Starszy Pan B. Opowieść o Jeremim Przyborze - Dariusz Michalski - ebook + książka

Starszy Pan B. Opowieść o Jeremim Przyborze ebook

Dariusz Michalski

0,0
51,14 zł

lub
Opis

Starszy Pan B to opowieści o Jeremim Przyborze, autorze niezrównanych tekstów piosenek, twórcy Kabaretu Starszych Panów, reżyserze, scenarzyście. To opowieść o arcyciekawym życiu Starszego Pana B, o czasach, w których działał, i ludziach, których znał. Książka bogato ilustrowana prywatnymi zdjęciami rodziny Przyborów oraz z archiwów teatralnych, telewizyjnych i filmowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 578

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



OPRACOWANIE GRAFICZNE Andrzej Barecki

REDAKCJA Tadeusz Nowakowski

OPRACOWANIE INDEKSU Dariusz Michalski

KOREKTA Jolanta Spodar

Na obwolucie wykorzystano zdjęcie z archiwum Konstantego Przybory

AUTORZY I ŹRÓDŁA ZDJĘĆ ORAZ ILUSTRACJI

(numery stron dotyczą wydania papierowego)

Archiwum Jerzego Antkowiaka: str. 218

Archiwum Macieja Dercza: str. 413, 434,

Archiwum Tadeusza Majewskiego: str. 442

Archiwum Dariusza Michalskiego: str. 134, 136, 140, 147, 151, 276, 439

Archiwum Konstantego Przybory: str. 11, 13, 14, 18, 20, 43, 47, 54, 57, 64, 81, 90, 97,

100, 107, 118, 210, 212, 214, 279, 280, 284, 285, 290, 338, 340, 343, 349, 358, 437

Archiwum Marcina Stajewskiego: str. 346

Archiwum Magdy Umer: str. 421, 429

Archiwum Marii Wasowskiej: str. 71, 73, 78, 110, 281, 355

Archiwum Kazimierza Winklera: str. 33

Archiwum Iwa Zaniewskiego: str. 283, 300, 302, 306

Archiwum Ośrodek Nowe Media, Prasowa Agencja Telewizyjna,

Telewizja Polska SA: str. 311

Roman Burzyński: str. 75

Czesław Czapliński: str. 360, 443

Leszek Fidusiewicz: str. 366, 370

Stanisław Gazda: str. 66

Zygmunt Januszewski: str. 60, 164, 261, 266, 274

Karina Łapińska: str. 433

Franciszek Myszkowski: str. 167, 172, 176, 184, 187, 190, 194, 196, 199, 201,

205, 254, 257, 265, 269, 314, 318, 327, 331, 425

Zofia Nasierowska/Agencja Reporter: str. 123, 237

Wojciech Pepliński: str. 374

Adam Pietrusiak: str. 417

Janusz Płoński: str. 228

Andrzej Sawczuk: str. 294

Yoshido Umeda: str. 243, 249

Magdalena Umer: str. 447, 450, 455, 459, 463, 465

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Copyright © by Dariusz Michalski

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić autorstwo i skontaktować się

z autorami wszystkich zdjęć zamieszczonych w książce. W odosobnionych przypadkach

okazało się to niemożliwe. Dlatego właścicieli praw do zdjęć, z którymi

nie zostały podpisane umowy, prosimy o pilny kontakt

z sekretariatem wydawnictwa.

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1061-3 (EPUB), 978-83-244-1061-3 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

W 2005 roku Iskry wydały moją Opowieść o Jerzym Wasowskim, zatytułowaną – podobnie jak niniejsza – Starszy Pan A. Wspominaczem w tamtej była wdowa po bohaterze, Maria Wasowska, kobieta niezwykła: dowcipna i zgryźliwa, surowa i dobrotliwa, uprzejma i stanowcza, inteligentna, mądra – po prostu cudowna. Wybornie znała sportretowany przeze mnie „świat, którego już nie ma. Zresztą nie jeden świat, bowiem Jerzemu przyszło żyć w bardzo trudnych, ale i niebywale ciekawych czasach. Wtedy, kiedy Starsi Panowie jeszcze mogli czegoś nauczyć młodszych, kiedy byli potrzebni, szanowani i... kochani”.

Powtarzam tamte słowa Pani Mani, z czasem pozwalała mi tak do siebie mówić, miały bowiem awizować również książkę-bliźniaczkę: Opowieść o Jeremim Przyborze. Ale kiedy ukazała się „książka Wasowska”, zachwycone zrazu oczy wspominaczki szybko mi powiedziały: Panie Dariuszu, jeszcze nie teraz, niech pan trochę poczeka!

Czekałem więc, doskonale rozumiejąc wdowę po geniuszu muzyki rozrywkowej (i nie tylko), która swojej pamięci o jednym Starszym Panu nie chciała dzielić między dwóch.

Chyba miała rację...

Chyba? Na pewno. Bowiem w ciągu kilkunastu lat, jakie dzielą ukazanie się obu książek-sióstr, to, co zdawało się już szczelnie pokrywać patyną zapomnienia – raptem ożyło, znowu stało się atrakcyjne dla kolejnych pokoleń wykonawców i słuchaczy StarszoPanowych przebojów.

A poza tym Starszy Pan B także wyszedł ze swej samotni. Czy może raczej „coraz częściej zaczął wychodzić”; czas nie do końca dokonany chyba najlepiej charakteryzuje bohatera mojej książki.

Dariusz Michalski

Rodzina
Rekwizytami jego młodości były:fortepian, na którym grała cała rodzina,biblioteka ojca i koń z własnej stadniny.Imię otrzymał po Jeremim Wiśniowieckim,ukochanym bohaterze ojca.

ROMAN PAWŁOWSKI

Po śmierci Jeremiego Przybory Roman Pawłowski (w „Gazecie Wyborczej”) przypomniał wszystkim, że „rekwizytami jego młodości były: fortepian, na którym grała cała rodzina, biblioteka ojca i koń z własnej stadniny. Imię otrzymał po Jeremim Wiśniowieckim, ukochanym bohaterze ojca, który zaczytywał się w Trylogii. Ale w odróżnieniu od innych paniczów Przybora nie został dyplomatą, sanacyjnym politykiem ani oficerem”.

Swoje barwne życie Jeremi Przybora opisał przede wszystkim w trzech tomach Memuarów. Dwa pierwsze zatytułował, z właściwym sobie poczuciem humoru, Przymknięte oko Opaczności. Opaczności – ustawicznie plączącej ścieżki, a nie Opatrzności, chociaż ta nad Starszym Panem B czuwała i to dość troskliwie.

Nim zdecydował się na napisanie owej autotrylogii, w 1992 wydał książeczkę niepokaźną, cenną przecież: Autoportret z piosenką. Może i niepełną, bardzo przecież interesującą swoją autobiografię. I to z niej zaczerpnąłem kilkanaście jego wypowiedzi.

W standardowej rodzinie właściciel życiorysu ma zazwyczaj rodzeństwo i potomstwo, przede wszystkim ma ojca i matkę oraz dwóch dziadków i dwie babki. U Jeremiego jakość przodków wspierała ich ilość, co wcale nie pomaga w klarownej opowieści o rodzie Przyborów.

No i ich adresy... Mnóstwo adresów!

Dziadek Jeremiego ze strony ojca to Konstanty Przybora. Imienia jego żony jej wnuk nigdy nikomu nie wyjawił.

„Jedyna anegdota rodzinna o babci, opowiedziana mi przez ojca [Stefana], była o tym, jak bardzo zniechęciła go do palenia papierosów. A zdradzał skłonność w tym kierunku bardzo wcześnie, bo jeszcze przed ukończeniem dziesięciu lat. Kiedy go pewnego razu przyłapała na gorącym uczynku, nie tylko nie zastosowała żadnej z rutynowych kar za takie przestępstwo, ale wręcz przeciwnie – do przestępcy odniosła się z ogromnym zrozumieniem, przyhołubiła go i zachęciła, by mały Stefuś na jej kolanach dokończył kurzenia zbyt późno ukrytego w rękawie niedopałka. Kiedy to nastąpiło, wręczyła zachwyconemu jej pobłażliwością palaczowi mężowskie cygaro ze słowami: «Wypal sobie jeszcze cygarko, Stefusiu. Zobaczysz, że cygarko jest lepsze od papieroska. Prawdziwy palacz, jak twój tatuś, pali tylko cygara». Stefuś nie dopalił jeszcze połowy cygara, kiedy nastąpiły przewidywane przez babcię skutki: rzyganie na całego. I nawet jeżeli było to odświętne cygaro hawańskie dziadka Konstantego, inwestycja się opłaciła. Ofiara nałogu już nigdy nie tknęła papierosa do końca życia”.

Konstantostwo Przyborowie mieli trzech synów i cztery córki.

Dziadkiem Jeremiego ze strony matki był Stanisław Kozłowski. O jego bezimiennej, w pamięci wnuka, żonie również niewiele wiadomo.

„Nieźle ponoć grywał dziadek na skrzypcach, najchętniej przy akompaniamencie ukochanej córki, a mojej mamy (fortepian). Były to skrzypce Amatiego, ale nie usłyszałem ich dźwięku, bo kiedy zaczynałem życie, dziadek je kończył i pamiętam tylko jego zamgloną przez czas, wysoką, szczupłą postać, rozwiewającą się jakby pod dotknięciem samego wspomnienia i milczącą.

Natomiast w moich wspomnieniach nie milczy babka. Ta wytworna i ładna dama była mistrzynią swoistego słowotwórstwa i jej powiedzonka sprawiły, że tak długo żyła we wspomnieniach rodzinnych. A kiedy ustały one z braku rozmówców, jeszcze ja się staram, żeby moje dzieci (i wnuczka) pamiętały, jak ich prababcia mawiała na przykład na widok osowiałej miny kogoś z bliskich:

– Co ci dolega, kochanie! Jesteś dzisiaj strasznie  z d u p i e s i a ł y.

Na ględzenie, czyli, jak by się dzisiaj powiedziało, «mowę trawę» czy «trucie», reagowała określeniem:

– P i e r d o l a j u m   k l a j s t r u m!

W owych czasach dama, posługująca się takim słownictwem, gorszyłaby otoczenie, ale wdzięk i odkrywczość języka babci budziły jedynie podziw i wesołość.

Kiedy teraz przypominam sobie te powiedzonka, ogarnia mnie smutek, że już tak mało ich pamiętam. Że już nie ma nikogo, kto by mógł mi przypomnieć inne, te, które zapomniałem. Najwięcej ich chyba pamiętał mój ojciec, który był rzadkim przypadkiem zięcia adorującego teściową. Również jako były już zięć mówił o tej czarującej, mądrej i dowcipnej pani zawsze z uśmiechem rozrzewnienia na ustach i nie zaniedbywał żadnej okazji – czy to imienin, czy uroczystszych świąt – żeby posłać jej kwiaty i słodycze. A ona, jak to bywa z kobietami pełnymi kobiecości, nie pozostawała chyba obojętna na te dowody jego pamięci i przywiązania i nie żywiła doń bezlitosnego odium za to, że się  z l i s i ł  i odszedł od jej ukochanej córki do innej.

Na pogrzeb babci, która przeżyła dziadka o dziesięć lat, ojciec zabrał mnie z sobą. Już wtedy się mną opiekował i to był ten jedyny raz, kiedy poszedł ze mną do kościoła. Nie wiem, czy nie wierzył, czy tylko nie praktykował. Mnie co niedziela posyłał na mszę, a jedyne słowa na temat wiary, jakie od niego usłyszałem, brzmiały:

– Bez Boga będzie ci ciężko w życiu”.

Pierwszy adres w życiorysie Konstantego to stołeczny Pałac Błękitny.

Julian Bartoszewicz w drugim tomie swego dzieła Znakomici mężowie polscy w wieku XVIII tak go opisał (w roku 1853): „Za Morsztynowskim ogrodem, ku Senatorskiej ulicy, po lewej stronie od kościoła Reformatów, idąc od kolumny Zygmunta ku Woli, wznosił się stary ogromny gmach, który przechodząc w różne ręce, dostał się nareszcie Stefanowi Potockiemu, referendarzowi w. koronnemu a bratu rodzonemu księcia Teodora Prymasa. [W 1726] Stefan Potocki, referendarz wielki koronny, z żoną swoją Teresą z Kąckich gmach ten podarował królowi i zeznał tę darowiznę przed aktami Metryki Koronnej”.

Król August II Mocny pałac podarował swojej córce Annie Orzelskiej, ta odwzajemniła mu się tą samą darowizną, więc król przekazał pałac Marii Zofii z Sieniawskich Denhoffowej, od 1731 Augustowej Czartoryskiej. W 1789 inna Zofia Czartoryska wyszła za mąż za Stanisława Zamoyskiego. Ród Zamoyskich mieszkał w Pałacu Błękitnym od 1811 do 1945.

W latach 1833–1838 do gmachu pałacu dobudowano dwupiętrową oficynę. W specjalnie przystosowanym pawilonie pomieszczono Bibliotekę Ordynacji Zamojskiej.

Jeremi: „Mój dziadek po kądzieli pracował w ordynacji jako ktoś w rodzaju dzisiejszego głównego księgowego. Był to zresztą księgowy o nietypowych dla swego zawodu zamiłowaniach. Miał bogaty księgozbiór, a w nim – egzemplarze powieści Żeromskiego z dedykacjami autora, który był «kolegą z pracy» dziadka w czasie, gdy pełnił obowiązki bibliotekarza ordynacji. [Dziadek] był kimś w rodzaju zarządcy finansowego. Świadczyły o tym między innymi [jego] wysokie pobory, pozwalające mu na zapewnienie dostatniego bytu żonie i czworgu dzieciom.

Dziadkowie [Kozłowscy] mieszkali w oficynie Pałacu, a piętro niżej – moi rodzice ze starszym moim rodzeństwem (bratem – o jedenaście lat i siostrą – o lat siedem), zanim ja dołączyłem do nich jako ostatni w rodzinie”.

W dalszym ciągu Jeremi o swoim dziadku Konstantym Przyborze: „Miał pod Witebskiem rodowe gniazdo, Krasnołuki. Utracił je za udział w powstaniu styczniowym, co często się przytrafiało dziadkom mojego pokolenia. Po powrocie z zesłania (dość «łagodnego», bo tylko w głąb Rosji europejskiej) dziadek miał prawo osiedlić się wyłącznie na obszarze tak zwanego Królestwa Polskiego i osiadł z rodziną w Warszawie. Tu się też urodził mój ojciec jako najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa i pierwszy w rodzinie urodzony warszawiak.

Wyzuty ze skonfiskowanych włości [dziadek] uzyskał posadę w administracji dóbr zaprzyjaźnionego księcia Lubomirskiego. Dom, w którym zamieszkali dziadkowie, znajdował się na rogu placu Wareckiego (dziś Powstańców Warszawy) i ulicy Mazowieckiej, po jej nieparzystej stronie. Tutaj urodził się mój ojciec”.

Stefan Józefat Przybora urodził się w 1876.

Konstanty junior (syn Jeremiego, prawnuk tamtego Konstantego; w dzienniku „Polska. The Times”, w 2009): „Dziadek Stefan służył w carskich dragonach w Częstochowie, ale dał w mordę dowódcy prześladującemu Polaków i został usunięty z wojska”. Ojciec Jeremiego był inżynierem chemikiem „ze specjalizacją cukrowniczą”, po studiach uniwersyteckich w Lipsku i Bernie. Dyrektor cukrowni Ostrowite w 1915 został sekretarzem Związku Cukrowni Królestwa Polskiego, w czasie I wojny światowej prezesem Związku Zawodowego Pracowników Cukrowni i redaktorem naczelnym „Gazety Cukrowniczej”.

Stefan Przybora (ojciec Jeremiego)

Jadwiga Przyborzyna (matka Jeremiego)

Jeremi: „Tuż po wojnie ojciec porzucił pracę w Związku Cukrowni i «wyzwolił się» na samodzielnego przedsiębiorcę. Wykorzystując szwajcarskie koneksje macochy [swojej drugiej żony], uzyskał kredyt u pewnego zuryskiego finansisty i kupił trzy czwarte udziałów w firmie L. Lourse’a. Była to fabryka czekolady i słodyczy, dysponująca najelegantszą i największą wtedy warszawską cukiernią na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Ossolińskich, w gmachu Hotelu Europejskiego. Wkrótce też kupił drugą cukiernię (od pana Semadeniego), zwaną Pod Filarami, w zachodnim skrzydle Teatru Wielkiego. Świetność Lourse’a nie przetrwała kryzysu lat trzydziestych i śmierci ojca w tym czasie. Firma wkrótce zresztą przeszła w inne ręce”.

Matką Jeremiego była Jadwiga Antonina z domu Kozłowska (1880–1961). W małżeństwie ze Stefanem Przyborą urodziła Wiesława, Halinę oraz Jeremiego Stanisława. Było to 12 grudnia 1915 w Warszawie.

„Pewnego grudniowego poranka zająłem łóżeczko Stefci, dużej lalki mojej starszej siostry. Rodzice źle wyliczyli termin mojego pojawienia się na świecie i nie przygotowali w porę czego trzeba na tę okazję. A na miejscu domu, w którym to się stało, jest teraz pusta przestrzeń między trawnikiem przy ulicy Senatorskiej, między kościołem św. Antoniego i Pałacem Błękitnym”.

Na chrzcie, 25 maja 1918, Jeremi Stanisław otrzymał trzecie imię: Juliusz.

Maria Wasowska: „Na początku zażyłości, a może już przyjaźni Jeremiego z Jerzym, Przybora czasami do nas przychodził (potem coraz rzadziej) i przy herbacie obaj rozmawiali o swojej młodości. Obaj dobrze wychowani, prawie nie opowiadali o tym, co który i gdzie przeżył, ale Jeremi, świadom swego pochodzenia, pochwalił się kiedyś swoim dziadkiem, ojcem i Zamoyskimi.

Spojrzeliśmy na siebie, Jurek i ja, ale ja nie wytrzymałam:

– Jerzy tych młodych uczył.

– Czego?

– Wszystkiego. Był guwernantem młodych Zamoyskich.

– Naprawdę?! – zdziwił się Przybora, na co Jurek, z właściwą sobie skromnością (a może poczuciem humoru?):

– E, nie ma o czym mówić”.

Pierwszego w swoim życiu adresu, Senatorska 37, Jeremi Przybora nie pamiętał – i nie dziwota: miał dwa lata, gdy jego rodzice się rozwiedli.

„Moje życie świadome rozpoczęło się już na Wiejskiej, pod numerem drugim, tam gdzie teraz hotel sejmowy. Było to wielkie, sześciopokojowe mieszkanie, do którego rodzice się przeprowadzili niedługo po moim przyjściu na świat, żeby się tam wkrótce rozwieść. Do tego celu mieszkanie to się nadawało, trzeba przyznać, znakomicie. Odległość między moim pokojem a pokojami rodziców i ich konfliktami była tak wielka, że o rozwodzie dowiedziałem się dopiero wtedy, kiedy się okazało, że ojca nie ma w domu, a zastać go można zupełnie gdzie indziej, na Kopernika. Pierwszy raz zaprowadził mnie tam ojciec sam”.

Wiejska 2 to adres matki Jeremiego. Przy Kopernika mieszkała jego przyszła macocha, dwadzieścia lat młodsza od Stefana Przybory.

„Nie mieli z ojcem wspólnych dzieci i ja stałem się obiektem jej macierzyńskich uczuć.

Jeremi Przybora w Miedzyniu (połowa lat 20.)

Władysława Hryszkiewicz (macocha Jeremiego)

Ojciec mój zrezygnował z mamy, ale nie zrezygnował ze mnie. Jego instynkt rodzicielski, zwłaszcza w stosunku do mnie, był tak silny, że rodzic uciekł się do dość niezwykłego sposobu przejęcia nade mną pieczy. Nabył [w 1924] pod Bydgoszczą, nie mając ku rolnictwu żadnych zresztą inklinacji, nieduży majątek ziemski (kilkaset hektarów tego jednak było), żebym, jak to przedstawił matce, miał zarówno dobre powietrze, jak i inne wiejskie warunki fizycznego i w ogóle wszechstronnego rozwoju. Wkrótce też wysłany zostałem pod opiekę macochy na wieś, za którą ona sama, podobnie jak ojciec, nie przepadała, ale nie zdradzała się z tym przede mną. Obdarzony zostałem przy tej okazji kucykiem i guwernantką, która miała mnie przygotować do gimnazjum”.

W rozmowie z Grzegorzem Turnauem (w 2003): „Byłem najmłodszy w całej rodzinie, z dużą różnicą wieku do siostry i właściwie dorosłego już brata. Służba domowa, zgodnie z obyczajem, zwracała się do nich – odpowiednio – «panienko» i «paniczu», a do mnie zawsze «ty»! Byłem małym dzieckiem, ale bardzo nad tym ubolewałem. Oczywiście, rodzice nie ingerowali w te sprawy i nie kazali służbie do gówniarza mówić «paniczu»... Ale w tych czasach panowała tak dalece posunięta, nawet w stosunku do dzieci, grzeczność, że kiedy chodziłem pod opieką kogoś dorosłego do parku, rówieśnik podchodził i pytał: «Przepraszam bardzo, czy ja się mogę z tym kawalerem pobawić?». Więc ten pominięty w moim życiorysie panicz bardzo mi utkwił w pamięci”.

Znamion bogactwa i luksusu otulających panicza Przyborę było znacznie więcej: powóz i powożący nim stangret Tomasz, dość szybko samochód – odkryty Benz z silnikiem na korbkę i szoferem Lisickim – pokojówka Walerka.

Jeremi: „Ale atrakcją nie mniejszą dla mnie od kucyka, a znacznie przewyższającą atrakcyjność guwernantki, był patefon szafkowy (beztubowy) firmy B. Rudzki i wiele płyt z muzyką taneczną, przeznaczonych dla starszego rodzeństwa i gości. Zwłaszcza w okresie letnim odbywały się bowiem w Miedzyniu rojne zjazdy towarzyskie. Umilały je jazdy konne, tenis, pikniki, pływanie i plażowanie na pięknych plażach pobliskiej Wisły, a wieczorami – tańce do utraty tchu.

Z ojcem, macochą i kierowcą w Wieliczce (30 kwietnia 1924)

Istny potop płytowych szlagierów zaczął się lać do zadziwiająco pojemnej głowiny malca, zapełniając ją różnymi Małymi żigolo, Doloresami, Złotymi panterami, Smutnymi oczami, Szkodatwoichłezdziewczynami, Tangami milonga, Ramonami i tak dalej, i tak dalej. Naukowe zdobycze pierwszych lat edukacji nie bardzo już gdzie się miały pomieścić. Żaden też z klasyków literatury nie zawładnął ani wtedy, ani później takimi połaciami mojej pamięci jak mistrz Andrzej Włast, wieszcz Morskiego Oka, do którego to przybytku podkasanej muzy nie miałem już nigdy dotrzeć”.

Mistrza Własta nie da się wyplenić z pamięci młodziutkiego rymomana jeszcze przez prawie pół wieku; odezwie się w jego telewizyjnej twórczości kabaretowej (patrz rozdział Starsi Panowie).

W majątku Miedzyń Jeremi Przybora spędził aż pięć lat. Do Gimnazjum imienia Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy woziły go „konie i pociąg” („Bydgoszcz i jej okolice należały wtedy do województwa pomorskiego, ze stolicą w Toruniu”). Po dwóch latach „mieszkania” w podbydgoskich internatach z radością powrócił do Warszawy. Ucieszył się: „Miedzyń został sprzedany!”.

W 1929 został przyjęty do trzeciej klasy ewangelickiego gimnazjum imienia Mikołaja Reja; zgodnie z obowiązującym systemem oświaty, miał się w nim uczyć przez sześć lat.

„Naszym polonistą, poczynając od klasy piątej, był pierwszy (wtedy już były) mąż Zofii Nałkowskiej, Leon Rygier. W gimnazjum byłem dobrym polonistą. Pisałem na przykład popisowe wypracowania, za które bardzo chwalił mnie mój profesor. Kazał mi je czytać przed całą klasą”.

W gimnazjum Jeremi Przybora „przeskoczył” Kazimierza Brandysa, „recytując wiersz Bronisławy Ostrowskiej. Do dziś pamiętam początek tego wiersza: «Na długi marmur sypko spływa długi, przerwany pereł sznur...», a potem, na akademii, deklamowałem (jako nagrodę za tamto zwycięstwo) modlitwę Konrada z Wyzwolenia”.

W swoich Memuarach wspominał: „Wraz ze śmiercią ojca w czerwcu 1931 roku, tuż po mojej piątkowo-czwórkowej promocji do siódmej klasy (zdążył się jeszcze nacieszyć tą ostatnią chyba radością w jego życiu), ustała siła sprawcza i właściwie cel mojej edukacji szkolnej. Bo na te dobre stopnie uczyłem się przecież dla niego. A kiedy umarł – to już na coraz gorsze.

Napisałem wtedy dla niego ostatni wiersz. Od paru lat pisałem wiersz na każde jego imieniny (2 września). Sprawiało mu to wielką radość, chociaż taka grafomania powinna go była raczej niepokoić. Miał widać dobre przeczucia – dość szybko wyrosłem z grafomańskich wierszyków. Ten pożegnalny był ostatnim z jemu dedykowanych. Później, już jako dorosły młodzieniec, popełniłem jeszcze trochę podobnych poziomem utworów rymowanych, zresztą dość nielicznych.

Ojciec został pochowany na pięknym, kameralnym cmentarzu obrządku ewangelicko-reformowanego u zbiegu ulic Młynarskiej i Żytniej w zaszczytnym sąsiedztwie Żeromskiego.

Cezura śmierci ojca przedzieliła moje lata szkolne, kładąc ostateczny kres dzieciństwu. Skończyło mi się ono, chociaż nadal pozostałem dzieckiem. Dzieckiem bez dzieciństwa. Dzieckiem, którego nikt nie traktuje jak dziecko, nie wychowuje, nie prowadzi tak, jak to czynił ojciec, może nie zawsze idealnie, ale zawsze ręką zdecydowaną i twardą, sterowaną miękkim, kochającym sercem.

Gdyby [ojciec] nie umarł tak wcześnie, nie dałby mi zejść na dwa lata z drogi mojego humanistycznego powołania, w które tak wierzył, i szukać «praktycznych» sposobów na życie w takich uczelniach, jak Szkoła Nauk Politycznych czy Szkoła Główna Handlowa (!)”.

Rok przed śmiercią Stefana Przybory jego córka Halina wyszła za mąż za porucznika Zygmunta (Zimka) Mianowskiego, który po wyjściu z wojska zatrudnił się na kolei. W 1932 syn Wiesław ożenił się z Sonią Lehmwald.

Po śmierci ojca Halina i Wiesław „zerwali stosunki z macochą”. Ale też (zapamiętał Jeremi) w 1935 „po śmierci Wiesława moja skłócona rodzina solidarnie odwróciła się od Soni”[1].

W 1933 wdowa Jadwiga Przyborzyna ponownie wyszła za mąż.

„Podobno jest w starej polszczyźnie termin na określenie drugiego męża macochy: dziewierz (o ile się nie mylę)”, ale dla Jeremiego inżynier Witold Hryszkiewicz był ojczymem.

Po dwóch latach studiów „politycznych” i „handlowych” młody Przybora zainteresował się anglistyką na Uniwersytecie Warszawskim. „Macocha z niepokojem śledziła moją wędrówkę błędnego studenta po wyższych uczelniach, nieprzynoszącą ciągle upragnionego odnalezienia się w jakimś kierunku”.

To wtedy Jeremi, próbujący również kształcić swój głos, dowiedział się, że ten głos to baryton. „To mi bardzo pochlebiło, bałem się, że mam tenor”.

Latem 1935 zamieszkał przy Noakowskiego (prawdopodobnie pod numerem 16), naprzeciwko Politechniki, w sześciopokojowym mieszkaniu swego ojczyma. Dwa pokoje właściciel podnajął znajomym znajomych, jedna z sublokatorek zaproponowała pasierbowi właściciela „wyjazd do pewnej kresowej rezydencji, żeby tam podjąć edukację dwunastoletniego hrabicza, przybyłego z rodziną z zagranicy, i [od stycznia 1936] przygotowanie go do trzeciej klasy gimnazjalnej”.

To wtedy i tam miał miejsce debiut... dziennikarski Przybory: felieton do wakacyjnej gazetki „Co proszę” w Szczorsach nad Wilią („około trzydziestu kilometrów na wschód od Nowogródka”), gdzie spędził wakacje u siostry swojego dziewierza-ojczyma. „Mój żartobliwy felietonik napisany do tego numeru gazetki okazał się utworem, którego nie wstydziłbym się dzisiaj jako już dojrzalszy nieco humorysta”.

Autor w skrytości myślał o studiach w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej – wszak dobrze, jeszcze w szkole, deklamował, „lepiej od samego Kazia Brandysa, kolegi z sąsiedniej klasy”.

Młodzieniec czy raczej panicz Przybora wchodził w dorosłe życie jak każdy stołeczny inteligent z dobrego domu – poprzez literaturę, kino i muzykę.

LITERATURA

W swoich Memuarach napisał: „Do moich lektur beletrystycznych szczególnie lubianych, poza tymi obowiązkowymi w latach trzydziestych, jak Saga rodu Forsyte’ów i Przeminęło z wiatrem, należeli dwaj dziewiętnastowieczni «sataniści» jakby nieco, francuscy pisarze Villiers de L’lsle-Adam i Barbey d’Aurévilly, chociaż Barbey na przykład był wierzącym katolikiem. Można by rzec – katolikiem diabolicznym. Oczywiście (bo jak by mi inaczej mogli tak dalece przypaść do gustu) obaj mocno nasycali atmosferę swojej prozy transcendentnym, rzekłbym trochę demonicznym erotyzmem. Co w połączeniu z tajemniczością, niesamowitością wręcz tej atmosfery odcisnęło chyba jakieś piętno na mojej niepoważnej skądinąd wyobraźni, więc i zapewne w niepoważny sposób. Mérimée, Maupassant i Louÿs, autor głośnej powieści La femme et le patin, dopełniali moich literackich fascynacji. Ten ostatni wsławił się głośnym skandalem. Wydał tomik wierszy rzekomej poetki z kręgu Safony z Lesbos pod tytułem Pieśni Bilitis. Na tę znakomitą fikcję nabrali się co najświetniejsi krytycy.

Fundamentalne dzieło Bertranda Russella Wiek XIX przeczytałem z zapartym tchem, co przypisać należy lekkości pióra tego wielkiego myśliciela. Zaczął mnie też on zbroić i uodparniać na ewentualne zakusy doktryny, której zresztą nie znałem – marksizmu. Ale wybuch wojny przerwał ten pożyteczny proces”.

KINO

Dzięki swemu ojcu obejrzał Gorączkę złota Chaplina, Śpiewającego błazna z Alem Jolsonem, Paradę miłości – „pierwszą chyba u nas filmową komedię muzyczną z Jeanette MacDonald i Maurice’em Chevalierem”.

MUZYKA

„Mama śpiewała a cappella. Kiedy natomiast siadała do fortepianu, milkła i grała Szopena. Z biegiem lat moją edukację wokalną przejęła mimo woli moja dorastająca (również – jako pianistka) siostra. Tyle że jej repertuar obejmował, obok Szopena, również Liszta, Beethovena, Mozarta, Griega, a także album Pieśni i romanse na głos z fortepianem. Śpiewała je, sama sobie akompaniując, a ja przysłuchiwałem się jej i wzbogacałem swój repertuar.

Trzecim pianistą domowym był mój dorosły już brat, który się śpiewem nie parał, natomiast z zapamiętaniem grywał różne one-stepy, shimmy, black bottomy, fokstroty, jak również ragtime’y”.

MUZYKA ROZRYWKOWA

Dorosły Jeremi uważał się za bywalca Bandy, a po niej Małego Qui Pro Quo i Cyrulika Warszawskiego.

„Po powrocie do Warszawy ze Szczors moje zainteresowanie piosenką nie słabło, a obcowanie z literaturą wyższego lotu przysparzało kryteriów, dzięki którym mogłem już oceniać walory tekstu piosenkowego. Nadszedł czas pogardy dla Własta, a podziwu dla Hemara, Tuwima, później – Schlechtera i Jurandota. Moją ulubioną śpiewającą aktorką była wtedy Maria Modzelewska. Ale do pisania piosenek było mi jeszcze daleko”.

Przybora lubił piosenkę francuską, przede wszystkim jej teksty i interpretacje „takich ówczesnych gwiazd Paryża, jak Boyer, Chevalier, Mireille, Trenet, Sablon, Pills i Tabet...”. Ale również, dzięki płytom gramofonowym, jeszcze przez ojca kupowanym w niemałych ilościach, poznał, pokochał i zapamiętał na zawsze przeboje Gershwina, Warrena, Ellingtona, Portera, Berlina.

Maria Wasowska: „Kiedy Jeremi przychodził do nas na Wilczą, obaj panowie wspominali czasami, każdy swoje, dzieciństwo, ale o muzyce rozmawiali, jakby się wychowali w jednym miejscu. A gdy przychodziło do «analizy» ówczesnych przebojów – ha! przyjemnie było słuchać. Obydwaj «byli młodzieńcy» prześcigali się w tytułach, nazwiskach, fragmentach tekstów, nucili i gwizdali, co zapamiętali, a pamiętali? Chyba wszystko, naprawdę.

«Bonjour! To ja! Mnie pół Warszawy zna! Kto żyw pięć lat, jest ze mną za pan brat!» – intonował Jeremi, na co Jurek:

– To był charleston, pamiętam. Ale Panny Mani nic nie przebije!

I śpiewał «Panna Mania cudnie gra na mandolinie, pachną kwiatki, nucą ptaszki, strumyk płynie», z obowiązkowym «Udi-bidi-bindja, udi-bidi-bindja, udi-bidi-bim».

Na co Jeremi, świadom swego arystokratycznego wychowania, elegancko puentował:

– Twoja Mania jest za młoda, żeby takie bzdury pamiętać”.

Był więc oczytany, opatrzony i osłuchany. Czy otańczony również?

Xymena Zaniewska: „I to jak! Obaj moi mężowie, Rysiek i Mariusz, ja oczywiście też, bardzo lubiliśmy tańczyć. Ale między  l u b i ć  a  u m i e ć  różnica ogromna, co nam uświadomił – i to gdzie! w naszym domu na Mokotowie – właśnie Jeremi. Jak on wywijał, jak on się ruszał, jak on prowadził w tańcu! Mnie wpędził w kompleksy, ale wszystkie moje przyjaciółki za nim szalały”.

Czy młody, elegancki, niebiedny, więc atrakcyjny dżentelmen za czymś szczególnym tęsknił? Owszem. Za amerykańskim aktorem filmowym Humphreyem Bogartem, ale przede wszystkim za... jego płaszczem.

„A miewał on go (ten płaszcz) na sobie zawsze już nieco znoszony, przepasany paskiem, którego nigdy już nie przewlekał przez klamerkę, wiążąc go niedbale w węzeł z całkowitym tej klamerki lekceważeniem. Nie miał po prostu czasu na mozolne przetykanie, przewlekanie paska przez cokolwiek w pogoni za złoczyńcą czy zdążając ku objęciom podłużnookiej Lauren Bacall.

Ale zostawmy Bogarta, którego bardzo lubiłem, ale nie był to mój ekranowy idol, i wróćmy do jego płaszcza, bo to był mój idol konfekcyjny w zakresie zwierzchniej odzieży męskiej. Czasy były przedwojenne, więc moje marzenie byłoby w sprzyjających okolicznościach łatwe do zrealizowania. Wystarczyłoby wejść po prostu do sklepu Old England na Krakowskim Przedmieściu (kordegarda pałacu, w którym mieści się dziś ASP) i tam dać temu marzeniu wraz z odpowiednią ilością gotówki upust. Zanim by to nastąpiło, musiałbym jednak, jeżeli już nie wzbogacić się, to przynajmniej – uzamożnić. A to uzamożnienie się moje jako młodzieńca miało dopiero nastąpić, a jak już nastąpiło, to jakoś wyjątkowo pechowo zbiegło mi się niemal z wybuchem II wojny światowej. Już zdążyłem się przeprowadzić do eleganckiej garsoniery, sprawić sobie smoking, frak, kapelusz panama i właśnie zaraz po panamie (lato trzydziestego dziewiątego) i dosłownie tuż-tuż przed płaszczem burberry – buch! Wojna!”.

Przystojny, elokwentny, inteligentny, z dobrego domu... Same przymioty. Dziś wzbudzające zachwyt tak zwanego towarzystwa (wtedy również tak zwanego mondu) oraz – ważne! – tak zwanej płci przeciwnej.

Taki właśnie, już dwudziestoczteroletni, Jeremi Przybora świat kawalerów starał się zostawić wreszcie za sobą, chociaż raczej mało energicznie. Zmienił mu go, jako dobrze zarabiającemu reprezentantowi, hm, hm, mediów (od 1937 pracował w Polskim Radiu), rówieśnik Julian Krzyżewski, nowy inspektor warszawskiej rozgłośni: przystojny miłośnik Norwida, „niezwykle żywego usposobienia i pełen radości życia”, co ważne – i co Przyborze nadzwyczaj imponowało – „ze skłonnością do hulaszczego trybu życia”. On to swego arystokratycznego przyjaciela wprowadził w nieznany mu do tej pory underground życia towarzyskiego: najpierw do niedalekiej knajpy Pod Kogutem („w podziemiach bardzo eleganckiego domu przy ulicy Jasnej”), a potem do... burdelu przy Towarowej („ulicy najelegantszej w tej branży”).

Ten sam Julek Krzyżewski żegnał Jeremiego Przyborę „z balkonu pierwszego piętra, na którym mieściło się studio oraz pokój inspektorów”, kiedy ten szedł na wojnę.

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku.

Radio
Boże, jaki on miał cudowny głos!I jak pięknie zapowiadał w językach obcych.

JOANNA PORASKA

Za dzień narodzin radia w Polsce uważa się 1 lutego 1925, kiedy inżynier Roman Rudniewski wygłosił do mikrofonu słowa: „Tu Próbna Stacja Radionadawcza Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, fala trzysta osiemdziesiąt pięć metrów”. Mikrofon zainstalowano w studiu przy Narbutta 29 w Warszawie, pierwszy spiker był dyrektorem spółki akcyjnej PTR, za pośrednictwem prymitywnych radioodbiorników usłyszało go co najwyżej kilkaset osób. Dziesięć dni później Próbna Stacja PTR rozpoczęła codzienne nadawanie komunikatów meteorologicznych oraz wiadomości; 3 maja transmitowała dwugodzinny Wielki koncert galowy, z udziałem między innymi Hanki Ordonówny i Fryderyka Járosy’ego. Latem stacja zamilkła, ale regularną działalność wznowiła 26 listopada, trzy dni później nadała „widowisko słuchowe” Warszawianka, 24 stycznia 1926 pierwszą Skrzynkę odpowiedzi, czyli audycję kontaktową ze słuchaczami, potem były odczyty, czytanie w odcinkach powieści Wierna rzeka Stefana Żeromskiego, recytacje (tak zadebiutował 12 lutego Tadeusz Bocheński, późniejszy legendarny spiker Polskiego Radia) oraz audycje dla dzieci – aż do 14 marca; tego dnia okres prób się zakończył.

18 kwietnia 1926 została oddana do użytku Rozgłośnia Polskiego Radia w Warszawie: ze studia przy Kredytowej 1, w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, Janina Sztompkówna poinformowała Polaków, że radio nadaje na fali 480 metrów. Rozgłośnia emitowała swój coraz ciekawszy program przez sześć godzin dziennie, od piątej po południu; jej sygnałem były pierwsze takty Poloneza A-dur Fryderyka Chopina.

W 1927 (od 17 do 20 lutego) transmitowano przebieg Międzynarodowych Zawodów Sportowych w Zakopanem ze stanowiska na stadionie pod Krokwią: do miejscowego urzędu pocztowego drogą napowietrzną, do Warszawy kablem. Pierwszą sprawozdawczynią była Ada Arztówna.

17 kwietnia tamtego roku z katedry w Poznaniu po raz pierwszy transmitowano mszę świętą.

12 maja 1928 radio transmitowało ze stołecznego teatrzyku Morskie Oko rewię Publiczność ma głos, po której tygodnik „Radio” napisał: „Najlepszym dowodem doskonałości nadawanego programu jest to, że gdy podczas przerwy przy akompaniamencie orkiestry wyświetlono na ekranie słowa piosenki Mary Lou, publiczność... śpiewała”.

Trzystutysięcznego abonenta odnotowano 3 stycznia 1932, w styczniu 1938 – dziewięćsettysięcznego, milionowego rok później.

Na początku lat trzydziestych dwulampowy radioodbiornik Philips kosztował majątek – 160 złotych; w 1939 za 119,16 złotych można było zbudować podobny radioaparat samodzielnie.

9 lutego 1936 z kawiarni hotelu Bristol w Warszawie transmitowano pierwszą audycję z cyklu Podwieczorek przy mikrofonie. Wystąpili Mała Orkiestra Radiowa oraz znani piosenkarze, satyrycy i recytatorzy, program prowadzili spikerzy Polskiego Radia – Joanna Poraska, Tadeusz Bocheński i Józef Opieński. Historyk radia Maciej Józef Kwiatkowski: „Ta impreza estradowa zrobiła niezwykłą karierę na antenie”.

Miejsce było stałe: Sala Malinowa hotelu Bristol. Inicjator: Michał Jaworski, kierownik redakcji muzyki rozrywkowej Polskiego Radia. Wykonawcy: najpopularniejsi – artyści operowi i operetkowi, kabaretowi i estradowi. Przed wojną między innymi Stefcia Górska i Tadeusz Olsza. Stałym uczestnikiem tych koncertów-audycji był popularny piosenkarz Adam Aston.

11 czerwca 1936 nadano pierwszą audycję umuzykalniającą Cała Polska śpiewa. „ABC” pisał: „Dużo można skorzystać z tych kwadransów śpiewu, którymi dyryguje prof. Rutkowski. Czyni to bowiem w sposób tak prosty i ze znawstwem, i umiłowaniem sprawy, umie nawiązać kontakt ze słuchaczami w sposób tak niewymuszony i tak umiejętnie dobiera repertuar z ciekawych a mniej na ogół znanych melodii, że audycje te z pewnością zdobywają rosnącą popularność”. Teksty piosenek drukował tygodnik „Antena”.

Od 1 marca 1937 nadawała lokalna Warszawa II (początkowo przez pięć godzin dziennie, w 1939 przez dziesięć). Historycy Polskiego Radia odnotowali, że „w związku z oddaniem nowego nadajnika [w Forcie Mokotowskim] rozbudowano rozgłośnię przy ulicy Zielnej, powiększając ilość studiów z pięciu do ośmiu i budując drugą amplifikatornię”.

Warszawa II zajmowała się sprawami Warszawy i Mazowsza. „Swój program rozpoczynała w dni powszednie o czternastej muzyką obiadową i kończyła o północy również muzyką, przeplatając spore bloki muzyczne niewielkimi wstawkami słownymi, poświęconymi życiu stolicy, a także skeczami, felietonami, rozmowami a nawet słuchowiskami” – przypomniał Maciej Józef Kwiatkowski w swojej książce To już historia. Specjalnością rozgłośni szybko stały się spektakle Eksperymentalnego Teatru Wyobraźni.

W tym właśnie Radiu – i w  t a k i m  Polskim Radiu – podjął pracę Jeremi Przybora.

W swoich Memuarach napisał: „Z początkiem 1937 roku Radio ogłosiło konkurs na spikera. Nie odniosłem spektakularnego sukcesu, ale źle chyba też nie wypadłem, bo kiedy potem ktoś ze zwycięzców eliminacji konkursu zrezygnował, a ktoś inny się nie nadał, nagle po kilku tygodniach, gdy już dawno pogodziłem się z myślą, że spikera ze mnie nie będzie, zadzwonił telefon z Radia. Szef tak zwanej emisji, pan Henryk Conte, zaproponował mi ponowną próbę głosu w studiu na Zielnej, już bez konkursowej otoczki. Próba wypadła dobrze i zostałem zaangażowany [w maju – przyp. D.M.] na okres próbny w charakterze radiowego centaura: pół konia (urzędnika), a pół człowieka (spikera) z pensją, która mnie oszołomiła – trzystu kilkudziesięciu złotych! Natychmiast też, czyli od maja, zacząłem codziennie rozpoczynać pracę na ulicy Zielnej o dziewiątej rano, by do dwunastej zajmować się przenudnymi zestawieniami dla ZAiKS-u, a od dwunastej przygotowywać się do dyżuru spikerskiego na świeżo uruchomionej Warszawie II, który zaczynał się o trzynastej. O szesnastej, czyli – jak się wtedy mawiało – czwartej po południu, zdawałem dyżur swojemu zmiennikowi i byłem wolny”.

Warszawa II (Mokotów) nadawała swój skromny program muzyczny w dwóch pasmach: południowym (w dni powszednie) i wieczornym (codziennie). Od godziny 13.10 do 14.30 prezentowała muzykę poważną z płyt (na przykład dorobek kompozytora Aleksandra Głazunowa, Hiszpańskie motywy w muzyce francuskiej, operę, Duety instrumentalne i wokalne, Słynne orkiestry dęte); od 14.35 do 15.30 muzykę rozrywkową z płyt.

Pasmo od 23.05 do północy zawierało wyłącznie muzykę rozrywkową i było bardziej urozmaicone: obok nowości płytowych można tam było usłyszeć „na żywo” Małą Orkiestrę Polskiego Radia pod dyrekcją Zdzisława Górzyńskiego i jej solistów (Irenę Kozłowską, Czwórkę Radiową, Siostry Burskie), a także transmisje „z dansingu Café-Club w Warszawie”.

Przybora dość szybko awansował na pełny etat spikera z pensją ponad czterystu złotych, co dla młodego człowieka „było fortuną”. „A jednocześnie dostawałem te pieniądze za zajęcie, które sprawiało mi wielką przyjemność, tak wielką, że w innym układzie, gdyby Polskie Radio było biedne, a ja bogaty, to ja powinienem był za nią zapłacić”.

Radio dobrze płaciło, bo było zamożne. W ogóle media elektroniczne (jak dzisiaj je nazywamy) w przedwojennej Polsce rozwijały się w tempie ekspresowym. Już wtedy zaczęto eksperymentować z telewizją i to na skalę przemysłową. W Tygodniu Dziesięciolecia Polskiego Radia, 18 kwietnia 1936 w okolicznościowej szopce jej autorzy kazali postaci naśladującej dyrektora w ministerstwie poczt i telegrafów Romana Starzyńskiego zaśpiewać tak:

Mam pomysły znakomite,

Wiedzą, com ja zacz.

Telewizję zrobię szybko,

Wnet ujrzycie mnie za szybką:

Blondyn – chłop za dwóch.

10 września 1937 polska telewizja zaanektowała dwa ostatnie piętra oraz dach warszawskiego drapacza chmur, czyli budynku Towarzystwa Ubezpieczeniowego Prudential przy placu Napoleona (obecnie plac Powstańców Warszawy, w budynku ulokował się hotel Warszawa). Na piętnastym piętrze rozpoczęto instalację studia i reżyserki, nad nim najpierw nadajników fonicznych, potem nadajników wizyjnych, na dachu zamocowano dwudziestosiedmiometrową antenę nadawczą.

„Odbiór emitowanych programów – powtarzam za tygodnikiem «Radio i Telewizja» – odbywał się za pomocą dwóch aparatów polskiej konstrukcji, zainstalowanych w gmachu Państwowego Instytutu Telekomunikacji. Dalsze odbiorniki wykonane w kraju lub sprowadzone z Anglii znajdowały się w różnych punktach miasta, gdzie przeprowadzono kontrolne pomiary odbioru”.

5 października 1938 dokonano pierwszych prób emisji i odbioru obrazu telewizyjnego: na dwóch aparatach oglądano dramat filmowy Barbara Radziwiłłówna. Nadano też – ale wyłącznie „w celu dokonania pomiarów” – krótki występ Mieczysława Fogga.

Przybora: „Zatwierdzony był już projekt budowy wielkiego centrum radiowego, a w przyszłości i telewizyjnego, u zbiegu placu Unii [Lubelskiej] i Puławskiej. Część radiowa miała być uruchomiona za kilka lat, ale pamiętam także zebranie na temat nadchodzącej teleery, na którym prelegent, patrząc na mnie, powiedział: «O, taki krawat, jaki ma pan Przybora, jest bardzo telewizyjny»”.

To wtedy Przybora zamieszkał pod kolejnym z wielu w swoim życiu adresów, w pokoju „u pewnej pani doktorowej przy alei 3 Maja”. Wyższy standard, więc również odpowiednia elegancja. „Płaciłem krawcowi, który dawniej ubierał mojego eleganckiego brata, pięćdziesiąt złotych miesięcznie [równowartość ówczesnych dziesięciu dolarów amerykańskich – przyp. D.M.], a on mi szył wszystko, co mi kolejno było potrzebne – od garniturów po frak, w którym zresztą przetańczyłem jeden tylko karnawał – ten z 1938 na 1939 rok”.

Oczywiste więc, że: „smacznie i zdrowo jadałem (obiady domowe u pani Żochowskiej po 1 złoty 20 groszy za obiad z deserem, a w niedzielę kurczaki z mizerią)”.

Na jedno tylko nie mógł wtedy się zdobyć: wymarzony płaszcz burberry – taki, w jakim w swoich filmach paradował Humphrey Bogart.

W Memuarach napisał: „Praca w Radiu nie wykluczała kontynuowania moich studiów. Przeciwnie, wydawało mi się, że mogę jedno z drugim znakomicie pogodzić, a studiując anglistykę, chciałem gruntownie opanować angielski, co miało być dla mnie również dodatkowym źródłem dochodów w zapowiadanych po angielsku, dodatkowo płatnych, programach dla amerykańskiej Polonii”.

Maciej Józef Kwiatkowski: „Rozbudowa programów na zagranicę wymagała zwiększenia kadry autorów, wykonawców i spikerów. [Więc] pracowali spikerzy dochodzący: Bolesław Kielski i Jeremi Przybora, którzy przed mikrofonami krótkofalówek rozpoczynali swą późniejszą wieloletnią karierę radiową”.

Ówcześni koledzy (i koleżanka) spikera Jeremiego Przybory? Tadeusz Bocheński („pięknogłosy, bożyszcze słuchaczek”), Zbigniew Świętochowski („bratanek pisarza, mój radiowy pedagog”), Józef Opieński („piękny bas wśród barytonów, także konferansjer publicznych Podwieczorków przy mikrofonie”), Karol Pieńkowski („poliglota z ostatniego konkursu”) oraz Joanna Poraska („aktorka, która zrezygnowała z aktorstwa”).

„Przypadek sprawił, że panią Poraską poznałem w późnych latach sześćdziesiątych, za sprawą jej perfekcyjnej znajomości języka francuskiego: miałem odebrać jej autorstwa tekst piosenki dla Grupy No To Co. Czekając na ostatnie poprawki, usłyszałem grzecznościowe:

– Pan z radia, więc na pewno pan zna Przyborę?

Grzecznościowo przytaknąłem.

– A wie pan, że on był spikerem w radiu? Tym przedwojennym? Boże, jaki on miał cudowny głos! I jak pięknie zapowiadał w językach obcych”.

W 1937 Jeremi Stanisław Przybora mieszkał w Warszawie, w domu przy Noakowskiego, później przy alei 3 Maja. Matka, siostra i szwagier mieszkali przy Targowej, w jednym z gmachów Dyrekcji Kolei.

W tym samym roku macocha Jeremiego i jej mąż kupili domek na Sadybie. Przybora: „Nie wiedziałem, tak jak i oni, że będzie to moja okupacyjna siedziba”.

Mery
Jeśli ktoś na nią nie zwrócił uwagi – był jej dośmiertnym wrogiem. Jeśli nie śmiał się z jej dowcipów – uchodził w jej oczach za prostaka. Jeśli nie komplementował jej na każdym kroku – kwalifikował się do towarzyskich prymitywów.Innej gwiazdy być nie mogło – tylko ona.

KAZIMIERZ WINKLER

W 1939, kiedy wydawało się, że to, co było do tej pory, będzie trwać wiecznie – ślub młodszego od swej pięknej żony aż o pięć lat przystojniaka nie był żadną sensacją. Ówczesny show-business był świadkiem zaskoczeń dużo głośniejszych. A Jeremi Przybora do świat(k)a rozrywki jeszcze nie pretendował.

Półtora miesiąca po wybuchu wojny, 15 października w soborze metropolitalnym Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny w Warszawie przy ulicy Zygmuntowskiej na Pradze (adres współczesny: aleja Solidarności 52) pojął za żonę Marię Burską. Dla niego – Mery.

„Wprawdzie znaczna część świątyni była uszkodzona w czasie działań wojennych, ale w podziemnej kaplicy było aż nadto miejsca, by zmieścili się tak szczupli, jak my, oblubieńcy i ich skromny orszak. Uroczystość pociągała mnie swoją egzotyką i spełniła moje oczekiwania w tym względzie, kiedy świadkowie nasi, mój szwagier Zimek (powrócił z siostrą z tułaczki już w pierwszych dniach października) i Staszek Sulikowski trzymali korony nad głowami Mery i moją, a diak swoim głębinowym basem śpiewał Żena budiet bojatsja swojewo muża”.

Anna Radziukiewicz (w „Przeglądzie Prawosławnym”): „Poznali się w radiowym studiu. Maria miała wystąpić w trio Siostry Burskie. Jeremi miał trio zapowiedzieć. To wtedy miał wskazać Jeremi na Marię, którą ujrzał po raz pierwszy:

– To będzie moja żona”.

Kiedy to mogło być? Prawdopodobnie w niedzielę 18 kwietnia 1937, późnym wieczorem.

Xymena Zaniewska, kiedy bodaj pół wieku później Przybora opowiedział jej o tym, jak wybrał sobie przyszłą żonę, zapytała: Co ona na to? Usłyszała: „A co miała zrobić? Kiwnęła głową, że tak. Za minutę reżyser w amplifikatorni miał włączyć mikrofon, Mery z siostrami miały zaśpiewać, a ja je zapowiedzieć. Nie było chwili na wahanie, wszystko wtedy szło na żywo”.

Jaka była najładniejsza z sióstr Burskich?

W drugim tomie swoich Memuarów Jeremi opisał narzeczoną jednym zdaniem: „Bardzo rosyjska w sposobie bycia i w akcencie. Jej sposób bycia zresztą – bardzo wylewny, emocjonalny i nieraz do bólu bezpośredni, więc też i dość egzotyczny – jednał jej sympatię”.

Maria (czyli Marusia, czyli Masza, czyli Mery) była córką Polaka Andrzeja Burskiego herbu Jasieńczyk i Rosjanki Teodozji z domu Czurbanowej. Urodziła się 8 sierpnia 1910 w Taszkiencie. Dziesięć lat później, razem z rodzicami i dwiema siostrami, przyjechała do Polski.

W Warszawie Maria Burska uczęszczała do Collegium Musicum, uczyła się muzyki oraz śpiewu u skrzypka i pedagoga Grzegorza Orłowa (tenora lirycznego; ojca Romana, czyli wujka Wojciecha Młynarskiego). Pobierała też lekcje aktorstwa u Leona Schillera.

W 1939 najbliższa rodzina Jeremiego Przybory powiększyła się nie tylko o żonę – również o teścia Andrzeja Burskiego oraz dwie szwagierki Halinę i Zofię.

Niespełna cztery lata później Przyborów było już troje: Jeremi, Maria i Marta.

Marta Przybora: „Ojciec Mery był lekarzem i rewolucjonistą. Swoją przyszłą żonę, córkę carskiego generała, poznał na zesłaniu w Taszkiencie”.

Siostry Burskie (Maria, Halina i Zofia) były po babce najprawdziwszymi tatarskimi księżniczkami. Jako tercet wokalny debiutowały w 1935 w warszawskiej Bandzie. Później śpiewały w Teatrze Letnim, w Wielkiej Rewii i Cyruliku Warszawskim, także w efemerydach kabaretowych (Szczęśliwy Pech). W 1936 wystąpiły w komedii filmowej Mały marynarz (absolutny banał, za to w doborowej obsadzie: Bogda, Brodniewicz, Conti, Fertner, Grossówna, Orwid, Żabczyński).

Recenzenci ich występów zawsze podkreślali „świetnie zestrojone głosy wyjątkowo urodziwych śpiewaczek”. Jednak nieliczne nagrania płytowe nie wystawiają Siostrom Burskim zbyt wysokiego świadectwa. Przebój wylansowały co najwyżej jeden: w 1938 Kres miłości, rzewne tango Zygmunta Wiehlera, z „włastowym” tekstem Ludwika Szmaragda.

Gdy przyjdzie noc, ty jesteś przy mnie blisko,

Gdy pełen drżeń zdobywasz ciało me.

Tą miłość cenię i mam wrażenie,

Że nigdy już nie rozstaniemy się.

Lecz za to w dzień na trzeźwo biorę wszystko

I wtedy wiem, że wszystko ma swój kres.

Po co się łudzić? Uczucia budzić?

Kochajmy się bez przysiąg i bez łez.

Nadejdzie kiedyś kres miłości,

Kres naszych marzeń i cudnych wrażeń.

Nadejdzie kiedyś kres miłości,

Przeminie szczęście, przeminie szał.

Ktoś kogoś rzuci bez litości,

Ktoś będzie płakał, ktoś będzie drżał.

Wiem, że nadejdzie kiedyś kres miłości,

Więc żyjmy tym, co los nam dał!

„Ach, jakże byłyśmy różne! We wszystkim – w urodzie, głosach, charakterach. I robiłyśmy przed wojną oszałamiającą karierę. Śpiewałyśmy na najlepszych scenach, przed najbardziej wymagającą publicznością, a w każdą niedzielę, razem z mamą, w soborze na chórze. Jakież wysokie tony potrafiłam brać [wtedy] bez najmniejszego trudu!”.

W czasie wojny Siostry Burskie występowały w warszawskich kawiarniach.

„Akompaniatorką wokalnego tercetu była Żydówka imieniem Anka. Kiedy Niemcy zaczęli przesiedlać Żydów z całej Warszawy do getta, trzy siostry zaczęły usilnie namawiać Ankę, żeby została poza jego granicami. Wiktor, brat Mery, podjął się dostarczenia ich przyjaciółce «aryjskich» papierów, a jej zdecydowanie słowiańskie rysy twarzy wróżyły powodzenie temu przedsięwzięciu. Jednak brat Anki, który miał na nią duży wpływ, stanowczo sprzeciwił się temu pomysłowi. Strasznie to brzmi teraz, ale wtedy nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, jaki los szykują Niemcy więźniom getta. Anka usłuchała swego brata”.

Magdalena Samozwaniec, Jan i Justyna Kreczmarowie, Jeremi Przybora, Wanda Padwa, Maria Burska-Przyborzyna, Kazimierz Winkler (w Ustce, 1949)

Śpiewające siostry działały do 1945. W czasie powstania warszawskiego Maria-Mery Burska-Przyborzyna straciła głos i to był koniec rodzinnego zespołu. Pewnie dlatego wiara w Boga stała się dla niej najważniejsza.

„Wiedziałam, że umrę. W świeżej pamięci miałam długie umieranie mamy. Można powiedzieć, że odchodziła przez osiem lat – tyle czasu wycieńczała ją choroba, rak jelit – aż zmarła śmiercią głodową. Miała pięćdziesiąt kilka lat”.

Kazimierz Winkler, bardzo zdolny autor bardzo udanych tekstów bardzo popularnych polskich przebojów, skomentował na moją prośbę (w 2008) powyższe zdjęcie z właściwym sobie humorem:

„Tamten pobyt w domu wypoczynkowym artystów różnorakiej maści będę pamiętać do końca życia. Bo tak: wielki aktor z żoną jako świadkowie tysięcy gorących sytuacji, co chwilę powstrzymujący się od śmiechu, a zwłaszcza od komentarzy; bardzo popularna, bardzo inteligenta i bardzo złośliwa pisarka, co chwilę narażająca się Głównej Gwieździe; działaczka kulturalna z pretensjami do wszystkich i o wszystko; ja, jak to ja – trochę z boku. No i to zdumiewające małżeństwo, które przez dwa tygodnie wspólnego pobytu w Ustce grało przez cały czas swoje przedstawienie. Przybora – bardziej arystokratyczny niż arystokrata sceny Kreczmar oraz hałaśliwa żona Jeremiego.

Jeśli ktoś na nią nie zwrócił uwagi – był jej dośmiertnym wrogiem. Jeśli nie śmiał się z jej dowcipów – uchodził w jej oczach za prostaka. Jeśli jej nie komplementował na każdym kroku – kwalifikował się do towarzyskich prymitywów. Innej gwiazdy być nie mogło – tylko ona: Marysia Burska.

Przez dwa tygodnie obserwowałem Przyborę i wiele od niego się wtedy nauczyłem jako mężczyzna”.

Marta, córka Jeremiego: „Ojciec raczej chłodny, z angielską flegmą. Uroczy egoista z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do świata. Mery, piękna ekstrawertyczka, stanowiła jego przeciwieństwo. Mery była śliczna, utalentowana i pełna temperamentu. Słynęła też z niekonwencjonalnych zachowań. Kiedy odkryła, że mąż ma romans z koleżanką z pracy (niewinny i bez konsekwencji), dzieliła się swoim bólem z całym światem:

– Hala nie wierzy, że mnie zdradziłeś, Jeromiuszka! Opowiedzże jej, jak to było! Może tobie, na miłość boską, uwierzy!”.

Prawdziwym dramatem żony Jeremiego była utrata głosu.

„Leżałam w szpitalu po zabiegu. I wtedy śni mi się. Nie, nie śni: widzę Chrystusa. Chrystus pochyla się nade mną. A ja słyszę: «Będziesz żyła. Będziesz wszystkich kochała. I ciebie wszyscy będą kochali. Nikt nie zabierze twojej urody ani pamięci. Ale będziesz cierpiała».

A ja łkałam i krzyczałam na całą szpitalną salę: «Chrystus mi powiedział, że będę żyła i wszystkich kochała...».

Najpierw profesorowie, którzy mnie operowali, podśmiewali się ze mnie. Nie wierzyli, że będę żyć. A ja żyłam”.

Anna Radziukiewicz, której dawna artystka to opowiedziała (w „Przeglądzie Prawosławnym”, w styczniu 2009): „Właśnie wtedy odszedł od pani Maszy Jeremi Przybora. Razem pozostawali kilkanaście lat. Pani Maria uczyła się wtedy żyć bez męża i scenicznego głosu. Dziś mówi:

– Ponad pięćdziesiąt lat żyłam w celibacie. Jestem zdrowa psychicznie. Nie mam żadnych pragnień. Wszystkie pragnienia wydawały mi się nawet śmieszne.

Media o niej nie zapomniały. Tyle że nazywały ją społecznicą, nie artystką. Organizowała koncerty, spotkania, bale”.

Rzeczywiście: od 1956 prowadziła Klub Kobiet Stolicy, cztery lata później Klub Trudnej Młodzieży, od 1965 przez siedem lat Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, od 1972 Klub Poetek. W działalności społecznej była niezmordowana.

Tula Popławska-Muniakowa: „Była bardzo zgrabna, o czym dobrze wiedziała. Kiedyś, chyba w końcu lat sześćdziesiątych, byłyśmy na spacerze. Szłyśmy Nowym Światem – i zgadało się o przedwojennych teatrzykach, rewiach i kabaretach, o dawnych gwiazdach, o urodzie tamtych kobiet. Ja je chwaliłam, Masza coraz bardziej się krzywiła. W pewnym momencie nie wytrzymała, zadarła wysoko spódnicę i wykrzyknęła z dumą:

– O! To jest noga! To jest gicz! A tamte?! Eee!

Właśnie przechodziłyśmy na drugą stronę ulicy. Ruch w mieście na chwilę zamarł”.

Anna, wnuczka Jeremiego i Mery (w 2019): „Przez kilka lat mieszkałyśmy razem z babcią, bo ona jedyna interesowała się naszym losem: postanowiła swoje mieszkanie [przy Zielnej] zamienić na większe, przez pięć lat mieszkaliśmy przy Hożej. Widziałam, co się działo, więc uparcie, wciąż i wciąż, usiłowałam scalać naszą rodzinę, łączyć to, co się nieuchronnie rozpadało. We wszystkie możliwe święta organizowałam spotkania, rodzinne obiady, zapraszałam na nie dziadka z Alicją [Wirth] oraz babcię i Kota, była mama, były moje dzieci, mój mąż i ja, niby cała rodzina – ale to nie miało sensu. Dzisiaj wiem, że miałam wtedy strasznie idealistyczne wyobrażenie: że wszyscy znowu razem, wszyscy ze sobą – nawet jeśli wcześniej tak nie było.

Babcia też miała takie zapędy. Wiedziała, że dziadek miał dziwne relacje ze swoją matką. Opowiadała mi, że jego ojciec ją zostawił, związał się z inną, miał do mojej prababci może nie pogardliwe, ale dość lekceważące podejście. I dziadek Jeremi to zachowanie po swoim ojcu jakby przejął. Babcia ciągle go namawiała, żeby swoje relacje ze swoją mamą uporządkował. Uważała, że trzeba wybaczać. Wszystkim.

Ja też tak próbowałam...”.

Konstanty (Kot), syn Jeremiego (w 2019): „Kiedy Mery przeprowadziła się do Skolimowa, widywałem się tam z nią od czasu do czasu. Aż do jej śmierci.

Spotkania z nią zawsze były przeżyciem, co dopiero dla małego chłopca! Była księżniczką tatarską. Trochę dziwna, trochę szalona, pełna energii – nawet w tak zaawansowanym wieku jeszcze potężnej, zagarniającej wszystko i wszystkich wokół niej. W Skolimowie nazywano ją Królową i ona taka rzeczywiście była.

Jej stosunek do mnie? Bez zarzutu. Lubiła mnie, zawsze powtarzała, że mnie «kuocha». O mojej Mamie, mimo że przecież ta była jedną (nie jedyną) z bezpośrednich jej następczyń, nigdy nie mówiła przy mnie źle. Do Alicji, która pojawiła się w życiu Taty kilkadziesiąt lat później, nie czuła sympatii.

Gdyby Mery była szamanką, byłaby potężna, może nawet i groźna. W jej rodzinie jej niezwykła energia cały czas chyba gdzieś istnieje”.

Magda Umer: „Maruszka była barwną postacią, ale, jak wszystkie partnerki Jeremiego, podejrzewała, że on ciągle romansuje. Uważała nawet, że i ja mam z nim romans. Tłumaczyłam, że nie, ale na próżno”.

Żeńskie chórki, tak zwane rewelerki, w polskiej rozrywce były nieliczne. Od 1928 w Warszawie występowały i nagrywały Siostry Halama, które trochę przypominały amerykańskie Keller Sisters i „naśladowały wiernie sławne Dolly Sisters”. W 1931 w pierwszym programie Bandy Stefcia Górska razem z Janiną Godlewską i Zofią Terné stworzyła tercet Danice, zabawną „muzyczną alternatywę” Chóru Dana. Ale to na Siostrach Burskich wzorowały swoje brzmienie i styl czeskie Allanovy Sestry, które w 1939 zadebiutowały w jednym z praskich lokali jako Máňa, Minka a Marta, po nagraniu pierwszej płyty przeobraziły się w Tři Pražská Děvčátka, żeby zdobyć sławę jako Siostry Allana.

Paradoksalnie: kiedy po wojnie kariery robiły katowickie Nastroje, krakowskie Siostry Do-Re-Mi oraz Siostry Triola – wszystkie próbowały naśladować swoje czeskie koleżanki, nie przyznając się do jakiegokolwiek pokrewieństwa artystycznego z Siostrami Burskimi.

Maria–Mery–Masza–Marusia zmarła 26 marca 2009 w Skolimowie, gdzie od wielu lat mieszkała w Domu Aktora.

Po jej śmierci Witold Sadowy napisał w „Gazecie Wyborczej”: „Marzyła, aby dożyć stu lat. Cieszyła się. Obiecywała, że urządzi wielkie przyjęcie dla przyjaciół i kolegów. Niestety, los zdecydował inaczej. Nie doczekała tej chwili. Odeszła, mając prawie dziewięćdziesiąt dziewięć lat”.

Wojna
Te wszystkie stare, rozgałęzione,warszawskie rodziny szlachecko-inteligenckie i inteligencko-mieszczańskie, z ich obszernymi, napełnionymi historią obyczaju domostwami, mieszkaniami przestronnymi – to wszystko znikło przecież bezpowrotnie.I nic takiego już nigdy tu nie powstanie.

JEREMI PRZYBORA

Jeszcze w sierpniu 1939 Cyrulik Warszawski dał ostatni program Kochajmy zwierzęta. Wielka Rewia pożegnała się z publicznością, ale tylko na czas wakacji. Daniłowski planował otwarcie Wesołej Budy, a i Járosy był gotów z premierą (2 września) w kolejnym swoim teatrzyku Figaro przy Marszałkowskiej 8.

Trzeciej premiery Ali-Baby nie zdążył skwitować już żaden recenzent, choć prasa reklamowała, jak gdyby nigdy nic: „Sobota 2 września. Data, o której mówi Warszawa... Sensacyjna premiera nowej rewii politycznej Pakty i fakty”. Następnego dnia odbyło się drugie i ostatnie przedstawienie; kilka dni później teatr spłonął od bomby.

II wojna światowa rozpoczęła się w piątek.

„Tej nocy, jak wiadomo, upływał termin odrzuconego przez rząd polski ultimatum Hitlera. Miałem tej nocy dyżur i z ulgą powitałem poranek, który rozjaśniał niebo nad kamienicami po przeciwnej stronie Zielnej. Wstawał jasny, piękny dzień, kiedy zdałem dyżur mojemu zmiennikowi. Z Julkiem [Krzyżewskim] wymieniliśmy kilka optymistycznych zdań na temat blefującego najwyraźniej Hitlera. Widocznie ugiął się wobec nieustępliwości władz polskich, skoro termin ultimatum minął o północy, a jest już po szóstej rano i nic się nie dzieje.

Wyszedłem na ulicę. Owiał mnie rześki, poranny chłód wystudzonego nocą powietrza. Zrobiło mi się od tego lekko i pogodniej pomyślałem sobie: O, jakże piękne jest życie bez wojny! I wtedy usłyszałem za sobą głos Julka:

– Jeremi!

Obejrzałem się. Julek wołał do mnie:

– Zaczęło się!

I na poparcie jego słów ze wszystkich stron miasta zawyły syreny alarmowe”.

Tak napisał Jeremi Przybora w pierwszej części swoich Memuarów (w 1994).

W „Przeglądzie Tygodniowym” (w 1992) wspominał: „Kiedy wybuchła wojna, miałem dwadzieścia cztery lata, a właśnie w tym wieku człowiek zaczyna obrastać czy wrastać w swoje środowisko przyjaciół, znajomych, rówieśników... To powstające środowisko zmiotła mi wojna, która nie tylko fizycznie likwidowała w 1939, a głównie w 1944 bliskich mi przedstawicieli mojego pokolenia, ale też rozpoczęła kontynuowaną później w inny sposób likwidację klasy, z której się wywodzę. Likwidacja ta była szczególnie skuteczna dla tych, których miejscem na ziemi była Warszawa (i to takim miejscem, co to nigdy nie myśli się o jego wymianie na inne), dawna Warszawa.

Bo ta nowa już z tamtą niewiele miała wspólnego i nawet ci nieliczni, którzy tu powrócili, pozostali «depayses». W ich liczbie i ja, który się «uchowałem». Te wszystkie stare, rozgałęzione, warszawskie rodziny szlachecko-inteligenckie i inteligencko-mieszczańskie, z ich obszernymi, napełnionymi historią obyczaju domostwami, mieszkaniami przestronnymi – to wszystko znikło przecież bezpowrotnie. I nic takiego już nigdy tu nie powstanie”.

1 września 1939 o szóstej rano Polskie Radio rozpoczęło swój codzienny program inaczej niż dotąd. Na wszystkich antenach w Warszawie i pozostałych ośmiu rozgłośniach obwieściło: „Dziś o godzinie czwartej czterdzieści pięć oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską, łamiąc pakt o nieagresji. Bombardowano szereg miast”. W komunikacie specjalnym ogłoszono: „A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść tylko w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: walka aż do zwycięstwa”.

Około dziewiątej samoloty niemieckie zbombardowały rejon lotniska na Okęciu oraz osiedla mieszkaniowe w stołecznych dzielnicach Rakowiec i Koło.

Po południu prezydent Ignacy Mościcki wygłosił odezwę do narodu polskiego: „Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i historii. W tej chwili dziejowej zwracam się do wszystkich obywateli państwa w głębokim przeświadczeniu, że cały naród stanie w obronie swojej wolności, niepodległości i honoru, skupi się dookoła Wodza Naczelnego i jego sił zbrojnych oraz da godną odpowiedź napastnikowi, jak to się już nieraz działo w historii stosunków polsko-niemieckich. Cały naród polski pobłogosławiony przez Boga, w walce o swoją świętą i słuszną sprawę, zjednoczony z Armią, pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa”.

Władysław Szpilman, w owym czasie również pracownik Polskiego Radia, w swojej książce Pianista: „Do budynku Radia udało mi się dotrzeć w momencie, gdy ogłaszano trzeci z kolei alarm. Program radiowy znajdował się w stanie rozsypki, a gdy w największym pośpiechu udawało się go już jakoś sklecić, był znów przerywany, gdy tylko nadchodziły nowe i ważne wiadomości z frontu lub informacje polityczne, które bezzwłocznie nadawano, ilustrując je marszami wojskowymi bądź też Hymnem Narodowym”.

Przybora (w Memuarach): „Po odwołaniu pierwszego alarmu «dla miasta Warszawy», który przeczekałem w jakiejś bramie, i po dotarciu do domu zadzwoniłem do macochy, na Sadybę”.

2 września w Warszawie odbyło się plenarne posiedzenie sejmu i senatu; dwa dni później „podjęto decyzję o częściowej ewakuacji z Warszawy na Lubelszczyznę rządu, centralnych urzędów, skarbca Banku Polskiego i korpusu dyplomatycznego”.

5 września prezydent Mościcki wyjechał w okolice Lublina.

6 września około północy szef propagandy sztabu Naczelnego Wodza podpułkownik Roman Umiastowski wezwał przez radio „zdolnych do noszenia broni mężczyzn, by opuszczali stolicę i udawali się na wschód, gdzie zostaną zmobilizowani. Przemawiający po nim premier Felicjan Sławoj-Składkowski poinformował, że rząd opuszcza Warszawę”.

Premier oraz Naczelny Wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły opuścili Warszawę w nocy z 6 na 7 września.

Szpilman: „Wszyscy [dotąd] się pocieszali, że wojny nie będzie, że «oni» się nie odważą, bo my jesteśmy świetnie uzbrojeni. Były takie afisze propagandowe: «Guzika nie oddamy» i tak dalej. No, a myśmy wierzyli, że nasza armia jest waleczna, zresztą walczyli pięć tygodni”.

Historyk radia Maciej Józef Kwiatkowski: „Kierownictwo Polskiego Radia, instytucji mogącej dotrzeć z rozkazem, zarządzeniem, słowem otuchy do każdego zakątka kraju [dokładnie do miliona stu tysięcy abonentów – przyp. D.M.], traci głowę, rozpuszcza pracowników, zawiesza działalność. Miarą kompletnego bezhołowia jest fakt, że pracownicy opuszczający gmach rozgłośni przy ulicy Zielnej porzucili niewyłączoną amplifikatornię... Gdyby jakakolwiek grupa dywersyjna zechciała skorzystać z tej okazji, miała włączone mikrofony i amplifikatornię Warszawy II. Gdy rankiem 7 września radiowcy ochłonęli i przerażeni milczeniem Warszawy w eterze przybiegli na Zielną, zastali w rozgłośni palące się światło, włączoną amplifikatornię i... głuchą ciszę w eterze”.

Jaki był „w dniu pierwszego września roku pamiętnego” status obywatela Jeremiego Przybory?

Stan cywilny: kawaler, ale jeszcze tylko przez sześć tygodni.

Żyjąca wtedy rodzina, ta najbliższa: matka, macocha z mężem, siostra z mężem, bratowa.

Miejsce zamieszkania czy raczej adresy, pod które trafiał między nalotami?

„Jedyne w tym czasie wypady na miasto, które zapamiętałem, to wizyty u mamy w piwnicy domu przy Senatorskiej (tego, w którym kiedyś mieszkali dziadkowie, a potem, w ich mieszkaniu, wuj Stach z żoną, wujenką Michalinką). U nich to właśnie schroniła się mama (po wyjeździe szwagra i siostry w równie bezsensowną jak moja podróż ewakuacyjną). Wszyscy troje, wujostwo i mama, podobnie jak większość lokatorów domu, spędzali czas głównie w piwnicy, chroniąc się tam przed nieustającym ostrzałem”.

W budynku Radia przy Zielnej odwiedzał Jeremiego wuj Józio, ale niezbyt długo.

W Śródmieściu, przy uliczce Żulińskiego, łączącej Marszałkowską z Poznańską, mieszkała rodzina narzeczonej Przybory, Marii Burskiej.

„Wyściskawszy się, postanowiliśmy z Mery, że pobierzemy się na przełomie pierwszej i drugiej dekady października. Tak więc wkrótce po kapitulacji Warszawy i ja «skapitulowałem», jak by można zażartować na taki wcale nieżartobliwy temat. Zaakceptowałem też (obojętny religijnie) propozycję prawosławnej Mery, byśmy się pobrali w cerkwi na Pradze”.

Państwo młodzi zamieszkali po ślubie na Sadybie.

Tam właśnie, w domu przy Okrężnej 16, mieszkała macocha Jeremiego, z mężem Witoldem. W pierwszych dniach wojny (4 lub 5 września) obydwoje pojechali „samochodem przez Rumunię do Włoch, a potem do Anglii”, gdzie już zostali (ojczym Jeremiego zmarł w Londynie w listopadzie 1956).

Przybora nie skorzystał z możliwości ewakuacji pracowników Radia i został w Warszawie. Kopał rowy przeciwczołgowe, opuścił miasto wraz z tysiącami warszawiaków, trzy dni później w Celestynowie zawrócił, usłyszawszy z przypadkowego radioodbiornika głos spikera „Tu Warszawa II”.

„I oto w Celestynowie, do którego dotarłem po całonocnej, czterdziestokilometrowej promenadzie, usłyszałem z odbiornika gospodarzy, u których nocowałem, sygnał Warszawy II, a potem głos zapowiadający audycje. Warszawskie radio działało! Uradowany odzyskaniem utraconej posady, ruszyłem w drogę powrotną. Jak się później dowiedziałem, zniszczony został doszczętnie tylko nadajnik raszyński, natomiast uszkodzony nadajnik na Mokotowie był do uratowania”.

Ale „23 września skończył się prąd (zbombardowano elektrownię) i tym samym skończyła się (w tydzień po wkroczeniu Sowietów) Warszawa II”.

Dwa dni później „po nocnym ostrzeliwaniu artyleryjskim rano rozpoczyna się trwający dziesięć godzin nalot. W gmach na Zielnej trafia sześć pocisków artyleryjskich, zniszczone zostaje studio muzyczne i odczytowe”.

Przybora: „Dyrektorem naszym, chociaż do sytuacji bardziej by może pasowało słowo «dowódca», był Edmund Rudnicki, człowiek wspaniały i ostatni mężczyzna w monoklu, jakiego znałem. Jemu też przypadł z urzędu ciężki obowiązek przekazania rozgłośni władzom okupacyjnym po kapitulacji Warszawy”.

Kwiatkowski: „W opustoszałym budynku z powybijanymi oknami hula wiatr. Garstka pozostałych radiowców uruchamia po raz ostatni krótkofalówkę (30 września) i nadaje ostatni program: «Halo, halo. Czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat. Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienia przesyłamy żołnierzom na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła. Niech żyje Polska!». Już następnego dnia w rozgłośni stawia się trzech gestapowców z dokładnymi listami pracowników Polskiego Radia”.

Tekst komunikatu-pożegnania wygłoszono w trzech językach: po polsku, po angielsku i po francusku; po angielsku odczytał go Jeremi Przybora.

W 1940 roku były i przyszły spiker został urzędnikiem: pomocnikiem referenta w Wydziale Inspekcji Handlowej Zarządu Miejskiego. „Trzeba było mieć jakąś arbeitskartę, żeby nie być wyznaczonym na przymusowe roboty w Reichu. Było nas wtedy troje, bo zamieszkał z nami teść, ojciec żony, pan około sześćdziesiątki”.

W domu na Sadybie żyło im się skromnie, powodziło raczej średnio. „Mimo mojej pracy w magistracie, koncertów żony (koncertowała po kawiarniach z dwiema siostrami) i skromnych wpływów za pokój sublokatorski, nasz standard życiowy się nie podnosił. Po to, by stać nas było nadal na luksus kartofli z mlekiem na śniadanie i klusek na obiad (takie frykasy, jak masło czy mięso, nawet końskie, były rzadkością na naszym stole), jak również na spłacanie pożyczki budowlanej ciążącej na domku, trzeba było rozpocząć ciągnącą się przez całą okupację systematyczną wyprzedaż jego wyposażenia. Mało co w nim w końcu zostało, kiedy pocisk artyleryjski w ostatnim dniu Powstania położył kres jego (domku) egzystencji, bo w nieduży obiekt trafił spory pocisk”.

Następny etat Przybory to roczne zatrudnienie w Sekcji Nieruchomości Wydziału Inspekcji Handlowej Zarządu Miejskiego miasta Warszawy. Kolejna praca – ta akurat fikcyjna – u wuja Józia, w przedsiębiorstwie Instalator (instalacje hydrauliczno-kanalizacyjne). Następna – w sklepiku przy ulicy Bagno, którego został współwłaścicielem. „Miałem sporo czasu na lektury, przygotowywałem się też do egzaminu z historii filozofii, który zdałem potajemnie (wyższe uczelnie w Generalnym Gubernatorstwie zostały zamknięte) u profesora Tatarkiewicza. Miałem bowiem zamiar kontynuować moje studia anglistyczne, które jednak na tym egzaminie się skończyły”.

Kiedy wybuchło powstanie warszawskie – wycofał się z handlowej spółki ze swoim przyjacielem, wtedy już szwagrem (Stanisław Sulikowski został mężem Haliny Burskiej).

Rodzina Przybory też zdążyła się powiększyć – w 1943 o córkę.

Jeśli przez pierwsze tygodnie i miesiące swego życia Marta miała, uradowanego nową w jego życiu sytuacją, ojca, to latem następnego roku już nie. Zazdroszczący innym dorosłym mężczyznom udziału w wojnie (tak jest!), silny i zdrowy dwudziestosiedmiolatek z wielką nadzieją szykował się do powstania, żeby w nim walczyć czy raczej wziąć udział, „na dany znak”.

„Na wywieszenie czerwonego swetra na balkonie sąsiedniego domu miałem czekać w mieszkaniu moich znajomych, na pobliskim Mokotowie. Pojechałem tam chyba 31 lipca, przenocowałem i od rana następnego dnia czekałem”.

Dla przypomnienia...

We wtorek 1 sierpnia 1944 generał Tadeusz Bór-Komorowski wydał rozkaz do walki z okupantem, wyrażający wolę i decyzję patriotycznego podziemia: żeby, między innymi, „nie przerywać ani na chwilę walki z Niemcami”, „zmobilizować duchowo do walki z Rosją całe społeczeństwo w kraju” oraz „w razie próby zgwałcenia Polski podjąć otwartą walkę z Sowietami”. Wydrukowany następnego dnia przez „Biuletyn Informacyjny” apel dowódcy Armii Krajowej brzmiał: „Żołnierze Stolicy! Wydałem dziś upragniony przez Was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej i twardej walki prowadzonej w podziemiach konspiracji stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić Wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polski”.

Przybora: „Punktem zbiórki, na który skierował mnie sygnał czerwonego swetra, było mieszkanie w domu przy ulicy Jaworzyńskiej (między Polną a placem Zbawiciela). Z kilku osobami, które stawiły się tam wraz ze mną, mieliśmy zapewne tworzyć załogę jakiegoś nadajnika radiowego. Ale pierwsze takty Warszawianki, które miały być sygnałem powstańczej radiostacji (przedwojenny sygnał Warszawy II), nie zabrzmiały tego dnia w eterze”.

Pierwsza radiostacja powstańcza Burza odezwała się w nocy z 3 na 4 sierpnia; działała przez pięć dni.

Przybora: „Grupa osób (w której i ja się znalazłem) «oddelegowanych» przez dowództwo AK do Biura Informacji i Propagandy czekała na rozkazy lub instrukcje w czterech ścianach mieszkania przy Jaworzyńskiej, kompletnie nie wiedząc, co ma ze sobą począć. Minęło parę dni w konspiracji tak doskonałej, że nawet nie wiedzieliśmy, od kogo mają informacje nadejść”.

5 sierpnia 1944 rozpoczęła się tak zwana polska obrona, zarówno na terenie I obwodu Powstania (Śródmieście), jak i czterech pozostałych (Żoliborz, Wola, Ochota oraz Mokotów). III obwód obejmował Wolę, Czyste, Koło, Babice i południową część Powązek: tam walczył między innymi legendarny batalion Parasol dowodzony przez kapitana Adama Borysa „Pługa”. Walczył w zgrupowaniu Radosław – na Woli, Starym Mieście, Powiślu, Czerniakowie i Mokotowie.

6 sierpnia wieczorem Niemcy odcięli Stare Miasto od Śródmieścia, pięć dni później opanowali Ochotę, potem Wolę – i uderzyli na Stare Miasto.

8 i 9 sierpnia (cytuję Kalendarium Polskiego Radia 1918–2006