Surrealistyczne przestrzenie. Życie i sztuka Leonory Carrington - Joanna Moorhead - ebook

Surrealistyczne przestrzenie. Życie i sztuka Leonory Carrington ebook

Moorhead Joanna

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Surrealistyczne przestrzenie. Życie i sztuka Leonory Carrington

„Zajmująca i ważna. Joanna Moorhead przedstawia historię życia artystki w postaci zbioru opowiadań, które składają się na zapadający w pamięć obraz wspaniałej, ekscentrycznej Leonory Carrington. – Katy Hessel (Historia sztuki bez mężczyzn).

„Leonora ożywa na stronach tej fascynującej biografii brytyjskiej surrealistki i niestrudzonej wędrowniczki. Niebanalna, osobista opowieść Joanny Moorhead jest równie fascynująca, jak hipnotyczne obrazy Leonory Carrington”. – Charlotte Mullins (Krótka historia sztuki).

Leonora Carrington należała do awangardy – zarówno w historii kobiet artystek, jak i w rozwoju surrealizmu. Była wizjonerką, a jej zainteresowania – takie jak feminizm, ekologia, tajemniczy świat mistyki czy wzajemne powiązania wszelkich zjawisk – podziela dziś wielu ludzi. Sprzeciwiając się normom i konwenansom swoich czasów, Leonora porzuciła rodzinę, społeczeństwo i Anglię, by otworzyć się na nowe doświadczenia w Europie, a także w obu Amerykach, i stworzyć własny, niepowtarzalny styl artystyczny.

W tej poruszającej ilustrowanej biografii dziennikarka i pisarka Joanna Moorhead podąża śladem swej kuzynki, aby ze swadą opisać życie i twórczość Leonory, jej miłości i przyjaźnie. Zabiera czytelnika w osobistą podróż przez Wielką Brytanię, Europę, Stany Zjednoczone i Meksyk. Opisuje miejsca i spotkania, które odcisnęły trwałe piętno w pamięci Leonory Carrington: kuchnię jej babki, z ogromnym piecem; kryjówkę w odległym zakątku Kornwalii, gdzie spędziła wakacje z Maxem Ernstem, Lee Miller i Man Rayem; szpital psychiatryczny w Santanderze; Nowy Jork, w którym zamieszkała wśród innych emigrantów z Europy; oraz jej ostatnie schronienie w mieście Meksyk – miejsca i wydarzenia, które powracały (nierzadko po dziesiątkach lat) w sztuce Leonory i w jej twórczości literackiej. „Domy są jak ciało” – napisała Leonora Carrington w powieści Trąbka do słuchania (1974). „Jesteśmy związani ze ścianami i meblami tak samo, jak jesteśmy uzależnieni od naszych wątrób, kręgosłupów, skóry i krwiobiegu”.

Joanna Moorhead jest dziennikarką, która pisze między innymi dla „Guardiana”, „Observera”, i „Timesa”. W 2010 roku była kuratorką wystawy objazdowej „Surreal Friends” (Surrealistyczne przyjaciółki), poświęconej twórczości Leonory Carrington, Remedios Varo i Kati Horny. Jej wspomnieniowa książka The Surreal Life of Leonora Carrington (Surrealistyczne życie Leonory Carrington), wydana w 2017 roku w języku angielskim i hiszpańskim, spotkała się z uznaniem krytyków: „Równie dziwna i niepokojąca, jak surrealistyczne obrazy Leonory Carrington” – Lynn Barber, „The Sunday Times”; „Doskonałe połączenie krytyki sztuki i pasjonującej opowieści” – Rachel Spence, „Financial Times”. Joanna Moorhead jest także autorką ośmiu innych książek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 238

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Surrealistyczne przestrzenie.

Życie i sztuka Leonory Carrington

Joanna Moorhead

przekład: Agnieszka Nowak-Młynikowska

Smak Słowa

Powiązania między wszystkim na świecie

Od kiedy przeczytałam Trąbkę do słuchania w angielskojęzycznym wydaniu z 1996 roku, nie było odwrotu. Dowiedziałam się o autorce, czego mogłam, i postanowiłam ją odwiedzić w mieście Meksyk. Dalsze wydarzenia potoczyły się, jak przewidział wydawca Exact Change: agent literacki przywitał mnie entuzjastycznie, po czym znikł bez śladu. Na pomoc ruszyła wówczas Whitney Chadwick, która pierwsza przyjrzała się surrealistkom i czterdzieści lat temu opublikowała wiekopomną księgę Artystki i surrealizm, niedawno udostępnioną polskim czytelniczkom i czytelnikom przez Smak Słowa.

Whitney zapowiedziała moją wizytę, dzięki czemu w 2000 roku Leonora Carrington przyjęła mnie życzliwie, uprzedzając jednak na progu, że nie będzie silić się na uprzejmość, bo straciła na to w życiu zbyt wiele czasu. Warunek ten, podobnie jak i drugi – że nie będziemy rozmawiać o surrealizmie – szybko został uchylony. Moja gospodyni okazała się przychylną światu rozmówczynią. Początkową niechęć do poruszania tematu surrealizmu wywołał dziennikarz młokos, który spytał ją na wizji: „Jakim kochankiem był Max Ernst?”. Teraz to już chyba scenariusz nieprawdopodobny.

Dwa prezenty, które jej przywiozłam – narażając się na pewne niebezpieczeństwo – nie wzbudziły entuzjazmu. Suszone grzyby przemyciłam z Polski. Na lotnisku w mieście Meksyk podróżni przechodzą obok lustra weneckiego. Zapalające się zielone światełko oznacza wolność, czerwone skazuje na szczegółową inspekcję bagażu, w którym nie ma prawa się znaleźć nic do jedzenia. Wyglądałam na tyle niewinnie, że przeszłam na zielonym. Przedmiot owej kontrabandy spotkał się jednak z całkowitą obojętnością. Wylądował na najwyższej półce, skwitowany stwierdzeniem: „Przestałam gotować, bo osoby gotujące są wykorzystywane przez rodziny. Mąż musi sobie radzić sam; niestety wszystko przypala”. I to mówi artystka, która w obrazach, powieściach i opowiadaniach uczyniła z kuchni pracownię alchemiczną! Która podczas wojennej emigracji w Nowym Jorku serwowała Bretonowi zająca faszerowanego ostrygami! A wcześniej, w Saint-Martin-d’Ardèche, dawała gościom znać, że pora się zbierać, podając na śniadanie omlet z włosami, obciętymi im w trakcie snu! Która symulowała kawior zafarbowaną tapioką! I która w Meksyku wraz z Remedios Varo układała przepisy kulinarne na wywołujące erotyczne sny potrawy, mające wśród składników cegły, gorsety i sztuczne wąsy!

Nie powinnam się jednak dziwić. Leonora Carrington nigdy nie stała w miejscu. Przyzwyczaiła nas do obrazu siebie jako magicznej kucharki, żeby jednym zdaniem tę wizję zburzyć.

Drugim darem był amulet kupiony na targu Sonora, przed którym – jako miejscem niebezpiecznym – przestrzegają przewodniki. I ten prezent szybko znalazł się obok grzybów. Na moje pytanie, czy amulety działają, dostałam odpowiedź: „Są jak meksykańska telefonia: czasem działają, czasem nie”.

Te wspomnienia przywołała lektura książki Joanny Moorhead Surrealistyczne przestrzenie. Życie i sztuka Leonory Carrington. Daje ona obraz osoby złożonej: twórczej; przewrotnej; ciepłej dla jednych, opryskliwej dla innych; zawsze gotowej rzucić się w wir nowych odkryć; ciężko doświadczonej przez życie, ale zachowującej dziecięcą ciekawość, co przyniesie następny dzień (stąd brak entuzjazmu dla idei samobójstwa).

Rosnące światowe zainteresowanie twórczością Carrington przypomina metamorfozę, jakiej na początku lat dziewięćdziesiątych uległa recepcja twórczości Fridy Kahlo, która z żony słynnego muralisty przeistoczyła się na naszych oczach w najbardziej rozpoznawalną ikonę kobiecej sztuki.

Mam na półce kilkanaście poświęconych jej albumów i książek biograficznych, między innymi Julotte Roche Max et Leonora; Leonora Carrington and the international avant-garde, pod redakcją Jonathana P. Eburne’a i Catriony McAra; Farewell to the Muse Whitney Chadwick; Leonorę Eleny Poniatowskiej; oraz historię obrazkową Mary M. Talbot i Bryana Talbota Armed with Madness. The Surreal Leonora Carrington. Najbliższa książce, którą trzymają Państwo w ręku, jest powieść Poniatowskiej. W odróżnieniu od niej jednak, Moorhead nie fabularyzuje i nie wymyśla mało przekonujących dialogów. Swoją relację opiera na dwóch solidnych filarach. Pierwszym jest bliska znajomość z Carrington, kuzynką, o której nie mówiło się w rodzinie i którą autorka odkryła na własną rękę, po czym w latach 2006–2011 wielokrotnie podróżowała z Anglii do Meksyku i prowadziła z nią długie rozmowy (częściowo zarejestrowane w krótkim filmie dostępnym na YouTube). Drugi filar to dogłębne zbadanie faktów i miejsc związanych z życiem Leonory, takich jak Paryż, Saint-Martin-d’Ardèche, Nowy Jork, Chicago…

Moja pamięć krótkiej wizyty odbija się zwielokrotnionym echem w relacji Joanny Moorhead. Podczas kilku wspólnych dni Leonora wciąż dawała dowody poczucia humoru, które w Polsce określilibyśmy jako humor brytyjski, czyli ścichapęk. Autorka książki też była pod wrażeniem ciętych żartów swojej rozmówczyni.

Moorhead jest właściwą osobą do napisania takiej książki z kilku powodów. Po pierwsze, z przedmiotem studiów łączą ją wspólne korzenie, co ułatwia zrozumienie złożonej tożsamości artystki. Po drugie, jest dziennikarką, nawykłą do tego, by podążać śladem ledwie naszkicowanych historii. Po trzecie, podjęła to wyzwanie jako kobieta dojrzała, matka czterech córek, która – jak wielokrotnie czyniła to Leonora – chciała się wyzwolić z przypisanej jej roli i skoczyć w coś zupełnie nowego. Udało się to w pełni, dzięki czemu mamy fascynującą relację. Dla mnie – jedyną, w której odnalazłam „moją” Leonorę.

Od chwili, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o jej życiu – o buncie wobec zamożnej rodziny i szkół prowadzonych przez zakonnice; o szalonym czasie wśród paryskich surrealistów; o ucieczce na południe Francji ze starszym o ćwierć wieku Maxem Ernstem; o drugiej ucieczce przed niemiecką inwazją do Hiszpanii i pobycie tam w zakładzie dla psychicznie chorych; o kolejnej ucieczce z pogrążonej w wojnie Europy, najpierw do Nowego Jorku, a potem do miasta Meksyk; o odkryciu ziemi Azteków i Majów, gdzie poczuła się jak u siebie, czyli „jak w basenie pełnym rekinów”; o przejściu od roli muzy do niezależnej artystki – nie mogłam się nadziwić, że nie powstał jeszcze o niej film. Łączyłby tyle krajów, tyle sław, tyle wątków, tyle nurtów: surrealizm, psychoanalizę, ekologię, feminizm, nauki ezoteryczne, buddyjski tantryzm, gnostycyzm, Kabałę, teorie Junga i Gurdżijewa, meksykański kult zmarłych i androginizm tak ważny w jej sztuce. Pokazałby potężny kawał dwudziestowiecznej historii, wcale nie tak często oglądanej z perspektywy kobiecej. Widzowie dowiedzieliby się, jak bardzo jego bohaterka pod każdym względem wyprzedzała swoją epokę.

Teraz film już jest, Leonora w świetle poranka (od tytułu obrazu Ernsta). Wyprodukowany w 2025 roku, oparty na książce Eleny Poniatowskiej, w reżyserii Leny Vurmy i Thora Kleina, z Olivią Vinall w głównej roli.

Film to wisienka na torcie. Przedtem była seria wydarzeń, wprowadzających twórczość Leonory Carrington na scenę międzynarodową. W 1950 roku miała pierwszą wystawę w mieście Meksyk, w 1963 Muzeum Antropologiczne odsłoniło jej monumentalny obraz Magiczny świat Majów, w 1995 Madonna nagrała wideoklip z piosenką napisaną przez Björk, zainspirowaną malarstwem Leonory Carrington i Remedios Varo, w 2000 roku na placu przy Paseo de la Reforma stanęła fontanna według jej projektu, a osiem lat później główna arteria zaludniła się jej rzeźbami. Odwiedziły ją miliony, wśród nich Joanna Moorhead razem z artystką, rozbawioną billboardami celebrującymi jej życie. Co by na to powiedział niewierzący w sztukę ojciec tyran!

W XXI stuleciu wystawy indywidualne i zbiorowe z jej udziałem są na porządku dziennym. Przełomowym momentem było jednak weneckie Biennale 2022, pierwsze po pandemii. Zmęczona patrzeniem w ekran podczas lockdownów kuratorka zatęskniła do malarstwa. Nadała wydarzeniu tytuł Mleko snów (od tytułu książeczki dla dzieci, autorstwa Carrington) i obok prac współczesnych artystek pokazała jej obrazy. Leonora, nieobecna już od jedenastu lat, przyklasnęłaby zmianie proporcji: znakomitą większość eksponujących wreszcie stanowiły kobiety.

W Polsce też coś drgnęło. W 1998 roku ukazała się Trąbka do słuchania, w przekładzie Maryny Ochab i z moim posłowiem. Szybko stała się książką kultową. Z Olgą Tokarczuk nazywałyśmy się „siostrami w trąbce”, jeszcze nie wiedząc, że w 2009 „Guardian” umieści ją na liście tysiąca książek, które każda i każdy powinien przeczytać.

W 2022 wyszły opowiadania zebrane w tomie Siódmy koń, a rok później – wznowienie Trąbki… z posłowiem Olgi. Warszawski Teatr Lalka i krakowski Teatr Stary wystawiły adaptacje.

W innej książce Joanna Moorhead pisze o tym, jak na wojennej emigracji w Nowym Jorku Carrington przeplatała życie ze sztuką, uprawiając nienazwany jeszcze wówczas performans. Ku zachwytowi Bretona w drogiej restauracji zdjęła buty i posmarowała sobie stopy musztardą. Podczas wizyty w eleganckim domu poszła do łazienki i w ubraniu wzięła prysznic. Ociekając wodą, zasiadła w fotelu, komplementując Buñuela, że przypomina strażnika z domu wariatów.

To pod jej wpływem zaprojektowałam cykl wykładów Życie jako sztuka, poświęconych artystkom wykorzystującym własne biografie. Mam pod ręką namalowany na zaliczenie obrazek studentki. Leonora waży coś w kotle, ponad nią unosi się widmowa, plazmatyczna sobowtórka, a z boku przypatrują się Breton, Ernst i Dali. Mają dla niej (wypisane przy ich twarzach) określenia-stereotypy: naiwna, matka, muza, czarownica, mędrczyni, kurwa. Okazują się jednak bezbronni wobec mocy Leonory, dominującej we wspólnej przestrzeni.

Na okładce angielskojęzycznego wydania Trąbki… jest Olbrzymka, znana też pod tytułem Strażniczka jajka. Zainspirowana Boschem postać mieści w sobie stworzenia, alchemiczne symbole, pejzaże i żywioły. W dłoniach chroni jajeczko, symbolizujące przyszłość. Tak widziała siebie artystka – i tak ja chcę ją widzieć.

Joanna Moorhead wyznaje, że pięć lat spotkań z Leonorą zmieniło ją na zawsze. Nie miałam szczęścia znać jej tak długo, lecz kilka wspólnych dni i stałe obcowanie z jej twórczością wywarły na mnie wpływ jak żadne inne artystyczne odkrycie.

W książce Joanny Moorhead Leonora Carrington jawi się jako artystka totalna. Tak jak surrealiści mieli ambicję zmiany świata, tak ona chciała pokazać powiązania między wszystkim na świecie. Dokonała tego z nawiązką.

Agnieszka Taborska

Wstęp

Pewnego dnia późną jesienią 2006 roku wsiadłam na pokład samolotu lecącego z Londynu do stolicy Meksyku. W kieszeni miałam kartkę z zapisanym numerem telefonu. Mój bagaż nie dotarł do Meksyku wraz ze mną – musiałam na niego zaczekać jeszcze kilka dni – ale to nie miało znaczenia. Kartka w kieszeni była jedynym bagażem, którego potrzebowałam. Nabazgrany na niej numer miał być przepustką do spotkania z kuzynką mojego ojca – surrealistką Leonorą Carrington.

Kilka miesięcy przedtem w trakcie przypadkowej rozmowy odkryłam, że kobieta, którą wcześniej znałam wyłącznie jako czarną owcę w rodzinie, jest najsłynniejszą żyjącą artystką w Meksyku. Postanowiłam dowiedzieć się więcej. Byłam dziennikarką i umiałam bezbłędnie rozpoznać dobry temat, a tekst, który zamierzałam napisać, miał powstać na zamówienie „Guardiana”.

W tamtych czasach większość dziennikarzy, którzy ubiegali się o audiencję u Leonory, odchodziła zwykle odprawiona z kwitkiem. Artystka miała prawie dziewięćdziesiąt lat. Unikała rozgłosu – jak to zresztą czyniła przez całe życie – i miała niewiele czasu dla historyków sztuki. Żywiłam jednak nadzieję, że moje referencje ją przekonają. Wiedziałam, że rozpozna moje nazwisko, ponieważ jej matka Maurie (moja cioteczna babka) była z domu Moorhead. Skontaktowałam się z galerią, która reprezentowała Leonorę w mieście Meksyk, i uzyskałam ostrożną zgodę od jej właścicielki, Evy Marcovich. „Niczego nie obiecuję” – powiedziała Eva pośród trzasków na linii telefonicznej. „Ale skoro i tak będzie pani w Meksyku [co oczywiście nie było prawdą], proszę do niej zadzwonić. Jeśli będzie czuła się na siłach, to może zaprosi panią na filiżankę herbaty”.

Leonora Carrington, 1942. Fot. Hermann Landshoff.

Eva poradziła mi, żebym nie próbowała dzwonić do Leonory przed dziesiątą rano, dlatego zrobiłam to minutę po dziesiątej pierwszego ranka po przyjeździe do Meksyku. Odebrała od razu i niskim, niemal męskim głosem z wyraźnym angielskim akcentem zaprosiła mnie do siebie.

Pamiętam, jak szłam Calle Álvaro Obregón w kierunku jej domu w dzielnicy Roma Norte i myślałam, że to będzie interesujący artykuł. Leonora – jak już wiedziałam – była ważną postacią surrealizmu w przedwojennym Paryżu. Znała wszystkich – Picassa, Dalego, Duchampa, Bretona, Miró – a Max Ernst był jej kochankiem. W burzliwych latach trzydziestych trafiła z Lancashire do Londynu i Paryża, a później zamieszkała pośród zalanych słońcem winnic w południowej Francji. W czasie wojny przeżyła wiele ekscytujących przygód, o które bardzo chciałam ją zapytać, a w końcu zdecydowała się na radykalną zmianę – przeprowadzkę z Europy do Meksyku. Leonora zostawiła za sobą swój rodzinny kraj, Europę i bliskich. Od tamtej pory mieszkała w Ameryce Środkowej. W Meksyku (jak dowiedziałam się od meksykańskiej historyczki sztuki, która pierwsza opowiedziała mi o Leonorze) stała się prawdziwym skarbem narodowym. Była to niezwykła historia. Los zaprowadził Leonorę przez Wielką Brytanię i Europę na drugi koniec świata, ona zaś, tworząc swoją sztukę, czerpała ze wszystkich miejsc i przestrzeni, które zamieszkiwała w ciągu niemal dziewięćdziesięciu lat.

Kilka minut później dzwoniłam do jej drzwi. Otworzyła mi Yolanda, gosposia Leonory, która po chwili odsunęła się na bok, aby przepuścić drobną postać, całą w czerni, nadchodzącą korytarzem.

– Prim? – odważyłam się użyć przezwiska, które nadano jej w rodzinie (nigdy nie słyszałam, by moi krewni nazywali ją inaczej).

– Już nie Prim – odparła – mam na imię Leonora.

Zaprosiła mnie do środka. Yolanda zamknęła za nami drzwi, a my poszłyśmy do kuchni na filiżankę herbaty i (nieco później) szklaneczkę tequili.

W ten sposób Leonora zaprosiła mnie do swojego prywatnego świata. Od początku było dla mnie jasne, że ów świat jest szczelnie oddzielony od Meksyku, w którym fizycznie się znajduje. Leonora mieszkała w tym domu, przy Calle Chihuahua 194, od ponad sześćdziesięciu lat. Jego epicentrum stanowiła kuchnia z obrusem w delikatny kwiatowy wzór – znak firmowy londyńskiego domu towarowego Liberty – i magnesami na lodówce, przywołującymi wspomnienie Anglii, którą artystka opuściła na zawsze. To tutaj Leonora przyjmowała nielicznych gości, których wpuściła do swojego domu. To tutaj w ostatnich latach często przesiadywała sama. Tylko jeden z jej dwóch synów mieszkał w Meksyku, a większość wnuków wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Przy jej stole znalazło się miejsce dla nowej przyjaciółki. Jak na ironię, owa przyjaciółka pochodziła z rodziny, z którą Leonora co prawda pożegnała się na zawsze kilkadziesiąt lat wcześniej, lecz zupełnie się tym nie przejmowała.

Zaczęłyśmy rozmawiać. Leonora opowiedziała mi historię swojego życia, a ja opowiedziałam jej o rodzinie, którą porzuciła (co zaskakujące – a może wcale nie – była ciekawa, jak potoczyły się losy jej krewnych). Rozmawiałyśmy do wieczora, a kiedy wychodziłam, Leonora zapytała, o której godzinie przyjdę następnego ranka. Na rozmowach z nią spędziłam cały tydzień, coraz bardziej zadomowiona w jej kuchni. Przedostatniego dnia pobytu w Meksyku przypomniałam sobie z przerażeniem, że mam artykuł do napisania, a do tej pory nie przeprowadziłam z Leonorą oficjalnego wywiadu. Kiedy nazajutrz usiadłyśmy przy kuchennym stole, wyjęłam z torby notes i położyłam go na blacie.

– Co to jest? – zapytała dość szorstko.

Wyjaśniłam, że to mój notes, że jestem tu, aby przeprowadzić z nią wywiad i napisać artykuł, że potrzebuję notatek.

– Możesz go odłożyć – powiedziała – napisz swój artykuł, jeśli chcesz, ale to nie jest wywiad. Tu nie jesteś dziennikarką.

Miała rację, już wcześniej zdałam sobie z tego sprawę. Było to zupełnie jasne, że w naszej relacji chodzi o coś więcej niż tylko o pracę – moją albo jej. Zbudowałyśmy więź opartą na wspólnych korzeniach, a ja od pierwszego dnia wiedziałam, że mogę się od niej dużo nauczyć. To, czego się od niej nauczyłam przez lata naszej znajomości, było najwspanialszym darem. Dowiedziałam się, jak być najlepszą wersją siebie. Dzięki naszym rozmowom zrozumiałam, że jedynym, co ogranicza nasz świat, jest sposób, w jaki go widzimy – że jesteśmy tak wielcy, jak wielka jest nasza wyobraźnia. Nauczyłam się również, że życie to coś więcej niż „tu i teraz”. I zrozumiałam, jak wielką wartość ma pokora – gotowość do przyznania, że czegoś nie wiem. Leonora miała prawie dziewięćdziesiąt lat, a jej bogate doświadczenia mogłyby wypełnić wiele ludzkich istnień, a mimo to często podkreślała, jak niewiele wie. Cała jej wiedza sprowadzała się do tego – powtarzała – że jest ludzkim zwierzęciem płci żeńskiej i że pewnego dnia umrze.

Uwielbiałam jej szczerość. Kiedyś mi powiedziała, że najważniejszą rzeczą, jakiej się nauczyła w ciągu swego długiego życia, było właśnie to: być szczerą. „Być autentyczną. Być wierną sobie”. Uwielbiałam jej szerokie spojrzenie. Jej zaskakujące, często nadzwyczaj oryginalne poglądy na każdy temat. Doceniałam hojność, z jaką mnie przyjęła w swoim świecie, i swobodę, z jaką dzieliła się ze mną swoimi myślami i spostrzeżeniami.

Od tamtej pory odwiedzałam Leonorę dwa razy w roku, zazwyczaj wiosną i jesienią – aż do jej śmierci w maju 2011 roku. Przez wszystkie te godziny, które miałam szczęście z nią spędzić, nigdy więcej nie wyjęłam z torby notatnika. Prowadziłam jednak dziennik naszych spotkań. Każdego wieczoru przed snem zapisywałam, o czym rozmawiałyśmy.

Wróciłam do tych zapisków w trakcie pracy nad tą książką, aby przelać na jej strony niektóre wypowiedzi Leonory. Mam nadzieję, że jej słowa pozwolą czytelniczkom i czytelnikom lepiej ją poznać i wyrobić sobie pojęcie o tym, jakim była człowiekiem („ludzkim zwierzęciem” – jak mawiała), oraz że pomogą mi przywołać ważne miejsca w jej życiu i pokazać, co dla niej znaczyły i w jaki sposób wpłynęły na jej twórczość.

Leonora zawsze się broniła przed wszelkimi naciskami. Była wolnym duchem i nie znosiła być w centrum uwagi. Stanowiła przeciwieństwo artystów XXI wieku, którym uwodzenie mediów przychodzi naturalnie. Za wszelką cenę unikała rozgłosu, a jeśli wywierało to negatywny wpływ na rozpoznawalność jej twórczości, to trudno. Po lekturze nielicznych udzielonych przez nią wywiadów, które nierzadko stanowiły mistrzowski pokaz unikania odpowiedzi na zadane pytania, zdałam sobie sprawę, jak wielki dar mi ofiarowała, rezygnując z tego podejścia w naszych rozmowach. Wywiad, który przeprowadził z nią Hans Ulrich Obrist (obecnie dyrektor artystyczny Serpentine Galleries w Londynie), obfituje w charakterystyczne dla Leonory perełki. Kiedy Obrist pyta, czy wszechobecność zwierząt w jej sztuce oznacza, że w życiu również otaczają ją zwierzęta, Leonora odpowiada: „Nie sądzę. Myślę, że dużo się wydarzyło, ale nie wiem dlaczego”. A w odpowiedzi na pytanie o związek między jej obrazami i pisarstwem przyznaje: „To zawsze było dla mnie zagadką. Związek między słowem i obrazem. To bardzo trudne, ale może pan mi powie…”

To odpowiedź z sennych koszmarów każdego dziennikarza. Leonora jednak była szczera. Nie znała odpowiedzi i nie chciała udawać, że jest inaczej, ani wymyślać sztucznych narracji, które później zaczęłyby ją definiować. Dalej było podobnie. Kiedy Obrist zapytał, jak ważna w jej twórczości jest idea przestrzeni, Leonora odparła: „A jak pan myśli?” Zapytana o swoją przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych, stwierdziła: „Dlaczego wyjechałam do Chicago? To bardzo ładne miasto”.

Wreszcie zadała mu coup de grace. Dziennikarze często schlebiają swym rozmówcom w nadziei, że w ten sposób zdołają uzyskać więcej informacji. Obrist wspomina słowa Leonory z 1948 roku: „Wyruszam w długą podróż uzbrojona w szaleństwo” – i zachwyca się ich pięknem. Co ona na to? „Myślę, że to było strasznie głupie”.

Miałam wielkie szczęście – Leonora nie udzieliła mi ani jednego wywiadu. Zamiast tego pozwoliła mi się do siebie zbliżyć, zaprosiła mnie do swojego świata. To było bez porównania lepsze, pozwoliło mi bowiem poznawać ją przez osmozę, dzięki więzi emocjonalnej, nie tyle poprzez jej słowa, ile raczej przez to, co czułam. Była to zresztą jedna z ważnych rad, jakich mi udzieliła: odkrywaj świat nie za pomocą słów, ale swoich odczuć.

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie, że Leonora zadaje mi zagadkę, a raczej serię zagadek, które musiałam rozwiązać, aby zrozumieć, kim ona jest i w co wierzy. Nigdy nie mówiła wprost, co wie (choć zawsze szczerze przyznawała, czego nie wie). Zamiast tego dawała mi wskazówki i to ode mnie zależało, czy za nimi podążę i dowiem się więcej.

Cieszyłam się każdą chwilą spędzoną z Leonorą. Wiedziałam, że to nie będzie trwało wiecznie i że nic z tego, co się wydarzy w moim życiu po jej odejściu, nie będzie równie wspaniałe, jak owe fascynujące dni w Meksyku. Ale po jej śmierci w 2011 roku wyruszyłam w kolejną podróż – po domach, pejzażach i krajach, w których mieszkała. Wiedziałam, że w każdym z nich zostawiła część siebie. Wiedziałam, że jeśli będę szukać z otwartą głową, to znajdę w nich wskazówki i drogowskazy. Wiedziałam, że dowiem się o niej więcej, jeśli będę podróżować z nadzieją.

Jak się okazało, wiele miejsc, w których mieszkała Leonora, nie zmieniło się od czasu, gdy je opuściła. Nierzadko odnosiłam wrażenie, że to coś więcej niż tylko zbieg okoliczności. Posiadłość Crookhey Hall, jej dom rodzinny, pozostał prawie nietknięty. Hazelwood Hall, jej drugi dom, przywrócono (przynajmniej z zewnątrz) do stanu z okresu, kiedy w nim mieszkała. Kamienica, w której poznała Maxa Ernsta, wyglądała tak samo, jak za jej czasów. Dom we Francji, w którym zamieszkała z Maxem, sprawiał wrażenie, jak gdyby dopiero co po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi, choć w rzeczywistości wydarzyło się to siedemdziesiąt lat wcześniej. Był też park otaczający dawny szpital psychiatryczny w Santanderze – nadal zgodny z mapką, którą narysowała. Wreszcie, domowi w Meksyku, w którym spędziłam z Leonorą tak dużo czasu, przywrócono wygląd z ostatnich lat jej życia. Dziś jest on otwarty dla publiczności jako muzeum.

W trakcie tej podróży rozmyślałam o tym, że prawda o nas zawiera się w wielu warstwach: historycznej, duchowej, genetycznej, a także tej związanej z określonymi miejscami w przestrzeni i momentami w czasie. W swojej sztuce Leonora starała się rozdzielić te warstwy, a to pomaga nam lepiej zrozumieć siebie. Wszędzie tam, dokąd się udałam, kolejne elementy układanki trafiały na swoje miejsce, a ja mogłam trochę lepiej pojąć, kim była Leonora, o co jej chodziło i dlaczego.

Uświadomiłam sobie, że znajdę ją w każdym miejscu, do którego się wybiorę, ponieważ tak jak wszyscy, których kochaliśmy, żyją w naszych sercach, ona nadal jest obecna w moim. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo się z tego cieszę. Wiem, że miałam wielkie szczęście, iż mogłam z nią spędzić tyle czasu, a później, po jej odejściu, zbadać historię i geografię jej życia. W tej książce próbuję się podzielić tym, czego się dowiedziałam na temat wpływów, opowieści i miejsc, które ukształtowały Leonorę Carrington – jako artystkę i kobietę.

Rozdział 1

Początki

1917–1927

Crookhey Hall był domem, od którego Leonora przez całe życie próbowała uciec. Ale czy naprawdę chciała zostawić go za sobą? Przez całą jej długą karierę twórczość Leonory przenikały wspomnienia i odniesienia do domu, w którym spędziła formatywne lata wczesnego dzieciństwa. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z nią w Meksyku, osiemdziesiąt lat po tym, jak jej rodzina wyprowadziła się z Crookhey, wspomnienie tej gotyckiej, ozdobionej wieżyczkami posiadłości z łatwością do niej powróciło. Było to dużo więcej niż tylko miejsce, w którym mieszkała w pierwszych latach życia. Ten dom był kolebką jej wyobraźni, źródłem zapisanych w pamięci obrazów i wspomnień emocjonalnych, które jej życiu nadały kierunek i wywarły wpływ na jej sztukę.

Leonora nie urodziła się w Crookhey. Przyszła na świat w nieistniejącej już rezydencji Westwood House we wsi Clayton-le-Woods w pobliżu Chorley w hrabstwie Lancashire. Urodziła się 6 kwietnia 1917 roku, w Wielki Piątek – najbardziej ponury dzień w chrześcijańskim kalendarzu liturgicznym. Wychowywano ją w wierze katolickiej – była to religia jej matki – a wizualne, narracyjne i magiczne elementy katolicyzmu przez całe życie przewijały się przez jej twórczość.

Fotografia Leonory w dzieciństwie.
Wieś Clayton-le-Woods, pierwsza dekada XX wieku.

Rodzice Leonory pochodzili z zupełnie różnych środowisk. Jej dziadek ze strony ojca był odnoszącym sukcesy przemysłowcem – człowiekiem skromnego pochodzenia, który ciężką pracą doszedł do stanowiska dyrektora zakładów tekstylnych Carrington and Dewhurst. Harold Carrington, ojciec Leonory, odziedziczył tę firmę w okresie świetności. Na początku XX stulecia branża tekstylna szybko się rozwijała, a wielkie fortuny powstawały niemal w mgnieniu oka.

Matka Leonory, Maurie Moorhead, pochodziła z miejscowości Moate w hrabstwie Westmeath w Irlandii. Była najstarszą z pięciorga rodzeństwa, a jednym z jej braci był mój dziadek George. Najbliższa wiekiem była jej siostra Leonora. Niedługo przed tym, gdy Maurie i Harold poznali się na meczu krykieta w 1907 roku, Leo (jak nazywali ją krewni) wstąpiła do klasztoru w Dublinie i została siostrą miłosierdzia. Mimo to Maurie i Leo pozostały sobie bliskie, nic dziwnego więc, że gdy ta pierwsza urodziła córkę, nazwała ją imieniem swojej siostry. Zgodnie z katolicką tradycją w akcie urodzenia dziewczynki na pierwszym miejscu wpisano imię Mary, ale od początku zamierzano używać jej drugiego imienia – Leonora.

Crookhey Hall, widok od frontu.

Jako że w rodzinie była już jedna Leonora, dziewczynce nadano przydomek. Kiedy rodzina opuściła Westwood i zamieszkała w Crookhey Hall, wszyscy nazywali drobną trzylatkę z burzą czarnych loków „Prim”1. Geneza tego przezwiska zaginęła w annałach historii, choć w rodzinie krąży mgliste wspomnienie o znajomym Harolda, który po spotkaniu z dziewczynką stwierdził, że wydaje się bardzo dystyngowana (prim). Być może ironiczny wydźwięk tego przydomka sprawił, że tak chętnie go przyjęto. Zapewne już wtedy, w pokoju dziecięcym, Leonora z upodobaniem łamała konwenanse.

Kiedy Carringtonowie wprowadzili się do Crookhey Hall w 1920 roku, jego wiktoriański przepych liczył niespełna sto lat. Budynek był dziełem architekta Alfreda Waterhouse’a (1830–1905), który zaprojektował również londyńskie Muzeum Historii Naturalnej oraz Eaton Hall w hrabstwie Cheshire – siedzibę książąt Westminsteru. Budowę Crookhey ukończono w 1874 roku, o czym świadczy kamienna inskrypcja na jednym z dachów. Jest to stylizowana na gotycką budowla z szarego piaskowca, z obszernym, zadaszonym gankiem, na którym w dawnych czasach można było wysiąść z powozu, nie narażając się na kaprysy pogody w Lancashire. Ponad gankiem widnieje kamienny ptak. Ptaki były zresztą symbolem tego domu. Jego pierwszym właścicielem był pułkownik Bird, który uczynił z tego nazwiska swoją markę. Za jego czasów służba w Crookhey nosiła liberie z guzikami ozdobionymi ptasim motywem. W czasach Leonory już tego zaniechano, choć obrazy ptaków wciąż były obecne w wystroju rezydencji.

Obraz Leonory Ptasia kąpiel II (1978) przedstawia budynek bez wątpienia inspirowany Crookhey Hall, z dużym portykiem po jednej stronie – tak samo jak w rezydencji w Lancashire. Na pierwszym planie wielki ptak jest kąpany w naczyniu, które wygląda jak kocioł, ale przywodzi też na myśl chrzcielnicę, przez kobietę w czerni, przypominającą samą Leonorę w wieku sześćdziesięciu lat (kiedy namalowała ten obraz). Kobiecie towarzyszy złowroga postać w masce, podobnej do tych noszonych przez weneckich „lekarzy zadżumionych”. W tle inna postać trzyma drugiego ptaka. W strukturze domu wyróżnia się forma będąca odzwierciedleniem kąpanego ptaka, wpisana w jego konstrukcję – podobnie jak w Crookhey Hall. Ten obraz to swoisty komentarz dotyczący relacji Leonory z domem, który zawsze majaczył w tle płótna jej życia. Artystka próbuje zmyć ze swego życia ptaka symbolizującego Crookhey. Budynek, choć okazały, jest tylko skorupą. Za jego drzwiami i oknami już nie ma pokojów. Widzimy przez nie tylko niebo. Leonora usiłuje – jak to czyniła od dawna – zostawić Crookhey za sobą. Nigdy jednak nie zdołała się uwolnić w pełni spod jego wpływu.

Ptasia kąpiel II, 1978.

„Myślisz, że można uciec od swojego dzieciństwa?” – zapytała w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. „Nie sądzę”2. Mogła zredukować Crookhey do pozbawionej życia skorupy – tak jak w Ptasiej kąpieli II – i przejąć moc ptaków, lecz nie potrafiła wymazać jego wpływu na swoje życie i twórczość. Ten dom był wpisany w jej tożsamość, połączony z nią w sferze duchowej równie mocno, jak w sferze fizycznej z kamiennym ptakiem wyrzeźbionym na jego fasadzie. Jak napisała w powieści Trąbka do słuchania: „Domy są jak ciało. Jesteśmy związani ze ścianami, dachami i meblami tak samo, jak jesteśmy uzależnieni od naszych wątrób, kręgosłupów, skóry i krwiobiegu”3. Do końca jej życia Crookhey Hall był częścią Leonory w takim samym stopniu, jak jej ciało czy wątroba.

Inwentarz, 1956.

Niebo nad Crookhey często bywa szare i zasnute chmurami, co współgra z posępnym wizerunkiem domu. Widziana z bramy wjazdowej rezydencja – z jej wieżyczkami i kominami, stromymi dachami i wąskimi oknami – przypomina gmach z filmu grozy. Jej widok budzi złe przeczucia – jest pełna sekretów i przejmuje chłodem. To dom tajemnic mrożących krew w żyłach. Nikt nie miałby ci za złe, gdybyś z przestrachem zawrócił.

Leonora nie mogła tego zrobić. Ten gmach – choć przerażający i nieprzyjazny – był jej domem. Z pewnością to o nim myślała, gdy w 1938 roku pisała opowiadanie Dom Trwogi. Opisała w nim zamek „zbudowany z kamieni, które trzymają zimowy chłód”. W środku – gdzie jest jeszcze zimniej niż na zewnątrz – znajduje się „wielka sala ozdobiona grzybami i innymi owocami nocy”, a w niej „na wielkim łożu spoczywała na rzymską modłę gospodyni domu, Trwoga. Przypominała trochę konia, tyle że była znacznie brzydsza. Miała na sobie szlafrok z żywych nietoperzy zszytych ze sobą skrzydłami: po ich trzepocie można się było domyślić, że niezbyt im się to podoba”4.

Z perspektywy małego dziecka pokryty dachem ganek Crookhey Hall musiał się wydawać ogromny, podobnie jak otoczony galerią, zwieńczony szklanym sufitem hol w centrum rezydencji. Ulubionym pomieszczeniem Leonory – jak mi powiedziała wiele lat później – była oranżeria. Niestety (a może wcale nie) właśnie ta część domu – jako jedyna – została zburzona.

Crookhey Hall, wnętrze

Dobrze zapamiętała inne pomieszczenia, zwłaszcza pokój dziecięcy. Opowiadała też o szafce w pokoju matki, w której Maurie przechowywała kolekcję figurek zwierząt. „Kiedy byłam mała, uwielbiałam wyjmować te figurki i się nimi bawić” – wspominała. „Zawsze lubiłam małe przedmioty, podobają mi się bardziej niż duże”. Według Maurie rodzina nie mieszkała w Lancashire. „Uważała, że brzmiałoby to zbyt pospolicie. Zawsze mówiła, że mieszkamy «w północnej Anglii»”5.

Dzisiaj w Crookhey Hall mieści się szkoła. Budynek w dużej części nie został zmodernizowany, dlatego wnętrze wygląda podobnie, jak w czasach Leonory. Istnieje bardzo dokładny opis tej rezydencji z lipca 1926 roku, kiedy sprzedano ją na aukcji – razem z Carringtonami (którzy wynajmowali dom wraz z otaczającym go parkiem) jako lokatorami mającymi prawo w niej pozostać po zmianie właściciela. Posiadłość opisano jako „położoną w starannie zagospodarowanym otoczeniu, z malowniczą piętrową oficyną i dwiema milami łowisk pstrąga na rzece Cocker”6. Oprócz dworu wystawiono na sprzedaż dwadzieścia gospodarstw rolnych, wiejskie chaty, tytuł landlorda (zarządcy) wsi Cockerham, a nawet gospodę z koncesją na sprzedaż alkoholu. Wspomniano również o tym, że w pobliżu regularnie urządzano polowania z udziałem psów gończych. Wymieniono sfory Oxenholme Staghounds oraz Vale of Lune Harriers i dodano, że również „inne bractwa łowieckie spotykają się w okolicy, a niekiedy – za zgodą właścicieli – na terenie posiadłości”. Przepiórki, zające i bażanty – zapewniano w opisie – występują w wielkiej liczbie i łatwo je ustrzelić.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

Rozdział 1. Początki (1917–1927)

1Prim (ang.) – sztywny, pruderyjny, dystyngowany (przyp. tłum.).

2Omnibus: Leonora and the House of Fear, film dokumentalny, BBC, 1992.

3 Leonora Carrington, Trąbka do słuchania, tłum. Maryna Ochab, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, s. 24.

4 Leonora Carrington, Dom Trwogi, w: Siódmy koń. Opowiadania zebrane, tłum. Maryna Ochab i Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2022, s. 37.

5 Leonora Carrington, rozmowa z autorką, 2009.

6Illustrated Particulars, with Plan and Conditions of Sale (…) of Crookhey Hall Estate (1926).

Published by arrangement with Thames & Hudson, Ltd, London

Surreal Spaces. The Life and Art of Leonora Carrington © 2023 Thames & Hudson, Ltd, London

Text © 2023 Joanna Moorhead

Extracts from all literary works by Leonora Carrington © Estate of Leonora Carrington/ARS

All artworks by Leonora Carrington © Estate of Leonora Carrington/ARS, NY and DACS, London 2023

Designed by P D Burgess

This edition first published in Poland in 2025 by Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot

Polish edition © 2025 Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot

Zdjęcie na okładce: Leonora Carrington w swoim mieszkaniu w Greenwich Village, ok. 1942 autorstwa Hermanna Landshoffa.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Nowak-Młynikowska

Przedmowa do wydania polskiego © Agnieszka Taborska

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja: Małgorzata Jaworska

Korekta: Anna Mackiewicz

Opracowanie graficzne: Piotr Geisler

Projekt okładki: Mira Larysz &Visual

ISBN 978-83-67709-62-0

Wydawnictwo Smak Słowa

ul. Bohaterów Monte Cassino 6A

81-805 Sopot

tel. 507-030-045

Zapraszamy do księgarni internetowej wydawnictwa

sklep.smakslowa.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

Powiązania między wszystkim na świecie

Wstęp

Rozdział 1. Początki (1917–1927)

Przypisy

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Meritum publikacji

Przypisy

Strona redakcyjna