Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
"Świadek prawdy" to pełna biografia księdza Popiełuszki, która ukazuje jego życie duchowe oraz drogę do świętości, a także istotę jego męczeństwa. Książka oparta jest na rozmowach z ludźmi, którzy znali księdza Jerzego: z jego matką, przyjaciółmi, najwyższymi przedstawicielami władzy oraz Kościoła, m.in. kard Stanisławem Dziwiszem, który po raz pierwszy wyjawia, co o ks. Popiełuszce mówił JanPaweł II.
Biografia ta przybliża również cuda, jakich ludzie doznali za wstawiennictwem tego męczennika i odpowiada na pytania, w jakich tak naprawdę okolicznościach zginął ksiądz Jerzy i na czym polega tajemnica jego świętości.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 615
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Świadek prawdy
Lata 1947-1980
W szkolnym mundurku
Katedralna lekcja
Ponownie w seminarium
Do wielu rzeczy się zapalał
Robotnicy szukają księdza
Opłatek z zomowcami
Jego wielkość zrodziła się przy ołtarzu
Osaczony
Los zaleceń lekarskich
Kolejne przesłuchania
Coraz bardziej liczył się ze śmiercią
Porwanie
Białystok żegna księdza
Prezydenci i kardynałowie w żoliborskim kościele
Zrównanie ofiary z katem
Rozmowa z Prymasem Polski kardynałem Józefem Glempem
Świadek prawdy
5. DUCHOWY TESTAMENT: ROZWAŻANIA Z BYDGOSZCZY (19 października 1984 roku)
e) Przemówił we śnie
O KSIĘDZU JERZYM
11. JAN PAWEŁ II O KSIĘDZU JERZYM POPIEŁUSZCE
Świadek prawdy
Milena Kindziuk
Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki
Konsultacja:
ks. Zygmunt Malacki
Katarzyna Soborak
Zdjęcie na okładce:
Ksiądz Jerzy w swoim pokoju podczas ostatnich imienin,
23 kwietnia 1984 roku (z arch. parafii św. Stanisława Kostki).
Korekta:
Ilona Kisiel, br. Zbigniew Gawron SSP
Projekt okładki:
Michalina Bajor
Skład i łamanie:
Paweł Pluta
ISBN 978-83-7424-522-7
© Edycja Świętego Pawła, 2008
ul. Św. Pawła 13/15 • 42-221 Częstochowa
tel. 034.362.06.89 • fax 034.362.09.89
www.edycja.pl • e-mail: [email protected]
Druk i oprawa: Rzeszowskie Zakłady Graficzne SA
Mówiłem prawdę i tylko prawdę.
fes. Jerzy Popiełuszko
N. 442/04/P.
PRYMAS POLSKI
Słowo wstępne
Upływa dwadzieścia lat od męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Jego zabójstwo odsłoniło część mechanizmu, którym kierowała się Polska Ludowa. Mechanizm ten był ustawiony przez ideologię leninowską i rządy modelowane według ateizmu, który zastępował religię. Kościół katolicki w Polsce nie mógł się zmieścić w ramach nakreślonych dla wszystkich państw tak zwanego „bloku socjalistycznego”. Trzy razy doszło do poważnych pęknięć tego gorsetu, w jaki wtłaczano Polskę i jej wierzących obywateli. Pierwsze pęknięcie to „wypadki poznańskie” (1956), drugie to obchody Millennium Chrztu, trzecie to „Solidarność”. Za trzecim razem, w dłuższym procesie przemian, nastąpiło obalenie komunizmu. Wierzący katolicy nie mogli być nieobecni w tych przemianach. I na tym właśnie tle widzimy postać ks. Jerzego Popiełuszki. Ten kapłan w imię prawdy popierał przemiany społeczno-polityczne, stojąc konsekwentnie na stanowisku kapłana - duszpasterza.
Męczeńska śmierć ks. Jerzego odbiła się szerokim echem w całym świecie. Dużo pisano o Jego życiu w stylu zachwytu wobec Męczennika, dlatego też wiele tej literatury ma koloryt hagiograficzny, jakby oderwany od konkretu ludzkiej codzienności! Ale świętość -także ta zdobyta w męczeństwie - rodzi się w prozie normalnych ludzkich układów - heroizm przychodzi jako łaska w określonym momencie.
Jestem wdzięczny Pani Milenie Kindziuk za to, że podjęła się głęboko wniknąć w ową codzienność życia ks. Jerzego, by ukazać okoliczności Jego wzrastania i pracy kapłańskiej. Jest to wielkie przybliżenie postaci ks. Popiełuszki. Zapewne z biegiem lat lepiej będziemy poznawać tajemniczy (bo mroczny) okres PRL i wiele spraw, związanych z nową formą prześladującej niechęci do Kościoła, odsłoni się.
Józef Kardynał Glemp Prymas Polski
WSTĘP
Fot. Tomasz Wesołowski
Ks. Jerzy Popiełuszko ze swoim psem Tąiniakiem.
W piątek 19 października 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko nie wrócił na noc do domu. W parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie nikt nie przeczuwał tragedii, jaka się wtedy dokonała. Jedynie Taj-niak, pies księdza Jerzego, mały, czarny kundel, zachowywał się dziwnie. Szczekał, ujadał, kręcił się nerwowo po plebanii. Był niespokojny, gdyż jego pan nie zjawił się, jak zawsze, w pokoju.
- Wypatrywaliśmy Jerzego przez okno, nasłuchiwaliśmy, czy nie nadjeżdża jego samochód - wspomina ksiądz Marcin Wojtowicz, wówczas wikariusz tej parafii.
Do dziś pamięta, że do łóżka położył się po północy. Usiłował zasnąć, ale bezskutecznie. Bo Tajniak wył coraz głośniej, jak nigdy przedtem.
Księża z plebanii wiedzieli, że ksiądz Popiełuszko wyjechał do Bydgoszczy, by odprawić tam wieczorną Mszę świętą i wygłosić homilię. Potem miał wrócić do Warszawy. Na pewno przed północą. Prosił nawet, by wieczorem nie zamykać bramy wjazdowej. Brama czekała więc otwarta do sobotniego poranka.
Rano o dziewiątej miał odprawiać Mszę świętą na Żoliborzu. Nigdy nie zdarzyło mu się żadne spóźnienie. O tym, żeby zaspał albo zapomniał, nie było mowy. Ale wybiła dziewiąta, a jego nie było w zakrystii.
Mszę odprawił ksiądz Maciej Cholewa, wikariusz. Zaraz po niej, prosto z kościoła poszedł do pokoju księdza Jerzego.
- Pukałem, ale nikt nie otwierał. Drzwi były zamknięte na klucz. Myślałem, że może późno wrócił i jeszcze śpi - opowiada ksiądz Cholewa.
Zaczął się denerwować. Po kilkunastu minutach, tuż po godzinie 10 odebrał telefon.
- Czy ksiądz Popiełuszko odprawiał rano Mszę świętą? - usłyszał zdenerwowany głos biskupa Kazimierza Romaniuka, który w archidiecezji warszawskiej odpowiadał za sprawy personalne.
Pomyślał, że biskup rutynowo sprawdza księdza.
- Nie, ale odprawi wieczorem - odpowiedział.
- Już nie odprawi, został porwany - usłyszał w słuchawce.
Biskup dodał, że informację o porwaniu otrzymał z Torunia. Uratował się kierowca księdza Jerzego, Waldemar Chrostowski, który opowiedział o całym zdarzeniu jednemu z toruńskich proboszczów. O księdzu Popieluszce słuch zaginął.
Wiadomość o porwaniu zaczęła się szybko rozchodzić. Elektryzowała kolejno bliskich i znajomych księdza Jerzego. I wszystkich, którzy znali go jako kapłana bądź jedynie o nim słyszeli. Niestety, okazała się prawdziwa, gdy podano ją w Dzienniku Telewizyjnym o 19.30; na końcu wiadomości spiker odczytał komunikat:
„19 bm. około godz. 22 w okolicach miejscowości Górsk koło Torunia został uprowadzony przez nieznanych sprawców ksiądz Jerzy Popiełuszko, urodzony 14 września 1947 roku, zamieszkały w Warszawie. W związku z prowadzonym śledztwem prosi się osoby, które mogą udzielić jakichkolwiek informacji w tej sprawie, o niezwłoczne nawiązanie kontaktu lub powiadomienie najbliższej jednostki prokuratury lub Milicji Obywatelskiej. W szczególności prosi się wszystkich, którzy mogą udzielić informacji o osobach, których rysopisy podano wyżej i posługujących się samochodem Fiat 125p, o osobach, które bezprawnie wyrabiają lub posługują się tablicami rejestracyjnymi, oraz osobach, które bezprawnie posiadają lub używają umundurowanie milicyjne lub wyposażenie służbowe funkcjonariuszy MO, na przykład kajdanki”.
Wtedy też o porwaniu dowiedzieli się rodzice księdza Jerzego, Marianna i Władysław Popiełuszkowie, mieszkający w Okopach na dalekiej Białostocczyźnie. Po całym dniu pracy w polu, jak zawsze odmówili wieczorem różaniec. Pan Władysław położył się, by odpocząć, a pani Marianna usiadła przed telewizorem, by zobaczyć, co ciekawego dzieje się w świecie. Zamarła z przerażenia, gdy odczytano komunikat. Spadł wtedy na nią największy cios w życiu. W domu wybuchł płacz, lament. Chyba najbardziej rozpaczał ojciec:
- Żeby tylko jego kosteczki zobaczyć - wołał.
Tymczasem w Warszawie, po wiadomościach telewizyjnych, pod kościół św. Stanisława Kostki zaczęli schodzić się ludzie. Biskup Władysław Miziołek, pytany telefonicznie przez wikariuszy, co robić, polecił otworzyć kościół i odprawić Mszę w intencji odnalezienia księdza Jerzego. Zaczęła się nieustająca modlitwa o uwolnienie porwanego kapłana. Do kościoła wciąż przychodzili ludzie.
Następnego dnia, w niedzielę, w kościele wciąż gromadziły się tłumy. Po południu przyjechali także Popiełuszkowie. Przywiózł ich cioteczny brat księdza Jerzego, ksiądz Kazimierz Gniedziejko.
- Pamiętam, jak podjechaliśmy pod kościół. Gdy rodzice Jurka wyszli z auta, modliło się tam już mnóstwo ludzi - wspomina ksiądz Gniedziejko.
Wszyscy mieli jednak wiele nadziei, że ksiądz Jerzy się odnajdzie, że został „tylko” porwany. Tym bardziej że pojawiały się fałszywe informacje, że gdzieś w Polsce w tych dniach go widziano.
Także władze kościelne nie spodziewały się tak tragicznego końca.
- Śmierci księdza Popiełuszki w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Każdy z nas myślał, że on żyje, ja również miałem takie przekonanie - mówi kardynał Józef Glemp, Prymas Polski.
Ksiądz proboszcz Teofil Bogucki, który o porwaniu dowiedział się w szpitalu, jeszcze w niedzielę napisał list do swoich parafian. Prosił, aby zachować spokój, i wzywał do modlitw zbiorowych i osobistych w intencji księdza Jerzego. Wyrażał nadzieję, że „dla sprawy Bożej i Ojczystej zniesie on ze spokojem i męstwem cierpienia, które nań spadły”.
Nikt się nie spodziewał, że ksiądz Jerzy już wtedy nie żył.
* * *
Do dziś nie wiadomo, kto i kiedy podjął decyzję o zabiciu księdza. Nie wiadomo też, na jakim szczeblu zapadła decyzja. Wiadomo jedynie, że zabójstwa dokonali trzej pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, późnym wieczorem 19 października.
Waldemar Chrostowski, który był świadkiem wydarzeń i cudem się uratował, do dziś ma w pamięci dokładny przebieg zdarzeń. Nadal dręczą go wyrzuty sumienia, że zatrzymał się na znak milicjanta, gdy wracali z księdzem Jerzym z Bydgoszczy.
- Nie powinienem słuchać księdza, mogłem przecież jechać dalej. Może wszystko potoczyłoby się inaczej?
Część pierwsza
Lata 1947-1980
W szkolnym mundurku
Katedralna lekcja
Ponownie w seminarium
Do wielu rzeczy się zapalał
Robotnicy szukają księdza
Opłatek z zomowcami
Jego wielkość zrodziła się przy ołtarzu
Osaczony
Los zaleceń lekarskich
Kolejne przesłuchania
Coraz bardziej liczył się ze śmiercią
Porwanie
Białystok żegna księdza
Prezydenci i kardynałowie w żoliborskim kościele
Zrównanie ofiary z katem
Rozmowa z Prymasem Polski kardynałem Józefem Glempem
Świadek prawdy
5. DUCHOWY TESTAMENT: ROZWAŻANIA Z BYDGOSZCZY (19 października 1984 roku)
e) Przemówił we śnie
O KSIĘDZU JERZYM
11. JAN PAWEŁ II O KSIĘDZU JERZYM POPIEŁUSZCE
1. W RODZINNYCH STRONACH
Rzadko powracał do wspomnień z dzieciństwa. Nieskory był też do osobistych wynurzeń, do rozmów o rodzinie. A jeżeli już coś mówił o sobie - to krótko, nie wchodząc w szczegóły. Miał jednak ogromny sentyment do ojczystych stron, do Okopów, Grodziska, Suchowoli. Chętnie je odwiedzał. Gdziekolwiek przyszło mu żyć, choć na krótko starał się odzyskać świat, z którego wyszedł.
Okopy, kraina dzieciństwa Jerzego Popiełuszki, to stara, typowa polska wieś, położona 5 kilometrów od Suchowoli. Jej nazwa pochodzi prawdopodobnie od rozciągających się wokół wzgórz morenowych, które z dala wyglądają jak sztucznie usypane forty.
Pośrodku wsi, po prawej stronie stoi dom. Szary, niepozorny, jak podobne w okolicy. Jedynie umieszczony naprzeciw niego głaz, a na nim inskrypcja: „W 10. rocznicę męczeńskiej śmierci księdzajerzego”, wskazuje, że tu mieszka rodzina Popiełuszków.
Przez otwartą furtkę wchodzę na podwórko, gdzie obok domu stoją obora i stodoła. Drzwi do domu są otwarte. W sieni spotykam drobną kobietę, pochyloną
Fot. Milena Kindziuk
Marianna Popiełuszko, z domu Gniedziejko, mama ks. Jerzego Popiełuszki w domu w Okopach, kwiecień 2003 r.
Kamień ku czci ks. Popiełuszki przed domem w; Okopach.
Arch. parafii św. Stanisława Kostki__ Fot. MHena Kindziuk
nad wiadrem. To Marianna Popiełuszko, mama księdza Jerzego. W czarnej spódnicy i czarnej bluzce, w biało-czarnej chustce na głowie przelewa mleko w bańki. Podnosi wzrok i uśmiecha się życzliwie. O nic nie pyta. Przerywa pracę i przez kuchnię prowadzi mnie do pokoju.
- Niech siada - mówi charakterystyczną dla Białostocczyzny polszczyzną. Ze stołu zdejmuje różaniec, energicznie przeciera ręką ceratę i kładzie na talerzu pokrojone, domowe ciasto. Pytam o jej syna, o jego dzieciństwo i młodość.
Siada naprzeciw, obok żółtego kaflowego pieca, na łóżku zaścielonym kolorową narzutą.
Dom rodzinny Popiełuszków w Okopach.
Księga chrztów parafii w Suchowoli - adnotacje o sakramentach Jerzego Popiełuszki.
Arch. parafii św. Stanisława Kostki
- Tutaj urodził się ksiądz Jerzy - mówi cicho.
Oczy ma zamyślone, ale przez pooraną zmarszczkami twarz przebija się uśmiech. Spogląda na portret syna nad brązowym kredensem.
- Ksiądz Jerzy zaczął się rodzić wieczorem, gdy poszłam do krów. Zdążyłam jednak wrócić na czas do mieszkania. Na szczęście była tam już moja mama, która akurat przyjechała, by odebrać poród. Wcześniej mówiłam jej, że jeżeli do niedzieli dziecko się nie urodzi, to w niedzielę na pewno już przyjdzie na świat. I miałam rację. Ksiądz Jerzy urodził się właśnie w ten dzień, który zaplanowałam. Na ten dzień wyznaczyłam i tak się stało.
Niedziela, o której opowiada, to 14 września 1947 roku.
Marianna Popiełuszko o swoim synu nie mówi zwyczajnie, ciepło i czule, jak matki o swych dzieciach: mój syn albo Jurek. Tylko zawsze: ksiądz Jerzy. Z ogromnym szacunkiem, pietyzmem, jak mówi się o świętych.
Chłopiec, którego wtedy urodziła, to Alek. Na chrzcie otrzymał imię: Alfons - co znaczy: szlachetny, życzliwy, szybki. Nosili je Germanowie i królowie hiszpańscy. W dawnej Polsce mało kto nadawał je dzieciom.
- Imię ja wybierałam - przy-znaje mama. - Od razu, jak tylko się zorientowałam, że spodziewam się dziecka. Szukałam takich imion, by znaleźć dobrych patronów. Dla jednego syna wybrałam św. Józefa, dla drugiego św. Alfonsa, a dla trzeciego św. Stanisława.
Święty Alfons był znany i czczony w tej rodzinie od dawna. Czytała o nim także Marianna Popiełuszko w starych książkach i kalendarzach. Wiedziała, że był wielkim teologiem, ale przede wszystkim świętym kapłanem, który swe życie poświęcił całkowicie Bogu. Może dlate-
Alek Popiełuszko jako kilkuletni chłopiec. gQ postanowiła dać takie imię synowi? Teraz tego już nie pamięta. W każdym razie w rodzinnej parafii w Suchowoli w księdze chrztów roku 1947, pod numerem 153 widnieje zapis:
„Roku 1947 dnia 16 września w suchowolskim rzymskokatolickim parafialnym kościele ksiądz Antoni Sawicki, wikariusz tego kościoła ochrzcił imieniem Alfons niemowlę płci męskiej urodzone z małżonków ślubnych Władysława Popiełuszko i Marianny z Gnie-dziejków dnia czternastego września 1947 roku we wsi Okopy parafii suchowolskiej. Trzymali do chrztu Alfons Kamiński i Marianna Lewkowicz, żona Sabina”.
Potem, gdy był na V roku seminarium, imię Alfons zmienił na Jerzy, popularne szczególnie na ziemiach wschodnich, gdzie pod wpływem prawosławia silny był kult tego świętego, pogromcy szatana.
- W Warszawie „Alfons” źle się kojarzyło, miało pejoratywne znaczenie - tłumaczył rodzinie motywy swej decyzji. Nikt się nie sprzeciwiał.
Jego mama przyznaje dzisiaj, że go rozumiała:
- Tak chciał, taka była jego wola. Był przecież dorosły, mógł tak postąpić.
I w domu stopniowo wszyscy zaczynali mówić do niego Jurek, zamiast Alek.
Był trzecim dzieckiem w rodzinie. Jako pierwsza urodziła się córka Teresa. Drugi był syn Józef, a potem przyszedł na świat on. Po nim była jeszcze jedna córeczka Jadwisia, ale zmarła, gdy miała rok i 10 miesięcy.
- W Wigilię poprosiła o kawałek opłatka, jakby przyjęła Komunię świętą, i umarła - opowiada pani Marianna.
To była wielka tragedia dla całej rodziny, zwłaszcza dla matki. Ale i matka w końcu się pozbierała. Musiała być dzielna, miała przecież pozostałe dzieci na wychowaniu. A potem urodziła jeszcze syna, Stanisława, który przejął całe gospodarstwo w Okopach.
Rodzice Jerzego: Marianna i Władysław pobrali się w czasie wojny, 25 lipca 1942 roku.
Marianna pochodziła z pobliskiego Grodziska, Władysław z Okopów. Ślub wzięli w ich wspólnym kościele parafialnym w Suchowoli. Wesele odbyło się u panny młodej. Do dziś stoi jeszcze w Grodzisku dom (tuż za kościołem, pierwszy po prawej stronie), w którym
Janina Gniedziejko, ciotka ks. Popiełuszki, jej siostra Maryla i ks. Kazimierz Gniedziejko.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
zgodnie ze zwyczajem, do białego rana hucznie bawili się goście weselni. Nikt już teraz w nim nie mieszka.
Młodzi Popiełuszkowie zamieszkali w Okopach. Kończyli budowę domu. Tego samego, który stoi do dziś, choć z upływem lat mury nieco poszarzały, a sąsiedztwo pobliskich budynków nieco go przytłoczyło.
Dzieciństwo Alka przypadło na lata 50. W Polsce trwał proces „utrwalania władzy ludowej”. Komuniści krok po kroku zdecydowanie przejmowali władzę w kraju, eliminując przy tym wszelką opozycję. Były to najcięższe czasy stalinowskie.
W tym okresie Popiełuszkom, jak wszystkim po wojnie, żyło się ciężko. Nie było biedy, ale „kontyngent”, czyli określona przez władze część płodów rolnych, którą każdy rolnik musial przekazać państwu, wyniszczał wieś i sprawiał, że potrzeby życiowe należało ograniczyć do minimum.
Popiełuszkowie utrzymywali się z siedemnastohektarowego gospodarstwa. Pomagały dzieci, od małego przysposabiane do polo-wych robót. Zbierały ziemniaki, zwoziły zboże przy żniwach, wyprowadzały krowy na pole.
Mały Alek pracował chyba najmniej ze wszystkich. Pewnie dlatego, że był kruchy, szczupły. Na starych fotografiach z tamtych czasów, które przechowuje matka, widać drobnego chłopczyka. Z relacji jego bliskich, kolegów szkolnych i sąsiadów wynika także, że był delikatny, wrażliwy, trochę nieśmiały, ale bardzo łubiany przez bliskich.
- Grzeczny, uprzejmy, nigdy nie powiedział niczego przykrego - charakteryzuje go ciotka, Janina Gniedziejko.
Wołał jednak czytać, niż pracować w polu. Tym bardziej że wymagało to sił fizycznych, których on wiele nie miał.
Do szkoły podstawowej poszedł w 1954 roku i - jak przyznaje mama - lubił się uczyć. Lekcje odrabiał jeszcze przy lampie naftowej. Nauka nie sprawiała mu trudu, odnosił sukcesy. W pierwszej klasie otrzymał nagrodę, książkę Szara Szyjka Georgija Bieriożki, z dedykacją: „Za dobrą naukę Popiełuszce Alfonsowi, uczniowi klasy I a, ofiarowuje w dniu choinki noworocznej Komitet Rodzicielski Szkoły Podstawowej w Suchowoli. 9 stycznia 1955 roku”.
- Można było u niego zauważyć cierpliwość, wytrwałość, pracowitość, był dobrym chłopcem - wspomina Marianna Popiełuszko.
Ksiądz proboszcz powiedział jej kiedyś:
- Matko, z tego chłopca może wyrosnąć najlepszy, może też wyrosnąć najgorszy. Wszystko zależy od was, od waszego wychowania.
Starała się więc go wychować dobrze, bez zakłamania. Jak mówi:
- On wiedział, że u nas w domu nigdy kłamstwa nie było.
Pani Marianna nie wygląda na surową matkę, ale musiała być dla dzieci wymagająca, stanowcza. Tak je wychowała, że nie podniosły nawet gruszki leżącej na drodze, bo wiedziały, że nie wolno sięgać po cudze.
Alek był zdyscyplinowany.
- Nie musiałam na niego krzyczeć, był grzeczny i spokojny. Jak coś mu poleciłam, hie trzeba było powtarzać - opowiada mama.
- Od początku też można było zauważyć, że lubił ludzi - dodaje. - Z każdym lubił zamienić chociaż parę słów. Żyła koło nas pewna staruszka, która codziennie sama pasła krowy. On często do niej podchodził, chętnie z nią rozmawiał. Nawet wtedy, gdy już był w seminarium i przyjeżdżał na wakacje do domu, zawsze szedł do niej na pogawędkę.
W domu Popiełuszków w Okopach, w pokoju przy oknie stoi mały ołtarzyk. Biała figurka Matki Bożej, obok święte obrazki, kwiaty. Nad kapliczką, w brązowych ramach, wisi obraz Pana Jezusa.
- Gdy ksiądz Jerzy był dzieckiem, podobna kapliczka była dwa metry dalej, w rogu pokoju - wspomina mama.
To tutaj gromadziła się cala rodzina na wspólną modlitwę. W środę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątek do Serca Pana Jezusa, a w sobotę do Matki Bożej Częstochowskiej. W maju odmawiano tu wspólnie Litanię Loretańską, w październiku różaniec.
- Tak było zawsze. Jerzy modlił się z nami. Pierwsze wskazówki i pierwsze seminarium to on miał w domu. A co było w nim dobrego, to łaska Boża. Ale widziałam, że on sam siebie pilnował. Pan Jezus był dla niego ważny - opowiada pani Marianna. - Pamiętam też, że jak został ministrantem, to miał komżę, ale krótką. A on koniecznie chciał mieć długą! Tymi sprawami po prostu żył.
W tej rodzinie wiara była czymś naturalnym. Po prostu była i już. Rodzice dbali o religijne wychowanie swych dzieci. W środy, piątki i soboty pościli. W niedzielę ojciec całą rodzinę wiózł furmanką do kościoła. A mama drogę mierzyła „na różańce”, bo zawsze, jak gdzieś szła albo skądś wracała, odmawiała kolejne „Zdrowaśki”.
Wiara stanowiła integralną część codziennego życia. Nawet gdy żegnano w Okopach zmarłych, dzieci uczestniczyły w ceremonii pogrzebowej, słuchały pieśni, śpiewanego różańca i oficjum za zmarłych, które przez trzy dni ludzie śpiewali w domu przy trumnie. Przyjął się też w Okopach zwyczaj, że rok po śmierci rodzina zmarłego urządzała „rocznicę”. Rano w kościele odprawiano nabożeństwo żałobne o spokój duszy zmarłego, a wieczorem w domu śpiewano różaniec. Jerzy jako dziecko to wszystko bacznie obserwował. Modlił się razem z innymi, nawet gdy nie wszystko jeszcze rozumiał.
Wszystkie święta w jego domu rodzinnym były również zgodne z tradycją. Na Wielkanoc uroczyście święcono pokarmy.
Arch. parafii św. Stanisława Kostki
Alek Popiełuszko przyjmuje Pierwszą Komunię Świętą w kościele parafialnym w Suchowoli.
- A potem razem z Jurkiem braliśmy ugotowane i pomalowane jajka do ręki i uderzaliśmy „noskami” jedno o drugie. Zwyciężał ten, którego jajko pozostało całe. Było przy tym dużo śmiechu. Potem razem staczaliśmy te jajka po pagórku - wspomina ksiądz Kazimierz Gniedziejko, o dziesięć lat młodszy cioteczny brat Jerzego Popiełuszki, obecnie proboszcz w Stanisławowie koło Warszawy.
W Wielkim Poście cała rodzina w piątki uczestniczyła w nabożeństwach Drogi Krzyżowej, a w niedzielę w Gorzkich Żalach. W święto Matki Bożej Gromnicznej dzieci przynosiły z kościoła świece, które przechowywano potem w domu przez cały rok. W czasie burz mama wystawiała je w oknach dla bezpieczeństwa i wszyscy głośno się modlili.
Alek, jak wszystkie dzieci, najbardziej lubił Boże Narodzenie. Gdy nadchodziła Wigilia, razem z rodzeństwem czekał z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Gdy zaświeciła, siadali do stołu. Ojciec rozpoczynał modlitwę w intencji zmarłych z rodziny. Potem nasta-wała wieczerza. Siedzieli przy dużym, prostokątnym stole, który stał na środku pokoju. Przy nim zawsze było puste miejsce, o którym po latach ksiądz Jerzy mówił: „Puste miejsce, które w wieczór wigilijny zostawiamy przy stole, pozostaje symbolem miłości chrześcijańskiej. Jest oznaką gotowości służenia ludziom potrzebującym”.
Wigilijne potrawy stały na białym obrusie, pod którym na całym stole rozłożone było siano. Obok stał worek z sianem dla zwierząt. Po wieczerzy wigilijnej gospodarz domu, czyli Władysław Popiełuszko, szedł obdzielić nim konie i krowy.
Nie mogło oczywiście zabraknąć choinki. Zawsze była prawdziwa, zazwyczaj duża. Pod nią nie leżały jednak upominki. Dzieci znajdowały je później pod poduszką. Co mogły otrzymywać? Były to najczęściej symboliczne drobiazgi, czasem owoce albo słodycze. Zdarzało się jednak, że prezenty były oryginalne. Kiedyś mama Jerzego dowiedziała się, że miejscowy wikariusz ma ciekawe przezrocza o życiu świętych. Postanowiła je od niego pożyczyć, by sprawić dzieciom radość na święta.
- Jurek bardzo się z nich ucieszył. Powiesił w kuchni prześcieradło i wyświetlał je kilka razy - opowiada ksiądz Kazimierz Gniedziejko.
Popiełuszkowie w Okopach mieszkali „od zawsze”. Była to rodzina wielopokoleniowa: pod jednym dachem dziadkowie, rodzice i dzieci.
Z dzieciństwa Jurek pamiętał swą babcię Teofilę, a także dziadka Jana, który słynął w okolicy z mocnego, czystego głosu. Był najlepszym śpiewakiem we wsi. Znał na pamięć wszystkie pieśni religijne. Śpiewał je nie tylko w kościele, ale również w domach sąsiadów, gdy - zgodnie z kresową tradycją - wieś przez trzy dni żegnała swoich zmarłych.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Zdjęcie z czasów przedwojennych.
Alfons Gniedziejko,
stryj Popiełuszki, z koleyą.
Jerzy był bardzo związany także ze swoją babcią ze strony mamy - Marianną Gniedziejko, z domu Kalinowską. Mieszkała w Grodzisku, oddalonym od Okopów o kilka kilometrów. Cieszyła się poważaniem w całej rodzinie. Drobna, niewysoka, ciemnowłosa. Lekko pochylona, bo w młodości podczas prac polowych uszkodziła sobie kręgosłup. Mimo to przez całe życie dzielnie zajmowała się domem i dziećmi. Tym bardziej że jej mąż Kazimierz ciągle chorował. Była też wyjątkowo pobożna.
- Do końca życia, mimo braku sił, dreptała codziennie do kościoła - wspomina drugi wnuk, ksiądz Kazimierz Gniedziejko.
Kiedy w Grodzisku budowano kościół i nie było jeszcze plebanii, to ona przyjmowała i gościła w domu księdza.
Babcia Marianna troszczyła się bardzo o swych wnuków.
- Jurka kochała chyba najbardziej, była w niego wpatrzona, dumna, kiedy poszedł do seminarium - mówi Adela Gniedziejko, krewna z Grodziska.
Wnuczek odwzajemniał tę miłość. Gdy ktoś z Okopów jechał do Grodziska, wskakiwał na furmankę, by dostać się do babci. Lubił u niej przebywać. I lubił oglądać gazety religijne, które trzymała w domu. Tam znalazł kiedyś Rycerza Niepokalanej,
- Złożył te numery w stosik i wciąż je przeglądał. Od tamtej pory dużo mówił o ojcu Maksymilianie Kolbe. To był dla niego wzór - wspomina mama.
Sześć trumien na cmentarzu w CJwdorówce (parafia Suchowola), w jednej z nich spoczywa ciało stryja Alfonsa, w pozostałych - jego towarzysze broni, którzy zostałi zamordowani przez Armię Czerwoną w kwietniu 1945 r.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Cała rodzina słynęła z oporu wobec ustroju komunistycznego. Chociaż ksiądz Gniedziejko uważa, że słowo „słynęła” jest w tym wypadku trochę na wyrost. W Okopach niebezpieczeństwo kolektywizacji było takie jak wszędzie, a ludzie patrzyli niechętnie na ustrój socjalistyczny przyniesiony na karabinach Armii Czerwonej. Wielu mężczyzn w tych stronach w czasie wojny walczyło w Armii Krajowej.
Wśród nich był Alfons Gniedziejko, brat mamy księdza Jerzego, ważna postać w rodzinie: nieprzeciętnie zdolny, przy tym ambitny i pracowity. Do dziś na strychu w domu w Grodzisku leżą jego szkolne zeszyty. Działał w partyzantce, był porucznikiem Armii Krajowej. Uważał, że przetrwać wojnę to za mało, zaangażował się więc w akcję odbicia aresztowanego i okrutnie torturowanego towarzysza broni z AK. W 1945 roku sam zginął z rąk sowieckich. Miał 21 lat.
-Jerzy dobrze znał tę opowieść. Z pewnością musiała być później dla niego wzorem - uważa ksiądz Gniedziejko.
W domu Popiełuszków w Okopach czy Gniedziejków w Grodzisku często rozmawiano o historii. Od najmłodszych lat Jerzy dowiadywał się o tym, co tak naprawdę stało się 17 września 1939 roku albo czym było powstanie warszawskie. Dobrą okazję stanowiły długie zimowe wieczory albo też latem wspólne prace w polu.
- W szkole przekonywano mnie, że zryw 1944 roku było to niemądre wystąpienie grupy Polaków, natomiast w domu tata mówił mi o bohaterach walczących w powstaniu i o wojskach radzieckich cze-
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Marianna Gniedziejko, ukochana babcia Jerzego Popiełuszki.
kających za Wisłą, aż Niemcy rozprawią się z powstańcami - mówi ksiądz Kazimierz Gnie-dziejko.
Jerzy wyniósł więc z domu atmosferę ciężkiej pracy, pobożności, także szacunku dla prawdy i poszanowania ludzkiej godności. To wszystko nie mogło pozostać bez wpływu na postawę przyszłego księdza. Ttym bardziej że z rodzinnym gniazdem zawsze łączyły go silne więzy emocjonalne.
Nie zapomniał o rodzinie, gdy wyjechał do Warszawy i wstąpił do seminarium. Na wszystkie święta przyjeżdżał do Okopów, tu spędzał ferie i wakacje.
Czasu wolnego było mniej, gdy został księdzem. Niedziele były zajęte, ale jeden dzień w tygodniu miał wolny. Niekiedy wybierał się więc wtedy do domu, choć po porannej Mszy w Warszawie musiał przebyć ponad 200 km i wrócić wieczorem do stolicy.
Za każdym razem jednak w pierwszej kolejności jechał do Grodziska odwiedzić babcię. Wpadał najczęściej zadyszany jak po ogień. Janina Gniedziejko, ciotka Jerzego z Grodziska wspomina:
- Kiedyś przyniósł babci bombonierkę. Zapytałam go wtedy: ,Jurek, może herbaty ci zrobię”. A on na to: „Przepraszam, ale nie mam czasu”. Trudno było go uprosić, by został. Czasami to nawet myślałam, że może on nami gardzi, ale potem zrozumiałam, że nie. Po prostu miał dużo zajęć.
Pani Janina pamięta również, że przyjechał do nich w wakacje w 1977 roku. Pracowała akurat w polu. Ktoś z rodziny ją zawołał, by przyszła natychmiast do domu. Okazało się, że ksiądz Jerzy chciał Przy grobie dziadka księdza Popiełuszki, Kazimierza Gniedziejki: od prawej: Jadwiga Kopańko, Marianna Gniedziejko, Antoni Gniedziejko, Janina Gniedziejko, Adela Gniedziejko, jej córka Marysia, Kazimierz Gniedziejko, dwie siostry: Jagoda i Teresa.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
zapytać, czy może zabrać do Warszawy drewniany, rodzinny krzyż, który wisiał w domu w Grodzisku nad drzwiami. Nie mówił, dlaczego mu na tym zależy. Obiecywał przysłać w zamian inny, ale w końcu za kilka miesięcy oddał ten stary. Zrobił w Warszawie jego replikę. Chciał mieć rodzinny krzyż ze sobą w Warszawie.
Babcia Marianna z Grodziska zmarła 29 stycznia 1978 roku. Gdy Popiełuszko się o tym dowiedział, natychmiast odprawił Mszę świętą, ale na pogrzeb nie dojechał, bo była to słynna zima stulecia. Zaspy tak wysokie, że nie było mowy, by jakimkolwiek środkiem lokomocji dostać się z Warszawy do dalekiego zakątka Białostocczyzny.
U rodziców niekiedy udawało mu się zatrzymać dłużej: na dwa albo trzy dni.
- Bardzo ich szanował - wspomina Waldemar Chrostowski, który w latach osiemdziesiątych jako kierowca towarzyszył księdzu Jerzemu w niemal każdej podróży. Nocowali wtedy razem w domu w Okopach. - Jerzy interesował się, jak żyje mama i ojciec, pytał o ich problemy, o to, co słychać w rodzinie. Widać było, że są mu bliscy. Nie były to zdawkowe rozmowy.
Nie zaniedbywał rodziców nawet wtedy, gdy już go śledzono, prześladowano, gdy jeździł w otoczeniu „aniołów stróżów”. Wciąż starał się w miarę regularnie odwiedzać rodzinny dom. W swoich Zapiskach napisał później pod datą 15 listopada 1982 roku: ,Jadę do rodziców, dawno nie byłem, a przecież nie wiadomo, jak się moje losy dalej potoczą”. Trzy dni później: „Ucieszyli się bardzo. Byli o mnie bardzo niespokojni. W domu, gdy robiłem zdjęcia tacie, popłakał się staruszek. Tak mało mam czasu dla Rodziców. A przecież nie będę miał ich długo. Tata ma 72 lata”.
Ojciec bardzo kochał Jerzego. „Ślepą”, bezwarunkową miłością. Po prostu za to, że był.
- O niego zawsze najwięcej się troszczył, chciał go ochronić przed całym złem świata. Nie chciał go puścić do seminarium do Warszawy, bo to daleko i wielkie miasto - wspomina Józef Gnie-dziejko, krewny z Grodziska.
Władysław Popiełuszko ciężko przeżył porwanie i śmierć swego syna księdza. Sam zmarł po długiej chorobie, 24 czerwca 2002 roku. Miał 92 lata. W rodzinie mówią, że był jak św. Józef, cichy, spokojny, wrażliwy. Przez całe życie jakby w cieniu żony. Ale byli dobraną parą, kochającym się małżeństwem.
- Trudno mi pogodzić się z tym, że go już nie ma. 60 lat przeżyliśmy razem - wyznaje ze łzami w oczach Marianna Popiełuszko.
Mieszka teraz z wnukami i synem Stanisławem. Wciąż pamięta uprowadzenie i męczeństwo księdza Jerzego. Do tego doszły jeszcze inne dotkliwe wydarzenia w domu. W 1992 roku nagle zmarł jej osiemnastoletni wnuczek Tomek, a niedawno syn Stanisław został wdowcem, potem odszedł jej mąż.
- Dlatego dzisiaj mogę odmawiać tylko bolesne tajemnice różańca - wyznaje.
- Cała rodzina wciąż doświadczana jest ogromnym cierpieniem - mówi ksiądz Józef Wiśniewski, który przez długie lata był proboszczem w Suchowoli, dziś kieruje parafią Ducha Świętego w Białymstoku.
Dzieciństwo i młodość Jerzego Popiełuszki związane są nie tylko z Okopami, ale też z Suchowolą. To była jego mała ojczyzna. Właśnie tutaj dojrzewał, uczył się rozumieć i pojmować świat: uczęszczał do szkoły podstawowej, potem do średniej, tu chodził do kościoła, zdał maturę. Tutaj mieszkała też jego siostra Teresa.
napływowi Żydzi
Chcąc lepiej poznać życie księdza Jerzego, trzeba poznać atmosferę tego miejsca, pochylić się nad jego historią i tradycją.
Suchowola to stara wieś królewska, której prawa miejskie nadał król Stanisław August w 1777 roku. Przed II wojną światową stanowiła prężny ośrodek handlowy i usługowy. Rozwijały się sklepy, kwitł handel zbożem. Podstawowym zajęciem mieszkańców było rolnictwo. Oprócz Polaków, od pokoleń zamieszkiwali tu Tatarzy, także . Słynne na całą okolicę były targi końskie: rolnicy mieszkający w promieniu 30 km zjeżdżali się tutaj, by kupić lub sprzedać konie.
We wrześniu 1939 roku do
Suchowoli wkroczyli Rosjanie, którzy zajmowali ją niemal przez dwa lata. Okupanci zmienili program nauczania w szkołach, zakazali nauki religii. Z Rosji przysłali też dyrektorkę szkoły. Inteligencję wywożono na „białe niedźwiedzie”, mężczyzn wcielano do armii radzieckiej. W czerwcu 1941 roku miejscowość tę zajęli Niemcy, którzy przetrwali tam kolejne trzy lata, dopóki wschodni front nie wypchnął ich znowu na Zachód.
Po wojnie rozpoczęła się odbudowa. Rozległy rynek został częściowo zagospodarowany, ale targi nie miały już tego wymiaru, co dawniej, a życie stało się jakieś szare. Miasteczko nie mogło jednak stracić na znaczeniu, chociażby ze względu na swe położenie. Przez nie biegnie ważna trasa Suwałki - Augustów - Białystok. Suchowola ma też inny, wprawdzie symboliczny, ale ważny atut: stanowi geograficzny środek Europy. Przypomina o tym głaz z napisem, ustawiony w rynku miasteczka, a także wielki łuk widoczny z daleka. Fakt ten jest powodem chluby mieszkańców.
Fot. Milena Kindziuk
Głaz w centrum Suchowoli oznaczający środek Europy.
Przy rynku stoi kościół pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Zbudowany w stylu klasycystycznym, prosty, niczym specjalnym się nie wyróżnia. W środku ołtarz z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej. To tutaj modlił się Alek od czasów swego dzieciństwa.
Dziś miasteczko słynie jako parafia księdza Jerzego Popiełuszki. Jego pomnik stoi w kościele po prawej stronie, tuż przy wejściu. Widnieje na nim inskrypcja ze znanymi słowami Jana Pawła II: „Niech ta śmierć będzie źródłem nowego życia. Śp. ksiądz Jerzy Popiełuszko. Urodzony 14 września 1947 w Okopach, parafia Suchowola. 19 X 1984 ZAMORDOWANY”.
Przed kościołem, po lewej stronie widoczne są dwa złączone ze sobą symboliczne groby. Na jednym jest napis: „Ks. Jerzy Popiełuszko, Syn Ziemi Białostockiej, bestialsko zamordowany przez funkcjonariuszy MSW dn. 19 X 1984 roku”. Drugi - to grób księdza Stanisława Suchowolca, który był wikariuszem w Suchowoli, a po śmierci księdza Jerzego opiekował się jego rodzicami i organizował wyjazdy do Warszawy na słynne w całej Polsce Msze za Ojczyznę.
- Wspaniały człowiek, postać mało znana - ubolewa ksiądz Gniedziejko.
Gdy ksiądz Suchowolec pracował w tej parafii, otrzymywał anonimy z pogróżkami: „Zdechniesz jak Popiełuszko”. Wciąż był śledzony, kiedyś uszkodzono mu hamulce w samochodzie, kilkakrotnie napadnięto go i pobito. Potem został przeniesiony do innej parafii.
Fot. Milena Kindziuk
Symboliczny grób ks. Popiełuszki i ks. Suchowolca przy kościele w Suchowoli.
W styczniu 1989 roku zginął w tajemniczych okolicznościach. Sekcja zwłok wykazała, że jego zgon nastąpił w nocy, na skutek zatrucia tlenkiem węgla. W górnej części klatki piersiowej stwierdzono krwawe wylewy, powstałe na skutek uderzenia.
- Taka to była odpowiedź komunistów na jego prawdziwie chrześcijańskie i kapłańskie posługiwanie - komentuje ksiądz Gniedziejko.
Cenne dokumenty po księdzu Jerzym znajdują się w Izbie Pamięci, usytuowanej koło plebanii: legitymacja szkolna, notatki, jego ostatni kalendarz oraz poduszka, którą włożono mu pod głowę przed złożeniem do trumny.
W Suchowoli stoją też budynki szkolne, w których uczył się Alek. W miejscu dawnej podstawówki, niedaleko kościoła, dzisiaj ma swoją siedzibę Urząd Miasta. Nieco dalej, na tyłach świątyni, znajduje się liceum, wtopione w kompleks innych zabudowań. Już z daleka widoczny jest portret księdza Jerzego znajdujący się na dużym, dwupiętrowym budynku szkoły. W 1990 roku liceum wybrało go na swego patrona.
- Pragnęliśmy w ten sposób uczcić pamięć naszego absolwenta - mówi Stanisław Waśko, dyrektor szkoły.
Popiełuszko ukończył liceum w Suchowoli, nie jest to jednak ten sam gmach, w którym się uczył. Czterdzieści lat temu był tu tylko jeden budynek, szary, jednopiętrowy. To w nim musiały się zmieścić sale lekcyjne, biblioteka, stołówka, do której na długiej przerwie wszyscy uczniowie przychodzili na drugie śniadanie, także sala gimnastyczna.
Z biegiem lat w liceum robiło się coraz ciaśniej, uczniów wciąż przybywało. Rozpoczęto rozbudowę.
-1 właśnie wtedy nadarzyła się okazja, by zmienić patrona szkoły. Już w czasie wmurowania kamienia węgielnego, w 1990 roku, miejsce Wincentego Witosa zajął ksiądz Jerzy Popiełuszko - opowiada dyrektor. - Jest bliższy mieszkańcom Suchowoli - dodaje.
Przez jedenaście lat Alek chodził do szkoły w Suchowoli: najpierw siedem lat do podstawówki, potem przez cztery do liceum.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Tutaj była też jego rodzinna parafia. To w niej, obok domu rodzinnego, kształtowała się religijność przyszłego księdza. Może nawet w tutejszej świątyni usłyszał pierwsze wezwanie do kapłaństwa. Tego jednak dokładnie nikt nie wie. Ani w Zapiskach, ani w rozmowach z kolegami nie wspominał o chwili swego powołania.
Wiadomo jedynie, że w kościele spędzał sporo czasu. Jako uczeń zaglądał tu przed klasówkami, wpadał choćby tylko na „Zdro-waśkę” albo po prostu klęczał zatopiony w modlitwie. Pobożny, skupiony, z niej właśnie czerpał siłę.
Na lekcjach religii, prowadzonych w parafialnej zakrystii, uczył się prawd wiary, poznawał bohaterów biblijnych i życiorysy świętych, którymi później tak bardzo się fascynował.
- Nie było podręczników, nie mieliśmy zeszytów, ale ksiądz prowadził wykłady naprawdę na wysokim poziomie - mówi ksiądz Zygmunt Wirkowski, dawny kolega księdza Popiełuszki ze szkoły i religii, dziś proboszcz na warszawskim Bródnie.
Katecheta organizował też rekolekcje dla uczniów, brali udział w procesjach Bożego Ciała, a także w młodzieżowej Mszy niedzielnej o godzinie 9.00, na którą Alek przyjeżdżał zwykle rowerem. Czasami z rodzicami uczestniczył w Sumie dla całej parafii.
W tygodniu drogę z Okopów do Suchowoli młody Alek przemierzał pieszo. Codziennie wychodził do szkoły wcześniej niż jego koledzy. Bo codziennie rano szedł przez las pięć kilometrów na Mszę świętą (tą samą drogą, którą dziś ludzie dojeżdżają do kościoła samochodami, bo piechotą jest zbyt daleko). Nikt w domu go do tego nie zmuszał. Nikt nie nakłaniał, nie podsuwał takiego pomysłu. On sam, już jako dziecko, nie wyobrażał sobie dnia bez uczestnictwa we Mszy świętej. W białej komży i w pelerynce służył przy ołtarzu jako ministrant.
- Przez całe lata, od pierwszej klasy podstawówki aż do ostatniej liceum. Nieważne, jaka była pora roku, deszcz czy mróz. Codziennie wstawał o 5.00, ubierał się, jadł śniadanie i następnie przedzierał się polnymi i leśnymi drogami, by na 7.00 zdążyć do kościoła - opowiada Marianna Popiełuszko. - I nigdy nie narzekał, że jest zmęczony. W ogóle na nic nie narzekał. Takie to było dziecko.
Ta gorliwość Alka już wtedy zadziwiała rodzinę. Nie było to typowe zachowanie małego chłopca. Patrzono na niego z podziwem, zastanawiano się, po kim odziedziczył taką pobożność. I nikt z domowników nie próbował go zniechęcać, nawet gdy dokuczała sroga zima albo jesienna słota. Było oczywiste, że Alek do kościoła i tak pójdzie. Nawet jak miałby przeziębić się albo zmarznąć.
W trzydziestoosobowej grupie ministrantów był też ksiądz Sylwester Sienkiewicz, dziś proboszcz w Wołominie pod Warszawą. Nie przypomina sobie jednak żadnych szczególnych sytuacji z tamtego okresu. Podobnie jak inny z kolegów, ksiądz Józef Wiśniewski, obecnie proboszcz w Białymstoku.
- Było zwyczajnie, jak to wśród młodzieńców, którzy musieli uważać, kiedy dzwonić na podniesienie, kiedy podać księdzu wodę do wina, zafascynowanych tym, co tak naprawdę dzieje się podczas sprawowania Eucharystii - wspomina.
Wnętrze parafialnego kościoła w Suchowoli.
Fot. Milena Kindziuk
Ministranci nie tylko razem się modlili. Grali, jak inni chłopcy, w piłkę, spotykali się przy ogniskach, czytali książki.
- Kto by wtedy pomyślał, że jeden z nas będzie męczennikiem za prawdę? - pyta retorycznie ksiądz Wiśniewski.
Cały czas, gdy myśli o księdzu Popiełuszce, ma przed oczami zwyczajnego chłopaka, który żył jak jego koledzy z grupy ministranckiej.
W parafialnym kościele w Suchowoli w 1956 roku Alek przyjął Pierwszą Komunię. Na zdjęciu komunijnym klęczy między rodzicami, w białej koszuli, ze złożonymi rękami. Poważny, skupiony, twarz ma pogodną i duże oczy ciekawe świata.
W tym samym roku, 17 czerwca, otrzymał bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie za patrona Kazimierza.
- Po dziadku, bo mój ojciec tak się nazywał - wyjaśnia mama. Święty Kazimierz był również patronem archidiecezji wileńskiej, do której należała kiedyś Suchowola.
Do liceum Alek zdał egzaminy wstępne w 1961 roku.
- Trzeba pamiętać, że nie było to łatwe, gdyż trzech kandydatów ubiegało się o jedno miejsce - zaznacza matematyk, Mieczysław Wirkowski.
Gdy Popiełuszko wstępował w mury szkoły średniej, wszystko było inne. Mijały już lata odwilży po Październiku 1956 roku. Władysław Gomułka przywracał powoli surowe metody wprowadzania socjalizmu. Ludzie rozgoryczeni byli iluzorycznością przemian. Liceum w Suchowoli, choć niewielkie, w latach 60. przeżywało rozkwit. Było jedną z najlepszych szkół w okolicy, przepustką na uczelnię, bo większość absolwentów zdawała egzaminy na studia bez trudu. Nauczyciele solidnie przygotowywali się do zajęć, w domu przed lekcjami pisali konspekty.
- Byli szczerze oddani swym wychowankom - podkreśla Krystyna Gabrel, koleżanka z klasy księdza Popiełuszki. A młodzież to doceniała, chłonęła wiedzę, chętnie uczestniczyła w turniejach i olimpiadach, w konkursach naukowych organizowanych z różnych dziedzin.
- Mimo że to szkoła państwowa, kształciła się w niej elita, naprawdę najzdolniejsza młodzież z całej północnej Białostocczyzny
- ocenia Wirkowski.
- Wśród absolwentów szkoły jest także trzydziestu księży
- szczyci się obecny dyrektor Stanisław Waśko.
Teraz to powód do dumy. Jednak 40 lat temu było to przyczyną utrapień. W czasach, gdy uczył się Alek Popiełuszko, pięciu uczniów wstąpiło do seminarium. Z tego powodu upartyjnione kuratorium urządzało ciągle kontrole w liceum. Przysyłało wizytatorów, którzy sprawdzali lojalność polityczną nauczycieli. Dyrektor starał się nie ulegać naciskom. Nie dal się zastraszyć. Nawet kolegom nie zwierzał się z kłopotów, jakie miał wtedy z władzami. Dopiero po wielu latach wyznał nauczycielom na Radzie Pedagogicznej, że miał nieprzyjemności i że próbowano wywierać na niego naciski polityczne.
Sami nauczyciele zasadniczo nie uprawiali propagandy w szkole. Jedynie historia była przekłamana. Uczniowie wiedzieli, czym był PKWN, ale ani słowa nie usłyszeli o Armii Krajowej czy Katyniu.
- Nasz historyk reprezentował linię partii, miał typowo lewicowe przekonania - komentuje Piotr Smarkusz, kolega z klasy księdza Jerzego.
Czasem w malutkiej Suchowoli próbowano realizować także wielką politykę ateizacji. Nauczyciel fizyki wzywał uczniów na rozmowy i rozdawał ankiety, by zapisywali się do partii. Gdy nadszedł termin oddania deklaracji, okazało się, że wszyscy uczniowie oddali czyste kartki.
Kiedyś wezwano do szkoły Mariannę Popiełuszko, żeby zwrócić uwagę, że Alek zbyt często przesiaduje w kościele i się modli. On rzeczywiście chodził codziennie po szkole na różaniec. Nauczycielka zagroziła, że może mieć obniżony stopień ze sprawowania.
- Wiedziałam, że wezwała mnie, żeby nas zastraszyć. A mnie Duch Święty natchnął i odpowiedziałam, że jest przecież wolność wyznania. Każdy jak chce, tak żyje. No i stopnia nie obniżyli
- wspomina dziś mama.
Uczniowie wszystkich klas mieli jeden obowiązek: uczestniczenie w pochodach pierwszomajowych. Co roku powtarzał się ten sam świecki rytuał: licealiści ustawieni czwórkami, z chorągiewkami w rękach, ze śpiewem na ustach, przy akompaniamencie orkiestry maszerowali wokoło głównego placu miasteczka. Działacze partyjni wchodzili na trybuny i wygłaszali przemówienia.
- Nikt ich oczywiście nie słuchał, śmieliśmy się z tego - wspominają dawni uczniowie.
W pochodach razem ze swoją klasą, z obowiązku, uczestniczył też Jerzy Popiełuszko.
- Ale żarliwością nie grzeszył - opowiada ksiądz Wiśniewski. - Miał swoje poglądy i potrafił je zachować.
- Jak my wszyscy, miał dosyć tych imprez - tłumaczy Piotr Smarkusz.
Opowiada, że uczniowie musieli też obowiązkowo brać udział w akademiach ku czci rewolucji październikowej.
- A ci, co grali w orkiestrze, uczestniczyli w kilku podobnych akademiach: w szkole, w powiecie, w Białymstoku. I za każdym razem słuchali dokładnie tych samych referatów, które lokalnym władzom przysyłała partyjna góra.
- Też mieliśmy tego dosyć. A przymusowy udział w tych obchodach przynosił odwrotny skutek, bo wzmagał jedynie opór - mówią dawni uczniowie.
Klasa „b”, w której znalazł się Popiełuszko, liczyła 24 uczniów. Dwudziestu spośród nich dostało się na studia. Potem rozproszyli się po całej Polsce. W Suchowoli bądź okolicach mieszka zaledwie kilka osób. Wszyscy z trudem przypominają sobie czas edukacji i swoich szkolnych kolegów, także późniejszego księdza Popiełuszkę.
Jakim był uczniem? Czy był koleżeński? Czy podpowiadał? Co do jednego panuje zgoda: w szkole niczym specjalnym się nie wyróżniał. Był bardzo zwyczajny. Drobny, niepozorny, chłopak jak setki innych. Do tego spokojny, raczej małomówny. Nie narzucał swojego zdania, chociaż chętnie podtrzymywał dyskusję.
- W pierwszej klasie na lekcjach siedzieliśmy razem, w środkowym rzędzie, w ostatniej ławce - wspomina ksiądz Wirkowski, kolega ze szkolnej ławy.
Potem Wirkowski przeniósł się do innej klasy, a Popiełuszko siedział przez jakiś czas z Piotrem Smarkuszem. Z kim potem - koledzy nie pamiętają. Mówią jedynie, że w trzeciej lub czwartej ławce. I zawsze z kolegą, bo mimo że szkoła była koedukacyjna, przyjęło się, że chłopcy siedzieli z chłopcami, a dziewczynki z dziewczynkami.
- Żeby człowiek wiedział, że to będzie święty, to na pewno by zwracał na niego uwagę. A tak, to po prostu: żyło się obok niego, czasem rozmawiało, ale jak ze zwykłym kolegą. I taki był, zwyczajny, wesoły, normalny - mówi Krystyna Nasuto-Łazar, koleżanka z klasy, dziś księgowa w szkole podstawowej w Suchowoli.
Popiełuszkę pamięta dobrze inna koleżanka z klasy, Krystyna Gabrel. Porusza się na wózku inwalidzkim, od trzydziestu lat jest chora na stwardnienie rozsiane.
-Jerzy był już wtedy księdzem. Gdy się dowiedział o mojej chorobie, odwiedzał mnie i pocieszał. Niemal za każdym razem, gdy przyjeżdżał do rodziców, wpadał na chwilę do mnie. Zapewniał, że za mnie się modli. Czuję zresztą jego opiekę do dziś - wyznaje.
Pokazuje szkolne fotografie. Jerzy Popiełuszko jest tylko na jednej, miniaturowej, kwadratowej. Stoi tuż obok pani Krystyny, w czapce, jesionce, prawie niepodobny do siebie. Dźwiga drewniane krzesła, które trzeba było wtedy przenieść do sali gimnastycznej na koncert zaproszonego zespołu Filharmonii z Białegostoku.
- On był zwykle pierwszym chętnym do takich zajęć. Nie odmawiał, gdy prosili go o coś koledzy albo nauczyciele - wyjaśnia Krystyna Gabrel. - Wszyscy zresztą byliśmy dosyć zgrani i zżyci ze sobą.
W szkole były organizowane wieczorki taneczne. Co dwa miesiące w sali gimnastycznej odbywała się potańcówka. W karnawale uczniowie organi-
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Jerzy Popiełuszko z czasów liceum.
zowali bale przebierańców, na których nawet nauczyciele tańczyli z pióropuszami na głowie.
- Nie pamiętam jednak, by Jerzy w tych zabawach kiedykolwiek uczestniczył - mówi pani Krystyna. - Może dlatego, że z Okopów do Suchowoli było dosyć daleko. Przychodzili raczej ci, co mieszkali w internacie. Jurek chyba też nie tańczył. Nie biegał za dziewczynami, ale nie znaczy, że nas unikał. Traktował nas jak koleżanki, był serdeczny, uczynny. I to wszystko.
- Alek wyróżniał się również grzecznością i uprzejmością w stosunku do nauczycieli. Nie należał do tych, którzy przeszkadzali w zajęciach. Gdy wchodziłam do klasy, nie zawsze było jak makiem zasiał. Ale on był raczej spokojny. Pamiętam go dobrze, choć nie był zbyt aktywny na moich lekcjach - wspomina nauczycielka biologii i wychowawczyni Janina Bednarz, obecnie na emeryturze.
Wyciąga z szuflady trzy foliowe torby ze szkolnymi zdjęciami. Przekłada je, jedno po drugim. Ale na żadnym nie rozpoznaje Popiełuszki.
- Być może jego wrodzona nieśmiałość sprawiła, że unikał pozowania do zdjęć - wyjaśnia. Nie pamięta też żadnych sytuacji czy rozmów z nim. Nie przywiązywała wtedy do nich wagi. Był dla niej uczniem, jak setki innych.
- Był szarmancki, zawsze przepuszczał w drzwiach, kłaniał się radośnie i zapraszał: „Proszę wejść, pani profesor” - dodaje Eugenia Wirkowska, nauczycielka wychowania fizycznego.
Chyba właśnie dzięki temu go zapamiętała. Nikt z uczniów tak się nie zachowywał.
Wspomina również, że był on zawsze zadbany: w granatowej jesionce, czarnym sweterku i koszuli z białym kołnierzykiem. Wyglądał jak w przedwojennym mundurku.
- Skromnie, ale bardzo schludnie, czysto - zaznacza.
Dyrektor liceum w Suchowoli, Bronisław Bochenko, a także inni nauczyciele tej szkoły mieli ambitne plany. Chcieli, by ich absolwenci byli obyci, kulturalni, by znali swój kraj. Zabierali więc swoich uczniów do kina czy teatru w Białymstoku. Zimą organizowali im szkolne kuligi, a latem wycieczki krajoznawcze po Polsce: do Zakopanego, na Mazury. Tam razem pływali statkiem po jeziorach. W Krakowie i Wieliczce zwiedzali zabytki.
Alek, jak inni uczniowie, miał w liceum dwa języki obce: rosyjski, który był obowiązkowy we wszystkich szkołach w Polsce, ale również francuski. Bronisław Bochenko, romanista, wiele serca wkładał w metodykę nauczania tego języka.
- Na przykładzie francuskich piosenek wyjaśniał nam zasady gramatyki - mówi Krystyna Gabrel.
- Kiedy denerwował się na uczniów, nawet przeklinał po francusku - dodaje Piotr Smarkusz.
Alek nie był prymusem.
- Uczył się raczej przeciętnie - wspomina wychowawczyni.
Za to pilnie odrabiał prace domowe. Był pracowity. Dużo czytał, jak zresztą na humanistę przystało, szczególnie w klasie maturalnej. Z pasją poznawał najważniejsze dzieła polskiej kultury: Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Wyspiańskiego (później jako ksiądz przywoływał w kazaniach fragmenty niektórych utworów).
- Często po lekcjach zostawał w szkolnej bibliotece, niekiedy przesiadywał tam do późnego wieczora - mówi pani Wirkowska.
Widywała go, jak pisał tam wypracowania z polskiego albo korzystał z encyklopedii.
- Lubił się uczyć polskiego. Nasz nauczyciel, Jerzy Nakoneczny, umiał zresztą zachęcić do czytania lektur, ciekawie wykładał - mówi Smarkusz.
Zimąjerzy zostawał w szkole dłużej. A że dni były krótsze i trudniej było wracać kilka kilometrów w mroźną pogodę
<rch. prywatne ks. Zygmunta Wirkowskiego
Jerzy Popiełuszko. Zdjęcie z okresu młodości.
przez zaśnieżony las, czasem nocował w Suchowoli u siostry Teresy, wtedy świeżo upieczonej mężatki, która przyjęła po mężu nazwisko Boguszewska. Miał do niej znacznie bliżej niż do Okopów.
Nie przychodził na żadne dodatkowe zajęcia. Poza jednym: uczęszczał na kółko fotograficzne.
- Interesował się fotografiką. Pamiętam, jak zjawiał się w ciemni i z wielkim, młodzieńczym entuzjazmem uczył się wywoływać zdjęcia. A później bardzo się cieszył, jak sam robił odbitki - mówi Mieczysław Wirkowski, dziś emerytowany nauczyciel matematyki, który te zajęcia prowadził.
Raczej nie wykazywał zdolności do przedmiotów ścisłych.
- Na maturze jednak musiał zdawać również matematykę. Zadania rozwiązał poprawnie, tyle żeby zdać - wspomina Wirkowski.
Lepiej wypadł na egzaminie dojrzałości z polskiego. A najlepiej z rosyjskiego, zwolniono go nawet z egzaminu ustnego, bo na dopuszczeniu do matury otrzymał piątkę.
Na początku czerwca 1965 Jerzy, jak wszyscy z ostatnich klas, przyszedł na bal maturalny.
- Ale chyba w ogóle się nie pojawił na tańcach w sali gimnastycznej - mówi Krystyna Gabrel.
- Pamiętam, że siedział w sali wykładowej, w której było przyjęcie - wspomina ksiądz Wirkowski. - Wszyscy rozmawiali wtedy o planach na przyszłość, o tym, kto jakie studia wybierze albo gdzie będzie pracować po szkole.
2. POWOŁANIE - PIERWSZA MIŁOŚĆ
Gdy Jerzy był w liceum, coraz wyraźniej dostrzegał, że jego miejsce jest w seminarium. Nie umiał tego nazwać. Wiedział, że to tajemnica, która go przerasta, może trochę przytłacza, ale też fascynuje. Było to coś jak pierwsza miłość, zauroczenie, zakochanie. Intuicyjnie czuł, że to jest jego droga życia, nie żadna inna.
Po maturze już wiedział, co dalej ma robić w życiu. Jak przypuszcza Marianna Popiełuszko, chyba dopiero wtedy podjął ostateczną decyzję, że zostanie księdzem.
- Cieszyłam się, chciałam być matką kapłana. Już wtedy, gdy miał się urodzić, ofiarowałam go Bogu, żeby wziął go na służbę do siebie.
Wyczuwała też wcześniej, że może wybierze taką drogę. Dostrzegała jego religijne zainteresowania.
- Jako małe dziecko stawiał na stole ołtarzyki, układał obrazki i krzyże, robił kapliczki, przynosił kwiatki - wspomina.
- W rodzinie mówi się, że być może Jurek swoje kapłaństwo zawdzięcza też babci Mariannie Gniedziejko - opowiada ksiądz Kazimierz Gniedziejko. - To przecież ona przez całe życie modliła się o powołania, także za Jurka i za mnie.
Popiełuszko dojrzewał do tej decyzji powoli, ale nikomu się nie zwierzał. Nie wyjawiał swych planów.
- O niczym nie wiedzieliśmy, Jurek do ostatniej chwili nie dał po sobie niczego poznać - wyznaje starszy brat Józef Popiełuszko.
- Pod tym względem był skryty, nigdy nie powiedział wcześniej, że idzie do seminarium, ale może nie był jeszcze pewny, że taką drogę wybierze - potwierdza Teresa Boguszewska, siostra Jerzego.
Nauczyciele i koledzy z klasy dowiedzieli się o jego decyzji dopiero wtedy, gdy był już klerykiem, a niektórzy nawet już po święceniach kapłańskich.
Krystyna Gabrel, szkolna koleżanka też to potwierdza:
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Teresa Boguszewska, siostra Jerzego Popiełuszki, oraz ks. Kazimierz Gniedziejko, brat stryjeczny.
- Nigdy nie mówił, że zostanie księdzem. Ale jak rozeszła się u nas wieść, że poszedł do seminarium, pomyślałam, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.
O nieoczekiwanej decyzji swego wychowanka wspomina też Janina Bednarz, wychowawczyni:
- Jurek zniknął po maturze z mego pola widzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam go w Suchowoli w sutannie. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie, że wybrał kapłaństwo.
Nie przeczuwał jego wyboru także kolega, ksiądz Wiśniewski:
- Kiedy był już w seminarium, rozeszła się wieść, że „poszedł na księdza”. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia.
Tę najważniejszą decyzję Jerzy nosił chyba tylko w swoim sercu, była jego tajemnicą, do niej dojrzewał przez wszystkie młodzieńcze lata.
Nie od razu postanowił zostać księdzem diecezjalnym. Początkowo myślał o zakonie. Pod wpływem Rycerza Niepokalanej, którego czytał u babci w Grodzisku, marzył o wstąpieniu do klasztoru franciszkanów w Niepokalanowie. Bo właśnie tam żył św. Maksymilian Kolbe, który od dawna tak bardzo mu imponował. Potem zastanawiał się nad swoim rodzimym seminarium diecezjalnym w Białymstoku. Ostatecznie wybrał Warszawę. Dlaczego?
Uczynił to prawdopodobnie z uwagi na bliskość Prymasa Wyszyńskiego, który cieszył się ogromnym autorytetem w całej Polsce. A stolica kojarzyła się wtedy przede wszystkim z wielkim Prymasem. Ponadto jego rówieśnicy z Suchowoli również studiowali w seminarium warszawskim.
- To chyba miało wielki wpływ na jego decyzję - uważa Marianna Popiełuszko.
1 czerwca 1965 roku spotkał w kościele w Suchowoli Sylwestra Sienkiewicza, starszego kolegę z kółka ministranckiego, który przyjechał po święceniach kapłańskich i odprawiał w rodzinnej parafii swoją pierwszą Mszę świętą. Popiełuszko podszedł do niego, gdy stał w zakrystii i oznajmił, że zamierza też zostać księdzem. Wyraźnie powiedział mu, że nie chciałby iść do seminarium w Białymstoku i pytał, jaka jest atmosfera w Warszawie. Ksiądz Sienkiewicz zaczął wychwalać warszawskie seminarium.
- I pewnie w jakiś sposób utwierdziłem wtedy Jerzego w przekonaniu, że warto wybrać stolicę - z uśmiechem opowiada dzisiaj proboszcz parafii w Wołominie.
Wkrótce umówił Jurka na rozmowę z księdzem Władysławem Miziołkiem, który był wtedy rektorem warszawskiego seminarium.
Wkrótce Popiełuszko udał się do księdza z parafii w Suchowoli po pisemną opinię na swój temat. Takie były wymogi dotyczące kandydatów do seminarium.
Właściwie powinien zgłosić się w tej sprawie do ówczesnego proboszcza, księdza Nikodema Zarzeckiego. Tego jednak nie uczynił. Wiedział, że proboszcz nie byłby zadowolony, że wybrał Warszawę. Wołał, by jego parafianin został klerykiem w swojej diecezji. Nie mógł mu jednak przeszkodzić, tym bardziej że Białystok miał stosunkowo wiele powołań, w stolicy zaś było ich zdecydowanie za mało.
„Świadectwo moralności” wydał mu prefekt, który uczył go re-ligii w klasie maturalnej, ksiądz Czesław Hlebowicz: ,Jest dobrym i szlachetnym młodzieńcem, regularnie uczęszczał na religię, co miesiąc przystępował do sakramentów świętych, wzorowo i pobożnie zachowywał się w kościele. Pochodzi z pobożnej i przykładnej rodziny mieszkającej na wsi w parafii Suchowola” - napisał.
Arch. parafii św. Stanisława Kostki
Podanie do seminarium...
Popiełuszko otrzymał także drugie zaświadczenie, od księdza Piotra Bożyka, który kate-chizował go przez trzy pierwsze lata liceum, potem został przeniesiony do parafii w Białymstoku. Scharakteryzował go jako ucznia solidnego i pracowitego: ,Już w szkole podstawowej wykazywał umiłowanie ołtarza i nabożeństw. W klasach gimnazjalnych, w częstych rozmowach ze mną wypowiadał się o kapłaństwie jako celu swojego życia. Poglądy swoje utwierdzał w życiu eucharystycznym z Jezusem. Według mnie pragnienia jego są szczere i dlatego warto się nimi zainteresować”. Oba te dokumenty datowane są 12 czerwca 1965 roku.
Kilka dni później młody kandydat do seminarium pojechał do Warszawy.
- Po raz pierwszy w życiu jechał wtedy pociągiem - wspomina ksiądz Bogdan Liniewski, jego kolega seminaryjny, pracujący obecnie w parafii Moudon w Szwajcarii.
Gdy Popiełuszko zjawił się w stolicy, z dworca wileńskiego tramwajem dojechał do centrum. Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne Archidiecezji Warszawskiej mieściło się niedaleko Starówki, nieopodal pomnika Adama Mickiewicza, przy Krakowskim Przedmieściu 52/54. Funkcjonuje ono tam zresztą do dziś.
Grube mury seminarium i architektura wnętrza, które ujrzał młody kandydat na księdza, tworzyły niepowtarzalną atmosferę. Przypominały, że budynek był dawnym klasztorem. Rzeczywiście został kiedyś zbudowany przez zakon karmelitów, którzy zostali usunięci przez rząd carski po Powstaniu Styczniowym. Od niemal stu lat - od 1 listopada 1867 roku - miało tu swoją siedzibę diecezjalne seminarium duchowne. Tablice w korytarzu wejściowym
przypominały, że w czasie II wojny światowej budynek bardzo ucierpiał, spadły na niego pierwsze niemieckie bomby atakujące stolicę. Pozbawiły życia kilku alumnów. Kilkunastu innych kleryków i profesorów zginęło w czasie Powstania Warszawskiego lub w obozach koncentracyjnych.
M,. 25-M.
lij' O-b&CAlCp .Icc-iy
do^-ou/ ( Ld 3 O) i, (h/ 3^).
z ' dr/m. .
cJ S.iA.dur lJoCis ■ V ijoG
p nyjjąptilct** dc /-fy c-
‘id 5$ •<*&<*'
/y du dvvjidu .
J).c mmmm
aCc pdkjpbp O Śk"*
<Ud ruleta
i,'
ILC .
Jerzy Popiełuszko przywiózł ze sobą potrzebne dokumenty: metrykę urodzenia i chrztu, świadectwo dojrzałości, opinie z parafii. I własnoręcznie napisane podanie: „Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do Seminarium Metropolitalnego w Warszawie. Prośbę swą motywuję tym, iż chcę zostać księdzem, ponieważ mam zamiłowanie do tego zawodu”.
...i życiorys.
I
j
I
I I
- Jerzy tłumaczył mi wtedy, że bardzo chce służyć Bogu i ludziom. To był główny motyw jego decyzji. W podaniu napisał o zawodzie, ale kapłaństwo traktował jak powołanie - wspomina biskup Zbigniew Kraszewski, wtedy wicerektor seminarium, który go przyjmował.
Uważnie przeczytał też życiorys kandydata:
„Urodziłem się dnia 23.09.1947 roku we wsi Okopy w parafii Suchowola. Rodzina nasza w chwili obecnej liczy pięć osób: rodzice, młodszy brat (11 lat), starszy (20 lat) i siostra (lat 22). Rodzice zajmują się gospodarstwem rolnym o ogólnej powierzchni 17 ha. Chrzest otrzymałem w kościele parafialnym w Suchowoli. W tymże kościele w roku 1956 przystąpiłem do Pierwszej Spowiedzi i Komunii Świętej oraz otrzymałem sakrament Bierzmowania. W 1958 roku zostałem ministrantem i funkcję w tę pełnię do chwili obecnej. Do Liceum Ogólnokształcącego uczęszczałem do odległej o 5 km Suchowoli. W roku bieżącym ukończyłem Liceum Ogólnokształcące i pragnę wstąpić do Seminarium Duchownego w Warszawie”.
Dokumenty te zaopiniował najpierw rektor seminarium ksiądz Władysław Miziołek, pisząc na podaniu kandydata: Admitti potest (Może być przyjęty). Ostateczną decyzję podejmował jednak miejscowy biskup ordynariusz, czyli Prymas Wyszyński, który 24 czerwca napisał na dokumentach: Admittitur (Zostaje przyjęty) i złożył swój podpis. Alek Popiełuszko stał się wtedy alumnem Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie.
Miał się zgłosić do gmachu na Krakowskim Przedmieściu po wakacjach.
Nastał 15 września 1965 roku, czas wyjazdu z rodzinnych Okopów do stolicy. Popiełuszko wiedział, że jest to ten moment w jego życiu, w którym trzeba na zawsze opuścić dom rodzinny. Od tej pory będzie już tutaj tylko gościem. Była to zarazem chwila radosna, bo spełniały się marzenia osiemnastoletniego młodzieńca.
Rano ojciec odwiózł go z domu furmanką do Suchowoli. Stamtąd musiał dojechać autobusem do Dąbrowy Białostockiej. Tam przesiadł się do pociągu, by dostać się do Warszawy.
Pierwszy dzień pobytu w seminarium zajęły sprawy organizacyjne: sprzątanie przydzielonego pokoju i porządkowanie całego gmachu. Zapoznawał się z kolegami, bacznie obserwował przełożonych. Nazajutrz wieczorem zaczęły się rekolekcje. Otwierał je hymn do Ducha Świętego i uroczyste nabożeństwo z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ksiądz rektor Władysław Miziołek przypominał alumnom o wyjątkowym znaczeniu tych chwil: „Trzydniowe skupienie ma wam pomóc, abyście spokojnie mogli porozmawiać z Bogiem o wszystkich waszych sprawach”.
Rekolekcjonista, ksiądz Zbigniew Kamiński mówił do kleryków konkretnie, nawiązywał do aktualnych wydarzeń. Już w pierwszej konferencji przypomniał program, jaki Kościołowi zostawił niedawno zmarły papież Jan XXIII. Streszczał się on w sławnym wówczas wyrażeniu aggiornamento, które oznaczało dostosowanie się do nowych czasów, otwarcie się na świat, odmłodzenie się. „A czy wy jesteście gotowi - pytał kleryków - odnowić świat, bo Ewangelia jest ciągle młoda? Czy nie jesteście starzy, nie latami, nie wiekiem, ale swoim zapatrywaniem?”.
W dalszych naukach rekolekcjonista mówił o wolności człowieka i odpowiedzialności kapłana: „odpowiedzialności za słowo, za piękno tego słowa, za ołtarz i wszystko, co się z nim łączy”. Akcentował rolę Mszy świętej, która winna być centrum życia kleryckiego i kapłańskiego. Wyczulał też młodych na znaczenie spraw najdrobniejszych, codziennych.
- Wszystkie rzeczy, nawet te pozornie małe, jak czyste buty i ręce, nie są małe w kapłaństwie, bo dotyczą samego Boga - tłumaczył.
Chyba najpilniej słuchali go najmłodsi, a wśród nich Jerzy Popiełuszko. Pierwszy raz przeżywali tego rodzaju rekolekcje zamknięte. Przez trzy dni nie wychodzili do miasta, w wolnych chwilach mogli spacerować jedynie w ogrodzie przylegającym do seminarium. Przez cały czas zachowywali milczenie. Cisza bowiem sprzyjała skupieniu i modlitwie. Miała pomóc przemyśleć usłyszane słowa, lepiej też przygotować się do spowiedzi, która była wyznaczona na zakończenie tych ćwiczeń duchowych.
Po rekolekcjach seminaryjny gmach ożył na nowo. Wszak mieszkało w nim 120 alumnów, od najmłodszych aż do diakonów na szóstym roku (ponadto 12 alumnów kursu III przebywało w domu na Bielanach, a 31 kleryków odbywało służbę wojskową). Nad wszystkim czuwała władza seminaryjna. Całością kierował ksiądz rektor Władysław Miziołek, ciepły i przyjazny. Codzienne sprawy regulowali życzliwi, choć wymagający wicerektorzy: ksiądz Eugeniusz Szlenk i ksiądz Zbigniew Kraszewski oraz dwaj prefekci: ksiądz Stefan Gwiazdowski i ksiądz Stanisław Kędziora. W sprawach duchowych natomiast można było zasięgać rady ojców duchownych: księdza Czesława Miętka i księdza Wojciecha Tabaczyńskiego.
Arch. prywatne ks. Kazimierza Gniedziejki
Jerzy Popiełuszko,
alumn drugiego roku seminarium.
20 września Popiełuszko wziął udział w uroczystej inauguracji roku akademickiego 1965/66. W największej seminaryjnej sali, noszącej dostojną nazwę Antiqua, zebrali się klerycy wszystkich sześciu kursów, przybyli także profesorowie. W takich uroczystościach zazwyczaj uczestniczył Prymas Stefan Wyszyński. Ale tym razem go nie było. Od kilku dni przebywał w Watykanie, gdzie brał udział w rozpoczynającej się właśnie czwartej sesji Soboru Watykańskiego II. W zastępstwie przysłał warszawskiego biskupa pomocniczego Zygmunta Choromariskiego. W swym przemówieniu biskup mówił o trudnościach, jakie napotyka praca duszpasterska w Polsce. Nie obyło się bez anegdotycznych historyjek, w których celował. Toteż jego przemówienie klerycy przerywali rzęsistymi brawami.
Zaczęły się wykłady. Na pierwszym roku najwięcej było łaciny: sześć godzin w tygodniu. Dla Popiełuszki była to nowość, w liceum nie uczył się tego języka. W programie miał też historię Kościoła, wstęp do teologii i Biblii, język polski, najwięcej jednak przedmiotów filozoficznych: teorię poznania, logikę, filozofię przyrody, ontologię. Ksiądz profesor Kazimierz Romaniuk zwolnił go na pierwszym roku z zajęć języka francuskiego.
- Byliśmy z tego dumni. Tylko kilku alumnów nie musiało się uczyć francuskiego od podstaw, ale dopiero od drugiego roku, kiedy kurs był już zaawansowany - wspomina ksiądz Wirkowski, który przez cztery lata uczył się z Popiełuszką tego języka w Suchowoli.
Jerzy był pełen zapału. Wraz z kolegami z roku szybko wchodził w rytm seminaryjny. Wszystko było nowe, ale starsi koledzy go wtajemniczali. Opowiadali o profesorach, wykładach, wspominali zabawne sytuacje. Nawiązywały się więzi, pierwsze przyjaźnie. Nie wszyscy pochodzili z Warszawy i okolic. Niektórzy z krańców archidiecezji: spod Warki, Grójca, Łowicza czy Kutna. Aż jedna trzecia alumnów natomiast - spoza archidiecezji warszawskiej, a więc z całej Polski, w tym wielu z diecezji łomżyńskiej i białostockiej.
Na liście swego kursu Popiełuszko - z imieniem Alfons - figurował pod numerem: 19, a wszystkich alumnów na pierwszym roku było 37. Lista nie była układana alfabetycznie, ale według kolejności zgłoszenia się do seminarium. Jak mówiono: „według orda”. W takiej kolejności klerycy zajmowali miejsca w kaplicy, na sali wykładowej i w refektarzu - czyli w seminaryjnej stołówce.
- Dlatego nie siedzieliśmy obok siebie na posiłkach ani na wykładach, chociaż najbardziej się znaliśmy - wspominają jego dawni koledzy szkolni z Suchowoli. W seminarium należało się uczyć być bratem i przyjacielem dla każdego.
Zaczęły się normalne dni życia seminaryjnego: o 6.00 rano jeden z alumnów głośnym dzwonkiem oznajmiał pobudkę. Pół godziny później wszyscy gromadzili się w kaplicy na porannej medytacji, a o 7.00 uczestniczyli we Mszy, odprawianej w języku łacińskim. Potem było śniadanie, a następnie zaczynały się wykłady, które trwały do południa. Przed obiadem klerycy szli do kaplicy na „Anioł Pański”. Także posiłek zaczynał się i kończył wspólną modlitwą. Wszystko znajdowało się pod jednym dachem: kaplica, refektarz, sale wykładowe, pokoje mieszkalne.
Jak szybko zaaklimatyzował się w nowych warunkach Jerzy Popiełuszko? Jak się modlił, jak traktował Mszę, spowiedź? Jakim był klerykiem? W jaki sposób formacja seminaryjna zaważyła na jego życiu? Z tymi pytaniami zwracałam się do kolegów Jerzego, by po-
Tak wyglądał korytarz w Wyższym Seminarium Duchownym za czasów Jerzego Popiełuszki.
Archiwum Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego
jąć to wszystko, co stało się później. Już pierwszy z nich, ksiądz Zygmunt Malacki, odarł mnie ze złudzeń:
- Żaden z nich nic konkretnego nie powie o Jurku z tamtych lat. Bo o nim trudno coś konkretnego powiedzieć. Był zwyczajnym, normalnym klerykiem.
Ksiądz Malacki jako alumn przez pół roku mieszkał z Popie-łuszką w jednym pokoju. Jest to dla niego zaledwie migawka w kadrze pamięci. Dlatego stwierdza lapidarnie:
- Był pogodny i uśmiechnięty. Życzliwy i niekonfliktowy. Po prostu robił to, co do niego należało i już.
Ksiądz Wiesław Wasiriski opowiada:
- Po raz pierwszy spotkałem go w ogrodzie seminaryjnym, na spacerze. Podszedł wtedy do mnie, zapytał, skąd jestem, i zaczął jakąś rozmowę. Ale nie przywiązywałem do niej wagi. Nie wiedziałem, że rozmawiałem z przyszłym świętym, wtedy starałbym się zapamiętać każde słowo.
O zwyczajności Jerzego wspomina też ksiądz Zdzisław Gniazdowski:
- Spokojny, niekonfliktowy, zachowywał się jak każdy przeciętny kleryk.
Podobnie inni koledzy Jerzego Popiełuszki nie pamiętają szczególnych wydarzeń z nim związanych, jakichś niezwykłych spotkań, specjalnych rysów osobowości czy charakteru. W ich pamięci był jednym z wielu. Do głowy im nie przyszło, że to właśnie on tak mocnymi literami zapisze się w historii Kościoła. Ci, którzy znali go jedynie z seminarium, nie mogli zrozumieć, co się z nim stało później. „Taki zwykły chłopak z dalekiej Białostocczyzny” - myśle-li. A tu męczennik za wiarę...
Ale jedno jest pewne: był koleżeński. Niezwykle poważnie traktował swoje powołanie - jako życiową drogę. Dobrze się rozumiał z doświadczonym ojcem duchownym księdzem Czesławem Mięt-kiem. To on tłumaczył na cotygodniowych konferencjach ascetycznych, że świętość nie polega na spełnianiu cudów czy innych nadzwyczajnych czynów, ale zaczyna się od wiernego wypełniania zwykłych obowiązków i okazywaniu szacunku dla każdego człowieka.
- Ponadto księdzu Miętkowi zależało na ukształtowaniu u alumnów przede wszystkim takiej postawy, aby będąc księżmi, mogli jak najlepiej służyć ludziom. Tego wszyscy w seminarium mieliśmy się uczyć - mówi ksiądz Wiesław Kądziela, dawny kolega Popiełuszki.
Najmłodszym alumnom pewne trudności sprawiały modlitwy, które w kaplicy i w refektarzu odmawiane były po łacinie. W tym języku czytano też na początku obiadu martyrologium, czyli krótkie biogramy świętych z danego dnia. Wykłady były prowadzone po polsku. Na pierwszych zajęciach po wakacjach zdarzył się jednak wyjątek, o którym opowiadano w seminarium przez wiele dni: wykład z dogmatyki dla najstarszych kursów ksiądz doktor Zbigniew Kraszewski rozpoczął po łacinie, wzbudzając zdumienie słuchaczy. Gdy po kwadransie przeszedł na polski, klerycy nagrodzili go gromkimi brawami. Musiał też streścić, co powiedział wcześniej. Przy okazji wspominał, że on sam, przed laty, miał wykłady jeszcze po łacinie.
Warunki bytowe były skromne, wyżywienie niewyszukane: chleb ze smalcem należał do przysmaków. Na szczęście seminarium przez całą jesień zbierało ziemniaki, warzywa i owoce, a nawet zboże na mąkę w wiejskich parafiach w całej archidiecezji. Jedynie dzięki temu wystarczało żywności.
Po obiedzie nastawa! czas wolny przeznaczony na odpoczynek, tak zwana rekreacja. Gdy była ładna pogoda, niektórzy alumni grali w piłkę nożną lub siatkówkę.
-Jerzy nie należał do sportowców - wspomina ksiądz Zygmunt Wirkowski. - Wołał chodzić do ogrodu, pospacerować i porozmawiać z kolegami. Widać było, że ceni sobie kontakty z kolegami. Słucha, ale chętnie też podtrzymuje rozmowę, zadaje pytania i sam opowiada.
Od 15.00 klerycy mieli wyznaczony czas na naukę. Siedzieli w swoich pokojach, czytali, przygotowywali się do zajęć. Przed kolacją pół godziny przeznaczano na czytania duchowe, lekturę nie związaną ze studiami. O 21.00 znów gromadzono alumnów w kaplicy na wspólne wieczorne modlitwy. Zaczynało się sacrum silentium, „święte milczenie”, które trwało aż do końca porannej Mszy. Nie chodziło oczywiście jedynie o zaprowadzenie nocnej ciszy sprzyjającej porządkowi. „Gdy wokół milknie świat i uspokaja się twoje wnętrze, wtedy lepiej możesz skupić się na Bogu” - słowa ojca duchownego księdza Czesława Miętka dawni seminarzyści dobrze pamiętają do dziś.
Zdawało się więc, że życie w seminarium toczyło się dość monotonnie, że dzień był podobny do dnia. Najważniejsze jednak dokonywało się w sercu kleryków, w ich wnętrzu. Nie pozostawało w nich bez śladu to, co się działo w kaplicy, na salach wykładowych, ale też w pokojach czy na spacerze. Seminarium stanowiło harmonijne połączenie formacji duchowej, intelektualnej i ludzkiej. Wszystko stawało się istotne, nawet prozaiczne, solidne sprzątanie długich korytarzy, sal czy łazienek.
