40,00 zł
Jak przetrwać w świecie, w którym życie kobiety nic nie znaczy.
Za handlem narkotykami i ludźmi w Niemczech stoją arabskie klany. Napady rabunkowe, wymuszanie haraczy, pranie brudnych pieniędzy – to dla nich codzienność. Traktują niemieckie państwo jak dobrze zaopatrzony supermarket. Nie okazują najmniejszego szacunku policji i wymiarowi sprawiedliwości – a tym bardziej kobietom.
Latife Arab dorastała w jednej z największych klanowych rodzin w Niemczech. Już jako dziecko została wciągnięta w działalność przestępczą, a przez następnych prawie trzydzieści lat była zmuszana, by służyć rodzinie i mężowi jak niewolnica – wykorzystywano ją i upokarzano.
Po sześciu nieudanych próbach ucieczki w końcu udało jej się uratować siebie i swoje dzieci i zerwać związki z rodziną. Jej książka to pierwszy kobiecy głos, który opowiada o życiu wewnątrz jednego z największych arabskich klanów w Niemczech – o potędze przestępczych struktur tworzonych przez imigrantów i o porażce niemieckiego państwa.
Latife Arab to pseudonim, który ma chronić autorkę przed rodzinną zemstą. Urodziła się w 1980 roku. W wieku pięciu lat przyjechała do Niemiec, gdzie jej krewni stworzyli jeden z najpotężniejszych arabskich klanów, prowadzących przestępczą działalność. W wieku 28 lat udało jej się zerwać związki z rodziną. Obecnie mieszka wraz z dziećmi i niemieckim partnerem w okolicach Berlina.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 229
Tytuł oryginału
EIN LEBEN ZÄHLT NICHTS
– ALS FRAU IM ARABISCHEN CLAN.
EINE INSIDERIN ERZÄHLT
Copyright © Latife Arab, 2024
All rights reserved
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcia na okładce
© Mohamad Itani/Arcangel
Redaktor prowadzący
Adrian Markowski
Redakcja
Joanna Serocka
Korekta
Barbara Szymanek
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8444-500-6
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Mojej małej rodzinie
Spotkania z dziką kobietą nie da się dowolnie powtórzyć ani dowolnie zaaranżować.
Najpierw istnieje kwestia prawdomówności i odwagi. Potem kwestia staranności i uważności. W końcu też kwestia gotowości do zmiany. Dzikiej kobiety nie spotyka się bez konsekwencji.
Angelika Aliti
Przygotować kanapki, sprawdzić tornistry, zjeść śniadanie, ubrać się, w międzyczasie poradzić sobie z jedną i drugą dziewczyńską katastrofą. Sukienka jest w pralce, spodnie są beznadziejne, włosy nie chcą się układać. Temu wszystkiemu trzeba szybko zaradzić. W pewnej chwili cała nasza szóstka stoi przed dużym lustrem w przedpokoju, moja córka Ayla zmusza nas, żebyśmy zrobili sobie selfie. O wpół do ósmej dzieci i mój przyjaciel wychodzą z domu, szczęśliwi i zadowoleni. Zostaję w mieszkaniu sama, a poranek i rodzinny rejwach wydają mi się cudowne. Wkrótce minie pięć lat, odkąd żyję normalnym życiem, nie licząc sporadycznych wizyt policji i uparcie ponawianych prób nawiązania ze mną kontaktu przez rodzinę, z której pochodzę. Wracam do sypialni i kładę się do łóżka, od kilku dni męczy mnie jakaś infekcja żołądkowo-jelitowa, ale już jest lepiej. Po południu pójdę na dworzec, żeby oddać w pracy zwolnienie lekarskie, koniecznie muszę to zrobić jeszcze dziś.
Czy powinnam była wtedy pojechać autem? Czy uniknęłabym tego, co się zdarzyło, gdybym poprzedniego dnia wysłała do pracy pocztą to żółte zaświadczenie od lekarza? Podobne pytania od tamtego wrześniowego popołudnia 2015 roku nie dają mi spokoju.
Jestem w parku – rezerwacie przyrody, idę aleją wysadzaną lipami, z jednej strony park otaczają łąki, z drugiej rzeczka. Cieszę się słońcem i myślą, że wkrótce dzieci opowiedzą mi, jak spędziły dzień. Do dworca mam może dziesięć minut. Kiedy docieram na miejsce, uświadamiam sobie, że zapomniałam portmonetki, w której mam swój bilet miesięczny. Schodami zbiegam w dół i najkrótszą drogą wracam do domu. Po drugiej stronie szosy zauważam mężczyznę. Widziałam go już wcześniej, gdy szłam w tamtym kierunku, ale zignorowałam dziwne, niepokojące wrażenie. Mniej więcej w połowie trasy prowadzącej przez łąkę słyszę za sobą kroki. Usuwam się na bok, żeby przepuścić człowieka, któremu się tak spieszy. W tym momencie on zatrzymuje się przy mnie i chwyta za lewe ramię. Patrzę na tę obcą dłoń na moim ramieniu, a potem podnoszę wzrok. To jego widziałam w pobliżu dworca. Jest ode mnie o głowę wyższy, obrzydliwie czuć od niego potem i papierosami. Robi mi się niedobrze. Próbuję uwolnić ramię, na próżno. Na razie nie wpadam w panikę: jest środek dnia, popołudnie, miejsce dość uczęszczane, na pewno zaraz ktoś się pojawi. Ale nikogo nie widać i powoli ogarnia mnie strach. Krzyczę, a mężczyzna brutalnie chwyta mnie za gardło i kłuje w bok czymś ostrym. „Stul dziób”, mówi, „to ci się nic nie stanie. Jak będziesz wrzeszczeć, oberwiesz. Idź spokojnie przed siebie”.
Milknę. Idę w milczeniu. „Chcesz, to zabierz moją torbę”, mówię. „Ale nie mam pieniędzy”.
Jego chwyt staje się jeszcze mocniejszy.
Z daleka widzę parę młodych ludzi, idą w naszym kierunku. To moja nadzieja.
„Uważaj. Jeśli krzykniesz, najpierw załatwię ciebie, a potem tamtych dwoje”.
Znam taki wybór. Jeśli spróbuję się ratować, narażę i siebie, i innych. Przypomina mi się pewien nieszczęśnik, z którym poszłam kiedyś do teatru i mój ojciec go omal za to nie zabił.
„Stul gębę, to nic ci się nie stanie”.
Naiwna wiara, że mężczyzna dotrzyma słowa, każe mi milczeć.
Mija nas tych dwoje z naprzeciwka. Wzrokiem szukam ich oczu, z nadzieją, że mnie zapamiętają. Że zrozumieją moje dramatyczne położenie. Ale oni na mnie nie patrzą. Po prostu przechodzą. Serce wali mi tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie mogę znieść odoru bijącego od mężczyzny, chce mi się wymiotować.
Myślę o dzieciach. Najmłodsze jest u babci, matki mojego przyjaciela. Dwójka starszych sama daje już sobie radę. Ale Dunya ma właśnie trening piłki ręcznej. Co będzie, jeśli nie odbiorę jej na czas? Będzie stała przed halą gimnastyczną i czekała. Zapadnie zmrok, a ją ogarnie strach i kto wie, co wpadnie jej do głowy. Muszę wracać. Wybucham szlochem i próbuję ze wszystkich sił uwolnić się z uścisku mężczyzny. Nie udaje mi się.
On znowu chwyta mnie za szyję i ściska tak mocno, że robi mi się ciemno przed oczami. Kiedy poluzowuje uścisk, uspokajam się. Mam miękkie kolana, drżą mi nogi. Z trudem nimi powłóczę. Usiłuję iść dalej. Coś we mnie się załamuje, przestaję się bronić. Na końcu drogi prowadzącej przez łąkę mijamy boisko piłki nożnej, tu trzeba zejść trzy stopnie niżej, mężczyzna teraz mnie wlecze. Kręci mi się w głowie, czuję mdłości. Na lewo od przejścia dla pieszych odchodzi trochę dłuższa droga, biegnie do dworca. Po prawej rozciąga się miejscowość. Przed nami jest mały mostek przerzucony nad niewielką rzeczką, tędy można dojść do rezerwatu przyrody. Tam są już tylko drzewa, zarośla i łąki.
Mężczyzna się zatrzymuje. Kiełkuje we mnie nadzieja. W alejkach po lewej i prawej stronie zwykle jest wielu rowerzystów i amatorów joggingu. Nagle nabieram irracjonalnej pewności, że on wybierze jedną z tych dwóch dróg, że ktoś się pojawi i wybawi mnie z opresji. W wyobraźni już widzę powitanie z córką.
Ale on wybiera drogę przez mostek, prosto w las. Tu nie ma spacerowiczów, nie ma szans na ratunek. Zapada zmrok.
Dunya daremnie będzie czekała na mnie przed halą sportową. Ostatecznie znowu ucierpią moje dzieci.
Czy mogłam to przewidzieć? Przeoczyłam coś w ostatnich tygodniach, miesiącach, latach? Za bardzo ufałam ludziom? A może to kara boska za zdradę religii? Żyłam jak niewierząca, nie nosiłam hidżabu, nie odmawiałam obowiązkowych modlitw. Czy ten zbir działa na zlecenie mojej rodziny lub byłego męża, ma mi przypomnieć, skąd pochodzę i kim jestem? Ale dlaczego teraz, po tylu latach, kiedy właściwie zostawili mnie już w spokoju?
Bandzior ciągnie mnie za sobą, mechanicznie stawiam stopę za stopą. Straciłam poczucie czasu i przestrzeni. Popycha mnie w gąszcz, upadam na ziemię. Zaraz jednak wstaję i po raz ostatni próbuję uciec. Tamten chwyta mnie za włosy i mocno przytrzymuje. Okładam go pięściami, to nic nie zmienia. Oddaje uderzenia, ja krzyczę ile sił w płucach. Przypiera mnie do drzewa i ściska za gardło. Mdleję, osuwam się na ziemię. Kiedy odzyskuję przytomność, z trudem się podnoszę, opieram o drzewo, żeby nie upaść, i próbuję mu się przyjrzeć, by zapamiętać jego wygląd. Z całej siły uderza mnie w twarz. Po policzkach ciekną mi łzy, ale nie czuję bólu ani strachu. W głowie kołacze mi myśl, że gdzieś w ulicznym mroku czeka na mnie córka.
Błagam go, żeby pozwolił mi odejść, bo jestem potrzebna dzieciom. Znów rzuca mnie na ziemię i całym ciężarem siada na plecach. Wbija kolana w mój kręgosłup. Jedną ręką przyciska moje prawe ramię, drugą wciska mi twarz w ziemię. Mam jej pełno w ustach, do oczu dostał się piasek. Wolną ręką sięgam pomału do ust, próbuję trochę skręcić szyję, żeby zaczerpnąć powietrza. Mam jeszcze wolne nogi, więc usiłuję nimi kopać. To nic nie daje, poza tym że uderzam w zwalony pień drzewa, a wtedy coś z głośnym trzaskiem pęka w mojej stopie. Czuję ból jak tysiąc ostrych dźgnięć i zapadam w ciemność.
Kiedy przytomnieję, jest mrok. Oczy pieką mnie od piasku i brudu. Wypluwam z ust ziemię i próbuję oddychać, powoli i spokojnie. On ciągle jest tuż obok. Odwraca mnie na plecy i siada mi na nogach. Jego głos dociera do mnie z bardzo daleka. Nie rozumiem słów. Leżę bez ruchu. Nie mam w sobie sił ani nadziei, nie ma niczego i nikogo poza ciemnością, drzewami, nim i mną.
Ile czasu minie, zanim ktoś odnajdzie moje zwłoki? Kto przyjdzie na mój pogrzeb? Czy zbezczeszczą mój grób, jak zbezcześcili groby kobiet i dziewcząt mordowanych pod pozorem przywracania honoru rodzinie?
Za kilka chwil to wszystko tutaj się skończy, spotkam swoją babcię, rzucę się jej w ramiona i opowiem, co mi zrobili. Jeśli w niebie istnieje Bóg, Allah czy ktoś inny, podejdę i zapytam, czy to wszystko wydarzyło się zgodnie z jego wolą. Czy choć przez sekundę pochyli się nad cierpieniem kobiet na świecie? Dlaczego pozwala, byśmy rodziły się w społeczeństwie pełnym przemocy, w którym jesteśmy ciemiężone, a niektóre z nas tracą życie?
Jednak ciągle żyję. Jestem naga. Z paniki, jaka znów mnie ogarnia, wpadam w bezdech. Macam ziemię wokół siebie, szukając torebki, bo w niej mam inhalator na astmę. Ale mężczyzna jest szybszy ode mnie, chwyta torebkę, wytrząsa jej zawartość. Błagam go, tłumaczę, że potrzebuję inhalatora. W ciemności majaczy w jego ręku buteleczka, która mogłaby mi pomóc. On ciska ją w krzaki. „Tego już i tak nie będziesz za chwilę potrzebować”.
Brak mi tchu, nic już nie jestem w stanie robić. Moje ciało kapituluje, mózg się wyłącza. Leżę bez ruchu, mój oddech staje się coraz płytszy. Otacza mnie ciemność. Już nie istnieję.
Naraz przestaję czuć na sobie jego ciężar. Nie słyszę żadnych odgłosów, nie czuję smrodu papierosów ani potu. Może pomyślał, że nie żyję, i uciekł.
Nie wiem, jak długo tak leżę i udaję martwą. Mam nadzieję, że oprawca nie wróci. Poruszam głową, w lewo, potem w prawo. Próbuję stanąć na nogi. Nie udaje mi się. Nie daję jednak za wygraną. Resztką sił wpełzam w gęstwę zarośli, w stronę, gdzie może leżeć mój inhalator. Trafiam w sam środek krzaku pokrzyw. Później będzie mnie palił piekący ból, ale teraz w moich żyłach krąży czysta adrenalina i nie mogę złapać tchu. Kiedy szukam inhalatora, słyszę kroki. Wypełzam z zarośli, nieruchomieję w poprzedniej pozycji i oddycham najciszej, jak potrafię.
On wraca, znów czuję jego odór. Chwyta mnie za włosy, podnosi moją głowę, przygląda mi się i znów odchodzi. Co powinnam zrobić? Mam czołgać się przez las? Ale w którą stronę?
Po chwili długiej jak wieczność zbieram siły i opieram się o pień drzewa. Wszystkie doznania są niesamowicie wyraziste: boli mnie noga, boli mnie ręka, piecze skóra, nie mogę oddychać. To ostatnie odbiera mi zdolność myślenia i działania. Trzęsę się z zimna. Nogi mam jak z waty. Paraliżuje mnie strach, że on wróci. Muszę jednak coś zrobić. Gdzie są moje dzieci? Tuż obok leży moja kurtka, w torebce mam komórkę. Przez cały ten czas ani razu nie zadzwoniła, ani nie wydała żadnego dźwięku, choć zazwyczaj moje dzieci nieustannie bombardują mnie telefonami i wiadomościami.
Inhalator i moje pozostałe rzeczy morderca – bo w tej chwili ten człowiek jest dla mnie tym właśnie, nikim innym – cisnął w las, ale zapomniał o telefonie. Kiedy wyciągam go z kieszeni kurtki, łzy ciekną mi po twarzy jak dziecku.
Ale do kogo zadzwonić? Wstydzę się swojej nagości i bezradności. Kto mógłby mnie stąd zabrać, komu mogę się tak pokazać? Nie, nikomu, kogo znam, na to nie pozwolę.
Drżącymi palcami wybieram sto dwanaście.
Zgłasza się mężczyzna. „Jak mogę pomóc, gdzie pani jest i jak się pani nazywa?”, pyta.
Płaczę. To ze szczęścia, że ktoś odebrał. Mówię bardzo cicho, boję się, że zbir wróci. Proszę o inhalator na astmę. O to, by wysłali radiowóz na sygnale do hali sportowej i odszukali moją córkę. Dyspozytor prosi o adres hali, mówi, żebym się nie martwiła. Słyszę, że przekazuje komuś wszystkie informacje, i czuję, że moje napięcie opada.
Mija trochę czasu, zanim udaje mi się opisać, gdzie mniej więcej jestem. Astma utrudnia mi mówienie. Leżę na ziemi, nie mogę się ruszyć. Moje ciało jest ciężkie jak ołów, jest mi zimno. Mężczyzna przemawia kojącym głosem, uspokaja mnie. Po chwili oznajmia, że policjanci przeszukali halę sportową i teren wokół pobliskiej szkoły podstawowej. „Nie znaleźli twojej córki”, mówi i pyta: „Dokąd mogła pójść?”.
A więc Dunyi tam nie ma. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że ktoś wciągnął ją do auta, kiedy na mnie czekała, i jestem bliska ataku paniki. Chcę umrzeć.
„Słyszysz syreny?”, pyta głos mężczyzny w telefonie.
Nie słyszę.
„Co z moją córką?”
„Spokojnie, znajdziemy ją, będzie cię potrzebować, gdy wrócisz do domu”.
Skupiam się na jego słowach.
W końcu zaczynają jednak docierać do mnie jakieś dźwięki. Narastają, a potem znów cichną.
Wybucham szlochem. „Odjechali!”, wołam. „Ależ nie”, uspokaja mnie dyspozytor. „Wrócą”.
I zaraz słyszę najpierw jedną, potem drugą syrenę, potem kolejną i jeszcze jedną, coraz bliższe.
Dyspozytor mówi, że policja zacznie przeczesywać las, żeby mnie znaleźć. I żebym krzyczała najgłośniej, jak potrafię. Rozłączamy się.
Nie daję rady krzyczeć, opadłam z sił.
Na szelest w krzakach reaguję obezwładniającym lękiem. Boję się, że to morderca. Krzyczę. Wyrzucam z siebie strach i wściekłość na samą siebie. Głośno, jeszcze głośniej. A potem światło latarki, jak ciepły oddech w ciemnym lesie, i kobiecy głos: „O Boże, znalazłam ją”. Ktoś świeci mi latarką w oczy.
Nachyla się nade mną, przegania owady, które mnie obsiadły, odgarnia trawę i brud z mojej twarzy i mówi: „Jesteś już bezpieczna, znaleźliśmy cię. Wszystko będzie dobrze”.
W tym momencie dzwoni moja komórka. Odbiera policjantka, ja nie zdołałabym wydusić z siebie słowa. To trener piłki ręcznej mojej córki. Po treningu czekał z nią przed halą sportową i kiedy się nie pojawiłam, osobiście odwiózł ją do domu. Tam też nikogo nie było. W moim mieszkaniu roi się od policji, a on się martwi. Czuję wdzięczność i ulgę na myśl, że córka jest bezpieczna, teraz mogę skupić się na sobie.
Wokół mnie uwijają się policjanci. Leżę w snopach świateł ich latarek, mam wrażenie, że oglądają mnie jak padłą krowę.
Policjantka prosi o koc i okrywa nim moje nagie ciało. Trzyma w ręce inhalator i przykłada mi do ust. Nabieram wreszcie tlenu w płuca. Znów mogę swobodnie oddychać.
Po szybkim badaniu policjanci zadają mi kilka pytań. W karetce dostaję kroplówkę rozgrzewającą i środek uspokajający. „Pani dzieci mają się dobrze”, zapewnia lekarz. „Są już w domu, są z nimi pani przyjaciel i pani matka”. Robi mi się ciepło i zasypiam.
*
Po trzydziestym września 2015 roku moje życie nie było już takie jak dawniej, stałam się czujna i nieufna. Od tamtego dnia nie przespałam spokojnie ani jednej nocy.
Wraz z napadem powróciło wszystko, co przez wiele lat udawało mi się zepchnąć na obrzeża pamięci. Wszystko, o czym myślałam, że już mam za sobą. Owego popołudnia skrzydła podciął mi nie tamten jeden mężczyzna, lecz zrobiła to cała moja przeszłość. W wieku trzydziestu pięciu lat zrozumiałam, że od niej nie ucieknę, że jest ze mną nierozerwalnie połączona.
Pochodzę ze znanej rodziny arabskiej. Imiona moich krewnych pojawiają się w gazetach, ich twarze widuje się w telewizji. Handlowali ludźmi, wymuszali okupy, przemycali narkotyki, przeprowadzali napady rabunkowe, prali brudne pieniądze. Nie okazywali policji żadnego szacunku. Najważniejszy był „honor rodziny”.
To, co od mniej więcej 2000 roku Niemcy opisują jako klan, tworzy kilkanaście wielkich rodzin – spokrewnionych ze sobą i dodatkowo jeszcze mocniej powiązanych przez małżeństwa – które żyją według własnych zasad. Klan ignoruje prawo, a państwo traktuje jako rodzaj samoobsługowego sklepu, z którego bierze to, czego potrzebuje. Czyli uprawia oszustwo. W tym rozbudowanym systemie (im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy) rola kobiety jest zdefiniowana odgórnie. Wyjaśnia to – wraz z praktyką „narzeczonej z importu” i łączenia rodzin – w jaki sposób tak zwane klany, w Niemczech istniejące od początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w tak krótkim czasie stały się potęgą. Dlaczego istnieją dziś struktury funkcjonujące równolegle do reszty społeczeństwa.
Mnie samej wydaje się to niepojęte, a jednak wiem już na pewno, że moją rodzinę można uznać za zalążek jednego z takich toksycznych klanów.
Klan to hermetyczna wspólnota, która jak pokazuje moja historia, nawet małe dzieci bez skrupułów wciąga w swoje machinacje. Mnie na przykład zatrudniano w charakterze kurierki, zmuszano do składania fałszywych zeznań – czynów karalnych, które oczywiście dawno się przedawniły, o ile w ogóle byłam w tamtym momencie na tyle dorosła, że podlegałam odpowiedzialności karnej.
Moi krewni ze swojej przestępczej działalności czerpią ogromne zyski, które inwestują na całym świecie. Ale już od dawna nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Oni czerpią satysfakcję z tego, że pokazują niemieckiemu państwu, kto tu naprawdę rządzi.
Od czasu napadu pokonałam długą drogę. Potrzebowałam dużo czasu, żeby odzyskać zaufanie, podnieść się z tego, co przeszłam. Pozostały mi blizny, ale wróciłam do życia, a rodzina, z której pochodzę, nie ma już nade mną żadnej władzy. Odnalazłam własny głos i już się nie ukrywam.
Ta książka nie jest śledztwem, rozrachunkiem z rodziną ani teoretycznym wywodem na temat struktur klanowych w Niemczech. Opowiadam moją historię. O moim życiu z tymi ludźmi, o wielu próbach uwolnienia się od nich i o tym, jak mi się to ostatecznie udało.
Chcę żyć. Jestem głęboko przekonana, że życie jest tego warte. Tyle razy się podnosiłam. Chcę patrzeć w przyszłość. Wiem jednak, że nie zdołam uczynić tego bez spojrzenia w oczy upiorom przeszłości. Muszę opowiedzieć przy tym o sprawach, których moi krewni woleliby nie usłyszeć. Ale dopóki każda ciemiężona kobieta będzie ze strachu chować się w milczeniu, dopóty nic się nie zmieni.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
Napad
Okładka
