Strzyga - Aldona Reich - ebook
BESTSELLER

Strzyga ebook

Aldona Reich

4,1

Opis

Tym razem bohaterowie „Beboka” muszą połączyć siły, aby uporać się ze strzygą, która szuka zemsty za wyrządzoną w poprzednim życiu krzywdę. Gdy w jednym z wrocławskich klubów zostają znalezione zwłoki mężczyzny ze zmasakrowaną twarzą, nikt się nie spodziewa, że historia miała swój początek dużo wcześniej, w zupełnie innym miejscu. Z przyczyn formalnych Duńczyk, a właściwie inspektor Marcin Sawczuk, zostaje odsunięty od sprawy, dlatego o pomoc prosi Tomasza Radwana. Dziennikarskie śledztwo, wspierane nieformalnie przez Duńczyka oraz hakera Trolla, sięga od niemieckiej Kolonii po białoruską granicę. Czy zamieszany w morderstwo biznesmen, zaginiona młoda Białorusinka, podobnie wyglądające i odnalezione przed laty w zupełniej innej części kraju zwłoki mają ze sobą coś wspólnego? Jak znaleźć mordercę, skoro nikt nie jest tym, za kogo się podaje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:

Popularność




Redakcja

Robert Ratajczak

Korekta

Natalia Jargieło

Fotografia na okładce

© Dmitry — stock.adobe.com

© Copyright by Aldona Reich

© Copyright by Wydawnictwo „Vectra”

Projekt okładki

Natalia Jargieło

Skład i łamanie

Natalia Jargieło

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-59-8

Wydawca

Wydawnictwo „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2021

www.arw-vectra.pl

Moim Bliskim

PROLOG

15 lat wcześniej

Kalickiego znali w miasteczku wszyscy.

Wszyscy też wiedzieli, że Kalicki prowadzi burdel i zatrudnia dziewczyny zza wschodniej granicy. Ale nikt Kalickiemu nie miał tego za złe i nigdy nie mówiono o nim inaczej jak„swój chłop”. Nikt też nie używał słowa „burdel”, bo z pewnością dużo lepiej brzmiało „hotel dla tirowców”, to chyba tak z szacunku dla pamięci nieboszczki żony Kalickiego, która przecież nigdy by na takie coś nie pozwoliła. No, ale zmarło się Kalickiej dość wcześnie, a Kalicki — to też wszyscy wiedzieli — święty nigdy nie był. Zanim skończył pięćdziesiątkę, rozkręcił całkiem dobrze prosperujący biznes.

Co do interesu to trzeba było przyznać, że o wszystko Kalicki dbał jak ojciec: „dziewczynki” pracowały w przyzwoitych i — jak na ten rodzaj biznesu — niemal domowych warunkach, zero ulicy, na koszt Kalickiego chodziły do lekarza i dentysty, a on nigdy do niczego się nie wtrącał: nie obchodziły go żadne „nadwyżki” i co która sobie dodatkowo od klientów wynegocjowała, było jej. Należało tylko płacić o wyznaczonej porze ustalony — jak to ładnie nazwał Kalicki — „czynsz”.

Samanta, Andżela, Dżesika, Wanessa... Wszystkie miały jakieś wydumane, idiotyczne pseudonimy, rodem z porno klasy C. Miało to bez wątpienia uatrakcyjnić ofertę, ale być może dzięki temu także one same mniej się wstydziły tego, co robią? Ich prawdziwe, wewnętrzne jestestwo było nad morzem, na spacerze w lesie, z dziećmi, z narzeczonym, jadło kolację w drogiej restauracji, podczas gdy alter ego szło z klientem i pozwalało robić ze sobą wszystko.

Andżela — Białorusinka — była z nich najmłodsza. I najładniejsza. A na pewno najsprytniejsza. I ani ta anielska ksywa, ani jej zaskakująco przejrzyste, błękitne tęczówki w ciemnej oprawie nie były w stanie przykryć diabła, którego miała pod skórą.

Przez kilka lat interes Kalickiego szedł bardzo dobrze, jednak w którymś momencie wszystko zaczęło się rozłazić. Chyba od tego wieczoru, w którym Andżela niespodziewanie poczuła, że ma dość i mocno pocięła namolnego klienta. Wiadomo było, od czego tam jest, ale — jak się okazało — nawet dziwka ma swoją wytrzymałość. I to było początkiem równi pochyłej. Sam Kalicki czuł już dużo wcześniej, że traci nad tym kontrolę: dokładnie od dnia, gdy Andżela ugotowała mu pierwszy obiad, taki zacny, z dwóch dań i deseru. Poczuła się pewnie, gdy przespał się z nią parę razy, chociaż trudno powiedzieć, że się przespali, bo Kalicki pół nocy płakał jak dziecko, a ona cierpliwie słuchała, głaszcząc go po głowie. Z czasem straciła status typowego pracownika etatowego, stała się kimś w rodzaju menadżerki, która doskonale znała gusta i upodobania klientów, nie takich znowu wymagających, ale wiernych swoim zasadom: czego nie mam w domu, kupię na wyjeździe.

Wymiar jej godzin pracy nieco się zmodyfikował i choć nadal musiała obsługiwać klientów, to już raczej tych z grubszym portfelem, których rezerwowała tylko dla siebie. W łazience Kalickiego pojawiały się sukcesywnie jej kosmetyki, bielizna zawisła na łazienkowych sznurkach, a na szafce — tuż obok zdjęcia jego nieboszczki żony — rozpanoszyła się ikona w metalowej, imitującej srebro koszulce, dzieło jakiegoś domorosłego pacykarza, które Andżela dostała podobno od babki na dobry los.

Pocięty klient wziął wtedy tysiąca za straty, stwierdził, że żalu to ogólnie nie ma, ale na miejscu Kalickiego szybko by tę szmatę moresu nauczył, elegancko się pożegnał i nigdy więcej u Kalickiego się nie pokazał. Podobnie jak inne „mobilki”, kręcące przerwy na tym dużym parkingu, tuż na granicy miasteczka. Ale Kalicki doskonale wiedział, że tu nie tylko o Andżelę szło... Pod miasteczkiem syn właściciela serwisu samochodowego założył night club i tam właśnie wylądowała połowa klientów dziewczynek Kalickiego. Night club mamił dobrymi zarobkami, więc dziewczynki kolejno, jedna po drugiej, zmieniły miejsce zatrudnienia. Andżela próbowała to jakoś powstrzymać, bo sam Kalicki okazał się w tej kwestii kompletnie bezradny, ale ostatecznie do teamu dołączyła także ona. Dziewczyny z night clubu nie miały prawa powiedzieć „nie”. Były bite i zmuszane do rzeczy, o których nigdy nie powiedziałyby tym, których zostawiły za wschodnią granicą i do których słały pieniądze. I to takie pieniądze, jakich nigdzie indziej — zwłaszcza u Kalickiego — by nie zarobiły. Pozorna zasada win-win przez jakiś czas pasowała wszystkim, tylko Kalicki zaczął pić więcej niż dotychczas. Parę razy stłukł oklejone czarną folią szyby night clubu i po pijaku szurał do rosłych ochroniarzy.

Andżela, prawdopodobnie powodowana dziwnym sentymentem, raz i drugi stawała w obronie Kalickiego, a nawet poszarpała się z ochroniarzami. Jeden uderzył ją wtedy kilka razy za mocno i tym samym wyłączył z pracy na kilka tygodni. Potem wróciła do obiegu, ale wciąż nie była wystarczająco pokorna. Zmęczony i zirytowany tymi wybrykami szef pewnego dnia gdzieś ją wywiózł. Wrócili po kilku godzinach. Dziewczyny domyślały się, że szef ustawił Andżelę na prywatne przyjęcie, gdzie zwykle nikt nie miewał zahamowań, bo dziwnie chodziła przez kilka dni, ale nie odezwała się na ten temat ani słowem. Z każdym tygodniem było już tylko gorzej. Andżela z jakąś dziwną furią pobiła kilku kolejnych klientów, a pewnego wiosennego dnia... zniknęła. Bez śladu. Dziewczyny przezornie nigdy o nią nie pytały, nie chcąc podzielić jej losu, ponieważ szef wielokrotnie odgrażał się, że nieposłuszna dziwka to wrzód na dupie, a on nie ma zamiaru się z takim wrzodem cackać.

Dziwne było dla wszystkich, że jakiś czas po zniknięciu Andżeli niespodziewanie night club zamknął swoje podwoje, a syn właściciela warsztatu, po nieudanej próbie rozkręcenia interesu z tranzytowcami, ostatecznie zwinął banderę i w dziwnym pośpiechu wyjechał na północ. Chłopcy z jego obstawy — częściowo z nudy, a częściowo z braku innych perspektyw — poszukali szczęścia w głębi kraju, kolejno wyjeżdżając z miasteczka. Dopiero po jakimś czasie rozeszło się, że przyczyną wyjazdu syna właściciela warsztatu było zniknięcie kilkuset tysięcy euro w używanych banknotach, których szukali sąsiedzi zza wschodniej granicy.

W tym wszystkim ludzie przeoczyli, że zniknął także Kalicki. W zalewie plotek i domysłów tkwili do czasu, gdy skończyło się lato. Właśnie wtedy, za cmentarzem — tam, gdzie w latach siedemdziesiątych zaczęli stawiać tę dużą fabrykę, do której nikt się później przyznać nie chciał — znaleźli Kalickiego. A raczej to, co z niego zostało.

ŚRODA

1.

Było mniej więcej po trzeciej, gdy Tomasz Radwan usłyszał parkujący pod domem samochód. Dźwięk zapowiadał wizytę niecodziennego gościa i to z pewnością z niecodziennym tej wizyty powodem. Wskazywała na to zarówno godzina, jak i wyraźnie celowe wygaszenie świateł jeszcze przed wyłączeniem silnika. Ostatni raz taki odgłos był w Zalesinie słyszany parę miesięcy temu, gdy Tomasz wrócił nad ranem ze spotkania autorskiego, promującego jego powieść. Wszelkimi sposobami starał się wtedy nie zbudzić nie tylko śpiącej o tej porze Leny, ale i sąsiadów.

A później już nie.

Długo nie.

Tomasz spojrzał na spokojnie śpiącą Lenę i ostrożnie uniósł się na łóżku. Odczekał chwilę, a potem powoli wstał. Bezszelestnie podszedł do okna i delikatnie uchylił zasłonkę.

Po drugiej stronie ulicy, dokładnie naprzeciw domu parkował czarny SUV. Z samochodu wysiadł mężczyzna i obszedł go, stając po drugiej stronie w taki sposób, aby był dokładnie widziany z okien domu. Niepotrzebny był mikry płomień zapalniczki, który w gęstym mroku dosłownie rozjarzył się jak pochodnia, bo Radwan niemal natychmiast w nieoczekiwanym gościu rozpoznał Duńczyka — ostatnią osobę, której mógłby się spodziewać.

W ciemności sięgnął po dres, cicho zszedł na dół, ubrał się, z kieszeni kurtki wyjął papierosy i zapalniczkę, wsunął to wszystko do kieszeni dresów, włożył buty, a potem ostrożnie otworzył drzwi i kiwnięciem głowy przywitał się z Duńczykiem. Tamten przyłożył palec do ust i gestem dłoni przywołał go do siebie. Psy stały czujnie, patrząc w stronę furtki, głucho raz po raz powarkując. Radwan dla pewności przyciszonym głosem rzucił w ich stronę odpowiednią komendę, więc zamerdały ogonami i — uspokojone — ułożyły się w kojcu.

— Co się stało? — półgłosem zapytał Tomasz, gdy uścisnęli sobie dłonie.

— Musisz mi pomóc — policjant od razu przeszedł do rzeczy. Dziwnie zmieniony na twarzy wskazał Radwanowi miejsce pasażera. — Wsiadaj... — nakazał szeptem i zajął miejsce kierowcy.

Nieco skołowany Tomasz posłusznie wsiadł i zapiął pas. Duńczyk, a właściwie inspektor Marcin Sawczuk, sprawnie, na wygaszonych światłach odjechał sprzed domu i skierował się na główną drogę, prowadzącą w kierunku przeciwnym do wyjazdu na Wrocław. Dopiero tam włączył światła i mocno, wręcz nerwowo przyspieszył. Był dziwnie milczący. Nawet nie patrzył w stronę Radwana, jakby wszelkimi sposobami starał się opóźnić wyjawienie powodów swego, bez wątpienia zaskakującego, przyjazdu.

Radwan przyglądał się przyjacielowi w nikłym świetle bijącym od wyświetlaczy na kokpicie, ale milczał, cierpliwie czekając. Duńczyk, zwykle od razu stawiający sprawy jasno, tym razem sprawiał wrażenie, jakby walczył sam ze sobą, a od wyniku tej walki miała zależeć ich rozmowa.

— Dokąd jedziemy? — zapytał wreszcie Tomasz, bo panująca w samochodzie cisza stawała się nie do wytrzymania. — Hej! — zawołał, bo Duńczyk nie zareagował. — No co jest?

— Nie nudzisz się? — niespodziewanie zapytał przyjaciel.

— Co takiego?! — Radwan spojrzał na niego z zaskoczeniem. — Przyjechałeś prawie nad ranem, żeby zapytać mnie, czy... — nabrał powietrza — czy się nie nudzę? — Złapał Duńczyka delikatnie za ramię. — Stary, co się dzieje?

— Sypie się... — odparł Duńczyk, z dziwnym niedowierzaniem kręcąc głową. — Wszystko mi się sypie...

2.

Historia była prosta: na zapleczu jednego z klubów we Wrocławiu, o dość dyskusyjnej opinii, znaleziono zwłoki mężczyzny. Wcześniej, owszem, zdarzały się tam bójki lub kradzieże, wpadło kilku dilerów, ale nigdy coś tak grubego. Właściciel klubu na początku stwierdził, że nie zna faceta i nigdy wcześniej — ani martwego, ani żywego — na oczy nie widział, choć była to deklaracja nieco na wyrost, bo twarz denata przypominała krwawą miazgę. Tak czy inaczej, obecność ciała trzeba było jakoś wyjaśnić. Dziwnym i trudnym do zrozumienia zbiegiem okoliczności, przy ciele znaleziono komórkę w idealnym stanie oraz portfel z pieniędzmi i dokumentami. Motyw rabunku został od razu wyeliminowany, więc śledczy zaczęli szukać dalej i głębiej. Dokumenty oraz rutynowe badania DNA potwierdziły jednoznacznie, że zamordowany nazywał się Krzysztof Romańczuk i — jak ostatecznie z wyraźną niechęcią potwierdził właściciel klubu — był stałym bywalcem przybytku, na zapleczu którego dokonał swojego żywota. Oficjalnie był bezrobotny, jednak nawet pobieżny wgląd w jego konto temu przeczył. Podobnie jak samochód czy lokalizacja i wyposażenie mieszkania. W toku badań ustalono, że denatowi podano wcześniej pigułkę gwałtu, i to pewnie nie jedną, a potem przećpano jakimś zanieczyszczonym gównem zza wschodniej granicy. Oprócz normalnego składu „mety”, była tam jeszcze niemal tablica Mendelejewa. Sprawę fachowo dopięły dwa umiejętne wkłucia pomiędzy palcami u stóp, odnalezione dopiero podczas autopsji przez niezwykle starannego patomorfologa. Taki scenariusz wyjaśniał, jak można było uporać się z rosłym kulturystą, niewątpliwie wprawionym w krótkim załatwianiu spraw. Zastanawiające było, dlaczego jego twarz była kompletnie pozbawiona rysów. Najwyraźniej ktoś nią uderzał o podłoże, i to wielokrotnie, z dużą siłą, bo odłamki kości i strzępy tkanki wbite w betonową płytę wykluczały użycie narzędzi.

Technicy ustalili, że ostatnie połączenie na telefonie Romańczuka było z numeru zarejestrowanego na firmę Artura Brennera, wrocławskiego biznesmena zajmującego na liście najbardziej wpływowych ludzi w mieście nadzwyczaj wysoką pozycję. I to niezmiennie, od co najmniej kilku lat. Niestety, wstępne przesłuchanie Brennera nie przyniosło oczekiwanych efektów, bowiem zadziwiająco szybko opuścił komendę w czujnej asyście swojego adwokata, nie udzieliwszy słowa wyjaśnienia.

Dodatkowego smaczku sprawie dodał niewątpliwie fakt, że ostatnią osobą, z którą widziany był tego wieczora Romańczuk — a dokładniej: z kim się poszarpał — okazał się niejaki Rafał Kowalczyk, którego DNA potwierdzono w znalezionych przy ofierze włosach, a który nie potrafił podać żadnego alibi na czas zabójstwa. Ponadto był spokrewniony z rodziną policyjnego partnera Duńczyka, Wiktora Halickiego. W związku z powyższym obu oficerów odsunięto od śledztwa, oczywiście ze względu na jego dobro. Partner Sawczuka zaklinał się na wszystkie świętości, że przecież nie mógł mieć wpływu na to, że daleki kuzyn okaże się chłopakiem z miasta, ale „góra” była nieugięta: po niespełna trzech dniach śledztwa obaj oficerowie dostali przymusowy urlop i na tym sprawa miała się dla nich zakończyć. Ale nie dla Duńczyka. Zwłaszcza że od morderstwa upłynął miesiąc, a śledztwo nie posunęło się nawet odrobinę do przodu.

3.

Siedzieli w zaparkowanym kilka kilometrów za Zalesinem samochodzie. Z okien co jakąś chwilę wydostawał się dym z cygara, tworząc w chłodnym, nocnym powietrzu przedziwne obłoki.

— Tyle wiem. Tutaj... — Duńczyk wskazał ręką na tylne siedzenie — mam dokumenty, które zdążyłem ściągnąć, zanim mnie odsunęli.

— Wykradłeś to? — Na Radwanie dosłownie ścierpła skóra, bo skoro ten służbista i lojalny funkcjonariusz systemu zdobył się na takie coś, to musiało być naprawdę bardzo źle.

— Tylko daruj sobie kazania o etyce zawodu — warknął Duńczyk. Pyknął cygarem, po czym wnętrze samochodu kolejny raz wypełniło się drażniąco-mdlącym zapachem. — Rozumiesz, co to wszystko znaczy? — spojrzał na Radwana z napięciem.

— Nie bardzo — stwierdził Tomasz, wzruszając ramionami.

— Zamordowany ostatni kontakt miał z gościem, u którego w kieszeni siedzi pół ratusza. — Duńczyk nabrał w płuca powietrza i wypuścił je ze świstem. — Brenner bawi się w mecenat, wspiera lokalne inicjatywy, wszystko w blasku fleszy i przy aplauzie mediów. Ptaszki na mieście ćwierkają, że radni jedzą mu z ręki, a zdaje się, że facet tłusto karmi... Skoro gość ma takie układy, za chwilę zacznie się zabawa.

— Jaka zabawa? — Radwan wszelkimi sposobami usiłował zebrać myśli.

— No nie mów, że mam ci takie rzeczy tłumaczyć?! — autentycznie wściekł się Duńczyk. — Na telefonie Romańczuka jest odnotowane połączenie przychodzące z numeru, który jest zarejestrowany na firmę Brennera. I to jest dowód. Niezbity. Owszem, adwokat nie kwestionował samego połączenia, ale przypiął się do tego, że przecież Brenner ma kilka numerów, które zostały mu zaoferowane w ramach umowy i które ten rozdysponował wśród swoich najbliższych pracowników. Numerów było siedem, cztery poszły do administracji, ale resztę, w tym ten, z którego było połączenie, Brenner zatrzymał. — Duńczyk pyknął cygarem. — Geolokalizacja wskazuje, że rozmowa była, choć wcale nie musiała być prowadzona z domu, bo obszar wyodrębniony przez techników wskazuje na promień dwustu pięćdziesięciu metrów od willi Brennera. Czyli dzwonił ktoś z domowników albo pracowników zatrudnionych przy domu. Ochroniarze są z firmy zewnętrznej, mają więc swoje telefony. A Brennera, zgodnie z tym, co deklarował jego adwokat, podobno nie było w tym czasie ani w domu, ani nawet w jego pobliżu. Problem polega na tym, że mamy dowód na połączenie, blisko minutowe, więc to nie była pomyłka. Ale gość i tak się wyślizga z tego szybciej, niż komukolwiek przyjdzie do głowy stawiać mu jakieś zarzuty. Za mocno jest ustawiony, za szerokie ma plecy. — Kolejne pyknięcie cygarem. — „Góra” będzie naciskać na wyniki i szybkie zamknięcie śledztwa, zwłaszcza że media już szczekają, więc kogoś szybko udupią. Pójdzie poszlakowy i po temacie. Pan biznesmen, nawet jeżeli własnoręcznie tłukł łbem tego Romańczuka o posadzkę, okaże się ofiarą nagonki medialnej i nieudolności organów ścigania. A ja i Wiktor jesteśmy bezsilni!

— A ten... — Tomasz zastanowił się. — No, ten biznesmen, to w ogóle... kto?

— Brenner? — Duńczyk westchnął ciężko. — Kojarzysz firmę NanoMed? Mają spory zakład produkcyjny pod Wrocławiem. Kupili teren, który, jak się później okazało, nie był inwestycyjny, a poszło na to kilka ładnych hektarów całkiem przyzwoitego lasu. Afera była z ekologami, ale Brenner szybko ukręcił temu łeb. Kupił kilkaset drzewek i ze szkołami nasadzali to przy fanfarach i w asyście mediów... Gość ma taki PR, że klękajcie narody. No co, nic nie kojarzysz?

Radwan bezradnie pokręcił głową. Najwyraźniej ostatnie miesiące spędzone w Zalesinie kompletnie wywaliły go z orbity.

Duńczyk westchnął.

— Facet pojawił się dosłownie znikąd, z mocnym start-upem technologicznym. Jakieś tam nano- czy mikroroboty wykorzystywane w medycynie... Nie wiem, zresztą w tej sytuacji to naprawdę nieistotne — sapnął niecierpliwie. — Firma wystrzeliła w kosmos jakieś pięć lat temu, pomogły pewnie znajomości, no i ze środków unijnych zasilili mu ten start-up. W każdym razie poszło ostro. Ta jego firma to typowy drenaż intelektualny, Brenner z profesjonalnymi agencjami „łowców głów” zatrudnia ludzi w dziale badań i rozwoju maksymalnie na rok. Pompuje po całości i zmienia na świeżaków. Kilka w ten sposób zwolnionych osób się odgrażało, nawet były jakieś procesy, ale z takimi koneksjami Brenner szybko sobie z nimi poradził. Frajerzy zniknęli z pola widzenia i pewnie gdzieś w Bieszczadach uczą informatyki w podstawówce, o ile nawet stamtąd Brenner ich nie wykurzył — skwitował Duńczyk z irytacją.

— Ale nie wiem, co ja mam z tym wspólnego? W świat biznesu raczej nie wchodzę, a co dopiero takiego biznesu. Kwestie informatyczne mam opanowane na poziomie „włącz i wyłącz”... — Radwan pokręcił głową z rezygnacją.

— Słuchaj, ja pomogłem tobie, gdy szukałeś tematu, więc teraz ty mi pomożesz. Masz dobry węch, a ja właśnie teraz potrzebuję tego twojego nosa.

— O nie, zapomnij. — Radwan energicznie pokręcił przecząco głową. — Lena zabroniła mi wchodzić w takie... — zawahał się — prywatne śledztwa. Wiesz...

— dodał, jakby się usprawiedliwiał. — Bardzo tamtą sprawę przeżywała, rozumiesz, ta mała Warska, potem Hozer...

— No ja myślę, że bardzo. Może nawet aż za bardzo — warknął Duńczyk i wbił w Radwana ciężkie spojrzenie. — Bo tak w ogóle, to mimo tego „strachu”

— poruszył palcami — ładnie się z tym wszystkim ogarnęliście. Serio, serio — zakpił.

— O czym ty... — Radwan zmartwiał. — Przecież... No przecież ty sam zamknąłeś sprawę?

— Przypomnij mi, kiedy to pochowali Makaruka? — zapytał z dziwnym uśmiechem Duńczyk. A ponieważ zaskoczony Radwan nie odpowiedział, dodał: — Ty mnie masz za idiotę?

— O co ci chodzi? — Radwanowi wrócił głos.

— O tego waszego beboka. No i o tego, który go utopił... — Pyknięcie cygarem zagęściło i tak już dusznawą atmosferę. — Książka się sprzedała, ale sprawy dotąd nie rozwiązano... A wiesz, dlaczego? — Radwan niepewnie pokręcił przecząco głową. — Bo wam na to pozwoliłem — spokojnie poinformował go Duńczyk.

— Naprawdę myślałeś, że taki jesteś bystry? Czekaj... Jak go tam u siebie nazwałeś...? — Duńczyk udał, że się zastanawia. — Buchta? No tak, Buchta. Buchta zabił beboka, tylko potem nic nie wiadomo, co się z nim stało... Wyjechał? Zmarł? Zabili go? A może sam sobie strzelił w łeb? Nie no, generalnie to pochwalam: będzie zawsze szansa na kontynuację... — zaśmiał się. — A ja się parę miesięcy temu dowiedziałem, że posterunek z miasteczka odnotował w Zalesinie śmierć bezdomnego, którego na swój koszt pochowali przemili i hojni państwo Radwan Tomasz i Grabska Helena... Komendant od siebie dodał, że to takie trochę dziwne było, jak Makaruk zniknął na kilka tygodni, a potem cudownie się objawił, spacerując sobie po wsi, jak gdyby nigdy nic. Jezusek zalesiński — prychnął z kpiną. — Tak na przyszłość: w tego rodzaju sytuacjach lekarz stwierdzający zgon składa pełny raport do prokuratury. Trzeba wykluczyć udział osób trzecich, wyjaśnić przyczynę zgonu i całą resztę tych dupereli. No i właśnie przy tej okazji wyszło, że Makaruk, jako jedyny, nie był przesłuchiwany po zabójstwie Roberta Hozera. Ale prawdę powiedziawszy, mam to głęboko gdzieś, sprawa jest zamknięta. — Wzrok Duńczyka nieco złagodniał. — A ja teraz mam ważniejsze tematy niż fakt, że ktoś, kto zatłukł tego śmiecia Hozera, teraz nie żyje. Hozer dostał za swoje... Ciekawe tylko, że dopiero jak wyłowiliśmy jego zwłoki, to się ludziom w Zalesinie języki rozwiązały — prychnął. — A Makaruk w sumie sprytnie się wywinął — uśmiechnął się z przekąsem Duńczyk. — Zostawiam to już sumieniom prawych mieszkańców Zalesina, którzy mataczyli i utrudniali śledztwo, że o ukrywaniu dowodów i pomocy sprawcy nie wspomnę...

— Wciąż nie wiem, czego ode mnie oczekujesz? — Radwan stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie jak najszybsza zmiana tematu.

— Powiedziałem: skoro przy Hozerze tak się pięknie uwinąłeś, to teraz powęszysz trochę przy sprawie zabójstwa, w które najwyraźniej zamieszany jest Brenner. Sam wiesz najlepiej... Skąd pan biznesmen przyżeglował, z kim się ożenił, jak tam relacje domowe, gdzie jeździ na wczasy, czy ma kochankę albo kochanka, co ćpa i jada na kolację... Rozumiesz? Mam wiedzieć wszystko! Chłopaki z PG skanują już NanoMed, ale myślę, że niewiele znajdą, bo facet jest mocnym graczem i dobrze się zabezpiecza.

— No... a sam zamordowany?

— Co z nim? — zdziwił się Duńczyk.

— A może ten telefon to rzeczywiście tylko przypadek, jakiś zbieg okoliczności, a tak naprawdę sprawa dotyczy tylko tego zabitego? Może to element wojny o wpływy na mieście? — zastanowił się Radwan. — Sam wiesz, że dyskoteki i kluby to idealne miejsce na takie krucjaty... Karki rodzaju tego zabitego zwykle przychodzą po haracz za „opiekę”.

— Zgłupiałeś na tej wsi do cna — skwitował policjant. — Brenner nigdy nie wchodził w miejskie wojenki. Poza tym: porachunki z jednym trupem na koncie? Serio to mówisz? Ty, dziennikarz śledczy?

— Duńczyk, to chyba nie jest najlepsza pora, żebym wysilał mózg, bądź więc taki miły i mów do mnie jak człowiek! — zirytował się Tomasz.

— Właściciel klubu to... — zawahał się Duńczyk — nasz informator. Gdyby cokolwiek mu groziło, pierwszy bym o tym wiedział, tak samo Wiktor.

— No właśnie — uczepił się tego wątku Tomasz. — Może on, ten twój Wiktor, ma coś z tym wspólnego?

— Radwan... — Duńczyk nerwowo podrapał się po policzku. — Skup się: zabili bezrobotnego osiłka, którego stać było na apartament w centrum i dobrą furę. Zabity nie był nigdzie notowany, żadnych mandatów, naruszeń, konfliktów, żadnych oskarżeń z powództwa cywilnego, skarg... No kryształ po prostu. I nagle zostaje naćpany i dosłownie rozmazany na zapleczu szemranego klubu, a ostatni kontakt telefoniczny był z Brennerem, z którym ponoć się w ogóle nie znali? Daj spokój... Jestem więcej niż pewien, że to nie przypadek i pomyłkowe połączenie.

— Nie masz dowodów na to, że rozmawiał akurat z Brennerem. Połączenie było z numeru Brennera, ale niekoniecznie przy telefonie był on. Może ktoś chce faceta w to wrobić? — rzucił Radwan. — No wiesz, konkurencja nie śpi...

— To by mu żonę albo dzieciaka porwali, wykradli technologię, zrobili donos do skarbówki, ale ubić rzekomo przypadkowego koksa? Nie klei mi się to w ogóle...

— A co się klei?

— No nic właśnie... — powiedział Duńczyk z dziwną rezygnacją. — Wiktor zakłada, że być może Romańczuk wiedział o czymś, co dotyczyło Brennera, a co nie powinno wyjść na światło dzienne. Wszystkich, którzy mu zagrażają biznesowo, na sucho i w białych rękawiczkach wykańcza kancelaria z Kolonii. Powodem zabójstwa jest raczej coś, co może dotyczyć prywatnych powiązań Romańczuka i Brennera, takich, wiesz, mocno zapleczowych. Ale co? I skąd w ogóle Brenner znałby kogoś takiego jak Romańczuk? — Policjant w zamyśleniu drapał się po policzku. — Przecież to dwa różne światy.

— Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś pokroju Brennera rozwiązywałby problem w taki sposób? — powątpiewał Radwan. — Teraz sprawy zwykle załatwia się po cichu, czysto i elegancko, a tu był jakiś patolski performance. Rozumiesz, ta zmasakrowana gęba, narkotyki, ktoś się cholernie natrudził, zamiast zrobić mu samobójstwo albo spowodować jakiś wypadek. Myślisz, że Brenner chciałby ryzykować, pozwalając na taką pokazówkę? Trochę to bez sensu...

— Pod garniturem też może być zwyrodnialec, to nawet powszechne zjawisko. Może facet stracił cierpliwość, bo Romańczuk przeciągnął strunę? A może nawet osobiście zatłukł go z pomocą Kowalczyka i zostawił na widoku publicznym jako ostrzeżenie? Kowalczyk też nie ma tę noc alibi: wyszedł z klubu około dwudziestej trzydzieści, tuż po sprzeczce z Romańczukiem. Ale gdzie był, z kim, co robił? Milczy jak zaklęty...

— A jeżeli to sprawa wyłącznie między Romańczukiem a tym, no... Kowalczykiem? Równie dobrze Kowalczyk mógł kogoś poprosić o przysługę.

— Kręcimy się w kółko. — Duńczyk bezradnie wzruszył ramionami. — Ja obstawiałbym jednak Brennera, choć rzeczywiście, biorąc to wszystko na logikę, facet sporo ryzykował. Na przykład po jaką cholerę dzwoniłby do kogoś, kogo za chwilę zlecił wykończyć? I dlaczego? Szukaliśmy jakichś wzajemnych powiązań Brennera i Romańczuka, i to takich z ostatnich dziesięciu lat. Ale, póki co, niczego się nie dogrzebaliśmy — westchnął Duńczyk. — Najbardziej zadziwiające, że Brenner jest kryształowo czysty. Chłopaki z Interpolu nic nie znaleźli na jego temat... Oficjalnie wypłynął dopiero w momencie, gdy rejestrował firmę, niespełna sześć lat temu. Co ciekawe, zrobił to na terenie Niemiec, siedziba jest w Kolonii, ale centrala we Wrocławiu. Za gładkie to wszystko, za czyste, nie lubię tego — skrzywił się policjant. — Życiorys Brennera jest zadziwiająco krótki i przejrzysty: paszport, niemieckie ubezpieczenie, dyplom inżynierski... Ktoś go sfabrykował jak agenta wywiadu.

— A Troll? — nagle przypomniał sobie Radwan. — Może on coś wygrzebie?

— Troll... — zawahał się Duńczyk. — Troll, mimo usilnych starań, niczego nie wygrzebał sprzed założenia przez Brennera firmy. To Polak, ale wiemy, że ma niemieckie obywatelstwo. Pierwszy ruch w sieci dotyczący Artura Brennera jest sprzed mniej więcej siedmiu lat, a wcześniej: kompletna cisza. Więc, póki co, Troll rozpuścił wici i czeka na jakikolwiek ślad. W każdym razie wygląda to tak, jakby Brenner przyjechał do Polski, bo najprawdopodobniej musiał przed kimś lub przed czymś w Niemczech uciekać.

— A jak i kiedy w ogóle tam się znalazł? Mówiłeś, że to Polak, ale nazwisko raczej niekoniecznie słowiańskie.

— Sprawdzamy. Znaczy... — poprawił się. — No, chłopaki sprawdzają... Przez to cholerne Schengen teraz nawet nie da rady sprawdzić, kto i kiedy wyjechał albo wracał...

— A ten twój Wiktor naprawdę nie wiedział, czym zajmuje się jego kuzyn?

— Ty, jak rozumiem, znasz każdy ruch wszystkich członków swojej rodziny? — zakpił Duńczyk. Radwan bezradnie wzruszył ramionami. — No właśnie... O ich pokrewieństwie dowiedzieliśmy się dopiero w toku śledztwa.

— Eee... Jakieś to takie... mało prawdopodobne — prychnął Radwan. — Obaj mieszkali we Wrocławiu i nigdy się nie spotkali?

— A ty kiedy widziałeś się z ojcem? — wypalił Duńczyk, ale widząc minę Radwana, od razu się wycofał. — Obaj pochodzą z Podlaskiego, tyle że Wiktor mieszkał w Białymstoku, a Kowalczyk gdzieś w okolicy Włodawy. Halicki dostał w zeszłym roku awans, przenieśli go do Wrocławia, ściągnął tu żonę i dzieciaki. A z kuzynem stracił kontakt jak byli jeszcze dzieciakami. Ja swoich kuzynów ostatni raz widziałem, gdy matka zrobiła rodzinny spęd na moją pierwszą komunię. I pewnie już ich nigdy w życiu nie zobaczę, bo na ślub raczej ich nie zaproszę — mrugnął do Radwana porozumiewawczo. Fakt, sformułowanie „żonaty Duńczyk” był najlepszym przykładem oksymoronu.

— Może rzeczywiście masz rację i wszystko to jest konsekwencją jakiejś sprawy jeszcze z tamtej strony Odry? — Wrócił do poprzedniego wątku Radwan. — Bo skoro tu Brenner jest nieskazitelny, to albo bardzo dba o reputację, albo ma kogoś, kto mu ten jego wypielęgnowany życiorys skutecznie czyści z plam wszelakich. Pytanie, komu tak nadepnął na odcisk?

Duńczyk wzruszył ramionami.

— Mówiłem, nie mam żadnego punktu zaczepienia. Pewne jest tylko, że taka figura to idealny cel ataku. Jakiegokolwiek — westchnął Duńczyk. — Bo niepokojące jest to, że na miejscu zabójstwa dostaliśmy na tacy dosłownie festiwal dowodów. — Radwan patrzył na niego nierozumiejącym wzrokiem, więc zaraz dodał: — Oprócz tego połączenia tuż przed zabójstwem z numeru zarejestrowanego na Brennera, było jeszcze nieco materiału do ustalenia DNA: włosy, niedopałek, ślina... Wszystko dziwnie blisko zwłok i wyglądające na dość toporną mistyfikację. Co ciekawe, włosy należały do Kowalczyka, tego kuzyna Wiktora, ale nie były jedyne, które tam znaleźliśmy. — Radwan podniósł w zdziwieniu brwi, więc policjant dodał: — Był jeszcze jeden włos: długi, prawdopodobnie należący do kobiety. Czeka w kolejce na badanie. Co do niedopałka, to ponieważ Kowalczyk w ogóle nie pali, chcieliśmy pobrać próbkę DNA od Brennera, ale adwokat sprytnie to ukręcił, bo Brenner był póki co przesłuchiwany w roli świadka, a nie podejrzanego.

— Nie mogliście dać mu zapalić podczas przesłuchania albo dać mu szklankę wody?

Duńczyk uśmiechnął się z politowaniem.

— Brenner podczas przesłuchania niczego nie dotknął, adwokat odsuwał mu krzesło i otwierał drzwi. Obaj odmówili papierosa, wody, kawy, Brenner nawet na moment nie położył rąk na stole. A że nie mieliśmy podstaw, żeby go zmusić do pobrania próbki śliny, to... było po wszystkim. Poza tym, wedle przedstawionych dowodów, Brennera w ogóle nie było w tym czasie we Wrocławiu. — Duńczyk nerwowo podrapał się po brodzie. — Podobno był na jakimś spotkaniu biznesowym pod Katowicami, które... w ogóle się nie odbyło, tylko jakoś nikt nie może tego poświadczyć. Brenner nie chce udzielać żadnych informacji, zasłania się tajemnicą handlową. Ten jego mecenas to lepszy cwaniak. Na przesłuchaniu tak chłopaków ograł, że o mały włos, a dostałby po pysku. Posłużyli się GPS-em z samochodu Brennera, no i wyszło, że ten rzeczywiście był poza Wrocławiem... W ciągu godziny było w zasadzie po temacie. Po kolei wykpili wszystkie pytania, a co gorsza, zdaje się, że będzie sprawa w sądzie o nękanie... Cokolwiek się stało na zapleczu klubu i z jakiegokolwiek powodu, Brenner stanie na głowie, żeby nikt go z tym nie łączył. A wiesz dlaczego? — Radwan zaprzeczył ruchem głowy. — Bo go na to stać... Kurwa! — krzyknął nagle Duńczyk. — A ja mam bezczynnie patrzeć na to z boku?! Muszę, rozumiesz?! Muszę wiedzieć, co się wydarzyło, zanim ktoś przefasonował gębę temu Romańczukowi, i to jak najszybciej! Wyjaśnię to, choćbym miał przy tym zaryzykować wszystko!

Radwan stwierdził, że w tym stanie widzi przyjaciela po raz pierwszy. Zwykle pewny siebie, zdecydowany i precyzyjny w działaniu, teraz wyglądał na kompletnie rozbitego.

— Dobra, przyjadę do ciebie za jakieś dwa, trzy dni i dogadamy temat.

— Za dwa albo trzy dni to już może być po sprawie — warknął zirytowany Duńczyk.

— Nic nie poradzę. Lena... Rozumiesz...

Duńczyk westchnął z rezygnacją.

— Dobra, odwiozę cię i czekam we Wrocku. Maksymalnie dwa dni, nie więcej — zastrzegł. — Weź teczkę z papierami, ja już mam wszystko poskanowane. Za chwilę odezwie się do ciebie Troll, więc masz już gwarantowane wsparcie.

* * *

To było trudne. Trudniejsze niż cokolwiek do tej pory. Niż wszystko, przez co w swoim krótkim życiu przeszła.

Babcia zawsze jej powtarzała, żeby nigdy chwaliła się tym, co potrafi albo w czym jest naprawdę dobra. Pozostawienie tego w strefie niedopowiedzeń pozwalało wykorzystać swoje umiejętności przeciw wrogom. A ona właśnie w tym jednym była świetna: potrafiła naprawdę długo wstrzymywać oddech, nawet mimo bólu rozsadzającego płuca i czaszkę. Zawsze po awanturze w domu chowała się do łazienki, nalewała pełną wannę wody i zanurzała się pod jej powierzchnią, wygłuszając ostatnie odgłosy bójek i przekleństw, z ulgą unosząc się w ciszy, która niemal przenosiła ją do innego świata.

Wtedy wypłynęła, gdy tamci dotarli do brzegu. Wynurzyła się powoli, żeby nie zakłócić naturalnego szumu rzeki, sukcesywnie wyrzucając kamienie, którymi była obciążona. Pozwoliła, żeby łagodny prąd zaniósł ją kilkadziesiąt metrów dalej. Leżąc na plecach, dryfowała w bezruchu i starała się oddychać przez usta, bo z najprawdopodobniej złamanego nosa wydobywały się dziwne bąble, otoczone cieniutką błonką ze śluzu i krwi, uniemożliwiające nabranie powietrza.

Co wtedy czuła? Niewiele. Nie było w niej strachu, nienawiści, poczucia krzywdy. Skupiła się na tym, żeby dopłynąć do brzegu, wyjść i doczekać do zmroku. Nie było zimno, ale adrenalina powoli się neutralizowała, wprowadzając całe ciało w dygot. Po kilku godzinach siedzenia w mokrych ciuchach chłód zaczął jednak przenikać ją do szpiku kości. Ale przynajmniej pulsowanie w nosie było mniej odczuwalne, jakby wychłodzenie organizmu litościwie rozpoczęło proces paraliżującej nerwy hibernacji, pozwalającej przetrwać ataki bólu.

A potem wstała i poszła w kierunku miasteczka.

4.

Duńczyk odwiózł Tomasza do rogatek Zalesina, a potem przemknął przez wieś.

Zaczynało świtać, gdy Radwan wszedł na podwórko i usiadł na ławeczce tuż pod ścianą budynku. Z kieszeni dresów wyjął papierosy i zapalniczkę, chwilę się wahał, a potem zapalił. Dym w chłodnym i niemal bezwietrznym powietrzu poranka unosił się pionowym słupem, wprost do okien ich sypialni, ale w tej chwili był to najmniejszy problem.

Tomasz zaciągnął się łapczywie i wolno wypuścił kolejny obłok dymu. Szlag, nie tak to wszystko miało wyglądać. Sprawa z Hozerem powinna była się zakończyć z chwilą, gdy wrocławska policja pod dowództwem Duńczyka po raz ostatni przesłuchała wszystkich mieszkańców Zalesina i — choćby z braku poszlak — zakończyła śledztwo. Dwa miesiące później Makaruk wyszedł z ukrycia, a krótko potem Lena zawiozła go niemal siłą na badania, bo nieustający kaszel przestał być irytujący, a zaczął poważnie niepokoić. Zdiagnozowany rak zżerał wątłe, przepalone płuca Makaruka w nieprawdopodobnym tempie, ale nikt nie był w stanie zmusić Józia do położenia się na szpitalnym łóżku i włożenia do nosa rurki z tlenem. Jeszcze przed nadejściem wiosny w Zalesinie najpierw odbył się pogrzeb Jakuba Hozera, a w niecały miesiąc później — Józia Makaruka, którego znalazła Domańska. Na obu był cały Zalesin. Nikt nic nie mówił, ale i tak każdy z obecnych wiedział to, co wiedzieć powinien. A potem już wszyscy zaczęli żyć związkiem Leny i pana redaktora, którzy oficjalnie zamieszkali razem kilka dni po pogrzebie Józia.

Tomasz przez parę miesięcy bardzo chciał poczuć, że wreszcie znalazł spokojną przystań, gdzie dotychczasowy zamęt nie docierał; przystań chroniącą jego i Lenę. Ale w miarę upływu czasu ta nieformalna izolacja zaczęła go najpierw nużyć, a z czasem wręcz męczyć. Zrobiło się szaro, trywialnie, wszystko spowszedniało... Czuł, że ten spokój go oblepia, unieruchamia, pozbawia najmniejszej inwencji. Dusił się. Stał się nerwowy, opryskliwy, każda niemal rozmowa z Leną kończyła się kłótnią. Co gorsza, zamówiona przez Kuriatę kolejna powieść nie była nawet w powijakach, gorzej: Radwan jej w ogóle nie zaczął. Każdy pomysł okazywał się niewart kontynuacji, był płaski i bez możliwości zbudowania wokół niego fabuły. Być może Duńczyk pojawił się ze swoimi problemami w idealnym momencie? Jeżeli dobrze to rozegra, istnieje szansa, że i on coś na tym zamieszaniu skorzysta. Wyjedzie stąd, złapie oddech, wróci na stare tory, a przede wszystkim zajmie się wreszcie swoimi sprawami, jak przez ostatnie lata. Pozostaje jeszcze temat Leny...

Tomasz uważnie zgasił papierosa, bez wyraźnego powodu podszedł do kojca, pozwolił obwąchać dłonie trzem wielkim, mokrym psim nosom, a potem wszedł do domu i z dziwnym wysiłkiem pokonał schody na piętro.

5.

Tomasz delikatnie położył się obok Leny i wspierając na łokciu, przez chwilę wsłuchiwał się w jej regularny, spokojny oddech. Nieznacznie uspokojony przytulił głowę do poduszki i wtedy Lena zapytała:

— Czego chciał?

— Kto? — Radwan aż drgnął. Rany boskie, ta kobieta miała sensory jak echosonda.

— No, Marcin przecież — odpowiedziała z lekką irytacją. — Po co przyjechał?

— A tak... Po prostu... Pogadać — odparł Tomasz swobodnie.

— O trzeciej w nocy pogadać? — zakpiła Lena. — I nie zaprosiłeś go nawet na herbatę? Na śniadanie? Cokolwiek? — Uniosła się i odwróciła głowę w kierunku Radwana. — Rozmawialiście w samochodzie, na dodatek gdzieś pojechaliście. Nie sądzisz, że cała ta niespodziewana wizyta wygląda dość... — nabrała powietrza — dziwnie?

— Nie wiem, co mam ci powiedzieć. — Tomasz poczuł się przypierany do muru, co wywołało w nim irytujący dyskomfort.

— Prawdę — odparła.

— Boże, Lena, o co ci znowu chodzi?

— Znowu? — zdziwiła się. — Znowu? — powtórzyła z dziwnym żalem. — Dlaczego to powiedziałeś? Ostatnio często tego słowa używasz, gdy tylko coś do ciebie powiem.

— Oj, przestań się doszukiwać, okay? Duńczyk... — Radwan chwilę się zawahał. — Po prostu przyjechał i chciał pogadać. — Lena otworzyła usta, więc szybko ją uprzedził: — Tylko ze mną. Ty mnie też jakoś we wszystko nie angażujesz... — Tomasz odwrócił wzrok i całą uwagę skupił na prostokącie okna, za którym powoli i dość ospale budził się dzień.

— Coś się stało... — raczej stwierdziła, niż zapytała Lena. — Powiedz, o co tu chodzi? — Ponieważ Tomasz milczał, dodała ciszej: — Tomek... — Niespodziewanie się do niego przytuliła. — Ja już nie chcę, rozumiesz? Chcę mieć wreszcie spokój... To nie jest dobry czas na takie... — Nie dokończyła.

— O czym ty mówisz?

Wzięła jego rękę i dotknęła swojego brzucha.

— O tym.

Wyraźna, niebudząca wątpliwości wypukłość wywołała w Tomaszu wyrzuty sumienia.

— Lenka, kochanie, ja muszę mu pomóc — próbował ją jakoś udobruchać. — Niepotrzebnie się tym w ogóle przejmujesz...

— Ty musisz pomóc policjantowi? W czym niby?

— Mam tylko trochę powęszyć, popytać. Wiesz, takie dziennikarskie, kompletnie bezpieczne śledztwo: świat biznesu, wałki gospodarcze... To wszystko. — Bardzo się starał, żeby jego głos brzmiał spokojnie i pewnie. Nie udało się.

— Tomek... Odpuść, proszę cię... Nie daj się w nic wmanewrować. Poza tym, skoro policjant przyjeżdża tu nieoficjalnie, w nocy i na osobności prosi cię o pomoc, to przyznasz, jest w tym coś nie tak?

— Lena, skarbie, no mówię przecież, że to nic takiego. — Uśmiechnął się z wysiłkiem.

— Z Hozerem to też było nic takiego? — odpaliła Lena. — Chyba nie muszę ci przypominać, że dla nas ta sprawa wciąż jeszcze się nie zakończyła? — Sprawiała wrażenie, jakby miała się rozpłakać.

Radwan zacisnął usta i szybko wstał.

— To zupełnie co innego — warknął. — A my, zdaje się, umawialiśmy się przecież, że nie będziemy już o tym rozmawiać — przypomniał. — Poza tym, Marcin to mój przyjaciel. Jedyny...

— Tomasz! — krzyknęła Lena i usiadła gwałtownie.

— Nie jesteś mu nic winien! On ma swoje życie, swoją pracę, swoje problemy... Sądziłam... Myślałam, że jest ci tu dobrze... Więc dlaczego wszystko to wygląda tak, jakby cię ta prośba ucieszyła?

— Co ty w ogóle mówisz?! — Tomasz w rzedniejącym mroku starał się spojrzeć jej w oczy. — Sądzisz, że ucieszyło mnie, że Duńczyk ma problemy?

— A nie? — odbiła piłeczkę. — Dziwnie szybko się zgodziłeś — stwierdziła. — I mam wrażenie, że tak naprawdę to wcale nie chodzi tu o Duńczyka, tylko o to, że możesz stąd choć na jakiś czas wyjechać... Bo decyzję podjąłeś już tam — głową wskazała na okno — na ławce, prawda? To co, on jest dla ciebie ważniejszy?

— sięgnęła po najbardziej żałosny argument.

Radwan westchnął z rezygnacją i ciężko usiadł przy Lenie. Chwycił jej twarz w obie dłonie, a potem przyciągnął ją do siebie.

— On wie... — powiedział jej wprost do ucha i Lena aż się odchyliła.

Zaczęła szybko oddychać.

— O czym? — zapytała, choć doskonale wiedziała, co Tomasz ma na myśli.

Radwan milczał, ale nie wypuszczał z dłoni jej twarzy, wciąż wbijając w nią uważne spojrzenie.

— Zwariowałeś... To niemożliwe... Przecież... Skąd w ogóle... — Lena z wysiłkiem zbierała myśli.

— Wie i już. — Tomasz postanowił nie wdrażać Leny w szczegóły jego rozmowy z Duńczykiem. — Ale nic z tym nie zrobi, rozumiesz? Sam powiedział, że już nic nie można z tym zrobić, to nie miałoby sensu... Jesteśmy bezpieczni.

— Ach, tak? — powiedziała Lena z dziwną złością. — Czyli masz mu podziękować, że sprawy nie rozgrzebał? Bardzo ciekawy sposób na okazanie mu wdzięczności, przyznasz... — Ponieważ Tomasz zacisnął usta, krzyknęła: — No, powiedz coś!

Wciąż milczał.

— On... On nie ma prawa! Właśnie jako przyjaciel nie powinien cię o to prosić — powiedziała Lena, czując jednak, że wynik ich rozmowy jest z góry przesądzony... — Obiecałeś... Obiecałeś mi... — Nagle coś jej przyszło do głowy. — A może ci groził? Szantażował?

— Co ty pleciesz?! — Radwan popatrzył na nią zaskoczony. — Marcin jest w cholernie trudnym położeniu, rozumiesz? Z przyczyn formalnych odsunęli go od sprawy w połowie śledztwa, jest bezsilny, zwrócił się do mnie jak do przyjaciela. Ty na moim miejscu byś nie pomogła? — zapytał cicho.

— Nie jestem na twoim miejscu — powiedziała Lena po chwili, nagle zaskakująco spokojnie. — Jutro do niego zadzwonisz i powiesz, że ze względu na mój stan nie będziesz się narażał i bawił się w jego wywiadowcę. Rozumiesz?

— Nie zaczynaj...

— Bo co?

— Porozmawiamy o tym jutro, teraz to nie najlepszym moment.

— Ja do jutra zdania nie zmienię — odparła Lena, położyła się tyłem do Tomasza i przyłożyła głowę do poduszki.

— Ja też! — warknął Radwan i wyszedł z sypialni. Zbiegł na dół i otworzył jeden z dawno nieużywanych pokoi gościnnych, a potem z furią runął na łóżko i pomyślał, że powiedzenie „być między młotem a kowadłem” ma swoje głębokie uzasadnienie.

CZWARTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PIĄTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

SOBOTA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

NIEDZIELA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PONIEDZIAŁEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

WTOREK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

ŚRODA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

CZWARTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PIĄTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

SOBOTA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

NIEDZIELA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

NIEDZIELA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PONIEDZIAŁEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

WTOREK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

ŚRODA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

CZWARTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PIĄTEK

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

SOBOTA

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

EPILOG

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.

PRZYPISY

Niedostępne w wersji demonstracyjnej.