Światło głębin - Frances Hardinge - ebook + książka
NOWOŚĆ

Światło głębin ebook

Frances Hardinge

4,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Uważaj na sekrety, które kryją się pod falami...

Bogowie Miriad nie żyją. Kilkadziesiąt lat temu zaczęli walczyć między sobą. Nikt nie wie dlaczego. Ale czy tak naprawdę odeszli na zawsze?

Kiedy piętnastoletni Hark znajduje bijące serce przerażającego bóstwa, ryzykuje wszystko, by uchronić je przed przemytnikami, naukowcami i fanatykami. Chce użyć serca, aby uratować życie swojego najlepszego przyjaciela, Jelta.

Jednak z sercem Jelt stopniowo i niesamowicie się zmienia. Jak długo Hark pozostanie lojalny wobec przyjaciela, który staje się potworem? Co chłopak jest skłonny poświęcić, aby go uratować?

Elektryzująca opowieść o przyjaźni równie mrocznej i niebezpiecznej jak ocean oraz podróży równie zdradliwej jak sami bogowie.

Nowa powieść Hardinge to zawsze wydarzenie.

„Sunday Times”

Niewielu autorów potrafi stworzyć równie olśniewającą współczesną baśń.

„The Guardian”

Hardinge tworzy własny świat i wypełnia go cudami. Czysta magia.

M.R. Carey, autor The Girl With All The Gifts

Frances Hardinge pierwsze opowieści pisała już we wczesnej młodości. Studiowała na uniwersytecie w Oksfordzie, a później podjęła pracę w firmie informatycznej. Po kilku latach zadebiutowała powieścią Fly By Night, która została doceniona przez krytyków i zdobyła nagrodę Branford Boase. Jej pozostałe książki również przyniosły jej wiele nominacji i nagród m.in. prestiżową nagrodę Costa za powieść Drzewo kłamstw. W Polsce ukazały się także dwie inne jej książki: Śpiew kukułki i Czara cieni. W 2018 roku Hardinge została członkinią the Royal Society of Literature.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0

Popularność




Pro­log

Ludzie opo­wia­dają, że archi­pe­lag Miriad roz­ciąga się na obsza­rze tysiąca kilo­me­trów, od lodo­wa­tych wysp na pół­nocy do zie­lo­nych, tro­pi­kal­nych wysp na połu­dniu. Mówi się, że wyspia­rze przy­po­mi­nają czer­wone kraby bie­ga­jące po pla­żach – są twar­dzi i nie­prze­wi­dy­walni, a w wodzie czują się rów­nie dobrze jak na lądzie.

Podobno ocean ota­cza­jący Miriady jest sza­lony. Żegla­rze opo­wia­dają o ogrom­nych wirach wcią­ga­ją­cych statki, o stru­mie­niach lodo­wa­tej wody biją­cych z głę­bin i spra­wia­ją­cych, że zamie­rają serca nur­ków. Na bez­chmur­nym nie­bie nagle poja­wiają się ciemne obłoki.

Mówi się, że pod nor­mal­nym morzem leży mroczna kra­ina kosz­ma­rów. Kiedy Morze Grozy się burzy, morze leżące nad nim wpada w furię.

Podobno Morze Grozy było nie­gdyś miesz­ka­niem bogów.

Ludzie opo­wia­dają wiele rze­czy o Miria­dach i wszyst­kie są prawdą.

Bogo­wie byli rów­nie realni jak wybrzeża i prądy, rów­nie bez­li­to­śni jak wia­try i wiry. Szklany Kar­dy­nał opla­tał gale­ony prze­zro­czy­stymi mac­kami. Czer­wona Roz­pacz uno­siła się w wodzie niczym obłok krwi. Kal­ma­dosz wył przez ostre jak brzy­twa sza­ble w pysku. Dolor bie­gał po dnie na dzie­siąt­kach ludz­kich nóg. W głę­bi­nach cza­iła się Pani Tajem­nic, oto­czona wiją­cymi się wło­sami. Od czasu do czasu jeden z bogów wynu­rzał się z Morza Grozy i poja­wiał w bla­dym świe­tle dnia – poże­rał żaglowce, dru­zgo­tał porty, prze­ni­kał do ludz­kich kosz­ma­rów. Nie­które bóstwa śpie­wały.

Bogo­wie rzą­dzili Miria­dami przez stu­le­cia, budzili prze­ra­że­nie i fascy­na­cję. Skła­dano ofiary z ludzi, by ich prze­bła­gać; na bur­tach stat­ków malo­wano oczy pro­szące o litość. Czczono ich i podzi­wiano.

Póź­niej, nagle, zaczęli wal­czyć mię­dzy sobą.

W ciągu zale­d­wie tygo­dnia roz­szar­pali się nawza­jem – w tym cza­sie ogromne fale tsu­nami znisz­czyły wiele wysp. Zgi­nęły setki miesz­kań­ców Miriad. Na końcu nie został ani jeden żywy bóg, tylko ogromne trupy mio­tane prą­dami w głę­bi­nach. Nawet po upły­wie trzy­dzie­stu lat od Kata­kli­zmu nikt nie wie, dla­czego do niego doszło. Bogo­wie w dal­szym ciągu mają swoje sekrety, choć budzą coraz mniej­szy lęk.

Mówi się, że maleńki kawa­łek ciała mar­twego boga jest wart for­tunę, jeśli posiada rzad­kie, cenne wła­ści­wo­ści i jeśli ktoś jest na tyle odważny, by go wydo­być z dna morza.

To rów­nież prawda.

Roz­dział 1

– Jesteś pewien, że to bez­pieczne? – spy­tał kupiec przy­były z innej wyspy, wspi­na­jąc się po dra­bi­nie na roz­kle­ko­taną drew­nianą wieżę wido­kową. – Myśla­łem, że zała­twisz miej­sce w jed­nej z łodzi!

– Wszyst­kie łodzie są wypeł­nione – odparł gładko Hark, podą­ża­jąc za męż­czy­zną. – Guber­na­tor i jego przy­ja­ciele, boga­cze, któ­rzy sfi­nan­so­wali eks­pe­dy­cję, ich rodziny. Nie ma żad­nych wol­nych miejsc! – Mogło to nawet być prawdą, choć Hark wcze­śniej tego nie spraw­dził. – Poza tym miej­sca w łodziach są kosz­mar­nie dro­gie. To kosz­tuje zale­d­wie jedną dzie­siątą, a widok jest znacz­nie lep­szy!

Kiedy dotarli na szczyt wieży, kupiec był zdy­szany i ocie­rał twarz chu­s­teczką. Wła­ści­ciel byle jak skle­co­nej kon­struk­cji zapro­wa­dził ich do dwóch wąskich, nie­bez­piecz­nych ławek, po czym kupiec zapła­cił za sie­bie i za Harka. Chłodny wiatr spra­wiał, że drew­niana wieża koły­sała się i skrzy­piała. Kupiec się skrzy­wił i wci­snął głę­biej kape­lusz. Nie zauwa­żył, że wła­ści­ciel wieży dys­kret­nie mru­gnął do Harka i wrę­czył mu pro­wi­zję.

Trzy­me­trowe wieże wido­kowe na kołach wyta­czano w oko­lice portu tylko w święta i dni tar­gowe. W grun­cie rze­czy nie były szcze­gól­nie bez­pieczne, a Hark wie­dział, że staną się jesz­cze mniej bez­pieczne, gdy obsiądą je widzo­wie kupu­jący tań­sze miej­sca. Uwa­żał jed­nak, że nie warto o tym wspo­mi­nać.

– Widok jest nie­zły – przy­znał nie­chęt­nie kupiec.

Ze szczytu wieży spo­glą­dali nad gło­wami tłu­mów ludzi oku­pu­ją­cych nabrzeża i mola. Port wypeł­nił się już o świ­cie; widzo­wie stali nawet na szczy­tach kli­fów i na wyso­kich wie­żach obser­wa­cyj­nych. Każdy chciał widzieć wielką, wydłu­żoną zatokę w dole.

W tej chwili w por­cie nie działo się nic zasłu­gu­ją­cego na uwagę. Było to typowe, głę­bo­kie, spo­kojne kotwi­co­wi­sko, ide­alne miej­sce do cumo­wa­nia łodzi pod­wod­nych i baty­ska­fów. Pła­skie żela­zne żół­wie ze śru­bami z tyłu stały obok smu­kłych bar­ra­kud z czar­nymi meta­lo­wymi płe­twami. Widać było dzwony nur­kowe lśniące stalą i szkłem, a w pobliżu sta­ro­świec­kie płyt­ko­wodne łodzie pod­wodne z drewna i skóry.

Dziś jed­nak wszyst­kie cumo­wały na obrze­żach portu. Wkrótce miała powró­cić znacz­nie więk­sza łódź pod­wodna i nale­żało zro­bić dla niej miej­sce. Kiedy się pojawi, ludzie będą patrzeć, co przy­wio­zła – i kogo.

– Wygląda na to, że wszy­scy miesz­kańcy wyspy wyle­gli na brzeg! – zawo­łał kupiec.

– Pani Tajem­nic była naszą bogi­nią – zauwa­żył Hark. – Nasza wyspa, Tęsk­nota Pani, nosi jej imię. Można nawet powie­dzieć, że… wraca do domu.

W grun­cie rze­czy Pani Tajem­nic wła­dała kil­koma wyspami, nie jedną, ale Hark pozwo­lił sobie na poetycką meta­forę. Czy miało to jakieś zna­cze­nie? Pani Tajem­nic żyła dawno temu, przed naro­dzi­nami Harka. Bogo­wie nale­żeli teraz do świata baśni, a te można dowol­nie zmie­niać.

Jak dotych­czas dzień był pogodny, lecz dale­kie wyspy na wid­no­kręgu spo­wiła już mgiełka zwia­stu­jąca nad­cho­dzący deszcz. Hark czuł zapach kra­bów pie­czo­nych na kok­sow­ni­kach na nabrzeżu i nagle zro­zu­miał, że kocha wyspę, na któ­rej się uro­dził. Spę­dził czter­na­ście lat na urwi­stych brze­gach Tęsk­noty Pani; życie nauczyło go wszyst­kiego, czego potrze­bo­wał. Prę­dzej czy póź­niej jego wyspę odwie­dzi każdy miesz­ka­niec archi­pe­lagu. Ludzie bywają zała­mani albo zagu­bieni, ale nie ma to żad­nego zna­cze­nia. Kochał róż­no­rodne akcenty miesz­kań­ców Tęsk­noty Pani, wiel­kie żaglowce, które zawi­jały do portu i wycho­dziły w morze, pota­jemny han­del pra­wie wszyst­kim, co miało jakąś war­tość. Kochał spryt i chci­wość wyspia­rzy.

„Powi­nien to zoba­czyć Jelt”. Ta myśl zasko­czyła Harka i zaczął się mar­twić. „Gdzie, do licha, jest Jelt?!”

Jelt pro­sił Harka, by spo­tkał się z nim rano koło mie­chowni; mieli poroz­ma­wiać o „robo­cie”, którą ktoś chciał zle­cić. Hark cze­kał na przy­ja­ciela dwie godziny, po czym zre­zy­gno­wał. Wła­śnie taki był Jelt. Cza­sami potra­fił pomóc w trud­nych chwi­lach, ale naj­czę­ściej poja­wiał się i zni­kał jak kot. Niczego nie wyja­śniał ani nie prze­pra­szał.

Hark rozu­miał, że Jel­towi musiało coś prze­szko­dzić. Mimo to czuł w żołądku nie­przy­jemny cię­żar. Mijały godziny, a on nie miał żad­nej wia­do­mo­ści od naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Wielu ludzi nie lubiło Jelta i cza­sami dopa­dały go grze­chy z prze­szło­ści.

– Po czym poznamy „Dzie­cię Otchłani”? – Kupiec spo­glą­dał na port przez lunetę.

– Och, nie da się go z niczym pomy­lić! – Podob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Tęsk­noty Pani, Hark był dumny z „Dzie­cię­cia Otchłani”. – Jest dłu­gie jak szku­ner: ide­alna łódź pod­wodna do bada­nia Morza Grozy. Trzy­dzie­ści wio­seł, kadłub z czar­nej har­to­wa­nej stali, dzie­sięć chwy­ta­ków i trzy śruby z tyłu. Naj­lep­sza i naj­więk­sza łódź pod­wodna w archi­pe­lagu! Ludzie osza­leją, gdy ją zoba­czą!

Zwy­kle do czę­ści portu zare­zer­wo­wa­nej dla łodzi pod­wod­nych nie pozwa­lano wpły­wać żad­nym stat­kom z wyjąt­kiem nie­licz­nych łodzi straży cel­nej, sza­lup nur­ków i frach­tow­ców. Tego dnia jed­nak przy nabrzeżu cumo­wały trzy luk­su­sowe barki, by człon­ko­wie elity wyspy mogli obej­rzeć powrót „Dzie­cię­cia Otchłani”.

– To sta­tek guber­na­tora! – Hark wska­zał pro­stą biało-zie­loną flagę na poje­dyn­czym masz­cie. – Wła­śnie tam są inwe­sto­rzy, boga­cze, któ­rzy sfi­nan­so­wali wyprawę. – Wyobra­żał sobie, jak popi­jają dro­gie wina i obser­wują z nadzieją morze niczym hazar­dzi­ści liczący na wielką wygraną. – Dziś zdo­będą for­tuny albo będą zruj­no­wani – dodał.

– Zruj­no­wani? – spy­tał kupiec. – Czę­sto się to zda­rza?

– Cza­sami. – Hark wyczuł nie­zdrową cie­ka­wość męż­czy­zny i posta­no­wił szybko ją zaspo­koić. – Naszą wielką łódź pod­wodną „Pra­gnie­nie Nico­ści” zaata­ko­wał w głę­bi­nach gigan­tyczny kal­mar i wró­ciła do portu z niczym. Kiedy się wynu­rzyła i wszy­scy zoba­czyli puste sieci, połowa inwe­sto­rów sko­czyła z roz­pa­czy do wody. Więk­szość wyło­wili gwar­dzi­ści guber­na­tora, ale nie­któ­rzy inwe­sto­rzy nosili pod ubra­niami cięż­kie złote łań­cu­chy i kol­czugi. – Hark poka­zał dło­nią, jak bły­ska­wicz­nie tonęli, i pokrę­cił głową, uda­jąc żal.

Kupiec odzy­skał dobry humor. Zawsze miło wyobra­zić sobie nie­przy­zwo­icie boga­tych ludzi, jak topią się w morzu, bo spo­tkało ich nie­szczę­ście. Oczy­wi­ście z punktu widze­nia Harka kupiec rów­nież był bar­dzo bogaty. Hark miał nadzieję zdo­być w życiu podobny mają­tek.

– Ogromny kal­mar? – spy­tał cicho męż­czy­zna. W jego gło­sie brzmiała fascy­na­cja. – Więc w tych wodach cią­gle żyją potwory?

– Och, w głę­bi­nach czai się mnó­stwo nie­bez­pie­czeństw! – zapew­nił go entu­zja­stycz­nie Hark. – Ryby o zębach ostrych jak brzy­twa, bia­łych oczach i dłu­gich ogo­nach ze świe­cą­cymi czub­kami! Gej­zery lodo­wa­tej wody! Wiry! Prądy wcią­ga­jące w Morze Grozy! Ostre czarne iglice skalne i wiel­kie szcze­liny pełne bar­ra­kud! Jeżowce z kol­cami dłu­gimi jak ludz­kie ramiona! Prądy nio­sące żółte meduzy tak tru­jące, że jedno dotknię­cie zabija wie­lo­ryba!

Histo­rie te były praw­dziwe, a przy­naj­mniej na tyle praw­dziwe, by speł­nić swoje zada­nie. Hark rozu­miał lepiej niż inni, że opo­wie­ści to coś w rodzaju waluty. Czy nie można tro­chę kolo­ry­zo­wać? Kiedy kupiec wróci na zachodni kon­ty­nent, będzie się żywił tymi opo­wie­ściami przez całe lata.

Męż­czy­zna zady­go­tał. Praw­do­po­dob­nie uwa­żał wszyst­kie istoty żyjące pod wodą za obce i tajem­ni­cze. Ludzie z kon­ty­nentu byli dziwni. Wyda­wali się uwa­żać, że ląd koń­czy się na brzegu, a wyspy to po pro­stu tra­twy uno­szące się na sza­rym, kapry­śnym morzu. Miesz­kańcy archi­pe­lagu tacy jak Hark spę­dzali dosta­tecz­nie dużo czasu pod wodą, by rozu­mieć, że wyspy to po pro­stu szczyty zato­pio­nych gór. Pod powierzch­nią ląd opa­dał coraz niżej, two­rzył ostre grzbiety, głę­bo­kie wąwozy, prze­pa­ście i tajem­ni­cze pła­sko­wyże. Każde miej­sce miało swo­ich miesz­kań­ców, punkty orien­ta­cyjne, skarby i nie­spo­dzianki.

– Jest! – zawo­łał Hark. Zauwa­żył przy wej­ściu do portu krąg wzbu­rzo­nej wody, pod którą posu­wał się nie­wi­dzialny kształt. Mewy sie­dzące na powierzchni morza wzbiły się w powie­trze i zaczęły krą­żyć wiel­kimi sta­dami na nie­bie, skrze­cząc i pisz­cząc. – Tam! Widzi pan ślad na wodzie?! Wysu­nęła pery­skop!

Inni ludzie rów­nież wycią­gali ręce i krzy­czeli. Po kilku sekun­dach roz­legł się strzał nie­wiel­kiej armaty, który odbił się echem w por­cie. Na nie­bie poja­wił się obłok bia­łego dymu i powoli się roz­pły­nął.

Widzów ogar­nął entu­zjazm. Krzy­czeli na całe gar­dło. Kiedy łódź pod­wodna przy­wo­ziła na wyspę szczątki boga, zawsze trak­to­wano to jako wiel­kie święto. W dzie­ciń­stwie Hark nie mógł się docze­kać takich chwil, obser­wo­wał roz­sze­rzo­nymi oczami każdy szcze­gół. Przez chwilę czuł dawne pod­nie­ce­nie i fascy­na­cję.

Póź­niej na powierzchni wody poja­wił się długi czarny kadłub łodzi pod­wod­nej. Z niskiego kio­sku i czar­nych płetw spły­wała piana, a mosiężne bulaje lśniły w słońcu. Białe, bła­galne oczy nama­lo­wane na dzio­bie ocie­kały wodą, jakby pła­kały.

– Stra­ciła wio­sła – mruk­nął Hark, ale jego słowa zagłu­szył ryk tłumu. Osiem wio­seł było zła­ma­nych u nasady. Kiedy „Dzie­cię Otchłani” się wynu­rzyło, Hark spo­strzegł, że łódź stra­ciła nie tylko część wio­seł. Znik­nęła jedna ze śrub, a w tyl­nej czę­ści kadłuba znaj­do­wała się poszar­pana dziura, przez którą wyle­wała się z sykiem woda mor­ska. Przed­nia część „Dzie­cięcia” praw­do­po­dob­nie cią­gle była her­me­tyczna, gdyż ktoś ste­ro­wał łodzią, ale ludzie prze­by­wa­jący na rufie na pewno zgi­nęli.

Kupiec pochy­lał się do przodu z lunetą przy­ło­żoną do oka. Chciał w przy­szło­ści opo­wie­dzieć o wszyst­kim przy­ja­cio­łom, więc tra­ge­dia była rów­nie dobra jak triumf. Może nawet lep­sza? Opo­wie­ści to bez­li­to­sne istoty, cza­sem żywiące się krwią.

– Gdzie jest ładu­nek? – spy­tał. – Dla­czego ludzie bie­gają po nabrzeżu? Co się dzieje?

– Kiosk się otwo­rzył! – wyja­śnił Hark. – Ktoś wspiął się na górę… Trwa roz­mowa… Wygląda na to, że guber­na­tor wysłał sza­lupy z nur­kami. Coś jest przy­mo­co­wane do dna łodzi pod­wod­nej!

Gwar­dzi­ści guber­na­tora sto­jący na nabrzeżu przy­go­to­wali wia­trówki wystrze­li­wu­jące har­puny, by do „Dzie­cię­cia” mogły się zbli­żyć tylko sza­lupy z nur­kami. Wszy­scy inni pły­wacy, nur­ko­wie i żegla­rze zmie­rza­jący w tym kie­runku mogli się spo­dzie­wać śmier­cio­no­śnej salwy.

Słońce lśniło na mosięż­nych heł­mach nur­ków, któ­rzy weszli do wody i znik­nęli pod powierzch­nią. Po kilku minu­tach woda lekko się wzbu­rzyła. Coś uno­siło się obok wiel­kiej łodzi pod­wod­nej, coś dłu­giego i smu­kłego, owi­nię­tego meta­lową sie­cią o drob­nych oczkach i pokry­tego pianą…

– To jest ogromne! – wykrzyk­nął kupiec. – Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem!

Obiekty znaj­du­jące się w sieci – dwa, a nie jeden – były rów­nie dłu­gie jak „Dzie­cię Otchłani”, lecz nie grub­sze od torsu męż­czy­zny. Zgięły się w poło­wie dłu­go­ści i Hark myślał przez chwilę, że zła­mały się w cza­sie rejsu. Jed­nak kiedy spły­nęła z nich piana, zoba­czył, że to dłu­gie nogi połą­czone sta­wami. Widział biało nakra­piany czer­wony pan­cerz pokryty czar­nymi wodo­ro­stami i mał­żami. Z sieci wysta­wał smu­kły szary szpon.

Nagle nie­sły­cha­nie dłu­gie nogi powoli się poru­szyły i zgięły…

Hark poczuł przy­pływ lęku i fascy­na­cji. Przez chwilę znowu był małym chłop­cem. Pra­wie wyobra­ził sobie, że Pani Tajem­nic wyska­kuje z wody, uwal­nia się z sieci, roz­bija klify w pył, a jej wijące się włosy zasła­niają niebo…

Po chwili się uspo­koił. Odzy­skał roz­są­dek. Wie­dział, że dziwne ruchy nóg zostały wywo­łane przez fale i mani­pu­la­cje nur­ków, nic wię­cej.

– To ona? – spy­tał kupiec, pocią­ga­jąc Harka za rękaw. – Pani Tajem­nic?

– Nie – odparł Hark. – To zna­czy… tak. Kawa­łek Pani Tajem­nic. Dwie nogi. – Kra­bie nogi dłu­go­ści żaglowca. Była to wspa­niała zdo­bycz, ale poczuł w sercu roz­cza­ro­wa­nie. Na co miał nadzieję?

– Myśla­łem, że Pani Tajem­nic była podobna do kobiety – zauwa­żył kupiec.

– To prawda – odparł Hark.

Teraz stała się szcząt­kami mar­twego boga, co ozna­cza oka­zje. Inwe­sto­rzy będą zazdro­śnie strzec ładunku, który zosta­nie wydo­byty dźwi­gami i prze­trans­por­to­wany do cze­ka­ją­cego maga­zynu. Nie uspo­koją się, dopóki ostat­nia uncja nie będzie pocięta, zwa­żona, oskro­bana, sprze­dana albo wygo­to­wana na klej. Tym­cza­sem setki ludzi będzie cza­to­wało na oka­zje. Odła­mek pan­ce­rza, odro­bina ichoru, łyżeczka gala­rety mogą przy­nieść zyski więk­sze od mie­sięcz­nych zarob­ków. Kiedy Hark był młod­szy, stał w cia­sno stło­czo­nym tłu­mie, mając nadzieję pochwy­cić upusz­czony kawa­łek…

Teraz był star­szy i mądrzej­szy; wie­dział, że ist­nieją spo­soby, by zaro­bić na Pani Tajem­nic, nie nara­ża­jąc się na har­puny. Obrzu­cił kupca krót­kim, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem; męż­czy­zna cią­gle patrzył jak zahip­no­ty­zo­wany przez lunetę.

– Ludzie, któ­rzy czysz­czą i napra­wiają wiel­kie sieci, to praw­dziwi szczę­ścia­rze – skła­mał gładko. – To trudna praca, bo kable są grube. Zaj­muje się tym jeden z moich przy­ja­ciół. Mówi, że zawsze znaj­duje w sieci kilka kawał­ków ciała boga. Może je zatrzy­mać jako zapłatę.

– Naprawdę? – Kupiec opu­ścił lunetę i popa­trzył na Harka. Wyda­wał się łatwo­wierny, ale nie prze­sad­nie łatwo­wierny. Hark doko­nał dobrego wyboru.

– Nie jest to wcale taki dobry inte­res. – Hark wzru­szył ramio­nami ze smutną miną. – Musi sprze­da­wać ciało boga na aukcji, co ozna­cza, że guber­na­tor pobiera spory poda­tek.

Odwró­cił wzrok, jakby stra­cił zain­te­re­so­wa­nie tema­tem. Zarzu­cił przy­nętę. „Och, skub­nij haczyk, gruba rybo…”

– Sprze­daje wszystko na aukcji? – Kupiec się zawa­hał i odchrząk­nął. – A może twój przy­ja­ciel cza­sem sprze­daje kawałki boga… pry­wat­nie?

Hark zro­bił zdzi­wioną minę, a potem się zamy­ślił. Rozej­rzał się ukrad­kiem i pochy­lił w stronę kupca.

– Cóż, zgod­nie z pra­wem ciała bogów wolno sprze­da­wać tylko na aukcji. Gdyby ktoś się dowie­dział o pry­wat­nej trans­ak­cji, byłyby kło­poty. Ale… może chciałby pan poroz­ma­wiać z moim przy­ja­cie­lem?

– Gdyby nie miał nic prze­ciwko temu… – odparł kupiec. Roz­bły­sły mu oczy.

„Mam cię!”

Hark znał ludzi potra­fią­cych wyko­nać to, czego potrze­bo­wał. Kawa­łek pan­ce­rza homara pokryty szkli­wem, żeby wyglą­dał dziw­nie, z przy­kle­jo­nymi kil­koma poczer­nia­łymi cza­szoł­kami. Kupiec zacznie podej­rze­wać, że pamiątka nie jest praw­dzi­wym cia­łem boga, gdy znaj­dzie się daleko od Tajem­nicy Pani. Czy nawet wtedy nie będzie chciał dalej wie­rzyć, że pan­cerz jest auten­tyczny? Dla­czego rezy­gno­wać ze świet­nej histo­rii, którą można opo­wia­dać przy­ja­cio­łom? „Widzi­cie? To cząstka Pani Tajem­nic. Byłem w por­cie, kiedy wycią­gali ją z morza”. Po co wąt­pić?

– Hark!

Okrzyk, który roz­legł się u pod­stawy wieży, spra­wił, że Hark się wzdry­gnął. Dosko­nale znał ten głos i poczuł ulgę. Jelta nie spo­tkało nic złego. Oczy­wi­ście.

Po chwili ulga minęła i zro­biło mu się ciężko na sercu. Ogar­nęła go dziwna pokusa, by jesz­cze przez chwilę uda­wać, że nie sły­szy.

– Hej, Hark! – Wieża się zatrzę­sła, gdy ktoś dwa razy wal­nął w nią pię­ścią.

Obró­cił się i spoj­rzał w dół.

Zoba­czył Jelta sto­ją­cego na nabrzeżu. Dziw­nie było patrzeć na niego z góry. Jelt, dwa lata star­szy od Harka, zawsze był od niego wyż­szy, ale w ciągu ostat­nich trzech lat dosłow­nie wystrze­lił do góry. Stał się chudy, żyla­sty i gnie­wał się z tego powodu. Nawet gdy stał w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, wyczu­wało się ema­nu­jącą z niego złość. Jak zwy­kle miał roz­tar­gniony, lecz napięty wyraz twa­rzy, jakby słu­chał dener­wu­ją­cych szep­tów roz­le­ga­ją­cych się w pobliżu. Hark zawsze miał w jego obec­no­ści wra­że­nie, że poja­wiły się jakieś kło­poty; na razie nic mu nie grozi, ale jeśli nie będzie ostrożny, sytu­acja może się zmie­nić.

Jelt uniósł rękę i szybko, gniew­nie ski­nął w stronę Harka, który zawa­hał się na chwilę, nie wie­dząc, co robić, po czym uśmiech­nął się nie­śmiało do kupca i poma­chał do przy­ja­ciela.

– Miło cię widzieć! – zawo­łał. – Poroz­ma­wiam z tobą póź­niej, dobrze? – Zer­k­nął zna­cząco na kupca. „Nie teraz, Jelt. Mam inte­res do zro­bie­nia”.

Jelt pokrę­cił głową.

– Musisz zejść natych­miast.

– Żar­tu­jesz! – syk­nął Hark.

– Chodź! – Jelt znowu ude­rzył pię­ścią w drew­nianą wieżę. – Trzeba się śpie­szyć!

Inni widzo­wie sie­dzący na wieży zaczęli gło­śno pro­te­sto­wać. Hark zaci­snął zęby i prze­pro­sił cudzo­ziemca. Obie­cał, że odnaj­dzie go póź­niej, po czym zszedł po dra­bi­nie. Po chwili prze­py­chał się przez tłum za przy­ja­cie­lem. Hark zawsze brał udział w eska­pa­dach Jelta. Zacho­wy­wał się, jakby przy­siągł mu posłu­szeń­stwo.

– Mia­łem na haczyku tego kupca z kon­ty­nentu! – zapro­te­sto­wał, gdy obaj śpiesz­nie wspi­nali się dawną ścieżką kapła­nów na klif, gdzie znaj­do­wały się latar­nie mor­skie. – Nie mogłeś zacze­kać, aż pode­rwę wędkę?!

Jelt prych­nął z roz­ba­wie­niem.

– Wście­kasz się, że odcią­gną­łem cię od przy­ja­ciółki? – spy­tał. Od dawna żar­to­wał, że Hark pod­ko­chuje się w Pani Tajem­nic. – To takie roman­tyczne… Och, nie dąsaj się. Mówi­łem ci, że mamy dziś inną robotę!

– Gdzie byłeś dziś rano? – spy­tał ostro Hark. – Cze­ka­łem całymi godzi­nami!

– Uni­ka­łem kogoś – odparł krótko Jelt.

Jelt stał się nie­dawno bar­dzo popu­larny. Poszu­ki­wali go ludzie o chłod­nych oczach – i nie po to, by uści­snąć mu rękę. Cza­sami byli to ludzie guber­na­tora, cza­sami inni, któ­rzy się nie przed­sta­wiali. Powta­rzało się to od pamięt­nej nocy na bagnach, o któ­rej Hark i Jelt ni­gdy nie roz­ma­wiali. Hark wyczu­wał, że w tej chwili Jelt go pro­wo­kuje, by coś powie­dział. Zlek­ce­wa­żył przy­nętę.

– Zgu­bi­łeś ich? – spy­tał.

– Tak – odparł Jelt, który nagle stra­cił dobry humor. – Pośpiesz się, dobrze?

Hark miał wra­że­nie, że pochwy­cił go prąd mor­ski. Uwa­żał, że nie należy wal­czyć z prą­dami. Można je wyko­rzy­sty­wać, bawić się nimi, pozwa­lać się nieść; ma to jakiś sens, ow­szem. Ale bez­po­śred­nia walka to idio­tyzm. Jelt był prą­dem, który pory­wał go czę­ściej niż inne. Hark nie potra­fił się wyśli­zgnąć ani dać się nieść, stwa­rza­jąc pozory, że robi to, czego chce Jelt, choć uda­wało mu się to z innymi ludźmi.

„A zresztą nie chcę tego robić – powta­rzał sobie. – Jelt to mój brat”. Jed­nak rozu­miał, że nie powi­nien wie­rzyć w to, co sobie wma­wia.

W pobliżu szczytu wzgó­rza, w cie­niu jed­nej z wież obser­wa­cyj­nych, cze­kały cztery osoby. Har­kowi mocno zabiło serce, gdy roz­po­znał przy­wód­czy­nię, kobietę zbli­ża­jącą się do czter­dziestki. Miała mądrą twarz i usta pełne gory­czy, jej twarz i ramiona pokry­wały liczne piegi; widać je było nawet na skó­rze krótko ostrzy­żo­nej głowy. Bra­wu­rowe, śmier­tel­nie nie­bez­pieczne wyprawy prze­myt­ni­cze Dotty Rigg budziły dziwną dumę w miesz­kań­cach Tęsk­noty Pani. Jej pię­cioro dzieci mogło pić za darmo w każ­dej tawer­nie na wyspie, nawet młod­sze, i tylko czę­ściowo z powodu stra­chu wzbu­dza­nego przez gang.

Hark sły­szał star­szych ludzi mówią­cych o Rigg z lękiem i pogardą; zdu­mie­wały ich jej suk­cesy. „Źle skoń­czy, za bar­dzo ryzy­kuje, nikogo nie słu­cha. Kto, do licha, chce być sławną prze­myt­niczką?!”

– Witaj, Rigg! – powie­dział Hark. Miał nadzieję, że mówi pew­nie, ale z sza­cun­kiem. Jelt wpa­ko­wał ich w jakieś sza­leń­stwo, ale Hark powi­nien uda­wać, że potra­fił dać sobie z tym radę.

Zauwa­żył, że kilku towa­rzy­szy Rigg dum­nie nosi w uszach sta­lowe i kościane kol­czyki wska­zu­jące, że zostali uca­ło­wani przez morze. Ludzie zaj­mu­jący się nur­ko­wa­niem albo pły­wa­jący łodziami pod­wod­nymi czę­sto tra­cili słuch, przy­naj­mniej czę­ściowo. Głu­chota wywo­łana uca­ło­waniem przez morze świad­czyła o tym, że ktoś jest wete­ra­nem pod­mor­skich eska­pad, i budziła powszechny sza­cu­nek.

– Migamy? – spy­tał szybko Hark w języku migo­wym Miriad i zoba­czył, że Rigg kiwa głową. Wielu ludzi uca­ło­wa­nych przez morze potra­fiło czy­tać z warg lub zacho­wało część słu­chu, więc zawsze nale­żało grzecz­nie spy­tać, czy wolą nor­malną roz­mowę czy język migowy.

– Chcia­łaś się z nami spo­tkać? – mignął Hark do Rigg. Ponie­waż wielu miesz­kań­ców archi­pe­lagu zostało uca­ło­wa­nych przez morze, pra­wie wszy­scy wyspia­rze znali jakąś formę języka migo­wego, choć róż­niły się one nieco na poszcze­gól­nych wyspach. Hark znał pod­sta­wowe znaki uży­wane na Tęsk­no­cie Pani, ale migał tro­chę nie­zgrab­nie w porów­na­niu z ludźmi, któ­rzy mieli więk­szą wprawę.

– Tak, choć ten pomysł coraz mniej mi się podoba – ostro odpo­wie­działa Rigg, robiąc gniewną minę. – Cze­ka­li­śmy pra­wie godzinę! Lepiej nie spóź­nij­cie się dziś wie­czo­rem! – Ski­nęła w stronę Harka i Jelta, by się zbli­żyli. Sześć osób sta­nęło bli­sko sie­bie, by ich znaki nie były czy­telne z daleka.

„Dziś wie­czo­rem?” Wyda­rze­nia toczyły się szyb­ciej, niż Hark się spo­dzie­wał.

– Nie spóź­nimy się – mignął Jelt. Żad­nych wymó­wek, żad­nych prze­pro­sin, po pro­stu nie­winne spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu.

Rigg wska­zała kciu­kiem latar­nię mor­ską na sąsied­nim przy­lądku.

– Ta latar­nia i następna – mignęła, spo­glą­da­jąc na Harka i Jelta tak­su­ją­cym wzro­kiem. – Musi­cie zga­sić latar­nie na wie­żach godzinę po strzale z armaty. Do następ­nej wieży bie­gnie ścieżka pod skra­jem klifu… Widzi­cie skalną półkę pod czer­wo­nym nawi­sem? Jeden z was musi się nią prze­czoł­gać. Nie wolno iść po kli­fie, bo ktoś was zauważy.

Hark szybko zro­zu­miał, o co cho­dzi, i coraz bar­dziej żało­wał, że się w to wplą­tał. Zaschło mu w ustach i w mil­cze­niu ski­nął głową. Był nie­złym akto­rem, ale wie­dział, że uca­ło­wani przez morze dobrze rozu­mieją język ciała. Miał tylko nadzieję, że nie zauwa­żyli ogar­nia­ją­cej go paniki. Zasta­na­wiał się, czy Jelt spe­cjal­nie przy­pro­wa­dził go z opóź­nie­niem, by nie mógł zapro­te­sto­wać i się wyco­fać. Spo­tkał się z czwor­giem nie­bez­piecz­nych ludzi i nie miał odwagi im powie­dzieć, że mar­no­wali czas.

– Musimy to zro­bić dziś wie­czo­rem? – spy­tał, melan­cho­lij­nie myśląc o łatwo­wier­nym kupcu, któ­rego zosta­wił samego.

– Oczy­wi­ście – odpo­wie­działa z iry­ta­cją Rigg. – Ludzie guber­na­tora są zajęci, prawda?

Hark zro­zu­miał, że Rigg ma rację. Więk­szość gwar­dzi­stów będzie praw­do­po­dob­nie pil­no­wać w por­cie „Dzie­cię­cia Otchłani”, strzec maga­zynu z cen­nym ładun­kiem i powstrzy­my­wać ludzi od nur­ko­wa­nia w zatoce po zagu­bione cząstki Pani Tajem­nic. Klify i zatoki będą patro­lo­wane przez mniej­szą liczbę ludzi.

– Jestem pewna, że jutro sprze­da­dzą na aukcji ciało boga z „Dzie­cię­cia Otchłani” – cią­gnęła Rigg. – Póź­niej znowu poja­wią się nor­malne patrole. Trzeba to zro­bić dziś w nocy.

– Nie ma pro­blemu – odparł Jelt.

– Nie uprze­dzi­łeś mnie – powie­dział z gory­czą Hark. Na nie­bie zapa­dał zmrok, jakby wpa­dło w kwa­śny humor. – Ni­gdy mnie nie uprze­dzasz, Jelt.

– Nie było czasu, prawda? Trzeba korzy­stać z oka­zji, jeśli się nada­rza. Spóź­ni­li­śmy się, bo godzi­nami szu­ka­łem cię w tłu­mie!

– Mia­łeś czas, żeby mnie uprze­dzić! – zaczął Hark, ale już wie­dział, że nie ma sensu się sprze­czać. Kłót­nie z przy­ja­cie­lem nie dopro­wa­dzą do niczego dobrego.

– Posłu­chaj – cią­gnął Jelt. – Zro­bimy to tak. Ukry­jemy się na wzgó­rzu, aż zapad­nie ciem­ność, a potem ja wdra­pię się do pierw­szej latarni, a ty pój­dziesz półką skalną do dru­giej. Szybko zga­sisz latar­nię, a póź­niej ja zga­szę moją.

– Nie rozu­miem, dla­czego to ja mam iść półką – mruk­nął Hark.

– Żar­tu­jesz?! – Jelt zatrzy­mał się nagle i popa­trzył na Harka roz­sze­rzo­nymi, gniew­nymi oczami. – Pró­buję udo­wod­nić Rigg, jakie masz zdol­no­ści, Hark! Myślisz, że nie zna­la­zł­bym kogoś innego do tej roboty?! Wcią­gną­łem cię, bo jeste­śmy przy­ja­ciółmi! Potra­fisz dobrze się wspi­nać, a po dzi­siej­szym wie­czo­rze będzie o tym wie­dział cały gang prze­myt­ni­ków!

Cho­ciaż Hark był ziry­to­wany, kom­ple­ment tro­chę go uła­go­dził.

– Półka jest wąska – dodał Jelt. – Jesteś niż­szy ode mnie i będziesz się posu­wał szyb­ciej. Ten, kto ukryje się w pobliżu pierw­szej latarni, musi ją roz­bić, nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie. Co byś zro­bił, gdyby poja­wili się ludzie guber­na­tora? Uśmiech­nął­byś się do nich? Opo­wie­dział ładną histo­ryjkę?

– A ty? – odpa­ro­wał Hark. – Zrzu­cił­byś ich z klifu?

Jelt lekko wzru­szył ramio­nami i uśmiech­nął się groź­nie. Jego uśmiech mówił: „Zro­bił­bym to, gdy­bym chciał”. Zawsze tak się zacho­wy­wał, jeśli mogło dojść do walki. Bra­wura z dodat­kiem groźby. Żar­to­wał, a jed­nak nie żar­to­wał. Nie dawało się okre­ślić, co jest prawdą.

– Dla­czego chcą zga­sić te latar­nie? – spy­tał cicho Hark.

Latar­nie mor­skie były kie­dyś sygna­łem dla bogów – prośbą. „Bła­gamy, żeby­ście pozwo­lili naszym stat­kom prze­pły­nąć. Nie wynu­rzaj­cie się w swoim strasz­li­wym maje­sta­cie. Uła­go­dzimy was, nakar­mimy…” Wiele wysp archi­pe­lagu Miriad usu­nęło latar­nie mor­skie jako sym­bol minio­nej, god­nej poża­ło­wa­nia epoki, ale guber­na­tor Tęsk­noty Pani był czło­wie­kiem prak­tycz­nym. Nie znisz­czył wież, prze­bu­do­wał je i wypo­sa­żył latar­nie w wiel­kie soczewki, tak że rzu­cały sze­ro­kie snopy świa­tła na zatoczki, z któ­rych w mroku nocy lubili korzy­stać prze­myt­nicy.

– Chcą zro­bić coś, co ma pozo­stać tajem­nicą – powoli, cier­pli­wie odparł Jelt, choć w jego gło­sie brzmiała nuta nie­cier­pli­wo­ści. – Może dowiemy się, o co cho­dzi, jeśli udo­wod­nimy, ile jeste­śmy warci.

Hark wahał się kilka sekund za długo i Jelt jak zwy­kle wpadł w złość.

– Och, zacho­wuj się jak doro­sły, Hark, nim zacznę żało­wać, że cię do tego wcią­gną­łem! To oka­zja zro­bie­nia kariery! Masz inne plany zawo­dowe, co? Zamie­rzasz spę­dzić życie, zbie­ra­jąc odpadki w por­cie i wyłu­dza­jąc gro­siki jak mały dzie­ciak, aż sta­niesz się stary i znie­do­łęż­niały, więc zaczniesz gło­do­wać?!

Hark przy­gryzł wargę, wie­dząc, że Jelt mówi prawdę. W głębi duszy Hark miał nadzieję, że czeka go lep­szy los; wyobra­żał sobie jasną, nie­zwy­kłą przy­szłość. Cho­ciaż czuł głę­boką, instynk­towną miłość do Tęsk­noty Pani, cza­sem marzył o prze­nie­sie­niu się na Syrenę albo Mal­pizę – więk­szą, wesel­szą wyspę, gdzie było wię­cej moż­li­wo­ści. Codzien­nie widy­wał ludzi, któ­rzy praw­do­po­dob­nie mieli kie­dyś podobne marze­nia, ale ni­gdy nie opu­ścili Tęsk­noty Pani i niczego nie osią­gnęli. Sta­rych męż­czyzn i stare kobiety w wil­got­nych łach­ma­nach, zbie­ra­ją­cych małże albo pro­szą­cych o drobne datki. W ich oczach malo­wało się znu­że­nie i roz­cza­ro­wa­nie. Patrząc na nich, czuł dreszcz lęku.

Hark już zro­bił coś w rodzaju kariery, prawda? Prze­stał krą­żyć wokół przy­tułku dla bez­dom­nych sie­rot, żebrząc o jedze­nie albo miej­sce do spa­nia. Miesz­kał wraz z innymi bez­dom­nymi nasto­lat­kami w szo­pie za fabryką kleju, nad linią przy­pływu; ścianę ogrze­wały pale­ni­ska fabryki. Współ­lo­ka­to­rzy praw­do­po­dob­nie prę­dzej czy póź­niej go wyrzucą, gdy doj­dzie do zmiany soju­szy; takie rze­czy po pro­stu się zda­rzają. Ludzie prze­stają cię lubić, więc szu­kasz innych przy­ja­ciół, żeby prze­trwać. Na nikim nie można na zawsze pole­gać.

Na nikim z wyjąt­kiem Jelta.

Hark i Jelt stra­cili rodzi­ców tej samej okrut­nej zimy, co w jakiś spo­sób ich połą­czyło. Cza­sami Hark miał wra­że­nie, że są czymś wię­cej niż tylko przy­ja­ciółmi – a może mniej niż przy­ja­ciółmi? – że ich losy są wbrew ich woli zwią­zane. Na Tęsk­no­cie Pani żyło wiele sie­rot; w dzie­ciń­stwie oka­zy­wano im szorstką dobroć. Miesz­kały w przy­tułku i dosta­wały jeden posi­łek dzien­nie. Żegla­rze rzu­cali im cza­sem odpadki i przy­my­kali oko, gdy dzie­ciaki spały w sza­lu­pach. Nawet gangi zbie­ra­czy, mające na wybrzeżu wła­sne tery­to­ria, od czasu do czasu pozwa­lały naj­młod­szym grze­bać w jezior­kach wśród skał w poszu­ki­wa­niu jeżow­ców i małży. Ale kiedy miały sie­dem lub osiem lat, ich czas się koń­czył. Mogły zadbać o sie­bie bez niczy­jej pomocy i prze­pę­dzano je z tery­to­riów gan­gów. Harka spo­tkało to dopiero w wieku dzie­wię­ciu lat: wcze­sna lek­cja na temat zalet dzie­cię­cego, nie­szko­dli­wego wyglądu.

Było to rów­nież nie­bez­pieczne. Spra­wiało, że Hark wyda­wał się poten­cjalną ofiarą, łatwym celem. Prze­trwał, bo roze­szły się plotki o jego zwa­rio­wa­nym przy­ja­cielu, który potrafi wal­czyć z doro­słymi męż­czy­znami i wybija im zęby kamie­niami.

Jelt ura­to­wał Har­kowi życie. Łatwo tra­cił nad sobą pano­wa­nie i potra­fił natych­miast zapo­mnieć o stra­chu. Miał ambitne plany i wiel­kie mnie­ma­nie o sobie.

– Musimy piąć się w górę albo ni­gdzie nie dotrzemy – mawiał. – Świat trzeba chwy­cić za gar­dło albo zgi­nąć.

Kilka godzin póź­niej obaj ukryli się na stoku wzgó­rza, patrząc na ciem­nie­jące niebo. Nocne wyprawy nie dener­wo­wały Jelta. Harka ow­szem, cho­ciaż wie­dział, że nie powi­nien się do tego przy­zna­wać.

Radził sobie, opo­wia­da­jąc w myślach histo­rie. Wyobra­żał sobie, że wyko­nał zada­nie, prze­żył, a póź­niej rela­cjo­nuje swoje przy­gody zachwy­co­nym słu­cha­czom w tawer­nie. Uspo­ka­jało go to i wol­niej biło mu serce. Stał się boha­te­rem, wszystko dobrze się skoń­czyło. Nie ma się czym przej­mo­wać. Toczące się wyda­rze­nia nie były naprawdę nie­bez­pieczne, przy­po­mi­nały przed­sta­wie­nie teatralne.

„Cze­ka­li­śmy przez dwie godziny w niszy skal­nej – opo­wia­dał zacie­ka­wio­nym, wyima­gi­no­wa­nym słu­cha­czom. – Sły­sze­li­śmy wie­czorny strzał z armaty, a potem patrzy­li­śmy na ciem­nie­jące niebo. Nad Pokorą i Kadłu­bem zbie­rały się chmury burzowe…”

Niebo stało się żół­tawe; na inne ska­li­ste wyspy spa­dały ulewy. Sły­szał ude­rze­nia kro­pli desz­czu, widział na ska­łach ciemne, wil­gotne, lśniące kro­ple wody.

Kry­jówka znaj­do­wała się w poło­wie wyso­ko­ści klifu na przy­lądku. Jelt spo­glą­dał na morze z miłym, eks­ta­tycz­nym wyra­zem twa­rzy, jaki zawsze się na niej poja­wiał, nim zro­bił coś głu­piego i nie­bez­piecz­nego. Tylko jego kwa­dra­towe palce nie­spo­koj­nie się poru­szały. Był opa­no­wany, ale czujny, chło­nął każdą mija­jącą chwilę, ważył jej zna­cze­nie.

– Chodź – powie­dział nagle. Nad­szedł wycze­ki­wany moment. Jelt miał zwie­rzęcy instynkt do takich spraw.

Po wyj­ściu z kry­jówki Hark poczuł na twa­rzy i rękach kro­ple lodo­wa­tego desz­czu – bole­sne ukłu­cia zimy.

„Musie­li­śmy się wspiąć na przy­lą­dek po kli­fie, żeby nas nie zauwa­żono – wyja­śnił swoim przy­szłym, wyima­gi­no­wa­nym admi­ra­to­rom. – Było to trudne, deszcz zale­wał nam oczy, a skały sta­wały się coraz bar­dziej śli­skie…”

Ciemne zbo­cze na górze pokry­wały nakra­piane sza­ro­białe głazy, które nie­kiedy sta­czały się w dół. Rosły mię­dzy nimi kar­ło­wate drzewa przy­po­mi­na­jące maleń­kie znaki zapy­ta­nia; kępy igieł poru­szane wil­got­nym wia­trem przy­po­mi­nały zaci­śnięte pię­ści. W ciem­no­ści widać było szare miko­łajki. Mięk­kie pur­chawki wyglą­dały jak kamie­nie, ale pękały pod naci­skiem dłoni. Można było się chwy­cić wrze­cio­now­ców, lecz parzyły dło­nie i palce.

Hark wspi­nał się na klif. Zdrę­twiały mu dło­nie i szczę­kał zębami.

„Zasta­na­wia­łem się, dla­czego wła­ści­wie to robię, ale nie mogłem wysta­wić Jelta do wia­tru, prawda? Zgi­nąłby beze mnie”.

Wszy­scy miesz­kańcy Tęsk­noty Pani uczyli się wspi­nać już w dzie­ciń­stwie. Wdra­py­wali się do gniazd mor­skich pta­ków na kli­fach we wschod­niej czę­ści wyspy. Przy­lądki i śli­skie skały w zato­kach pozwa­lały się spraw­dzić i usta­lić swoje miej­sce w hie­rar­chii. Hark ska­kał ze Skały Lamen­tów i spa­dał przez długą sekundę, po czym wypły­wał zdy­szany na powierzch­nię. Dopóki potra­fił się wspi­nać, mógł uni­kać nie­bez­pie­czeństw, kło­po­tów i ludzi chcą­cych odzy­skać swoje mie­nie.

Zer­k­nął w bok i zoba­czył, że Jelt podąża do przodu z wykrzy­wioną twa­rzą, na któ­rej malo­wało się napię­cie. Hark był zręcz­niej­szy i lżej­szy, a Jelt sil­niej­szy i bar­dziej skłonny do bra­wury. Hark przez całe życie sta­rał się naśla­do­wać przy­ja­ciela.

„…i oczy­wi­ście zaczęło się ściem­niać, więc ledwo widzie­li­śmy wła­sne ręce…”

Wspi­nali się szcze­liną bie­gnącą zyg­za­kiem w górę, ponie­waż łatwo było tam o opar­cie dla stóp i nie dosię­gało ich świa­tło latarni, która bar­wiła na liliowo pobli­skie skały. Zacie­nione miej­sca miały ciem­no­po­ma­rań­czową barwę.

Kiedy szcze­lina stała się zbyt wąska, by wspi­nali się obok sie­bie, Jelt ruszył przo­dem. Wybie­ra­jąc trasę, nie spo­dzie­wali się desz­czu. Szcze­liną spły­wała woda i Hark czuł na rękach lodo­wate stru­myki oraz sły­szał grze­chot nie­wiel­kich kamy­ków wyrwa­nych z wil­got­nej ziemi.

Jelt usta­wił się bokiem w szcze­li­nie, zapie­ra­jąc się ple­cami o skałę. W oczy Harka ude­rzyło liliowe świa­tło. Z prze­ra­że­niem zdał sobie sprawę, że znaj­dują się bli­sko szczytu. Osło­nił twarz, by nie stra­cić zdol­no­ści widze­nia w mroku. Błysk świa­tła spra­wił, że tań­czyły mu przed oczami kolo­rowe kręgi; przy­po­mi­nały poma­rań­czowe ryby pły­wa­jące w ciem­nym morzu.

Jelt wybrał to miej­sce na kry­jówkę. Trą­cił Harka i wska­zał zbo­cze. Spo­glą­da­jąc przez deszcz, Hark widział trasę, którą powi­nien prze­być – nawis skalny i nie­wielką półkę znaj­du­jącą się pod nim. Jelt szybko klep­nął go po ramie­niu: mil­czący gest kole­żeń­stwa.

Ośle­piony Hark ruszył samot­nie śli­ską półką, by dotrzeć do następ­nej wieży. Z daleka nie zauwa­żył, jak cia­sna i wąska jest szcze­lina w skale, ale nie miał odwrotu.

„Wyobraź­cie sobie, jak leża­łem na wąskiej półce o sze­ro­ko­ści połowy dłoni i czoł­ga­łem się do przodu. Cza­sami musia­łem zgi­nać się wpół, bo półka zmie­niała kie­ru­nek. Po lewej stro­nie ziała prze­paść…”

– Głupi, zwa­rio­wany plan – szep­nął. Oczy zale­wała mu zamu­lona woda, czuł pod sto­pami śli­skie kamie­nie.

Wyda­wało się, że minął wiek, nim zna­lazł się za białą żyłą bie­gnącą w skale i zdał sobie sprawę, że poko­nał zale­d­wie jedną trze­cią trasy. Zro­zu­miał, że idzie zbyt wolno, i poczuł mdło­ści. Im dłu­żej zwleka, tym więk­sze ryzyko, że ktoś zauważy Jelta. Wal­cząc z instynk­tem, zaczął poru­szać się szyb­ciej, nie robiąc przerw, by spraw­dzać każde miej­sce, gdzie sta­wia stopy. Da sobie radę. On…

Nie wie­dział, kiedy popeł­nił błąd. Może przy­czyną był oblu­zo­wany kamień albo śli­ska skała? Nagle zaczął spa­dać. Podra­pał nogę i bio­dro, posi­nia­czył dło­nie, na próżno usi­łu­jąc się cze­goś chwy­cić. W ostat­niej chwili zła­pał ręką młode drzewko, a drugą wsu­nął w szcze­linę w skale. Wisiał nad prze­pa­ścią, bez­rad­nie wierz­ga­jąc nogami.

Drzewko było za słabe, by go utrzy­mać. Widział, jak się wygina; kora pękała, białe włókna coraz bar­dziej się roz­cią­gały.

Pęk­nie, a on runie w dół. Za kilka sekund zacznie się zupeł­nie inna histo­ria, ale Hark już ni­gdy nikomu jej nie opo­wie.

„Sły­sze­li­ście o tym małym, Harku?”

„Nie. Który to?”

„Chudy, kłam­liwy pokurcz. No cóż, zeszłej nocy spadł z klifu. Roz­trza­skał sobie głowę. Zna­leźli go, ale naj­pierw przez cały dzień jadły go ryby”.

Ktoś cmok­nie, prych­nie, a może par­sk­nie śmie­chem. To wszystko. Koniec opo­wie­ści.

„Nie! – pomy­ślał. – Jestem boha­te­rem, do jasnej cia­snej!”

Wyjął rękę ze szcze­liny i wycią­gnął procę zatkniętą za pasek. Wisiał teraz tylko na jed­nej ręce. Sły­szał skrzy­pie­nie drewna i czuł, że jego dłoń ześli­zguje się po pniu.

Despe­racko zamach­nął się procą, która zacze­piła się na grub­szym drzewku rosną­cym nieco wyżej. Ryzy­ku­jąc upa­dek, puścił pierw­sze drzewo i zła­pał ręką drugi koniec procy. Chwy­cił go – i utrzy­mał się. Pod­cią­gnął się i zdo­łał objąć ramie­niem pień dru­giego drzewa, po czym powoli, mozol­nie wspiął się z powro­tem na półkę.

Przy­ci­snął podra­pany poli­czek do mokrej skały i stra­cił kilka cen­nych sekund. Dygo­tał, usi­łu­jąc zapa­no­wać nad mdło­ściami.

– Boha­ter… – szep­nął iro­nicz­nie. Pie­kły go oczy. Kiedy ostroż­nie uniósł głowę, zdał sobie sprawę, że ni­gdzie nie widzi procy. Nie miał czasu jej szu­kać; pra­wie na pewno spa­dła na skały u pod­nóża klifu. Poczoł­gał się pośpiesz­nie do przodu; jego posi­nia­czone ręce i ramiona drżały.

Kiedy półka się skoń­czyła i zoba­czył nad głową gwiazdy, pra­wie nie mógł uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Wgra­mo­lił się wąską rynną i ujrzał słabo oświe­tlony przy­lą­dek, fioł­kowy jak żyły mar­twego czło­wieka. Zoba­czył wieżę, kamienny postu­ment zwień­czony meta­lową klatką. Na szczy­cie znaj­do­wała się meta­lowa obu­dowa latarni z przy­mo­co­waną soczewką. Z ulgą spo­strzegł, że wokół nie ma żywej duszy.

Pobiegł do przodu, śli­zga­jąc się na mokrej tra­wie. Chwy­cił kamień i rzu­cił go w stronę szczytu wieży. Pole­ciał łukiem we wła­ści­wym kie­runku, ale tra­fił za nisko i sto­czył się z grze­cho­tem na zie­mię. Nie zdoła roz­bić latarni bez procy.

Zer­k­nął w stronę dru­giego przy­lądka. Jeśli nie zgasi latarni, Jelt będzie sie­dział w kry­jówce w pobliżu dru­giej wieży. Prę­dzej czy póź­niej pojawi się patrol i coś się przy­da­rzy… Jel­towi albo komuś innemu.

„I wtedy – powie­dział swoim wyima­gi­no­wa­nym słu­cha­czom – zro­zu­mia­łem, że mogę zro­bić tylko jedno…”

Zmę­czony i drżący Hark pod­biegł do wieży i zaczął się wspi­nać.

Kamienna pod­stawa oka­zała się łatwa. Cement zwie­trzał i popę­kał, więc znaj­do­wał opar­cie dla stóp. Ale kiedy dotarł do czę­ści wyko­na­nej z metalu, wspi­naczka stała się trud­niej­sza. Opla­tał rękami i nogami mokre meta­lowe wspor­niki i powoli peł­znął do góry; pod­cią­gał się na zardze­wia­łych poprzecz­kach, gdy pozwa­lały moc­niej się chwy­cić. Gwar­dzi­ści guber­na­tora wspi­nali się po dra­bi­nach, by zapa­lać latar­nie, po czym zabie­rali dra­biny, by nikt inny nie wdra­pał się na wieże.

Kiedy dotarł do szczytu, otwo­rzył meta­lową obu­dowę, wyjął latar­nię i cisnął na zie­mię. Roz­biła się dzie­sięć metrów niżej. Oliwa ochla­pała kamienną pod­stawę; przez chwilę tań­czyły na niej małe fioł­kowe pło­myki, które w końcu zga­sły. Po dzie­się­ciu sekun­dach latar­nia na dru­gim przy­lądku roz­bły­sła, a potem rów­nież zga­sła. Jelt strze­lił do niej z procy.

„Więc cią­gle żyje. Teraz może uciec, a ja…”

Scho­dząc z wieży, zauwa­żył zbli­ża­jące się poma­rań­czowe latar­nie.

Gwar­dzi­ści guber­na­tora dotarli do pod­stawy wieży i oto­czyli ją, gdy Hark w dal­szym ciągu tkwił na meta­lo­wej kon­struk­cji, ści­ska­jąc dłońmi kra­tow­nicę. Wisiał na niej, łapiąc oddech, pora­niony i posi­nia­czony; czuł lodo­waty chłód.

Mimo wszystko będzie musiał opo­wie­dzieć jakąś prze­ko­nu­jącą histo­rię. Nie w tawer­nie wśród przy­ja­ciół, ale tu i teraz, w desz­czu, ośle­piony przez latar­nie.

I musi to być naprawdę dobra opo­wieść. Przede wszyst­kim nie powi­nien poja­wić się w niej Jelt.

Roz­dział 2

Oka­zało się, że tej nocy aresz­to­wano wielu ludzi. Kiedy Harka odpro­wa­dzono do mia­sta, lochy guber­na­tora były już pełne. Wrzu­cono go do jed­nej z pro­wi­zo­rycz­nych cel, kwa­dra­to­wego dołu w ziemi przy­kry­tego ciężką drew­nianą kratą. Połowę osło­nięto płót­nem, które tro­chę chro­niło przed desz­czem, ale zie­mia na dnie zmie­niła się w grzą­skie błoto.

Hark spę­dził w jamie noc, zzięb­nięty i nie­szczę­śliwy, zasta­na­wia­jąc się, czy Jelt został zła­pany albo zgi­nął. Godzinę przed świ­tem pod­nie­siono kratę i wycią­gnięto go na zewnątrz. Wokół stało ze znu­dzo­nymi minami wielu uzbro­jo­nych gwar­dzi­stów guber­na­tora, więc Hark nie pró­bo­wał uciec, wspi­na­jąc się na mur ota­cza­jący dzie­dzi­niec.

Usi­ło­wał trzy­mać się dziel­nie, gdy pole­wano go wia­drami lodo­wa­tej wody. Póź­niej dostał brzyd­kie, szare ubra­nie.

– Skąd te luk­susy? – spy­tał, szczę­ka­jąc zębami. – Adop­tuje mnie ktoś z ary­sto­kra­cji?

– Jesz­cze lepiej – odparł szy­der­czo straż­nik. – Będziesz miał swój wielki dzień na poran­nej aukcji.

Hark poczuł, jak zamiera w nim serce. Oczy­wi­ście, że rano odbę­dzie się aukcja. Rigg już wcze­śniej się tego domy­ślała. Resztki Pani Tajem­nic zostaną szybko sprze­dane, nim doj­dzie do kolej­nych prób kra­dzieży. Ale na aukcjach nie sprze­da­wano tylko ciał bogów. Wyda­rze­nia bie­gły znacz­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał, i nie był na to przy­go­to­wany.

Oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że nie sta­nie przed sądem. Na Tęsk­no­cie Pani sprawy kry­mi­nalne prze­ka­zy­wano sędziom, któ­rzy wysłu­chi­wali rela­cji gwar­dzi­stów i natych­miast decy­do­wali, czy aresz­to­wa­nie było słuszne. Pro­ces urzą­dzano tylko wtedy, gdy sędzia uznał, że gwar­dzi­ści popeł­nili błąd, albo za oskar­żo­nym wsta­wił się ktoś wpły­wowy.

Wcze­śniej Hark uwa­żał, że mimo wszystko zosta­nie prze­słu­chany. W cza­sie roz­mowy z prze­słu­chu­ją­cym można wyczuć, jak działa jego psy­chika, opo­wie­dzieć histo­rię, która mu się spodoba, cza­sem zawrzeć umowę…

Ale naj­wy­raź­niej nie mógł na to liczyć. Cele były prze­peł­nione, więc guber­na­tor posta­no­wił je opróż­nić i zaro­bić, ile się da. Więź­nio­wie zostaną sprze­dani na aukcji.

Harka pośpiesz­nie popro­wa­dzono przez rynek, a póź­niej wspiął się na szczyt wzgó­rza wraz z kil­koma innymi więź­niami. Na szczę­ście nie było wśród nich Jelta i nie roz­po­znał rów­nież żad­nego z człon­ków gangu Rigg, więc praw­do­po­dob­nie udało im się uciec. Hark też prze­żył. Musi zacho­wać jasność umy­słu. Roz­pacz to tru­ci­zna, wywo­łuje odrę­twie­nie. Naj­gor­sza jest chwila, gdy docho­dzimy do wnio­sku, że na pewno czeka nas naj­gor­sze.

Nagle tra­fił go w ucho nie­dbale rzu­cony kamień. Żach­nął się, ale się nie rozej­rzał – nie było sensu ryzy­ko­wać dru­giego tra­fie­nia pro­sto w oko. Zaklął, lecz nie potrak­to­wał tego oso­bi­ście. Od czasu do czasu sam rzu­cał kamie­niami w schwy­ta­nych prze­stęp­ców, nie ze zło­ści, ale po pro­stu dla­tego, że było to dozwo­lone.

Nie przy­cho­dziło mu do głowy, by tego nie robić, bo pew­nego dnia sam może się zna­leźć w iden­tycz­nej sytu­acji. W grun­cie rze­czy w głębi serca prze­czu­wał, że kie­dyś to nastąpi, że obrzucą go kamie­niami. Uwa­żał za natu­ralne, że powi­nien dobrze wyko­rzy­stać czas, gdy może się znę­cać nad więź­niami, a nie być celem ata­ków.

Mimo to poczuł ukłu­cie w sercu. Był zado­wo­lony, że nie wie, kto rzu­cił kamień. Gdyby zro­bił to ktoś zna­jomy, czułby się znacz­nie gorzej.

Zaschło mu w ustach, gdy kolumna więź­niów zbli­żała się do domu aukcyj­nego na szczy­cie wzgó­rza. Przez całe życie widział ten budy­nek na tle nieba, ale był w środku tylko kilka razy.

Duży, stary gmach miał nie­fo­remny kształt i kopu­la­sty dach; okna w kamien­nych ścia­nach przy­po­mi­nały wąskie strzel­nice. Wła­śnie tak powinno być, bo kie­dyś słu­żył jako świą­ty­nia. W wiel­kiej sali gro­ma­dzili się kapłani z Tajem­nicy Pani, wyda­wali wyroki i skła­dali ofiary. Jakże ina­czej mia­łaby wyglą­dać świą­ty­nia? Nawet wiele lat po zagła­dzie bogów wszy­scy w dal­szym ciągu wie­dzieli, że świę­tość ma w sobie coś tajem­ni­czego, dziw­nego. Ist­nieje piękno nale­żące tylko do bogów, które wywo­łuje ści­ska­nie w żołądku…

Kiedy rządy nad wyspą prze­jął guber­na­tor – posłu­żył się pro­stą, ale uczciwą metodą pole­ga­jącą na tym, że miał wielu uzbro­jo­nych ludzi i ogło­sił, że przyj­muje wła­dzę – był zbyt prze­bie­gły, by prze­kształ­cić wielki budy­nek we wła­sną rezy­den­cję. Zamiast tego kazał zbu­do­wać dla sie­bie nie­da­leko portu ceglaną willę otyn­ko­waną na biało i oto­czoną murem. Rozu­miał, że stara świą­ty­nia to łącz­nik z prze­szło­ścią. Zamiesz­ka­nie w niej było poni­żej jego god­no­ści.

Dla­tego prze­kształ­cił świą­ty­nię w dom aukcyjny. Mniej ważne licy­ta­cje odby­wały się co tydzień; sprze­da­wano na nich skarby wydo­byte z morza, ładunki stat­ków i skon­fi­sko­wane towary. Aukcja była wiel­kim dniem, oka­zją zakupu stat­ków i łodzi pod­wod­nych, luk­su­so­wych towa­rów, pierw­szo­rzęd­nych czę­ści ciał bogów… i prze­stęp­ców. Miesz­kańcy Tęsk­noty Pani łatwo się przy­sto­so­wy­wali. W tej chwili szczy­cili się naj­wyż­szą prze­stęp­czo­ścią w archi­pe­lagu i potra­fili nawet na tym zara­biać.

Dziś to Hark zosta­nie wysta­wiony na sprze­daż. Nie­zbyt przy­jemny los, ale jeśli nie poja­wią się przy­zwo­ici kupcy, jego los będzie przy­pie­czę­to­wany.

Teo­re­tycz­nie w archi­pe­lagu nie­wol­nic­two było zaka­zane. Ale jeśli ktoś taki jak Hark został uznany za prze­stępcę, sprze­da­wano go na aukcji jako „sługę kon­trak­to­wego”. Wszyst­kie wyspy Miriad hono­ro­wały podobne kon­trakty. Gdyby tego nie robiły, skąd bra­łyby ludzi do wyko­ny­wa­nia prac, któ­rych nikt nie chciał się pod­jąć z wła­snej woli? Im cięż­sze prze­stęp­stwo, tym dłuż­sza kara. Jeśli sługa kon­trak­towy uciekł, mógł zostać schwy­tany i odsta­wiony do wła­ści­ciela, który miał prawo go uka­rać albo sprze­dać komuś gor­szemu.

Zawsze ist­niał ktoś gor­szy.

Wielka sala miała spra­wiać, by ludzie czuli się jak mrówki. Każdy rozu­miał to zaraz po wej­ściu do wiel­kiego budynku. Był zbyt prze­stronny, zbyt ogromny, łuko­wate skle­pie­nie znaj­do­wało się za wysoko, okna były zbyt wąskie i dłu­gie, wpa­dało przez nie zbyt mało świa­tła. Kil­ka­na­ście rzę­dów ławek dla uczest­ni­ków aukcji wypeł­niało tylko połowę sali. Tłumy ludzi nik­nęły w wiel­kim pomiesz­cze­niu. W gma­chu poja­wiało się dzi­waczne echo, wyż­sze i bar­dziej nie­po­ko­jące niż nor­malny głos. Powoli cichło w pół­mroku, budząc instynk­towny lęk.

Guber­na­tor zro­bił, co mógł. Ściany sali były teraz pokryte bia­łym tyn­kiem, ale tu i tam wil­goć spra­wiła, że jego płaty odpa­dły i widać było frag­menty sta­rych, czer­wono-czar­nych fre­sków. Dolną część wiel­kiego pomiesz­cze­nia oświe­tlało dwa­na­ście żela­znych kan­de­la­brów, które nie roz­pra­szały mroku pod skle­pie­niem.

W sali widać było wiele śla­dów prze­szło­ści. Nie­gdyś w środku znaj­do­wał się duży, owalny basen wypeł­niony wodą mor­ską, gdzie doko­ny­wano rytu­al­nego oczysz­cze­nia kapła­nów i ludzi skła­da­nych w ofie­rze bogom. Guber­na­tor kazał go zalać cemen­tem, ale wszy­scy i tak wie­dzieli, że daw­niej tam był – nowe, brą­zo­wawe płytki cera­miczne odci­nały się od sza­rych kamien­nych płyt. Poza tym rzu­cał się w oczy rząd płyt­kich, wytar­tych wgłę­bień bie­gną­cych od basenu do wej­ścia, a póź­niej do łuku znaj­du­ją­cego się w głębi sali. Przez stu­le­cia kro­czyły tędy pochody ludzi skła­da­ją­cych ofiary, aż bose stopy wyżło­biły kamie­nie.

Hark czuł się tak, jakby sam miał zostać zło­żony w ofie­rze, ale oczy­wi­ście nie popro­wa­dzono go po tych wgłę­bie­niach. Jego i resztę prze­stęp­ców skrę­po­wa­nych łań­cu­chami zapro­wa­dzono do bocz­nej czę­ści sali, by nie prze­ry­wać aukcji statku o nazwie „Łagodny Wiatr”. Tło­czyli się nie­da­leko podium, na któ­rym stał pro­wa­dzący licy­ta­cję; obok znaj­do­wało się wiel­kie liczy­dło poka­zu­jące aktu­alną ofertę.

Pro­wa­dzący zachwa­lał sta­tek, a Hark usi­ło­wał oce­nić publicz­ność. Coraz bar­dziej tra­cił nadzieję.

Był wcze­sny ranek i widzo­wie wyda­wali się znu­dzeni. Więk­szość drze­mała, gawę­dziła albo czy­tała. Pierw­sze rzędy były zajęte, ale domy­ślał się, że wielu ludzi przy­szło wcze­śniej, by zająć lep­sze miej­sca przed sprze­dażą ładunku „Dzie­cię­cia Otchłani”, która miała nastą­pić póź­niej. Chcieli kupić cząstkę Pani Tajem­nic, a przy­naj­mniej na nią popa­trzeć.

Hark się roz­glą­dał, szu­ka­jąc w tłu­mie zna­jo­mych twa­rzy przy­ja­ciół, choć wie­dział, że praw­do­po­dob­nie ich nie zoba­czy. Oczy­wi­ście nie było śladu Jelta. Zapewne ukrył się gdzieś z gan­giem Rigg. Hark nie winił przy­ja­ciela, ale jego nie­obec­ność spra­wiała, że czuł się samotny.

Hark patrzył, jak koń­czy się licy­ta­cja „Łagod­nego Wia­tru”. Jeden z uczest­ni­ków aukcji bez prze­ko­na­nia uniósł rękę. Zagrze­cho­tała kulka na liczy­dle, poka­zu­jąc ostat­nią ofertę. Pro­wa­dzący ospale zachę­cał do zgła­sza­nia nowych ofert, a póź­niej ogło­sił, że łódź została sprze­dana.

– Następny punkt to sprze­daż prze­stęp­ców, któ­rzy zostaną słu­gami kon­trak­to­wymi! – zawo­łał licy­ta­tor sto­jący na sta­rej ambo­nie. Wyrzeź­biono ją w dziwny spo­sób: jakby pokry­wały ją kro­ple wody pły­nące do góry, na prze­kór gra­wi­ta­cji.

Grupkę sku­tych więź­niów popro­wa­dzono naprzód. Hark zasta­na­wiał się przez sza­loną chwilę, co by się stało, gdyby wszy­scy rzu­cili się nagle ku drzwiom. Ale dosko­nale znał odpo­wiedź. Widział na wyso­kiej gale­rii gwar­dzi­stów guber­na­tora z wia­trów­kami; pod ich lufami znaj­do­wały się mie­dziane butle ze sprę­żo­nym powie­trzem. Zie­wali i wyda­wali się znu­dzeni, lecz praw­do­po­dob­nie sta­liby się znacz­nie bar­dziej aktywni, gdyby towar prze­zna­czony na sprze­daż posta­no­wił uciec.

Z despe­ra­cją rozej­rzał się po publicz­no­ści. Nie­któ­rzy widzo­wie nawet nie unie­śli głów. Kilku zer­k­nęło na niego, ale póź­niej popa­trzyli na star­szych, sil­niej­szych prze­stęp­ców. Hark wyda­wał się mały, bez­u­ży­teczny i praw­do­po­dob­nie nie­godny zaufa­nia – mar­no­wa­liby pie­nią­dze, kar­miąc go i zapew­nia­jąc mu miej­sce do spa­nia.

Więk­szość ludzi sie­dzą­cych w pierw­szej ławce z uwagą obser­wo­wała licy­ta­tora i prze­stęp­ców, ale nie było w tym nic dziw­nego. Zgod­nie z nie­pi­saną zasadą pierw­sza ławka była zare­zer­wo­wana dla uca­ło­wa­nych przez morze, by mogli łatwiej czy­tać z warg i obser­wo­wać asy­stenta licy­ta­tora opi­su­ją­cego sprze­da­wane towary w języku migo­wym. Miesz­kańcy kon­ty­nentu, któ­rzy nie­świa­do­mie naru­szali tę zasadę, ni­gdy nie rozu­mieli, dla­czego wszy­scy depcą im po sto­pach albo wydmu­chują dym z cygar pro­sto w twa­rze. W tej chwili nikomu nie dep­tano po sto­pach, więc praw­do­po­dob­nie widzo­wie sie­dzący z przodu byli uca­ło­wani przez morze.

Po chwili Hark zauwa­żył, że jedna osoba patrzy pro­sto na niego.

Była to dziew­czyna w jego wieku, może tro­chę młod­sza – niska, ciem­no­włosa i chuda, z dużymi oczami i nie­po­ko­jąco prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Uwagę Harka zwró­ciły piegi pokry­wa­jące jej twarz, ramiona i szyję. Tylko jedna rodzina była taka pie­go­wata.

„To na pewno córka Rigg. Co tu robi? Dla­czego się na mnie gapi?”

W dzi­kim przy­pły­wie opty­mi­zmu Hark miał przez chwilę nadzieję, że dziew­czyna zamie­rza wziąć udział w licy­ta­cji i kupić go w imie­niu gangu prze­myt­ni­ków. Jed­nak nie mógł na to liczyć. Wszy­scy wie­dzieli, że guber­na­tor wtrąca do wię­zie­nia ludzi, któ­rzy kupują na aukcjach swo­ich wspól­ni­ków, więc nikt już tego nie robił.

„Nie, jest tutaj, bym czuł, że ludzie Rigg mają mnie na oku. Jeśli ich wydam, szybko się dowie­dzą. Jej obec­ność to ostrze­że­nie”.

Hark z prze­ra­że­niem spo­strzegł, że kilku męż­czyzn o twa­rzach pokry­tych bli­znami obser­wuje go z namy­słem. Byli to łowcy oka­zji, kupu­jący za bez­cen prze­stęp­ców, któ­rzy nie wzbu­dzili niczy­jego zain­te­re­so­wa­nia, a następ­nie sprze­da­jący ich na galery. Zaku­pio­nych przez nich ludzi przy­ku­wano do wio­seł na stat­kach albo łodziach pod­wod­nych. Wielu umie­rało, a ci, co prze­żyli, wycho­dzili na wol­ność gar­baci, na poły ślepi i zła­mani życiem.

Obok han­dla­rzy sie­dział męż­czy­zna z mod­nie przy­ciętą brodą, ubrany w płaszcz z dobrego mate­riału. Roz­po­znał go jeden z prze­stęp­ców i powie­dział, że to wła­ści­ciel kopalni na Mal­pi­zie, który cza­sami kupuje chu­dych chłop­ców miesz­czą­cych się w nie­bez­piecz­nie wąskich chod­ni­kach pod­ziem­nych. Nie­wiele lep­sza per­spek­tywa niż galery.

– Pierw­sza par­tia! – zawo­łał licy­ta­tor. – Imię Hark. Stłukł zeszłej nocy dwie latar­nie na kli­fie. Ska­zany na trzy lata pracy jako sługa kon­trak­towy.

– Trzy lata! – wybuch­nął mimo woli Hark. Echo jego piskli­wego głosu uto­nęło w mroku pod skle­pie­niem. Bał się, że dosta­nie rok, ale trzy…

„Będę zła­many – pomy­ślał z despe­ra­cją. – Nie prze­żyję trzech lat na gale­rach”. Zamie­rzano uka­rać go dla przy­kładu. Guber­na­tor musiał uznać znisz­cze­nie latarni za oso­bi­sty afront. „Nie pod­da­waj się – powie­dział sobie ostro, czu­jąc przy­pływ paniki. – Jesz­cze nie umar­łeś”. Kiedy odłą­czono go od grupy więź­niów i wypchnięto przed ambonę, usi­ło­wał zapa­no­wać nad odde­chem. „Muszą być jesz­cze inni kupcy!”

– Czy ktoś ma przed licy­ta­cją jakieś pyta­nia do więź­nia? – spy­tał ze znu­dze­niem pro­wa­dzący. Miał minę czło­wieka, któ­rego czeka pra­co­wity dzień. Więk­szość widzów znowu sku­piła uwagę na kata­lo­gach. – Nie? A zatem…

– Czy mogę coś powie­dzieć na swoją obronę? – prze­rwał z roz­pa­czą Hark.

– Nie jesteś w sądzie, chłop­cze! – odparł licy­ta­tor i na sali roz­le­gły się śmie­chy.

– Ale uczest­nicy aukcji w ogóle nie wie­dzą, co zro­bi­łem! – Har­kowi mocno biło serce. – Nie wie­dzą, dla­czego to zro­bi­łem! Nie wie­dzą jak!

„Och, pro­szę! Niech ktoś połknie haczyk!” Hark roz­glą­dał się po widzach, szu­ka­jąc oznak zain­te­re­so­wa­nia.

Z tyłu sie­działo mał­żeń­stwo. Męż­czy­zna i kobieta zer­kali na niego ze zmarsz­czo­nymi brwiami i szep­tali. Czy to zain­te­re­so­wa­nie, czy dez­apro­bata?

Kobieta w śred­nim wieku w dobrej kurtce z brą­zo­wej wełny bawiła się mono­klem na łań­cuszku. Obser­wo­wała aukcję spod pół­przy­mknię­tych powiek jak widz teatralny cze­ka­jący na począ­tek spek­ta­klu. A może po pro­stu drze­mała?

Dwóch męż­czyzn w sel­ski­no­wych kurt­kach, przy­by­sze z pół­noc­nej czę­ści archi­pe­lagu. Śmiali się cicho i zer­kali na Harka. Czy mimo to zdoła ich do sie­bie prze­ko­nać?

„Jeśli będę pró­bo­wał mówić do wszyst­kich, nie zła­pię nikogo na haczyk. Muszę wybrać jedną osobę i mówić tylko do niej. I nie mogę się pomy­lić”.

Hark doko­nał wyboru. Spoj­rzał w oczy kobie­cie. Wpa­try­wał się w nią. Bła­gal­nie uniósł brwi.

„Ty, tak. Pro­szę”.

Kobieta w brą­zo­wym płasz­czu, z mono­klem na oku, spo­glą­dała na niego przez chwilę, po czym się uśmiech­nęła.

– Dobrze! – zawo­łała. – Jestem cie­kawa, co nam powiesz. Mów, chłop­cze!

Roz­dział 3

Hark czuł, jak wali mu serce. Przy­cho­dziły mu do głowy różne histo­ryjki.

„To nie ja! To był pomysł kogoś innego! Bałem się, to nie moja wina! Pod­stęp­nie mnie namó­wiono!”

Wła­śnie takie rze­czy opo­wia­damy, gdy chcemy kogoś prze­ko­nać, że jeste­śmy nie­winni, a przy­naj­mniej nie­szko­dliwi. Jeśli chwyci cię za kark straż­nik albo wła­ści­ciel stra­ganu, trzeba wzbu­dzić w nim litość; może cię puścić, czę­stu­jąc kop­nia­kiem w tyłek.

Ale teraz sytu­acja była trud­niej­sza. Hark nie stał przed sądem. To, czy jest winny, czy nie­winny, nie miało zna­cze­nia; naj­waż­niej­sze było, czy jest inte­re­su­jący jako przed­miot han­dlu. Jeśli nie przy­kuje uwagi publicz­no­ści, zgi­nie. Jeśli zacznie beł­ko­tać, bła­gać i prze­wra­cać oczami, na pewno znu­dzi widzów. Jesz­cze gorzej – wyda się słaby i głupi. Ktoś może zacząć mu współ­czuć, ale go nie kupi. Nikt nie chce mieć sła­bego, głu­piego sługi.

Musi się wydać war­to­ściowy. Inte­li­gentny, ale nie fał­szywy. Obda­rzony dobrym ser­cem, a zara­zem spry­tem.

– Nie zamie­rzam uda­wać, że nie stłu­kłem tych latarni – powie­dział spo­koj­nie, lecz odważ­nie. – Nie cho­dziło o pie­nią­dze ani o zabawę. Musia­łem to zro­bić.

„Zain­te­re­suj ich. Skup na sobie ich uwagę”.

– Chcesz powie­dzieć, że ktoś cię do tego zmu­sił? – spy­tała kobieta, która połknęła haczyk. Trudno było ją przej­rzeć. Hark poznał po akcen­cie, że nie pocho­dzi z Tęsk­noty Pani, a jed­nak mówiła jak osoba wycho­wana w tej czę­ści archi­pe­lagu. Może na jed­nej z pobli­skich wysp? Miała lekko roz­ba­wiony wyraz twa­rzy, głos pełen iro­nii i nie­do­wie­rza­nia. Jeśli Har­kowi dopi­sze szczę­ście, dalej będzie zada­wać pyta­nia. Jego los wisiał na wło­sku.

– Nie – odparł. – To był mój pomysł. Postą­pi­łem głu­pio… Wiem o tym. Wtedy też to wie­dzia­łem. Ale to był jedyny spo­sób. – „Zacze­kaj. Wyja­śnisz wszystko póź­niej. Niech zga­dują”. – Nie zro­bi­łem tego dla kawału – dodał szybko. – Widzie­li­ście tam­ten klif? Nikt by się na niego nie wspiął, gdyby nie musiał, prawda? – W tej chwili patrzył przede wszyst­kim na kobietę. „Nie sta­wiaj wszyst­kiego na jedną kartę. Mów na tyle gło­śno, by sły­szeli cię także ludzie na końcu. Spo­glą­daj cza­sem na innych”. – Musia­łem się wspiąć na szczyt klifu na Przy­lądku Oka Duszy. W ciem­no­ści, w desz­czu. Na szczy­cie zbi­łem procą pierw­szą latar­nię. – Spu­ścił na chwilę wzrok i wzru­szył ramio­nami z lek­kim zaże­no­wa­niem. – Wie­dzia­łem, że za chwilę poja­wią się straż­nicy, więc nie mogłem pobiec do latarni na sąsied­nim przy­lądku.

Ponie­waż Harka ska­zano za zbi­cie obu latarni, licy­ta­tor praw­do­po­dob­nie nie wie­dział, że znisz­czono je pra­wie jed­no­cze­śnie. Hark mógł utrzy­my­wać, że nie miał wspól­ni­ków, nie wspo­mi­nać o Jel­cie i gangu Rigg.

Zer­k­nął na pie­go­watą dziew­czynę w pierw­szym rzę­dzie publicz­no­ści. W dal­szym ciągu spo­glą­dała na niego wiel­kimi oczami, jakby potra­fiła czy­tać w jego myślach.

– Pod szczy­tem klifu znaj­duje się półka skalna, miej­scami o sze­ro­ko­ści dłoni. – Hark uniósł ręce, by una­ocz­nić widzom, jak wąska jest półka. – Śli­ska i zwie­trzała. Ale nie mia­łem wyboru. Obok stu­me­trowa prze­paść, deszcz, wiatr pró­bo­wał mnie zdmuch­nąć, wyskro­bać jak ostrygę z muszli…

Wła­ści­ciel kopalni poru­szył się nie­cier­pli­wie na ławie. „Za dużo barw­nych opi­sów – pomy­ślał ostro Hark. – Muszę mówić bar­dziej rze­czowo”.

– Trzy razy o mało nie spa­dłem i nie zgi­ną­łem – dodał szybko. – Proca spa­dła w prze­paść. Musia­łem się wspiąć na meta­lową wieżę, śli­ską od desz­czu, i stłuc drugą latar­nię. – Umilkł, mając nadzieję, że publicz­ność pamięta, jak wysoka jest wieża, i rozu­mie, jak wiel­kiego uporu i umie­jęt­no­ści wyma­gało wspię­cie się na szczyt.

– Masz odpo­wia­dać na pyta­nia pani, a nie mar­no­wać nasz czas bzdurną gada­niną! – wark­nął licy­ta­tor.

– Wiem, wiem! – zgo­dził się szybko Hark. – Mówię tylko, że ni­gdy bym tego wszyst­kiego nie zro­bił, nie nara­ził­bym się na takie ryzyko, gdy­bym nie miał naprawdę waż­nego powodu. – Zaczerp­nął głę­boko tchu i kon­ty­nu­ował opo­wieść. – Nie, nikt mnie nie zmu­sił – powie­dział. – Nikt mnie nawet o to nie pro­sił. Ale musia­łem to dla kogoś zro­bić.

Kilka unie­sio­nych brwi. Cień zain­te­re­so­wa­nia.

– Wycho­wa­łem się w przy­tułku… – zaczął Hark.

– Cóż za nie­spo­dzianka! – zawo­łał wła­ści­ciel kopalni i na sali roz­le­gły się przy­tłu­mione, ponure śmie­chy. Więk­szość bez­dom­nych i osie­ro­co­nych dzieci na Tęsk­no­cie Pani tra­fiało do przy­tułku; wiele z nich sta­wało się póź­niej obie­cu­ją­cymi mło­dymi oszu­stami.

– Śliczne miej­sce, prawda? – odpo­wie­dział Hark z iro­nicz­nym gry­ma­sem. „Nie daj się wytrą­cić z rów­no­wagi. Panuj nad sobą”. – Może część z pań­stwa także to pamięta. A teraz… oczy­wi­ście jestem wdzięczny guber­na­to­rowi za dobroć. To zupeł­nie oczy­wi­ste. Ale mam rów­nież długi wobec innych ludzi, któ­rzy dali mi jedze­nie i pracę. – Nie wspo­mniał, że jedze­nie w przy­tułku nie wystar­czało, by prze­żyć. Nie musiał tego robić. – Pewna kobieta cza­sem roz­bi­jała namiot w Zatoce Slajka i sprze­da­wała kiszone wodo­ro­sty. Cza­sami wrzesz­czała na nas i ciskała kamie­niami. Była tro­chę zwa­rio­wana i miała paskudny tem­pe­ra­ment, ale cza­sem zosta­wiała nam jedze­nie na ska­łach.

Kiedy Hark był mały, rze­czy­wi­ście znał podobną sta­ru­chę. Nie wie­dział, co się z nią stało, ale dzię­ko­wał jej w duchu, że nadaje jego opo­wie­ści pozory praw­do­po­do­bień­stwa.

Część publicz­no­ści wyda­wała się zain­te­re­so­wana, reszta nie­cier­pli­wie prze­glą­dała kata­logi. „Nie prze­sa­dzaj z sen­ty­men­ta­li­zmem – upo­mniał się Hark. – Mów krótko i na temat”.

– Z bie­giem lat… chyba sta­wała się coraz bar­dziej sza­lona. Miesz­kała w naj­ciem­niej­szych jaski­niach na wybrzeżu. Nie zno­siła widoku latarni mor­skich w nocy. Wie­dzą pań­stwo, jak to jest.

Znowu nie musiał mówić nic wię­cej. W latar­niach wyko­rzy­sty­wano wodę z Morza Grozy zmie­szaną z rybim tra­nem; za knoty słu­żyły drobne skrawki ciał bogów. Latar­nie paliły się dzięki temu dłu­żej i jaśniej niż te zawie­ra­jące tran wie­lo­rybi, ale nie bez powodu nazy­wano je latar­niami grozy. Ich świa­tło dziw­nie dzia­łało na ludzi, przy­śpie­szało bicie serca. Rówie­śnicy Harka wyro­śli wśród takich lamp i byli do nich przy­zwy­cza­jeni, ale starsi miesz­kańcy archi­pe­lagu nie mogli znieść ich bla­sku i skar­żyli się, że wywo­łuje kosz­mary.

Starcy, któ­rzy widy­wali bogów wycho­dzą­cych z morza, nie­na­wi­dzili latarni mor­skich. Daw­niej patrzyli na dziwne, roz­tań­czone liliowe świa­tła albo nie­zwy­kłe ogniki peł­ga­jące na ciele gigan­tycz­nych istot.

– Jak się nazy­wała? – zawo­łała kobieta z mono­klem.

– Katia – odpo­wie­dział szybko Hark, przy­po­mi­na­jąc sobie imię sta­rej kobiety. Na szczę­ście było dość pospo­lite. – Obo­zuje na całej wyspie. Ktoś z pań­stwa musi ją znać. Wystar­czy zapy­tać!

Kobieta unio­sła brew. „Tak, ale nie mogę tego zro­bić w tej chwili – mówiła jej twarz. – Nie spraw­dzę, czy mówisz prawdę, nim zacznę licy­to­wać”.

Była to jedna z zalet sytu­acji, w któ­rej zna­lazł się Hark. Jeśli dopi­sze mu szczę­ście, może się oka­zać, że licy­ta­tor nic nie wie o jego spra­wie oprócz tego, co prze­czy­tał. Uczest­nicy aukcji muszą samo­dziel­nie zde­cy­do­wać, czy wie­rzą w opo­wieść Harka. Jeśli ktoś go kupi, a potem się dowie, że został oszu­kany, może być zły, ale Hark przy­naj­mniej będzie miał szansę znowu go do sie­bie prze­ko­nać.

– Więc to Katia grzecz­nie cię popro­siła, żebyś zga­sił latar­nie? – spy­tała kobieta. Jej głos w dal­szym ciągu był chłodny i scep­tyczny.

– Katia ni­gdy nie była grzeczna, pro­szę pani! – Z zado­wo­le­niem zauwa­żył lek­kie uśmie­chy na kilku twa­rzach. Widzo­wie zaczy­nali się już domy­ślać, jaka była „Katia”. Hark rów­nież wyobra­żał ją sobie coraz lepiej. – Wrzesz­czała nawet na miej­sco­wych zbie­ra­czy, prze­kli­nała ich i kazała im się wyno­sić z plaży. Prze­pę­dzi­liby ją albo gorzej, gdy­bym nie pro­sił, żeby tego nie robili. I… gdyby nie była taka chora. – Zro­bił smutną minę i wzru­szył ramio­nami. – Widzia­łem, że pokrę­ciło jej się w gło­wie – cią­gnął ponuro. „Mów krótko, pro­sto, bru­tal­nie”. – Zwa­rio­wała. Nie pozna­wała mnie. Nie pozna­wała nikogo. Kryła się po jaski­niach, bo myślała, że latar­nie na kli­fach to liliowe świa­tła boga. Że zmar­twych­wstał, powró­cił z głę­bin, cho­dzi po wyspie i jej szuka. – Pokrę­cił głową i cicho cmok­nął ze współ­czu­ciem.

Hark powoli zaczy­nał wie­rzyć w swoją histo­rię. Była cał­ko­wi­cie wyssana z palca, ale, podob­nie jak wszyst­kie dobre kłam­stwa, zawie­rała źdźbło prawdy. Widy­wał sta­rych, scho­ro­wa­nych ludzi, któ­rzy w podobny spo­sób tra­cili rozum; ich dzie­cięcy strach przed bogami wycho­dził na jaw niczym topie­lec wynu­rza­jący się z głę­bin morza.

– Wczo­raj wie­czo­rem poja­wiła się w Zatoce Slajka. Była strasz­li­wie wychu­dzona, pra­wie jak szkie­let. Czu­łem, że nie dożyje do rana. Ukry­wała się w jaskini, zbyt słaba i głodna, żeby cho­dzić… ale kiedy już wycho­dziła, ta liliowa latar­nia dopro­wa­dzała ją do szału. Krzy­czała, krą­żyła po plaży, a potem bie­gła z powro­tem do jaskini. Pró­bo­wa­łem zanieść jej wodę i jedze­nie, ale gro­ziła mi nożem. Głu­pia stara krowa! – Pokrę­cił głową. – W końcu powie­dzia­łem jej, że wszystko jest w porządku, że bóg odcho­dzi, a plaża wkrótce będzie ciemna i bez­pieczna. Wspią­łem się na klif i zga­si­łem latar­nie.

– Zosta­wi­łeś zwa­rio­waną umie­ra­jącą kobietę zupeł­nie samą?! – spy­tała ostro kobieta z mono­klem.

– Tak, zosta­wi­łem – odpo­wie­dział Hark. „Nie broń się, nie oka­zuj waha­nia”. – Nie wiem nawet, czy zbi­cie latarni pomo­gło. Może po pro­stu została w jaskini? A może wyszła i spo­koj­nie umarła w ciem­no­ści w swoim namio­cie na posła­niu ze szmat? Nie wiem, ale musia­łem spró­bo­wać. To wszystko, co mogłem dla niej zro­bić.

Hark ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się po publicz­no­ści. Przed­sta­wił się naj­le­piej, jak potra­fił: chło­piec, który dora­stał jako ulicz­nik, ale jest odważny, pomy­słowy i przede wszyst­kim lojalny. Inte­li­gentny chło­pak o dobrym sercu, który dałby sobie rękę uciąć dla przy­ja­ciela, jeśli ten zdo­bę­dzie jego wdzięcz­ność. Czuł, że brzmi to lepiej niż „pod­stępny, drobny kan­ciarz z sze­ro­kimi zna­jo­mo­ściami w świe­cie prze­stęp­czym”.

Kobieta spo­glą­dała mu w oczy przez kilka sekund, po czym unio­sła brwi i odwró­ciła wzrok. Nagle wydała się znie­chę­cona i znu­dzona. Hark mocno przy­gryzł wargę, zasta­na­wia­jąc się, czy źle ją oce­nił.

Licy­ta­tor, który patrzył na swoje notatki, gło­śno odchrząk­nął. Hark się wzdry­gnął.

– Jesz­cze jakieś pyta­nia? – spy­tał cierpko pro­wa­dzący aukcję. Ton jego głosu świad­czył o znie­cier­pli­wie­niu. – Nie? A zatem przy­stę­pu­jemy do licy­ta­cji.

Hark sły­szał szum krwi w uszach. W cza­sie prze­mowy zdo­łał zacho­wać spo­kój, ale teraz nagle spo­strzegł, że z tru­dem oddy­cha.

– Jakieś oferty? – spy­tał licy­ta­tor.

Hark z namy­słem popa­trzył na kobietę, która zada­wała pyta­nia.

Wyda­wało się, że stu­diuje kata­log aukcyjny. Czy stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie, gdy Hark zaspo­koił jej cie­ka­wość? Popa­trzył na pozo­sta­łych uczest­ni­ków licy­ta­cji, ale wie­dział, że to z nią wiąże wszyst­kie nadzieje. Wymy­ślił swoją histo­rię dla niej.

Jeden z pokry­tych bli­znami męż­czyzn uniósł rękę i zapro­po­no­wał drobną kwotę. Hark mimo woli poczuł się ura­żony. „Jeśli nawet pro­po­nują niską cenę, cią­gle jestem coś wart – przy­po­mniał sobie. – Cią­gle jest szansa, że ktoś się włą­czy do licy­ta­cji”. Usi­ło­wał nie myśleć o tym, że mógłby się zna­leźć w śmier­dzą­cej ładowni łodzi pod­wod­nej z nad­garst­kami i kost­kami poka­le­czo­nymi przez kaj­dany.

Wła­ści­ciel kopalni przyj­rzał mu się przez lor­netkę teatralną, po czym uniósł dłoń i zapro­po­no­wał nieco wyż­szą kwotę. Hark wyobra­ził sobie, jak czołga się pod­ziem­nymi tune­lami, zasy­py­wany przez obry­wa­jące się skały, i wbił paznok­cie w ręce.

„Niech ktoś jesz­cze zali­cy­tuje! Pro­szę!” Hark spoj­rzał z roz­pa­czą na pozo­sta­łych uczest­ni­ków aukcji, zwłasz­cza kobietę z mono­klem. Popa­trzył bła­gal­nie nawet na pie­go­watą dziew­czynę uca­ło­waną przez morze.

Żad­nego odzewu. Nikt nawet nie drgnął.

Męż­czy­zna pokryty bli­znami znowu zali­cy­to­wał. Zapro­po­no­wana przez niego kwota była zale­d­wie nieco wyż­sza od war­to­ści kozy. Wła­ści­ciel kopalni wzru­szył ramio­nami i zre­zy­gno­wał. Zapa­dła cisza.

– Żad­nych innych pro­po­zy­cji?– spy­tał licy­ta­tor. – A zatem…

Wycią­gnął rękę, by zanu­rzyć pióro w kała­ma­rzu i zapi­sać szcze­góły trans­ak­cji w wiel­kiej księ­dze trans­ak­cji.

Har­kowi pociem­niało przed oczami. Opo­wie­dziana przez niego histo­ria była ostat­nią deską ratunku, ale oka­zało się, że nie wystar­czyła. Czuł ści­ska­nie w piersi i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że pro­wa­dzący znie­ru­cho­miał. Pióro zawi­sło nad kała­ma­rzem.

– Chcia­łaby pani zgło­sić następną ofertę? – spy­tał licy­ta­tor. Hark odwró­cił się i spoj­rzał na kobietę w brą­zo­wym płasz­czu, która unio­sła rękę.

– Tak – powie­działa.

Suma w dal­szym ciągu była niska, ale dwu­krot­nie wyż­sza od poprzed­niej pro­po­zy­cji. Hark widział, że pokryty bli­znami męż­czy­zna znowu oce­nia jego war­tość, przy­gląda się jego szczu­płej syl­wetce i sła­bym ramio­nom nie­przy­dat­nym do wio­sło­wa­nia. Chciał go kupić za bez­cen, ale tylko za bez­cen. Pokrę­cił głową.

Pro­wa­dzący ski­nął głową w stronę kobiety i zano­to­wał cenę zakupu, po czym Harka wypro­wa­dzono z sali do nie­wiel­kiego przy­le­głego pomiesz­cze­nia. Czuł ogromną ulgę; zro­biło mu się słabo. Pozwo­lono mu usiąść pod ścianą i zwa­lił się na pod­łogę, zbyt zmę­czony i odrę­twiały, by zwra­cać uwagę na oto­cze­nie, gdy wpro­wa­dzano kolej­nych sprze­da­nych ska­zań­ców.

Prze­żył. Prze­żyje.

Nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Po jakimś cza­sie odwie­dził go urzęd­nik w ciem­no­brą­zo­wej kami­zelce. Zadał mu kilka pytań. Czy ma tatu­aże? Bra­ku­jące zęby? Znaki szcze­gólne?

Hark odpo­wia­dał mar­twym gło­sem. Pozwo­lił urzęd­ni­kowi zmie­rzyć swoje ręce i nogi oraz opi­sać bli­zny, cho­ciaż dosko­nale wie­dział, czemu służą te wszyst­kie czyn­no­ści. Gdyby pró­bo­wał uciec od nowego wła­ści­ciela, te szcze­góły zosta­łyby wyko­rzy­stane, by go odna­leźć. Póź­niej znu­dzony rysow­nik spo­rzą­dził jego por­tret. Hark patrzył na powsta­jący na papie­rze brzydki obraz swo­jej twa­rzy i wyobra­żał go sobie na pla­ka­tach w por­tach całych Miriad, opa­trzony nagłów­kiem „ZBIE­GŁY SŁUGA”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki