Stawką jest niebo (nie)wierność małżeńska - Sobolewska-Bielecka Dorota - ebook

Stawką jest niebo (nie)wierność małżeńska ebook

Sobolewska-Bielecka Dorota

4,5

Opis

„Musimy znaleźć słowa, motywacje i świadectwa, które by nam pomogły w poruszeniu najgłębszych zakamarków serc ludzi młodych, gdzie są najobfitsze źródła ich zdolności do wielkoduszności, zaangażowania, miłości, a nawet heroizmu, aby ich zachęcić do zaakceptowania z entuzjazmem i męstwem wyzwania małżeństwa” (Amoris laetitia, 40).
papież Franciszek
 
Czystość serca i ciała upodabnia do aniołów, a różne formy nieczystości do demonów. Po przeczytaniu książki Doroty Sobolewskiej-Bieleckiej będzie Ci łatwiej trwać w czystości serca i stać się aniołem Jezusa.
O. Daniel Galus
 
Książka jest doskonałą, uporządkowaną odpowiedzią na pytania i wątpliwości, które rodzą się w świadomości dzisiejszych katolików, narzeczonych, małżonków i rodziców. Analizując rzeczywistość, autorka zadaje konkretne pytania związane z przyszłym zbawieniem człowieka i udziela rzeczowych, prostych odpowiedzi wynikających z prawa Bożego i nauczania Kościoła.
Ks. dr Tomasz Cuber

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jezus, Mistrz z Nazaretu w swoim kazaniu na Górze Błogosławieństw powiedział: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. Z tego wynika, że warunkiem oglądania Boga, Jego pięknego oblicza pełnego zachwycającej miłości jest czystość, niewinność i piękno serca miłującego Boga ponad wszystko.

Czystość serca i ciała upodabnia do aniołów, a różne formy nieczystości do demonów.

Po przeczytaniu książki Doroty Sobolewskiej-Bieleckiej będzie Ci łatwiej trwać w czystości serca i stać się aniołem Jezusa.

O. Daniel Galus

WSTĘP

We współczesnym świecie, w którym kwestionuje się podstawowe prawa człowieka, nawet te wynikające z jego natury, gdzie Dekalog i prawo Boże przenosi się do lamusa, człowiek potrzebuje prostych i jasnych wskazań, praktycznych wskazówek, aby rozwiązać problemy, które napotyka. Szerzący się relatywizm moralny, sekularyzacja, selektywizm wiary, próby zagłuszania sumienia, które często jest błędnie formowane, prowadzą do egzystencjalnych pytań: „Czym jest prawda?”, „Gdzie jest Bóg?”, „Czy niebo istnieje?”, „Co jest dobre, a co złe?”, „Czy zbawienie jest dla wszystkich?”, „Czy warto iść pod prąd w duchu ewangelicznego przesłania?”. Pytania te wymagają konkretnych odpowiedzi opartych o prawdziwe źródła.

Książka p. Doroty Sobolewskiej-Bieleckiej Stawką jest niebo. (Nie)wierność małżeńska jest doskonałą, uporządkowaną odpowiedzią na pytania i wątpliwości, które rodzą się w świadomości dzisiejszych katolików, narzeczonych, małżonków i rodziców. Analizując rzeczywistość, autorka zadaje konkretne pytania związane z przyszłym zbawieniem człowieka i udziela rzeczowych, prostych odpowiedzi wynikających z prawa Bożego i nauczania Kościoła. Zaletą jest syntetyczne ukazanie nauczania Kościoła dotyczącego poruszanych treści. Ogromnym walorem publikacji jest aktualność zebranych w jednym miejscu zagadnień, które rodzą pytania i wątpliwości. Urzeka prosty i jasny język w duchu nowej ewangelizacji, który jest zrozumiały dla każdego odbiorcy.

Gratuluję autorce, że w swej publikacji podjęła tak ważne dzisiaj zagadnienie, jakim jest wierność małżeńska. W czasach, w których szerzy się mentalność rozwodowa, kwestionuje się potrzebę sakramentalności małżeństwa i propaguje rozwiązłość życia małżeńskiego, trzeba przypomnienia katolickiej nauki o małżeństwie i rodzinie. Publikacja poparta konkretnymi życiowymi przykładami ukazuje wielkie zatroskanie autorki o piękno życia małżeńskiego i chęć obrony przed zagrożeniami.

Papież Franciszek w adhortacji Amoris laetitia zachęca, aby towarzyszyć wszystkim małżonkom, a zwłaszcza młodym, w ich wspólnym życiu, „aby ubogacić i pogłębić świadomy i wolny wybór przynależności do siebie i miłowania siebie, aż do końca” (AI 217). Jestem przekonany, że publikacja p. Doroty Sobolewskiej-Bieleckiej znakomicie wypełnia potrzebę towarzyszenia małżonkom w trudnościach, z którymi się borykają, szczególnie gdy ich wzajemna wierność jest wystawiona na próbę.

Ks. dr Tomasz Cuber

Dyrektor Duszpasterstwa Małżeństw i Rodzin Diecezji Sandomierskiej

Rozdział I OD TEJ CHWILI NIE ZGRZESZĘ

Chcieli dla mnie dobrze?

Wyszłam na ulicę zalaną promieniami słońca. Ciepły wiosenny wiatr muskał moją twarz, suszył łzy. Jestem wolna, ale co mam teraz zrobić z tą wolnością?

Właśnie skończyła się sprawa rozwodowa, mąż osiągnął to, czego pragnął, dostał rozwód. Nie chciałam, by do tego doszło, modliłam się o przetrwanie naszego małżeństwa. Niestety, nasz krótki, bo trwający zaledwie cztery lata związek się skończył. Zostałam sama z dwójką dzieci. Teraz mogłam tylko wspominać to, co miało trwać całe życie.

Nasza miłość wybuchła wraz z rozwijającą się w szalonym tempie zielenią tamtej wiosny. Kwiaty rozkwitły, nim nastało lato. Nasze uczucie było gorące jak słońce na plaży w Kołobrzegu, gdzie byliśmy tacy szczęśliwi. Nim opadły liście z drzew, byliśmy już małżeństwem. Po co czekać, skoro wiedzieliśmy, że chcemy spędzić ze sobą całe życie. Tylko tamtego roku trawa była tak niezwykle zielona, kwiaty tak nasycone barwami, cały świat taki cudowny. Byłam bardzo szczęśliwa. Niestety z roku na rok kolory kwiatów bladły, ptaki śpiewały ciszej, a w jesienne barwy drzew wkradała się szarzyzna. Aż któregoś dnia mąż oznajmił mi:

– Poznałem kogoś, chcę się z tobą rozwieść.

– Nie wierzę… – odpowiedziałam. W zimowy poranek wybiegłam za nim boso. Chciałam wierzyć, że to sen.

– Przykro mi. Nie kocham cię. – Odjechał z piskiem opon.

Czy świat zwariował, czy ja? Wszystko kręciło się wokół mnie. Wirowało, a ja tkwiłam pośrodku tej karuzeli. Złapałam się stołu, upadłam na podłogę.

– Boże, czemu ja? – Nadal nie mogłam uwierzyć, że nasze małżeństwo się rozpadało. Czemu nie mogliśmy uszanować tego sakramentu? Przecież powinniśmy być razem, kochać się aż do śmierci. Przysięgaliśmy.

Teraz, po rozwodzie, znalazłam się na tej ulicy wyzłoconej słońcem. Samotna, wolna. Jak spojrzeć dzieciom w oczy i powiedzieć im, że ojciec odszedł? Nawet nie chciał ich odwiedzić, po ostatniej sprawie wyjechał na drugi koniec Polski.

Och, jak ciężko zaakceptować ten stan. Boże dopomóż. Tobie oddaję się w opiekę, Tobie zawierzam moje dzieci. Myśli gorączkowo przeplatały mi się w głowie, szukałam jakiegoś drogowskazu w swoim bólu. Modlitwa przeplatała się ze skargą. Jestem rozwiedziona, ale mam przecież męża, to nie Bóg nas rozdzielił, to człowiek. Wobec Boga jesteśmy zatem wciąż małżeństwem, a ja dochowam tego, co przysięgałam, dochowam wierności i miłości. Ty, mężu, zrobisz, co zechcesz, co ci serce i sumienie podpowie.

Lata płynęły, najpierw nieszczęśliwe, smutne, potem nabierały kolorów. Starałam się zapewnić dzieciom godne życie zarówno materialnie, jak i moralnie. Z Bożą łaską układało się nam dobrze. Mąż nigdy nas nie odwiedził, nawet nie zadzwonił. Byłam dla córki i syna matką i ojcem, rodzicem łagodnym matczyną miłością i stanowczym, wymagającym ojcem. Nie byliśmy jednak sami, był z nami Bóg. Do Niego podążaliśmy niezależnie od tego, czy droga była gładka, czy wyboista.

Wiedziałam, że nie ma dla mnie innej drogi jak samotność. Jestem związana z mężem sakramentem na całe życie, nie mogę unieważnić tego małżeństwa i nie mogę wejść w nowy związek – niesakramentalny. Nie potrafiłabym tak żyć. Dla mnie to było oczywiste i nie budziło żadnych wątpliwości. Moja mama uważała podobnie – że powinnam wytrwać w czystości; wierzyła w nierozerwalność małżeństwa. Ale inni… krewni, przyjaciele i znajomi widzieli dla mnie inne rozwiązanie.

Dość często spotykałam się z radami osób „życzliwych”, które pocieszały mnie, że kiedyś na pewno znajdę sobie faceta i ułożę sobie życie. Byłam zaskoczona: przedkładać przyjemność bycia z mężczyzną nad przestrzeganie Bożych przykazań? To miało być dla mojego dobra? Przecież oni próbowali mnie wepchnąć w grzech.

– Ale ja wcale nikogo nie szukam – odpowiadałam. – Przecież nie mogę powtórnie wyjść za mąż.

– Nie żartuj – zaśmiała się koleżanka. – Która kobieta chciałaby żyć sama? Nie wyobrażam sobie życia w pojedynkę. – Marta była wdową, ale po śmierci męża żyła w kilku związkach z rozwodnikami.

– Uważam, że Robert jest dla mnie darem od Boga – zwierzyła mi się Edyta, rozwódka. Jej wybranek też był rozwodnikiem. – Chcemy się wkrótce pobrać, mieszkamy razem już trzy lata i wszystko doskonale się układa.

– A co z Komunią św., potrafisz bez niej żyć?

– No co ty. Rozmawialiśmy o tym długo z Robertem i doszliśmy do wniosku, że nie będziemy chodzić do spowiedzi, ale Komunię przyjmować będziemy.

– Ależ to ciężki grzech i zgorszenie!

– Robert jest bardzo mądry i uważa… – I zaczęła filozoficzny wywód, czemu właśnie tak postępują.

Nie słuchałam, byłam przerażona. Jak można tak naginać wiarę, by uciszyć sumienie? Poprawiać Boga?

Jedna z kuzynek wysłuchała mnie cierpliwie, gdy tłumaczyłam jej, dlaczego muszę żyć sama, jednak nie podzieliła mojego zdania:

– Przecież to nie ty odeszłaś od męża, to on odszedł od ciebie. Masz prawo ułożyć sobie życie na nowo, Bóg ci na pewno wybaczy – powiedziała pocieszająco.

– Nie, nie zrobię tego – odparłam stanowczo, a w głowie jakbym usłyszała polecenie: „Słuchaj Boga, nie ludzi”.

Ci wszyscy, którzy dawali mi „dobre” rady, są katolikami, więc dlaczego ta sprawa nie jest dla nich prosta? Tyle razy słyszeliśmy podczas Mszy św. słowa Jezusa: „Każdy, kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo; i kto oddaloną przez męża bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo” (Łk 16, 18). Nie chcę więc sama popełniać tego grzechu ani narażać nikogo na to wykroczenie wobec Boga. Żyję samotnie ze swoimi przekonaniami. Może mówią o mnie, że jestem dziwna, ale lepiej mi żyć z czystym sumieniem.

Kolacja

To trwa już pół roku i nadal nie mogę dojść do siebie. Po dwóch latach małżeństwa mój ukochany mąż mnie zdradził. Nie było to jednorazowe spotkanie z tą kobietą, później dowiedziałam się, że romans trwał od miesięcy.

Przygotowywałam kolację dla Bartka, gdy zadzwonił telefon.

– Słucham, kochanie? – powitałam go radośnie. – Kolacja prawie gotowa.

W słuchawce usłyszałam głos mojego męża, który z kimś rozmawiał. Po chwili zrozumiałam, że telefon włączył mu się przypadkowo. Usłyszałam kobiecy głos, postanowiłam więc posłuchać, z kim Bartek rozmawia.

Tamtego dnia serce waliło mi chyba trzykrotnie szybciej niż zwykle, gdy słuchałam, jak mąż rozmawia z tą kobietą, jak umawia się na kolejną randkę. Rozłączyłam się, bo poczułam się słabo. Trudno opisać szok, jaki przeżyłam. Wydawało mi się, że jesteśmy jednością, zakochani w sobie, że sobie ufamy. Sądziłam, że nigdy żadna siła nas nie rozdzieli, że nasza miłość jest wyjątkowa. Nie mogłam uwierzyć, że mąż ma przede mną taką tajemnicę, że jest zdolny tak okrutnie mnie oszukiwać.

– Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego? – Wyłam z bólu, leżąc na podłodze.

Wrócił przed północą. Spojrzał na mnie i od razu zorientował się, że coś jest nie tak.

– Kochanie, co się stało? – Objął mnie. Wytrzymałam ten dotyk.

– Gdzie byłeś? – zapytałam łagodnie.

– W pracy, szef mnie zatrzymał, musieliśmy przygotować dokumentację na konferencję…

– Twój szef ma na imię Beata? A może koteczek?

– No co ty? – zbaraniał.

– Wszystko wiem, nie tłumacz się. Jak masz jakieś pytania, to spójrz na ostatnie połączenie w telefonie – ze mną, półtorej godziny.

Nawet się nie tłumaczył. Chyba odetchnął z ulgą, że uniknął trudnej rozmowy. Pewnie czekał na ten moment, bo w kilka minut się spakował i wychodząc, powiedział:

– Siła wyższa, zakochałem się w innej. Mam nadzieję, że dasz sobie radę beze mnie.

Zamknęłam za nim drzwi i opadłam bez sił na podłogę. W ciągu kilku godzin moje życie przewróciło się do góry nogami. Zdrada bolała, okropnie bolała.

Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś mnie tak zranić? Przecież tak cię kochałam. Czułam się taka nieszczęśliwa, upokorzona…

Dni, tygodnie, miesiące płynęły. Zdrada nie przestawała boleć. Znajomi donosili mi, że widywali ich razem. Ta kobieta ukrywała romans z moim mężem, miała rodzinę, a jej mąż pewnie niczego się nie domyślał, bo wciąż mieszkali razem.

Nie pogodziłam się z odejściem męża, próbowałam nawiązać z nim kontakt, porozmawiać, ale nie odbierał telefonu. Gdyby przyszedł i poprosił o wybaczenie, to pewnie dałabym mu szansę, ale on milczał. Byłam tak zraniona, że do głowy przychodziły mi różne pomysły. Chciałam zawiadomić jej męża i opowiedzieć o wszystkim, ale nie byłam pewna, czy powinnam to zrobić. Może rozbiłabym jej rodzinę, dzieci straciłyby któreś z rodziców. Nie wiedziałam, co zrobić. Liczyłam, że ta kobieta może się opamięta i zostawi mojego męża w spokoju. Czasem zastanawiałam się, czy sama nie powinnam poznać jakiegoś atrakcyjnego mężczyzny i pokazać się z nim mężowi, niech żałuje, że ode mnie odszedł. Emocje nie pozwalały mi jasno myśleć i działać, więc po prostu czekałam na jego powrót.

Jednak życie wystawiło mnie na próbę. Któregoś dnia wyszłam z pracy na obiad, ale sączyłam tylko kawę. Znów mnie dopadł ten smutek, ścisnął serce, sprawił, że czułam się jak odrętwiała, tępo wpatrywałam się w blat stolika.

– Myślę, że drink postawiłby panią na nogi. – Jakiś mężczyzna stał obok mnie z kubkiem kawy.

– Można?

– My się znamy? – zapytałam zdziwiona.

– Od tej chwili tak. Artur jestem. – Uśmiechnął się i podał mi rękę.

– Aldona – szepnęłam.

– Co się dzieje? Obserwuję cię od pewnego czasu i widzę, że jesteś bardzo smutna. Coś się stało?

– Może tylko to, że mąż mnie zostawił – próbowałam zażartować. Spodobało mi się, że ten przystojny mężczyzna zauważył, że coś mnie dręczy. Kogoś jednak obchodziło moje samopoczucie.

Odkryłam się przed Arturem, opowiedziałam mu o rozstaniu z mężem, o swoim cierpieniu. Potrafił słuchać. Dobrze się z nim rozmawiało. Od tego dnia codziennie jedliśmy lunch w tym barze. Pracował w sąsiedniej firmie. Był żonaty, ale podobno też miał jakieś problemy z żoną, przynajmniej tak twierdził. Polubiłam go bardzo, zaczęłam zapominać o łzach, a moje serce znów biło w normalnym rytmie, chociaż czasem, kiedy biegłam na lunch i wiedziałam, że Artur już czeka, trochę przyspieszało. Wreszcie byłam spokojniejsza, przestawałam zadręczać się odejściem męża, a moją uwagę zaczął przyciągać Artur.

– Szczęściara z twojej żony – zażartowałam kiedyś. – Chciałabym mieć takiego męża jak ty.

– A ja taką żonę. Mówię całkiem poważnie.

Wiedziałam, że nie żartuje, czułam to. Znów odezwało się we mnie pragnienie bycia z mężczyzną. Nie chciałam jednak rozbijać jego małżeństwa, tak jak tamta kobieta zrobiła z moim. Ale może warto byłoby chociaż spróbować być bliżej z Arturem, tak na parę tygodni? Pokazałabym mężowi, jaka jestem szczęśliwa, odegrałabym się na nim. Ta myśl była bardzo kusząca.

Przyjęłam zaproszenie na kolację do restauracji. Czułam się znakomicie, było tak przyjemnie, a on patrzył mi w oczy tak głęboko… Było już późno, Artur ponaglał mnie, abyśmy już pojechali do mojego mieszkania, kelner niecierpliwie na nas spoglądał, a ja się ociągałam.

Może kiedyś tamta kobieta też patrzyła w restauracji na mojego męża, może zgadzała się, by dokończyć kolację w jej domu. Może właśnie wtedy ważyły się losy mojego małżeństwa, a nade mną wisiała chmura bólu i samotności. Może to były ich ostatnie chwile przed popełnieniem cudzołóstwa? Ja też byłam w decydującym momencie, też byłam o krok od popełnienia tego ciężkiego grzechu. Ścis­nęłam medalik Matki Bożej Szkaplerznej, który nosiłam na szyi, poprosiłam Ją o wiarę i rozsądek.

Nie musiałam długo czekać, znalazłam siłę, by powiedzieć:

– Nie pójdę w ślady mojego męża, nie zrobię tego.

– Przecież on cię skrzywdził…

– Ale to nie znaczy, że teraz musimy skrzywdzić twoją żonę. Wrócę taksówką. – Wyszłam.

Nie obejrzałam się. Gdybym to zrobiła, zobaczyłby moją twarz zalaną łzami. Wiem, że postąpiłam dobrze. Kiedy wróciłam do swojego pustego mieszkania, na stoliku nadal stał jeden kubek, pojedyncze kapcie stały przy łóżku. Było mi smutno, ale cieszyłam się, że nikt przeze mnie nie płacze, a ja mam czyste sumienie. Zrobiło mi się lżej na duszy, po raz pierwszy od dawna wzięłam do ręki różaniec i powoli przesuwałam w modlitwie paciorki, aż ogarnął mnie spokojny sen.

Czy zostaniemy przyjaciółmi?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział II PYTANIA I ODPOWIEDZI

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Anna Śledzikowska

Korekta

Magdalena Mnikowska

Projekt okładki

Artur Falkowski

Redakcja techniczna

Artur Falkowski

Zdjęcie na okładce

Fotolia.com © Photographee.eu

Imprimatur

nr 3169/2018

bp Jan Szkodoń, wikariusz generalny

Imprimi potest

ks. Józef Figiel SDS, prowincjał

© 2018 Wydawnictwo SALWATOR

ISBN 978-83-7580-662-5 (wersja drukowana)

ISBN 978-83-88119-11-8 (wersja elektroniczna)

Wydawnictwo SALWATOR

ul. św. Jacka 16, 30-364 Kraków

tel. 12 260 60 80

e-mail: [email protected]

www.salwator.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk