Strażnicy Starego Lasu 2. Miecz Lelka - Grzegorz Gajek - ebook
NOWOŚĆ

Strażnicy Starego Lasu 2. Miecz Lelka ebook

Grzegorz Gajek

5,0

Opis

Choć przeklęta mgła ustąpiła, misji Lelka i jego przyjaciół daleko jeszcze do końca. Zbliża się listopadowe święto Powłóki, czas, gdy granica pomiędzy światem żywych a światem umarłych staje się cienka, by nowe dusze mogły zająć miejsce starych. Tyle że coś zaburza zwyczajowy cykl. Leśne istoty zachowują się, jakby powoli traciły rozum.

Jakby tego było mało, w Starym Lesie wyrasta nowa potęga, tajemnicza istota zwana Królem Wierzb. Czy okaże się ona wrogiem, czy sprzymierzeńcem? I czy Lelkowi, Modraszce, Fafkelowi i Mojmirowi uda się wreszcie przywrócić równowagę w pradawnych kniejach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Korekta: Dorota Piekarska

Projekt okładki: Piotr Sokołowski

Ilustracje: Witold Vargas

Copyright © Grzegorz Gajek 2020

ISBN 978-83-7686-898-1

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Patroni medialni:

Ojcu,

bo czemu nie

ROZDZIAŁ I. Coś się zaczyna

Burza przyszła nagle.

Z jasnego nieba spadł wicher, który pobudził dziwne głosy wśród puszczy. Gwizdało coś i wzdychało coś, drzewa jęczały, pochylając korony, a od ściany lasu ku przycupniętej w zakolu rzeki osadzie poniósł się szmer jak gdyby tysięcy pajęczych odnóży. Ziemię zasypał grad drobniutkich gałązek i liści, i szyszek, i igieł. Potem uderzyła pierwsza fala deszczu, krótka, urwana, jakby ktoś cisnął garścią grochu. Ratatat.

Wandena siedziała akurat na pniaku przed chałupą i splatała niesforne kudły swego braciszka w warkoczyki. Chłopiec, czteroletni smark bez butów i w za dużej koszuli, naburmuszył się, ale przyjmował torturę w pełnym pokory milczeniu. Kiedy jednak w twarz uderzyły go zimne, zaskakująco twarde krople, ni z tego, ni z owego zaczął beczeć.

– Ciii, czego gębę piłujesz, głupi? – Dziewczyna uszczypnęła malca w ucho, przywołując go do porządku. – Siedź cicho. Zaraz zrobię sobie z ciebie piękną siostrzyczkę.

Robota pochłaniała ją na tyle, że nie zwracała większej uwagi na to, co się dzieje wokół. Nie obawiała się deszczu; dzień był dotąd słoneczny, mimo iż listopad zbliżał się wielkimi krokami. Obojętnie starła odrobinę wody z nosa i właśnie miała zacząć kolejny splot, kiedy w drzwiach chałupy coś zaszemrało. Z izby, wzdychając ciężko i mrucząc pod nosem zaklęcia przeciw złemu, wyszedł ojciec.

Dopiero wtedy do Wandeny dotarło, że coś jest nie tak. Włosy brata wysmyknęły jej się z palców, przedramiona pokryła gęsia skórka. Dziewczyna uniosła głowę. Patrzyła chwilę za ojcem kroczącym przez podwórzec, nie wiedząc, nie podejrzewając nawet, że ogląda go po raz ostatni.

W głowie wyroiły jej się myśli osobliwe. W ojcowej sylwetce z jakiegoś powodu dostrzegła własne odbicie – był drobny jak ona, żylasty jak ona, silny jak ona; jak ona miał czarne włosy i błękitne oczy, i nos obsypany piegami. Szedł śmiało, sprężystym krokiem, spoglądając wysoko, w górę, tam, gdzie przez błękitne niebiosa pędziła kawalkada czarnych burzowych chmur.

Wtem pociemniałe obłoki pękły, a spośród nich wyłoniło się ogromne wężowe cielsko przesłonięte granatowym, sypiącym pioruny welonem. Na grzbiecie stwora, tuż za masywną ptasią głową, coś majaczyło – coś jakby ludzka postać z powiewającą na wietrze czarną peleryną i białymi włosami.

Osobliwy widok jawił się oczom Wandeny tylko przez krótką chwilę, bo na osadę zaraz spadła kolejna fala deszczu. Było to tak, jakby ktoś rzucił przeolbrzymią, wydymającą się na wichrze zasłonę. Chaty i stojący przed nimi ludzie zniknęli wśród dżdżu. Zniknął też ojciec.

Dziewczyna z bijącym sercem poderwała się z ławy.

– Do środka, gamajdo! – syknęła, popychając braciszka prosto w ramiona przelękłej matki, która wychylała się właśnie przez drzwi. Następnie, nie bacząc na to, że przemoczona w oka mgnieniu sukienka już klei jej się do skóry, pognała przed siebie. – Ojcze! Ojcze! Oj…

Gwałtowny podmuch wiatru wtłoczył Wandenie słowa z powrotem do ust. Dziewczyna pośliznęła się, zachwiała. Siekący bez litości deszcz pchnął ją i byłaby upadła, gdyby ktoś jej nie podtrzymał. Nigdy się nie dowiedziała, kto to był – w każdym razie nie ojciec. Przez jedno uderzenie serca czuła na ramionach uścisk pulchnych kobiecych dłoni – pewno którejś z gospodyń – potem powietrze rozdarł huk gromu. Coś runęło z przestworzy i porwało kobietę.

Wandena krzyknęła głośno. Odskoczyła w tył. Przed oczami mignął jej potężny łuskowaty ogon. Uszu dobiegł dziwny chrzęst, później trzask pękającego drewna. Ponad ryk burzy wyrwały się przerażone głosy.

Dziewczyna upadła. Serce trzepotało jej w piersi jak oszalałe, w uszach huczało. Z głowy wyparowały wszelkie myśli, nawet – czego miała już zawsze się wstydzić – myśl o odnalezieniu ojca. Został tylko bezrozumny strach.

Nogi drżały jej tak, że nie była w stanie się podnieść. Brnęła więc dalej na czworakach, umazana błotem, z twarzą oklejoną mokrymi włosami. Nie płakała, bo nie wiedziała jeszcze, że płakać powinna. Nie miała pojęcia, dokąd zmierza. Nie do domu. Dom zniknął. Ojciec zniknął. Zniknęła osada. Uciekać można było tylko dalej. Dalej. Przed siebie.

Opamiętanie przyszło dopiero, kiedy dziewczyna posłyszała wkoło szum inny niż deszczu, kiedy poczuła ostre łodygi tataraku tnące skórę i runęła prosto w objęcia płynącej nieopodal wioski rzeki. Płytka mulista woda wydała jej się zadziwiająco ciepła. Wandena uniosła się na kolana, później na nogi.

Przez chwilę trwała w bezruchu. Nie potrafiła zapanować nad sercem i oddechem, lecz powoli odzyskiwała zdolność trzeźwego rozumowania, choć jej umysł podrygiwał jeszcze ospale niczym oszołomiona powietrzem ryba. Musiała wracać. Musiała wracać po braciszka i rodziców. Nie mogła się bać. Zawsze była przecież dzielna. Tylko jak być dzielnym wobec takiego potwora, wobec przerażającej wężowej kreatury, która spadła wprost z nieba?

Wśród dżdżu zamajaczyła jakaś postać. Dziewczyna spięła mięśnie gotowa do skoku. Ktoś szedł ku niej – człowiek! To musiał być jeden z mieszkańców osady. A jednak coś w głębinach duszy krzyczało, że powinna biec, jak najszybciej i jak najdalej.

Tataraki zafalowały, plusnęła woda. Uszu Wandeny dobiegł dźwięk, którego w życiu by się nie spodziewała. Zbliżający się nieznajomy śpiewał półgłosem. Tak cicho, że nie powinna go w ogóle słyszeć. I dopiero wówczas zdała sobie sprawę, że ryk burzy i krzyki jej współplemieńców przycichły. Miała wrażenie, że jakimś sposobem przeniosła się o wiele tysięcy kroków od domu, do obcego miejsca, gdzie próżno by szukać kogokolwiek poza nią oraz urodziwym białobrodym mężczyzną, który właśnie wyłonił się z przybrzeżnego szuwaru.

Nie był to nikt z osady. Nie widziała go wcześniej, w dodatku miał na sobie dziwne obcokrajowe odzienie – wysokie buty, wąskie spodnie, piękną lnianą koszulę i czarny płaszcz z połyskliwej materii. Deszcz zdawał się nie imać się nieznajomego i tylko obłok jakiś – może cień, może mgła – toczył się leniwie jego śladem.

Ujrzawszy dziewczynę, przybysz się uśmiechnął.

– Co za sympatyczne dziewczątko – powiedział głosem przyjemnie wibrującym, ani bardzo wysokim, ani bardzo niskim.

Nieznajomy podszedł do Wandeny i uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć jej podbródka. Dziewczyna cofnęła się odruchowo.

Białobrody skinął głową. Opuścił rękę.

– Będę z tobą szczery – rzekł. – Nie masz po co wracać. Tam nie ma już nic żywego. Uciekaj. Uciekaj, nim przyjdą po ciebie stworzenia, które żyją w lesie.

* * *

Wandena miała zapamiętać ten dzień jako dzień bez wieczoru. Ciemność zapadła niespodziewanie pośród powodzi złotego jesiennego światła, aby już nie ustąpić, choć ustał deszcz i umilkła burza.

Dziewczyna posłuchała rady nieznajomego. Uciekała. Najpierw rzeką, później przez wysokie trawy i chaszcze przybrzeżnych łęgów, bo bała się lasu. Nie miała pojęcia, kiedy zgubiła buty, nie żałowała ich jednak, gdyż od wilgoci stały się ciężkie i ocierały kostki. Nie czuła zresztą ani kamieni, ani raniących palce badyli, a jedynie dojmujący chłód.

W końcu ogarnęła ją rezygnacja. Nie wiedziała, dokąd zmierza, ale była już tak zmęczona, że zapomniała zupełnie o żalu i strachu. Pozwoliła, aby nogi poniosły ją naprzód – gdziekolwiek. I tak zbłądziła między drzewa, w dąbrowę. Otoczyła ją nieprzenikniona ciemność przesycona zapachem gnijących liści i wilgotnej ziemi. Dęby huczały wokoło, gaworzyły. Wąska, wydeptana przez zwierzęta ścieżka prowadziła w nicość.

„Śnię – stwierdziła w duchu dziewczyna. – Zaraz ktoś wejdzie do izby, a wówczas się przebudzę”.

Coś trzasnęło za jej plecami. I faktycznie poczuła się tak, jakby spała i dopiero teraz przyszła do siebie. Zatrzymała się. Zadygotała. Dotarło do niej, że ma na sobie wilgotną sukienkę, a noc jest zimna, że drży od dłuższego czasu i szczęka zębami. Poczuła też ból w stopach i aksamitną śliskość listowia pod nimi.

Obejrzała się – bardzo, bardzo powoli. Daleko, w ciemności, pomiędzy niewyraźnymi sylwetkami pni błysnęła para ślepi.

„To wilk – pomyślała Wandena. – To bardzo wielki wilk”.

Zniknęły drętwota i obojętność. Lęk powrócił, choć nie tak silny jak wcześniej. Przytłumił go gniew.

Dziewczyna z pewnym zaskoczeniem uświadomiła sobie, że nie zamierza się poddawać. Choćby nie wiadomo co, zamierzała przetrwać. Bo wraz z nią zginęłaby pamięć. A na to nie mogła pozwolić.

Ostrożnie postąpiła krok wstecz, potem drugi. Poczuła łaskoczące ją w policzek liście, skręciła więc delikatnie, aby nie zejść ze ścieżki, i cofała się dalej. Przez chwilę maszerowała w ten sposób – rakiem, nie spuszczając wzroku z wpatrzonych w nią oczu. Potem obróciła się, przyspieszyła. Marzyła o tym, by pomknąć naprzód, lecz wiedziała, że w mroku potknęłaby się zaraz o wystający korzeń lub wpadła na drzewo. To zaś oznaczałoby koniec.

Bez przerwy czuła jednak, jak wejrzenie połyskujących ślepi ślizga jej się po karku, pełza po plecach. Ciarki ją brały. Po pewnym czasie nie wytrzymała: przystanęła znów i obejrzała się przez ramię.

W gęstwinie lśniły teraz nie dwa, a cztery jaskrawe punkciki.

Wandena przełknęła ślinę.

Nagle coś załopotało jej nad głową, a nocną ciszę rozdarło przenikliwe wołanie puchacza. Posłyszała świst głaszczących powietrze skrzydeł. Skuliła się mimowolnie, gdy szary, przypominający widmo kształt przemknął tuż obok niej. Wśród zarośli rozbrzmiały dźwięki gwałtownej szamotaniny. Później las ucichł, znieruchomiał.

Dziewczyna odetchnęła, wyprostowała się, uniosła głowę. Śledzące ją oczy zniknęły.

Wandena obróciła się wokół własnej osi, próbując przebić wzrokiem ciemność. Z jakiegoś powodu zniknięcie tajemniczych prześladowców wytrąciło ją z równowagi dużo bardziej niż ich wcześniejsza obecność. Długą chwilę trwała w miejscu niezdecydowana – czekając, aż może ślepia pojawią się znów – nim wreszcie postanowiła podążać dalej ścieżyną. Ale stąpała teraz ostrożniej i wstrzymywała dech, by nie robić najmniejszego choćby hałasu. Nadstawiała też uszu, choć tętno tak jej w skroniach dudniło, że wątpiła, aby była w stanie cokolwiek usłyszeć.

A jednak, gdy przebyła kolejnych kilkadziesiąt kroków, dobiegł ją osobliwy szmergot, jakby ktoś wybijał rytm, uderzając o ziemię szmacianymi gałganami. Ta-ta-tap, ta-ta-tap. Dźwięk narastał. Coś mknęło pośród drzew, coraz szybciej.

„Wilk – pomyślała jeszcze dziewczyna. – Albo żbik”.

W następnej chwili na ścieżkę wystrzelił jakiś kształt. Nie wydał z siebie żadnego głosu, słychać było tylko, jak orze ściółkę pazurami. Wandenę uderzył smród mokrej sierści. Niewiele widziała, ale w kłębiącym się mroku wyczuła eksplozję siły i zwierzęcej wściekłości. Nie miała innego wyjścia. Rzuciła się do ucieczki.

Z początku szło nieźle. Stopy, choć bose i poranione, niosły ją chyżo, a rytmiczne ta-ta-tap za plecami dodawało skrzydeł. Szczęście jednak – jak to zwykle bywa – szybko zawiodło. Wystarczył jeden fałszywy krok, wystarczyło, że nie dość uniosła nogę; zahaczyła o coś. W goleni odezwał się dojmujący ból. Dziewczyna runęła na ziemię, czemu towarzyszył trzask pękającego drewna. Przeszkoda okazała się leżącym w poprzek ścieżki przepróchniałym konarem.

Bestia dotarła do niej w mgnieniu oka. Wandena chwyciła koniec konaru, o który się potknęła, i szarpnęła z całych sił. Zdołała oderwać grubą gałąź. Zamachnęła się nią jak maczugą, na oślep. W ciemnościach rozbrzmiało głuche chrupnięcie. Stworzenie – czymkolwiek było – zaskomlało. Odtoczyło się na bok i zaczęło dziwnie prychać, jakby się krztusiło.

Dziewczynę kusiło, aby zaatakować raz jeszcze, ale szybko odrzuciła tę myśl. Poderwała się ponownie do biegu. Liczyła na to, że stwór zrezygnuje z dalszej pogoni. Zwłaszcza, że nie miała pojęcia, jak długo będzie jeszcze w stanie uciekać. Niestety miarowy tupot łap na ściółce rychło rozwiał te nadzieje. Co gorsza, zdało jej się, że dźwięk dobiega teraz z kilku stron jednocześnie.

Łowy dopiero się zaczynały.

„Nie dam rady – pomyślała Wandena. – Nie mogę już. Proszę, nie dam rady. Niech ten las już się skończy. Niech się skończy. Niech się skończy…”.

I wtem, dziwna rzecz, smagające ją po twarzy i uniesionych w obronnym geście ramionach gałęzie nagle się cofnęły. Zamiast śliskich liści poczuła pod nogami trawę. Ogarnął ją świeższy powiew jak westchnienie niezmierzonej jakiejś istoty, a pod wpływem tego powiewu – wydawało się – nawet ciemność zaczęła ustępować.

Dziewczyna ujrzała przed sobą rozległą polanę, a za nią jezioro, nad brzegiem którego – niby zasuszone starowinki o gruzłowatych kolanach i dłoniach – siedziały wierzby. Wiedziona niezrozumiałym przeczuciem zwolniła, potem wyhamowała. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że ucichły dźwięki pogoni. Kiedy się obejrzała, zobaczyła jeszcze łyskające wśród ściany lasu ślepia, lecz wyglądało na to, że bestie nie mają odwagi wyjść poza linię drzew.

Z ust Wandeny wyrwał się ni to szloch, ni to westchnienie ulgi. Ból ze wszystkich ran, obtarć i stłuczeń zalał dziewczynę jedną przepotężną falą. Dreszcze ogarnęły ją takie, że ledwo mogła ustać, nie śmiała jednak usiąść. Dokulała do skraju jeziora i ostrożnie, wstydliwie niemal, zanurzyła stopy w wodzie. W jednej chwili ogarnęło ją kojące ciepło. Nie miała siły dłużej walczyć – opadła na kolana.

Wierzby zaszemrały. Gładką dotąd taflę pokryły zmarszczki. Nad szuwar uniosła się gwiazda… Nie, nie gwiazda – świetlik. Zapłonął w powietrzu niby błękitno-zielonkawy płomyk maleńkiej świecy i pofrunął skroś jeziora, by zawisnąć nad jego środkiem. Tymczasem spośród trzcin i paproci już wzlatywały kolejne. Zbierały się w gromady i tłumnie dołączały do swego kompana, aż utworzyły jak gdyby lśniący welon.

Czarne wody zabulgotały, zawrzały. Na oczach oniemiałej dziewczyny wyłonił się z nich pierwej potężny kark, później grzbiet, wreszcie łeb obarczony masywnymi kłami i muskularne kończyny.

Na płyciznę wyszedł olbrzymi dzik.

Przez pewien czas stał tylko, świdrując Wandenę dużymi mądrymi ślepiami. Potem ruszył w jej kierunku, a świetliki spłynęły na niego niczym podana przez sługę opończa. I nie dzik już wcale dotarł do brzegu, lecz wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o długich, przetykanych siwizną włosach i gęstej brodzie porastającej policzki tak wysoko, że niewiele brakło, a wchodziłaby do oczu.

Zwalisty mąż przysiadł koło dziewczyny, postękując przy tym z cicha. Uśmiechnął się, łypnął przez ramię.

– Nie bój się – mruknął.

– Nie boję się – odparła Wandena.

Mężczyzna burczał chwilę w brodę, sadowił się wygodniej, dłubał za czymś wśród trawy.

– Żadne zwierzęta ci tu nie zagrożą – powiedział w końcu.

– Wiem – rzekła, choć wcale nie wiedziała. Niczego już nie wiedziała.

– Z osady… Nikt nie przetrwał?

– Nikt.

– Mmm… – Brodacz potarł policzek. Znów milczał długo. – Wierzby szumią od dawna o Żmiju. Że przybył w te strony, aby wygubić ludzi.

Wandena zacięła usta. Wyszła z wody i siadła obok nieznajomego.

– Ten Żmij… Co to jest? Czy to bóg?

Wielkolud wzruszył ramionami, uśmiechnął się niewesoło.

– Znam go z poprzedniego życia, ale nie wiem jeszcze – rzekł. – Przebudziłem się niedawno.

– Czy też jesteś bogiem? – zapytała dziewczyna.

Mężczyzna uniósł brwi. Zdawał się poważnie namyślać nad pytaniem, lecz w końcu nic nie odparł, podjęła więc:

– Czy jeśli złożę ci ofiarę, zniszczysz go dla mnie?

Brodacz zamruczał coś niezrozumiale. Uniósł się na nogi i musnął wielką włochatą dłonią włosy dziewczyny. Następnie ruszył w poprzek otwartej przestrzeni ku ścianie lasu.

Wandena nie miała siły wstać. Zawołała więc za nim:

– Kim jesteś?!

Mężczyzna się zatrzymał.

– Mój dwór stoi niedaleko – odparł nie całkiem do rzeczy. – Znajdziesz tam strawę i będziesz mogła rozpalić ogień. Albo jeśli wolisz, zostań na polanie. To moje włości. Bez mej zgody nie mają tu przystępu zwierzęta ani żadne inne stworzenia, które żyją w lesie.

– Kim jesteś? – powtórzyła dziewczyna.

Wielkolud zwrócił ku niej wzrok.

– Jestem Królem Wierzb.

ROZDZIAŁ II. Stworzenia, które żyją w lesie

Ćwirla, naczelniczka chmary jeleni, z zainteresowaniem przypatrywała się czwórce istot, które – mimo późnej pory – starały się przeprawić przez rzekę. Przedziwna to była zbieranina. Grupie przewodziła para leszych: wysoka, ciężkawa dziewczyna z zaskakująco ładną buźką oraz niższy od niej chłopak o kasztanowatej, kędzierzawej czuprynie. Dwójka ta sama w sobie stanowiła już widok niecodzienny, gdyż leszy – z wyglądu przypominający nieco żubry – podobnym do żubrów hołdowali obyczajom. Jeżeli opuszczali kiedy swoje sadyby, to w drużynach po dziesięciu bądź piętnastu młokosów albo, w przypadku starszych mężczyzn, samotnie. Kobiety podróżowały rzadko, na ogół w obstawie młodych wojów i różnych pomocnic. Ci zaś nie dość, że zapuścili się w strony odległe od jakichkolwiek kurhanów, tradycyjnych siedzib swego ludu, to ciągnęli ze sobą nie mniej od siebie niezwykłych pomagierów. Jeden z nich był skrzatem, a skrzaty – rzecz to wiadoma – ze względu na przyrodzoną tchórzliwość mało kiedy opuszczają po zmroku swe nory, a już na pewno nie w pojedynkę, lecz w wielkich gromadach. Co się zaś tyczyło drugiego towarzysza osobliwej parki…

Ćwirla zastrzygła uszami, rozdęła chrapy. Myśl umknęła jej nagle, pozostało tylko poczucie bezmyślnego, obezwładniającego strachu. Niewiele zabrakło, a poderwałaby się do biegu, pociągając za sobą inne łanie i małe jelonki. Otrząsnęła się jednak, zdziwiona własną płochliwością.

Drugi towarzysz leszych był człowiekiem, nie miała co do tego wątpliwości. Kwaśna, obca woń jego potu niosła się na wietrze, a osobliwy głos – wcale sprawnie imitujący leśną mowę – szeleścił nieprzyjemnie pośród drzew. Tylko co człowiek robił tak głęboko w Starym Lesie, w Środkowych Kniejach, nie więcej niż kilkanaście dni drogi od Matecznika? Czy był więźniem? Nic na to nie wskazywało. Zdawało się, że nie tylko nie boi się swych leśnych przewodników, ale wręcz… drażni się z nimi i przekomarza niby widłak zaczepiający inne młode jelenie.

Ćwirla drgnęła. Myśli ponownie jej zmętniały, rozpierzchły się. I tylko serce waliło w piersi bez sensu, spłoszone hałasem, gdy idący na czele gromady leszy skąpał się w rzece.

* * *

– Oj, Lelku – westchnęła Modraszka, pomagając leszemu o kasztanowatej czuprynie wygramolić się z wody. – Jesteś uparciuch, wiesz? Zwykły uparciuch.

Lelek z plemienia Olszyborów, strażnik lasu, mruknął coś pod nosem, gniewnym ruchem uwolnił rękę z uścisku dziewczyny i o mało nie rymsnął z powrotem do rzeki.

– Rany! – zirytowała się asystująca mu lesza. – Nie chcesz pomocy, to nie. Wy, chłopcy, wszyscy jesteście tacy sami. Sam wlezę na drzewo, sam znajdę drogę, sam przejdę przez rzekę.

– Ja to nie wiem, czego się w ogóle upieracie przechodzić – stwierdził Fafkel, maleńki skrzat przyglądający się całemu zajściu z pieńka, na którym siedział i z wprawą starego zabijaki ostrzył należący do Lelka miecz. – Co za różnica, czy będziemy spać tam, czy tu?

– Taka różnica… – Olszybor pośliznął się i musiał ponownie chwycić ramienia Modraszki. – Taka różnica, że tam, po drugiej stronie rzeki, to są już Środkowe Knieje. Nie poznajecie Tasiemki? A tu, po tej stronie… Po tej stronie jest bies raczy wiedzieć co za dzicz. Kraina gzów i komarów.

– Za późna już pora na gzy i komary – zauważyła dziewczyna. – Jeśli się nie mylę, został nam mniej niż pełen księżyc do czasu Powłóki.

W zamyśleniu, z przygryzioną wargą, spojrzała w niebo. Następnie zwróciła wzrok z powrotem na Lelka, chwyciła go oburącz za przód kabata i szarpnęła mocno ku sobie, by pomóc mu wreszcie uwolnić stopy z przybrzeżnego błota. Szlam mlasnął soczyście, a para leszych poleciała do tyłu, walcząc o utrzymanie równowagi. Nagle jednak Modraszka potknęła się o coś. Gwizdnęła na siedzenie, a Olszybor runął prosto na nią. Boleśnie zderzyli się mokrymi żubrowatymi nosami i wylądowali wśród paproci.

Lelek zamrugał. Dziewczyna w mroku późnego wieczoru słabo widziała jego twarz, ale bijące od leszego ciepło zdradzało, że się rumieni. Odtoczył się pospiesznie na bok, Modraszka zaś zwróciła cały swój gniew ku temu, co winien był upadku.

– Mojmirze! – fuknęła. Następnie, czerpiąc z bogatego zasobu znanych sobie wyzwisk, dorzuciła: – Jesteś… jesteś… świnka!

Rozciągnięty wśród nabrzeżnych zarośli człowiek – długowłosy młodzieniec – wybuchnął śmiechem.

– Czyżbyś sugerowała, że podstawiłem ci nogę, mała siostro?

– Oczywiście, że podstawiłeś!

– Ależ nie śmiałbym! Mojmir z Wierzb, łowca niezrównany, pogromca bezlitosny gzów-komarów, nie zniża się do tego rodzaju jarmarcznych sztuczek.

– Akurat. – Fafkel zeskoczył z pieńka i przysiadł się bliżej chłopaka z Wierzb. – Wszystko widziałem. Modraszka potknęła się o ciebie – rzekł, szczerząc zęby.

– Nogi moje długie są i mocarne – odparł Mojmir. – Należy na nie uważać. Że pani Modraszka stąpa nieostrożnie, to już jej własna wina.

– Cicho! – syknął nagle Lelek.

Swary ustały, jak ręką odjął, a grupka przyjaciół zamarła w bezruchu, nadstawiając pilnie uszu i wytężając wzrok. Chłopak z Wierzb nieskończenie powolnym, niemal niezauważalnym ruchem sięgnął do kosza podróżnego, przy którym leżał, i wydobył ze środka żelazną siekierkę. Fafkel przełożył miecz tak, aby w razie czego być gotowym do ciosu. Wszyscy czekali na znak od leszego, który z nich wszystkich najlepiej widział w ciemności.

Olszybor stał chwilę z przekrzywioną głową. Wreszcie uniósł nos i wciągnął powietrze. Skrzat zaraz poszedł w jego ślady, kręcąc trójkątnym ryjkiem i niuchając głośno. Wiatr się odwrócił; nie wiał im już zza pleców, a od przeciwnego brzegu.

– Nic to – zawyrokował Lelek. – Jelenie. Cała chmara, tam, na skarpie.

Na twarzy leszego nie wiedzieć czemu zagościł uśmiech. Wytrząsł wodę z kaptura, zakasał rękawy i podbiegł do kłody, z której wcześniej zwalił się do rzeki. Tasiemka normalnie nie była bardzo głęboka, ale podniosła się po jesiennych deszczach i mknęła z niezwyczajną sobie chyżością, Olszybor zaś – wstyd to przyznać – nie umiał pływać. Teraz jednak śmiało zsunął się z brzegu, chwycił oburącz przewróconego pnia i, nie puszczając ani na chwilę prowizorycznej poręczy, ruszył skroś nurtu. I tak był już cały mokry, równie dobrze mógł więc przedostać się na drugą stronę w bród.

– Czekaj! – zawołał Mojmir. Potem zniżył głos, przypominając sobie o jeleniach. – Czekaj. A kosze? A torby?

Lelek machnął tylko ręką. Znalazł się już w połowie przeprawy i właśnie grunt uciekł mu spod nóg. Majtając niezgrabnie stopami, podciągnął się do pniaka i przesuwał dalej, aż znów zdołał wymacać palcami dno.

Chłopak z Wierzb pokręcił głową i wsparł się pod boki.

– Pływać mu się zachciało – mruknął. – Nie ma to jak urocza kąpiel w blasku księżyca. Może powinnaś do niego dołączyć, co, Modrooka?

Modraszka parsknęła tylko.

Mojmir westchnął i schował siekierkę.

– Dobra, zakasaj hajdawery, przeniosę cię na barana. Sądząc po tym, jakie zanurzenie osiągnął Lelek, woda nie powinna mi sięgnąć wyżej niż do ramion. Bogom dzięki, że nie uczynili ludzi takimi konusami jak was leszych. W każdym razie potem wrócę i przeniosę na kilka razy wszystkie bagaże. Tym sposobem tylko ja i tamten tłumok będziemy musieli przez całą noc suszyć ciuchy przy ogniu.

– A co ze mną? – zapytał Fafkel, również odkładając broń na bok.

– Z tobą? – Młodzieniec łypnął ku maleńkiemu towarzyszowi, po czym podszedł na skraj rzeki i zawołał półgłosem: – Lelek, przelazłeś już?

Olszybor odwrócił się i w tym momencie wiatr rozgonił chmury, a rzeka roziskrzyła się od błękitnawej księżycowej poświaty. Leszy wyglądał w tym świetle jak duch. Uniósł ramiona i machnął nimi dwukrotnie, sygnalizując, by pozostali czekali i siedzieli cicho.

Mojmir niewiele sobie robił z gestów przyjaciela. Popatrzył na skrzata, który tymczasem stanął u jego boku.

– Gotów? – zapytał.

– Na co? – zainteresował się malec.

Chłopak z Wierzb złapał go pod pachy, zawinął nim jak piłką i cisnął ponad wodą.

Lelek spłoszył się, widząc frunącego skrzata. Rzucił się naprzód i w ostatniej chwili chwycił malucha. Skąpał się przy tym po raz kolejny, zdawało się jednak, że Fafkel wyszedł z przygody w miarę suchy.

Leszy odstawił go na brzeg.

– Czyś ty zgłupiał? – syknął do Mojmira.

Młodzieniec uniósł palce do uszu, aby pokazać, że nie słyszy z tej odległości, po czym wzruszył ramionami.

Modraszka musiała przytknąć pięść do ust, aby powstrzymać chichot.

– Chodź, siostra – powiedział chłopak z Wierzb. – Teraz nasza kolej.

* * *

Lelek, złorzecząc pod nosem, ściągnął buty i przemoczoną narzutę z kapturem, którą nosił na kabacie. Wzdrygnął się. Choć z natury odporny był na zimno i czuł, że woda paruje już z jego szerokiego, porośniętego gęstą szczecią karku, jesienny chłód nieprzyjemnie kąsał go w stopy. Rzuciwszy bety na ziemię, zmierzył spojrzeniem Fafkela.

– Cały jesteś? – zapytał.

– Pewno – odparł skrzat.

– Dobrze. Poczekaj tu na tamtych dwoje, a kiedy przyjdą, rozpalcie ogień.

– A ty co będziesz robił?

– Ja? Ja się rozmówię z naczelniczką tej chmary. O drogę zapytam.

Olszybor otrząsnął się po raz ostatni i ruszył przez wysokie trawy w górę skarpy. Jego własny cień – długi, błękitny, niepokojąco wyrazisty – wysunął się przed właściciela jak gdyby spieszno mu było uciec przed ogromnym okiem księżyca. Wyrywał ku ścianie lasu, która zaczynała się na szczycie wzniesienia.

Mniej więcej w pół drogi pomiędzy rzeką a pierwszymi drzewami Lelek przystanął. Tknęło go coś. Powiódł wzrokiem po pniach olch i grabów, które w niesamowitym blasku wydawały się nieomal płaskie, i wreszcie wypatrzył jelenie. Ich szaro-czarne sylwety majaczyły niewyraźnie – potężne i nieruchome. Ślepia połyskiwały z głębokich cieni.

„Czemu ich oczy tak błyskają? – zapytał w duchu leszy. Ciarki przeszły mu po plecach. Po długiej, długiej podróży, dotarł w końcu do Środkowych Kniei. Prawie był już w domu. A jednak czuł się obco. Przyszło mu do głowy, że zbłądził do cudzego snu. – To z powodu Powłóki. Kończy się jesień, granica między lasem a światem duchów staje się cieńsza”.

Czas Powłóki stanowił dla leszych okres zarazem świąteczny i niepokojący. Jak wszystkie leśne stworzenia, byli oni wyczuleni na działanie czarów. Wielu bardzo sobie ceniło możliwość bliższego zespolenia z magią kniei.

Ale nie Lelek. Lelkowi od magii robiło się czegoś ciężko na żołądku. Wolał zostawić rzucanie zaklęć Modraszce, która jak mało kto znała się na czarodziejskich właściwościach ziół i kwadrach księżyca, i mocy słów szeptanych pod gwiazdami.

Olszybor odetchnął, podrapał się po karku, potarł skryte wśród kasztanowatych kędziorów różki i ruszył dalej w górę skarpy. Powtarzał sobie w myślach, że nie powinien się wydurniać, ale z każdym krokiem narastały w nim złe przeczucia. Między drzewami dostrzegał teraz wyraźnie sylwetkę masywnej łani, prawdopodobnie naczelniczki chmary, oraz czającego się za nią widłaka, samca zbyt młodego, by odłączyć się od stada. Ślepia obojga połyskiwały zielonkawym światłem i zdawały się patrzeć nie tyle na nadchodzącego leszego, co na wskroś niego.

– Niech puszcza wiecznie wam darzy! – zawołał Lelek, sięgając po bardzo staromodne i sztywne powitanie. Uniósł przy tym wysoko głowę i szedł nie przodem, ale lekkimi zakosami, by pokazać, że ma pokojowe zamiary.

Jelenie milczały.

Dopiero kiedy leszy stanął o kilka kroków przed łanią, ta spłoszyła się nagle. Chrapnęła dziwnie, rozdęła nozdrza.

Olszybor zamarł. Z jakiegoś powodu serce zaczęło łomotać mu w piersi. Całym sobą wyczuł drżenie przycupniętych wśród drzew zwierząt. Przez chmarę przelała się naraz potężna fala strachu.

Trwało to jedno mgnienie oka. Potem naczelniczka zastrzygła uszami, otrząsnęła się. Ślepia jej przygasły, w zadziwieniu zwróciły się na Lelka. Łania cofnęła się, wyglądała jednak bardziej na zmieszaną niż wystraszoną.

– Przepraszam, zaskoczyłeś mnie – powiedziała. – Nie powinieneś tak się skradać, strażniku.

– Racja – bąknął zdezorientowany leszy. Ponownie uniósł głowę w odwróconym ukłonie, gdyż nastawianie rogów uchodziło wśród jeleni za gest wyjątkowo niegrzeczny. – Niech puszcza wiecznie ci darzy, naczelniczko.

Łania prychnęła.

– Nie ma potrzeby na takie formalności – rzekła. Zamrugała i spojrzała ku rzece, gdzie przyjaciele Olszybora zajęli się już szykowaniem obozowiska. – Zawsze miło spotkać strażnika lasu. Muszę jednak powiedzieć, że podróżujesz w… osobliwym towarzystwie. Dokąd zmierzasz?

– Do domu. To jest… Na uroczysko nieopodal Zamrowego Kurhanu, pomiędzy Dzikowym Dreptem, Kruszowiskiem a Wyrębą. Ale obawiam się, że ja i moi przyjaciele nieco pobłądziliśmy. Bylibyśmy wdzięczni, gdybyście zechciały wskazać nam właściwą drogę.

– Mm. – Naczelniczka skinęła głową. – Naturalnie, strażniku. Naturalnie.

ROZDZIAŁ III. Lelkowy dąb

Polana otwarła się przed nimi niespodzianie, a Lelkowi serce wywinęło kozła w piersi. Nim się obejrzał, gnał już przez uroczysko, między z rzadka rozrzuconymi dzikimi gruszami i jabłonkami ku potężnemu siedmiopiennemu dębowi o wypróchniałym u podstawy pniu, w który zmyślną sztuką wprawiono niskie drzwi i okna. Gęba mu się śmiała. Na chwilę mógł zapomnieć o troskach minionych przygód i czekającym go niemożliwym zadaniu, bo oto wrócił do domu.

W pierwszym odruchu zamierzał rzucić się prosto do wejścia, w ostatniej chwili zmienił jednak zdanie. Wyhamował i truchtem okrążył pień olbrzymiego drzewa, by dostać się do maliniaka. Obrzucił wzrokiem rosnące tam krzewy. Szczerząc się jeszcze szerzej niż dotąd, padł na kolana.

– Nie poznaję naszego dzielnego strażnika lasu – rzucił gdzieś za jego plecami Mojmir. – Biega, śmieje się. Nie zamartwia ani odrobinę, nie snuje mrocznych przepowiedni. Musi: zwariował.

– Daj mu spokój, Mojmirze – zganiła chłopaka Modraszka. W jej głosie pobrzmiewała troska.

Od upadku Białej Wieży Olszybor rzadko kiedy bywał radosny, ale teraz uniósł się i, ciągle uśmiechnięty, zwrócił do przyjaciół:

– Nie bójcie się, martwię się nieustannie. Mamy wiele do omówienia i wiele do zaplanowania. Ale najpierw…

Lelek wyszedł naprzeciwko zbliżającej się do maliniaka Modraszce i wyciągnął ku niej złożone na kształt misy dłonie. Połyskiwała w nich obfita garść żółtych jesiennych malin.

– O rety… – Zielarka zachichotała i nieśmiało wyłuskała jeden owoc, który następnie wrzuciła do ust. – Ale kwaśne! – stwierdziła. – Pyszne!

– Ej! – powiedział Fafkel, stając na palcach, aby zobaczyć, co takiego przyniósł Olszybor. – Mnie też dej.

– Dej, dej – powtórzył Lelek, podkpiwając ze skrzata, ale poczęstował go, a później także Mojmira. Garść malin szybko rozeszła się między przyjaciółmi. – No, chodźmy do środka.

Leszy, niczego nie przeczuwając, powiódł towarzyszy pod drzwi swego domostwa. Dotarłszy tam, wyciągnął rękę w stronę drewnianego skobla, lecz nim zdążył go choćby tknąć, we wnętrzu dębu coś zafurkotało. Potem cienki, raniący uszy głos zaintonował:

– Raz, dwa… teraz!

Drzwi nieomal wyskoczyły z zawiasów. Z głośnym trzaskiem łupnęły o korę, a zza nich wylała się horda zbrojnych w pałki, wałki i drewniane motyki skrzatów. Szarżę prowadziła – z bezpiecznej pozycji na tyłach – bekowata skrzacia kobieta, czyli skrzota.

– Brać ich! Prać ich! – zawyła.

Tchórzliwe stworki szybko straciły jednak rozpęd. Zbiły się w gromadę i jak jeden mąż uniosły ryjki ku Mojmirowi, niuchając nerwowo powietrze. Większość z nich nigdy wcześniej nie widziała człowieka, a już na pewno nie z tak bliska.

Lelek wytrzeszczył oczy – zdębiały – i na chwilę zapadła cisza. Wreszcie Fafkel przepchnął się przed przyjaciół i odezwał do grubej naczelniczki skrzatów.

– Mamcia, daj już spokój. To my.

– Co? – nadęła się skrzota. – Jakie my? Jakie my? Skąd mam wiedzieć, kto jesteście? Patrzycie mi na włóczęgów, morderców! A ten! To wszak ludź!

– Mamcia, proszę – mruknął Fafkel, z zażenowaniem łypiąc przez ramię na kompanów. – Jestem Fafkel.

– Nieprawda! Ten jest Fafkel! – oświadczyła naczelniczka, wskazując na jednego ze stłoczonych w drzwiach skrzatów.

Wskazany zmieszał się wyraźnie, pogrzebał nogą w ziemi.

– Nie, matka – rzekł. – Ja jestem Tugo.

Leszy westchnął ciężko. Podrapał się po karku, poszukując w zakamarkach pamięci imienia Fafkelowej matki.

– Pani Koklo – powiedział do bekowatej skrzoty – nie poznajesz nas? Jestem Lelek Olszybor, opiekun tej kniei. To zaś najmłodszy twój syn, Fafkel, oraz nasi przyjaciele, Modraszka z Czerwonego Kurhanu i Mojmir z Wierzb. Tak, Mojmir to ludź, tfu!, znaczy się, człowiek. A teraz czy byłabyś uprzejma puścić mnie do mojego domu?

– Twojego domu, młodzieńcze? Twojego domu? – oburzyła się naczelniczka. – Tu nie mieszka żaden leszy, to pradawna skrzacia sadyba…

– Ale dość już tych głupot! – warknął Lelek. – Sprowadziliście się tu ledwie przed kilkoma tygodniami, kiedy spadająca gwiazda spopieliła waszą norę za Dzikowym Dreptem. Nawet skrzaty nie mają tak krótkiej pamięci! Sama nalegałaś, pani, byśmy ową gwiazdę odszukali i zbadali. No to ją odszukaliśmy. A także sześć pozostałych. Walczyliśmy też ze strzygami, utopcami, karłami i samym wielkim Żmijem, więc z łaski swojej…

Olszybor urwał, widząc, że skrzaty wpatrują się w niego okrągłymi niby talarki oczami, a skrzota błyskawicznie purpurowieje na twarzy. Westchnął ponownie.

– Nie. Nie mam na to czasu – powiedział, jakby pół do siebie. Następnie podniósł głos: – Wynoście się w tej chwili z mojego domu, bo inaczej Modraszka, która jest wielką czarodziejką, wszystkich was w żaby pozamienia. Zrozumiano? Precz!

I wepchnął się między skrzaty, by dostać się do wnętrza dębu.

Byłoby może przyszło do rękoczynów, bo naczelniczka Kokla nie myślała bynajmniej ustępować, leszy zaś – nie tak już łagodny jak dawniej, zanim wyruszył na poszukiwanie upadłych gwiazd – gotów był przemocą odbijać własne domostwo. Całe szczęście rejwach przywabił innego mieszkańca dębu.

Wśród wypróchniałych czeluści potężnego drzewa rozbrzmiał trzepot skrzydeł, a zaraz po nim dał się słyszeć dudniący basowy głos:

– A co to, skrzaty, co za awantura? Z kim się tym razem wadzicie? Mam tam do was zejść?

Pytanie najwyraźniej miało charakter retoryczny, gdyż z dziupli pomiędzy wyżej położonymi konarami wnet wyleciała sóweczka. Choć była niewielka, zgromadzone wewnątrz dębu stworki najwyraźniej czuły respekt wobec jej ostrych szponów, gdyż rozpierzchły się pospiesznie. Ptak wykręcił beczkę, po czym zawisł na chwilę w powietrzu. Z jego dzioba wyrwał się krótki gwizd.

– Lelek!

Sóweczka śmignęła wprost ku staremu druhowi, lądując wśród jego kasztanowatych kędziorów.

Olszybor syknął, czując jak ostre pazurki szarpią go za włosy.

– Au! Au! Au! Dobrze już, dobrze, też się cieszę, że cię widzę…

Ptak podskoczył w miejscu i wyciągnął szyję ku Kokli, która stała nieopodal z naburmuszoną miną.

– Czy te łachudry cię niepokoją? – zapytał leszego. – Mam zrobić z nimi porządek? Skrzaty! Puścisz takie pod własny dach, z dobroci serca, a potem co? Brud i smród!

– Och, wypraszam sobie! – zaoponowała skrzota.

– Lelku… – odezwała się Modraszka, nieśmiało zaglądając do wnętrza domostwa.

Głowa sóweczki obróciła się wokół własnej osi.

– Proszę, proszę, kogóż my tu mamy? – Ptak mocniej szarpnął Olszybora za kudły. – To twoja dziewczyna?

– Nie! To znaczy… Posłuchaj. Uspokójmy się wszyscy. Usiądźmy, zagrzejmy polewki i porozmawiajmy. Pani Kokla udaje, że już nie pamięta, z jaką wyruszyliśmy misją, no to jej przypomnę. Przynoszę wieści, od których może zależeć przyszłość Starego Lasu.

* * *

Wewnątrz Lelkowego dębu panowała duchota, ale była to duchota przyjemna, bezpieczna, pachnąca schnącymi przy palenisku płaszczami i gotującą się polewką z grzybów, pokrzyw i rozmaitych korzonków. Leszy zdecydowanie nie zazdrościł klanowi skrzatów, które Kokla pognała na dwór, gdzie wiatr gwizdał i zamiatał uschniętymi liśćmi. Wypróchniałe drzewo nie pomieściłoby jednak ich wszystkich. Po prawdzie, gdy czwórka zdrożonych przyjaciół rozsiadła się wokół ognia, i tak zrobiło się całkiem ciasno. Olszybor zastanawiał się, jakim cudem mogło tam mieszkać całe plemię leśnych stworków – później dostrzegł wcale sprytnie pobudowane półki, które musiały służyć im za wielopiętrowe legowiska.

– No dobra – zagadnęła sóweczka siedząca na ciężkiej skrzyni, jednym z niewielu prawdziwych mebli w domostwie leszego. – Co tu się właściwie odćwierkało? Wyruszyliście we dwóch, aby ustalić, skąd się wzięła przeklęta mgła i, jeśli to możliwe, zrobić z nią porządek. Wracacie we czwórkę, po mgle nie zostało ani śladu, a mimo to miny macie takie, jakby wam kuna wszystkie jajka z gniazda gwizdnęła.

Lelek potarł różki i popatrzył na Modraszkę, która przycupnęła u jego boku pod ścianą. Po pierwszym wybuchu wesołości, jaki przyniósł widok długo nie widzianego uroczyska, nie zostało już ani śladu i zmiana ta musiała wyraźnie malować się na twarzy Olszybora, gdyż oczy dziewczyny spoglądały na niego z niepokojem.

– Sprawa nie jest taka prosta – rzekł. – W czasie podróży napotkaliśmy dwie potężne istoty, które od wieków toczą ze sobą nieustanną… nieustanną grę, walkę… Nie mają tak naprawdę imion, ale mieszkańcy lasu przezwali je Pieśniarzem i Wędrowcem. Obaj oni pragnęli, na swój sposób, przywrócić światu równowagę. A przynajmniej tak mi się zdaje. Tyle tylko, że Pieśniarz postanowił w tym celu połączyć siły ze Żmijem, którego nieświadomie przebudziliśmy. Teraz zamierzają wspólnie wygubić mieszkających w Starym Lesie ludzi, a Wędrowiec… Wędrowiec poległ, próbując ich powstrzymać.

Kokla prychnęła głośno.

– Jeśli Żmij i ten cały Pieśniarz chcą wygubić wszystkich ludziów, co w tym złego? – zapytała. – Od początku mówiłam, że to ludziowe czarodziejstwo sprowadziło mgłę i choroby. Teraz, proszę bardzo, mgła zniknęła. A niech ich sobie wszystkich Żmij zeżre, na zdrowie!

– O, stul już dziób, stara beko! – wybuchnęła sóweczka. – Z morderstwa nigdy nic dobrego nie płynie. W lesie równowaga pomiędzy życiem a śmiercią jest bardzo delikatna. Jeżeli chcemy, aby wrócił porządek, to nie osiągniemy tego, pozwalając na wybicie całego plemienia, które już, czy nam się to podoba czy nie, trwale zadomowiło się w części kniei. Dobrze mówię, Lelek?

– Tak. Dobrze mówisz – potaknął leszy w zamyśleniu. – Nie mamy pojęcia, jakie siły może przebudzić wojna Żmija z ludźmi. Mgła ustąpiła, pewnie, ale coś wciąż wisi w powietrzu. Na granicy Środkowych Kniei spotkaliśmy chmarę dziwnie się zachowujących jeleni. Nie potrafię stwierdzić, co dokładnie było z nimi nie tak, ale wyglądały, jakby… – Olszybor zaciął się na chwilę, szukając właściwych słów. – Jakby coś spłoszyło je tak dogłębnie, że same nawet nie wiedziały, że są spłoszone.

– Pewno ludziowy smród – burknęła skrzota.

Lelek ją zignorował.

– To nie wszystko – rzekł. – Kiedy wiele tygodni temu ja i Fafkel szukaliśmy upadłej gwiazdy w pobliżu dawnej siedziby skrzatów, przed strzygami ocaliły nas wierzby.

– Wierzby? – zdziwiła się sóweczka. – Przecież te kapryśne marudy nigdy nikomu nie pomagają.

– Dokładnie. Magia wierzb jest potężna i nieprzewidywalna. Myślę, że pomogły nam tylko dlatego… tylko dlatego, że umierały. Co nie zmienia faktu, że wystąpiły przeciwko woli lasu, a pośrednio także woli Pieśniarza i Żmija. Pojawienie się strzyg stanowiło jak gdyby… bezmyślny odruch obronny. Skierowany przede wszystkim przeciwko ludziom. Pieśniarz wykorzystał ten odruch dla swoich celów, a wierzby z jakiegoś powodu postanowiły mu przeszkodzić. Kto wie, jak zachowają się teraz? Nikt nie rozumie do końca, co myślą drzewa.

– Nawet leszy? – fuknęła zadziornie naczelniczka skrzatów.

– Nawet leszy.

– To po co wy nam? Wielcy mi obrońcy, nawet na gadaniu drzew się nie rozumieją. Czemu mielibyśmy cię słuchać, skoro sam nie masz pojęcia, co robić? Może nas bujasz, może głupstwa pleciesz!

Sóweczka syknęła głośno, przytykając język do górnej części dzioba. Olszybor uciszył ją ruchem ręki. Wlepił w skrzotę spojrzenie swych wielkich zwierzęcych oczu.

– Ze względu na Fafkela staram się zachowywać wobec ciebie cierpliwość, Koklo. Pamiętaj jednak, że jestem strażnikiem lasu i udzielam ci gościny we własnym domu. Radziłbym ci w związku z tym uważać na ton.

Naczelniczka skrzatów nadęła poliki, ale siedziała cicho. Tymczasem przycupnięta obok Lelka Modraszka poruszyła się niespokojnie. Leszy wyczuł emanujące z dziewczyny napięcie. Ostre słowa musiały ją zaskoczyć; nic dziwnego, zaskoczyły i jego samego.

– Niemniej rozumiem, skąd się wzięło twoje pytanie – podjął po krótkiej chwili. – Jeżeli nauczyłem się czegoś w czasie podróży, to tego, że czasami nie będę wiedział, co robić, i nic się na to nie poradzi. Świat jest nieskończenie złożony. Bywa, że nie sposób przewidzieć, jakie konsekwencje przyniosą nasze działania. W takich sytuacjach pozostaje nam jedynie działać naiwnie, kierując się najprostszymi odruchami serca.

– To dziecinne i nieodpowiedzialne – odparła Kokla. – Wiedziałbyś o tym, gdybyś, jak ja, musiał mieć na uwadze dobro całego plemienia.

– Może tak, może nie – powiedział Lelek. – Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której powinnaś wiedzieć, zanim osądzisz moje działania i każesz mi zostawić ludzi na pastwę losu. Z pewnością słyszałaś kiedyś o Białej Wieży.

Na nalanym obliczu naczelniczki po raz pierwszy zagościł wyraz niepewności. Łypnęła pierwej na Fafkela, potem na sóweczkę, wreszcie spuściła wzrok.

– To najświętsza świętość – mruknęła, szurając wielkimi stopami. – Nie wolno ot, tak o niej wspominać.

– Właśnie. Wiedz zatem, że gdy Żmij się przebudził, Biała Wieża upadła.

Skrzota aż się zatchnęła z wrażenia. Wytrzeszczyła oczy i przez chwilę poruszała ustami niby wyjęta z wody ryba. Nagle przypadła do Fafkela i zaczęła go targać za ucho.

– Wiedziałam, że nie powinnam cię była nigdzie puszczać, nicponiu, gałganie! – wrzasnęła. – Powiedz leszemu, że opowiadać takie kłamstwa jest świństwo! Powiedz mu, że nie wolno! W tej chwili mu powiedz!

Lelek poderwał się z miejsca, aby ruszyć na pomoc maleńkiemu kompanowi, ale Mojmir go uprzedził. Długonogi chłopak przypadł do Kokli, szarpnął ją za kołnierz i bezceremonialnie uniósł w powietrze.

– Mojmirze, przestań! – zawołała Modraszka. – Tylko pogarszasz sprawę!

– Puść, puść w tej chwili! – zaprotestowała skrzota. – Ratunku! Mord! Mord! Ludź mnie zabija!

Chłopak z Wierzb skrzywił się i puścił baryłowatą naczelniczkę na ziemię.

– To wy! – rozdarła się rozkraczona nieprzystojnie Kokla. – To ludziowe kłamstwa! Takie wstrętne rzeczy opowiadać! A leszy trzyma waszą stronę! Wstyd! Hańba!

– Mamcia, nie rób już scen – bąknął zarumieniony po czubki uszu Fafkel.

– Jak mam nie robić scen! Zadałeś się z mordercami, oszustami!

Lelek przyklęknął, aby pomóc skrzocie wstać, ona jednak odegnała leszego, wymachując krótkimi ramionami.

– Aj, skrzaty, skrzaty – mruknęła sóweczka, po czym zwróciła się do naczelniczki. – Będzie chyba lepiej, jeśli dołączysz do swoich braci, sióstr, kuzynek i nieprzeliczonej dzieciarni. Na dworze.

Kokla, postękując, uniosła się na nogi. Z godnością poprawiła i otrzepała suknie.

– Żebyście mogli knuć, spiskować? – prychnęła. – I to z ludźmi, plemieniem zdradzieckim, gorszym niż gnój, co utknął między palcami?

Mojmir, któremu bekowata skrzota wyraźnie działała na nerwy, postąpił krok w jej stronę.

Olszybor położył przyjacielowi rękę na ramieniu.

– Żebyśmy mogli odpocząć – rzekł, jeszcze spokojnie, choć czuł, że zaczyna się w nim gotować. – Mówiłem ci, żebyś nie nadużywała mojej cierpliwości. A obrażając nas, to właśnie robisz.

– Więc wygnasz nas na ziąb? – napuszyła się Kokla. – Nas, biednych wyrzutków, sieroty, ocaleńców. Kim takim jest ten ludź, że przedkładasz go ponad tych, których masz powinność, nie!, obowiązek chronić.

Lelek się zawahał.

– Mojmir to oddany przyjaciel. Bezinteresownie porzucił swoje plemię, aby wraz z nami stanąć w obronie lasu – powiedział.

Nie całkiem zgadzało się to z prawdą.

Skrzota pogardliwym spojrzeniem zmierzyła chłopaka z Wierzb od stóp do głów. Następnie splunęła mu pod nogi, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia, nieznacznie tylko przyspieszając, gdy młodzieniec klasnął w dłonie i roześmiał się nieprzyjemnie.

Kiedy skrzacia naczelniczka zniknęła w końcu za drzwiami, Fafkel podszedł do Mojmira i nieśmiało pociągnął go za rękaw.

– Chodź – mruknął. – Szkoda słuchać.

Chłopak poczochrał maluchowi włosy i rozsiedli się obaj w tym samym kącie, co wcześniej. Modraszka również wróciła na miejsce. Tylko Lelek stał dalej zadumany i gapił się w przestrzeń.

– Lelku… – odezwała się zielarka po pewnym czasie. – Musimy zacząć układać plany, prawda? Musimy wymyślić, jak pokonamy Żmija.

– Jutro.

Olszybor obrócił się gwałtownie, ściągnął płaszcz ze skrzyżowanych badyli, na których się suszył, i ułożył go pod ścianą, gdzie zwykł niegdyś mościć sobie posłanie.

Sóweczka ożywiła się nagle i przedreptała w poprzek skrzyni, skrobiąc drewno pazurami.

– Zaraz, zaraz, zaraz – zagadała. – Znam tę minę. Masz już plan, zgadza się?

Leszy zgonił przyjaciela na ziemię i wydobył ze skrzyni kilka starych koców. Rozdał je pozostałym, wskazując, gdzie mogą się położyć, a następnie sam rozciągnął się na płaszczu.

– Zgadza się – powiedział wreszcie. – Mam plan.

ROZDZIAŁ IV. Nocna wyprawa

Zmęczeni długą podróżą wędrowcy pospali się szybko, skrzaty skryły się w sobie jedynie znane nory i nad uroczyskiem zaległa cisza. Tylko wiatr huczał gdzieś daleko, w innej części lasu.

Wtem wśród rozłożystych konarów Lelkowego dębu coś zadrgało, zaszeleściło. Przez jedną z niezliczonych dziupli – pokrywających korę drzewa niby dzioby na twarzy księżyca – przecisnęła się sóweczka. Wieczór stanowił dla niej czas łowów, ale to nie myśl o jedzeniu wygnała ją z ciepłego legowiska. Przysiadłszy pośrodku niemal już odartej z liści gałęzi, zadumała się głęboko.

Słowa leszego ją zaniepokoiły. Zwłaszcza to, co powiedział o chmarze jeleni.

Gdy znikła przeklęta mgła, sóweczka była przekonana, że wszystko wróci do normy. I z początku faktycznie czuło się w całej kniei ulgę, radość. Potem jednak zwierzęta, szczególnie te żyjące w dużych stadach, jakby zobojętniały. Snuły się czasem wśród olsów i łęgów, spłoszone, lecz nieskore do ucieczki.

Niewielki ptak nerwowym ruchem poprawił piórka.

„Lelek ma rację – pomyślał. – Coś wisi w powietrzu. Ale czy to możliwe, że przebudził się Żmij? Przecież to bajka dla pisklaków!”.

Sóweczka przestąpiła z nogi na nogę, spojrzała ku niebu. Noc była bezchmurna, a księżyc piął się powoli w górę i przeświecał już pośród wyższych konarów. Tarczę wciąż miał niemal idealnie okrągłą, choć minęła pełnia.

– Są w lesie tacy, co będą wiedzieli – odezwała się sówka sama do siebie. – Są tacy, co znają się na ciemnych sprawkach. I lada moment wylecą ze swych dziupli.

O, ale szukać ich to był tak strasznie głupi pomysł! I gdyby tylko nie to, że leszy i jego przyjaciele najwyraźniej zamierzali odnaleźć Żmija i stanąć z nim do walki…

Serce ptaka zadrżało, strzepnął jednak skrzydłami i poderwał się do lotu. Gdyby zwlekał dłużej, mógłby zmienić zdanie.

Pofrunął w kierunku Tasiemki, ku ciągnącym się pomiędzy nią a uroczyskiem połaciom olsu, podmokłego terenu, gdzie pośród stojącej wody, na przypominających samotne wyspy kępach traw, rosły smukłe olchy. Przez chwilę krążył od jednego srebrzysto-zielonkawego pnia do kolejnego, aż wreszcie wypatrzył to, czego szukał – skryte wśród wysoko wysklepionych korzeni gniazdo, a nad nim imponującą czarną sylwetę z przypominającymi uszy kępami piór na głowie.

Pod drzewem siedział puchacz.

Sóweczka przycupnęła wśród najwyższych konarów, daleko od swego bardzo odległego i bardzo niebezpiecznego krewniaka. Nie żeby się bała. Nic z tych rzeczy. Musiała tylko złapać oddech. Wcale nie myślała o szponach tak wielkich, że mogłyby rozerwać ją na dwoje, o dziobie tak ostrym, że bez trudu uciąłby jej łebek.

„Czasami dureń ze mnie jeszcze większy niż z Lelka – pomyślała. – No, nic to. Raz sowie śmierć”.

Już, już rozkładała skrzydła, gdy jej uszu dobiegł cichy poświst, jak gdyby coś ślizgało się po powietrzu. W mgnieniu oka padł na nią cień. Wkoło pociemniało. Podmuch powietrza o mało nie zepchnął drobniutkiej ptaszyny z gałęzi, lecz w ostatniej chwili chwyciły ją cztery mocarne palce. Posłyszała aksamitny szept:

– Sówka. Sóweczka.

Przeszedł ją dreszcz. Nie była w stanie się obrócić, ujrzała jednak, jak siedzący na ziemi puchacz najpierw obraca, a później unosi głowę. Wyjrzała na nią para olbrzymich lśniących oczu.

– Poczekaj… czekaj… – wydyszała sóweczka. – Nie zżeraj mnie!

Palce rozluźniły się nagle. Niewielki ptak chciał wystrzelić przed siebie, powstrzymał się jednak nadludzkim – czy może raczej nadsowim – wysiłkiem woli. Powoli okręcił się wokół własnej osi, by ujrzeć drugiego puchacza, większego jeszcze niż ten, który czuwał przy gnieździe. Sądząc po rozmiarach i okrągłej głowie, musiała to być samica, czyli tak zwana pucza.

Siedzący na ziemi samiec obojętnie odwrócił wzrok, lecz jego połowica przyglądała się nieproszonemu gościowi z niejakim zaciekawieniem.

– Sówka. Sóweczka – powtórzyła. – Czego szszszuka? Czego chce?

– Nie waż się mnie tknąć! Jestem przyjacielem leszego! – wypaliła sóweczka. Następnie odchrząknęła, nieco zażenowana. – Przybywam do was z misją… z ważną misją. Leszy poszukują Żmija. Podobno się przebudził…

Pucza przekrzywiła głowę.

– Żmij – powiedziała. – Głosss, głosss na wietrze.

– E… tak. Wnoszę, że o nim słyszeliście.

W oczach masywnej samicy pojawiły się iskierki rozbawienia.

– Tak. Wołał nas nocą. Wołał wielu, niewielu usłyszało. Zostaniemy. To nie nasza magia.

– Czyli naprawdę wrócił – ożywiła się sóweczka. – Wiecie, gdzie się udał, gdzie ma gniazdo?

– Kruki wędrują. Nie wiemy dokąd. Śmierć, mała sówko. Śśśmierć. Gdzie Żmij, tam śmierć.

– Według leszego jego celem jest wygubienie wszystkich ludzi w Starym Lesie. Tyle że ludzi jest tak wielu. Mnożą się gorzej niż nornice, a potem uparcie żyją długie lata. Rozproszyli się po różnych kniejach. Jeśli mamy znaleźć Żmija, musimy wiedzieć, z którymi plemionami postanowił rozprawić się najpierw, czy tymi, co osiadły nad rzekami i jeziorami, by łowić ryby, czy tymi, co ryją głębokie nory pod górami i dobywają tam żelaza, czy jeszcze innymi. – Niewielki ptaszek przestąpił z nogi na nogę, łypnął ku puczy. – O tych krukach… nie wiecie nic więcej? Nie słyszeliście, o czym kraczą między sobą?

Samica zapatrzyła się gdzieś w dal. Milczała. Milczała długo. A kiedy zdawało się, że z jej dzioba nie uleci już żadne więcej słowo, rzekła:

– Kruki kraczą, ale milczą. Kraczą o niczym. Nie mają głosu.

– Co przez to rozumiesz? – zdziwiła się sóweczka.

Pucza wlepiła w nią swe wielkie oczy.

– Jestem głodna – oświadczyła nagle.

– Co?

– Jessstem głodna, sóweczko…

– A… – Niewielki ptak cofnął się o krok. – Aaa… Rozumiem. W takim razie… Zostawię cię w spokoju. Co ty na to? Pozwolę ci polować.

Samica rozchyliła dziób, co miało chyba stanowić ponurą parodię uśmiechu. Zamaszystym ruchem rozłożyła skrzydła.

Sóweczka, nie namyślając się wiele, zeskoczyła z gałęzi i smyrgnęła między drzewa. Zza siebie usłyszała wysoki, chrapliwy zew, a potem ów nieprzyjemny szelest jakby czegoś ślizgającego się po powietrzu. Wykonała zwrot i zanurkowała gwałtownie. W samą porę. Nie widziała szponów puchacza, ale mogłaby przysiąc, że poczuła, jak tną pustkę za jej plecami.

„Wiedziałem, że to zły pomysł” – pomyślał maleńki ptak i skręcił ponownie. Pucza była od niego trzykrotnie większa i pewno pięciokrotnie silniejsza. Zostawało tylko liczyć na własną szybkość i zwrotność.

Niestety rychło okazało się, że masywny drapieżca potrafi rozwijać nie mniejsze prędkości od swej ofiary. Był przy tym w stanie za jednym ruchem lotek dać nura bądź skręcić się w miejscu, a w dodatku większa rozpiętość skrzydeł pozwalała mu sprawnie szybować, dzięki czemu zdawał się wcale nie męczyć.

Sóweczka wiła się i trzepotała niby wyjęty z wody piskorz. Kilkakrotnie próbowała wciągnąć puczę na zwalony pniak lub wystającą gałąź – na nic. Samica puchacza bezbłędnie wyczuwała najmniejsze drgnienia powietrza i unikała wszystkich pułapek. A jej przyszła przekąska powoli opadała z sił.

„Nie ucieknę – uświadomiła sobie sówka. – Nie ma szans. Zostaje tylko jedno…”

Wyrwała w górę, po czym zaraz wykręciła skrzydła, aby zahamować. Obróciwszy się w powietrzu, rozcapierzyła szpony i runęła na swego prześladowcę.

Pucza tym razem dała się zaskoczyć. Skrzeknęła głośno, gdy pazury mniejszego ptaka wyszarpały jej z głowy garść piór. Nagły atak wybił ją z rytmu i musiała teraz mocno robić skrzydłami, aby na nic nie wpaść ani nie runąć na ziemię.

Sóweczka bez wahania wykorzystała chwilę nieuwagi przeciwniczki i puściła się szalonym slalomem między drzewami, mimo iż serce łopotało jej w piersi jak szalone, a płuca od wysiłku płonęły żywym ogniem.

„Jeszcze tylko troszeczkę – myślała. – Kawalątek. Zaraz dotrę do granic uroczyska, a wtedy…”

Tok jej myśli przerwał przeszywający, chrapliwy zew. Samica puchacza już mknęła jej śladem i błyskawicznie odrabiała straty.

– A żeby was biesy, puchacze ćwierkane – wydyszał maleńki ptak. – Wiedziałem, wiedziałem, że to zły pomysł.

Sóweczka pospiesznie rzuciła wzrokiem na prawo i lewo. Do pierwszych dzikich grusz wciąż miała kawałek.

Klnąc pod dziobem, skręciła ponownie, zniżyła lot i zahamowała. Z głośnym trzaskiem władowała się prosto w kępę uschniętych jeżyn.

„Grunt to dobre lądowanie” – pogratulowała sobie w duchu. Nie miała jednak czasu narzekać. Odpychając się skrzydłami i łapami, przebrnęła przez zarośla. „Jak mysza, jak robal” – myślała z przekąsem.

W końcu dotarła do zwalonego pnia, pod którym dostrzegła opuszczoną norę. Pospiesznie wpełzła do środka i rozwaliła się na ziemi. Z nerwów aż ją telepało. Przez chwilę nie słyszała niczego poza własnym zipaniem i waleniem tętna. Kiedy jednak trochę się uspokoiła i opanowała oddech, jej uszu dobiegł niespodziewany dźwięk. Krakanie. Gdzieś tam, wysoko. Gy-rooog. Gy-rooog.

Wołania te były puste i zimne jak trzaskanie lodu po pierwszym przymrozku.

Bez sensu. Kruki, w odróżnieniu od głupawych gawronów i zachłannych wron, należały do najmędrszych ze wszystkich ptasich plemion. Uważano je za niemal tak mądre jak, nie przymierzając, sóweczki. Czemu więc wołały się ogłupiałymi głosami?

Niewielki ptak ostrożnie wychylił łebek z nory. W mroku nocy dostrzegł jednak tylko cień krążącego między konarami puchacza.