Stephen King na wielkim ekranie - Stephen King - ebook

Stephen King na wielkim ekranie ebook

Stephen King

0,0

Opis

[PK]

 

Po raz pierwszy zebrano w jednym tomie pięć słynnych opowiadań Stephena Kinga, których ekranizacje zdobyły uznanie krytyków i milionów widzów na całym świecie. Są to również ulubione filmy samego autora. Przed każdym z tekstów czytelnik znajdzie krótki, fascynujący komentarz pisarza, osobisty i pełen informacji spoza planu filmowego. 

 

Zbiór zawiera następujące teksty: „Skazani na Shawshank” (jego ekranizacja zdobyła siedem nominacji do Oscara), „1408”, „Dzieci kukurydzy” (film doczekał się sześciu sequeli!), „Maglownica” oraz „Mali ludzie w żółtych płaszczach”.

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:

Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy w Dzielnicy Praga Północ

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 681

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



STEPHEN

Biblioteka Publiczna

Praga Północ

741050738

EN KING A WIELKIM EKRANIE

Prószy^ski i S-ka

STEPHEN KING NA WIELKIM EKRANIE

Po raz pierwszy zebrano w jednym tomie pięć słynnych opowiadań Stephena Kinga, których ekranizacje zdobyły uznanie krytyków i milionów widzów na całym świecie.

Są to również ulubione filmy samego autora. Przed każdym z tekstów czytelnik znajdzie krótki,

fascynujący komentarz pisarza, osobisty i pełen informacji spoza planu filmowego.

Zbiór zawiera następujące teksty:

„Skazani na Shawshank"

(jego ekranizacja zdobyła siedem

nominacji do Oscara!),

„1408", „Dzieci kukurydzy"

(film doczekał się sześciu seque1i!),

„Maglownica" oraz

„Mali ludzie w żółtych płaszczach".

STEPHEN KING NA WIELKIM EKRANIE

STEPHEN

KING

MAGLOWNICA

SERCA ATLANTYDÓW*

Wątpliwości co do Teda.

Książka jest jak pompa. Wybij to sobie z głowy. Smutny zdobywa nagrodę. Bobby dostaje pracę. Po czym poznać człowieka niskich pobudek.

Władza matki. Bobby pracuje.

Bobby czyta gazetę.

Wielka szansa Liz. Obóz przy Broad Street. Niespokojny tydzień. W drogę do Providence.

Narożnik. Ostatnia koszula.

<G>

Paskudny czwartek.

it J

SKAZANI NA SHAWSHANK

DZIECI KUKURYDZY

10 moich ulubionych adaptacji filmowych

Spis rzeczy

KING

STEPHEN KING NA WIELKIM EKRANIE

PVos2yŁislo i S-Ua

Tytuł oryginału

STEPHEN KING GOES TO THE MOVIES

Copyright © 2009 by Stephen King Al! rights reserved

Opowiadania pochodzą ze zbiorów:

„1408" ze zbioru „Wszystko jest względne",

Prószyński i S-ka 2007 „Maglownica" ze zbioru „Nocna zmiana",

Prószyński i S-ka 2007

„Serca Atlantydów", fragment powieści pod tym samym tytułem,

Prószyński i S-ka 2000

„Skazani na Shawshank" ze zbioru „Cztery pory roku", wyd. Albatros 2001, „Dzieci kukurydzy" ze zbioru „Nocna zmiana",

Prószyński i S-ka 2007

Wstępy Stephena Kinga do opowiadań przełożyła Paulina Braiter

Projekt okładki: Ewa Wójcik

Ilustracja na okładce: VinćefttChpnQ 1 ^ ^ F L/B f\)A

1 ;ana Twarde ■ -go

Redaktor serii: Renata Smolfaska .!P'!7°",mfC,<'1Vvy

■>. >r.'f nifii, ,'JIu t.'.>fosiych I M;.- Nr <11

Redakcja: Łucja Grudzińska '* \VJLx:/ylasa )

•\! * * N Korekta: Bronisława Dziećłźtc^eśofowskcr................................

Łamanie: Ewa Wójcik

ISBN 978-83-7648-096-1

Warszawa 2009

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Garażowa 7, 02-651 Warszawa

www. proszynski. pl

Druk i oprawa:

ABEDIK S.A.

ul. Ługańska 1, 61-311 Poznań

Frankowi Darabontowi, który urzeczywistnił moje sny

1408

To cud, że ta historia w ogóle istnieje w jakiejkolwiek postaci, drukowanej czy filmowej. Pierwszy tysiąc słów nabazgralem w salonie wynajętego domu na Sannibel Island, kiedy popołudniowa burza nie pozwoliła mi z rodziną pójść na plażę. W założeniu miał to być przykład (przeznaczony do książki „Jak pisać") tego, jak wygląda proces przerabiania tekstu. Odpracowałem już historię o nawiedzonym hotelu („Lśnienie") i zwykle nie zamierzam przeżuwać na nowo starych kęsów.

Powodem, dla którego ją skończyłem, był główny bohater - ten cyniczny pisarzyna (który niegdyś mógł nawet próbować niezłe zamieszać), w swych książkach demaskujący ponoć nawiedzone miejsca, zaczął mnie interesować. Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby podobny gość zetknął się z prawdziwym nawiedzeniem.

Poważni aktorzy rzadko przyjmują role w niskobudżetowych horrorach, ale John Cusack zgodził się zagrać Mikę a Enslina. I choć nie mam pewności dlaczego (możliwe, że wspomniał o tym w jednym z promocyjnych wywiadów, ale osobiście nigdy nie słyszałem, by odpowiedział na to pytanie), myślę, że postać ta mogła przemówić także do niego. Jest w tej roli świetny, a przez sporą część czasu gra praktycznie sam.

Wiedziałem, że będzie to dobry film, kiedy producent, Bob Wein-stein, przysłał mi pierwszy zwiastun. Miał on w sobie kłaustrofo-bieżną doskonałość, idealnie oddającą ton opowiadania. Wyobraziłem sobie nawiedzenie, które dosłownie doprowadzałoby mieszkańców pokoju 1408 do obłędu, narażając ich na dziwaczne odczucia i myślowe wizje, jakich zazwyczaj doświadczamy jedynie w gorączkowych snach albo pod wpływem LSD czy meskaliny Twórcy filmu zrozumieli, co chciałem osiągnąć, i w rezultacie stworzyli rzadkość: horror, który naprawdę przeraża. Upierałem się przy niższej granicy wiekowej, od 13 lat w górę (i w końcu film faktycznie ją dostał), bo prawie nie ma w nim krwi ani przemocy Podobnie jak świetne stare filmy Vala Lewtona, ten także przemawia do naszych nerwów, a nie do odruchu wymiotnego.

Ijeszcze słówko: scenarzyści dodali tlo, które w opowiadaniu nie istnieje. To stara hollywoodzka sztuczka, zawsze niebezpieczna i rzadko kończąca się powodzeniem. Tu nawet działa, choć z tego, co pamiętam, trzeba było ponownie nakręcić zakończenie, żeby wszystko zaskoczyło.

1408

Mike Enslin był jeszcze w obrotowych drzwiach, gdy ujrzał Oli-na, kierownika hotelu Delfin, siedzącego w jednym z przesadnie głębokich foteli w holu. Serce mu się ścisnęło. Może znowu powinienem przyprowadzić ze sobą prawnika, pomyślał. No, na to już za późno. I nawet jeśli Olin postanowił znowu rzucić jakąś kłodę pomiędzy niego i pokój numer 1408, sytuacja nie wyglądała aż tak źle. Było się czym pocieszyć.

Olin ruszył przez hol, wyciągając przed siebie pulchną rękę do Mike'a, który wydostał się z obrotowych drzwi. Delfin znajdował się na Sześćdziesiątej Pierwszej, na rogu Piątej Alei, i był niewielki, lecz elegancki. Mężczyzna i kobieta w wieczorowych strojach minęli Mike'a w chwili, gdy wyciągnął dłoń do Olina, przekładając do lewej ręki mały neseser. Kobieta miała jasne włosy, była oczywiście odziana w czerń, a lekki, kwiatowy zapach jej perfum wydawał się syntezą Nowego Jorku. W barze na antresoli ktoś grał „Night and Day", jakby dla podkreślenia tej syntezy.

- Pan Enslin. Dobry wieczór.

- Dobry wieczór. Czy coś się stało?

Olin miał znękaną minę. Rozejrzał się po małym, eleganckim holu, jakby szukając pomocy. Przy stanowisku pracownika zajmującego się rezerwacjami jakiś mężczyzna kłócił się z żoną o bilety do teatru, czemu pracownik przysłuchiwał się ze słabym cierpliwym uśmiechem. W recepcji mężczyzna w ubraniu wymiętym w ten charakterystyczny sposób, jaki się uzyskuje tylko po długich godzinach spędzonych w klasie biznes, rozmawiał o swoim zameldowaniu z kobietą w eleganckim czarnym kostiumie, który spokojnie mógłby uchodzić za strój wieczorowy. Dzień jak co dzień w hotelu Delfin. Każdy mógł liczyć na pomoc, tylko nie biedny pan Olin, który wpadł w szpony pisarza.

- Więc? - spytał Mike.

- Czy... czy możemy porozmawiać przez chwilę w moim gabinecie?

No pewnie, czemu nie? To pomoże opowiadaniu o pokoju 1408, spotęguje złowrogi ton, którego czytelnicy jego książek byli wyraźnie spragnieni, ale to jeszcze nie wszystko. Mike Enslin do tej pory nie miał pewności, pomimo wszystkich wskazówek i sugestii. Teraz ją zyskał. Olin naprawdę bał się pokoju 1408 i tego, co dziś w nocy może się tam stać z Mikiem.

- Ależ oczywiście.

Olin, dobry gospodarz, sięgnął po neseser Mike'a.

- Proszę pozwolić...

- Poradzę sobie - powiedział Mike. - To tylko ubranie na zmianę i szczoteczka do zębów.

- Na pewno?

- Tak. I już włożyłem moją fartowną koszulę hawajską. -Uśmiechnął się. - Tę ze środkiem duchobójczym.

Olin nie odwzajemnił jego uśmiechu, natomiast westchnął. Mały okrągły człowieczek w ciemnym smokingu i starannie zawiązanym krawacie.

- Doskonale. Proszę za mną.

W holu kierownik hotelu robił wrażenie niepewnego, nawet przygnębionego. W swoim gabinecie, wykładanym dębową boazerią, ze zdjęciami hotelu na ścianach (Delfin został otworzony w 1910 roku - Mike nie przeprowadzał wywiadów, ale publikował w dziennikach czy wielkomiejskich gazetach i sprawdzał wszystkie fakty), Olin zaczął znowu nabierać pewności siebie. Na podłodze leżał perski dywan. Dwie stojące lampy rzucały łagodne żółte światło. Na biurku koło skrzynki na cygara stała lampka z zielonym abażurem w kształcie rombu. Koło skrzynki na cygara leżały również trzy ostatnie książki Mike'a Enslina. Rzecz jasna, wydania broszurowe; wydań w twardej okładce nie było. Mój gospodarz także sprawdził parę faktów, pomyślał Mike.

Usiadł przed biurkiem. Spodziewał się, że Olin usiądzie naprzeciwko, ale kierownik go zaskoczył. Wybrał krzesło obok Mikę^, skrzyżował nogi, po czym pochylił się nad swoim małym brzuszkiem, by dotknąć skrzynki.

- Cygaro?

- Nie, dziękuję. Nie palę.

Spojrzenie Olina musnęło zatkniętego zawadiacko papierosa za prawym uchem Mike'a. Tak dawny cwany reporter mógłby zatknąć następnego szluga tuż pod legitymacją prasową wsuniętą za wstążkę fedory. Papieros stał się do tego stopnia częścią jego samego, że przez chwilę Mike naprawdę nie rozumiał, na co patrzy Olin. Potem się roześmiał, wyjął go, sam na niego spojrzał i wrócił spojrzeniem do Olina.

- Nie zapaliłem ani jednego od dziewięciu lat - powiedział. -Mój starszy brat umarł na raka płuc. Rzuciłem po jego śmierci. Ten papieros za uchem... - Wzruszył ramionami. - Częściowo z sentymentu, częściowo chyba z powodu przesądów. Tak jak koszula hawajska. Albo te papierosy, które czasami ludzie trzymają na biurkach lub ścianach, w takich małych skrzyneczkach z napisem W RAZIE POTRZEBY ZBIĆ SZYBKĘ. Czy w 1408 można palić? Pytam na wypadek, gdyby wybuchła wojna atomowa.

- W rzeczy samej.

- No pięknie - rzucił jowialnie Mike. - O jedno zmartwienie mniej podczas nocnego czuwania.

Pan Olin znowu westchnął, ale to westchnienie nie miało takiego niepocieszonego brzmienia jak w holu. Tak, to przez ten gabinet, zrozumiał Mike, gabinet Olina, jego miejsce. Nawet tamtego popołudnia, gdy Mike przybył w towarzystwie Robertsona, prawnika, Olin wydawał się mniej zdenerwowany, kiedy znaleźli się tutaj. Zresztą dlaczego nie? Gdzie można się czuć panem sytuacji, jeśli nie na swoim? Gabinet Olina był pomieszczeniem z dobrymi obrazami na ścianach, dobrym dywanem na podłodze, dobrymi cygarami w skrzyneczce. Od roku 1910 wielu kierowników bez wątpienia prowadziło tu interesy; na swój sposób ten gabinet był równie nowojorski jak blondynka w czarnej sukni bez ramion, zapach jej perfum i niesprecyzowana obietnica wyrafinowanego nowojorskiego seksu nad ranem.

- Nadal się panu wydaje, że nie da się pan odwieść od tego swojego pomysłu, prawda? - spytał Olin.

- Nadal to wiem - odparł Mike, wkładając papierosa z powrotem za ucho. Nie przygładził włosów brylantyną, jak miały w zwyczaju te barwne dziennikarskie typki w fedorach, ale codziennie zmieniał papierosa, tak jak bieliznę. Za uszami człowiek się poci; kiedy przyglądał się papierosowi pod koniec dnia, zanim wrzucił jego niewypaloną śmiercionośną pałeczkę do toalety, widać było niewyraźny żółtopomarańczowy osad potu na cienkiej białej bibułce. Nie poskramiało to pokusy zapalenia. Palił niemal przez dwadzieścia lat - trzydzieści fajek dziennie, czasem czterdzieści - lecz miał to już za sobą. Dlaczego palił - pozostawało jeszcze lepszym pytaniem.

Olin wziął stosik książek z arkusza bibuły.

- Mam szczerą nadzieję, że się pan myli.

Mike rozsunął zamek bocznej kieszeni małego nesesera. Wyjął dyktafon Sony.

- Nie przeszkadza panu, że będę nagrywać naszą rozmowę?

Olin machnął ręką. Mike wcisnął nagrywanie, zapaliło się czerwone światełko. Kółeczka zaczęły się obracać.

Tymczasem Olin powoli przeglądał książki, czytając tytuły. Jak zwykle na widok swoich książek w cudzych rękach Mike Enslin doznał najdziwniejszej mieszanki emocji: dumy, zażenowania, rozbawienia, buntu i wstydu. Nie musiał się wstydzić tych opowieści, utrzymywały go na całkiem niezłym poziomie od pięciu lat i nie dzielił się dochodem ze specjalistami od promocji („wydawnicze dziwki", jak nazywał ich jego agent, być może częściowo z zazdrości), ponieważ sam wpadł na chwyt reklamowy. Zresztą kiedy pierwsza książka sprzedała się tak dobrze, tylko kretyn by go nie zauważył. Co można zrobić po „Frankensteinie", jeśli nie „Narzeczoną Frankensteina"?

A jednak pojechał do Iowa. Studiował z Jane Smiley. Niegdyś uczestniczył w dyskusji ze Stanleyem* Elkinem. Raz ubiegał się (żaden z jego obecnych przyjaciół i znajomych nie miał o tym naj-bledszego pojęcia) o wydanie go jako Młodego Poety Yale. I kiedy kierownik hotelu zaczął odczytywać głośno tytuły, Mike pożałował, że w ogóle nastraszył Olina dyktafonem. Później będzie słuchać jego wyważonego głosu i wyobrazi sobie, że słyszy w nim pogardę. Dotknął papierosa za uchem, nie zdając sobie z tego sprawy.

- „Dziesięć nocy w dziesięciu nawiedzonych domach" - czytał Olin. - „Dziesięć nocy na dziesięciu nawiedzonych cmentarzach". „Dziesięć nocy w dziesięciu nawiedzonych zamkach". -Spojrzał na niego z lekkim uśmiechem w kącikach ust. - Przy tej okazji przejechał się pan do Szkocji. Nie wspominając o Lasku Wiedeńskim. I wszystko da się odpisać od podatku, prawda? Nawiedzone miejsca są niezbędne dla pańskiej pracy.

- Pan do czegoś zmierza?

- To pańskie czułe miejsce, prawda?

- Czułe - tak. Słabe - nie. Jeśli chce mnie pan wyprosić z hotelu, krytykując moje książki...

- Nie, skąd. Byłem tylko ciekawy, to wszystko. Dwa dni temu, kiedy wystąpił pan ze swoją... prośbą... wysłałem po nie Marcela, naszego pracownika do spraw rezerwacji.

- To było żądanie, nie prośba. I nadal jest. Słyszał pan, do powiedział pan Robertson: prawo stanu Nowy Jork, nie wspominając już o dwóch ustawach federalnego prawa cywilnego, zabrania odmawiać mi konkretnego pokoju, jeśli proszę właśnie o ten konkretny pokój i jest on pusty. A numer 1408 jest pusty. Ostatnio zawsze jest pusty.

Ale pan Olin nie dał się tak od razu oderwać od tematu ostatnich trzech książek Mike'a - wszystkie były bestsellerami „New York Timesa". Po prostu zaczął je przeglądać po raz trzeci. Łagodne światło lampy odbijało się od ich lśniących okładek. Było na nich mnóstwo fioletu. Fiolet sprzedaje horrory lepiej od wszystkich innych kolorów, powiedziano Mike'owi.

- Aż do wieczora nie miałem okazji się w nie zagłębić - powiedział Olin. - Byłem dość zajęty. Jak zwykle. Delfin jest mały jak na nowojorskie standardy, ale mamy dziewięćdziesiąt procent zajętych pokoi i zwykle z każdym gościem pojawia się u nas nowy problem.

- Tak jak ze mną.

Olin uśmiechnął się lekko.

- Powiedziałbym, że pan jest problemem specjalnym. Pan, pan Robertson oraz wasze groźby.

Mike znowu się zjeżył. Nikomu nie groził, chyba że sam Robertson był już groźbą. A zaangażował go z konieczności, tak jak z konieczności wyważa się łomem zardzewiały sejf, gdy klucz na nic się już nie zdaje.

To nie twój sejf, powiedział jakiś wewnętrzny głos, choć prawo tego stanu i kraju twierdziły co innego. Prawo twierdziło, że pokój 1408 w hotelu Delfin należy do niego, jeśli on go pragnie, pod warunkiem że wcześniej nie dostał go ktoś inny.

Zdał sobie sprawę, że Olin mu się przygląda, nadal z tym bladym uśmieszkiem. Tak jakby śledził jego wewnętrzny dialog niemal słowo po słowie. Było to nieprzyjemne wrażenie, a Mike zaczął dochodzić do wniosku, że całe to spotkanie w niespodziewany sposób także stało się nieprzyjemne. Od chwili kiedy wyjął dyktafon i go włączył (co na ogół działało onieśmielająco), czuł się jak oskarżony.

- Jeśli dąży pan do czegoś, chyba straciłem to z oczu. A miałem ciężki dzień. Skoro nasza potyczka o pokój 1408 już się skończyła, chciałbym pójść na górę i...

- Przeczytałem jeden z... hm... jak je pan nazywa? Eseje? Opowieści?

Czeki, tak je nazywał, ale nie zamierzał tego powiedzieć przy włączonym magnetofonie. Nawet przy własnym.

- Opowiadania - zdecydował się Olin. - Przeczytałem po jednym opowiadaniu z każdej książki. Ta o domu Rilsbych w Kansas z książki o nawiedzonych domach...

- A, tak. Morderstwa za pomocą siekiery. - Gość, który porąbał na kawałki całą sześcioosobową rodzinę Eugene'a Rils-by'ego, nigdy nie został złapany.

- Otóż to. I ta o nocy, którą spędził pan przy grobach tych kochanków z Alaski, co popełnili samobójstwo - tych, którzy podobno zjawiają się w okolicach Sitka - oraz relację z nocy w zamku Gartsby. Ta była całkiem zabawna. To mnie zaskoczyło.

Mike miał doskonale wyostrzony słuch na nutki pogardy pobrzmiewające nawet w najbardziej neutralnych uwagach na temat jego książek i nie wątpił, że czasami słyszał pogardę, której tam nie było - jak się przekonał, niewiele stworzeń na tym świecie ma taką paranoję jak pisarz, który głęboko w sercu wierzy, że poszedł na łatwiznę - ale tutaj nie wychwycił żadnego pogardliwego tonu.

- Dziękuję - powiedział. - Chyba.

Zerknął na dyktafon. Czerwone oczko zwykle wydawało się obserwować tego drugiego, prowokowało, żeby powiedział coś nie tak. Dziś zdawało się wpatrywać w Mike'a.

- O tak, to miał być komplement. - Olin poklepał książki. -Zamierzam je przeczytać... ale tylko ze względu na styl. Styl mi się podoba. Zaskoczyło mnie, że śmieję się z pańskich całkiem nie nadprzyrodzonych przygód w zamku Gartsby, i równie zaskoczony doszedłem do wniosku, że jest pan dobry. I subtelny. Spodziewałem się więcej krwi i mordów.

Mike przygotował się na to, co niemal z całą pewnością miało paść zaraz potem, na jakąś wersję „Co taka miła panienka robi w takim miejscu". Olin, wielkomiejski hotelarz, gospodarz jasnowłosych kobiet, które w czarnych sukniach wychodziły w noc, pracodawca starszych, zaniedbanych mężczyzn we frakach, którzy brzdąkali w hotelowym barze stare standardy w rodzaju „Night and Day". Olin, który prawdopodobnie w czasie wolnym czytywał Prousta.

- Ale te książki są także niepokojące. Gdybym do nich nie zajrzał, prawdopodobnie nie zadałbym sobie trudu i nie czekałbym na pana. Ledwie zobaczyłem prawnika z aktówką, wiedziałem, że uparł się pan zamieszkać w tym przeklętym pokoju i że żadne moje słowo nie odwiedzie pana od tego zamiaru. Ale te książki...

Mike wyłączył dyktafon - od tego czerwonego wytrzeszczonego oczka zaczęły go przechodzić ciarki.

- Chce pan wiedzieć, dlaczego się prostytuuję? O to chodzi?

- Zakładam, że dla pieniędzy - odparł Olin łagodnie. - I nie można mówić o prostytucji, przynajmniej według mnie... choć to interesujące, że tak szybko doszedł pan do takiego wniosku.

Mike poczuł ciepło pełznące mu po policzkach. Nie, to się toczyło zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Jeszcze nigdy dotąd nie wyłączył dyktafonu w środku rozmowy. Ale Olin nie był taki, jak to sobie wyobrażał. Zwiodły mnie te jego ręce, pomyślał Mike. Te pulchne małe ręce kierownika hotelu, ze zgrabnymi białymi półksiężycami na wymanikiurowanych paznokciach.

- Zaniepokoiła mnie ... przeraziła... świadomość, iż czytam tekst inteligentnego, utalentowanego człowieka, który nie wierzy w żadną z opisywanych przez siebie historii.

To nie całkiem prawda, pomyślał Mike. Napisał jakieś dwa tuziny, a opublikował parę opowiadań, w które wierzył. W ciągu pierwszych osiemnastu miesięcy w Nowym Jorku, gdy przymierał głodem na etacie w „Village Voice", napisał stosy wierszy, w które wierzył. Ale czy wierzył, że bezgłowy duch Eugene'a Rils-by'ego przechadza się przy świetle księżyca w opuszczonym wiejskim domku w Kansas? Nie. Spędził w tym domku całą noc, spał na brudnym linoleum w kuchni i nie zobaczył nic straszniejszego od dwóch myszy truchtających pod ścianą. Spędził upalną letnią noc w ruinach transylwańskiego zamku, w którym miał nadal panować Vlad Tepes; jedyne wampiry, które się mu ukazały, znajdowały się w chmarze komarów. Gdy rozbił obóz koło grobu seryjnego mordercy Jeffreya Dahmera, o drugiej nad ranem rzeczywiście ukazała mu się biała, zakrwawiona, wymachująca nożem postać, ale zdemaskowały ją chichoty przyjaciół, a zresztą nie był przesadnie wstrząśnięty. Jeszcze potrafił rozpoznać nastoletniego ducha z gumowym nożem. Jednak nie miał zamiaru mówić tego Olinowi. Nie mógł sobie pozwolić...

Chociaż zresztą mógł. Dyktafon (błąd od samego początku, teraz to już rozumiał) był uciszony, a on zamierzał zatrzeć wszelkie dowody tego spotkania. Poza tym w jakiś dziwny sposób zaczął podziwiać Olina. A kiedy się kogoś podziwia, chce się mówić mu prawdę.

- Nie. Nie wierzę w duchy, zjawy, upiory ani inne farmazony. Według mnie dobrze, że nie istnieją, bo nie wierzę także, żeby istniał jakiś dobry Bóg, który nas przed nimi broni. W to właśnie wierzę, ale od samego początku zachowuję otwarty umysł. Może nigdy nie dostanę Nagrody Pulitzera za wyśledzenie Szczekającego Ducha z cmentarza w Mount Hope, ale mógłbym go nieźle opisać, gdyby mi się pokazał.

Olin powiedział coś, jedno jedyne słowo, ale zbyt cicho, żeby Mike go zrozumiał.

- Słucham?

- Powiedziałem: nie. - Olin spojrzał na niego niemal przepraszająco.

Mike westchnął. Olin uznał go za kłamcę. Kiedy się dociera do tego etapu, nie ma rady, trzeba ruszać do ataku albo w ogóle wycofać się z dyskusji.

- Może odłożymy tę rozmowę do jutra? Teraz pójdę na górę i umyję zęby. Może zobaczę, jak Kevin 0'Malley materializuje się w lustrze za moimi plecami.

Zaczął się podnosić z krzesła, a Olin wyciągnął pulchną, wypieszczoną dłoń, żeby go powstrzymać.

- Nie twierdzę, że pan kłamie - powiedział - ale pan przecież nie wierzy. Duchy rzadko pojawiają się komuś, kto nie wierzy w nie, a jeśli już to robią, rzadko są dostrzegane. Eugene Rilsby mógłby grać w kręgle własną odciętą głową w swoim salonie, a pan by nic nie usłyszał!

Mike wstał, pochylił się po swój neseserek.

- Jeśli tak, to w pokoju 1408 nic mi nie przeszkodzi, prawda?

- Ależ tak. Tak. Bo w pokoju 1408 nie ma duchów i nigdy ich nie było. Jest tam coś innego - sam to poczułem - lecz to nie obecność ducha. W opuszczonym domu czy starym zamczysku pański brak wiary mógł posłużyć za ochronę. W pokoju 1408 jeszcze bardziej zwiększy pańską podatność. Proszę tego nie robić. Dlatego dziś na pana czekałem - żeby pana prosić, błagać, by pan tego nie robił. Ze wszystkich ludzi na świecie, którzy nie nadają się do tego pokoju, autor tych wesołych, awanturniczych opowiadań o duchach zajmuje czołową pozycję na liście.

Mike słyszał go i jednocześnie nie słyszał. Czemu wyłączyłem ten dyktafon?! - wściekał się. Zawstydził mnie tak, że go wyłączyłem, a potem zmienił się w Borisa Karloffa robiącego za gospodarza Weekendu Upiornych Gwiazd! Niech to szlag. I tak go zacytuję. Jak mu się nie spodoba, niech mnie poda do sądu.

Od razu zaczęło mu się spieszyć, żeby iść na górę, nie tylko po to, by jak najszybciej mieć za sobą tę długą noc w narożnym hotelowym pokoju, ale ponieważ chciał zapisać słowa Olina, dopóki jeszcze je pamiętał.

- Zapraszam pana na drinka.

- Nie, naprawdę...

Pan Olin sięgnął do kieszeni i wyjął klucz o długim mosiężnym trzonku, stary, porysowany i wytarty. Widniał na nim wyryty numer 1408.

- Proszę, niech mi pan zrobi przyjemność. Proszę mi podarować jeszcze dziesięć minut - tylko tyle, żeby wypić szkocką - i dam panu ten klucz. Dałbym panu chyba wszystko, żeby zechciał pan zmienić zdanie, ale lubię myśleć, że potrafię rozpoznać nieuniknione, kiedy je zobaczę.

- Nadal macie tu takie klucze? - spytał Mike. - To dość miłe. Takie staroświeckie.

- Delfin przeszedł na system MagCard w 1979 roku, kiedy objąłem tu posadę kierownika. Numer 1408 to jedyny pokój, który nadal zamyka się na klucz. Nie było potrzeby zakładania zamka MagCard, ponieważ nigdy nikt tam nie mieszka; ostatniego gościa mieliśmy w 1978 roku.

- Bez kitu? - Mike znowu usiadł i wyjął dyktafon. Nacisnął guzik nagrywania i powiedział: - Kierownik hotelu Olin twierdzi, że od ponad dwudziestu lat nikomu nie wynajęto pokoju numer 1408.

- Zresztą numer 1408 nie potrzebuje zamka MagCard, ponieważ jestem absolutnie pewien, że to urządzenie by nie funkcjonowało. W pokoju 1408 elektroniczne zegarki przestają działać. Czasami się cofają, czasami po prostu się wyłączają, ale na żadnym nie można odczytać czasu. Nie w pokoju 1408. To samo dotyczy kieszonkowych kalkulatorów i telefonów komórkowych. Jeśli ma pan przy sobie pager, radzę go wyłączyć, ponieważ za progiem pokoju 1408 zacznie piszczeć jak najęty. - Olin urwał na chwilę. - Zresztą wyłączenie nie załatwi sprawy definitywnie, ponieważ może się sam włączyć. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest wyjęcie baterii. - Zastopował dyktafon, nie przyglądając się klawiszom; Mike doszedł do wniosku, że kierownik ma pewnie podobny model do dyktowania poleceń. - Tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem jest trzymanie się jak najdalej od tego pokoju.

- Tego akurat nie mogę zrobić - oznajmił Mike. - Ale chyba znajdę czas na tego drinka.

Olin zajął się barkiem z przydymionego dębu, stojącym pod olejnym obrazem Piątej Alei z przełomu wieków. Mike spytał, skąd wiadomo - skoro pokój stoi pusty od 1978 roku - że nowoczesne gadżety w nim nie działają.

- Nie chciałem panu zasugerować, że od 1978 roku nikt tam nie postawił stopy - odparł Olin. - Choćby pokojówki, raz na miesiąc robią małą turę, to znaczy...

- Wiem, co to znaczy - przerwał mu Mike, który pracował nad „Dziesięcioma nawiedzonymi pokojami hotelowymi" już od czterech miesięcy. Mała tura w niezamieszkanym pokoju oznacza przewietrzenie go, odkurzenie, dorzucenie do rezerwuaru tabletek barwiących wodę na niebiesko, zmianę ręczników. Ale już chyba nie pościeli. Może powinien przynieść śpiwór.

Olin przeszedł przez perski dywan z drinkami w obu dłoniach. Chyba odgadł myśli Mike'a z wyrazu jego twarzy.

- Pościel została zmieniona dziś po południu, drogi panie.

- Może byśmy to sobie darowali? Niech mi pan mówi po imieniu.

- Nie sądzę, żebym się z tym czuł właściwie - odparł Olin, wręczając mu drinka. - Za pana.

- I pana. - Mike uniósł szklankę, chcąc się z nim trącić, lecz Olin cofnął rękę.

- Nie, za pana, nalegam. Dziś powinniśmy obaj wypić za pana. To będzie panu potrzebne.

Mike westchnął, brzęknął szklanką o krawędź szklanki Oli-na i powiedział:

- Za mnie. W horrorach powinien się pan czuć jak w domu. Mógłby pan grać ponurego starego kamerdynera, który usiłuje ostrzec młode małżeństwo przed Zamkiem Zagłady.

Olin usiadł.

- Dzięki Bogu, nieczęsto mam okazję odegrać tę rolę. Pokój 1408 nie figuruje na żadnej stronie internetowej fan clubów spraw nadprzyrodzonych...

Po mojej książce to się zmieni, pomyślał Mike, pociągając łyk alkoholu.

- .. .i żadne wycieczki nie zatrzymują się w poszukiwaniu duchów w hotelu Delfin, choć zwiedzają Sherry Netherland, Plaża i Park Lane. Usiłowaliśmy trzymać numer 1408 w jak największej tajemnicy... choć oczywiście jego historia od zawsze czekała na kogoś, kto zarazem ma szczęście i potrafi je wykorzystać.

Mike pozwolił sobie na mały uśmieszek.

- Veronique zmieniła pościel - dodał Olin. - Towarzyszyłem jej. Powinien się pan poczuć pochlebiony, to niemal tak jakby pańskie łóżko posłała osoba z rodziny królewskiej. Veronique i jej siostra zaczęły pracować w Delfinie jako pokojówki w siedemdziesiątym pierwszym lub drugim. Vee, tak ją nazywamy, ma najdłuższy staż że wszystkich pracowników hotelu, o sześć lat więcej niż ja. Z czasem awansowała na przełożoną pokojówek. Chyba od sześciu lat aż do dziś nie zdarzyło się jej słać łóżek, ale zmiana pościeli w numerze 1408 należała do jej obowiązków - jej oraz jej siostry - aż do 1992 roku. Veronique i Celeste były bliźniaczkami, a ta ich więź dawała im... jak to wyrazić? Nie odporność na ten pokój, ale coś bliskiego znaczeniem... przynajmniej na te krótkie chwile, kiedy należało zrobić małą turę.

- Chyba mi pan nie powie, że siostra Veronique umarła w tym pokoju?

- Nie, skąd. Przestała tu pracować koło 1988 ze względu na podupadające zdrowie. Ale nie wykluczam, że pewną rolę w jej pogarszającym się stanie umysłowym i fizycznym odegrał numer 1408.

- Nawiązaliśmy tu całkiem przyjemną znajomość. Mam nadzieję, że jej nie popsuję, jeśli powiem, że to idiotyczne.

Olin się roześmiał.

- Dość tępy jak na adepta świata duchów.

- Jestem to winien moim czytelnikom - oznajmił Mike sucho.

- Jak podejrzewam, mógłbym zostawić numer 1408 tak, jak jest - powiedział kierownik hotelu w zamyśleniu. - Drzwi zamknięte, światła zgaszone, zasłony zaciągnięte, żeby dywan nie płowiał od słońca, narzuta wygładzona, na łóżku menu śniadaniowe... ale nie zniósłbym myśli, że powietrze robi się tam stęchłe jak na strychu. Nie mogę znieść myśli o kurzu, zbijającym się w wielkie puszyste kłęby. Na kogo wyszedłem, pedanta czy ofiarę obsesji?

- Na kierownika hotelu.

- Chyba tak. A więc Vee i Cee robiły w tym pokoju turę - bardzo szybką, wchodziły i wychodziły - a potem Cee odeszła na emeryturę, a Vee dostała pierwszy poważny awans. Później wysyłałem do tego zadania inne pokojówki, w parach, zawsze dobierając takie, które się ze sobą przyjaźniły...

- Ze względu na tę więź, która odstrasza upiorki?

- Ze względu na nią. A pan może się śmiać z upiorków pokoju 1408, jeśli to panu sprawia przyjemność, ale poczuje je pan niemal od razu, jestem tego pewien. Cokolwiek jest w tym pokoju, nie wstydzi się ludzi. Wielokrotnie... kiedy tylko mogłem... szedłem z pokojówkami, by je nadzorować. - Zrobił pauzę i dodał, niemal niechętnie: - Żeby je stamtąd wyciągnąć, gdyby zaczęło się dziać coś okropnego. Ale nigdy do tego nie doszło. Parę dostało ataku płaczu, jedna ataku śmiechu - nie wiem, dlaczego ktoś śmiejący się w nieopanowany sposób robi bardziej przerażające wrażenie niż ktoś płaczący, ale tak jest - i wiele zemdlało. Ale nie działo się nic strasznego. W ciągu tych lat miałem dość czasu, by dokonać kilku prymitywnych eksperymentów - pagery, telefony komórkowe i tym podobne... ale nie działo się nic strasznego. Dzięki Bogu. - Znowu zamilkł i dodał dziwacznym, suchym tonem: - Jedna oślepła.

-Co?

- Oślepła. Rommie Van Gelder. Odkurzała telewizor i raptem zaczęła krzyczeć. Spytałem, co się dzieje. Rzuciła szmatę, zakryła oczy rękami i krzyknęła, że oślepła... ale widzi straszliwe kolory. Zniknęły niemal natychmiast, gdy wyciągnąłem ją za drzwi, a kiedy dotarliśmy do windy, wzrok zaczął jej wracać.

- Pan mi to mówi, żeby mnie przestraszyć, co? Żeby mnie wypłoszyć.

- Raczej nie. Zna pan historię tego pokoju, poczynając od samobójstwa pierwszego lokatora.

Rzeczywiście. Kevin 0'Malley, sprzedawca maszyn do szycia, odebrał sobie życie 13 października 1910 roku, wyskakując przez okno. Zostawił żonę i siedmioro dzieci.

- Z okna tego pokoju wyskoczyło pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Trzy kobiety i jeden mężczyzna przedawkowali tu prochy, dwie osoby znaleziono w łóżku, dwie w łazience, jedną w wannie, jedną na toalecie. Pewien mężczyzna powiesił się tu w szafie w 1970 roku...

- Henry Storkin - odezwał się Mikę. - Prawdopodobnie przypadkiem... Niedotlenienie jako bodziec seksualny.

- Być może. Był także Randolph Hyde, który podciął sobie żyły, a potem jeszcze pozbawił się genitaliów, w związku z czym wykrwawił się na śmierć. To nie był bodziec seksualny. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli nie odstraszyło pana tych dwanaście samobójstw w ciągu sześćdziesięciu ośmiu lat, wątpię, żeby dał się pan zniechęcić z powodu krzyków i podrygów paru pokojówek.

Krzyki i podrygi, a to dobre, pomyślał Mike i zastanowił się, czy by tego nie ukraść na potrzeby książki.

- Bardzo niewiele pokojówek, które zajmowały się numerem 1408, zgadzało się to robić częściej niż parę razy - oświadczył Olin i jednym haustem dopił drinka.

- Z wyjątkiem francuskich bliźniaczek.

- Vee i Cee, otóż to. - Olin skinął głową.

Mike właściwie nie był zainteresowany pokojówkami i ich... jak to określił Olin? Krzykami i podrygami. Trochę go rozdrażniło, że Olin tak podkreśla wszystkie te samobójstwa... jakby uważał go za zbyt tępego, żeby dostrzec nie sam fakt, lecz ich znaczenie. Ale tak naprawdę nie miały znaczenia. Wiceprezydentem za Abrahama Lincolna i Johna Kennedy'ego był Johnson; nazwisko Lincolna i Kennedy'ego mają po siedem liter; zarówno Lincoln, jak i Kennedy zostali wybrani na prezydentów w latach sześćdziesiątych. Czego dowodzą te wszystkie zbiegi okoliczności? Niczego.

- O tych samobójstwach napiszę w mojej książce - powiedział - ale ponieważ wyłączyłem magnetofon, mogę panu powiedzieć, że moje źródło statystyczne nazywa je efektem zbitki.

- Karol Dickens nazwał to efektem kartofla.

- Co proszę?

- Kiedy duch Jacoba Marleya po raz pierwszy przemawia do Scrooge'a, ten mówi mu, że jest jak kropla musztardy lub kawałek niedogotowanego kartofla.

- To ma być śmieszne? - spytał Mike dość chłodno.

- Nie dostrzegam w tym nic śmiesznego. Zupełnie nic. Proszę mnie uważnie posłuchać. Siostra Vee, Celeste, zmarła na atak serca. Znajdowała się już wtedy w średnio zaawansowanym stadium alzheimera, choroby, która zaatakowała ją w bardzo młodym wieku.

- Ale jej siostra jest cała i zdrowa, sam pan to przyznał. To wręcz wcielenie amerykańskiego sukcesu. Tak jak pan, sądząc po pańskim wyglądzie. Ile razy był pan w pokoju 1408? Sto? Dwieście?

- Przez parę chwil. Być może da się to porównać z wejściem do pomieszczenia pełnego trującego gazu. Jeśli wstrzyma się oddech, wszystko skończy się dobrze. Widzę, że nie podoba się panu to porównanie. Na pewno uznał je pan za przesadne, może nawet komiczne. Uważam jednak, że jest trafne.

Olin złożył dłonie i wsparł na nich brodę.

- Możliwe także, że niektórzy reagują szybciej i gwałtowniej na to, co żyje w tym pokoju, tak jak niektórzy nurkowie są bardziej od innych podatni na bóle mięśni. W czasie blisko stuletniej działalności Delfina personel hotelu nabrał całkowitej pewności, że pokój 1408 jest szkodliwy. To stało się naszą historią. Nikt o tym nie mówi głośno, tak jak nikt nie wspomina, że i u nas, jak w większości hoteli, piętro czternaste jest naprawdę trzynastym... ale każdy to wie. Gdyby wszystkie fakty i wiadomości o tym pokoju były w pełni dostępne, ułożyłyby się w zadziwiającą historię... za bardzo niepokojącą jak na gust pańskich czytelników. Na przykład: sądzę, że w każdym hotelu w Nowym Jorku ktoś kiedyś popełnił samobójstwo, lecz mógłbym się założyć o wszystko, że tylko w Delfinie doszło do dwunastu w jednym pokoju. A, zostawi na razie Celeste Romandeau, co z tymi naturalnymi zgonami w numerze 1408? Tak zwanymi naturalnymi zgonami?

- Ile ich było? - Nigdy mu nie przyszło do głowy, że mogły być jakieś tak zwane naturalne zgony.

- Trzydzieści - powiedział Olin. - Co najmniej trzydzieści. Ja wiem o trzydziestu.

- Pan kłamie! - Słowa wyrwały mu się z gardła, zanim zdążył się pohamować.

- Nie, zapewniam pana. Naprawdę pan sądził, że zamknąłem ten pokój tylko ze względu na jakieś babskie przesądy czy idiotyczne tradycje Nowego Jorku? Lub może uważam, że każdy dobry stary hotel powinien mieć przynajmniej jednego niespokojnego ducha, błąkającego się po Apartamencie Niewidzialnych Łańcuchów?

Mike Enslin zdał sobie sprawę, że ten pomysł - nie skonkretyzowany, lecz obecny - zawisł nad jego nową książką o dziesięciu nocach. Fakt, iż Olin drwił z niego zirytowanym tonem naukowca, który kpi z odczyniającego uroki dzikusa, w niczym nie poprawił mu humoru.

- My, hotelarze, także mamy własne przesądy i tradycje, ale nie pozwalamy, żeby nam przeszkadzały w interesach. Gdy zaczynałem karierę, na zachodzie funkcjonowało takie stare powiedzonko: „Gdy poganiacze są w mieście, w pokojach nie ma przeciągów". Jeśli mamy pustostany, to je wypełniamy. Jedynym wyjątkiem od tej reguły, na który sobie kiedykolwiek pozwoliłem - a wspominam o tym po raz pierwszy - jest pokój 1408, pokój na trzynastym piętrze, którego dodane do siebie cyfry tworzą liczbę trzynaście.

Olin spojrzał mu prosto w oczy.

- W tym pokoju doszło nie tylko do samobójstw, lecz również zawałów serca, wylewów i ataków epilepsji. Pewien mężczyzna, który zatrzymał się w tym pokoju - było to w roku 1973 - utonął w wazie z zupą. Można to niewątpliwie uznać za absurd, ale rozmawiałem z człowiekiem, który był w owym czasie szefem ochrony, a on widział akt zgonu. Moc tego czegoś, co zamieszkuje pokój, wydaje się słabnąć w okolicach południa, kiedy na ogół robimy tury, a jednak wiem, że parę pokojówek, które niegdyś tam były, choruje na serce, cukrzycę, rozedmę płuc. Trzy lata temu na tym piętrze była awaria ogrzewania, więc pan Neal, ówczesny główny inżynier, musiał wejść do kilku pokojów, by sprawdzić kaloryfery. Jednym z nich był numer 1408. Pan Neal czuł się doskonale - zarówno w pokoju, jak i potem - ale następnego dnia zmarł z powodu rozległego wylewu.

- Zbieg okoliczności - powiedział Mike. A jednak nie mógł zaprzeczyć, że Olin jest dobry. Gdyby był instruktorem oświatowym na obozie, dziewięćdziesiąt procent dzieciaków prysnęłoby do domu po pierwszej ogniskowej opowieści o duchach.

- Zbieg okoliczności - powtórzył cicho Olin, właściwie nawet bez pogardy. Wyjął staroświecki klucz z długą mosiężną rączką. - A jak pańskie serce? Nie wspominając już o ciśnieniu i stanie psychicznym?

Mike przekonał się, że wyciągnięcie ręki kosztuje go sporo wysiłku... ale kiedy zdołał ją wprawić w ruch, jakoś poszło. Ręka sięgnęła po klucz bez nawet najmniejszego drżenia palców, przynajmniej tak mu się zdawało.

- W jak najlepszym porządku - powiedział, chwytając wytartą mosiężną rączkę. - Poza tym włożyłem dziś moją fartowną koszulę hawajską.

Olin uparł się, żeby mu towarzyszyć w windzie aż na czternaste piętro, a Mike nie protestował. Chciał sprawdzić, czy kiedy opuszczą gabinet i ruszą do windy, kierownik przybierze znowu swoją bardziej poślednią postać, czy znowu stanie się biednym panem Olinem, hotelarzem, który wpadł w szpony pisarza.

Jakiś mężczyzna we fraku - Mike domyślił się, że to kierownik restauracji - zatrzymał ich, podał Olinowi cienki plik dokumentów i wymamrotał coś po francusku. Olin odmamrotał, skinął głową i szybko złożył swój podpis na dokumentach. Pianista z baru grał teraz „Autumn in New York". Z tej odległości melodia brzmiała głucho, jak muzyka słyszana we śnie.

Mężczyzna we fraku powiedział merci bien i poszedł w swoją stronę, a Mike i kierownik hotelu w swoją. Olin znowu spytał, czy może ponieść mały neseser Mike'a, a Mike ponownie odmówił. W windzie Mike mimo woli zapatrzył się w potrójny rząd przycisków. Wszystko było na swoim miejscu, żadnych luk... ale, jeśli wytężyło się wzrok, okazywało się, że luka jednak istnieje. Po przycisku z numerem 12 następował od razu 14. Jakby, pomyślał Mike, mogli zatrzeć fakt istnienia trzynastki przez zwykłe jej pominięcie. Głupota... a jednak Olin miał rację, tak się robi na całym świecie.

Winda ruszyła.

- Ciekawi mnie pewna rzecz - odezwał się Mike. - Dlaczego po prostu nie wymyślicie jakiegoś fikcyjnego mieszkańca numeru 1408, skoro tak to was przeraża? Na przykład dlaczego nie uzna go pan za swoją rezydencję?

- Może z obawy przed oskarżeniem o nadużycie, jeśli nie ze strony osób zajmujących się egzekwowaniem przepisów państwowych i federalnych - hotelarze mają wobec prawa cywilnego chyba podobne odczucia, jak wielu pańskich czytelników na temat szczękających po nocach łańcuchów - to ze strony moich szefów, gdyby się o tym dowiedzieli. Skoro nie zdołałem pana odwieść od zamieszkania w numerze 1408, wątpię, bym miał więcej szczęścia z przekonaniem rady zarządu Korporacji Stanley, iż wycofałem z rynku idealny pokój, ponieważ uważałem, że od czasu do czasu z powodu straszących tam duchów ten czy ów sprzedawca wyskakuje z okna i rozpłaszcza się na Sześćdziesiątej Pierwszej.

Mike doszedł do wniosku, że to chyba najbardziej niepokojąca do tej pory wypowiedź Olina. Bo już się nie stara mnie przekonać, pomyślał. W swoim gabinecie miał jakąś moc perswazji -może to jakieś wibracje, które się wydzielają z tego perskiego dywanu - lecz tują utracił. Kompetencja tak, to było widać, kiedy podpisywał kwity tego gościa, ale perswazji już nie ma. Brak osobistego magnetyzmu. Nie tutaj. Ale on w to wierzy. Wierzy w to wszystko.

Nad drzwiami zgasła świetlista dwunastka i zabłysła czternastka. Winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły, ukazując idealnie zwyczajny hotelowy korytarz z czerwono-złotą wykładziną (na pewno nie perską) i elektrycznymi kinkietami, stylizowanymi na dziewiętnastowieczne lampy gazowe.

- To tutaj - powiedział Olin. - Pańskie piętro. Proszę wybaczyć, ale tu pana zostawię. Numer 1408 znajduje się po lewej stronie, na końcu korytarza. Jeśli nie jestem zmuszony, staram się do niego nie zbliżać.

Mike Enslin wyszedł z windy na nogach, które nagle zrobiły się ciężkie. Odwrócił się do Olina, małego pulchnego człowieczka w czarnym smokingu i starannie zawiązanym krawacie koloru wina. Olin trzymał wymanikiurowane ręce za plecami, a jego twarz stała się biała jak śmietana. Na wysokie, gładkie czoło wystąpiły mu kropelki potu.

- Oczywiście w pokoju znajduje się telefon - powiedział. - Może pan z niego skorzystać, jeśli znajdzie się pan w kłopotach... ale wątpię, żeby zadziałał. Nie zadziała, jeśli pokój tego nie zechce.

Mike chciał powiedzieć coś wesołego, coś o tym, że przynajmniej nie będzie musiał płacić za połączenia, ale raptem jego język stał się równie ciężki jak nogi. Spoczywał bezwładnie w jego ustach.

Olin wyjął zza pleców rękę; Mike zauważył jej drżenie.

- Proszę tego nie robić - powiedział. - Nie rób tego, Mike. Na miłość boską...

Zanim skończył, drzwi windy się zamknęły. Mike stał przez chwilę bez ruchu, w doskonałej ciszy nowojorskiego hotelu, na piętrze, którego żaden z pracowników nie nazwałby trzynastym, i myślał o tym, żeby nacisnąć guzik windy.

Ale gdyby to zrobił, Olin by wygrał. A w jego książce, w miejscu, gdzie miało się znaleźć najlepsze opowiadanie, byłaby wielka ziejąca dziura. Czytelnicy by tego nie wiedzieli, wydawca i jego agent także, prawnik Robertson też nie... ale on by wiedział.

Zamiast wcisnąć guzik przywołujący windę, podniósł rękę i dotknął papierosa za uchem - stary gest wyrażający roztargnienie, z którego nie zdawał już sobie sprawy - a potem musnął palcem kołnierzyk fartownej koszuli. I ruszył w stronę numeru 1408, kołysząc swym małym neseserem.

II

Najciekawszym artefaktem, który pozostał po krótkim (trwał około siedemdziesięciu minut) pobycie Mike'a Enslina w pokoju numer 1408, jest jedenastominutowe nagranie na dyktafonie, nieco osmalonym, ale nadal działającym. Fascynującą cechą narracji jest jej zwięzłość i to, jak dziwna się stopniowo staje.

Dyktafon był prezentem od jego byłej żony, z którą rozstał się w przyjaźni przed pięcioma laty. Na swoją pierwszą „ekspedycję" (farma Rilsbych w Kansas) zabrał go niemal w ostatniej chwili, wraz z pięcioma notesami i skórzaną aktówką pełną zaostrzonych ołówków. Kiedy trzy książki później stanął pod drzwiami numeru 1408, miał przy sobie jedno pióro i notes, plus pięć nowych dziewięćdziesięciominut owych kaset oprócz tej, którą włożył do magnetofonu przed wyjściem z mieszkania.

Zauważył, że prowadzenie narracji idzie mu lepiej niż robienie notatek; mógł odnotowywać na gorąco wydarzenia, niektóre wręcz kapitalnie, na przykład atak nietoperzy w rzekomo nawiedzonej wieży zamku Gartsby. Rozwrzeszczał się jak dziewczyna podczas pierwszej podróży przez tunel strachów w wesołym miasteczku. Przyjaciele, którym to puszczał, zawsze się doskonale bawili.

Mały dyktafon był również bardziej praktyczny od notatek, zwłaszcza na lodowatym cmentarzu w Nowym Brunszwiku, kiedy deszcz i wiatr zawalają ci namiot o trzeciej nad ranem. W takich warunkach trudno o skuteczne prowadzenie zapisków, ale mówić można zawsze... i Mike tak właśnie robił, gadał i gadał, walcząc z mokrym, łopoczącym brezentem, nie zrywając kontaktu wzrokowego z uspokajającym czerwonym oczkiem dyktafonu. Później podczas kolejnych „ekspedycji" zaprzyjaźnił się z tym urządzeniem. Na cienkiej jak włókienko wstążeczce taśmy nigdy nie nagrały się dowody spotkania z prawdziwymi zjawiskami nadprzyrodzonymi, co dotyczy także tych urywanych komentarzy z pokoju 1408, ale chyba nic dziwnego, że nabrał do swojego gadżetu tak ciepłych uczuć. Kierowcy wielkich ciężarówek zaczynają je kochać, pisarze mają słabość do jakiegoś pióra lub zniszczonej maszyny do pisania, sprzątaczki za nic na świecie nie chcą się rozstać ze starym odkurzaczem. Mike nigdy nie musiał stanąć oko w oko z prawdziwym duchem czy innym zjawiskiem psychokinetycznym uzbrojony jedynie w dyktafon - odpowiednik krzyża i warkocza czosnku - ale miał go przy sobie w wiele zimnych, spędzonych w niewygodzie nocy. Może i był tępy, ale pozostał człowiekiem.

Problemy z numerem 1408 zaczęły się jeszcze przed progiem.

Drzwi były krzywe.

Nie bardzo, ale wyraźnie przekrzywione, odrobinę przechylone na lewo. Skojarzyły się mu z horrorami, kiedy reżyser sugeruje zamęt wewnętrzny bohatera, przechylając kamerę w ujęciach przedstawiających jego punkt widzenia. To skojarzenie pociągnęło za sobą następne - drzwi wyglądały jak na łodzi, która się trochę kołysze. Chwiały się do przodu i tyłu, na prawo i lewo, tik i tak, aż w głowie i żołądku zaczynało się kręcić. On oczywiście się tak nie czuł, skąd, ale...

Tak. Tak właśnie się czuję.

I powiedziałby to, gdyby nie insynuacje Olina, który zasugerował mu niezdolność do uczciwości na niewątpliwie subiektywnym polu paranormalnego dziennikarstwa.

Pochylił się (czując, że mdłości ustępują w chwili, gdy oderwał wzrok od tych leciutko przekrzywionych drzwi), rozpiął kieszeń nesesera i wyjął dyktafon. Włączył go, zobaczył rozbłyskujące czerwone światełko i otworzył usta, żeby powiedzieć: „Drzwi numeru 1408 witają gości na swój szczególny sposób; wydaje się, że są krzywe, lekko przechylone na lewo".

Powiedział „drzwi" i zamilkł. Jeśli słucha się tego nagrania, słychać wyraźnie słowo „drzwi", a potem kliknięcie przycisku stop. Bo drzwi nie były krzywe. Były idealnie proste. Mike odwrócił się, spojrzał na drzwi numeru 1409, dokładnie naprzeciwko, potem znowu na 1408. Wyglądały tak samo, białe ze złotymi cyframi i klamkami. Doskonale pionowe.

Mike pochylił się, podniósł neseser ręką, w której trzymał dyktafon, zbliżył do zamka klucz trzymany w drugiej ręce i znowu znieruchomiał.

Drzwi były przekrzywione.

Tym razem w prawo.

- Idiotyczne - wymamrotał Mike, ale mdlące uczucie znowu zagnieździło się mu w żołądku. Nie przypominało choroby morskiej, to była choroba morska. Parę lat temu popłynął do Anglii na „Queen Elizabeth 2" i jedna noc okazała się szczególnie trudna. Najlepiej zapamiętał, jak leżał na łóżku, zbierało mu się na wymioty, lecz nie mógł zwymiotować. I że mdlący zawrót głowy się nasilał, kiedy spojrzał na drzwi... stół... krzesło... które się kołysały do przodu i tyłu... w prawo i lewo... tik i tak...

Wszystko przez Olina, pomyślał. Właśnie tego chciał. Nakręcił cię, stary. Nastawił cię. Człowieku, ależ on by się śmiał, gdyby cię teraz widział. Jak...

Ciąg jego myśli przerwała świadomość, że Olin może go obserwować. Obejrzał się ku windom, ledwie rejestrując zniknięcie mrowiącego wrażenia w żołądku w chwili, gdy przestał patrzeć na drzwi. Na górze, na lewo przy windach, dostrzegł to, czego się spodziewał: wewnętrzną kamerę. Któryś z tych palantów z ochrony pewnie mu się teraz przygląda, a Mike był gotów się założyć, że obok niego stoi Olin i obaj szczerzą się jak małpy. Ja mu teraz pokażę prawnika, mówi Olin. Patrz pan! - odpowiada strażnik, szczerząc się dziko. Sam jest biały jak duch, a nawet jeszcze nie włożył klucza w drzwi. Aleś go pan przerobił, szefie! Łyknął wszystko!

A takiego, pomyślał Mike. Zostałem w domu Rilsbych, spałem w pokoju, gdzie zginęły co najmniej dwie osoby - i naprawdę spałem, wierzcie lub nie. Spędziłem noc obok grobu Jeffreya

Dahmera, dwa nagrobki od miejsca pochówku H.P. Love-crafta. Umyłem zęby koło wanny, w której sir David Smythe rzekomo utopił obie swoje żony. Już dawno przestałem się bać ogniskowych opowieści o duchach. A takiego, nie dam się wam!

Obejrzał się na drzwi i... wyglądały na proste. Stęknął, włożył klucz w zamek i przekręcił. Drzwi się otworzyły. Mike przekroczył próg. Drzwi nie zatrzasnęły się za nim, kiedy macał ścianę w poszukiwaniu włącznika (zresztą przez okno wpadały światła z budynku naprzeciwko). Znalazł włącznik, wcisnął; rozbłysła żarówka pod sufitem, zamknięta w konstrukcji dyndających kryształowych ozdób. Podobnie jak lampka na biurku po drugiej stronie pokoju.

Okno znajdowało się za biurkiem, toteż osoba pisząca przy nim mogłaby zaniechać pracy i wyjrzeć na Sześćdziesiątą Pierwszą... albo na nią wyskoczyć, jeśli pojawi się taka pokusa. Chyba że...

Mike postawił neseser za drzwiami, zamknął je i znowu wcisnął klawisz nagrywania. Czerwone światełko zabłysło.

- Jak twierdzi Olin, z tego okna, przez które wyglądam, rzuciło się sześć osób, ale ja nie zamierzam dziś uprawiać skoków z czternastego... o, przepraszam, z trzynastego piętra hotelu Delfin. Na zewnątrz umieszczono stalową siatkę. Lepiej uważać, niż żałować. Numer 1408 jest niewielkim apartamentem. Pokój, gdzie się znajduję, mieści dwa krzesła, sofę, biurko, szafkę, w której prawdopodobnie znajduje się telewizor i może minibarek. Dywan na podłodze nieszczególny - nie taki jak u Olina, wierzcie mi. Tapeta, jak wyżej. I... zaraz...

W tym momencie słychać kliknięcie, gdy Mike znowu zatrzymał taśmę. Cała skąpa narracja jest w ten sposób poszatkowana, co stanowi wyraźny kontrast ze stu pięćdziesięcioma innymi taśmami znajdującymi się w posiadaniu jego agenta. W dodatku głos staje się coraz bardziej roztargniony; nie należy do człowieka pochłoniętego pracą, lecz do kogoś wstrząśniętego, kto mówi do siebie, nie zdając sobie z tego sprawy. Zwięzłość tych komunikatów oraz narastające roztargnienie wyraźnie niepokoją słuchaczy. Wielu prosi, żeby wyłączyć nagranie na długo przed końcem. Zwykłe słowa nie potrafią oddać coraz silniejszego przekonania, że jest to relacja człowieka, który stracił jeśli nie rozum, to kontakt z rzeczywistością, ale nawet same suche słowa sugerują, że coś się zaczęło dziać.

W tym momencie Mike zauważył, że na ścianach wiszą obrazy. Były trzy: dama w wieczorowej sukni z lat dwudziestych, stojąca na schodach, statek w stylu Curtiera i Ivesa oraz martwa natura przedstawiająca owoce w nieprzyjemnym żółtopomarań-czowym poblasku, w którym tonęły jabłka, pomarańcze i banany. Wszystkie trzy obrazy były oszklone i... przekrzywione. Mike miał już wspomnieć o tym, ale co tak niezwykłego, tak godnego uwagi było w tych trzech przekrzywionych obrazach? To, że drzwi mogłyby być przekrzywione... no, to nawet miało trochę uroku rodem z „Gabinetu doktora Caligari". Ale drzwi nie były krzywe, wzrok go oszukał i to wszystko.

Dama na schodach przechyliła się w lewo. Podobnie jak żeglujący statek, na którym angielscy marynarze w szerokich spodniach zebrali się przy jednej burcie, by podziwiać ławicę latających ryb. Te żółtawopomarańczowe owoce - skojarzyły mu się z salaterką owoców tonących w świetle prażącego równikowego słońca, pustynnego słońca Paula Bowlesa - przechyliły się w prawo. Zwykle nie był zasadniczy, ale tym razem podszedł, żeby je poprawić. Samo patrzenie na nie znowu doprowadzało go do mdłości. Właściwie nie był zdziwiony. To swego rodzaju nadwrażliwość, przekonał się o tym na pokładzie „QE2". Powiedziano mu, że jeśli przetrwa ten okres zwiększonej wrażliwości, najprawdopodobniej się zaadaptuje. Nie spędził na morzu tyle czasu, żeby się całkiem przystosować, zresztą średnio mu na tym zależało. Wolał chodzić po lądzie; ale jeśli wyprostowanie tych trzech obrazków w przeciętnym salonie numeru 1408 uspokoi jego żołądek, to świetnie.

Na szkle pokrywającym obrazy osiadł kurz. Mike przesunął palcami po martwej naturze i zostawił na niej dwie równoległe kreski. Kurz był tłustawy, śliski. Jak jedwab na chwilę przed zgniciem, pomyślał, ale na pewno nie zamierzał tego nagrać. Skąd niby miał wiedzieć, jaki jest jedwab na chwilę przed zgniciem? Jakaś wariacka myśl.

Kiedy obrazy wisiały już jak należy, cofnął się krok i przyjrzał się im kolejno: dama w wieczorowej sukni na schodach prowadzących do sypialni, statek płynący po jednym z siedmiu mórz na lewo od biurka i wreszcie wstrętne (i kiepsko namalowane) owoce nad szafką z telewizorem. Coś mu podpowiadało, że znowu się przekrzywią, gdy będzie na nie patrzeć - tak się zwykle działo w filmach w rodzaju „Dom na nawiedzonym wzgórzu" i w starych odcinkach „Strefy mroku" - ale obrazy wisiały idealnie prosto. Zresztą, powiedział sobie, to nie to, żeby powrót do przekrzywionej pozycji był taki znowu nadnaturalny czy paranormalny. Z jego doświadczenia wynikało, że powrót do poprzedniego stanu stanowi naturę świata - ludzie, którzy rzucili palenie (dotknął papierosa za uchem, nie zdając sobie z tego sprawy), chcą znowu zapalić, a obrazy, które wisiały krzywo od czasu prezydentury Nixona, będą chciały znowu wisieć krzywo. A wisiały tak od dawna, co do tego nie ma wątpliwości, pomyślał. Gdybym je zdjął ze ściany, zobaczyłbym na tapecie jaśniejsze miejsca. Albo rojące się robaki, tak jak pod kamieniem.

W tej wizji było coś szokującego, ohydnego; pojawiła się wraz z wyraźnym obrazem ślepych białych pędraków wylewających się z jasnej, do tej pory zasłoniętej tapety jak żywa ropa.

Mike uniósł dyktafon do ust, wcisnął guzik nagrywania i powiedział:

- Olin z pewnością pchnął moje myśli na pewien tor. A może na pewną drogę, jak to się mówi. Specjalnie to tak urządził, specjalnie mi wcisnął tę ciemnotę. Nie chciałem... - Czego nie chciał? Być rasistą? Czy „wcisnąć ciemnotę" ma związek z ciemną skórą? Przecież to idiotyczne. To...

W tym momencie słychać jego głos, chłodny i doskonale wyraźny:

- Muszę wziąć się w garść. Natychmiast.

Potem następuje kolejne kliknięcie zatrzymanej taśmy.

Zamknął oczy, wziął cztery głębokie, odmierzone oddechy, licząc do pięciu, zanim wypuścił powietrze z płuc. Do tej pory nigdy w życiu nie przydarzyło mu się nic podobnego - ani w rzekomo nawiedzonych domach, ani na rzekomo nawiedzonych

cmentarzach, ani w rzekomo nawiedzonych zamkach. Tu nie chodziło o nawiedzenie ani o to, jak sobie ktoś wyobraża nawiedzenie; to było jak odlot po kiepskich, tanich prochach.

To przez Olina. Olin cię zahipnotyzował, ale ty się z tego wyzwolisz. Spędzisz w tym pokoju całą noc, cholera, i nie tylko dlatego, że to najlepszy nocleg, jaki ci się kiedykolwiek trafił - zapomnij o Olinie, bo masz tu w ręku najłepszą historię o duchach tej dekady - ale dlatego że Olin nie może wygrać. On i te jego bzdury, jak to umarło tu trzydzieści osób, nie, nie wygrają. To ja tu jestem panem bzdur, więc wdech... i wydech. Wdech... i wydech... wdech... wydech...

Robił tak przez dziewięćdziesiąt sekund, a kiedy znowu otworzył oczy, czuł się normalnie. Obrazy na ścianach? Nadal wiszą prosto. Owoce w salaterce? Nadal żółtopomarańczowe i jeszcze brzydsze. Owoce na deser. Zjedz kawałek, a dostaniesz sraczki aż do bólu.

Wcisnął klawisz nagrywania. Czerwone oczko się przebudziło.

- Przez parę minut miałem zawroty głowy - powiedział, idąc w stronę biurka i okna z ochronną siatką od zewnętrznej strony. - Może to kac po ględzeniu Olina, ale mógłbym uwierzyć, że czuję tu czyjąś obecność. - Oczywiście nie czuł, ale kiedy to się znajdzie na taśmie, będzie mógł napisać wszystko, co mu się spodoba. - Powietrze jest zatęchłe. Nie śmierdzi. Olin powiedział, że wietrzą tu przy każdej turze, ale te tury odbywają się szybko i... no tak, zatęchłe. Hej, co to?

Na biurku znajdowała się popielniczka, jedna z tych małych, z grubego szkła, które kiedyś widywało się we wszystkich hotelach, a w niej paczka zapałek. Na jej froncie widniał wizerunek hotelu Delfin. Przed hotelem stał uśmiechnięty odźwierny w bardzo staroświeckim uniformie, takim z epoletami, złotym szamerunkiem i czapką, która wyglądałaby jak z baru dla gejów, gdyby znajdowała się na głowie osiłka mającego na sobie tylko srebrne łańcuchy. Po Piątej Alei przed hotelem mknęły samochody z innej ery - packardy, hudsony, studebakery i płetwiaste chryslery new yorkery.

- Zapałki z popielniczki wyglądają, jakby pochodziły mniej więcej z roku 1955 - powiedział Mike i wsunął je do kieszeni swojej fartownej koszuli hawajskiej. - Zatrzymam je jako pamiątkę. A teraz pora tu przewietrzyć.

Następuje ciche stuknięcie odkładanego dyktafonu, prawdopodobnie na biurko. Potem cisza, mącona jedynie cichymi dźwiękami i paroma stęknięciami. Wreszcie następna pauza i skrzypnięcie.

- Sukces! - obwieszcza Mike. Głos dobiega z oddali, ale zaraz potem się powtarza.

- Sukces - powtórzył Mike, biorąc dyktafon z biurka. - Dolna połowa nie chciała się ruszyć... jakby ktoś ją przybił... ale górna się odchyliła. Słyszę ruch samochodowy na Piątej Alei, a te ryczące klaksony mają w sobie coś kojącego. Ktoś gra na saksofonie, może przed Plaża znajdującym się dwie przecznice dalej. To mi przypomina mojego brata.

Urwał gwałtownie, spojrzał w czerwone oczko. Patrzyło na niego chyba oskarżycielsko. Brat? Jego brat nie żyje, kolejny pokonany żołnierz w wojnie tytoniowej. Po chwili Mike się uspokoił. I co z tego? Były też wojny z duchami, z których Michael Enslin zawsze wychodził zwycięsko. A co do Donalda Enslina...

- Tak naprawdę mojego brata zjadły wilki w zimie na autostradzie w Connecticut - powiedział, roześmiał się i zatrzymał taśmę. Na nagraniu jest coś więcej, niewiele, ale to zdanie ostatnie ma jakiś sens... to znaczy taki, który można opisać słowami.

Mike odwrócił się na pięcie i spojrzał na obrazy. Nadal wisiały idealnie prosto, dobre obrazeczki. Ale ta martwa natura, o kurwa, jakie to brzydkie!

Wcisnął klawisz nagrywania i wypowiedział dwa słowa, „Pomarańcze dymią". Potem znowu wyłączył dyktafon i ruszył przez pokój do drzwi sypialni. Zatrzymał się przy pani w wieczorowej sukni i sięgnął dłonią w ciemność, szukając włącznika. Przez jedną chwilę zarejestrował

(jak skóra jak stara trupia skóra)

że tapeta jest jakaś dziwna, a potem palcami odnalazł włącznik. Sypialnię zalało żółte światło z kolejnej żarówki ukrytej

w splątanych szklanych kroplach. Łóżko stanowiło podwójną kryjówkę pod żółtopomarańczową narzutą.

- Dlaczego kryjówkę? - spytał Mike dyktafonu i znowu go wyłączył. Wszedł do środka, zafascynowany dymiącą pustynią narzuty, piętrzącymi się naroślami poduszek pod jej powierzchnią. Spać tutaj? Nigdy w życiu! To by było jak spanie w tej cholernej martwej naturze, w tym upiornym rozpalonym pokoju Paula Bow-lesa, którego się nie widzi dokładnie, pokój w sam raz dla pieprz-niętego Anglika na wygnaniu, ślepego od syfilisu i przyłapanego na rżnięciu własnej matki, ekranizacja z udziałem Laurence'a Har-veya lub Jeremy'ego Ironsa, któregoś z tych aktorów w całkiem naturalny sposób łączonych z nienaturalnymi aktami...

Wcisnął klawisz nagrywania, czerwone oczko się zaświeciło, powiedział do mikrofonu: „Orfeusz w operetce!", i znowu zatrzymał taśmę.

Podszedł do łóżka. Narzuta lśniła na żółtopomarańczowo. Tapeta, w dzień pewnie kremowa, odbijała żółtopomarańczowy blask narzuty. Po obu stronach łóżka stały niewielkie stoliki nocne. Na jednym znajdował się telefon - wielki, czarny, z tarczą. Dziurki w tarczy wyglądały jak rozszerzone zdumieniem białe oczy. Na drugiej szafce stał talerz ze śliwką. Mike wcisnął nagrywanie i powiedział:

- Ta śliwka nie jest prawdziwa, tylko plastikowa.

I ponownie wyłączył dyktafon.

Na łóżku leżało menu. Mike przysunął się, ostrożnie, by nie dotknąć łóżka ani ściany, i wziął je do ręki. Starał się także nie dotykać narzuty, ale jednak musnął ją koniuszkami palców i jęknął. Była miękka w jakiś straszliwie niedobry sposób. Mimo to podniósł menu. Było napisane po francusku i choć nie używał tego języka od lat, jedno ze śniadaniowych dań odczytał jako ptaki zapiekane w gównie. Przynajmniej brzmi jak coś, co by smakowało Francuzowi, pomyślał i roześmiał się dziko.

Zamknął oczy i je otworzył.

Menu było po rosyjsku.

Zamknął oczy i je otworzył.

Menu było po włosku.

Zamknął oczy i je otworzył.

Nie było żadnego menu. Był obrazek krzyczącego drewnianego chłopczyka, oglądającego się przez ramię na drewnianego wilka, który połknął jego nogę aż po kolano. Wilk miał położone po sobie uszy i wyglądał jak terier z ulubioną zabawką.

Ja tego nie widziałem, pomyślał Mike, i oczywiście nie widział. Nie zamykając oczu, odczytał schludne wersy angielskich słów, każde oznaczające inną pokusę śniadaniową. Jajka, wafle, świeże jagody, lecz brakowało ptaków w gównie. A jednak...

Odwrócił się i bardzo powoli zaczął się wycofywać z zaułka pomiędzy ścianą a łóżkiem, zaułka, który teraz wydał się mu wąski jak grób. Serce biło mu tak mocno, że czuł je w szyi i przegubach, nie tylko w piersi. W oczach mu pulsowało. Numer 1408 był zły, o tak, numer 1408 był bardzo zły. Olin wspomniał coś o trującym gazie i tak właśnie to odczuwał Mike: ktoś, kto został zagazowany lub został zmuszony do wypalenia mocnego haszyszu z trutką na owady. To oczywiście robota Olina, naturalnie, być może przy radosnej współpracy ochroniarzy. Wpompował specjalny trujący gaz przez otwory wentylacyjne. To, że tu nie widać takich otworów, nie znaczy jeszcze, że ich nie ma.

Rozejrzał się po sypialni wytrzeszczonymi z przerażenia oczami. Na szafce po lewej stronie łóżka nie było żadnej śliwki ani talerza. Szafka była pusta. Odwrócił się, ruszył do drzwi prowadzących do salonu i stanął. Na ścianie wisiał obraz. Mike nie miał absolutnej pewności - w obecnym stanie nie był pewien nawet własnego nazwiska - ale był przekonany, że kiedy tu wszedł, nie widział żadnego obrazu. Martwa natura. Pojedyncza śliwka na blaszanym talerzu, na środku starego drewnianego stołu. Światło, padające na śliwkę i talerz, miało jaskrawy żółtopomarańczowy kolor.

r _

Swiatło-tango, pomyślał. Takie światło, które każe zmarłym wstać z grobów i tańczyć tango. Takie światło...

- Muszę stąd wyjść - szepnął i ruszył na oślep do salonu. Zdał sobie sprawę, że jego buty zaczęły wydawać dziwne cmokające dźwięki, jakby podłoga pod podeszwami zrobiła się miękka.

Obrazy w salonie znowu wisiały krzywo i zmieniło się coś jeszcze. Dama na schodach zsunęła ramiączka sukni, ukazując piersi. Podtrzymywała je w dłoniach. Z każdego sutka zwisała kropelka krwi. Patrzyła Mike'owi prosto w oczy i uśmiechała się drapieżnie. Zęby miała spiczaste, spiłowane jak kanibal. Na rufie statku marynarzy zastąpił szereg bladych mężczyzn i kobiet. Mężczyzna z lewej strony, najbliżej dziobu, miał na sobie garnitur z brązowej wełny, a w dłoni trzymał kapelusz. Włosy miał przy-lizane, z przedziałkiem na środku, wyraz twarzy nieobecny, pełen grozy. Mike znał jego nazwisko: Kevin 0'Malley, pierwszy mieszkaniec tego pokoju, sprzedawca maszyn do szycia, który wyskoczył z tego okna w październiku roku 1910. Na lewo od 0'Mal-leya znajdowali się inni, którzy tu umarli, wszyscy z takimi samymi pustymi, pełnymi grozy twarzami. Z tego powodu wyglądali, jakby byli ze sobą spokrewnieni, członkowie tej samej kazirodczej, katastrofalnie opóźnionej umysłowo rodziny.

Na obrazku, na którym znajdowały się owoce, teraz widniała odcięta ludzka głowa. Żółtopomarańczowe światło opływało jej zapadnięte policzki, obwisłe wargi, wywrócone białkami, zaszklone oczy, papierosa za prawym uchem.

Mike rzucił się na oślep do drzwi; podeszwy jego butów cmokały i przy każdym kroku jakby się na chwilę przyklejały. Oczywiście drzwi się nie otworzyły. Łańcuch zwisał swobodnie, zasuwa nie była zaciągnięta, ale drzwi nie chciały się otworzyć.

Mike odwrócił się, dysząc ciężko, i zaczął brodzić - tak to czuł - przez pokój w stronę biurka. Widział falujące zasłony przy oknie, które uchylił, ale nie czuł świeżego powietrza na twarzy. Tak jakby pokój je połknął. Nadal słyszał klaksony na Piątej, ale teraz dochodziły z dużej odległości. Czy saksofon nadal grał? Jeśli tak, pokój ukradł jego słodycz i melodię, a zostawił tylko atonalne piszczące zawodzenie, jakby wiatr wiał przez dziurę w szyi martwego człowieka albo przez szyjkę butelki pełnej obciętych palców...

Przestań, chciał powiedzieć, ale nie mógł już wydobyć z siebie głosu. Serce łomotało mu w przerażającym tempie; gdyby jeszcze bardziej przyspieszyło, mogłoby eksplodować. Dyktafonu, wiernego towarzysza tylu „ekspedycji", nie miał już w dłoni.

Gdzieś go porzucił. W sypialni? Jeśli tak, to już pewnie zniknął, połknięty przez pokój, który go przetrawi, a potem wydali na jednym z obrazów.

Spazmatycznie łapiąc oddech, jak długodystansowiec pod koniec trasy, położył rękę na piersi, by uspokoić serce. W lewej kieszeni krzykliwej koszuli namacał niewielki prostokątny kształt dyktafonu. Kształt solidny i dobrze znany uspokoił go nieco -trochę otrzeźwił. Mike uświadomił sobie, że nuci pod nosem... i że pokój jakby nucił w odpowiedzi, jakby pod tą ośliźle wstrętną tapetą kryły się tysiące ust. Zdał sobie sprawę, że jest mu niedobrze, jakby jego żołądek rozkołysał się w tłustym hamaku. Czuł powietrze napierające na jego uszy miękkimi, krzepnącymi gru-złami, kojarzącymi mu się z ubitą pianą, która ścina się pod wpływem wysokiej temperatury.

Ale jednak trochę wytrzeźwiał, na tyle żeby z pełnym przekonaniem uznać: musi wezwać pomoc, póki jest jeszcze czas. Wizja Olina uśmiechniętego (na sposób nowojorskich kierowników hoteli), szydzącego „a nie mówiłem", już mu nie przeszkadzała, a strach wywołany substancjami chemicznymi całkiem wyleciał mu z głowy. To ten pokój. Wszystko robił ten przeklęty pokój.

Chciał złapać słuchawkę staroświeckiego telefonu - bliźniaka tego z sypialni - i porwać ją z widełek. Ujrzał, że jego ręka opada w stronę stolika jakby w delirycznie zwolnionym tempie, tak bardzo podobna do ręki nurka, że spodziewał się zobaczyć unoszące się wokół niej bąbelki.

Zacisnął palce wokół słuchawki i podniósł ją. Jego druga ręka zanurkowała w dół równie ospale jak pierwsza i wykręciła zero. Przykładając słuchawkę do ucha, usłyszał klekot tarczy wracającej do pierwotnej pozycji. Brzmiała podobnie jak w „Kole Fortuny": chcesz zakręcić czy rozwiązać zagadkę? Pamiętaj, że jeśli zdecydujesz się ją odgadnąć i przegrasz, znajdziesz się w śniegach koło autostrady w Connecticut i zjedzą cię wilki.

W słuchawce nie było sygnału. Ostry głos po prostu zaczął mówić:

- Tu dziewięć! Dziewięć! Tu dziewięć! Tu dziesięć! Dziesięć! Zabiliśmy twoich przyjaciół! Wszyscy przyjaciele nie żyją! Tu sześć! Sześć!

Mike słuchał z narastającą zgrozą nie tego, co mówił głos, lecz jego chrypliwej pustki. Nie był to głos automatu, ale i nie człowieka. To mówił pokój. Obecność wylewająca się ze ścian i podłogi, obecność mówiąca do niego przez telefon nie miała nic wspólnego z żadnym zjawiskiem nadprzyrodzonym, o którym kiedykolwiek czytał. Tu było coś obcego.

Nie, jeszcze go tu nie ma... ale już się zbliża. Jest głodne, a ty będziesz kolacją.

Słuchawka wypadła mu z bezwładnych palców, zakołysała się, całkiem tak jak jego żołądek, i nadal słychać było głos chrypią-cy z czerni:

- Osiemnaście! Teraz osiemnaście! Kryj się na sygnał syreny! Tu cztery! Cztery!

Nie zdawał sobie sprawy, że wyjął zza ucha papierosa i wetknął go do ust ani że gmera w kieszeni barwnej koszuli w poszukiwaniu pudełka zapałek ze staroświeckim odźwiernym, że po dziewięciu latach wreszcie zdecydował się zapalić.

Pokój zaczął się rozpływać na jego oczach.

Kąty i linie proste obwisały, zmieniały się nie w krzywizny, lecz dziwne mauretańskie łuki, które raniły jego wzrok. Szklany żyrandol na środku sufitu zaczął opadać ku ziemi jak gęsta kropla śliny. Obrazy stopniały w kształt okien starych samochodów. Za szklaną taflą obrazu przy drzwiach prowadzących do sypialni kobieta z lat dwudziestych, z krwawiącymi sutkami i wyszczerzonymi zębami kanibala, odwróciła się i wbiegła po schodach, unosząc nogi dziwnie wysoko. Telefon nadal rzęził i pluł, głos dobiegający z niego należał do elektrycznej maszynki do golenia, która nauczyła się mówić:

- Pięć! Tu pięć! Zignorować syrenę! Nawet jeśli stąd wyjdziesz, nigdy stąd nie wyjdziesz! Osiem! Tu osiem!

Drzwi do sypialni i na korytarz zaczęły się zapadać, rozszerzały się w środku, stawały się wrotami dla bytów o przeklętych

r

kształtach. Światło zaczęło stawać się jasne i gorące, wypełniło pokój żółtopomarańczowym żarem. Teraz dopiero Mike dostrzegł

pęknięcia w tapecie, czarne rysy, które szybko rozszerzyły się w usta. Podłoga zapadła się we wklęsły łuk i teraz słyszał już, jak nadchodzi mieszkaniec tego pokoju poza pokojem, to coś w ścianach, właściciel brzęczącego głosu.

- Sześć! - krzyknął telefon. - Sześć, tu sześć, tu sześć, przeklęty!

Mike spojrzał na pudełko zapałek w swojej dłoni, to, które zabrał z popielniczki w sypialni. Śmieszny starodawny odźwierny, śmieszne starodawne samochody z wielkimi chromowanymi płetwami. .. i słowa, biegnące pod spodem, od dawna ich nie widział, ponieważ teraz draska zawsze znajduje się z tyłu.

PRZED ZAPALENIEM ZAMKNIJ PUDEŁKO.

Nie zastanawiając się - nie mogąc się dłużej zastanawiać - wyrwał z pudełka zapałkę, jednocześnie wypuszczając papierosa z ust. Zapalił zapałkę i natychmiast dotknął nią pozostałych. Rozległo się „pffiTFt", silny podmuch palonej siarki, uderzający do głowy jak sole trzeźwiące, jasny płomień. I znowu, całkiem bezmyślnie, Mike zbliżył płonący bukiet do swojej koszuli, taniego ciucha z Korei, Kambodży czy Borneo, już znoszonego. Materiał zajął się natychmiast. Gdy buchnęły płomienie, Mike odzyskał przytomność jak człowiek, który się budzi z koszmaru i przekonuje się, że to nie sen.

W głowie mu przejaśniało - dokonał tego mocny smród siarki i żar bijący od koszuli - ale pokój zachował ten obłędny mauretański wygląd. Mauretański to złe słowo, nawet w przybliżeniu nieoddające sytuacji, ale tylko ono jako tako pasowało do tego, co się tam działo... i nie przestawało się dziać. Mike znajdował się w topniejącej, gnijącej jaskini pełnej łuków i dzikich zawijasów. Drzwi do sypialni stały się wejściem do jakiegoś wewnętrznego sarkofagu. Po lewej stronie, gdzie znajdował się obraz z owocami, ściana wybrzuszała się ku niemu, rozstępowała się wzdłuż tych długich pęknięć, rozdziawionych jak usta, przejść do świata, z którego nadchodziło to coś. Mike Enslin słyszał bulgoczące, żarłoczne dyszenie i zapach czegoś żywego i niebezpiecznego. Trochę przypominał zapach klatki z lwami w...

Płomienie liznęły jego podbródek, rozpraszając tę myśl. Żar bijący z płonącej koszuli przywrócił światu ruch. Mike, czując gryzącą woń płonących włosów na piersi, rzucił się przez zapadający dywan do drzwi wyjściowych. Ze ścian zaczęło się wydobywać owadzie bzyczenie. Żółtopomarańczowy blask narastał systematycznie, jakby podkręcała go jakaś niewidzialna ręka. Ale tym razem, kiedy Mike Enslin dotarł do drzwi i nacisnął klamkę, otworzyły się. Tak jakby to coś zza wzdymających się ścian nie mogło wykorzystać płonącego człowieka. Może nie lubiło pieczonego mięsa.

III

Popularny przebój z lat pięćdziesiątych lansuje pogląd, jakoby świat się kręcił dzięki miłości, ale zbieg okoliczności wydaje się znacznie lepszym kandydatem. Rufus Dearborn, który zatrzymał się w pokoju numer 1414, w pobliżu wind, był sprzedawcą z Fabryki Maszyn do Szycia Singera i przybył do miasta z Teksasu w sprawie rozmów na temat jego awansu na stanowisko kierownicze. I tak się złożyło, że jakieś dziewięćdziesiąt lat po śmiertelnym skoku pierwszego mieszkańca numeru 1408 inny sprzedawca maszyn do szycia uratował życie człowiekowi, który chciał opisać ten rzekomo nawiedzony pokój. A może jest to pewna przesada, Mike Enslin by przeżył, nawet gdyby nikt - zwłaszcza facet wracający z kubełkiem lodu - akurat nie przechodził korytarzem. Ale płonąca koszula to nie żarty i z całą pewnością poparzenia byłyby poważniejsze i bardziej rozległe, gdyby nie Dearborn, który myślał szybko, a działał jeszcze szybciej.

Nie żeby dokładnie sobie przypominał, co się stało. Skonstruował na tyle składną historię, by ją opowiedzieć dziennikarzom z gazet i telewizji (bardzo mu się spodobało, że jest bohaterem, co z całą pewnością nie mogło zaszkodzić jego kierowniczym aspiracjom) i wyraźnie przypominał sobie, że widział wypadającego na korytarz płonącego mężczyznę, ale potem wszystko się zamazało. Kiedy się o tym myśli, to tak jakby się usiłowało zrekonstruować swoje wyczyny podczas najgorszej pijatyki.

Jednej rzeczy był pewien, ale nie mógł o niej powiedzieć dziennikarzom, bo to nie miało sensu: krzyk płonącego nabierał głośności, jakby dobiegał przez głośniki stereo. Ten człowiek stał tuż przed Dearbornem i ton krzyku się nie zmienił, ale jego natężenie - owszem. Tak jakby palący się człowiek był jakimś niewiarygodnie głośnymi obiektem, który dopiero docierał na miejsce.

Dearborn rzucił się przez korytarz z kubełkiem pełnym lodu. Płonący mężczyzna - „paliła się tylko jego koszula, od razu to zobaczyłem", jak powiedział Dearborn reporterom - wpadł na drzwi naprzeciwko, odbił się od nich, stracił równowagę i upadł na kolana. Wtedy właśnie Dearborn do niego dobiegł. Postawił stopę na płonącym ramieniu krzyczącego mężczyzny i przydusił go do wykładziny. Potem wytrząsnął na niego lód.