Świat porzuconych dzieci - Jadwiga Wojtczak-Jarosz - ebook
Opis

"Prowadząc przez lata program leczenie dzieci z ubogich środowisk, w szczególności dzieci o polskich korzeniach z byłych republik sowieckich, miałam okazję przyjrzeć się kulisom dużych domów dziecka, a także życiu dzieci ulicy" – opowiada w „Świecie dzieci porzuconych” autorka, Jadwiga Wojtczak – Jarosz. I właśnie o tym pisze. „Mówić jednak, że zgłębiłam psychikę tych sierot, lecząc ich kruche ciała, byłoby dużą przesadą. W moich notatkach (…), obok opisów dolegliwości somatycznych i typowo lekarskich obserwacji, znajduję zapisy rozmów z dziećmi i opisy wydarzeń, które naszym spotkaniom towarzyszyły. Na marginesie zeszytu notowałam zawsze „na żywo” to, co mówi dziecko i jego opiekun. Te rozmowy, zamieszczone tu z zachowaniem ich oryginalnej stylistyki oraz wywiady środowiskowe stanowią zasadniczą treść książki (…). Dziecko, które trafia do domu dziecka niesie już ze sobą bagaż smutnych doświadczeń. Ma w pamięci własną dysfunkcyjną rodzinę, nierzadko życie na ulicy. Przed sobą - niewiadomą. Skoszarowanie w dużym domu dziecka, to kolejny etap sieroctwa. Dzieci te rzadko mówią o sobie. Nie piszą pamiętników, nie notują wydarzeń, nie prowadzą dzienników, do zwierzeń dochodzi wyjątkowo. A jednak każde z nich to żywa księga swoistych zapisów - śladów pamięciowych nie zawsze uświadamianych, które dają o sobie znać, utrudniają życie, bolą przypomnieniem, potrafią - nawet już w dorosłym życiu - odezwać się niespodzianie, zaskakując niezorientowanego rozmówcę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jadwiga Wojtczak-Jarosz "Świat porzuconych dzieci"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Jadwiga Wojtczak-Jarosz, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Jadwiga Wojtczak-Jarosz Zdjęcie okładki: Jadwiga Wojtczak-Jarosz

ISBN: 978-83-7900-154-5

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Jadwiga Wojtczak-Jarosz
Świat porzuconych dzieci
Wydawnictwo

Od Autora

Książkę tę dedykuję wszystkim samotnym dzieciom – tym, które nie mają rodziców i tym, których rodzice „gdzieś” są, ale nie mogą lub nie chcą pełnić opieki rodzicielskiej. W szczególności dedykuję ją dzieciom skoszarowanym w wielkich domach dziecka i tym, dla których domem stała się ulica.

Ze szczególną troską myślę o dzieciach, które los związał z historią narodu polskiego – dzieciach, których przodkowie nie z własnego wyboru znaleźli się poza granicami kraju i które z tej prostej przyczyny nie mieszkają dzisiaj w Polsce.

Chciałabym ją złożyć w podzięce osobom, które niosą tym dzieciom pomoc – wszystkim, których miałam szczęście na swej drodze spotkać, i tym, o których pełnej wyrzeczeń pracy jedynie mi opowiadano. A przede wszystkim siostrom zakonnym, które poznałam i które z niewyobrażalną wprost ofiarnością, cierpliwością, wytrwałością i wyrozumiałością otaczają te dzieci miłością.

O czym ta książka

Prowadząc przez lata program[1] leczenie dzieci z ubogich środowisk, w szczególności dzieci o polskich korzeniach z byłych republik sowieckich, miałam okazję przyjrzeć się kulisom dużych domów dziecka, a także życiu dzieci ulicy. I właśnie o tym piszę. Mówić jednak, że zgłębiłam psychikę tych sierot lecząc ich kruche ciała byłoby dużą przesadą. W moich notatkach, które teraz przeglądam, obok opisów dolegliwości somatycznych i typowo lekarskich obserwacji, znajduję zapisy rozmów z dziećmi i opisy wydarzeń, które naszym spotkaniom towarzyszyły. Na marginesie zeszytu notowałam zawsze „na żywo” to, co mówi dziecko i jego opiekun. Te rozmowy, zamieszczone tu z zachowaniem ich oryginalnej stylistyki, oraz wywiady środowiskowe stanowią zasadniczą treść książki.

Czasami drobny szczegół, jakieś zdanie, słowo, jakby mimochodem wypowiedziane przez dziecko, a przecież znaczące, odtwarzało klimat domu dziecka, niemoc sieroctwa, bezradność wobec piętrzących się wokół problemów, niezrozumienie ich sensu. Choćby taka krótka notatka zapisana podczas badania kilkuletniej Kasi, która weszła do pokoju i zaraz zalękniona skuliła się za stojącą obok drzwi szafą.

–Widzę, że masz śliczną niebieską sukienkę – mówię, chcąc ja ośmielić. –Pokażesz mi ją?

–Nie, bo podarta.

–Ale masz śliczne niebieskie oczka.

– Tak.

– I masz piękne jasne włoski.

– Tak.

– I masz ładną buzię. Pokażesz mi ją?

– Tak. I jeszcze mam wszy.

Małe dziecko powtarza to, co słyszy, nie zawsze zdając sobie sprawę z sensu, ale spragnione aprobaty skłonne jest wszystko wziąć za dobrą monetę. Ze starszymi bywa trudniej; zdobycie ich zaufania nie przychodzi łatwo. W stosunku do dorosłych, pracujących na miejscu – do opiekunów, nauczycieli, wychowawców, pracowników administracji, więziennych strażniczek – są czujne, nieufne, ostrożne. Nazywanie tych ludzi „opiekunami”, „wychowawcami”, czy „nauczycielami” stanowiło dla mnie niemały problem. Te osoby były najczęściej przeciwieństwem kogoś, kogo tak chciało by się nazwać. Jednak zachowam już to nazewnictwo dla zgodności z oficjalnym w ich miejscach pracy. Oczywiście nieadekwatności nazewnictwa z zachowaniem tych osób nie można generalizować przenosząc na wszystkie domy dziecka. Ja piszę o tym, co mnie bolało, co stanowiło treść życia tych dzieci, piszę o rzeczywistych stosunkach i zachowaniach, o codziennym życiu tych dzieci. To prawda, że szukałam biedy, więc może dlatego na nią przede wszystkim trafiałam. Ten jedyny napotkany podczas moich wędrówek po Wschodzie dom dziecka, w którym stosunki wydały mi się normalne miał mury popękane, zniszczone pożarem, a okna bez ram i szyb, zaś sypialnie bez zabawek. Ale dzieci były tam uśmiechnięte i radosne, chociaż ubogo ubrane.

1. Sierociniec w Rustavi (Gruzja) zorganizowany w ruinach spalonego domu.

Dziecko, które trafia do domu dziecka niesie już ze sobą bagaż smutnych doświadczeń. Ma w pamięci własną dysfunkcyjną rodzinę, nierzadko życie na ulicy. Przed sobą - niewiadomą. Skoszarowanie w dużym domu dziecka, to kolejny etap sieroctwa. Dzieci te rzadko mówią o sobie. Nie piszą pamiętników, nie notują wydarzeń, nie prowadzą dzienników, do zwierzeń dochodzi wyjątkowo. A jednak każde z nich, to żywa księga swoistych zapisów - śladów pamięciowych nie zawsze uświadamianych, które dają o sobie znać, utrudniają życie, bolą przypomnieniem, potrafią - nawet już w dorosłym życiu - odezwać się niespodzianie zaskakując niezorientowanego rozmówcę.

Dziecko sieroce ma ogromną zdolność wyczuwania nastroju i nastawienia osoby, z którą się styka nawet wtedy, jeśli ta osoba niemal nic nie mówi. I jeszcze jedno: jeśli zawiedzie się jego zaufanie, raczej nie ma odwrotu. Odzyskanie go nie wydaje się możliwe. Bardzo ważne są pierwsze chwile spędzone z dzieckiem. Są to chwile, podczas których możemy dużo zyskać, albo wszystko stracić. W moim przypadku sprawa była o tyle prosta, że z racji mojego zawodu dzieci bardzo szybko i bezbłędnie mnie zaklasyfikowały: byłam od pomagania. Stwarzało to duże możliwości zbliżenia się do nich. Przecież przyjeżdżałam tylko po to, aby je badać i pomagać w leczeniu. Nie robiłam wymówek, nie gniewałam się na nie, nie groziłam, nie byłam od wyznaczania kar, stawiania warunków... Tylko raz – i pamiętam to do dzisiaj – zdarzyło się, że podniosłam głos zwracając się do dziecka. Było to podczas pobytu dzieci na koloniach w Osłoninie nad zatoką Pucką. Jedno z dzieci zniknęło z pola widzenia opiekunów na wiele godzin.Znalazłam je po długich poszukiwaniach w stajni. Krzyknęłam.Lenaodwróciła się i zapytała zdziwiona:

– Dlaczego krzyczysz?

Odciągając ją od nogi konia powiedziałam już spokojniej:

– Bo bardzo się o ciebie martwiłam. A teraz się zlękłam, że cię kopnie.

– Martwiłaś się o mnie! - wykrzyknęła radośnie. – Naprawdę się o mnie martwiłaś?! Nikt się jeszcze o mnie nie martwił!

Prawdopodobnie ta moja wyłącznie służebna rola wobec dzieci prowokowała je do zwierzeń, tak rzadkich u dzieci sierocych - bo skoro pomagam, gdy chore, to może uda się otrzymać pomoc i w innych sprawach. To dlatego, przypuszczam, mogłam czasami zyskać wiedzę nie tyle większą, ile inną niż ta, jaką mieli o nich ich opiekunowie, przez co udawało mi się wniknąć głębiej w motywy ich zachowań.

Poczucie odrzucenia, świadomość, że jest się niepotrzebnym bywają bardzo silne u dzieci sierocych. Obserwując reakcje dzieci i analizując ich wypowiedzi nabrałam z czasem przekonania, że w ich odczuciach jaskrawo zarysowuje się granica między „my” (czyli dzieci) i „oni” (wszyscy pozostali) tak, jakby nie łączył nas żaden wspólny ziemski byt, jakbyśmy należeli do dwóch różnych światów. Ale to nie przeszkadza, aby – nie tylko te młodsze - spoglądały na nas (na tych z „zewnątrz”) z nadzieją. W ich przekonaniu wystarczy nam tylko chcieć, aby zmienić ich los. Nie rozumieją, dlaczego tego nie robimy. Gdy widzą osoby, które - zastanawiając się nad adopcją - odwiedzają sierociniec, ta granica się jeszcze zaostrza. To tak, jak byśmy podróżowali w oddzielnych wagonach pędzącego przez życie pociągu. Za oknami niby ten sam krajobraz, ale jakże inaczej odbierany. A przecież to ten sam pociąg i czas mijający tak samo odmierzany. Co z tego, skoro w tym wspólnym czasie i wspólnej przestrzeni nie można, ot tak sobie, przejść z wagonu do wagonu? Można tylko czekać na cud. Może spotka on mnie, myśli dziecko. Może na którejś stacji w drzwiach stanie konduktor, pokaże palcem na mnie i powie: ktoś kupił ci miejscówkę w jedynce. Możesz się przesiąść. Chodź, przeprowadzę cię. Dziewczynki częściej niż chłopcy opowiadają mi o swoich oczekiwaniach:

– Przyszli tacy i wybierali, ale na mnie nie padło.

Albo:

– Mnie już raz jedni wybrali, ale tylko ze spisu, co im dyrektorka pokazała. Jak mnie wywołali i obejrzeli, to ta pani wykrzywiła się i powiedziała do dyrektorki, że takiej brzyduli, której na dodatek zęby krzywo rosną, to by się nawet wstydziła znajomym pokazać.

Albo jeszcze inaczej:

– A mnie już trzy razy różni brali na próbę, ale się nie nadałam. Raz, bo kradłam chleb ze stołu i chowałam pod poduszkę, drugi raz, że uderzyłam ich synka, kiedy mnie targał za włosy, a trzeci, że uciekałam na podwórze bawić się z dziećmi.

Ot, gorzki smak sieroctwa!

Wypowiedzi chłopców mają nieco inną tonację. Brzmią jak suche relacjonowanie faktów:

– Babcia bierze czasami na niedziele siostrę. Mnie nikt nie bierze.

Albo:

– Przychodzili tu jacyś, nawet ze mną gadali. Ale wybrali mocniejszego, Gospodarstwo mają.

Albo jeszcze:

– Dziadek umarł. Teraz nie mam już do kogo pójść. Był stary, ale zawsze ktoś...

Pozwalałam im mówić, nie wypytywałam, chętnie słuchałam. Pamięć często jest bolesna, ale bez pamięci trudno żyć. Bliżej poznałam jednego chłopca, który nie miał nigdy nikogo. Tak definiował swoje życie: „nigdy nikogo”. Matka umarła przy porodzie; była bardzo młoda i niezamężna. Tyle tylko o niej wiadomo. Dzieckiem nikt się nie zainteresował. Ze szpitala chłopiec trafił do domu małego dziecka i dalej do kolejnych sierocińców dla starszych dzieci. Powiedział mi kiedyś:

– Ja nie miałem nawet takiego ojca, co by mnie bił. I nie miałem matki, co mnie zostawiła. Ja chyba bym tak wolał, jak oni… Mógłbym chociaż pamiętać… i opowiadać.

2. a, b. Dwoje z tych dzieci spotkał "cud".

To, co mnie gnębi, to nie tylko to, że nie mogłam im w sierocej niedoli ulżyć, ale także świadomość, że to tylko przypadek sprawił, że te dzieci nie mieszkają w Polsce: że my żyjemy tu, a one tam. Przecież historia zaborów, powstań, przesuwania granic, wywózki na Sybir mogły zaważyć na losie naszym, a nie ich i byłoby odwrotnie. Ale jeśli tak, to czy możemy przechodzić obok ich niedoli obojętnie?

3. "Ja nie miałem nawet takiego ojca, co by mnie bił"

Jak się zaczęło

Zaczęło się na Ukrainie. Jechałam na zjazd naukowy do Lwowa mając w kieszeni sporą sumę pieniędzy „dla najbardziej potrzebujących Polaków”. Przed wyjazdem z Kanady znajomi słysząc, że będę na Ukrainie, a łącząc z Kresami Wschodnimi wspomnienia z młodości, przekazywali mi drobne sumy z takim właśnie życzeniem. Znajomych było sporo i przed odlotem zorientowałam się, że zebrała się   dość pokaźna suma na ten cel. Słowa tyczące się odbiorcy były nieprecyzyjne, bo jak tu szukać tych najbardziej potrzebujących? I skąd będę miała pewność, że właśnie ci, a nie inni? Mogę mieć kłopoty, pomyślałam. No i miałam.

To była pierwsza moja wizyta we Lwowie. Przyjechaliśmy późnym wieczorem, zakwaterowano nas w samym centrum niedaleko Filharmonii. Wspaniale oświetlona widoczna była już z oddali. Nie wiedziałam, że śródmieście Lwowa jest tak piękne. Podczas następnych dni, wracając z obrad, miałam okazję podziwiać urok tego miasta

Na otwarcie Zjazdu jechałam z grupą dziennikarzy. Miałam nadzieję, że coś poradzą w sprawie szybkiego znalezienia odbiorcy powierzonych mi pieniędzy, bo kto lepiej, jeśli nie oni powinni być zorientowani w tej materii? Okazało się, że nic z tych rzeczy! Każdy z dziennikarzy radził inaczej; najbiedniejszych nie udało nam się ustalić.

Następne dni minęły na obradach, nie wnosząc niczego nowego w sprawie moich poszukiwań. Nadszedł dzień ostatni i byłam w poważnym kłopocie. Tego dnia, od samego rana, zorganizowano zwiedzanie Uniwersytetu: zakład po zakładzie, piętro po piętrze, informacje na temat architektury budynku i historii uczelni - pierwsi rektorzy, pierwsze katedry, przeszłość i teraźniejszość. Godziny mijały, moja percepcja słabła, niepokój wzrastał: przecież jutro wyjeżdżamy!

Opuściłam całe towarzystwo, przemknęłam korytarzami gubiąc się po drodze (bo zawsze w zamkniętych pomieszczeniach się gubię), wydostałam się wreszcie na zewnątrz i znalazłam w małym, ale pięknym, zielonym i wiosennie ukwieconym parku otaczającym Uniwersytet. Usiadłam na ławce, ale nic to nie pomogło, wstałam i odruchowo skierowałam się w stronę ulicy. Zatrzymałam się jednak przy chodniku, bo dokąd tu pójść szukać najbiedniejszych? Stałam niezdecydowana, gdy podeszła do mnie wysoka, szczupła, sympatyczna starsza pani o jasno niebieskich łagodnie spoglądających na świat oczach i powiedziała:

– Przechodziłam koło pani, gdy pani przez chwilę siedziała na ławeczce i tak mi przyszło do głowy… przepraszam, jeśli się mylę i przeszkadzam, ale tak mi przyszło do głowy patrząc na pani zasmuconą twarz, że pani ma chyba jakiś wielki kłopot…

4 a, b. Śródmieście Lwowa.

Ponieważ milczałam przyglądając jej się z niemałym zdziwieniem, mówiła dalej:

– To tylko takie moje pierwsze wrażenie, więc przepraszam, jeśli się mylę… człowiek się często myli.

Zamierzała odejść, więc szybko powiedziałam:

– Ależ ja właśnie mam wielki kłopot! Pani dobrze myślała. Zastanawiam się tylko, jakim sposobem pani doszła do takiego wniosku.

No i tak się zaczęła moja kresowa „przygoda”. To była pani hrabina Zofia Zamojska, jedyna osoba z tego rodu, która pozostała we Lwowie.

– Bo wie pani, ja nie mogłam... - powiedziała mi potem, gdy siedziałyśmy już przy herbacie w jej mieszkaniu. - Ja nie umiałam opuścić tego miasta, gdy ojciec wyjeżdżał ostatni. Tyle wspomnień... Nie, nie... proszę mnie nie podziwiać. To nie bohaterstwo, nie ofiara, ja po prostu nie byłam w stanie wyjechać.

Za pośrednictwem pani Zamojskiej trafiłam do doktór Heleny Krzemińskiej[2], a przez nią do licznych odwiedzanych potem przeze mnie miejsc na Ukrainie, gdzie organizowano pomoc dla osób starszych, dzieci i najbiedniejszych polskich rodzin. To za sprawą tych powiązań udawało mi się docierać do najdalszych nawet miejscowości, gdzie mieszkają Polacy. Dr Helena Krzemińska bywała też nieraz towarzyszką moich podróży.

Po powrocie do Kanady włączyłam się w akcje pomocy Polakom na Wschodzie. Początkowo chodziło generalnie o domy dziecka i najuboższe polskie rodziny. Z czasem skoncentrowałam się na chorych dzieciach z ubogich środowisk. Tak powstała wielka kanadyjska akcja leczenia dzieci ze Wschodu pod hasłem „Save a Life”. Nie był to jednak całkowicie kanadyjski program, bo nie działałby tak, jak działał, gdyby nie cały sztab ludzi, którzy pomagali mi w Polsce przede wszystkim wtedy, gdy ja byłam na Wschodzie lub w Kanadzie. Nie sposób wymienić wszystkich, więc tylko tych, bez których Program nie mógłby istnieć w takiej postaci. Na pierwszym miejscu dr. Karina Hovsepyan- niezwykła lekarka pochodzenia armeńskiego, pracująca obecnie w Polsce. Lekarz o ogromnej wiedzy i doświadczeniu połączonym z tym, co określane bywa jako intuicja lekarska, a co wynika niewątpliwie z umiejętności szybkiego i właściwego kojarzenia postrzeganych symptomów chorobowych z posiadaną wiedzą. Odpowiedzialna była za konsultacje z lekarzami i kontakty ze szpitalami w Polsce. Brała także udział w organizowanych w ramach naszego Programu ekipach lekarskich na Ukrainę i do Gruzji. Jej biegła znajomość języka rosyjskiego stanowiła w tych podróżach dodatkowy atut.

5. Dr Karina Hovsepyan (Gruzja)

Początki były najtrudniejsze. W tym zwłaszcza okresie ogromną pomoc stanowiła współpraca z przedstawicielką Fundacji „Polonia”, panią Krystyną Pochwalską. To ona wzięła na siebie znaczną część obowiązków związanych z organizacją pozaszpitalnego pobytu dzieci w Polsce. Nie zawsze bowiem dziecko po przywiezieniu do Polski mogło być natychmiast przyjęte do szpitala, zaś po wypisaniu, natychmiast odwiezione. Jej wytrwałość, stanowczość i cierpliwość, a jednocześnie ogromna kultura osobista sprawiały, że niemożliwe stawało się możliwym nawet w starciu z wielką płytą  biurokratycznych przepisów porządkowych, kiedy ja czułam się bezradna jak w labiryncie Franza Kafki. To za jej staraniem władze nadrzędne wydały również pisemną, oficjalną zgodę na przyjmowanie do polskich szpitali poważnie chorych dzieci polskiego pochodzenia na odpłatne leczenie[3].

Następną niezwykle ważną sprawą, o której nie mogłam zapomnieć było znalezienie osób, które ciepłem swojego serca potrafiłyby ogrzać sieroce serca w trudnych chwilach choroby – które siedziałyby przy dziecku, gdy się budzi z narkozy, czytały mu książkę, gdy jest smutne lub coś boli. Niby mrzonki, a jednak znalezienie takich ludzi w Polsce bynajmniej nie było trudne.

6. Pani Małgosia Krzycholik czeka w kolejce na badania z Albertem

Jedną z nich była p. Małgosia Krzycholik, która zaopiekowała się małym Albertem, gdy w Szpitalu na Litewskiej w Warszawie oczekiwał na operację. Siedziała przy nim, gdy budził się z narkozy, zaś po opuszczeniu szpitala przez wiele miesięcy opiekowała się nim we własnym domu. Kiedyś zobaczyłam ją w szpitalnym korytarzu czekającą cierpliwie wraz z Albertem w długiej kolejce na badania kontrolne. Z pewnością nikt ze stojących obok osób nie domyślał się, że to nie matka, nie żadna rodzina nawet, a „obca” osoba, poruszona cierpieniem sierocego dziecka.

Z niemałym wzruszeniem przywitałam też chęć pomocy, jaka przyszła ze strony środowiska naukowego (prof. K. Bogucka, PAN) oraz kombatanckiego. W dawnym gmachy Pasty[4], gdzie mieścił się zarząd Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, poznałam panią Zofię Rusecką[5], jedną z legendarnych postaci z okresu działań Podziemnego Państwa Polskiego w czasach okupacji hitlerowskiej. Z właściwą sobie energią zaopiekowała się dużą grupą dzieci z wileńskich sierocińców, które właśnie leczyliśmy w Otwocku. Odwiedzała je regularnie podczas wielomiesięcznego okresu leczenia gruźlicy przychodząc zawsze z koszami świeżych owoców.

Ta pomoc przyszła już potem, po przebrnięciu przez najtrudniejszy początkowy okres wahań: uda się, czy się nie uda? W tym pierwszym okresie niepewności, wspierana niewyczerpanymi zasobami energii pani Krystyny Pochwalskiej, napotykałam drobne gesty ze strony nieznajomych ludzi, które niby nic nie znaczące, jednak dodawały mi otuchy. Pamiętam wizytę w jednym ze szpitali w Warszawie, w którym próbowałam umieścić ciężko chore dziecko, chyba z Ukrainy. Czekałam na decyzję dyrektora: przyjmie, czy nie przyjmie. Sytuacja była nagła, w tamtym momencie wypłacalność mogłam zagwarantować jedynie własnym słowem i wizytówką Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Ale szpitale w Polsce były zadłużone, nie mogłam się dziwić, że dyrektor ma opory w przyjęciu nadprogramowego pacjenta. Siedziałam w sekretariacie i czekałam coraz bardziej przygnębiona. Sekretarka, która przed chwilą była świadkiem mojej rozmowy z dyrektorem, teraz w milczeniu pracowała przy swoim biurku.

– Jeśli tak trudno już na początku – westchnęłam nagle, - to co będzie dalej?

Sekretarka przerwała pracę, wyszła zza swojego biurka, usiadła obok mnie i powiedziała:

– Nie wiem, jak będzie dalej, ale uratować choćby jedno dziecko, to już wielka sprawa.

Jakże proste słowa! Nie pamiętam już dzisiaj, który to był szpital, ani jak wyglądała ta Pani. Pamiętam, że te słowa, może przez prostotę wyrażenia głębokiego ich sensu, bardzo mnie wtedy wzmocniły.

I na koniec, podziękować niech mi będzie wolno wszystkim lekarzom za ich troskę, serdeczność, cierpliwość i ogromne pokłady wyrozumiałości okazywane na każdym kroku naszym dzieciom, szczególnie zaś podziękować chcę tym chirurgom, którzy wielogodzinne skomplikowane zabiegi operacyjne wykonywali nieodpłatnie świadomi tego, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze pozwolą uratować kolejne dziecko.

7. Zofja Rusecka (po lewej) z Aliną Janowską (założycielką "Gniazd") podczas roboczego spotkania nt. pozaszpitalnej opieki nad dziećmi.

Kromka chleba

Moje częste wizyty w wielkich domach dziecka uświadomiły mi, jak bardzo sprawy około-kuchenne wpływają na relacje dzieci z kierownictwem. Drugim wykładnikiem, naświetlającym inny aspekt tych relacji są sypialnie - równo zasłane łóżka, poukładane na nich misie, poskładane w kostkę ubrania, kolorowe wycinanki na ścianach, wzniosłe hasła na zawsze zamkniętych w dzień do sypialni drzwiach. Wszystko odbiegające od normalnego skromnego, ale wygodnego domu zaczęło budzić moją czujność.

W ogromnej większości dużych domów dziecka kierownictwo jada przy oddzielnym stole, nierzadko nawet w oddzielnych pomieszczeniach. Oczywiście, że dalekie to od domowej atmosfery, ale kto tam myśli o tym, że domowa atmosfera to jakaś wartość dzieciom przydatna. „Słuchać się mają, i tyle!” - mówią „wychowawczynie”.