czego warto żyć.

Okropne mil­cze­nie zalega mię­dzy nami i prze­ciąga się w nie­skoń­czo­ność. Eo nie zdaje sobie sprawy, jak bar­dzo jej słowa roz­dzie­rają mi serce; jak łatwo jest jej mnie drę­czyć. To dla­tego, że nie kocha mnie tak, jak ja kocham ją. Jej umysł szy­buje zbyt wysoko, mój – sła­nia się zbyt nisko. Czyż­bym jej nie wystar­czał?

– Mówi­łaś, że masz dla mnie jesz­cze jakiś pre­zent…? – przy­po­mi­nam, żeby zmie­nić temat.

– Kiedy indziej. – Kręci głową. – To pora wschodu słońca. Przy­naj­mniej obej­rzyjmy go razem.

Leżymy bez słowa i patrzymy, jak świa­tło zakrada się na niebo niczym fala płyn­nego ognia. Cze­goś takiego nie umiał­bym sobie nawet wyobra­zić. Nie mogę powstrzy­mać cisną­cych się do oczu łez. Cały świat jaśnieje i odsła­nia zie­le­nie, brązy i żół­cie drzew w ogro­dzie. To jest piękno. To jest sen.

W mil­cze­niu wra­camy do ponu­rych, sza­rych tuneli. Oczy wciąż mam mokre od łez. Cudow­ność nie­daw­nego widoku zaciera mi się z wolna w pamięci i znów zaczy­nam się zasta­na­wiać, czego wła­ści­wie Eo ode mnie ocze­kuje. Mam dobyć sier­paka i wznie­cić bunt? Zabi­liby mnie, moją rodzinę, ją samą rów­nież. Nie zro­bię niczego, co nara­zi­łoby ją na ryzyko. Dobrze o tym wie.

Wciąż jesz­cze głów­kuję nad tym, czym mógł być jej drugi pre­zent dla mnie, gdy prze­wo­dem wen­ty­la­cyj­nym docie­ramy do Paję­czarni. Pierw­szy się z niego wyczoł­guję, odwra­cam się i podaję Eo rękę.

I wtedy sły­szę głos: ośli­zły ton, silny akcent. Tak mówią ludzie z Ziemi.

– Czer­woni w naszym ogro­dzie – cedzi. – Coś podob­nego…

Rozdział 5. Pierwsza pieśń

5

Pierw­sza pieśń

Danowi Pasku­dzie towa­rzy­szy trzech Bla­sza­ków. W rękach trzy­mają skwier­czące grom­niki. Dwóch z nich opiera się o meta­lowe porę­cze przy dźwi­ga­rach Paję­czarni. Za ich ple­cami kobiety z kla­nów Mi i Epsi­lon nawi­jają zebrany z lar­wo­pa­ją­ków jedwab na dłu­gie srebrne tyczki. Patrzą na mnie i zna­cząco kręcą gło­wami, jakby chciały mnie prze­strzec przed zro­bie­niem cze­goś głu­piego. Zapu­ści­li­śmy się poza gra­nice strefy dozwo­lo­nej. Grozi za to chło­sta, ale jeśli będę się sta­wiał, zamie­nią nam chło­stę na karę śmierci. Zabiją Eo i mnie.

– Dar­row… – mru­czy Eo.

Staję pomię­dzy nią i Bla­sza­kami, ale nie szy­kuję się do walki. Nie chcę, żeby­śmy ginęli za to, że przez chwilę oglą­da­li­śmy gwiazdy. Roz­kła­dam ręce na znak, że jestem gotowy się pod­dać.

– Ci pie­kło­nur­ko­wie… – Dan Paskuda par­ska śmie­chem. – Nawet naj­bar­dziej harda mrówka pozo­sta­nie mrówką.

Z impe­tem ude­rza mnie grom­ni­kiem w brzuch. Wra­że­nie jest takie, jak­bym jed­no­cze­śnie dostał kop­niaka i został uką­szony przez żmiję jaski­niową. Stę­kam, osu­wam się na meta­lowy ażur chod­nika, opie­ram się na rękach. Elek­trycz­ność roz­pełza mi się po żyłach, żółć pod­cho­dzi do gar­dła.

– Uderz mnie, pie­kło­nurku – kusi Dan. Rzuca mi grom­nik. – Pro­szę, spró­buj. Obej­dzie się bez kon­se­kwen­cji, ot, taka męska zabawa. Uderz mnie, świ­nio.

– Zrób to, Dar­row! – woła Eo.

Nie jestem głup­cem. Pod­no­szę ręce w geście kapi­tu­la­cji. Roz­cza­ro­wany Dan wzdy­cha i zapina mi na nad­garst­kach magne­tyczne kaj­danki. Czego chciała ode mnie Eo? Klnie, kiedy ją sku­wają, a potem wloką przez Paję­czar­nię do aresztu. Czeka nas chło­sta – i tylko chło­sta, ponie­waż nie wzią­łem grom­nika do ręki. Tylko chło­sta, ponie­waż nie posłu­cha­łem mojej żony.

***

Dopiero trze­ciego dnia w aresz­cie w Garncu udaje mi się zoba­czyć z Eo. Bridge, jeden ze star­szych i życz­liw­szych Bla­sza­ków, wypro­wa­dza nas razem. Możemy się dotknąć. Zasta­na­wiam się, czy Eo mnie opluje, czy będzie prze­kli­nała moją bez­sil­ność, ale ona tylko łapie mnie za palce i przy­suwa usta do moich ust.

– Dar­row…