Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nowe technologie zawsze wywoływały panikę związaną z zastępowaniem pracowników przez maszyny. W przeszłości takie obawy były nieuzasadnione i wielu ekonomistów utrzymuje, że tak jest i dziś. Jednak w "Świecie bez pracy" Daniel Susskind pokazuje, dlaczego tym razem jest inaczej. Postępy w dziedzinie sztucznej inteligencji oznaczają, że rynek pracy przyszłości staje się miejscem niezwykłym i historycznie niespotykanym.
Autor książki przekonuje, że maszyny nie muszą już rozumować tak jak my, by nas przewyższać. Coraz częściej zadania, które kiedyś były poza możliwościami komputerów – od diagnozowania chorób po sporządzanie umów prawnych – są teraz w ich zasięgu. Wzrost Big Tech, czyli małej garstki dużych firm technologicznych oraz przede wszystkim znalezienie sensu życia to wyzwania, z którymi będziemy musieli się zmierzyć w najbliższej przyszłości. Dla Susskinda związek między pracą a sensem naszego istnienia jest mniej jasny niż dotychczasowe stwierdzenia, że praca i dochody nie powinny być priorytetem.
"Świat bez pracy" uświadamia nam, jak wielką władzę polityczną ma sztuczna inteligencja oraz jaki to może mieć wpływ na kwestię demokracji, wolności czy sprawiedliwości w przyszłości. Jak więc wszyscy możemy się rozwijać w świecie, w którym jest mniej pracy? Susskind przypomina nam, że postęp technologiczny może przynieść bezprecedensowy dobrobyt, rozwiązując jeden z najstarszych problemów ludzkości: zapewnienie każdemu wystarczającej ilości środków do życia. Wyzwaniem będzie sprawiedliwa dystrybucja tych zasobów i zapewnienie sensu w świecie, w którym praca nie jest już centrum naszego życia. W tej wizjonerskiej, pragmatycznej i pełnej nadziei książce Susskind wskazuje nam drogę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 520
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wydanie pierwsze
Tytuł oryginału:
A World Without Work. Technology, Automation and How We Should Respond
Copyright © Daniel Susskind 2020
All rights reserved.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania lub przekazywana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób elektroniczny, mechaniczny, fotokopiujący, nagrywający lub inny bez uprzedniej pisemnej zgody.
tłumaczenie: Stanisław Wójtowicz
redakcja: Renata Nowak
korekta: Anna Śleszyńska
skład, łamanie, projekt okładki: Michał Banaś
Fundacja Warsaw Enterprise Institute
Al. Jerozolimskie 30
00-024 Warszawa
ISBN: 978-83-67272-04-9
Sponsorem publikacji jest:
Dla Grace i Rosy
Apokaliptyczna wizja, że maszyny zastąpią człowieka, jest od dawna obecna w dyskursie publicznym. Wszystkie rewolucje przemysłowe budziły obawy przed masową utratą miejsc pracy. Tymczasem każdorazowo działo się wręcz odwrotnie – okazywało się, że postępująca elektryfikacja, mechanizacja i automatyzacja ułatwiają pracę, czynią ją bezpieczniejszą i pozwalają ludziom zajmować się innymi aktywnościami niż te powtarzalne, nierzadko ryzykowne i fizycznie wyczerpujące.
Nie inaczej jest w przypadku czwartej rewolucji przemysłowej, której jesteśmy świadkami i uczestnikami. I tym razem pojawiają się czarne wizje sceptyków, ostrzegające przed masowym bezrobociem i supremacją robotów. W tym duchu można by odebrać przesłanie Daniela Susskinda, poprzestając na tytule książki: za sprawą transformacji cyfrowej czeka nas kryzys wywołany brakiem miejsc pracy. Podążając jednak za logiką autora, który poddaje gruntownej analizie możliwe scenariusze przyszłości, Świat bez pracy to nie świat bezrobocia i biedy, a komfortu i dobrobytu! Gdzie – dzięki technologiom – nie musimy pracować, a przynajmniej aż tyle pracować. Praca zarobkowa przestanie być warunkiem przeżycia. Stanie się rozwijającym zajęciem, na pewno dużo mniej obciążającym człowieka fizycznie, psychicznie i czasowo. W naszych rękach (i głowach) pozostaną zadania niedostępne dla robotów i algorytmów – te kreatywne, wymagające moralnych decyzji i powiązane z wysoką odpowiedzialnością. Resztę niech robią za nas maszyny.
Nie jest to wizja do końca utopijna, ale na pewno wiąże się z ogromnym, wieloaspektowym wyzwaniem. By taki stan rzeczy był w przyszłości możliwy, niezbędne jest opracowanie szeregu regulacji, zabezpieczeń, stworzenie odpowiednich uwarunkowań dla aż tak daleko idącej koegzystencji z inteligentnymi technologiami. Wreszcie konieczna jest edukacja i przygotowanie ludzi do bezpiecznego i odpowiedzialnego funkcjonowania w nowym, w pełni zdigitalizowanym – ale nie odczłowieczonym! – świecie. Susskind zadał sobie trud zbadania różnych aspektów przyszłości, która zdaje się nieunikniona. Warto być na nią przygotowanym.
Maciej Zieliński
CEO Siemens Polska
Niniejsza książka jest poświęcona jednemu z największych wyzwań ekonomicznych naszych czasów: groźbie, że ze względu na pojawiające się na horyzoncie niezwykłe zmiany technologiczne na świecie nie będzie odpowiednio dużo dobrze płatnej pracy dla wszystkich ludzi. Pisałem ją z poczuciem palącej konieczności, wydaje mi się bowiem, że nie traktujemy tego zagrożenia wystarczająco poważnie. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że zaledwie kilka miesięcy po ukazaniu się na rynku jej pierwszego wydania pandemia COVID-19 na zawsze zmieni kształt życia gospodarczego i sprawi, że zawarte w tej książce idee i obawy staną się jeszcze bardziej aktualne.
W momencie, gdy piszę te słowa, pandemia jest z nami od około sześciu miesięcy. Kiedy się rozpoczęła, wszyscy liczyli, że będzie to krótkotrwały kryzys. Wierzyli, że gospodarki zostaną tymczasowo wprowadzone w stan anabiozy, ale kiedy tylko wirus minie – najpierw sądzono, że potrwa to kilka tygodni – szybko wrócimy do normalnego życia gospodarczego. Teraz wiemy, że ta początkowa nadzieja okazała się płonna. Wirus pozostanie z nami na dłużej. Przypominające gaszenie pożaru gorączkowe działania z pierwszych miesięcy kryzysu ustąpiły miejsca długotrwałym interwencjom. A gospodarcze konsekwencje pandemii okazały się drastyczniejsze, niż większość z nas początkowo przypuszczała. Dowodem może być choćby fakt, że od kwietnia do czerwca 2020 roku w Stanach Zjednoczonych zanotowano najostrzejsze załamanie produkcji od czasów II wojny światowej, a Wielka Brytania w ciągu zaledwie kilku miesięcy cofnęła się w rozwoju o 18 lat1.
W centrum tego gospodarczego krachu znalazł się rynek pracy. W wielu częściach świata praca była niepewna już przed wybuchem pandemii. Płace przestały rosnąć, zaczęły się pojawiać strefy bezrobocia, a partycypacja w rynku pracy (liczba osób zatrudnionych lub szukających zatrudnienia) malała. COVID-19 dramatycznie pogorszył tę i tak trudną sytuację: w wielu krajach dotkniętych wirusem – np. w Stanach Zjed-noczonych i Wielkiej Brytanii – bezrobocie wzrosło do nadzwyczajnych poziomów. Innymi słowy, wraz z rozwojem pandemii znaleźliśmy się nieoczekiwanie w świecie, w którym pracy jest znacznie mniej – nie z powodu jej automatyzacji, ale dlatego, że kroki, które musieliśmy podjąć, aby walczyć z wirusem (lockdowny, dystans społeczny, samoizolacja i tak dalej) radykalnie zmniejszyły popyt, od którego zależało tak wiele miejsc zatrudnienia.
W rezultacie jeszcze szybciej musieliśmy stawić czoła wyzwaniom, którym poświęcona jest ta książka. Andrew Yang, kandydat na prezydenta USA w wyborach 2020 roku, który w swej kampanii skupił się na zagrożeniu związanym z utratą miejsc pracy w wyniku rozwoju technologii, dobrze ujął sedno problemu w swojej wypowiedzi na Twitterze: „Najwyraźniej zamiast o automatyzacji powinienem był mówić o pandemii”2. Żeby było jasne, zagrożenie technologicznym bezrobociem w przyszłości nie zmalało: wręcz przeciwnie, istnieją powody, by sądzić, że jest ono obecnie większe niż wcześniej. Jednak pandemia dała nam również przerażającą zapowiedź tego, jak może wyglądać nasza przyszłość, a także wgląd w ogrom wyzwań, z którymi będziemy musieli się zmierzyć.
Jak będę argumentował w tej książce, podstawowy problem, z którym będziemy musieli się uporać, dotyczy dystrybucji. Postęp technologiczny może uczynić nasze społeczeństwo znacznie zamożniejszym niż kiedykolwiek w historii. Pojawia się jednak pytanie: jak należy dzielić ten dobrobyt, skoro tradycyjny sposób – płacenie ludziom pensji za wykonywaną przez nich pracę – jest mniej efektywny niż w przeszłości? To właśnie ten problem gospodarczy zdominował rok 2020. Z dnia na dzień ogromna liczba pracowników na całym świecie znalazła się bez pracy i dochodów.
Co zatem należałoby zrobić? Twierdzę, że w takiej chwili państwo musi o wiele mocniej zaangażować się w dzielenie dobrobytu w społeczeństwie i powinno to robić w ramach tego, co nazywam „Wielkim Państwem”. Pandemia dowiodła, że nie ma żadnej racjonalnej alternatywy. Różne kraje przyjęły nieco inne rozwiązania, ale wszystkie odpowiedzi zakładają znacznie większy zakres działań państwa, które ma za zadanie zapewniać dochód tym, którzy nie mają pracy. Pomysły, które jeszcze kilka miesięcy temu były postrzegane przez niektórych jako niedorzeczne – na przykład dochód podstawowy – nagle stały się obiektem zainteresowania praktycznie wszystkich uczestników debaty politycznej. Aby zapewnić wsparcie bezrobotnym i, bardziej ogólnie, wzmocnić gospodarkę, Stany Zjednoczone pożyczyły już ponad pięć razy więcej niż w szczytowym momencie kryzysu lat 2007–2008. Także Wielka Brytania jest na dobrej drodze, aby w 2020 roku ustanowić rekord zadłużenia w czasach pokoju3.
Poza kwestią podziału dobrobytu istnieją jeszcze dwa inne wielkie wyzwania, z którymi będziemy musieli się zmierzyć w świecie, w którym jest mniej pracy, a które nie mają głównie ekonomicznego charakteru. Jednym z nich jest rosnąca potęga małej garstki dużych firm technologicznych (ang. Big Tech). Również w tym przypadku pandemia daje nam możliwość spojrzenia w przyszłość: charakterystyczną cechą krajobrazu gospodarczego w czasach pandemii COVID-19 jest fakt, iż wielkie firmy technologiczne świetnie sobie radzą w tych trudnych warunkach. W pewnym momencie trwania kryzysu zaledwie pięć z nich stanowiło ponad 20 procent wartości całego indeksu S&P 500, który obejmuje 500 dużych spółek notowanych na amerykańskich giełdach4. Samo Apple było warte więcej niż wszystkie spółki z indeksu FTSE 100 londyńskiej giełdy razem wzięte5.
W tej książce nie chodzi mi jednak o gospodarczą potęgę firm technologicznych – wielką i wciąż rosnącą – ale o ich siłę polityczną i wpływ, jaki mogą mieć w przyszłości na kwestie wolności, demokracji i sprawiedliwości. Warto zwrócić uwagę na przykład na to, że po wybuchu pandemii dyskusje na temat prywatności i bezpieczeństwa danych po cichu zniknęły z debaty publicznej. Na początku kryzysu epidemicznego zaczęło dominować podejście „róbcie wszystko, o konieczne”, a wiele krajów zezwoliło – w celu opanowania wirusa – na gromadzenie, porządkowanie i analizowanie na ogromną skalę między innymi nagrań z kamer przemysłowych, danych lokalizacyjnych ze smartfonów i historii zakupów kartami kredytowymi. Być może skala zagrożenia rzeczywiście tego wymagała. Teraz jednak musimy zadbać o to, aby nowa władza polityczna, którą przyznaliśmy Big Tech, oraz związana z nią zwiększona zdolność do kształtowania sposobu, w jaki wszyscy żyjemy, były kontrolowane i w razie potrzeby ograniczane.
Ostatnim wyzwaniem, przed którym staniemy w świecie z mniejszym zapotrzebowaniem na pracę, będzie znalezienie sensu życia. Często mówi się, że praca nie jest jedynie źródłem dochodu, ale także celu. A zatem, jeśli nie będzie istniała potrzeba zatrudniania ludzi, skąd wezmą oni poczucie celu? W moim przekonaniu związek między pracą a sensem jest w rzeczywistości znacznie mniej jasny, niż się powszechnie sądzi: wielu ludzi nie czerpie dziś ze swojej pracy silnego poczucia sensu, a nasz stosunek do zatrudnienia wyglądał odmiennie w różnych momentach historii. Pandemia umocniła mnie w tym przekonaniu. Z jednej strony słyszeliśmy straszne historie o ludziach, którzy stracili pracę i czuli się zdruzgotani, czego nie dało się wytłumaczyć wyłącznie utratą dochodów, z drugiej jednak wiele osób donosiło o wręcz przeciwnych uczuciach, na przykład o uldze będącej efektem uwolnienia się od zatrudnienia po prostu niewartego wynagrodzenia, które zapewniało.
Ale co właściwie zaczną robić ludzie, jeśli nie będą musieli pracować na swoje utrzymanie? Obawiam się, że nie mamy jeszcze dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ponieważ we współczesnym świecie praca znajduje się w samym centrum naszego życia, bardzo trudno sobie wyobrazić, jak moglibyśmy inaczej spędzać czas. Dobrze pokazały to nasze zmagania wynikające z pandemii. Możemy wskazać na wymowne zmiany we wzorcach wydatków, które odnotowano w ciągu ostatnich kilku miesięcy: na przykład w Wielkiej Brytanii pojawiły się niedobory mąki, drewna i roślin rabatowych, ponieważ ludzie, aby wypełnić swój wolny czas, wzięli się za pieczenie, majsterkowanie i ogrodnictwo. W Stanach Zjednoczonych wystąpiły podobne skoki popytu, które zakłócały normalne funkcjonowanie gospodarki. Równocześnie ludzie zaczęli dyskutować o wcześniej rzadko poruszanych kwestiach, takich jak równowaga między życiem zawodowym a prywatnym, wartość rodziny i społeczności, zalety życia w mieście, jak najlepiej spędzać wolny czas, którego nagle mieliśmy w nadmiarze, jak zachować zdrowie psychiczne w trudnej pandemicznej rzeczywistości. (Liczba przypadków depresji wśród dorosłych Brytyjczyków wzrosła prawie dwukrotnie na początku pandemii; liczba SMS-ów wysyłanych na gorącą linię rządu USA dotyczącą zdrowia psychicznego zwiększyła się o prawie 1000 procent6). To, że te dyskusje wydają nam się nowatorskie, a wnioski z nich płynące zdają się tak często prowizoryczne i niezadowalające, utwierdza mnie w przekonaniu, że charakter naszego tradycyjnego życia zawodowego (w ramach którego praca stanowi centrum naszego życia i wpływa na wszystkie jego elementy) odciągał nas – aż do teraz – od tych ważnych pytań.
Pandemia nie tylko daje nam możliwość poznania problemów, z którymi będzie musiał się zmierzyć bardziej zautomatyzowany świat – takich jak dystrybucja dobrobytu, rosnąca potęga Big Tech i poszukiwanie sensu życia – ale prawdopodobnie również przyspiesza nadejście tego świata.
Jednym z powodów jest to, że wiele krajów na całym świecie znajduje się obecnie w poważnym kryzysie, a historia uczy nas, że kiedy gospodarki zwalniają, automatyzacja może nabrać tempa. Na przykład na początku XXI wieku liczba miejsc pracy (w stosunku do całkowitego zatrudnienia) dla sekretarek, pracowników biurowych, sprzedawców i tym podobnych zmniejszyła się, gdyż nowe technologie zaczęły przejmować zadania pracowników i wypierać ich z tych ról. W tej książce badam dokładnie, dlaczego miejsca pracy dla średnio wykwalifikowanych osób zostały zlikwidowane, podczas gdy zarówno dobrze, jak i kiepsko opłacani pracownicy zwiększyli swój procentowy udział w zatrudnieniu. Dla myślenia o naszej obecnej sytuacji ważne jest jednak to, że – przynajmniej w Stanach Zjednoczonych – ogromna większość likwidacji miejsc pracy miała miejsce podczas kolejnych okresów spowolnienia gospodarczego. Jedno z wpływowych badań sugeruje, że od połowy lat 80. XX wieku 88 procent tego typu zwolnień osób o średnich kwalifikacjach miało miejsce w ciągu roku od wystąpienia recesji7.
Co więcej, nasze aktualne spowolnienie gospodarcze nie jest zwykłą recesją. Pandemia stwarza również nowe i wyjątkowe powody, aby bać się automatyzacji. Oczywisty jest fakt, że COVID-19 wzmacnia zachęty ekonomiczne do zastępowania ludzi maszynami. Robot nie zarazi przecież wirusem współpracowników czy klientów, nie zachoruje, nie będzie musiał brać wolnego i się izolować, aby chronić swoich współpracowników.
Jak dotąd zachęty te były do pewnego stopnia powstrzymywane przez interwencje rządowe. Na przykład rząd Wielkiej Brytanii w pewnym momencie wypłacał do 80 procent pensji 9,6 milionom pracowników (ponad jednej trzeciej wszystkich zatrudnionych w Wielkiej Brytanii), aby uchronić ich przed bezrobociem8. Jednak wiele rządów nie poszło tą drogą. A kiedy tego typu interwencje zostaną ograniczone – co nieuchronnie nastąpi – ekonomiczne zachęty do automatyzacji staną się jeszcze silniejsze. Dla firm chcących zwiększyć produktywność w okresie spowolnienia gospodarczego lub obniżyć koszty pracy w obliczu spadku przychodów zastępowanie części pracowników maszynami może wydawać się coraz atrakcyjniejsze. Przeprowadzona na początku pandemii przez firmę konsultingową EY ankieta wśród kadry zarządzającej przedsiębiorstwami na całym świecie wykazała, że 41 procent z nich inwestowało w przyspieszenie automatyzacji9.
I wreszcie, pandemia w znacznym stopniu złagodziła opór kulturowy, który towarzyszy wprowadzaniu nowych technologii w miejscu pracy. Ostatecznie bariery stojące na drodze automatyzacji nie mają charakteru wyłącznie technologicznego („czy możliwe jest zautomatyzowanie tego zadania?”), ekonomicznego („czy opłaca się zautomatyzować to zadanie?”) lub regulacyjnego („czy wolno zautomatyzować to zadanie?”). Mają one również charakter kulturowy: to, co zostanie zautomatyzowane, zależy po części od tego, czy ludzie uznają robienie czegoś za pomocą maszyny za możliwe do przełknięcia. Aktualny kryzys najprawdopodobniej osłabił uprzedzenia wobec nowych technologii, które wielu z nas – czy to jako właściciele firm, pracodawcy, pracownicy czy konsumenci – żywiło przed pandemią. Jeden z sondaży sugeruje na przykład, że wszystkie grupy wiekowe w Wielkiej Brytanii „mają pozytywniejszy stosunek” względem technologii; inny, że jedna trzecia Brytyjczyków zyskała większą „pewność siebie w korzystaniu z nich”10. Konieczność zmusiła nas do używania technologii w sposób, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawałby się po prostu niewyobrażalny – i w dużej mierze okazało się to sukcesem. W efekcie w przyszłości każdy kolejny akt automatyzacji będzie prawdopodobnie w dużo mniejszym stopniu odczuwany jako bezprecedensowy skok.
Weźmy na przykład medycynę. Przed COVID-19 około 80 procent przyjęć czy konsultacji lekarskich w Anglii i Walii odbywało się twarzą w twarz; obecnie odsetek ten spadł do około 7 procent11. Trudno uwierzyć, że wraz z zakończeniem pandemii odejdziemy od wirtualnych wizyt, i równocześnie łatwo wyobrazić sobie, że działania w innych obszarach medycyny – na przykład w diagnostyce – zaczną być realizowane dzięki technologii w inny sposób, być może bez udziału lekarzy. Albo weźmy prawo. W wielu jurysdykcjach sale sądowe zostały zamknięte, a sąd praktycznie z dnia na dzień stał się usługą internetową. Podobnie jak w przypadku medycyny możemy przewidywać, że wirtualne działania staną się normą na niektórych obszarach systemu sądownictwa karnego, co więcej, również śmielsze propozycje technologiczne – na przykład, by niektóre sprawy, takie jak mniej istotne spory cywilne, były rozstrzygane bez jakiejkolwiek ludzkiej deliberacji – wydają się o wiele mniej radykalne niż jeszcze kilka miesięcy temu.
To prawda, że aktualnie technologia wydaje się raczej utrzymywać ludzi w pracy, niż ich z niej wypychać. Wiele osób zaczęło efektywnie wykorzystywać ją do pracy zdalnej, w stopniu, który do niedawna wydawał się niewyobrażalny: kiedy rozpoczął się kryzys w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na odległość wykonywało swoje obowiązki około dwóch trzecich osób pracujących12. Jednak nie wszyscy mogą pracować z domu, a ci, którzy mogą, zajmują zwykle lepiej płatne stanowiska dla pracowników umysłowych. Badanie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazało, że podczas pandemii spośród osób zarabiających ponad 180 tysięcy dolarów zdalnie mogło pracować 71 procent osób, natomiast wśród otrzymujących wynagrodzenie poniżej 24 tysięcy dolarów było to jedynie 41 procent. Inne badanie dowiodło, że podczas gdy 62 procent pracowników z licencjatem lub wyższym tytułem mogło wykonywać swoje obowiązki z domu, to wśród osób, które nie ukończyły szkoły średniej, było to tylko 9 procent13. Dla wielu pracowników fizycznych – zatrudnionych w restauracjach, sklepach i magazynach – praca zdalna po prostu nie wchodzi w grę.
Ta nierówność pracowników w zdolności do przystosowania się do pandemii za pomocą technologii jest symptomem głębszego problemu.
Kiedy rozpoczął się kryzys, mówiło się, że COVID-19 jest „wielkim wyrównywaczem”. Choroba ta, jak twierdziło wiele osób, nie będzie dyskryminować ze względu na pochodzenie etniczne czy sytuację finansową; wszyscy mieliśmy być tak samo zagrożeni. Teraz wiemy, że to był mit. Po pierwsze, medyczne skutki wirusa były ekstremalnie nierówne. W Wielkiej Brytanii osoby należące do mniejszości etnicznych to 14 procent populacji, ale ich reprezentanci stanowili 34 procent krytycznie chorych na COVID-19. W Stanach Zjednoczonych osoby rasy czarnej były prawie pięć razy częściej hospitalizowane z powodu wirusa i ponad dwa razy bardziej narażone na śmierć z jego powodu niż osoby rasy białej14. Również gospodarcze skutki były skrajnie nierówne. Na przykład utrata miejsc pracy dotyczyła przede wszystkim mniej zarabiających pracowników: jedno z badań sugeruje, że w USA najgorzej zarabiające 20 procent pracowników było około czterech razy bardziej narażone na utratę zatrudnienia na początku pandemii niż najlepiej zarabiające 20 procent15.
Nierówności te są same w sobie uderzające, ale również ważne w kontekście zbliżającego się zagrożenia automatyzacją. Jest prawdopodobne, że pandemia zarówno zwiększyła to niebezpieczeństwo, jak i uświadomiła nam, że najbardziej dotknięci automatyzacją będą pracownicy, którzy już teraz są w niekorzystnej sytuacji ekonomicznej.
W ciągu kilku ostatnich dekad mniej zarabiające osoby były w większości chronione przed zagrożeniami związanymi z automatyzacją. Wynikało to z faktu, że ich praca bardzo często wymaga kontaktów międzyludzkich lub pracy fizycznej, a do niedawna zadania tego typu były trudne do zautomatyzowania. Okrutną ironią ostatnich kilku miesięcy jest jednak to, że pracownicy ci zostali najbardziej dotknięci pandemią właśnie ze względu na charakter wykonywanych przez nich obowiązków: wirus SARS-CoV-2 rozprzestrzenia się poprzez kontakty międzyludzkie i rozwija w słabo wentylowanych, zamkniętych pomieszczeniach, takich jak fabryki i magazyny. W rezultacie wiele z tych osób straciło możliwość wykonywania swej pracy.
Ponieważ pandemia zwiększa zachęty ekonomiczne do automatyzacji, najprawdopodobniej najbardziej zagrożeni są obecnie pracownicy fizyczni: nie mogą oni bez przeszkód pracować w tradycyjnych miejscach zatrudnienia, ani przenieść się do domów i stamtąd wykonywać swoich obowiązkòw. Nie jest zaskoczeniem, że tak wiele najnowszych osiągnięć technologicznych wydaje się mieć na celu ich zastąpienie, by wymienić choćby maszyny, które wykładają towary na półki, przygotowują paczki, witają klientów, dostarczają przesyłki, myją podłogi, mierzą temperaturę i tak dalej.
Czy perspektywa opracowania skutecznej szczepionki przeciw COVID-19 oznacza, że ta tak obecnie silna zachęta do automatyzacji w końcu powoli zniknie? Być może tak będzie. Nie jest jednak oczywiste, że pokonanie wirusa za pomocą szczepionki spowoduje, że zagrożenie automatyzacją minie. Po pierwsze, wspomniane wcześniej zmiany kulturowe mogą mieć trwały charakter: pandemia sprawiła, że staliśmy się bardziej otwarci na technologię i to nowe nastawienie prawdopodobnie się utrzyma. Co ważniejsze, zmieniła również rytm życia wielu z nas: mniej jemy na mieście, więcej kupujemy przez Internet, jeśli tylko możemy, unikamy podróży, trzymamy się z dala od teatrów, kin i imprez sportowych, pracujemy w domu i tak dalej. Nawet gdy pandemia się skończy lub osłabnie, a rządowe restrykcje zostaną poluzowane, te zmiany w nawykach i zachowaniach prawdopodobnie nie ulegną całkowitemu odwróceniu16.
Ci, którzy twierdzą, że pandemia oznacza „kres biur”, „śmierć głównych ulic” czy „upadek centrów miast”, prawdopodobnie przesadzają: choć biura i centra handlowe świeciły przez jakiś czas pustkami, ludzie powoli zaczynają do nich wracać17. Niemniej jednak prawdopodobnie takie miejsca będą działać w ograniczonym zakresie jeszcze przez jakiś czas – być może już na zawsze. A jeśli tak, to nie wróży to dobrze pracownikom, którzy są od tych miejsc zależni: ochroniarzom, recepcjonistom i sprzątaczkom pracującym w biurach, kelnerom, osobom przygotowującym kanapki i baristom zatrudnionym w restauracjach, barach i kawiarniach znajdujących się przy głównych ulicach czy sprzedawcom, pracownikom transportu, obsłudze hotelowej oraz artystom i animatorom zatrudnionym w centrach miast i tak dalej. W tym scenariuszu spadek popytu na ich pracę będzie oczywiście spowodowany raczej skutkami pandemii niż technologią jako taką. Jednak to bardzo ważne, by myśląc o zagrożeniu automatyzacją, brać pod uwagę te zmiany, ponieważ właśnie tego typu gorzej płatne prace fizyczne zapewniały w przeszłości zatrudnienie ludziom wypieranym przez maszyny, a to oznacza, że ich przyszłość jest teraz niepewna.
W pewnym sensie pandemia była programem pilotażowym pokazującym, jak powinniśmy zareagować na świat, w którym będzie mniej pracy. Ten trudny okres nie był ani planowany, ani pożądany, ale okazał się bardzo pouczający. Mam nadzieję, że w nadchodzących miesiącach i latach będziemy w stanie wyciągnąć wnioski z tego rozległego eksperymentu społecznego, ocenić, co się sprawdziło w odpowiedzi na kryzys i szczerze określić, gdzie popełniliśmy błędy. Obecnie jesteśmy tylko tymczasowymi gośćmi w świecie, w którym jest mniej pracy. COVID-19, podobnie jak wszystkie poprzednie pandemie, w końcu przeminie, a problemy, które dziś nas pochłaniają, znikną. Ale kiedy wywołany przez niego kryzys ustąpi, zagrożenie automatyzacją będzie jeszcze silniejsze niż wcześniej. A wtedy problemy i wyzwania, których niepokojący przebłysk mogliśmy zaobserwować podczas pandemii, pojawią się ponownie i znów zaczną nas nękać, zmuszając do znalezienia najlepszych odpowiedzi.
Daniel Susskind
Londyn
30 września 2020
„Wielki Kryzys Końskiego Łajna” z lat 90. XIX wieku dla nikogo, kto żył w tamtych czasach, nie powinien być zaskoczeniem1. Od pewnego czasu w wielkich miastach, takich jak Londyn czy Nowy Jork, najpopularniejsze formy transportu wykorzystywały konie. Setki tysięcy tych zwierząt ciągnęło dorożki, wozy, tramwaje i wiele innych pojazdów. Konie nie były szczególnie wydajne jako lokomotywy: co kilka mil musiały robić przerwę na odpoczynek i regenerację, co częściowo wyjaśnia, dlaczego potrzebowano ich tak wiele2. Przykładowo obsługa zwykłego powozu wymagała co najmniej trzech zwierząt: dwóch pracujących na zmianę, aby go ciągnąć, i jednego trzymanego w rezerwie na wypadek jakiegoś nieprzewidzianego zdarzenia, w tym wypadku. Tramwaj konny, środek transportu tak lubiany przez nowojorczyków, obsługiwany był przez osiem koni, które na zmianę ciągnęły go po specjalnie ułożonych torach. Londyńskie piętrowe autobusy, skromniejsze wersje dzisiejszych słynnych czerwonych, wymagały pracy około tuzina zwierząt, a takich autobusów były tysiące3.
Wraz z końmi pojawiły się ich odchody – i to w dużej ilości. Zdro-wy koń produkuje od siedmiu do trzynastu kilogramów kału dziennie, czyli prawie tyle, ile waży dwuletnie dziecko4. Pewien gorliwy urzędnik sanitarny pracujący w Rochester (w stanie Nowy Jork) obliczył, że konie w jego mieście wytwarzały w ciągu roku tyle odchodów, że mogłyby pokryć nimi akr ziemi na wysokość 175 stóp, czyli prawie tyle, ile ma Krzywa Wieża w Pizie5. Na podstawie ekstrapolacji przewidywano, że mieszkańcy wielkich miast utoną w końskich odchodach: nowojorski komentator spekulował, że stosy odchodów wkrótce sięgną wysokości trzeciego piętra, a londyński reporter wyobrażał sobie, że do połowy XX wieku ulice zostaną pogrzebane pod dziewięcioma stopami końskiego kału6. Problemy wynikające ze zwiększającej się liczby koni nie były związane jedynie z odchodami. Na ulicach leżały tysiące martwych koni, wiele z nich celowo tam pozostawiono, by rozłożyły się do rozmiarów ułatwiających ich usunięcie. W samym tylko 1880 roku w Nowym Jorku zutylizowano około 15 tysięcy końskich zwłok7.
Mówi się, że decydenci polityczni nie mieli pomysłu, jak rozwiązać ten problem8. Nie mogli po prostu zakazać ich wykorzystywania jako siły pociągowej: zwierzęta te były zbyt ważne. Kiedy w 1872 roku w Stanach Zjednoczonych wybuchła jedna z najgorszych epidemii końskiej grypy, tak zwana Plaga Koni, duża część gospodarki kraju stanęła w miejscu9. Niektórzy obwiniają tę epidemię nawet o Wielki Pożar Bostoński z tego samego roku, gdy doszczętnie spłonęło siedemset budynków, ponieważ zabrakło koni, które mogłyby pomóc przetransportować konieczny do walki z pożarem sprzęt gaśniczy10. Ale nieoczekiwany zwrot akcji w tej historii był taki, że ostatecznie politycy nie musieli szukać rozwiązania tego problemu. W latach 70. XIX wieku zbudowano pierwszy silnik o spalaniu wewnętrznym. W latach 90. XIX wieku zainstalowano go w pierwszym samochodzie. A w 1908 roku, tworząc swój słynny model T, Henry Ford uczynił samochody produktem masowym. Cztery lata później w Nowym Jorku było już więcej samochodów niż koni. W 1917 roku ostatni tramwaj konny w mieście został wycofany z eksploatacji11. Wielki Kryzys Końskiego Łajna dobiegł końca.
Ta „przypowieść o końskim gównie” (horseshit), jak nazwała ją Elizabeth Kolbert w „New Yorkerze”, była od tamtych lat opowiadana wielokrotnie12. Zmierzch pracy koni jest przeważnie przedstawiany w optymistycznym świetle jako historia o technologicznym triumfie, pokrzepiające przypomnienie, że należy zachować otwarty umysł, nawet gdy po kolana tkwimy w nieprzyjemnym, pozornie nierozwiązywalnym problemie. Ale Wassily’ego Leontiefa, amerykańskiego ekonomistę rosyjskiego pochodzenia, laureata Nagrody Nobla w 1973 roku, wydarzenia te skłoniły do wyciągnięcia bardziej niepokojących wniosków. Dostrzegł on przede wszystkim to, że nowa technologia – silnik o spalaniu wewnętrznym – w ciągu zaledwie kilku dekad zepchnęła stworzenie, które przez tysiąclecia odgrywało centralną rolę w gospodarce (nie tylko w miastach, ale także na farmach i we wioskach) na margines życia społecznego. W wielu artykułach napisanych na początku lat 80. XX wieku Leontief wysunął jedno z najbardziej niesławnych twierdzeń współczesnej myśli ekonomicznej. Stwierdził mianowicie, że to, co postęp technologiczny zrobił z końmi, w końcu stanie się także udziałem ludzi: i my, tak jak konie, zostaniemy pozbawieni pracy. Komputery i roboty będą dla nas tym, czym dla koni stały się samochody i traktory13.
Dziś świat ponownie ogarnia obawa wyrażona przez Leontiefa. Trzydzieści procent pracowników w Stanach Zjednoczonych jest przekonanych, że zadania, które teraz wykonują, jeszcze za ich życia przejmą komputery. W Wielkiej Brytanii taki sam odsetek uważa, że może to nastąpić w ciągu najbliższych dwudziestu lat14. W niniejszej książce chcę wyjaśnić, dlaczego powinniśmy traktować poważnie tego rodzaju obawy – nie zawsze ich dokładną treść, jak zobaczymy, ale z pewnością ich ducha. Czy w XXI wieku wystarczy pracy dla wszystkich? Jest to jedno z wielkich pytań naszych czasów. Na kolejnych stronach będę przekonywał, że odpowiedź brzmi „nie” i wyjaśnię, dlaczego groźba bezrobocia technologicznego jest realna. Opiszę różne problemy, jakie przyniesie ze sobą technologiczne bezrobocie – zarówno już teraz, jak i w przyszłości – oraz, co najważniejsze, wskażę, jak możemy na nie odpowiedzieć.
Termin „bezrobocie technologiczne”, który w zwięzły sposób ujmuje ideę, że nowe technologie mogą pozbawić ludzi pracy, został spopularyzowany przez wielkiego brytyjskiego ekonomistę Johna May-narda Keynesa prawie pięćdziesiąt lat przed tym, jak Leontief spisał swoje obawy. W dalszej części książki będę odwoływał się do wielu argumentów ekonomicznych, które zostały rozwinięte od czasów Keynesa, aby spróbować lepiej zrozumieć wydarzenia z przeszłości i uzyskać jaśniejszy wgląd w to, co czeka nas w przyszłości. Ale będę się również starał wyjść daleko poza wąski intelektualny obszar, na którym działa większość ekonomistów zajmujących się tym tematem. Rozważania nad przyszłością pracy rodzą ekscytujące i niepokojące pytania, które często nie mają wiele wspólnego z ekonomią: o naturę inteligencji, o nierówności i ich znaczenie, o polityczną siłę wielkich firm technologicznych, o to, co to znaczy wieść sensowne życie i jak możemy żyć wspólnie w świecie wyglądającym zupełnie inaczej niż ten, w którym dorastaliśmy. Moim zdaniem każda opowieść o przyszłości pracy, która nie porusza również tych kwestii, będzie niekompletna.
Ważnym punktem wyjścia do myślenia o przyszłości pracy jest to, że w przeszłości wielu ludzi w podobny sposób martwiło się o to, co nas czeka – i bardzo się myliło. Obawy związane z automatyzacją są znane od dawna. Nie pojawiły się po raz pierwszy ani w ostatnim czasie, ani w latach 30. XX wieku za sprawą Keynesa. W istocie ludzie okresowo wpadali w panikę, bojąc się, że zostaną zastąpieni przez maszyny, odkąd wieki temu rozpoczął się nowoczesny wzrost gospodarczy. Jednak obawy te za każdym razem okazywały się niesłuszne. Pomimo ciągłego postępu technologicznego zawsze istniało wystarczające zapotrzebowanie na pracę ludzi, aby uniknąć powstania dużych zbiorowisk trwale bezrobotnych osób.
Z tego powodu też w pierwszej części książki zaczynam od tej historii, badając, dlaczego ci, którzy się obawiali, że zostaną zastąpieni przez maszyny, za każdym razem byli w błędzie, i analizując, jak ekonomiści z czasem zmieniali zdanie na temat wpływu technologii na pracę. Następnie przechodzę do historii sztucznej inteligencji (ang. artificial intelligence, AI) – technologii, która w ciągu ostatnich kilku lat zawładnęła naszą zbiorową wyobraźnią i w dużej mierze odpowiada za najnowszą falę niepokoju, jaki wielu z nas odczuwa w związku z przyszłością. Badania nad AI rozpoczęły się kilkadziesiąt lat temu, wywołując początkowy entuzjazm i ekscytację, po których przyszła jednak długa, głęboka zima, gdy postępy były niewielkie. W ostatnich latach jednak nastąpiło odrodzenie, intelektualna i praktyczna rewolucja, która zaskoczyła wielu ekonomistów, informatyków i innych, którzy wcześniej próbowali przewidzieć, jakich czynności maszyny nigdy nie będą w stanie wykonywać.
W drugiej części książki, opierając się na tej historii i starając się uniknąć intelektualnych błędów, które popełniano wcześniej, wyjaśniam, w jaki sposób zjawisko bezrobocia technologicznego będzie się rozwijać w XXI wieku. W niedawnym badaniu główni informatycy stwierdzili, że istnieje 50 procent szans, iż w ciągu 45 lat maszyny będą przewyższać ludzi w wykonywaniu „każdego zadania”15. Ale mój argument nie opiera się na założeniu, że tego typu dramatyczne przewidywania się spełnią. W istocie trudno mi uwierzyć, że tak się stanie. Nawet pod koniec tego stulecia prawdopodobnie będą istnieć zadania trudne do zautomatyzowania, których nie będzie opłacało się zautomatyzować albo takie, które będzie można zautomatyzować i będzie to opłacalne, ale nadal będziemy myśleć, że wolelibyśmy, aby wykonywali je ludzie. Pomimo obaw wyrażonych we wspomnianych wyżej sondażach przeprowadzonych wśród amerykańskich i brytyjskich pracowników trudno mi sobie wyobrazić, że wiele dzisiejszych zawodów zniknie całkowicie w ciągu najbliższych lat (nie mówiąc już o tym, że pojawią się nowe rodzaje zatrudnienia). Spodziewam się, że wiele z tych prac będzie wymagało wykonywania zadań, które są aktualnie poza zasięgiem nawet najsprawniejszych maszyn.
Historia, którą opowiadam, jest inna. W przyszłości maszyny nie będą robić wszystkiego, ale będą robić więcej. I w miarę jak powoli, lecz nieubłaganie zaczną przejmować coraz więcej zadań, obszar pracy wykonywanej przez ludzi zacznie się kurczyć. Jest mało prawdopodobne, by pracy, która pozostanie do wykonania dla ludzi, było na tyle dużo, by dało się ją rozdzielić między nas wszystkich.
Innymi słowy, jeśli sięgnąłeś po tę książkę, oczekując, że przedstawię dramatyczną wizję technologicznego wielkiego wybuchu, który wydarzy się w ciągu najbliższych kilku dekad i po którym mnóstwo ludzi z dnia na dzień straci pracę, będziesz rozczarowany. Taki scenariusz raczej się nie zrealizuje: prawie na pewno określona część pracy pozostanie jeszcze przez jakiś czas do wykonania przez ludzi. Jednak w miarę upływu lat będzie ona prawdopodobnie znajdować się poza zasięgiem coraz większej liczby osób. Stopniowo popyt na pracę ludzką zacznie zanikać. W końcu pozostała ilość pracy do wykonania przez ludzi nie będzie wystarczająca, by zapewnić każdemu chętnemu tradycyjne, dobrze płatne zatrudnienie.
By lepiej zrozumieć, w jaki sposób mogą przebiegać te zmiany, warto rozważyć wpływ, jaki już teraz automatyzacja wywarła na rolnictwo i produkcję przemysłową w wielu częściach świata. Rolnicy i pracownicy fabryk są nadal potrzebni: te zawody nie zniknęły całkowicie. Jednak liczba zatrudnionych spadła w obu przypadkach, czasami gwałtownie, mimo że sektory te wytwarzają więcej dóbr niż kiedykolwiek wcześniej. Krótko mówiąc, w tych częściach gospodarki nie ma już wystarczającego popytu na pracę ludzi, aby utrzymać taką samą liczbę zatrudnionych. Oczywiście, jak zobaczymy, takie porównanie nie jest idealne. Ale pomocne w podkreśleniu, czym powinniśmy się martwić, myśląc o przyszłości: nie świata bez jakiejkolwiek pracy dla ludzi, jak niektórzy przewidują, ale świata bez wystarczającej ilości pracy dla wszystkich.
Istnieje skłonność do postrzegania bezrobocia technologicznego jako zjawiska radykalnie odmiennego od tych, z którymi mamy do czynienia w ramach dzisiejszego życia gospodarczego, do odrzucania go jako fantastycznej, wziętej z kapelusza idei nadmiernie neurotycznych, zwariowanych ekonomistów. Badając, w jaki sposób bezrobocie technologiczne może się faktycznie pojawić, zobaczymy, dlaczego takie myślenie jest błędne. To nie przypadek, że obecnie obawy dotyczące nierówności ekonomicznych nasilają się dokładnie w tym samym momencie, w którym rośnie niepokój związany z automatyzacją. Te dwa problemy – nierówności i bezrobocie technologiczne – są ze sobą ściśle powiązane. Obecnie rynek pracy jest głównym sposobem, w jaki dzielimy dobrobyt gospodarczy w społeczeństwie: praca większości ludzi jest ich głównym, jeśli nie jedynym, źródłem dochodu. Ogromne nierówności, jakie już teraz obserwujemy na rynku pracy, przejawiające się tym, że niektórzy zatrudnieni otrzymują za swój wysiłek znacznie mniej niż inni, pokazują, że takie podejście już teraz jest problematyczne. Bezrobocie technologiczne to po prostu ekstremalna wersja tej samej historii, która kończy się tym, że niektórzy pracownicy nie otrzymują po prostu nic.
W ostatniej części książki naświetlam różne trudności stworzone w przyszłości przez świat, w którym będzie mniej pracy, i wskazuję, jak powinniśmy na nie zareagować. Pierwszy z nich to wspomniany już problem ekonomiczny: jak dzielić dobrobyt w społeczeństwie, w którym tradycyjny mechanizm, jakim jest płacenie ludziom za wykonaną pracę, staje się coraz mniej efektywny. Następnie przechodzę do dwóch kwestii, które nie mają zbyt wiele wspólnego z ekonomią. Jedną z nich jest wzrost znaczenia wielkich korporacji technologicznych, które w przyszłości prawdopodobnie zdominują nasze życie. W XX wieku naszym głównym zmartwieniem mogła być gospodarcza potęga korporacji, ale w XXI zastąpią ją obawy o ich potęgę polityczną. Ostatnią kwestią jest zagadnienie sensu życia. Często mówi się, że praca nie jest jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, ale również źródłem sensu: jeśli to prawda, to świat, w którym pracy jest mniej, może oznaczać również świat, w którym będzie mniej sensu. Oto problemy, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, a każdy z nich będzie wymagał od nas odpowiednich rozwiązań.
Opowieści i argumenty zawarte w tej książce są do pewnego stopnia osobiste. Poważnie o relacji między technologią a pracą zacząłem myśleć mniej więcej dziesięć lat temu. Jednak już dużo wcześniej było to moje nieformalne zainteresowanie, coś, nad czym często się zastanawiałem. Mój ojciec, Richard Susskind, w latach 80. napisał na Uniwersytecie Oksfordzkim doktorat na temat związków między sztuczną inteligencją a prawem. W tamtym okresie ojciec zaszywał się w swoim laboratorium komputerowym, próbując skonstruować maszyny, które mogłyby rozwiązywać problemy prawne. (W 1988 roku współtworzył pierwszy na świecie dostępny komercyjnie system sztucznej inteligencji działający na obszarze prawa). W kolejnych dekadach jego kariera bazowała na tych dokonaniach, więc dorastałem w domu, w którym o problemach związanych z technologią rozmawiało się przy obiedzie.
Kiedy opuściłem dom rodzinny, wyjechałem do Oksfordu, by studiować ekonomię. I to właśnie tam po raz pierwszy zetknąłem się ze sposobem, w jaki ekonomiści myślą o relacjach między technologią a pracą. Ekonomia mnie zafascynowała: zachwyciła zwięzłość ekonomicznego języka, precyzja modeli oraz pewność, z jaką ekonomiści wygłaszali swe twierdzenia. Wydawało mi się, że znaleźli sposób, by uporządkować bałagan panujący w prawdziwym życiu i przejść do głęboko ukrytego sedna trapiących nas problemów.
Jednak z biegiem czasu moje początkowe oczarowanie słabło, by w końcu całkowicie się rozwiać. Po ukończeniu studiów rozpocząłem pracę w brytyjskim rządzie – najpierw w jednostce strategicznej premiera, a następnie do spraw polityki. Tam, wspierany przez pozytywnie nastawionych do technologii kolegów, zacząłem zgłębiać temat przyszłości pracy i zastanawiać się, czy rząd nie mógłby okazać się w tym kontekście pomocny. Ale kiedy szukałem rozwiązań w ekonomii, której uczyłem się na studiach licencjackich, okazała się ona w tym kontekście o wiele mniej wnikliwa, niż się spodziewałem. Wielu ekonomistów z zasady chce zakotwiczyć opowiadane przez siebie narracje wyłącznie na dowodach z przeszłości. Jak ujął to jeden z wybitnych ekonomistów: „Wszyscy lubimy science fiction, ale pewniejszym przewodnikiem po przyszłości są zazwyczaj książki historyczne”16. Tego typu argumenty nie wydawały mi się przekonujące. To, co działo się w gospodarce, wyglądało radykalnie odmiennie od tego, czego doświadczaliśmy wcześniej. Było to dla mnie bardzo niepokojące.
Odszedłem z pracy w brytyjskim rządzie i po studiach w Ameryce wróciłem na akademię, by zbadać różne kwestie związane z przyszłością pracy. Zrobiłem doktorat z ekonomii, kwestionując w ramach swej pracy doktorskiej tradycyjny sposób, w jaki ekonomiści myśleli o związkach technologii i pracy, i proponując nową metodę postrzegania tego, co dzieje się na rynku pracy. W tym samym czasie, wraz z moim ojcem, napisałem The Future of the Professions, książkę, która badała wpływ technologii na sytuację pracowników umysłowych – prawników, lekarzy, księgowych, nauczycieli i innych. Kiedy dziesięć lat temu rozpoczynaliśmy badania w ramach tego projektu, panowało powszechne przekonanie, że automatyzacja dotknie wyłącznie pracowników fizycznych. Uważano, że specjaliści są z jakiegoś powodu odporni na zmiany technologiczne. W książce podważyliśmy ten pogląd, opisując, jak nowe technologie pozwolą nam rozwiązywać niektóre z najważniejszych problemów społecznych (zapewnić dostęp do wymiaru sprawiedliwości, utrzymać ludzi w dobrym zdrowiu, kształcić dzieci) bez polegania na pracy tradycyjnych specjalistów, jak to miało miejsce w przeszłości17.
Spostrzeżenia zarówno z przeprowadzonych przeze mnie badań naukowych, jak i z The Future… będą pojawiać się na kolejnych stronach tej książki, wyostrzone i wzbogacone dzięki kolejnym doświadczeniom i przemyśleniom. Krótko mówiąc, książka ta jest owocem mojej osobistej podróży, dekady spędzonej na myśleniu niemal wyłącznie o jednym zagadnieniu – przyszłości pracy.
Choć ów wstęp może sugerować co innego, autor niniejszej książki optymistycznie patrzy w przyszłość. Powód mojego pozytywnego myślenia jest prosty: w ciągu najbliższych dziesięcioleci postęp technologiczny prawdopodobnie rozwiąże problem ekonomiczny, który do tej pory kształtował historię ludzkości. Jeśli pomyślimy o gospodarce jako o torcie, jak lubią to robić ekonomiści, to tradycyjnym wyzwaniem było uczynienie go wystarczająco dużym, aby wszyscy mogli się nim najeść. Gdyby w 1 roku n.e. podzielić globalny tort gospodarczy na równe kawałki, każdemu przypadłoby zaledwie kilkaset dzisiejszych dolarów rocznie. Większość ludzi żyła w tych czasach na granicy ubóstwa. Gdy-byśmy przesunęli się o tysiąc lat do przodu, niewiele by się zmieniło. Niektórzy twierdzą nawet, że jeszcze do roku 1800 przeciętna osoba na świecie nie była materialnie zamożniejsza niż jej odpowiednik żyjący 100 tysięcy lat p.n.e.18
Jednak w ciągu ostatnich kilkuset lat wzrost gospodarczy gwałtownie przyspieszył, a tym, co go napędzało, był postęp technologiczny. Torty gospodarcze na całym świecie stały się znacznie większe. Dziś globalny PKB per capita, czyli wartość każdego z tych równej wielkości kawałków globalnego tortu, wynosi już około 10 720 dolarów rocznie (tort o wartości 80,7 bilionów dolarów podzielony między 7,53 miliarda ludzi)19. Jeśli gospodarki będą nadal rosły w tempie 2 procent rocznie, nasze dzieci staną się dwa razy bogatsze od nas. Jeśli spodziewamy się mniejszego wzrostu gospodarczego, na poziomie 1 procenta rocznie, nasze wnuki będą dwa razy bogatsze niż my dzisiaj. Przynajmniej teoretycznie zbliżyliśmy się do rozwiązania problemu, który nękał naszych bliźnich w przeszłości. Jak poetycko ujął to ekonomista John Kenneth Galbraith, „w tym momencie ludziom udało się uniknąć biedy, która przez tak długi czas była jej losem”20.
Bezrobocie technologiczne będzie w dziwny sposób symptomem tego znajdującego się w naszym zasięgu sukcesu. W XXI wieku postęp technologiczny rozwiąże jeden problem – kwestię, jak sprawić, by tort był wystarczająco duży, by wszyscy mogli się nim najeść, ale, jak widzieliśmy, zastąpi go trzema innymi problemami: nierówności, władzy i sensu. Nie będzie zgody co do tego, jak powinniśmy sprostać tym wyzwaniom, w jaki sposób należy dzielić się dobrobytem gospodarczym, jak trzymać w ryzach polityczną siłę wielkich korporacji technologicznych i odnaleźć sens w świecie, w którym jest mniej pracy. Problemy te będą wymagały od nas odpowiedzi na wiele niezwykle trudnych pytań: co państwo powinno, a czego nie powinno robić, jakie mamy zobowiązania wobec naszych bliźnich, co to znaczy odnaleźć sens w życiu. Ale są to, w ostatecznym rozrachunku, o wiele atrakcyjniejsze trudności niż podstawowy problem, który przez wieki prześladował naszych przodków: jak stworzyć na tyle dużo środków do życia, by starczyło dla wszystkich.
Leontief powiedział kiedyś, że „gdyby konie mogły wstąpić do Partii Demokratycznej i głosować, historia tego, co działo się na farmach, mogłaby potoczyć się inaczej”21. To zabawna uwaga, która zawiera jednak niezwykle celne spostrzeżenie. Konie nie miały żadnego wpływu na swój zbiorowy los, ale my mamy. Nie jestem technologicznym deterministą: nie uważam, że przyszłość musi przebiegać w określony sposób. Zga-dzam się z filozofem Karlem Popperem – wrogiem tych, którzy wierzą, że żelazne szyny naszego losu zostały już położone i nie mamy innego wyboru, jak tylko po nich jechać – gdy mówi, że „przyszłość zależy od nas samych, a nie od żadnej historycznej konieczności”22. Ale jestem również technologicznym realistą: uważam, że nasza swoboda działania jest ograniczona. W XXI wieku zbudujemy systemy i maszyny o wiele sprawniejsze niż te, którymi dysponujemy dzisiaj. Nie sądzę, abyśmy mogli uciec od tego faktu. Te nowe technologie będą wykonywać coraz większą liczbę zadań, o których wcześniej myśleliśmy, że mogą je podejmować tylko ludzie. Tego również nie uda nam się uniknąć. Nasze wyzwanie, tak jak je postrzegam, nie polega na sprzeciwianiu się tym zmianom, ale na uznaniu, że mimo ich nieuchronności jesteśmy w stanie zbudować świat, w którym wszyscy będziemy mogli żyć szczęśliwie. O tym właśnie jest ta książka.
Wzrost gospodarczy jest zjawiskiem całkiem nowym. Historia człowieka liczy sobie 300 tysięcy lat i przez większość tego czasu życie gospodarcze znajdowało się w stanie względnej stagnacji. Nasi najdawniejsi przodkowie zdobywali środki potrzebne im do przeżycia, polując na zwierzynę i zbierając jadalne rośliny1. Jednak w ciągu ostatnich kilkuset lat ta gospodarcza bezczynność gwałtownie się zakończyła. Średnia ilość dóbr produkowanych przez jedną osobę wzrosła około trzynastokrotnie, a światowa produkcja poszybowała w górę niemal trzystukrotnie2. Jeśli wyobrazimy sobie, że cała ludzka egzystencja trwała godzinę, to większość działań, które przyniosły tak wielki rozwój, wydarzyła się w ciągu mniej więcej pół sekundy, dosłownie w mgnieniu oka.
Rys. 1.1.Globalna produkcja dolarów od 1 roku n.e.3
Większość ekonomistów przyjmuje, że ten wzrost był napędzany przez trwały postęp technologiczny, nie ma jednak zgody co do przyczyn, dla których proces ten rozpoczął się właśnie w tym czasie i tym miejscu, czyli w Europie Zachodniej pod koniec XVIII wieku4. Jeden z powodów może mieć charakter geograficzny: niektóre kraje posiadały obfite zasoby, sprzyjający klimat oraz łatwo przejezdne wybrzeża i rzeki, które umożliwiały handel. Inny może być kulturowy: ludzie żyjący w różnych społecznościach byli ukształtowani przez bardzo różnorodne historie intelektualne i religie, w związku z czym mieli odmienny stosunek do metody naukowej, finansów, ciężkiej pracy i siebie nawzajem (często podkreśla się, że istotne znaczenie ma poziom „zaufania” w społeczeństwie). Jednak najczęściej przedstawiane wyjaśnienie ma charakter instytucjonalny: niektóre państwa chroniły prawa własności i egzekwowały rządy prawa w sposób, który zachęcał do podejmowania ryzyka, wysiłku oraz tworzenia innowacji, podczas gdy inne nie.
Niezależnie od tego, jakie dokładnie były przyczyny, to właśnie Wielka Brytania w latach 60. XVIII wieku wiodła prym na obszarze gospodarki, wyprzedzając pozostałe kraje5. W ciągu następnych dziesięcioleci wynaleziono i zaczęto wykorzystywać nowe maszyny, które znacznie usprawniły sposób produkcji najróżniejszych dóbr. Niektóre z nich, jak silnik parowy, stały się symbolami ówczesnego postępu gospodarczego i pomysłowości technologicznej. Określenie „rewolucja” może brzmieć dramatyczne, wydaje się jednak, że mieliśmy tu do czynienia z czymś nawet większym: rewolucja przemysłowa była jednym z najbardziej znaczących momentów w historii ludzkości. Wcześniej, jeśli gdzieś pojawiał się okresowy wzrost gospodarczy, ograniczano go i szybko wygasał. Jednak ten, który nastąpił po rewolucji przemysłowej, był stosunkowo duży i stabilny. Dziś staliśmy się całkowicie uzależnieni od wzrostu gospodarczego. Pomyślmy o wybuchach gniewu i niepokoju, o falach frustracji i przygnębienia, które ogarniają społeczeństwo za każdym razem, gdy wzrost gospodarczy zatrzymuje się, czy choćby spowalnia. Wydaje się, że bez niego nie jesteśmy w stanie dobrze żyć.
Nowe technologie powstałe w okresie rewolucji przemysłowej pozwoliły producentom działać produktywniej niż kiedykolwiek wcze-śniej, co oznaczało – mówiąc w skrócie – że mogli wytwarzać o wiele więcej przy znacznie mniejszym nakładzie środków6. I to właśnie tutaj, na początku nowoczesnego wzrostu gospodarczego, możemy również dostrzec początki „lęku przed automatyzacją”. Ludzie zaczęli się obawiać, że wykorzystanie maszyn do wytwarzania większej ilości rzeczy będzie oznaczać również mniejszy popyt na ich pracę. Wygląda na to, że wzrost gospodarczy i lęk przed automatyzacją były ze sobą splecione od samego początku.
Oczywiście ludzie musieli odczuwać lęk przed mechanizacją już wcześniej. W przypadku każdego wynalazku można sobie wyobrazić lub zidentyfikować jakąś grupę pechowców, którzy mogli czuć się zagrożeni jego powstaniem. Weźmy choćby prasę drukarską – być może najbardziej znaczącą ze wszystkich technologii poprzedzających rewolucję przemysłową – spotkała się ona początkowo z oporem ze strony skrybów, którzy czuli, że muszą chronić swoje tradycyjne rzemiosło. Przykładowo w kontekście drukowanych Biblii twierdzili, że tylko sam diabeł jest w stanie tak szybko wyprodukować tak wiele kopii książki7. Jednak zmiany, które nastąpiły podczas rewolucji przemysłowej, nie przypominały tych z przeszłości. Ich intensywność, rozległość i trwały charakter nadały powagi obawom znanym od dawna.
W tamtym okresie niepokój, że automatyzacja zniszczy miejsca pracy, przeradzał się w różne formy protestu i sprzeciwu. Rozważmy doświadczenie Jamesa Hargreavesa, skromnego człowieka, który wynalazł mechaniczną przędzarkę (Spinning Jenny). Ten niepiśmienny tkacz bawełny zaszył się w wiosce położonej na odludziu w Lancashire, by móc w spokoju skonstruować swoje urządzenie. Zbudowana przez niego maszyna pozwalała na znacznie szybsze niż ręczne przędzenie nici z bawełny w czasach, gdy przerabianie surowej bawełny na nici stawało się coraz lepiej rozwijającym się biznesem. (Do połowy XIX wieku Wielka Brytania produkowała już połowę wszystkich tkanin na świecie8). Kiedy jednak po okolicy rozeszła się wieść o wynalazku Hargreavesa, sąsiedzi wtargnęli do domu, w którym mieszkał i rozbili jego maszynę, a także należące doń meble. Kiedy po jakimś czasie Hargreaves próbował założyć w innym miejscu zakład przemysłowy, on i jego partner biznesowy zostali zaatakowani przez rozwścieczony tłum9.
Współczesny Hargreavesowi John Kay doświadczył, jak się zdaje, podobnego losu, gdy w latach 30. XVIII wieku wynalazł „latające czółenko”. Jego dom, jak mówią przekazy, został splądrowany przez wściekłych tkaczy, którzy „zabiliby go, gdyby nie został przetransportowany zawinięty w wełniane prześcieradło w bezpieczne miejsce przez dwóch przyjaciół”10. Dziewiętnastowieczny mural w ratuszu w Manchesterze przedstawia tę potajemną ucieczkę Kaya przed niebezpieczeństwem11.
Nie były to odosobnione przypadki. Podczas rewolucji przemysłowej technologiczny wandalizm był powszechny. Osoby angażujące się w tego typu działania nazywano „luddystami”. Nazwa pochodzi od Neda Ludda, apokryficznego tkacza z regionu East Midlands, który na początku rewolucji przemysłowej miał zniszczyć zestaw krosien. Ned prawdopodobnie nigdy nie istniał, ale niepokoje, jakie wywołali jego naśladowcy, z pewnością były realne. W 1812 roku brytyjski parlament był zmuszony do uchwalenia specjalnej ustawy (Destruction of Stoc-king Frames, etc. Act 1812), zgodnie z którą niszczenie maszyn zostało uznane za przestępstwo zagrożone karą śmierci. W wyniku obowiązywania ustawy kilka osób zostało wkrótce oskarżonych i straconych. Rok później zmieniono karę na łagodniejszą – zesłanie do Australii. Okazało się to jednak niewystarczająco surowe, dlatego w 1817 roku przywrócono karę śmierci12. Dziś nadal określamy osoby niechętne technologii mianem luddystów.
Przed rewolucją przemysłową państwo nie zawsze opowiadało się po stronie wynalazców. Zdarzały się momenty, kiedy z powodu niezadowolenia robotników wkraczało do akcji i próbowało powstrzymać rozprzestrzenianie się innowacji. Rozważmy dwie historie z lat 80. XVI wieku. Angielski pastor William Lee wynalazł maszynę, która uwolniła ludzi od konieczności dziergania na drutach. W 1589 roku udał się do Londynu z zamiarem pokazania swego wynalazku Elżbiecie I oraz uzyskania patentu. Kiedy jednak królowa zobaczyła maszynę, stanowczo odmówiła, odpowiadając: „Celujesz wysoko, mistrzu Lee. Zastanów się jednak, co ten wynalazek mógłby uczynić moim biednym poddanym. Z pewnością doprowadziłby ich do ruiny, pozbawiając zatrudnienia i czyniąc z nich tym samym żebraków”13. Druga historia dotyczy Antona Möllera, który miał pecha wynaleźć krosno wstążkowe w 1586 roku – pecha, gdyż, jak mówią podania, rada miejska jego rodzinnego Gdańska, zamiast po prostu odmówić przyznania mu patentu, zareagowała na wieść o wynalazku rozkazem uduszenia Möllera. Nie tak nagradzamy dziś współczesnych wynalazców i przedsiębiorców14.
Ale nie tylko robotnicy i państwo byli zaniepokojeni automatyzacją. Z biegiem czasu również ekonomiści zaczęli poważnie traktować to zagrożenie. Jak już wcześniej wspomniałem, to Keynes spopularyzował termin „bezrobocie technologiczne” w 1930 roku. Jednak jeden z ojców założycieli ekonomii, David Ricardo, zmagał się z tym problemem już ponad sto lat przed Keynesem. W 1817 roku opublikował swoje wielkie dzieło – Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania. Po czterech latach wypuścił nowe wydanie Zasad… wzbogacone o rozdział O maszynach, w którym poczynił znaczące intelektualne ustępstwo, deklarując, że zmienił zdanie w kwestii tego, czy postęp technologiczny przyniesie korzyści pracownikom. Przyjmowane przez niego przez całe życie założenie, że maszyny będą „powszechnym dobrem” dla siły roboczej, było – jak stwierdził – „błędem”. Teraz uznawał – być może w odpowiedzi na dramatyczne zmiany gospodarcze, jakie rewolucja przemysłowa powodowała w tym czasie w jego ojczyźnie, Wielkiej Brytanii – że maszyny te były w rzeczywistości „często bardzo szkodliwe”15.
Ten lęk przed szkodliwym wpływem maszyn utrzymywał się przez cały XX wiek. W ciągu ostatnich kilku lat pojawiła się cała masa książek, artykułów i raportów poświęconych groźbie automatyzacji. Jednak już w 1940 roku dyskusje na temat bezrobocia technologicznego były tak powszechne, że „New York Times” nie wahał się w tym kontekście mówić o „starym argumencie”16. Przedstawiana w tych dyskusjach argumentacja ma tendencję do powtarzania się. W swoim pożegnalnym przemówieniu z 2016 roku prezydent Barack Obama opisał automatyzację jako „następną falę zakłóceń gospodarczych”. Ale to samo mówił prezydent John F. Kennedy. Około 60 lat wcześniej użył niemal identycznych słów, mówiąc, że automatyzacja niesie ze sobą „mroczne zagrożenie przemysłowych zakłóceń”17. Podobnie Stephen Hawking w 2016 roku opisywał, jak automatyzacja „zdziesiątkowała” posady dla pracowników fizycznych, i przewidywał, że wkrótce jej wpływ „rozszerzy się (…) głęboko na klasę średnią”18. Jednak wcześniej podobnie ostrzegał Albert Einstein, mówiąc, że „maszyny stworzone przez człowieka”, które miały wyzwolić istoty ludzkie od znoju i trudu, zamiast tego mogą „zdominować” swoich twórców19. W zasadzie w niemal każdej dekadzie od 1920 roku w „New York Timesie” można znaleźć artykuł, który w jakiś sposób odnosi się do zagrożenia bezrobociem technologicznym20.
Większość z tych obaw dotyczących domniemanych szkód gospodarczych, które miały być spowodowane przez nowe technologie, okazała się niesłuszna. Patrząc wstecz na ostatnie kilkaset lat, mamy niewiele dowodów na poparcie naszej podstawowej obawy: że postęp technologiczny spowoduje powstanie dużych grup trwale bezrobotnych pracowników. To prawda, że ludzie tracili pracę wypierani przez nowe technologie, ale ostatecznie w przypadku większości z nich zawsze znajdowały się nowe zadania, które mogli zacząć wykonywać. Za każdym razem ludzie martwili się, że „teraz jest inaczej”, że wraz z pojawieniem się najnowszych technologii masowe pozbawianie pracowników pracy jest tuż za rogiem, ale w rzeczywistości zawsze wszystko wyglądało tak jak wcześniej i masowe bezrobocie nie następowało.
Co zrozumiałe, fakt, że tak było, jest częstym powodem do optymizmu wśród ludzi, którzy się zastanawiają, jak będzie wyglądać przyszłość. Skoro ci, którzy w przeszłości martwili się o przyszłość pracy, byli w błędzie, to z pewnością ci, którzy dzisiaj obawiają się o nią, również nie mają ku temu podstaw.
Jak zobaczymy, sprawa nie jest jednak taka prosta. Zresztą jeśli obawy typu „tym razem jest inaczej” były wcześniej nieuzasadnione, dziś mogą okazać się słuszne. Co więcej, nawet gdyby historia miała się powtórzyć, to i tak powinniśmy wystrzegać się zbyt optymistycznej interpretacji przeszłości. Tak, ludzie zwykle znajdowali nową pracę po tym, jak byli wypierani przez technologię – ale sposób, w jaki się to działo, nie był bynajmniej delikatny czy przyjemny. Wróćmy na chwilę do rewolucji przemysłowej, tego podręcznikowego momentu niezwykłego postępu technologicznego. Wbrew obawom luddystów stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii pozostała stosunkowo niska, jak widać to na rysunku 1.2. Ale jednocześnie całe gałęzie przemysłu zostały zdziesiątkowane, a lukratywne rzemiosła, takie jak ręczne tkactwo i wyrób świec, przekształciły się w nieprzynoszące zysków zajęcia hobbystyczne. Społeczności zostały wydrążone, a całe miasta popadały w ruinę. Warto zauważyć, że w latach 1760–1820 realne płace w Wielkiej Brytanii prawie się nie zwiększyły – zanotowano marny 4-procentowy wzrost. Równolegle jednak żywność podrożała, diety zubożały, śmiertelność niemowląt wzrosła, a średnia długość życia spadła21. Najlepszym dowodem pogarszających się warunków życiowych było to, że ludzie dosłownie się zmniejszyli: jeden z historyków podaje, że z powodu wymienionych wyżej trudności średni wzrost spadł do „najniższego poziomu w historii”22.
Rys. 1.2. Stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii, 1760–190023
O luddystach myśli się dziś często jako o „nierozumiejących technologii” głupcach, ale dowody wskazują, że ich żale i lęki były uzasadnione. Wstrząsy i niepokoje spowodowane zmianami technologicznymi ostatecznie przyczyniły się do powstania państwa opiekuńczego, być może najradykalniejszego wynalazku XX wieku. Nic z tego, co zostało powiedziane o zwolnionych pracownikach, którzy ostatecznie znaleźli nowe zatrudnienie, nie wydaje się powodem do świętowania. Parafrazując ekonomistę Tylera Cowena: być może przyszłość będzie jak przeszłość i dlatego nie powinniśmy być optymistami co do przyszłości pracy24.
Nie jest też tak, przynajmniej na pierwszy rzut oka, że ci, którzy obawiali się, że w przyszłości może być mniej pracy, całkowicie się mylili. Weźmy na przykład Keynesa, który w 1930 roku stwierdził, że w ciągu stu lat postęp technologiczny przeniesie nam świat „trzygodzinnych zmian” lub „piętnastogodzinnego tygodnia pracy”. Dziś krytycy Keynesa zauważają z satysfakcją, że jego przewidywania okazały się błędne, gdyż zapowiadanej przez niego „epoki wypoczynku” nie widać nawet na horyzoncie25. Taka krytyka nie jest bezzasadna. Jeśli jednak spojrzeć nieco głębiej, poza podstawowe liczby, obraz sytuacji okazuje się bardziej złożony. Średnia liczba godzin przepracowywanych w ciągu roku przez obywateli państw należących do Organiza-cji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organisation for Economic Co-operation and Development, OECD) od 40 lat stale się zmniejsza. Spadek ten jest powolny, wynosi około czterdziestu pięciu godzin na dekadę, ale jednak stały.
Rys. 1.3. Liczba przepracowywanych godzin na osobę na rok w krajach OECD26
Co ważne, duża część tego spadku wydaje się związana z postępem technologicznym i połączonym z nim wzrostem produktywności. Niem-cy, na przykład, należą do najproduktywniejszych krajów w Europie, a także do tych, w których ludzie pracują najmniejszą liczbę godzin rocznie. Grecja znajduje się wśród najmniej produktywnych i – wbrew temu, co wiele osób sądzi – jest krajem, w którym ludzie pracują najwięcej godzin w ciągu roku. Jak pokazuje rysunek 1.4., to ogólny trend: w produktywniejszych krajach ludzie zazwyczaj pracują krócej. Być może nie doszliśmy jeszcze do piętnastogodzinnego tygodnia pracy, którego spodziewał się Keynes, ale dzięki stałemu postępowi technologicznemu powoli zmierzamy w tym kierunku27.
Rys. 1.4. Produktywność a liczba godzin przepracowywanych rocznie, 201428
Wszystko to warto mieć na uwadze, gdy myślimy o tym, co może nas czekać w przyszłości. Obecnie wiele czasu poświęca się próbom określenia liczby „miejsc pracy”, które będą istniały w przyszłości. Pesymiści wyobrażają sobie świat, w którym duża część osób spędza czas bezczynnie, nie mając nic produktywnego do zrobienia, zaś całą najważniejszą pracę wykonują „roboty”. Optymiści, polemizując z pesymistami, wskazują na aktualne wskaźniki bezrobocia, które w wielu miejscach są rekordowo niskie, i twierdzą, że obawy o przyszłość bez pracy są bezpodstawne. Ale w tym sporze obie strony myślą o przyszłości pracy w bardzo wąski sposób, tak jakby liczyło się tylko to, czy ktoś jest zatrudniony, czy nie. Jednak historia sugeruje, że rozważanie wyłącznie w kategoriach „miejsc pracy” nie jest w stanie uchwycić pełnego obrazu. Zmiany technologiczne mogą wpłynąć nie tylko na ilość zadań do wykonania, ale także na ich charakter. Jak dobrze płatna jest praca? Jak bardzo jest stabilna? Ile godzin liczy dzień roboczy lub tydzień pracy? Z wykonywaniem jakich zadań wiąże się praca – czy jest to dające spełnienie zajęcie, dla którego z radością zrywamy się rano z łóżka, czy takie, na myśl o którym chowamy się pod kołdrą? Ryzyko związane z koncentrowaniem się wyłącznie na miejscach pracy polega nie tyle na przysłowiowym skupianiu się na drzewach i niedostrzeganiu lasu, ile na niedostrzeganiu, że w lesie rosną różne drzewa.
Na razie jednak nadal będę mówił o „miejscach pracy”. Powinni-śmy jednak pamiętać, że postęp technologiczny wpłynie na świat pracy nie tylko pod względem liczby miejsc zatrudnienia, ale także na wiele innych sposobów. W kolejnych rozdziałach powrócę do tych kwestii i przyjrzę im się bliżej.
Pamiętając o tych zastrzeżeniach, możemy teraz przejść do szerszej kwestii. Jak to możliwe, że w przeszłości – wbrew obawom tak wielu ludzi – postęp technologiczny nie doprowadził do masowego bezrobocia?
Odpowiedź, gdy spojrzymy wstecz na to, co faktycznie wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkuset lat, jest taka, że szkodliwy wpływ zmian technologicznych na pracę – ten, który niepokoił naszych przodków – to tylko połowa historii. Owszem, maszyny zastąpiły ludzi w wykonywaniu pewnych zadań. Jednak nie tylko zastępowały, ale również uzupełniały ich w realizacji innych obowiązków, które nie zostały zautomatyzowane, zwiększając tym samym zapotrzebowanie na ludzi wykonujących tę pracę. Na przestrzeni dziejów zawsze działały więc dwie różne siły: zastępująca, która szkodziła pracownikom, ale także pomocna uzupełniająca, która działała na ich korzyść. Ta pomocna siła, o której tak często się zapomina, działa na trzy różne sposoby.
Być może najbardziej oczywistym sposobem, w jaki siła uzupełniająca pomaga ludziom, jest to, że nowe technologie, nawet jeśli powodują zwalnianie niektórych pracowników, często sprawiają, że inni zatrudnieni są produktywniejsi w wykonywaniu swoich zadań. Pomyślmy o brytyjskich tkaczach, którzy mieli szczęście obsługiwać jedno z latających czółenek wynalezionych przez Kaya w latach 30. XVIII wieku lub jedną z mechanicznych przędzarek Hargreavesa w latach 60. XVIII wieku. Mogli prząść znacznie więcej bawełny niż im współcześni, którzy polegali wyłącznie na swoich dłoniach. Na tym właśnie polega efekt produktywności29.
Działanie tego efektu możemy zaobserwować również dzisiaj. Przykładem może być choćby taksówkarz korzystający z systemu nawigacji satelitarnej, by poruszać się po nieznanych mu drogach i ulicach, architekt wykorzystujący oprogramowanie wspierające projektowanie, co pozwala mu tworzyć bardziej skomplikowane budynki, czy księgowy używający oprogramowania, by radzić sobie z trudniejszymi obliczeniami. W rezultacie wszyscy są lepsi w tym, co robią. Albo weźmy lekarzy. W 2016 roku zespół naukowców z MIT opracował system, który potrafi określić, czy wycinek pobrany z piersi ma charakter nowotworowy, czy nie z dokładnością do 92,5 procent. Histo-patolodzy, dla porównania, mogli osiągnąć wynik 96,6 procent – ale kiedy zaczęli posiłkować się systemem stworzonym przez MIT, byli w stanie zwiększyć ten wskaźnik do 99,5 procent, czyli uzyskać prawie idealny wynik. Nowa technologia uczyniła tych lekarzy jeszcze lepszymi w rozpoznawaniu nowotworów30.
Na innych obszarach nowe technologie mogą zautomatyzować niektóre zadania, wyręczając w ich wykonywaniu pracowników, ale jednocześnie sprawić, że będą wydajniejsi w realizacji zadań, które pozostały im w ramach ich pracy. Pomyślmy o prawniku, który nie przerzuca już stosów papierów, bo został zwolniony z tego obowiązku przez zautomatyzowany system do przeglądania dokumentów, oprogramowanie, które może skanować materiały prawne znacznie szybciej, a w wielu przypadkach również dokładniej, niż ludzie31. Ten sam prawnik może teraz skupić się na innych pracach związanych z udzielaniem porad prawnych: spotykać się twarzą w twarz ze swoimi klientami lub wykorzystywać swe umiejętności rozwiązywania problemów do rozwikłania szczególnie trudnego zagadnienia prawnego.
We wszystkich tych przypadkach, jeśli na wzroście produktywności skorzystają klienci dzięki niższym cenom lub lepszej jakości usług, to prawdopodobnie wzrośnie popyt na wszelkie dobra i usługi, a wraz z nim zapotrzebowanie na pracę ludzi. Dzięki efektowi produktywności postęp technologiczny uzupełnia więc ludzi w bardzo bezpośredni sposób, zwiększając zapotrzebowanie na ich wysiłki poprzez uczynienie ich lepszymi w wykonywanej pracy.
