55,00 zł
Czy wspominanie nie jest zmyślaniem?
Pewnego dnia sześćdziesięcioletnia Helena wysiada z tramwaju, staje na ruinach kamienicy, w której kiedyś mieszkała. Niegdyś intymne, teraz obnażone, ściany mieszkań tworzą blaknącą mozaikę farb i tapet, jedyną pozostałość po ludziach, którzy kiedyś tu żyli, kochali się i nienawidzili. Helena zaczyna snuć opowieść o sobie, mężu i córce. Z bezimiennego chóru sąsiadów wydobywa dwie tajemnicze kobiety: atrakcyjną Redaktorkę i wypełnioną smutkiem Niedorzeczną. Co łączy te trzy kobiety? Czy podróż pod prąd czasu okaże się oczyszczającą wędrówką ku źródłom, czy też mroczną wyprawą do jądra ciemności?
Czy zmyślenie musi być kłamstwem? Czy pamięć pomaga, czy przeszkadza w opowieści o naszym życiu? Najbardziej oryginalny z polskich pisarzy zabiera nas w jedyną w swoim rodzaju wędrówkę do sedna swoich i cudzych słów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa – Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026.
Była tam przez cały czas, czekała w ukryciu. Ukazała się dopiero wtedy, kiedy go zabrakło. Nie mogłam jej rozpoznać, bo nigdy wcześniej jej nie widziałam. Znałam tylko fragmenty, dlatego potrzebowałam czasu. Mijałam ją wiele razy, nie podejrzewając, na co patrzę. Wszystko wokół wyglądało inaczej. I nagle w tej obcej całości odnalazłam swoją część. Wysiadłam na najbliższym przystanku i musiałam się cofnąć. Była brzydka i poraniona, a jej wielkość mnie przygniatała. Nie mogłam jednak oderwać wzroku, jakaś niepokojąca siła kazała mi patrzeć. Tylko niektóre części znałam bardzo dobrze, aż do najmniejszego szczegółu. Inne pozostawały w ukryciu, na granicy domysłu i fantazji. Istnienia pozostałych nawet się nie domyślałam. Dopiero zniszczenie wydobyło je na jaw, zestawiając obok siebie elementy, których wcześniej nie można było porównać. Ich nieoczekiwane sąsiadowanie tworzyło zagadkową tkaninę, jakby ktoś pozszywał rudym ściegiem znane kawałki znoszonej odzieży w jedną narzutę. Powoli odkrywałam jej ciche piękno.
Musiałam stać w bezruchu dłuższą chwilę, gdyż podszedł do mnie młody mężczyzna i jak student medycyny zapytał z troską, czy wszystko w porządku. Dziękuję, nic mi nie jest, odparłam, tylko się przyglądam, dodałam. To go jednak nie uspokoiło, gdyż podał mi ramię i podprowadził do sterty desek, leżących na skraju chodnika, pozostałość po remoncie, a ja poddałam się tej łagodnej perswazji kogoś, kto bardzo chce naprawiać świat wokół i jeszcze nie wie, że to niemożliwe. To wprawdzie nie ławka, ale lepiej, żeby pani tu usiadła, powiedział, nigdy nic nie wiadomo, nigdy nic nie wiadomo, zgodziłam się z nim i usiadłam, a on postał jeszcze chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć, aż odszedł, odwracając się jeszcze, zanim zniknął za zakrętem.
Co sobie pomyślał? Stara, nieruchoma kobieta, patrząca z zachwytem i lękiem na odrapaną ruinę, musiała go zaniepokoić. Nieruchomi ludzie są jak wyrwani z czasu i chwilowo martwi. Czy chciał zapytać, na co tak patrzę. Czy powstrzymał się, bo obawiał się odpowiedzi? Może przeczuwał sprawy, o które lepiej nie pytać, gdyż może się okazać, że rzeczywistość pełna jest szczelin i przesmyków do innych, niedostępnych światów. A tego student medycyny nie potrzebuje. Niepotrzebnie się obawiał, nie miałam dla niego żadnej opowieści.
Nie było mnie tu, kiedy ją wydobywano. Najpierw przyjechały spychacze i koparki, wielkie jak dinozaury. Tyle widziałam, potem teren ogrodzono, ulicę zamknięto, porobiono objazdy, jakby komuś zależało, żeby nikt tego nie oglądał. Życie wraz z tramwajami i autobusami popłynęło więc nowymi arteriami, a ja wraz z nim. Dlatego mogę sobie tylko wyobrażać, jak to wyglądało. Dom wtedy od dawna nie był już sobą. Latami niszczał, pusty i splądrowany, urzędniczą decyzją skazany na zagładę. Lokatorów wysiedlono, zabito drzwi i okna deskami, dano ostrzeżenia, że grozi zawaleniem. Przez zapadły dach sączyły się strugi deszczu, zalewając kolejne piętra, a w gnijących, rozpulchnionych podłogach kiełkowały młode drzewka. Drobni łupieżcy wyłamali zabezpieczenia i wynieśli to, co jeszcze zostało do wyniesienia. Pewnie zerwali deski z podłóg i przygarnęli porzucone, nieprzydatne do niczego sprzęty. Może poczuli się jak na wojnie, kiedy tyle rzeczy wokół przestało być cudzych i stało się niczyimi; zwłaszcza tu. Co mogło zostać z ich rabunkowych wypraw? Nie musieli nawet czekać na noc, wyruszali w biały dzień, dumnie prezentując swoje zdezelowane trofea okolicznym mieszkańcom. To była dzielnica starych kobiet, wysiadujących w oknach i rejestrujących każde poruszenie świata w asyście małych, otyłych piesków, poszczekujących na każdego przechodnia. Jakie skarby mogli napotkać spóźnieni zdobywcy? Kulawe szafki i obite garnki, stare gazety i sukienki, których nie warto już cerować, i płaszcze, których nie można już przenicować. W ruinie czekały ich tylko rzeczy porzucone celowo, a nie zgubione przypadkiem, może nawet porzucone przez dawniejszych odkrywców, cała ta zbędna materia, która narasta w ludzkich mieszkaniach, przejmując swoją masą władzę nad lokatorami. Może gdzieś w szczelinach zawieruszyła się moneta lub koralik, może w kłębach kurzu w kącie po wyniesionej szafie zapodziała się srebrna łyżeczka, która lata temu spadła ze stołu, ktoś ją przez przypadek kopnął i utonęła w miękkiej otulinie, może poszukiwaczy skarbów przyciągała nadzieja, że w tym rumowisku rzeczy zepsutych oraz śmieci znajdzie się coś przeoczonego i wartościowego. A może nikt nie łupił, tylko zakradali się tam nastolatkowie, wracający z pobliskiej podstawówki, żeby pić w ukryciu tanie wino, całować się wśród gruzu i zielska lub wsunąć chłodną dłoń pod dziewczęcą bluzkę i dotknąć po raz pierwszy nieznanego, miękkiego ciepła.
Wyobraziłam sobie, jak to się stało. Po prostu przyszli i odkroili go jak piętkę z chleba, zostawiając resztę bochenka i okruszyny. Ale wiem, że musiało być zupełnie inaczej. Kiedy rozpoczęto rozbiórkę, najpierw weszli ludzie z kilofami i młotami. Tony materii spadały na podwórko, a ciężarówki od rana do wieczora wywoziły gruz i stare drewno, rozbite szkło chrzęściło pod stopami. A potem wjechały ciężkie maszyny, by wymazać budynek z przestrzeni. Czyż ludzie nie robią tak samo, zacierając ślady swych przemian? Usuwają spychaczami ruiny porzuconych domów. Zasypano rany i szczeliny, wyrównano teren i posiano trawę; zarosło i zakryło.
I gdyby nie ona, nikt by się nie domyślił, że kiedyś stał tu dom. Ale ją zostawili. Może komuś spodobało się, że wygląda jak mozaika, a może otynkowanie budynku uznano za zbyt kosztowne. A może przedsiębiorstwo remontowe było potrzebne na innym, ważniejszym odcinku budowania socjalizmu i postępu, więc zabrano ryczący sprzęt i o niej zapomniano, zostawiając na długie lata ślad porażki nowej rzeczywistości, prowizorycznej i niegotowej zresztą, niezdolnej, by doprowadzić do końca to, co kiedyś zaczęto. I tak została, wystawiona na widok. Ludzie w tramwajach patrzyli na nią obojętnie, barwne prostokąty nic im nie mówiły, do niczego nie odsyłały. Może komuś przypomniały się bombardowania i powojenne rumowiska. A może ktoś jadący tą trasą po raz pierwszy do nowych osiedli, wznoszonych na krańcach świata, pomyślał, że ona naprawdę pamięta czasy wojny, że jest niezabliźnioną raną albo blizną miejskiej tkanki, pozostawioną jako świadectwo i cichy krzyk tych, którzy nie mogą już krzyczeć. Nie można było jej nie zauważyć, nie była szara i tym samym odcinała się od złogów szarości, które przesuwały się za oknami tramwaju. Swoją spłukaną i wyblakłą kolorowością rozrywała bezbarwne dekoracje świata. Odkąd przywrócono ruch i tramwaje popłynęły nową trasą, musiałam ją mijać wiele razy. Czekała.
Najpierw rozpoznałam własny pokój. Prostokąt ciemnej zieleni i biały pasek pod sufitem. Narysowany kurzem obrys trzydrzwiowej szafy, w tej ramie intensywniejszy kolor. Tyle lat spędziłam w tej zieleni, nie chciałam zmiany koloru, kiedy okazało się, że takiej farby nie ma już w sklepach. Tu zamykałam się i odpoczywałam, tu miałam swoje miejsce do znikania. Zaraz obok kuchnia, niebieska farba i pas popękanych białych flizów. Bez szafek powyżej i poniżej tracił sens, jakby ktoś zamierzał pokryć płytkami całą ścianę, ale rozmyślił się i stracił zapał. Ślady po wyrwanym zlewie i resztki kanalizacji. Pod sufitem smuga sadzy w miejscu komina. Zaczęłam od mojego pokoju, ale się zgubiłam. Przecież nie było przejścia do kuchni, należało wyjść do przedpokoju, który zakręcał, minąć szafę i dopiero potem do kuchni. Potrzebowałam wielu kroków, żeby tam dojść. A tu były tak blisko siebie, przedzielone tylko rdzawą pionową kreską. Zaczęłam skakać oczami po kolorowych prostokątach jak po szachownicy. Nic się nie zgadzało, jakby ktoś wszystko poprzestawiał. Miałam wrażenie, że ktoś zrobił ściankę z drewnianych klocków o wielu barwach, a później zburzył i chciał odbudować, ale w pośpiechu poukładał je w innej kolejności, mieszając górę z dołem i lewą stronę z prawą. Inaczej to zapamiętałam, ale przecież nie mogłam tego zapamiętać, bo nigdy nie było tej ściany, były tylko pokoje, korytarze i drzwi, były przejścia i schody, wszystko było inaczej, i dlatego układało w głowie inną mapę. Teraz zobaczyłam, jak było naprawdę, choć ta prawda była kłamstwem. Przestraszyłam się jej ogółu, jej bezwzględnej całości, która trwała niezmiennie w ukryciu, jakby czekając na właściwą chwilę, by mnie zaskoczyć. Co chwila odkrywałam coś nowego, nie wiedziałam, że sypialnia sąsiadki znajdowała się tuż nad moim pokojem, sądziłam, że nieco z boku. Przede mną była ściana, kłamała albo zmyślała, a ja powoli traciłam całą swoją pewność. Czy moja prawda jest ważniejsza? Postanowiłam porzucić całość i odkrywać znane szczegóły.
Tam wisiał obraz, tu stała biblioteczka, a pod trzepoczącą teraz na wietrze, trzymającą się na ostatnich gwoździach matą z kolorowych słomek było kiedyś łóżko. Dawne pomieszczenia nie były pomieszczeniami, niczego nie mogły pomieścić, miały tylko jedną ścianę, oddzieloną od sąsiednich grubymi liniami z pokruszonych cegieł. W miejscu stropów zostały tylko wyrwy po belkach, czasem strzęp jakby wrośniętego w drewno linoleum. Brudna biel, zieleń, żółć, morela, błękit, wszystko brudne, spłukane wspomnienia kolorów, zdarta tapeta, zerwany tynk, pleśń.
Ściana wyglądała jak atlas chorób skóry. Liszaje i egzemy, łuszczyce i krosty, przebarwienia. W głowie wznosiłam na nowo dom, który do niej przylegał. Łączyłam barwne prostokąty w lokale, oddzielałam od klatki schodowej i przewodów kominowych. Przypominałam sobie nazwiska sąsiadów, ich twarze, mowę, zacięte milczenie. W niektórych mieszkaniach bywałam często, w innych może raz, dwa razy. U lutnika na ostatnim piętrze, pod samym dachem, nigdy. Co chwila błądziłam i gubiłam się w tej niewidzialnej przestrzeni. Miałam wszak przed oczami tylko jedną ścianę. Nie wszystkie pokoje przylegały przecież do sąsiedniego budynku. A tylko tyle zostało. Wyobraziłam sobie, że z opłakanego deszczami muru wyrastają ku mnie podłogi i ściany, a w nich drzwi, łączące pomieszczenia. Pośrodku zaczyna się kręcić klatka schodowa, szkielet budynku i jego główny trakt. Wypełniłam tę widmową przestrzeń meblami. Tu stała wersalka, a tam stół i krzesła, stare, wysiedziane, każde z innego kompletu. Tam, gdzie ten jaśniejszy prostokąt, wisiał obraz. Co na nim było? Leśna droga, Jezus, wzburzone morze miotające kruchą łódeczką? Wydawało mi się nawet, że potrafię dostrzec gwóźdź, wbity w ścianę dekady temu.
Nie od razu wstałam i podeszłam. Szachownica różnobarwnych prostokątów napawała mnie niezrozumiałym lękiem. Może obawiałam się, że zniknie, kiedy się zbliżę. A może bałam się, że pozostanie i przemówi do mnie mocniej, opowiadając wszystkie historie, które rozegrały się na tle tych ścian, zapisane jak na błonie fotograficznej? Wreszcie ruszyłam, przez młody trawnik, rozglądając się, czy zatroskany student medycyny nie obserwuje mnie z ukrycia. Ale byłam sama. Nieliczni przechodnie mijali mnie, niezainteresowani ani moim bezruchem, ani ruchem w stronę ruiny. Nagle coś mnie powstrzymało. Zawróciłam, ruszyłam na przystanek i następnym tramwajem wróciłam do domu, w miejsce, gdzie nigdy nie będę u siebie. Jak długo stałam naprzeciw ściany? Dziś nie potrafię powiedzieć. Wtedy, pierwszego dnia, coś mnie powstrzymało, ale wracałam tam codziennie. Siadałam na stercie desek, najpierw udając, że czytam książkę. I tylko wówczas, kiedy nikogo w pobliżu nie było, podnosiłam głowę i wpatrywałam się w szachownicę, skacząc wzrokiem po różnobarwnych polach. Jakby jakikolwiek kontakt ze ścianą był czymś wstydliwym, co można robić tylko w sekrecie, zagryzając wargi i wstrzymując przyspieszony oddech, a czego zarazem nie daje się ukryć, bo obnażone wyburzeniem ściany są wydane na pastwę wszystkich.
Zajęło mi trochę czasu, aż byłam gotowa odłożyć książkę i przestać udawać, że jestem tu z jakiegoś innego powodu niż sama ściana. Bezwstydnie wbijałam w nią wzrok, nie przejmując się, że dla kogoś obserwującego mnie takie zachowanie może być dziwne. Stara kobieta, która codziennie, czasem nawet dwa razy, siada na stercie desek i wpatruje się w odrapany mur. Ale nikt mnie nie podglądał, bo byłam niewidzialna, nikt nie patrzy na stare kobiety, dopóki cicho siedzą na swoim miejscu. A deski były moją ławką, moim miejscem, choć postawiono ją tam już po wyburzeniu domu. Czasem przysiadło jakieś dziecko, ale szybko podrywało się i biegło dalej, jakby przebywanie z nieruchomą osobą dłużej niż kilka sekund mogło przynieść nieszczęście lub nieznaną chorobę, która przenosi się na odległość w powietrzu i wnika w nierozważne ciało, zatruwając krew i myśli. Matki z wózkami też chciały przysiąść, zaciskały zęby i mijały mnie, przyspieszając, miotając złowrogie spojrzenia i dając znać, że zajęłam ich miejsce, że im się bardziej należy, po nieprzespanej nocy, po mękach karmienia piersią. Czasem stawały niedaleko, ruszając wózkiem w przód i w tył, wysyłając tym jednoznaczne sygnały, że czekają, że ja już się nasiedziałam, że nie można tak blokować, a ja tylko uśmiechałam się łagodnie i siedziałam nadal, i blokowałam, grożąc swym bezruchem, że w każdej chwili mogę tu umrzeć, że w gruncie rzeczy usiadłam tu, aby umrzeć, więc zawracały i przeklinając pod nosem, szukały innych miejsc do gniazdowania.
Wiele razy chciałam tam podejść i po kilku dniach zrozumiałam swój strach, jeśli w ogóle strach można zrozumieć, a nie tylko przeżyć, poddając mu się bez szans na wygraną. Oszałamiająca i przytłaczająca całość tej ściany musiała nieuchronnie zniknąć, gdybym się zbliżyła. Jej obrys rozmyłby mi się przed oczami i pozostałyby tylko szczegóły. Te, które pamiętałam, i te, które powstały jako efekt wyburzenia. Zbliżając się zatem, oddaliłabym się od niej i zanurzyła w to, co mówią resztki tapet i gwoździe wbite w ścianę. Dlatego wolałam spoglądać z dystansu, tylko wyobrażając sobie to, co niewidoczne.
Ściana przypominała domek dla lalek, który pozbawiony jest przedniej ściany, żeby dziewczynki mogły w każdej chwili przestawić małe mebelki i lalki umieszczone pomiędzy nimi, popędzane potrzebą ciągłej zmiany i niegotowości, jakby ich zabawy polegały tylko na przygotowywaniu scenografii do zabaw. Wyobrażałam sobie dom pełen żywych ludzi, prowadzących swoje zwyczajne życie, ale pozbawiony jednej ściany w taki sposób, by mieszkańcy o tym nie wiedzieli. Nadal siadaliby do stołu, rozmawiali i kłócili się, rozbierali i ubierali, dotykali swoich ciał, zupełnie nieświadomi obecności obserwatora. Siedząc naprzeciw kolorowej ściany, właśnie to robiłam w wyobraźni, dorysowywałam do fragmentów mieszkań wszystko to, co wyburzone, meblowałam je, jak małe dziecko, i zaludniałam osobami, których już nie ma.
Zazwyczaj przysiadałam na deskach. Ale wtedy nie mogłam z odległości kilku metrów objąć wzrokiem całej ściany. Byłam zbyt blisko i zarazem zbyt daleko, by dostrzec szczegóły. Dlatego krążyłam. Wysiadałam i szłam pod ścianę, a potem nawracałam przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy, do ślepego końca Lwowskiej, skąd widziałam zarys budynku i przestrzeń Placu Zgody. Warczały samochody, terkotały tramwaje, a ja patrzyłam. Potem znów do przejścia, by przysiąść i być bliżej. Pewnego dnia, idąc z przystanku, nie przysiadłam, tylko minęłam deski i ruszyłam przez trawnik prosto na nią, jakbym bała się, że jeśli się tylko zatrzymam, to z pewnością zawrócę i znów znieruchomieję naprzeciw, a przecież zbyt długo przebywałam już naprzeciw, w odległości i bezpiecznym dystansie, który pozwalał mi udawać, że ściana wcale mnie nie obchodzi, że tylko przysiadłam, bo deski, mimo drzazg, służą właśnie do przysiadania. Obcasy zapadły się w miękką ziemię, jeszcze niezwiązaną korzeniami młodej trawy, trawnik nie był trawnikiem, tylko projektem trawnika, czworobokiem nawiezionej gleby, z której nieśmiało przebijały się pojedyncze źdźbła. Tylko ja wiedziałam, że stoję na fundamentach, których obrys skrzętnie ukryto, część musieli nakryć ulicą; że pod moimi stopami jest zasypana piwnica, a może pozostawiona jak była, pełna pustych komórek, w których zastygło uwięzione powietrze. Ludzie mijali mnie, nie przeczuwając nawet, że pod nimi kiedyś leżały pryzmy węgla, kiełkujące w ciemności ziemniaki, pokryte pajęczyną słoiki z przetworami, zardzewiałe rowery i wyleżane materace, które żal wyrzucić.
Wreszcie stanęłam przed ścianą, mając podłogę parteru na wysokości pasa. W czyim mieszkaniu jestem? Pod dwójką, na prawo od schodów. Lokatorzy ciągle się tu zmieniali, kolejne dozorczynie z płaczącymi dziećmi. Chyba nigdy w nim nie byłam, sprawy załatwiałam na progu, gospodarze zastawiali sobą wejście, a ja nie miałam ochoty, by wchodzić głębiej, w ten płacz i niepokój. To musiał być pokój dzieci. Na ścianie resztki zdartej tapety i skrzepy kleju. A pod nimi mały, narysowany ołówkiem świat. Domki i drzewa, ulice z tramwajami i samochodami, wóz ciągnięty przez konia, pełen starych mebli. Co jakiś czas kościelna wieża. Wszędzie pełno ludzi, a ponad dachami ptaki. Wyobrażam sobie, jak dziecko, wieczorami, przy słabej żarówce, dorysowuje kolejne kwartały i dzielnice, jak pracuje nad każdym oknem, dachówką, doniczką na parapecie. Szkic musiał powstawać przez wiele dni, może nawet tygodni. Kiedy rodzice się zorientowali? Czy mały rysownik dostał lanie, czy może pozwolono mu rozwijać tę wyśnioną panoramę? A może darowano mu, bo i tak czekano na remont i w pierwszym dogodnym momencie malowidło zostało zalepione tapetą? A może młody twórca stworzył tę rozległą panoramę w czasie długiej choroby, wyrwany ze szkoły i codziennych obowiązków, przerywając pracę, gdy miał atak kaszlu lub nawrót uporczywej gorączki, rozsnuwającej majaki. Próbowałam ustalić, która z tych umorusanych twarzy, mijanych na schodach i na podwórku, należała do twórcy tego szarego miasta, ale bez skutku. Zresztą skąd miałam to wiedzieć teraz, skoro o malowanym mieście nic nie wiedziałam wtedy? Dzieci były tak podobne do siebie i nic nie wyróżniało w tej hałaśliwej grupie wrażliwego twórcy. Gdzie jest teraz to dziecko, które musiało zużyć wiele ołówków, by pokryć całą ścianę swoim rysunkiem? Myślę, że to była dziewczynka. Dziewczynka z bujną wyobraźnią, główka, w której mieściło się wiele miast i światów. Mogła być jak Klara.
Miasto na ścianie jest niepełne, czas rozpoczął już swoją pracę. Z lewej strony u dołu oderwał się wielki płat farby. Czy cały pokryty był rysunkami? Budynki i ulice urywają się na granicy uskoku, ostatni wagon pociągu znika jak w tunelu, ta historia nie zostanie już opowiedziana do końca. Spod wyrwy wychodzą na jaw minione kolory ściany, błękit, seledyn, znowu biel, tym razem we wzorek nanoszony wałkiem, wreszcie są cegły. Spękana powierzchnia tworzy mozaikę, epoki nakładają się na siebie, sąsiadują, jak siedem warstw dawnej Troi. Każda z tych ścian miała własnych lokatorów, którzy wbijali w nią gwoździe, zastawiali meblami, brudzili kroplami kawy, obijali podczas przemeblowań, każda pokrywała się kurzem, szarzała, może pękała, wreszcie ukrywała się pod kolejną warstwą. Za niedługo spłynie wszystko, wszystko spływa.
Mieszkałam w tym domu, mieszkaliśmy tu tyle lat. Ale ten dom wyburzono. Może więc lepiej mówić o nim „tamten”. Tamten dom, tamten czas. Tu nic nie ma, tu stoję na trawniku, tu jest tylko ściana. Brudne prostokąty, poznaczone ceglanymi bliznami. Tyle z niego zostało.
Mieszkaliśmy tu wiele lat, życie spokojne i ciche, manifest szarości. Nie warto o nim nawet opowiadać, nikogo nie zainteresuje. Mnie samej nie interesuje, choć było moje. Przez całe życie robiłam rzeczy zwyczajne i mało ciekawe, takie, których sama nie pamiętam po latach, a ich ciągłe powtarzanie potrafiło zmienić czas w monotonny strumień. O takich rzeczach nie opowiada się historii, nie przyciągają niczyjej uwagi, bo przydarzają się każdemu, ale przecież z nich składa się życie. Szare epizody, mozolnie nizane na nitkę, bezbarwne paciorki, podobne jeden do drugiego. Budzenie się i ziewanie; wychodzenie spod kołdry i ubieranie szlafroka; człapanie do łazienki; sikanie i mycie zębów; nastawianie wody w czajniku i parzenie herbaty; budzenie dziecka do szkoły; przygotowywanie śniadania; przygotowywanie drugiego śniadania; zakupy; gotowanie i tak dalej, i dalej, aż do zmierzchu, do końca dnia, by zasnąć i rano zacząć na nowo tę samą drogę, dreptanie w miejscu, w kółko, powrót po swoich śladach. Kolejne dni oddzielone nocami bez snów, strumienie czasu zlewające się w jedną szarą rzekę.
Tak wygląda nasze życie, ale czy ktoś chce o tym słuchać. Wolimy się oszukiwać, że jest inaczej, że bywa, że może być, że przynajmniej niektórym się coś przydarza. Czytamy więc wspaniałe biografie wybitnych ludzi, które zostały wyciśnięte, usunięto w z nich wszystkie szare epizody, zostawiając same zakręty i spiętrzenia. Przewracamy kartki z zazdrością, ale przecież czujemy, że w tych sensacyjnych zwrotach akcji pominięto wszystko to, co wypełnia każde życie, nie tylko nasze i powszednie. Inni mówią, to wydarzyło się po pożarze domu, to przed wypadkiem, a tamto, zanim umarła. A co ja mam powiedzieć, to przydarzyło mi się, gdy był krupnik, a tamto, kiedy była zalewajka, ileż krupników i zalewajek ugotowałam! W pożarach i śmierciach jest coś niecodziennego, co rozdziela epoki. Codzienne obowiązki i nieznośne rytuały przytłaczają swoją nierozróżnialnością. Może właśnie o to w nich chodzi, żeby ukołysać nas monotonną i bezpieczną powtarzalnością. Ale zarazem nasze wypełnione nimi życie jawi się jako nieistotne. A przecież nie chcemy, żeby takie było, za wszelką cenę dostrzegamy w nim jakiś sens, jakąś, choćby najmniejszą, wagę. Dlaczego? Dlaczego chcemy być istotni, choćby tylko dla siebie lub najbliższych osób? Czy w nieistotności nie kryje się zarazem obietnica bezpieczeństwa i szczęścia? Spokój, który przynosi, to ulokowanie życia na marginesach ludzkich dramatów. Czy w tej powszechności i nieważności nie kryje się najgłębsza prawda o życiu? A jeśli tak, to pełne przygód opowieści są kłamstwem, tym kłamstwem oszukują najpierw swoich autorów, a potem słuchaczy. Czy to jednak znaczy, że trzeba opowiadać o tej nudzie epizodów? Czy może raczej, że trzeba zamilknąć i słuchać tych, którym przydarzyło się coś istotnego? Może na tym polega melancholia wszystkich zwykłych żyć; nigdy nie zostaną opowiedziane.
Mieszkaliśmy tu przez wiele szarych, dobrych lat. Chowałam się w tej szarości i nie zazdrościłam. Nie zazdrościłam niczego. Ani namiętnych romansów i zdrad, ani wojennych przygód. O wojennych przygodach mogą mówić tylko ci, którzy ich nie przeżyli. Ci naprawdę doświadczeni nie nazwą ich przygodami. Krew, śluz, ślina i pot w końcu wysychają, ropa wycieka i nie zostaje nic. Nie zazdrościłam. Dlatego ze swej zwyczajnej monotonii patrzyłam na innych ludzi i odgradzałam się od ich dramatów. Nie wpuszczałam tych historii do naszego domu, a kiedy odwiedzali nas ci inni ludzie, co zdarzało się rzadko, starannie po nich sprzątałam. Nie chciałam ich barwnych żyć, które czasem przynosili, bo ludzie lubią dzielić się barwnością, nawet zmyśloną. Nie chciałam ich, nie u siebie. Mieliśmy za to schludne mieszkanie, ładne meble i kwiaty. Kolory mogłam mieć tylko na ścianach. Dlatego tylko uchylałam drzwi, dzień dobry, do widzenia. Na tym polega dobre sąsiadowanie.
Jechałam Starowiślną, potem przez Wisłę i w dół nową ulicą, za każdym razem mnie to zaskakuje, liczę, że tramwaj skręci w Lwowską, jak zawsze, a on prosto, i boję się, że wypadł z torów, ale tylko przez sekundę, bo po chwili wszystko wraca, przecież nowa trasa, wszystko nowe, więc jechałam Starowiślną i myślałam, dlaczego nigdy nie nazwałam jej Bohaterów Stalingradu, poza tym, że Stalin i Sowieci, dlaczego zawsze Starowiślna? Lubię tę nazwę, odsyła do czegoś, czego nie ma. Często wyobrażam sobie tę starą Wisłę, która płynie w wąwozie ulicy, między kamienicami, jak w Wenecji, a potem wpada do głównego nurtu, który jest teraz niżej, więc wyobrażam sobie wodospad, który opada z hukiem, i nawet tęczę nad wodospadem, którą światło wydobywa z mgiełki tańczących w powietrzu kropel. Nazwa ulicy jest pamięcią po rzece, której nie ma, tak bardzo nie ma, że nie ma już nawet samej nazwy, i są Bohaterowie Stalingradu, którzy zginęli, i też ich nie ma, więc jechałam Starowiślną, potem przez rzekę i w dół, po Na Zjeździe, przez Plac Zgody, też zmienili mu nazwę na Bohaterów, żeby przypominała, choć bohaterowie, którzy ocaleli, pamiętają właśnie tę starą, a najstarsi mieszkańcy i tak mówili jeszcze Mały Rynek albo Świński Targ. Czy Niezgoda nie jest matką Zapomnienia? Jechałam i odwracałam głowę, jakbym nie chciała zobaczyć wyrwy po domu, który odcięli, więc patrzyłam w drugą stronę albo czytałam, czytanie pomaga w wielu sprawach. Nie chciałam wspomnień czy nie chciałam braku wspomnień? Nie wiem, ale nie patrzyłam.
Nowa Na Zjeździe jest przedłużeniem Starowiślnej, nową starą Wisłą, którą przeciekają tylko suche strugi tramwajów i samochodów. Nie obyło się bez ofiar, Józefińska i Lwowska są jak odcięte starorzecza, już niepotrzebne, skazane na zarastanie tatarakiem i sitowiem, na powolne zamulanie.
Dobrze nam tu było we troje. Kochaliśmy się z Gienkiem miłością spokojną, która nie potrzebuje wielu słów, bo rozgrywa się w gestach i spojrzeniach, w ciepłej bliskości. Kochaliśmy Klarę, jakby była jedynym dzieckiem na świecie. Codziennie rano wstawałam i budziłam córkę, której wystarczył tylko szept, tylko uchylenie drzwi, by powiedzieć: już wstaję, mamo. Nigdy nie musiałam szarpać i dobudzać, poganiać i grozić, Klara spała jak zwierzątko, zawsze czujne, dzień dobry, mamo, już wstaję. Wstawiałam wodę w czajniku i słuchałam, jak Gienek gwiżdże przy goleniu, zawsze gwizdał przedwojenne tanga, które zapamiętał źle i niedokładnie, ale które brzmiały nawet lepiej niż w oryginale. Wyobrażałam sobie, jak naciera twarz wodą kolońską, słyszałam, jak klepie się po policzkach, a później, dalej gwiżdżąc, zapina białą koszulę i wiąże krawat, patrząc w lustro z tą ufnością, na którą stać tylko mężczyzn. Wychodził z łazienki ubrany, roznosił zapach na całe mieszkanie, a ja smarowałam mu rogaliki miodem i podawałam herbatę. W tym czasie przychodziła Klara, stawiała w przedpokoju tornister, spakowany już od wieczora, i zjadała owsiankę, a ja czekałam, aż wyjdą, i dopiero wtedy sama siadałam do śniadania albo udawałam, że siadam, bo nigdy nie lubiłam śniadań, później zjem, mówiłam Gienkowi, śniadanie to najważniejszy posiłek, pouczał mnie, całując w policzek, a potem słyszałam, jak zbiegają po schodach, Klara ostrożnie, jakby każdy drewniany stopień groził pęknięciem, a Gienek po dwa stopnie, i odtąd miałam kilka szarych godzin tylko dla siebie.
Odsłonili ją i tak zostawili. Może dlatego tak głęboko doświadczyłam niesamowitości ściany. Jej odkrycie, wstydliwe i wbrew naturze, ujawniało bowiem bliskość tego, co zawsze jest dalekie. Pomieszczenia, które od samego początku rozdzielone były cegłami, które nic o sobie nie wiedziały, czasem należąc do osobnych mieszkań, nagle zostały zestawione ze sobą, tworząc kolorową szachownicę dawnego sąsiadowania. Tę szachownicę widzieli teraz wszyscy, przechodnie i pasażerowie licznych tramwajów, jeżdżących nową trasą. Ale dla nich była to tylko niema ruina lub ekstrawagancka mozaika, mimowolny pomnik nieznanych wydarzeń, pozostawiony przez wymarłą cywilizację. Tylko dla mnie ta szachownica była jak opowieść, jak drzwi do nieistniejącego już świata, gdzie odgrodzone cegłami toczyły się oddzielne życia, przez dekady wypełniające pokoje wyburzonego domu. Kolor farby, ślad po tapecie, wszystko to było dla mnie znakiem, dlatego siadałam naprzeciw i czytałam tę ścianę, wspominając przeszłość i narażając się na troskę studenta medycyny, który mijał mnie czasami, skory do pomocy, ale dyskretnie wycofany.
Gienek tak bardzo pracował, że ja nie musiałam. Współczułam kobietom, które muszą, współczułam sąsiadkom. Codziennie rano iść między obcych ludzi, słuchać poleceń, jeździć tramwajami, współczułam. Miałam oczywiście swoje obowiązki, kobiety niepracujące pracują, kobiety zawsze pracują. Wystawałam w kolejkach, tkwiłam przy kuchni, odprowadzałam i przyprowadzałam, segregowałam i oczyszczałam, dbałam; roztaczałam troskę.
Pogodziłam się z tym, że nie pracuję. Wcześniej miałam plany i ambicje, ale życie potoczyło się inaczej. Gienek spędzał wiele godzin w szpitalu, brał dyżury, Klara rosła. Ktoś musiał nam stworzyć dom, miejsce, do którego każdy będzie chciał wracać, padło na mnie. Świat był trudny, w domu można było zostawić go za progiem. Przed wojną studiowałam i wyobrażałam sobie zupełnie inną przyszłość. Wszyscy młodzi chcą zmieniać świat, wydaje im się, że dopiero ich wejście na scenę wywoła rewolucję. A potem przypominają sobie po latach, że mieli marzenia, i albo uśmiechają się do tamtych szczerych i naiwnych wspomnień, albo płaczą, że pogrzebali własne plany. Ja nie pogrzebałam, tylko odcięłam, wybrałam tak i nie żałuję. Wybory nas określają, bo w nich jesteśmy najbardziej sobą. Rzadko podejmujemy decyzję bez żadnych wątpliwości. Musimy stoczyć wewnętrzną walkę z pytaniami, zagłuszyć inne głosy. Moment decyzji ucisza je, jeśli wracają, są zawsze przegrane. A my, właśnie dzięki wyborowi, stajemy się kimś innym, kto odrzucił dawnego siebie jak wąż zrzucający wylinkę.
Czy żałowałam? Może kilka razy, kiedy przypadkiem wpadałam na dawne koleżanki, którym się udało. Tak zawsze sądziłam, gdy zaczynałyśmy po latach rozmowę, nie próbując nawet wracać do przerwanych wątków. Ale kiedy siadałyśmy na ławce, by nie słuchając się nawzajem, wyrzucić z siebie całe nasze życia, słyszałam tylko rozczarowanie. Miały swoją pracę, awanse, coś osiągnęły, ale po tym wszystkim wracały do domów, odgrzewały mężom obiad, robiły pranie, cerowały skarpetki. Z dziwną ekscytacją opowiadały o codziennym znoju, jakby składały podanie o medal za zasługi i musiały mnie przekonać, jak bardzo cierpią. A potem spoglądały na zegarek, już późno, muszę jeszcze to i tamto, i zrywały się, i pędziły na przystanek. Zostawałam jeszcze chwilę i wyobrażałam sobie, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. A gdybym była sama, gdyby rozdzieliła nas z Gienkiem wojna? Czy bałabym się tej samotności tak, jak się boję teraz? Wstawałam, otrzepywałam się z tych myśli i ruszałam na przystanek po śladach dawnych przyjaciółek. Nie pukałam do ich świata, raz na kilka lat widywałyśmy się w tramwaju lub mijałyśmy w sklepie, przypadkiem, niechcący, niezręcznie.
Robiłam zakupy, gotowałam obiad i miałam trochę czasu dla siebie. Czytałam wtedy, jak na studiach, zanim Klara zdążyła wrócić ze szkoły, bo wtedy zamykała się w pokoju i zaczynała ćwiczyć. Dźwięk skrzypiec wypełniał całe mieszkanie i niósł się na inne piętra. Zapewne dlatego mieszkańcy mijali nas na schodach z kwaśnymi uśmiechami, nie mogąc jednak nic zrobić, bo nie łamaliśmy żadnych przepisów. Wieczorami wracał Gienek, w czarnym rondelku czekały na niego ziemniaki, odsmażałam mu je na smalcu, do tego kotlet lub sznycel, lubił sznycle, surówka, bo zdrowa, gotujesz jak moja mama, mówił, całując mnie w dłoń, a ja wyrywałam ją z uśmiechem, bo na wargach miał zastygły tłuszcz. Wycierałam rękę w fartuch, pani doktorowa, dobre mieliśmy życie, nie żałuję.
Mieszkały nad nami dwie kobiety, dla jednych zupełnie zwyczajne, dla drugich nieco dziwne, czasem mnie to przytłaczało. Nie mieszkały razem, między nimi stała ściana, ale przed wojną było to jedno mieszkanie, o układzie podobnym do naszego. Jednak podzielono je na dwa mniejsze, z osobnymi wejściami i niepołączone w żaden sposób. Być może w środku zostały jeszcze ukryte drzwi, zastawione szafą lub zabite deskami, a może otwór zamurowano niedbale, tego nie wiem. W każdym razie w ten sposób obydwie były nade mną, i dlatego mogłam nasłuchiwać odgłosów dwóch oddzielnych żyć, które czasem mieszały się jak dźwięki wydobywane z dwóch różnych instrumentów.
Jedna chodziła ciężko, szurając nogami, jakby cały czas miała na sobie ciężkie, niewygodne buty, których nie dało się ściągnąć nawet w domu, wyobrażałam sobie drewniane chodaki, jak na starych obrazach, choć nigdy nie widziałam, by takie nosiła. Jej wędrówki były żmudne i długie, kroki odzywały się w jednym pomieszczeniu i serią monotonnych powtórzeń dźwięki przesuwały się nad moją głową do innego. Niemal zawsze wiedziałam, czy jest w kuchni, czy w sypialni, zostawiała po sobie tak wyraźny ślad, kiedy bowiem siadała w jednym miejscu, nie przestawała tupać, wybijając podeszwą skomplikowany i nieoczywisty rytm, którego pulsowanie wprawiało sufit w drżenie. Przysiadała jednak rzadko, raczej krążyła, przemieszczając się niemal cały czas, jakby nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu lub co chwila przypominała sobie, że zapomniała czegoś zabrać z pokoju, w którym była przed chwilą, więc wracała. Mimo to nie chodziła nerwowo, jak ktoś, kto właśnie czegoś zapomniał i stara się to nadrobić, tylko powoli i uparcie, jakby czuła, że cel jej nie ucieknie, że porzucona rzecz lub zajęcie poczekają, że je dopadnie, nim zbiegną. Była w jej krokach jakaś fatalna nieuchronność, toteż kiedy milkły, pojawiał się niepokój. Czasem zastygała w bezruchu między pomieszczeniami i tylko szurała w miejscu, odwlekając powrót do miejsca, w które wyruszyła.
Na schodach rzadko podnosiła wzrok, odpowiadała na pozdrowienia, zapatrzona w stopnie, nie podejmując rozmowy lub odpowiadając konwencjonalnie i zdawkowo. U mnie wszystko dobrze, ładną mamy wiosnę, doprawdy, może w tym roku mrozy przyjdą później, zdrowie na szczęście dopisuje, dziękuję. Jej uprzejmość była chłodna i niemiła. Czasem tylko kobieta patrzyła prosto w oczy, unosząc głowę powoli. Jej twarz nie wyrażała nic, była nieruchoma, zastygła w wiecznym smutku, którego przyczyny nie sposób dociec. Było w tych spotkaniach naszych spojrzeń coś niesamowitego, jakiś niepokój, od którego przebiega chłód po plecach, chwila, której za wszelką cenę chcemy uniknąć, żałując, że sami sprowokowaliśmy jej nadejście. Żałowałam wtedy nawiązanej rozmowy i chyba rozumiałam, dlaczego spuszcza wzrok, jakby chciała nam wszystkim oszczędzić swego martwego spojrzenia, przeszywającego mimo woli. Z czasem przyjęłam jej zasady i ograniczyłam się tylko do rytualnych pozdrowień, unikając innych form kontaktu, jakbym obawiała się, że jej smutek, może żal do świata, przejdą na mnie jak zakaźna choroba. Zaczęłam unikać tej pierwszej kobiety do tego stopnia, że kiedy zbierając się do wyjścia z mieszkania, łowiłam uchem jej kroki, zamykałam drzwi i czekałam, aż umilkną w klatce schodowej. Sąsiedztwo powinno być bliskością na odległość, inaczej naruszona zostaje krucha harmonia świata.
Druga kobieta stanowiła przeciwieństwo pierwszej. Zaraz po wejściu do mieszkania zamykała starannie drzwi, następnie zrzucała buty. Nie ściągała ich spokojnie, odstawiając, aby odciekły, lub chowając do szafki, lecz właśnie zrzucała, jak chłopcy wracający ze szkoły. Wyobrażałam sobie, jak w przedpokoju wymachuje nogami, chcąc uwolnić się od czółenek lub półbutów, jak nadaje stopie rozpęd, by zrzucić jarzmo. Buty z hukiem uderzały o szafki lub ścianę, po czym spadały na drewnianą podłogę i tam zapewne zostawały aż do następnego dnia. Wyobrażałam sobie, choć tego oczywiście nie mogłam usłyszeć, że kobieta nade mną zrzuca z siebie nie tylko obuwie, ale także odzież, płaszcz, garsonkę, sweter, bluzkę, pończochy, i spędza czas półnago, może w samej tylko halce, nieskrępowana żadnym uciskiem. Po mieszkaniu spacerowała boso i tylko w nadzwyczajnej ciszy długich wieczorów można było usłyszeć jej kroki po skrzypiącej podłodze. Nie obcasy, lecz stare deski opowiadały mi historię jej wędrówek. Kroki brzmiały tanecznie, jakby płynęła z miejsca na miejsce, lekko przeskakując ponad przeszkodami. Rytm tego tańca był spokojny, czasem tylko wzmocniony akcentem pięty uderzającej o parkiet. Była w jej krokach lekkość, tak różna od ponurego szurania pierwszej kobiety. Dlatego też druga kobieta była bardziej nieuchwytna, wystarczył płacz dziecka czy miauknięcie kota, by zgubić melodię jej chodu, a przez to stracić orientację co do miejsca, w którym w danej chwili przebywa. Kiedy znów wracała cisza, druga kobieta przyczajała się. Mogła być na krześle w kuchni albo na fotelu w pokoju. Potrafiła tak trwać godzinami, w bezruchu, nie dając żadnego znaku życia. Spędzała tak bezdźwięcznie czas nie tylko nocami, kiedy cały dom usypiał, ale także podczas długich dni i wieczorów. Czasem wydawało mi się, że zastygła gdzieś nade mną, oparta o kuchenną szafkę naprzeciw okna, wpatrzona w szarą powierzchnię placu, lub na łóżku, z podkulonymi nogami, zatopiona w lekturze. Miałam wtedy nieprzyjemne wrażenie, że czatuje, że nieruchomieje jak drapieżnik tylko po to, bym się pogubiła. Łapałam się na tym, że staram się ją wtedy przechytrzyć, również zatrzymując się, czasem w pół kroku, z filiżanką herbaty, innym razem przysiadając na wersalce. Miałam przewagę, gdyż jej podłoga była nad moją głową, podczas gdy skrzypienie mojej musiało być na górze zupełnie niesłyszalne. Jednak pilnowałam się i dobrze ukrywałam swoje ruchy, jakbym ciągle czuła się podglądana lub podsłuchiwana. To uczucie nie opuszczało mnie nawet wtedy, kiedy druga kobieta wychodziła z domu, jakby zostawiała nad moją głową bezgłośnego stróża, który ciągle nasłuchuje. Poddawałam się temu uczuciu i aby się poruszyć, czekałam na przejazd tramwaju Lwowską, wrzask dzieci przed domem lub nawoływania chłopów, którzy zachęcali do zakupu ziemniaków. Wtedy zrywałam się i najlżej jak tylko potrafiłam, przebiegałam w inne miejsce mieszkania, gdzie czekała na mnie wystygła kawa lub niedoczytana książka. Wreszcie, znużona tą grą, robiłam coś umyślnie hałaśliwego, upuszczałam blaszaną pokrywkę lub dzwoniłam sztućcami, udając, że jej zainteresowanie w ogóle mnie nie obchodzi. Czasem jednak trwałyśmy tak godzinami, polując na własne dźwięki.
Może wszystko to rozgrywało się tylko w mojej głowie, a druga kobieta ani razu nie pomyślała, by nasłuchiwać moich kroków. To wydaje mi się teraz nawet bardziej prawdopodobne. Żyła w kamienicy jakby tymczasowo, nie integrując się z sąsiadami, wymieniając na schodach tylko niezbędne uprzejmości. Dawała nam odczuć, że jej życie toczy się gdzieś indziej, w mieście, za rzeką, że przyjeżdża do nas tylko po to, aby wypocząć, przespać się i zregenerować siły. Nie była stąd i nigdy nie wrosła w to miejsce. Czasem przepadała na kilka dni, nikomu nie mówiąc, dokąd i na ile wyjeżdża. Roztaczała wokół siebie aurę pewnej tajemniczości, zostawiając na schodach smugę perfum, których nie używała żadna inna kobieta w tym domu. Pachniały egzotycznie i obco, przywoływały przed oczy obrazy z minionej epoki, przedwojenne kawiarnie i hotelowe westybule, brzęk kieliszków, akompaniament orkiestry i głośne śmiechy ludzi z towarzystwa. Zastanawiałam się, gdzie bywa, bo w tamtych latach miasto, do którego uciekała za rzekę, w niczym już nie przypominało tamtego utraconego świata.
Każda z tych dwóch sąsiadek z góry, choć z odmiennych powodów, nie dążyła do zacieśniania relacji z innymi mieszkańcami. Jakby znalazły się tu przypadkiem, na chwilę, i nie widziały sensu, by pielęgnować więzi z sąsiadami. A może na tym polega sąsiadowanie? Na byciu zarazem blisko i daleko? Ściany i drzwi, które rozdzielają nas jakby na wyciągnięcie ręki, dają tylko iluzję bliskości. W rzeczywistości drzwi na klatkach schodowych są tunelami do nieznanych światów, które tylko pozornie znajdują się obok siebie. I jeśli nie wiedziałam tego wcześniej, żyjąc w iluzji eterycznej wspólnoty, którą tworzymy z racji zamieszkiwania pod tym samym dachem, to obydwie kobiety swoją nieobecnością dogłębnie mi to uświadomiły.
Ponieważ zbiegiem okoliczności kobiety nosiły takie samo imię, pierwszą nazwałam Niedorzeczną, a drugą Redaktorką, choć pasowało do nich wiele innych słów, bo każda kobieta ma kilka ukrytych imion. Sobie też wymyśliłam imię podobne do tych, które nadałam sąsiadkom. Myślę o sobie Nieistotna, choć mam na imię Helena.
Ile minęło od remontu, który ciągnął się latami, jak wszystko w tym kraju, przesuwane i odwlekane, szumnie zapowiadane, a kończone w pośpiechu, więc niekończone, tylko porzucane, podparte prowizorką, wieczystą prowizorką nowej ery, jakby prowizorka nie była stanem, lecz jakąś rzeczą, koślawym rusztowaniem, ustawionym tymczasowo, ile lat minęło? Może tylko miesiące, a może tygodnie, emeryci czasu nie liczą, emeryci nigdzie się nie spieszą, choć przecież zostało im już niewiele lat. Emeryt wolniej chodzi i częściej przysiada, emeryt się czasem zamyśla, a czasem zastyga, jakby minął na ulicy wspomnienie i próbował sobie przypomnieć twarz, zdarzenie lub słowo. Emeryt wolniej kupuje i rozmawia ze sprzedawczynią, emeryt wybiera nie dlatego, że chce lepsze, ale że chce dłużej, jakby każda najzwyklejsza czynność, odpowiednio celebrowana, pozwoliła nadać jego życiu nowy sens, jakby usiłował nadać codziennym czynnościom rangę doniosłych zdarzeń, małych świąt schyłku życia. Emeryt zagaduje sprzedawców, bo pamięta czasy sprzed wojny, kiedy do sklepów chodziło się nie tylko po zakupy, czego nie rozumieją ludzie nowych czasów, wychowani w kolejkach i pośpiechu. Napierają i popychają, byle szybciej, bo wszyscy czekają, a emeryt udaje, że cały ten świat za plecami znika, że znowu są dawne czasy i trzeba ze sprzedawczynią pogawędzić o tym i owym, bo tak należy.
Kupiłam właśnie na Kleparzu świeży twarożek i koperek, i rzodkiewkę, jakby kupowanie twarożku, koperku i rzodkiewki było racją stanu, bo jest racją mojego stanu, mój stan wymaga takiego wsparcia, kupowanie na Kleparzu przepisałby mi lekarz, gdybym miała swojego lekarza i gdybym zaufała mu na tyle, by mu o wszystkim opowiedzieć. Dlatego mając pod nosem warzywniak z rzodkiewką i koperkiem, i nabiałowy z twarożkiem równie dobrym, tu u siebie, na końcu świata, wsiadałam kilka razy w tygodniu w tramwaj i jechałam kilkanaście przystanków na Kleparz, by kupić niezbędne do życia produkty.
A może nie chodziło o ser i koperek, może nie chodziło nawet o rzodkiewkę, tylko o mijanie wyrwy po domu, w którym spędziłam tyle lat, o mijanie jej i niepatrzenie, o siadanie po drugiej stronie wagonu, czyli po prawej, jadąc do miasta, i po lewej, z miasta wracając, by nie musieć odwracać wzroku i w ogóle nie patrzeć, ale za każdym razem, kiedy wagony z piskiem skręcały z Limanowskiego w Na Zjeździe, i za każdym razem, kiedy w drodze powrotnej nie skręcały w Lwowską, tylko jechały prosto, czułam niepokój, że się mija coś, na co się nie patrzy, a co mimo niepatrzenia nadal jest, stoi, a właściwie nie stoi, więc czego nadal mimo niepatrzenia nie ma, bo to mijane coś to wyburzony dom, czyli brak domu, czyli nic. I dopiero po latach, a może po miesiącach lub tygodniach, naprawdę nie liczyłam, ale po czasie zbyt długo odwlekanym, zobaczyłam i zamiast widoku, który znałam, zamiast domu, jego okien, gzymsów i skosu dachu, zobaczyłam ścianę.
A u nas dobrze, u nas spokój. Gienek wychodził wcześnie rano do pracy, najpierw szpital, potem jeszcze gabinet, czasem spółdzielnia, wracał późno albo nie wracał, bo dyżur, a po dyżurze znowu szpital i gabinet, i spółdzielnia, więc Gienek bywał tylko po zmroku, nocami, albo w dni szare i długie, kiedy zamykał się w pokoju i czytał czasopisma lekarskie, bo nowe metody i nowe odkrycia, bo ciągły postęp, bo ledwo można nadążyć, więc u nas spokój na pewno. A ja całe dnie sama, to znaczy sama bez Gienka, bo całe dnie z Klarą, moją kochaną Klarą, która taka grzeczna i taka zdrowa, i taka zdolna, bo to moja Klara. Jak na drożdżach, mówili wszyscy, jak na drożdżach. Wszystko wtedy rosło, czasem bez drożdży, ale rosło, to Klara ze wszystkim. We dwie sobie byłyśmy, czasem tylko pytała, a kiedy tatuś, a tatuś później. Ale były piękne dni i niedziele pełne spacerów, łąki ukwiecone albo wycieczki za Kraków, z termosem i kanapkami, i z kocem, żeby tylko poza zgiełk i mury, choć murów dawno nie ma, poza mury w zieleń, do Ojcowa na przykład albo choćby do Lasku Wolskiego, Lasek Wolski dobry, i do tego zoo, Klara lubiła zoo. Autobus wspinał się po serpentynach i miasto zostawało w dole, w sinej mgle miejskich dymów, a my na dachu świata, buki, bażanty i słoń. I małpy, czasem lody na patyku. Klara uważna, zatrzymuje się przy każdej klatce, czyta opisy, dużo wie, zna mapy i gatunki, może podróżniczka z niej będzie, śmieje się Gienek i przytula się do mnie, a może biolog, dodaje, będę lekarzem jak tata, odpowiada Klara i śmiejemy się razem z naszego szczęścia.
Spacery po lesie w stronę Kamedułów, między srebrnymi bukami, albo na kopce, bo z kopców lepiej widać. Mieliśmy też własny kopiec na Podgórzu, najstarszy, praojca wszystkich kopców, prakopiec, z niego też było widać jak na dłoni, cieszył się Gienek. Albo Krzemionki, bo blisko, a pospacerować można, chodziłam tam często sama w ciepłe dni, zanim Klara ze szkoły albo kiedy była już starsza i zostawała sama w domu. Przejdę się, zanim tata wróci, mówiłam, przejdź się, odpowiadała, chwytając za skrzypce, a fugi i preludia odprowadzały mnie daleko. Czasem zdawało mi się, że słyszę jej granie nawet pod Fortem Benedykta, wysoko ponad dachami, że którędyś znajduje do mnie drogę, jakbym nie mogła ani chwili pobyć sama, nie mogła się uwolnić, zawsze połączona z córką tą muzyczną pępowiną.
Gienek wcześnie pogrążył się we wspomnieniach, podczas naszych spacerów zaczynał zdanie od słów: a pamiętasz, przywołując zdarzenia i sceny sprzed lat, z czasów, kiedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy, kiedy dopiero poznawaliśmy się słowami i opuszkami, ostrożnie i przez ubranie, kiedy pamięć gromadzi wiele zwyczajnych drobiazgów, które z czasem mają szansę rozkwitnąć w legendy, a pamiętasz, jak się poznaliśmy, jak pierwszy raz to, a jak pierwszy raz tamto? Wydawało mi się, że mógłby oprowadzać turystów po naszym Krakowie, pełnym naszych różnych pierwszych razów, ale tylko szeptał mi to do ucha, gdyż na murach kamienic nie było tablic upamiętniających nasze wyznania i przekroczenia. Klara szła przodem, spokojna i zamyślona, albo zostawała nieco w tyle, więc zerkaliśmy co chwila, czy nie zgubiła się za zakrętem, a Gienek szeptał swoją kronikę naszych wypadków, z każdym powtórzeniem słabł dreszcz ekscytacji, który towarzyszył mi na początku. Wtedy przywołane obrazy ożywały w moim ciele, więc ściskałam mocniej jego dłoń albo dotykałam udem jego uda, ale później wszystkie dreszcze ustąpiły. Przywołania stały się oczekiwane, wiedziałam, co usłyszę pod tym drzewem, a co pod tamtą bramą, a skoro już wiedziałam, to nic nie czułam, czasem tylko ze zdziwieniem dostrzegałam, że zmienił słowa, którymi opowiada, choć zazwyczaj trzymał się zapamiętanych refrenów. Gienek mówi, a Helena słucha; zawsze tylko słucha.
Nie to jednak mi przeszkadzało, był w tym poczciwy i zupełnie bezradny, w tej chęci ożywienia przeszłości słowami, nie to jednak, ale raczej cała jego postawa, to zwrócenie na przeszłość, na prehistorię nas, jakby nie było całego teraz i przyszłości, jakbyśmy nie mieli planów, marzeń, potrzeby jakiejś zmiany. Wcześniej jeszcze snuł projekty, co zrobimy za pięć, góra dziesięć lat, gdzie będziemy, gdzie zamieszkamy, ale z czasem głosy te ucichły, pochłonięte przez codzienność; niespodziewana cena szarości.
Dawniej nie były ślepe, dopiero odkąd je rozcięli. Wykroili i zostawili, jak tę ścianę. Wyobrażam sobie, jak to się dokonało. Ktoś usiadł nad mapą tej części miasta i wytyczył nową drogę. Ulica Na Zjeździe miała wpadać w Limanowskiego, a z nią w nowe torowisko. Ale to nie była pusta przestrzeń, w poprzek planów biegły stare ulice, które widziały zbyt wiele. Może dlatego trzeba było je zaślepić? Wyobrażam sobie zdecydowane ruchy ołówka, który zaznacza na planach domy do wyburzenia, nie pojedyncze, tylko całe ciągi kamienic, stąd dotąd, musieli mówić inżynierowie, jakby wykrawali spory kawałek z pęta kiełbasy albo jelita, jakby tkanka była chora i należało ją usunąć. Zaślepili Lwowską, wyburzając rząd kamienic od krawędzi Placu Zgody i rozcięli na pół Józefińską, czyli zaślepili ją podwójnie, ma teraz dwa ślepe końce. A potem wycięli całą skazaną na zagładę tkankę, rzędy kamienic, które przechowywały w sobie tyle dawnych istnień i dramatów. Żałuję, że nie przyjechałam tu w połowie remontu, kiedy w stronę mostu ziała wielka dziura w ziemi, rumowisko po zbędnych domach wysiedlonych ludzi. Mogłabym odwiedzić jakiegoś sąsiada z ocalałych kamienic, nieważne którego, byleby mieszkał wystarczająco wysoko, by z jego okna zobaczyć rozmiary zniszczenia. Teraz, kiedy wszystko tu się zmieniło, z trudem ustawiam w nowej przestrzeni stare budynki, usiłując sobie przypomnieć, jak to miejsce dawniej wyglądało. Czy widok wielkiej dziury w ziemi by mi pomógł? A może zostałby pod powiekami jako obraz zniszczenia i budził mnie w długie noce, które teraz spędzam na końcu świata, zgniatana przez betonową płytę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
