Kobiety Afryki - Jadwiga Wojtczak-Jarosz - ebook
Opis

Kobiety Afryki – obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały” Jadwigi Wojtczak – Jarosz to barwna opowieść o życiu polskich naukowców w Nigerii pod koniec lat siedemdziesiątych pogrążonej w Biafrańskiej wojnie domowej. Nie sposób przemilczeć tego, co zobaczyli, a są to prawdziwe wydarzenia widziane także oczyma autorki. Spotkali się z zupełnie odmienną od europejskiej kulturą, religią oraz postawą światopoglądową. Brak prądu czy wody to dla człowieka zachodu rzecz niezrozumiała, a dla Nigeryjczyków posiadanie butów czy białej koszuli jest wielkim skarbem. Książka opisuje codzienne perypetie związane z nauczaniem studentów, organizowanej wody pitnej czy zwiedzaniem i poznawaniem tak różnej od europejskiej flory i fauny. Powieść jest hołdem złożonym afrykańskim kobietom, pracującym ciężej od mężczyzn, często okaleczanych i często zbyt biednych, by wychować zdrowe dzieci. To także opowieść o niezwykle utalentowanych studentach – z niezwykłą pamięcią i chęcią do nauki.

Kobiety Afryki...” to opowieść dla wszystkich ciekawych świata, chcących poznać odmienną kulturę, inny sposób myślenia, a także codzienne życie tamtejszej ludności oraz uczonych przebywających na naukowej „emigracji”. „W ramach handlu zagranicznego wyjeżdżali z Polski do tzw. Krajów Trzeciego Świata, w tym także do Afryki, specjaliści z różnych dziedzin, przede wszystkim pracownicy instytutów naukowych i uniwersytetów, zasilając swoją kadrą powstające uczelnie, instytuty techniczne i naukowe. O takiej właśnie grupie osób mowa jest w książce. Indywidualne motywy inspirujące do wyjazdów bywały rozmaite, poczynając od względów finansowych, poprzez rodzinne, przygodowe, podróżnicze, naukowe, kolekcjonerskie i polityczne”. To z jednej strony niezwykłe przeżycia i wspomnienia egzotycznych widoków, a z drugiej biedy i głodu. Poznając niezwykłe losy bohaterów – spojrzysz na świat innymi oczyma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 179

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jadwiga Wojtczak–Jarosz "Kobiety Afryki – obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Jadwiga Wojtczak–Jarosz, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Jadwiga Wojtczak–Jarosz, Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki: z albumu Jadwigi Wojtczak‑Jarosz Korekta: Paulina Jóźwiak

ISBN: 978-83-7900-268-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Jadwiga Wojtczak–Jarosz
Kobiety Afryki
obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały

Książkę tę dedykuję Kobietom Afryki.

Dzięki otwartości i zaufaniu tych,

które miałam okazję na swej drodze spotkać,

mogłam ją napisać w takim kształcie i formie.

Wśród nich były także moje Studentki

Wydziału Medycznego Uniwersytetu w Jos,

dla których – mimo upływu czasu – zachowałam

szczególne miejsce w mojej pamięci i sercu.

JWJ

Słowo od Autora

Książka jest opowieścią fabularną opartą na prawdziwych wydarzeniach. Nie jest to jednak autobiografia w znaczeniu ogólnie przyjętym. Załączone zdjęcia odtwarzają towarzyszące wydarzeniom obrazy. Występujących w książce osób nie należy kojarzyć z rzeczywistymi postaciami, aczkolwiek każdy z bohaterów posiada swój pierwowzór. Nie ujawniając dalszych szczegółów warsztatu pracy, chciałabym jedynie dodać, że do tłumaczenia języka Hausa, jakim posługiwał się jeden z bohaterów powieści, używałam wszelkich dostępnych mi wówczas słowników. Przepraszam znawców tego języka, jeśli mimo tego mój przekład okaże się niedokładny.

W książce spotykamy również autentyczne postacie ze świata sztuki, literatury i medycyny, które przeszły do historii Czarnego Lądu. Czytelnik szerzej zainteresowany Afryką – obyczajami, religią, zagrożeniami, a także historią - może znaleźć dodatkowe informacje w odnośnikach.

Mamy koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i jesteśmy w Nigerii, w kraju, który nie tak dawno uwolnił się od kolonializmu, a już zdążył pogrążyć się w krwawej wojnie domowej (wojna Biafrańska). Mało wnikliwy obserwator nie zauważa śladów tej wojny; przedstawiciele skłóconych plemion mijają się na ulicach, handlują, stojąc obok siebie na zatłoczonych targowiskach, pracują razem w bankach, na uniwersytetach, lotniskach... Ta powierzchowna harmonia pomaga nam przenieść się w tajemniczy świat magii, pogańskich wierzeń, niezrozumiałych dla nas obrzędów i tradycji oraz wspaniałej przyrody. Nie zdajemy sobie sprawy, że pod powłoką tej harmonii i barwnej egzotyki, głęboko ukryte pozostają przemiany zachodzące w świadomości ludzi Afryki, spowodowane tak gwałtownym i w tak wielkich na raz rozmiarach napływem „nowego” pod postacią tego, co nazywamy zachodnią cywilizacją. Jak to „nowe”, w zderzeniu ze „starym”, zmienia pojmowanie świata przez człowieka wyrosłego w plemiennej wierze i tradycji, interesowało mnie nie mniej niż praca zawodowa na uniwersytecie. Analiza tych procesów bynajmniej nie była łatwa. Sytuacje, z jakimi się spotykałam, starałam się możliwie wiernie w książce przedstawić, na tyle wnikliwie, na ile sama byłam w stanie je objąć.

W Polsce w tym czasie panuje jeszcze tzw. komuna i niedługo nastąpi jej okres schyłkowy: „w sklepach tylko ocet na półkach” - pisze mi niebawem syn w liście przesłanym „przez grzeczność”. Poczta praktycznie nie dochodzi. Telefon na Uniwersytecie w Nigerii działał tylko wyjątkowo. W ramach handlu zagranicznego wyjeżdżali z Polski do tzw. Krajów Trzeciego Świata, w tym także do Afryki, specjaliści z różnych dziedzin, przede wszystkim pracownicy instytutów naukowych i uniwersytetów, zasilając swoją kadrą powstające uczelnie, instytuty techniczne i naukowe. O takiej właśnie grupie osób mowa jest w książce. Indywidualne motywy inspirujące do wyjazdów bywały rozmaite, poczynając od względów finansowych, poprzez rodzinne, przygodowe, podróżnicze, naukowe, kolekcjonerskie i polityczne. Przyczyny, które złożyły się na wyjazd do Afryki głównego bohatera książki były przedmiotem osobnego opracowania, którego podsumowanie w dużym skrócie przedstawiono w „Preface” (Część I).

Okres mojej pracy w Afryce przypadł na początek gwałtownego rozprzestrzeniania się zakażeń HIV[1], nieznanej wówczas jeszcze choroby. Obserwując (Część II) przypadki „dziwnej choroby” nie przypuszczałam, że przynajmniej część z nich mogła być zwiastunem nowej, nieznanej dotąd wielkiej plagi ludzkości, której medycyna nie była w stanie jeszcze zdiagnozować, a której potem nadano nazwę AIDS[2].

Wątek feministyczny przewija się przez całą zawartość książki, nie pomijając patologii kulturowo-obyczajowej w postaci trwałego, umyślnego i brzemiennego w skutkach okaleczania kobiet. Sprawa ta dyskutowana jest od lat na międzynarodowych forach (ONZ, UNICEF, WHO, Amnesty International), włącznie z ponawianiem Apelu do międzynarodowej społeczności o pomoc w walce z „odrażającym procederem kobiecego obrzezania” określonego (Pekińska Deklaracja ONZ, 1995), jako „odarcie z kobiecości”. Mimo międzynarodowych wysiłków, zakres tego zjawiska zwiększa się, a nie maleje, zarówno pod względem terytorialnym (występuje obecnie niemal na wszystkich kontynentach świata), jak i liczbowym. Według statystyk ONZ, w ostatnich latach, co najmniej 2 miliony dziewczynek rocznie pada ofiarą tego procederu, zaś na świecie żyje obecnie ponad 140 milionów kobiet w ten sposób trwale okaleczonych, co stanowiło dodatkowy motyw do uwzględnienia tego tematu w książce. 

Część pierwsza

SPOTKANIE Z AFRYKĄ

Amoke

Prolog 

Wracając ze spotkania, kiedy to bez większego namysłu wyraził zgodę na wyjazd do Afryki, Feliks poczuł się wygnańcem, emigrantem politycznym, mimo że z kraju przecież nie uciekał, ani nikt go do tego wyjazdu nie zmuszał. Nie było formalnej presji, nawet namawiania nie było, a jednak... Jeśli chciał utrzymać swoją aktywność zawodową, nie miał innego wyjścia. A przyczyny polityczne były oczywiste[3].

Kilka dni później podpisał dwuletni kontrakt z jednym z nigeryjskich uniwersytetów[4]. Zawiadomiono go niebawem, że na okres zatrudnienia w Afryce otrzyma w Polsce urlop bezpłatny.

- A ciągłość pracy? – zapytała zawsze rzeczowa żona. – Co z ciągłością pracy? Rozmawialiście o tym? Czy oni wliczą ci to do emerytury?

- No... zapewne. Przecież będę musiał im co miesiąc odpalić nielichy haracz... znaczy, podatek. Nic nie ma za darmo.

- Ale mogą cię po powrocie z tej Afryki wykołować i powiedzieć, że byłeś przecież na bezpłatnym urlopie. W razie znów coś przeskrobiesz, do emerytury ci tego nie wliczą. Ten Polserwis to takie zakamuflowane biuro handlu żywym towarem.

- Można by i tak powiedzieć – zgodził się.

Na słowa wymówki co do „przeskrobania” nie zareagował. Tę sprawę uważał za zamkniętą. Poza tym, Dzidzi po tym wszystkim nie należało denerwować. Miał wprawdzie kiedyś nadzieję, że Partia wynagrodzi go za zasługi jakąś intratną posadką w którymś z krajów Trzeciego Świata, ale ostatecznie na jedno wychodziło. Nie miał w zwyczaju roztkliwiać się nad sobą. Twarde traktowanie samego siebie wyniósł z domu. Był od pokoleń pierwszym w swojej rodzinie, który oderwał się od tradycji bycia górnikiem.

- Tylko, że nikt nie nazwie tego po imieniu – utyskiwała dalej żona. - Handlują wysokiej klasy specjalistami i czerpią z tego nie lada zyski.

- No właśnie... - przytaknął. Dyskusja do niczego nie prowadziła.

- A gazety o naszym wkładzie do budżetu państwa milczą!

Dzidzia należała do tego rodzaju żon, które o działalności mężów mówią zawsze w pierwszej osobie liczby mnogiej i podpowiadają, kiedy ci rozmawiają przez telefon. Nie przeszkadzało mu to. No... może czasami nieco krępowało.

- Zwykły człowiek po prostu o tym nie wie – nie przestawała narzekać. - Sprzedają nas za dolary, jak węgiel lub statki. My się będziemy męczyć, a oni będą nabijać sobie kieszenie. Przynajmniej nie dajmy się sprzedać za bezdurno.

- Czasami zapominasz, że ktoś nas może słyszeć.

- Każdy tak o nich mówi - upierała się.

- Każdy nie partyjny – poprawił.

- Partyjny też, gdy sobie podpije, albo ma do kogoś zaufanie.

- To znaczy, że ty masz do mnie zaufanie, bo nie zauważyłem, abyś piła.

- No, nareszcie odzyskujesz swój zwykły humor. A co do zarobków w tej Afryce, to zauważ, że dolar idzie w górę.

- Raczej złotówka idzie w dół.

- Stale mnie poprawiasz. Na jedno wychodzi. Twoja miesięczna pensja w tej Afryce, licząc po czarnorynkowym kursie, będzie w Polsce stokroć więcej warta, niż byś wyciągnął tutaj.

- To oczywiste – przerwał jej. Nie chciał usłyszeć tego, czego się spodziewał, że powie.

A jednak dokończyła:

- Teraz, gdy już nie jesteś prorektorem z ramienia Partii, wyciągnąłbyś zaledwie tyle, że z trudem starczyłoby na życie. Umarłabym na zawał albo coś takiego, gdybyś któregoś miesiąca nie wysłał do banku. Pamiętaj.

Pamiętał przede wszystkim o instrukcjach kardiologa, żeby jej nie denerwować: samemu zachować spokój i być tolerancyjnym. Dzidzia po „tym wszystkim”, jak oboje to nazywali, przeszła zawał. Ale teraz chodziło o pieniądze, rzecz ważna. Zaplanowali, że Dzidzia przyjedzie do Nigerii jakiś czas po nim, gdy już się zorientują, co najbardziej opłaca się zabrać z Polski.

- Najważniejsze, że możemy tam dużo zarobić – mówiła, skrupulatnie obliczając dochody i krzywiąc się niemiłosiernie przy odejmowaniu „haraczy” w postaci podatku i składek partyjnych.

A wiesz – ożywiła się niespodzianie - przyjaciele dzwonią i pytają, kiedy będzie można znów wpaść na herbatkę.

- O nie, moja droga! Żadnych przyjęć – żachnął się, zapominając o instrukcjach kardiologa. – Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem ci, kim jesteś, mówi stare przysłowie. Oni nie są moimi przyjaciółmi. Nikt za mną nie stanął, gdy tego potrzebowałem... No, prawie nikt. Urządzaj sobie przyjęcia po moim wyjeździe.

- Zmieniłeś się przez to wszystko. A nawet doktor mówił, że trochę rozrywki bardzo by ci się przydało.

Skrzywił się. Ładna rozrywka! Przypominać sobie, jak inni przechodzą obojętnie, gdy ja stoję nad stertą książek i sponiewieranych odbitek własnych publikacji.

„Tym wszystkim” były ostatnie miesiące. Dawniej, gdy był prorektorem z ramienia partii (nigdy nie omieszkał dodać tego określenia), stosunki w domu układały się wprost idealnie. Ale nagły, zaś dla Dzidzi w dodatku zupełnie nieoczekiwany - bo miała rację, że w pewnym momencie przestał ją informować – spadek z zawodowych i partyjnych wyżyn na samo niemal dno stał się tragedią większą niż dla niego, jeśli za miernik przyjąć stan ukrwienia mięśnia sercowego. Stracił wszystkie swoje tytularne przywileje, stając się z trudem tolerowanym samodzielnym pracownikiem naukowym bez własnego gabinetu. Nawiasem, jak można być samodzielnym pracownikiem naukowym, nie mając na czym siedzieć?! Ba! Nie mając nawet przy czym ani gdzie siedzieć! Ale w tamtej chwili wszelkie filozoficzne rozmyślania nad bezsensem życia tak ogołoconego samodzielnego pracownika naukowego nie przychodziły mu nawet do głowy. No bo jak to wszystko się odbyło? Bardzo spektakularnie, to pewne. Po prostu: przyszedł do Instytutu w pewien poniedziałkowy dżdżysty ranek i na drzwiach swego gabinetu, biorąc za klamkę, odczytał napis „Magazyn części zamiennych”. Drzwi nie puszczały, a nigdy ich na klucz nie zamykał. Napis był obcy. Przyszło mu do głowy, że w zamyśleniu pomylił piętra. Ale nie. Sprawdził raz jeszcze. Wszystko się zgadzało, za wyjątkiem tych drzwi. Był na „swoim” piętrze, krążył po „swoim” korytarzu… tylko te drzwi… obce drzwi. Jak wiele mogą zmienić jedne, martwe przecież, drzwi! Byłby to drugi temat do rozmyślań, niemal tytułowa strona książki, „Obce Drzwi”, gdyby mu w ogóle chciało się rozmyślać. Przeszedł się korytarzem, żeby tak nie stać jak ten głupi, tak na oczach mijających go, przemokniętych do nitki, strząsających obok wodę z parasoli pracowników i doszedł do jego końca. Tam, niespodziewanie, we wnęce rogowej, ujrzał stertę książek i papierów leżących na podłodze. Wydały mu się znajome. Schylił się. Faktycznie, były jego. Szuflad nigdy nie zamykał na klucz, więc na zdrowy rozum nie było czemu się nawet dziwić. A jednak... biurko widać było komuś przydatne, papiery nie. Szereg razy słyszał, jakoby zdarzały się podobne przypadki „wywłaszczenia” wśród bezpartyjnych pracowników naukowych, nie dawał jednak temu wiary. Bzdura, mówił zawsze, Partia nazbyt szanuje ludzi nauki. Poza tym, on był jak najbardziej partyjny, co więcej, zasłużony. Więc dlaczego? No tak. Ale przed dwoma tygodniami, również bez uprzedzenia i bez akceptacji, wywieziono mu z pracowni całą aparaturę służącą do eksperymentów na zwierzętach. I na dodatek nie wiadomo dokąd wywieziono. Przyjął to wtedy ze względnym spokojem. Ostatecznie tematyka programowa w jego zakładzie dotyczyć miała wyłącznie człowieka, nie zaś zwierząt, więc po prostu postawili na swoim. Ale teraz?! Nie był obdarzony intuicją Dzidzi. Ona by dokładnie wiedziała, w którym momencie przekroczył tę delikatną linię, poza którą nie można już mieć własnego zdania. Poza tym, nie zawsze w sposób właściwy odgadywał życzenia Partii. W tym też Dzidzia byłaby lepsza. Ale przecież to on był prorektorem z ramienia Partii, nie żona. Gdy się dowiedział, było już po czasie. Kilka tygodni temu, osoba protegowana przez wysokiego partyjnego działacza, opuściła jego gabinet bez słowa. I bez uśmiechu. A on nie tylko nie wiedział, czym ją dotknął, ale nawet nie zorientował się, że ją dotknął. A oferował jej wszelką pomoc (tak mu się przynajmniej zdawało): użytkowanie drogiej zagranicznej aparatury, wykorzystanie dwóch najlepszych laborantów, dodatkowy drobny sprzęt, fundusze... wszystko. Nie, nie wszystko. Nie zaoferował jej, że będzie za nią myślał. Że wymyśli temat pracy, zbierze piśmiennictwo do tej pracy, zaplanuje badania, dopilnuje wykonania, opracuje wyniki, a ona otrzyma już efekt końcowy i zaliczy tytuły. Dopiero post factum, gdy ktoś już inny okazał się bardziej domyślny, Feliks zrozumiał. Było już za późno.

 Gdyby to było dzisiaj, ponad pół wieku później, można by nieporozumienie zwalić na „Gender”. Brak wzajemnego zrozumienia między kobietą z ambicjami a niedomyślnym mężczyzną na stanowisku. Ona wymaga, on... tępak! Fajtłapa, jak podsumowała potem Dzidzia. Też niestety po czasie. Feliksowi pozostawało jedynie pogodzić się z konsekwencjami. Ustawowo, jako samodzielnego pracownika naukowego, nie wolno go było zwolnić, więc dalej mógł być. Ale co znaczy „być”. Być w tym instytucie: w bibliotece, na korytarzu, na schodach, w windzie, w toalecie... Dochodzimy do absurdu. Wolałby już nie być w ogóle... No i nareszcie: Partia zasugerowała wyjazd do Afryki. Czyż to nie rozwiązanie?! Będzie tam kierownikiem zakładu! Więc jakże się nie cieszyć, jakże nie być wdzięcznym?! Choć małżonce się nie spieszy i o Afryce inaczej nie mówi, jak tylko „ta Afryka”, „w tej Afryce”, jakby mogła być jeszcze jakaś inna Afryka. Zdzisio, ich syn, też jest ukierunkowany konkretnie: „tata pamięta, żeby uzbierać na ten mój wyścigowy japoński.” Ukochana córka jedynie zadziwiła go, gdy przy pożegnaniu na lotnisku powiedziała:

- Tato, to wszystko, w czym ty żyłeś tutaj tyle lat, jest chore. Musisz się jakoś z tego otrząsnąć. My wszyscy musimy się z tej choroby wyzwolić.

Co ona chciała przez to powiedzieć? - zastanawiał się, siedząc już w samolocie. – Brzmiało, jak ostrzeżenie. O co jej chodziło?

Był rok 1978.

Rozdział 1 Pierwsze wrażenia

Wyjechał z polskiej zimy, a w Afryce było lato. Ulokowano go w najlepszym hotelu w mieście. Miał wszelkie wygody i całodzienne utrzymanie. Tylko z wodą było kiepsko. Wszystkie koszty pokrywał Uniwersytet. W hotelu mieszkało już kilkanaście innych niedawno zatrudnionych na Uniwersytecie osób. Każda oczekiwała na przydział mieszkania. Osiedle uniwersyteckie właśnie rozbudowywano. Poszedł obejrzeć. Mężczyźni dyskutowali, czasami coś majstrowali przy budowie; maszyny mieszały cement, kobiety ładowały do misek żwir, piasek lub cement i dźwigały na głowach. Podnieść taką miskę nie było łatwo. Czasami znalazł się mężczyzna, który - przerywając rozmowę z kolegami - uprzejmie pomógł kobiecie dźwignąć miskę z ziemi i wsadzić na głowę. Przyjmowała to z wdzięcznością. Wiele kobiet nosiło dodatkowo niemowlęta przywiązane z tyłu chustą u pasa.

- Dziwne obyczaje – odezwał się Feliks do poznanego w hotelu kolegi, który przyjechał kilka miesięcy wcześniej, teren już znał i teraz służył mu za przewodnika. – U nas, nawet gdyby kobietom przyszło wykonywać tak ciężkie prace, zostawiłyby dzieci w żłobku, albo w domu pod opieką kochającej babci.

- Tutaj nie ma żłobków, a większość babć nie dożywa sześćdziesiątki – usłyszał. - Ale dziwię się, że przy tak skromnych możliwościach, właściwie głównie dzięki pracy kobiet, tak szybko posuwa się tu praca. Niedawno, gdy tu byłem, dopiero zaczynali.

Poszli dalej, za miasto. Teren był kamienisty, ale rosło trochę krzewów i niewysokich drzewek. Głazy leżały jedne na drugich, niektóre wyglądały tak, jakby się miały za chwilę obsunąć. Feliks przyglądał się im ze zdziwieniem.

- Nie ma obawy, nie zwalą się – uspokoił go znajomy. – Byłem tu przed paroma tygodniami. Leżały tak, jak i teraz. A z drugiej ich strony stoi chata. Posłałem zdjęcie bratu. Dziwił się. Pewnie myślał, że głazy leżą na dachu tej chaty.

Dalej było jeszcze ciekawiej. Niektóre głazy miały fantastyczne kształty. Feliks zauważył jeden, który wyglądał, jak gigantyczny, prążkowany grzyb. Spomiędzy głazów wyrastały palmy; aż nie do wiary, że zdołały się wśród tych kamieni zakorzenić.

Doszli do rozległej wioski. Naprzeciw szła kobieta, niosąc wiadro.

- Skąd oni wodę noszą? – zastanawiał się towarzysz Feliksa. - Okoliczne potoki podobno już całkowicie wyschły.

- Woda w tym wiadrze była zupełnie żółta, zauważyliście? - zapytał Feliks, gdy minęli kobietę.

- Tak, w potokach woda jest żółta od tego pyłu – wyjaśnił znajomy. - Łatwo im się tu nie żyje, zwłaszcza w porze suchej.

Przeszli przez wioskę i szli jeszcze dobre pół godziny, zanim dotarli do koryta rzeki. Rzeczywiście, było prawie suche. Zeszli na dół. Woda stała tylko w niektórych głębszych niszach kamienistego dna. Było tu nieco chłodniej. Pod nogami połyskiwały kamienie.

- Sporo tu drobnych topazów – zauważył towarzysz Feliksa, schylając się co chwilę i podnosząc całkiem spore, jasne, prawie przezroczyste kamyki.

Feliks też zaczął zbierać. Zauważył nagle coś zielonego, długiego i cienkiego jak łodyga wątłej rośliny wyrastającej spod kamienia.

- A jednak coś tu rośnie... i to o tak wspaniałym soczyście zielonym kolorze – powiedział, ciągnąc za rzekomą łodygę.

Zorientował się i puścił dopiero, gdy mu się zaczęła ruszać w dłoni. To był wąż.

Szli jakiś czas korytem rzeki, zanim wspięli się na przeciwległy brzeg. Słońce zachodziło. Daleko, poza polem zeschłych traw, zobaczyli biegnącą postać: czarna sylwetka na tle czerwieni nieba. Feliks patrzył urzeczony.

- Widok, jak z bajki – odezwał się.

- Tak. W tym kraju człowiek nie powinien rozstawać się z aparatem fotograficznym.

*  *  *

Hotel stał w parku na skraju miasta. Wygodnie, otoczenie urocze, towarzystwo miłe. Zajęcia na Uniwersytecie Feliks miał rozpocząć dopiero w trzecim tygodniu po przerwie semestralnej, więc czasu na adaptację było sporo. W dużej hotelowej sali jadalnej przy długim stole zasiadało codziennie wiele osób. Ciekawe, którzy zesłani, jak ja, zastanawiał się, a którzy przyjechali w nagrodę, o czym ja tylko marzyłem. Wszyscy byli sympatyczni, pogodni, umawiali się na spacery, na oglądanie miasta lub na basen.

- Do basenu kawałek – objaśnił sąsiad z prawej – ale znajdzie się miejsce w samochodzie. Ja jeszcze nie kupiłem.

Nieźle, pomyślał. Dzidzia będzie zachwycona. Tak lubi słońce i wodę. I muszę ją zaprowadzić tam daleko za osiedle uniwersyteckie, gdzie byłem wczoraj z tym toksykologiem.

... Tu wszystko dla mnie nowe. Czasami dziwią obyczaje, ale warunki hotelowe, jak na dobrych wczasach. I wspaniałe widoki. Zupełnie inny świat – napisał do żony zaraz po śniadaniu.

Ryc. 1 Pomoc mężczyzn przyjmowały z pokorą i wdzięcznością

Ryc. 2 i ryc. 3; Wiele kobiet nosiło dodatkowo niemowlęta przywiązane u pasa

Ryc. 3

Ryc. 4 Przez wioskę szła kobieta

Ryc. 5 Głazy leżały jedne na drugich

Ryc. 6 Wygląda, jakby głazy leżały na dachu domu

Ryc. 7 Kobiety dźwigały na głowach żwir, piasek, cement...

Rozdział 2  Zupełnie inny świat

Feliksowi wszystko się podobało. W hotelowym parku stoliki pod parasolami, elegancko podane, smaczne i urozmaicone posiłki, różnorodność drzew. Nie widział nigdy takich.

Pięknie, myślał, siedząc w parku i rozkoszując się dobrym piwem. W Polsce ciężka zima, a tu - upał. Słońce, wesołe towarzystwo, spacery, basen, park, kwitnące drzewa, noce ciepłe, księżycowe... i piękne, atrakcyjne, o czekoladowej karnacji dziewczyny.

Kręciły się wszędzie. Ktoś z nowo poznanych kolegów poinformował go, że to w większości prostytutki.

- Dlatego tak prześlicznie się uśmiechają. Zaczepiają, zagadują i chętnie przyjmą zaproszenia, ale trzeba uważać.

- Niebezpieczne? – zażartował.

- Zjeść z taką posiłek, wypić kawę, podowcipkować – w porządku. Ale przespać się – może być problem. A przecież na to czekają. O zarobek tylko im chodzi.

- Oczywiście! – roześmiał się Feliks. - Na to bym nigdy nie poszedł.

Dowiedział się, że gdyby „na to poszedł”, kosztowałoby go to najmniej 25 naira.

- Ale płaci się za całą noc... rozumiecie – powiedział nowy znajomy. – Niezależnie o której ją zwolnicie, koszt jest taki sam. Osobiście nie lubię budzić się rano z obcym ciałem u boku, więc zwalniam taką zawsze, zanim zasnę.

Rozmówca był fizykiem i pracował na Uniwersytecie już drugi rok, a stale jeszcze mieszkał w hotelu.

- Nie spodziewałem się, że aż tyle – dziwił się Feliks. - Dwadzieścia pięć naira?! Ta waluta stoi przecież znacznie wyżej niż dolar. W Polsce, przy obecnym przeliczniku, to byłaby spora sumka!

- Ale zapewniam was, że w łóżku są wyśmienite – chwalił rozmówca.

Feliks dowiedział się jeszcze, że naira wprowadzona została całkiem niedawno w miejsce funta nigeryjskiego i teraz wszystko już oblicza się w tej walucie, chociaż, gdy się przesyła do londyńskiego banku, przeliczają jeszcze inaczej - na funty brytyjskie.

- Człowiek traci na każdej wymianie – westchnął fizyk – a jeszcze trzeba nielicho zapłacić, gdy się transferuje poza limitem. Rozumiecie... na lewo.

Feliks nie tylko nie rozumiał, ale w ogóle nie wiedział, że jest to możliwe.

- No, oficjalnie nie jest możliwe - tłumaczył fizyk - ale przecież frajerem nie jestem, jak będziecie zainteresowani, dam wam poradę, jak to zrobić, żeby nie wpaść. Podobno nigeryjskie więzienia są ciężkie.

Feliks póki co zainteresowany nie był, z porady nie miał ochoty skorzystać, więc wrócili do spraw prostytucji. Uśmiechnął się sam do siebie, przypominając sobie młode lata. Jak to różnie w życiu bywa, myślał. Gdy człowieka stać, to nie ma ochoty, gdy nie było stać, potrzeba była ogromna. Pamiętał, jak kiedyś, będąc w wojsku, dzielił się taką nocą z kolegą. Płacili po połowie.

- Wszystkim się można od takiej zarazić, więc radzę ostrożność – pouczał Poradny. – Łatwiej nawet od pięknej, niż od brzydkiej, bo piękna ma więcej klientów. Ale każda w łóżku świetna, zapewniam. I wszystkie zgrabne, szczupłe, nogi długie, tyłeczki okrągłe, jak trzeba, a niektóre mają po prostu prześliczną skórę. Ostatnio miałem dziewczynę o skórze koloru ciemnego miodu. Coś wspaniałego! Nie gasiłem światła, bo było to przeżycie wręcz estetyczne. Jest studentką medycyny. Niestety choruje na serce.

Feliks zainteresował się.

- Studentka medycyny i traktuje tę... miłość zarobkowo? Nie do wiary!

- Oczywiście, że zarobkowo. Gdyby nie ten proceder, niejedna z tutejszych studentek nie miałaby szans studiowania. Przecież studia kosztują. Ale najczęściej radzą sobie tak, że mają bogatych protektorów, którzy korzystając z ich usług, opłacają im studia. Czasami nawet razem mieszkają. Szczęściem dla nich, seks uprawia się przeważnie w nocy, więc nawet akademika taka dziewczyna nie musi opłacać. Ta miała takiego protektora przez blisko dwa lata. Jego firma zmieniła lokalizację i wyjechał. Drogi budują. Czasami przyśle jej jeszcze jakiś prezencik, ale za studia już nie płaci. Przecież nie będzie jeździł dla seksu przez całą Nigerię. Benzyna kosztuje. Musi mieć dziewczynę na miejscu. W tym klimacie ma się ogromny temperament, widzę to po sobie.

Feliks zasępił się.

- A ta dziewczyna...

- Akanke.

- Ta Akanke, co ona myśli teraz robić? Leczy się przynajmniej?

- On sam jej poradził, żeby została tutaj. Tam, gdzie wyniosła się jego firma, nie ma nawet szpitala, a ona chce jeszcze studiować.

- Przykry los.

- Dlatego dałem jej więcej zarobić, niż wynosi stawka. Nie jestem skąpy. Gdyby mnie tu zatrudnili na stanowisku kierownika zakładu, na co liczyłem, namyślałbym się, czy nie wziąć jej na stałe. Ale zatrudnili Anglika. Anglicy nie przestają im imponować, chociaż ich się tu nie lubi.

- Dlaczego ich się nie lubi? Studnie im podobno pobudowali, nauczyli rolnictwa, rybne stawy pozakładali... wiele nie zdążyłem przed wyjazdem przeczytać.

- To prawda, ale to były stosunki pan - poddany, wiecie. Podobno w koloniach francuskich, na przykład w takim Kamerunie, bywało inaczej. Tam i do małżeństw dochodziło. Tu – wyjątkowo.

- Niemniej, tu we wszystkim Anglików naśladują.

- O, tak! Te spodnie do kolan w kratę, chociaż Anglicy już dawno takich nie noszą... albo kapelusze tropikalne... no i oczywiście pod koniec roku akademickiego niezmiennie na wszystkich nigeryjskich uczelniach muszą być external egzaminers[5] z Wysp Brytyjskich. Bez tego studia nieważne.

Feliks słyszał już o tym i nie mógł się nadziwić.

- Przecież to ogromna rozrzutność! Sprowadzają z różnych stron świata wysokiej   klasy specjalistów jako wykładowców, ale dopiero Anglikowi wierzą, że student   przygotowany.

- Właśnie! Taki postkolonialny snobizm. Wynik jakiegoś nadzwyczajnego zaufania do Anglików, a może nawet wiara w ich nadrzędną rolę w świecie.

- Może raczej