Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Atomowa łódź podwodna wyrusza na Morze Arktyczne z rozkazem odnalezienia ekipy zniszczonej przez ogień stacji meteorologicznej. Uwięzieni w śnieżnej pułapce ludzie czekają na pomoc. Poszukiwania opóźnia seria tajemniczych wypadków.
[Opis]
/Stacja arktyczna Zebra, Alistair MacLean, 1990 rok, ISBN 8385079068, wydanie I, Amber/
Książka dostępna w zasobach:
Powiatowa Biblioteka Publiczna w Krasnymstawie
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Tomaszewskiego w Kościanie
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 1990
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
STACJA ARKTYCZNA ZEBRA
ALISTAIRMACLEAN
STACJA ARKTYCZNA ZEBRA
Przełożył: Piotr Wolski
AMBER
Tytuł oryginału: ICE STATION ZEBRA
Ilustracja na okładce: DAC
Copyright © Devoran Trustees Limited 1963
Copyright for a Polish edition © by Wydawnictwo AMBER, Poznań 1990
Copyright for a cover ilustration © by DAC
ISBN 83-85079-06-8
Wydawnictwo „AMBER”, Poznań 1990
Wydanie I
Druk i oprawa: Zakłady Graficzne w Pile, Okrzei 5, zam. 65/90 N-16/3
James D. Swanson, komandor podporucznik amerykańskiej Marynarki Wojennej był pulchny, niewysoki i zbliżał się do czterdziestki. Różowa twarz cherubina, kruczoczarne włosy i zmarszczki, promieniujące od oczu i okalające usta, efekt skłonności do śmiechu, wszystko to tworzyło obraz człowieka, który zawsze jest duszą towarzystwa. Tak go przynajmniej oceniałem na pierwszy rzut oka. Jednak rozsądek podpowiadał, że u kogoś wyznaczonego na stanowisko dowódcy najnowocześniejszego atomowego okrętu podwodnego powinienem zauważyć także inne cechy. Przyjrzawszy się więc uważniej dostrzegłem to, co przeoczyłem na początku z powodu zimowego zmierzchu i wilgotnej szarej mgły nad zatoką Clyde. Jego oczy. W niczym nie przypominające oczu dowcipnego bon vivanta. Najzimniejsze, najbystrzejsze szare oczy, jakie zdarzyło mi się spotkać. Świdrowały na wskroś, cięły niczym chirurg lancetem, dokładne jak elektronowy mikroskop. Taksujące. Swanson zmierzył najpierw mnie, potem dokument, który trzymał w dłoni, wyników po sobie nie dał poznać.
— Przykro mi, doktorze Carpenter. — Głos miał cichy i uprzejmy, ale żalu w nim nie wyczułem. Schował telegram z powrotem do koperty i wręczył mi ją ze słowami:
— Nie mogę zaakceptować ani tego telegramu jako upoważnienia, ani pana jako pasażera. Nie ma w tym nic osobistego, rozumie pan. Mam jednak swoje rozkazy.
— Niewystarczające upoważnienie? — Wyjąłem telegram wskazując na podpis: — To według pana sygnatura czyściciela szyb w Admiralicji?
To nie było zabawne i gdy spojrzałem na niego w półmroku, pomyślałem, że chyba przeceniłem jego poczucie humoru.
Sprecyzował:
Przeoczył niewiele, ale niepotrzebnie był tak podejrzliwy. Powiedziałem:
Przytaknął powoli i z rozmysłem, a ja mówiłem dalej:
Mógłbym jeszcze dodać, że zaczyna padać śnieg i że jest mi coraz zimniej, ale powstrzymałem się.
Po chwili namysłu kiwnął głową, podszedł do telefonu na nabrzeżu i przemówił do słuchawki krótko, niskim głosem. Aparat był połączony kablem telefonicznym z długim ciemnym kształtem leżącym niemal u naszych stóp. Ledwo znów do mnie podszedł, już trzy opatulone w grube wojskowe płaszcze postaci wbiegły po trapie, skierowały się do nas i w końcu zatrzymały się obok. Najwyższy z trzech mężczyzn — szczupły osobnik o włosach koloru pszenicy i wyglądzie człowieka, którego właściwe miejsce jest w siodle, wysunął się lekko do przodu.
Komandor Swanson wskazał w jego kierunku:
Zbiegł po trapie, a ja popatrzyłem na niego w zamyśleniu. Porzuciłem już myśl, że szef floty podwodnej USA wybiera sobie oficerów dowodzących spośród bywalców Parku Centralnego. Próbowałem wejść na okręt Swansona i jeżeli nie byłem do tego upoważniony, on nie zamierzał pozwolić mi odejść, dopóki nie wyjaśni, dlaczego chciałem to zrobić. Przypuszczałem, że Hansen i jego dwaj ludzie to trzech najtęższych marynarzy na okręcie.
Okręt. Spojrzałem na ogromny czarny kształt leżący prawie u moich stóp. Było to moje pierwsze spotkanie z łodzią podwodną o napędzie atomowym. Delfin, bo taka była jej nazwa, w niczym nie przypominał żadnego znanego mi dotąd okrętu podwodnego. Miał mniej więcej tę samą długość, co dalekiego zasięgu łodzie podwodne z okresu II wojny światowej, ale i na tym kończyły się wszelkie podobieństwa. Jego średnica była co najmniej dwukrotnie większa niż w każdej innej łodzi konwencjonalnej. Delfin miał niemal cylindryczny kształt w przeciwieństwie do swoich poprzedniczek, których linie przypominały nieokreślone opływowe burty łodzi, a dziób literę V; oraz półkulisty dziób zamiast dotychczasowego. Nie było tu pokładu — strome zaokrąglone burty i takaż rufa, i dziób okrętu zostawiały tylko niewielkie przestrzenie do pracy. Przestrzenie tak niebezpieczne w swojej śliskiej wypukłości, że podczas postoju w porcie musiały być zaopatrzone w relingi. Około trzydziestu trzech metrów od dziobu wznosiła się na wysokość sześciu metrów wysmukła, ale i masywna wieżyczka, o wyglądzie płetwy grzbietowej jakiegoś monstrualnego rekina. W połowie wysokości wieżyczki sterczały prostopadle pomocnicze stateczniki okrętu. Próbowałem dostrzec, co znajdowało się bliżej rufy, ale mgła i wirujący, coraz bardziej gęstniejący śnieg pokonały mnie. Zresztą i tak coraz mniej mnie to interesowało. Miałem na sobie tylko cienki płaszcz i czułem, jak pod wpływem mroźnych powiewów zimowego wiatru zaczynam dostawać gęsiej skórki.
Uśmiechnął się i odparł:
Nie tylko wyglądał na kowboja, podobnie się też wyrażał. A wiem, co mówię, bo często zbyt zmęczony, by wyłączyć telewizor, oglądam westerny.
Podczas gdy Rawlings podszedł do telefonu, Hansen poprowadził mnie w kierunku kantyny. Przepuścił mnie pierwszego poprzez oświetlone jaskrawym neonem drzwi i skierował się ku ladzie. Jednocześnie drugi marynarz, osobnik o czerwonej twarzy oraz wzroście i kształtach polarnego niedźwiedzia, pchnął mnie delikatnie w stronę stolika stojącego w rogu. Nie dawali mi wielkich szans na swobodę ruchu. Hansen usiadł z mojej drugiej strony, a Rawlings, gdy tylko wrócił, zasiadł na wprost mnie.
— Myli się pan — odrzekł ze smutną miną Hansen. — Jesteśmy tylko trzema przyjacielsko nastawionymi chłopcami, wykonującymi rozkazy. To komandor Swanson ma brzydkie myśli; no nie tak, Rawlings?
Spróbowałem jeszcze raz:
Zapytałem miłym głosem:
Pracowali na tej samej długości fali, to pewne. Nawet nie spojrzeli na siebie. Było widać, jak zgodnym ruchem przysunęli się do mnie o kilka centymetrów. Hansen odczekał z uśmiechem na zrelaksowanym obliczu, póki kelnerka nie ustawiła na stole czterech filiżanek parującej kawy i rzekł tym samym zachęcającym tonem:
Sięgnąłem pod klapę płaszcza i moja ręka pozostała tam unieruchomiona w nadgarstku przez dłoń Hansena.
Wolną ręką chwyciłem go za przegub, uniosłem jego ramię w górę i położyłem na stole. Nie chcę powiedzieć, to było łatwe. Marynarka Wojenna USA z pewnością nie żałuje marynarzom protein. Udało mi się jednak tego dokonać bez nadrywania sobie mięśni. Wyciągnąłem z kieszeni płaszcza zwiniętą gazetę i rozłożyłem ją na stole.
Hansen w zamyśleniu pomasował swój przegub i uśmiechnął się.
— Wcale nie żartuję, Zabrinsky — odrzekł Hansen chłodnym głosem. — Zauważyłbyś to, gdybyś umiał czytać.
Rawlings wyciągnął owłosioną łapę i przekręcił gazetę, aby lepiej przyjrzeć się zdjęciu Hansena.
— Rzeczywiście. Niezbyt schlebiające, prawda, poruczniku? Ale jeśli chodzi o moje zdanie, to uderzające podobieństwo, naprawdę uderzające. Fotograf uchwycił zasadnicze pana rysy z dużą precyzją.
Delfin właśnie powrócił do swojej bazy w Holy Loch w Szkocji po zakończeniu ćwiczeń w ramach manewrów floty NATO w rejonie wschodniego Atlantyku. Wyrażana jest nadzieja, że okręt ten (pod dowództwem komandora podporucznika Jamesa D. Swansona) wyruszy około godziny dziewiętnastej dzisiejszego wieczoru. Lakoniczny skrót tego komunikatu zwiastuje desperacką i niebezpieczną akcję ratowniczą, bez precedensu w historii morza i Arktyki. W tej chwili już sześćdziesiąt godzin...
— Ze mną pan nie rozmawiał.
— Musiałem was przeoczyć. I proszę grzecznie milczeć, kiedy wasz zwierzchnik mówi.
W tej chwili już sześćdziesiąt godzin minęło od momentu, w którym świat zelektryzowała wiadomość o nieszczęściu, jakie wydarzyło się na stacji arktycznej Zebra, jedynej brytyjskiej stacji meteorologicznej za kręgiem polarnym. Wiadomość przechwycił radiooperator w Bodo w Norwegii, odbierając słaby sygnał SOS. Późniejsze informacje, przejęte około dwudziestu czterech godzin temu przez brytyjski trawler rybacki Morning Star na Morzu Barentsa wskazują niezbicie, że sytuacja pozostałych przy życiu po pożarze, który zniszczył większość zabudowań stacji we wczesnych godzinach rannych we wtorek, jest rozpaczliwa.
Można się obawiać, że przy całkowicie zniszczonych zapasach żywności i paliwa ci; którzy przeżyli, nie mają większych szans na przetrwanie w temperaturze 50 stopni mrozu, jaka obecnie panuje w tych okolicach.
Nie wiadomo dokładnie, czy wszystkie baraki z prefabrykatów, w których mieszkali członkowie ekspedycji, uległy zniszczeniu. Dryfująca stacja arktyczna Zebra, która została założona późnym latem tego roku, znajduje się obecnie w przybliżeniu na 85° 40’ szerokości geograficznej północnej i 21° 30’ długości geograficznej wschodniej, co oznacza miejsce odległe zaledwie o pięćset kilometrów od bieguna północnego. Pozycja ta nie jest znana dokładnie ze względu na wyjątkowo powolny dryf pokrywy lodowej w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara w tym roku.
Przez ostatnie trzydzieści godzin samoloty bombowe sił powietrznych Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego przeczesywały lodową pustynię w poszukiwaniu Stacji. Jednak ze względu na nieznajomość dokładnej jej pozycji, panującą właśnie noc polarną, a także wyjątkowo złe, jak na tę porę roku, warunki atmosferyczne, zmuszone były do powrotu nie lokalizując położenia stacji meteorologicznej.
— Nie musieli ich słuchać — zaprotestował Rawlings. — Za pomocą instrumentów obecnie używanych na pokładach tych bombowców można zlokalizować kolibra z odległości ponad stu pięćdziesięciu kilometrów. Wystarczyłoby, żeby operator radionadajnika w Zebrze nadawał nieprzerwanie, a dolecieliby jak po sznurku.
— Być może operator nie żyje — ciężko westchnął Hansen. — Możliwe, że radio uległo zniszczeniu, a może paliwo, które spłonęło, miało zasadnicze znaczenie dla uruchomienia radia. Wszystko zależy od tego, jakie mieli źródło zasilania.
Przeczytał:
Użycie łodzi podwodnej zdaje się jedyną, choć wątłą nadzieją na uratowanie właściwie skazanej już teraz na zagładę załogi stacji. Szanse sukcesu muszą być oceniane jako wyjątkowo małe. Niewątpliwie jednak jedynym statkiem, który ma możliwość dokonania tego, jest łódź podwodna. Delfin nie tylko musi przebyć kilkaset mil w zanurzeniu pod lodem, ale i przebić w odpowiednim miejscu lód i odnaleźć rozbitków, a prawdopodobieństwo tego, że pokrywa lodowa będzie miała w takim miejscu odpowiednią grubość, jest niewielkie. Mimo to tylko Delfin — duma podmorskiej floty Stanów Zjednoczonych... — Hansen przerwał i dalej czytał w milczeniu. Wreszcie powiedział wzruszając ramionami: — To już wszystko. Artykuł dodaje jeszcze wszystkie znane szczegóły na temat Delfina oraz trochę bzdur o tym, że załoga okrętu to elita śmietanki amerykańskiej Marynarki Wojennej.
Rawlings wyglądał na urażonego. Zabrinsky — polarny niedźwiedź, uśmiechnął się, wygrzebał z kieszeni zmiętą paczkę papierosów i poczęstował wszystkich. Po paru sekundach twarz mu spoważniała i powiedział:
— Pan służy w marynarce angielskiej, doktorku?
— Musi pan wybaczyć Zabrinsky’emu maniery, doktorze Carpenter — chłodno powiedział Rawlings. — Nie ma on wykształcenia, jakie reszta z nas uważa za oczywiste. Rozumiem, że wychował się w dzielnicy Bronx.
— Bez urazy — głos Zabrinsky’ego był bardzo spokojny — miałem na myśli Królewską Marynarkę Wojenną. Czy tak, doktorze?
— Dlatego, że ludzie ze stacji będą z pewnością potrzebowali pomocy medycznej. Oczywiście jeśli pozostali przy życiu.
Hansen poruszył się, oderwał wzrok od ciemnobiałego światła za oknami kantyny i powiedział miękko:
Wzięli. Tę familiarną atmosferę między oficerem a załogą, wzajemną tolerancję na kpiny i błazeńską komedię spotykałem bardzo rzadko, ale widywałem coś takiego już wcześniej wśród załóg bombowców RAF-u. Był to stosunek spotykany tylko wśród mocno zżytych, blisko siebie żyjących grup doskonale wyszkolonych specjalistów, z których każdy jest całkowicie świadom swego uzależnienia od innych. Tu familiarność i bezceremonialność nie była wynikiem braku dyscypliny, wręcz odwrotnie, był to rezultat bardzo wysokiego stopnia samodyscypliny, a także traktowania innych nie tylko jako wysoko kwalifikowanych fachowców, ale też jako ludzi. Jasne było również, że pewne niepisane prawa rządzą ich zachowaniem. Mimo bezceremonialności i, zdawać by się mogło, braku respektu, okazywanego Hansenowi zarówno przez Rawlingsa, jak i Zabrinsky’ego, istniała jakaś nieuchwytna linia przyzwoitości i nieprawdopodobieństwem było, by ją przekroczyli. U Hansena natomiast dało się zauważyć, że nie nadużywał swojej władzy, czyniąc uszczypliwie uwagi podkomendnym. Jasne jednak było, kto tu jest szefem.
Rawlings i Zabrinsky przestali mnie egzaminować i gdy entuzjastycznie przeszli do dyskusji na temat braków Holy Loch w szczególności, a Szkocji generalnie, jako bazy okrętów podwodnych, za oknami kantyny przejechał dżip, jasno oświetlając reflektorami białe wirujące tumany śniegu.
Rawlings skoczył na nogi w połowie zdania, a następnie powoli z rozmysłem opuścił się z powrotem na krzesło.
— Właśnie wybuchła III wojna światowa — zaanonsował Rawlings — i właśnie nadeszła pora dla admirała na popołudniową szklaneczkę martini, i żadna mniej ważna sprawa...
Przez kilka minut Hansen i jego ludzie chaotycznie rozprawiali o przyczynach przybycia admirała. Nagle do kantyny wraz z tumanem świeżego śniegu wtargnął powiew mroźnego powietrza w wyniku otwarcia drzwi przez okutanego w niebieski płaszcz marynarza, który skierował się do naszego stolika.
Hansen kiwnął głową, wstał i poprowadził nas do wyjścia. Śnieg rozpadał się na dobre. Było coraz ciemniej, a północny wiatr przenikliwie chłodny. Hansen skierował się ku najbliższemu trapowi, zatrzymał na chwilę widząc marynarzy i pracowników portowych — niewyraźne i jakby niematerialne postaci, nietrwałe w wirującym śniegu sylwetki, ostrożnie opuszczające zawieszoną na linach torpedę do otwartego przedniego luku — odwrócił się i podszedł do drugiego trapu.
Zszedłszy na pokład powiedział:
Wszystko tu było trochę śliskie, ale wyobrażając sobie lodowate wody Holy Loch czekające na mnie, gdybym tylko źle postawił nogę, nie zrobiłem żadnego błędu. Przeszliśmy koło brezentowej osłony chroniącej tylny luk i zeszliśmy po stromej, metalowej drabince do ciepłej, pedantycznie czystej i lśniącej maszynowni, wypełnionej po brzegi szaro lakierowaną skomplikowaną maszynerią i mnóstwem tablic kontrolnych. Wszystko było oświetlone bezcieniowym światłem fluorescencyjnym.
Rozumiałem jego punkt widzenia. Podążyłem za nim w kierunku dziobu. Szliśmy bezszelestnie, podłoga pokryta była czarną, grubą gumą. Minęliśmy dwie duże maszyny, łatwo rozpoznawalne jako turbogeneratory energii elektrycznej, następnie ciężkie bloki innych urządzeń i bardzo wąski, dziewięciometrowej długości korytarz. Idąc tym korytarzem zarejestrowałem głęboki, wibrujący dźwięk, dochodzący spod moich stóp. Reaktor atomowy Delfina musiał się tu gdzieś mieścić, chyba tu właśnie, tuż pod stopami. W korytarzu tym znajdowały się okrągłe włazy i to mogły być tylko pokrywy, wykonanych ze specjalnego grubego szkła — punktów kontrolnych, okien stanowiących najkrótszą i jedyną drogę do nuklearnego piekła poniżej.
Koniec korytarza, jeszcze jedne opancerzone drzwi i znaleźliśmy się w centrum kontrolnym Delfina. Po lewej stronie wydzielono kabinę radiooperatora, na prawo maszyny i wyskalowane urządzenia o niezrozumiałym przeznaczeniu, a na wprost wielki stół z rozłożoną na nim morską mapą. Dalej wznosiły się masywne podpory wieżyczki, a poza nimi stanowisko obserwacyjne z dwoma bliźniaczymi peryskopami. Cała sterownia była przynajmniej dwukrotnie większa niż te, które widziałem na okrętach podwodnych o napędzie konwencjonalnym, a jednak każdy centymetr kwadratowy powierzchni zdawał się tu wypełniony różnorodnymi maszynami i urządzeniami, wyglądającymi na bardzo skomplikowane. Nawet sufit przesłonięty grubo poskręcanymi węzłami przewodów, kabli i rur najrozmaitszego typu był mało widoczny.
Od dziobu z lewej burty sterownia była prawie dokładną repliką kabiny nowoczesnego, dwusilnikowego odrzutowca. Znajdowały się tu dwa, wyglądające na lotnicze, urządzenia sterownicze — tak zwane orczyki, a na wprost nich całe rzędy wyskalowanych urządzeń pomiarowych i kontrolnych. Za orczykami mieściły się dwa skórzane fotele, oba, jak zauważyłem, wyposażone w pasy bezpieczeństwa. Zastanawiałem się, do jakiego rodzaju gwałtownych manewrów zdolny jest Delfin, jeśli do unieruchomienia ludzi w fotelach potrzebne były pasy bezpieczeństwa.
Naprzeciwko platformy kontrolnej, po drugiej stronie korytarza biegnącego na dziób, mieściło się drugie oddzielone od sterowni przegrodą pomieszczenie. Nie widziałem tu nic, co mogłoby wskazywać na jego przeznaczenie i nie dano mi czasu do myślenia nad tym faktem. Hansen pośpiesznie przebył korytarz, zatrzymał się przy pierwszych drzwiach na lewo i zapukał. Drzwi otworzyły się i pojawił się w nich komandor Swanson.
Hansem uniósł brwi, ale nie uczynił żadnego komentarza. Zapytał tylko:
Hansen kiwnął głową i odszedł. Swanson zaprosił mnie do środka i zamknął drzwi.
No cóż, kabina dowódcy była większa od budki telefonicznej, ale nie na tyle, by się nad tym rozwodzić. Wbudowana w ścianę koją, składana umywalka, malutkie biurko i krzesło, składany stołek, szafka, trochę wy skalowanych tarcz instrumentów nad koją i to wszystko. Gdyby ktoś spróbował tu tańczyć twista, to nawet nie przesuwając stóp doznałby wielu obrażeń.
Admirał odstawił szklankę, podniósł się z jedynego w tym pomieszczeniu krzesła i wyciągnął rękę. Gdy tak stał ze złączonymi nogami, daleka od niedostrzegalnej przestrzeń między jego kolanami pozwalała łatwo zrozumieć nadane mu przezwisko. Krzywonogi Jaś podobnie jak Hansen na pewno czułby się na ranczo jak u siebie w domu. Był wysokim mężczyzną o rumianej twarzy, białych włosach i równie białych brwiach, pod którymi iskrzyły się niebieskie oczy. W sposobie bycia miał to „coś”, co znamionuje wyższych oficerów, niezależnie od rasy czy narodowości.
Uśmiechnął się:
— Przekonać. — Zawahał się. — Dowódcy naszych łodzi podwodnych o napędzie atomowym, doktorze Carpenter, to drażliwa i trudna grupa ludzi. Z gospodarskiego stosunku, jaki mają do swoich okrętów, można by wnioskować, że każdy z nich jest głównym udziałowcem spółki akcyjnej Electric Boat Company w Groton, gdzie większość z tych łodzi jest budowana. — Podniósł swoją szklankę. — Za powodzenie komandora i pańskie. Mam nadzieję, że uda się wam odnaleźć tych biedaków. Nie daję wam jednak nawet jednej szansy na tysiąc.
Postawił szklankę i jego oczy przestały się iskrzyć.
Przytaknąłem, a admirał i Swanson wymienili spojrzenia, których nawet nie usiłowali przede mną ukryć. Jeśli byli szczęśliwi, mając przed sobą perspektywę posiadania na pokładzie najnowszego i strzeżonego najściślejszą tajemnicą amerykańskiego okrętu podwodnego człowieka, który nie tylko był obcokrajowcem, ale także cywilem od stóp do głowy, to ukrywali to bardzo dobrze. Admirał Garvie powiedział:
Admirał i Swansen wyglądali na coraz bardziej zmartwionych. Obcokrajowiec to źle. Cywil obcokrajowiec to jeszcze gorzej. Ale cywil obcokrajowiec, który choć trochę zna się na łodziach podwodnych, to już okropność. Czułbym się równie nieszczęśliwym będąc w ich skórze. Nie musiałem się zbytnio wysilać, aby zrozumieć ich punkt widzenia.
Zaczynały się kłopoty. Spróbowałem inaczej.
— Znam Zebrę. Pomagałem przy wyborze tej lokalizacji. Pomagałem również założyć obóz. Jej komendant — major — Halliwell jest od wielu lat moim najbliższym przyjacielem. — To ostatnie zdanie było tylko w połowie prawdą, ale czułem, że nie czas i miejsce na drobiazgi.
Spojrzałem na depeszę. Oto jej treść:
Doktor Neil Carpenter jest poza wszelkim podejrzeniem. Może być traktowany przez was z całkowitym, powtarzam, całkowitym zaufaniem. Należy udostępnić mu korzystanie z wszelkich urządzeń, a także zapewnić pomoc w działaniu, chyba że zagrażałoby to bezpieczeństwu okrętu i załogi. Depesza podpisana była przez dyrektora odpowiedzialnego za operacje morskie.
Nie uderzył mnie. Nie mrugnął nawet okiem. Nie wzruszył go mój przytyk do faktu, że nie jest wtajemniczony w przyczynę mojej dość zagadkowej tutaj obecności. Interesowało go tylko bezpieczeństwo okrętu.
Powiedział: — Jeśli będę uważał, że ważniejsze jest pozostanie Delfina na miejscu w pogotowiu bojowym, niż wypuszczenie się w niepewną podróż, albo jeśli uznam, że zagraża pan bezpieczeństwu okrętu, mogę rozkaz zignorować. Ja jestem tutaj oficerem dowodzącym. I ja nie jestem usatysfakcjonowany.
Powstała diabelnie trudna sytuacja. Traktował poważnie każde swoje słowo i nie wyglądał na kogoś, kto wycofa się z obawy przed konsekwencjami, w sytuacji gdy był przekonany, że ma rację. Spojrzałem na obu mężczyzn. Przyjrzałem się im powoli i z namysłem wzrokiem, który, taką miałem nadzieję, wskazywał wyraźnie to, że zastanawiam się nad wtajemniczeniem ich w sprawę. W rzeczywistości obmyślałem właśnie historyjkę, która zadowoliłaby obu. Po czasie, jaki uznałem za stosowny, ściszyłem głos o kilka decybeli i zapytałem:
Admirał Garvie napełnił ponownie szklaneczkę i podał mi ją bez słowa. Nie zmienił również ani odrobinę wyrazu twarzy. Z pewnością wiedział, jak zachowywać się chłodno.
Nie byłem zdziwiony. Ja również dotychczas o tym nie słyszałem, a to dlatego, że wymyśliłem tę bajeczkę przed chwilą. Zachowanie się komandora Swansona, jeżeli dotrzemy do Stacji, będzie na pewno bardzo interesujące. Pomyślałem, że będę martwił się tym w odpowiednim czasie. Teraz interesowało mnie wyłącznie dostanie się na Stację.
Swanson lekko poczerwieniał i odparł:
Admirał Garvie rzucił mi staromodne spojrzenie, ale zaniechał komentarza.
Gdy się obudziłem, byłem jeszcze ociężały, jak człowiek, który spał długo. Mój zegarek wskazywał dziewiątą trzydzieści i wiedziałem, że to już ranek, a nie ciągle ten sam wieczór. Spałem piętnaście godzin. W kabinie było całkiem ciemno. Wstałem, znalazłem kontakt i rozejrzałem się. Ani Hansena, ani pierwszego mechanika nie było w kabinie, musieli przyjść już po tym, jak zapadłem w sen, a wyszli, zanim się obudziłem. Rozejrzałem się wokół i zacząłem nasłuchiwać. Zaskoczyła mnie kompletna cisza, brak jakiegokolwiek dźwięku. Było to takie uczucie, jakbym znajdował się w sypialni własnego domu. Co złego mogło się stać? Czemu ten przestój? Dlaczego, na Boga, nie byliśmy w drodze? A dałbym głowę, że wczoraj wieczór komandorowi zależało na pośpiechu tak jak i mnie.
Umyłem się szybko nad składaną umywalką pulmanowskiego typu, zaniechałem golenia, zarzuciłem koszulę na grzbiet, włożyłem spodnie, buty i wyszedłem na korytarz. Kilka kroków dalej, po lewej stronie znajdowały się drzwi. Wszedłem. Była to bez wątpienia mesa starszych oficerów, z jednym z nich jeszcze przy śniadaniu. Niespiesznie przeżuwał ogromny stek, jaja i frytki po francusku, przeglądając jednocześnie powoli jakiś ilustrowany magazyn. Sprawiał wrażenie człowieka całkowicie zadowolonego z życia i jego luksusów. Był mniej więcej w moim wieku. Wysoki, ze skłonnością do tycia — obrazek typowy dla tej tu załogi, która jadła tak dobrze, a ruchu miała tak niewiele. Miał wesołą, inteligentną twarz, nad którą widniały czarne, gładko przyczesane, siwiejące już na skroniach włosy. Zauważył mnie, wstał i wyciągnął rękę.
Odparłem coś stosownego, byle szybciej, i zapytałem:
Wyciągnął się w fotelu i podniósł głos:
Z pomieszczenia, w którym, jak sądziłem, znajdowała się spiżarnia, wynurzył się steward w białej kurtce. Był to wysoki i chudy osobnik o ciemnej cerze i długiej, ponurej twarzy przypominającej cierpiącego na niestrawność spaniela. Spojrzał na Bensona i zapytał zmęczonym głosem:
Kiwnął z aprobatą głową i wyszedł. Rzekłem:
Benson mówił dalej z uśmiechem na twarzy:
Sądząc po powolnym sposobie jedzenia, nie wydawało mi się to prawdopodobne.
— Wykładów?
— Muszę przecież coś robić, żeby nie zwariować. Dwie godziny dziennie poświęcam na lekturę nowości medycznych, ale jaki tego sens, gdy nie ma możliwości praktyki? Wykładam więc. Czytam ludziom o miejscach, w które płyniemy, i wszyscy tego słuchają. Prowadzę wykłady na temat zdrowia oraz higieny, takie ogólne, słucha tego tylko kilka osób. Mówię o niebezpieczeństwie przejadania się i braku gimnastyki, a tego nie słucha już nikt. Sam zresztą tego nie słucham. Właśnie podczas jednego z takich wykładów oparzył się kucharz. To właśnie dlatego nasz przyjaciel Henry ma tak krytyczny stosunek do nawyków żywieniowych tych, którzy powinni bez wątpienia zastanowić się nad sobą. Sam żre za dwóch, ale mając jakąś wadę metabolizmu, pozostaje chudy jak szczapa. Twierdzi, że to dzięki diecie, jaką stosuje.
— Wszystko to brzmi mniej surowo niż trudy życia przeciętnego lekarza.
— Tak jest — rozjaśnił się — ale mam jeszcze jedno zajęcie, dla mnie to hobby, niedostępne przeciętnemu lekarzowi. To „lodówka.” W tej dziedzinie jestem ekspertem.
— Co o tym myśli Henry?
— Kto? Henry? — Roześmiał się. — To nie o taką „lodówkę” chodzi. Pokażę panu później.
Henry przyniósł jedzenie i chciałbym, aby któryś maitres d’hotel z jakiegoś pięciogwiazdkowego hotelu w Londynie mógł zobaczyć, jak powinno wyglądać śniadanie. Kiedy skończyłem jedzenie i powiedziałem Bensonowi, że nie widzę możliwości, aby jego wykłady dotyczące nadwagi coś zdziałały wśród załogi, rzeki: — Komandor Swanson powiedział, że pewnie będzie pan chciał obejrzeć okręt. Jestem do pańskiej dyspozycji.
— To bardzo miło ze strony panów. Najpierw jednak chciałbym ogolić się, ubrać i zamienić słowo z komandorem.
Ogoliłem się więc i poszedłem na wycieczkę po tym podmorskim mieście, pod fachowym przewodnictwem Bensona. No cóż, przy Delfinie każda angielska łódź podwodna wyglądała na przedpotopową.
Już sam rozmiar okrętu przyprawiał o zawrót głowy; aby pomieścić potężny reaktor jądrowy, kadłub miał pojemność okrętu o nośności 3000 ton oraz trzy pokłady zamiast jednego i dolnej ładowni, jak to bywa w łodziach konwencjonalnych. Toteż rozmiar w połączeniu z przemyślaną pastelową kolorystyką dla wszystkich przestrzeni użytkowych dawał nieprzeparte wrażenie lekkości, świeżości, no i przede wszystkim przestronności.
Benson najpierw oczywiście zaprowadził mnie do swojego ambulatorium. Była to najmniejsza i najlepiej wyposażona sala chirurgiczna, jaką kiedykolwiek widziałem. I dla tego, kto musiałby tu przejść poważną operację, i dla tego, kto chciał tylko zaplombować ząb, znalazłoby się wszystko, co trzeba. Natomiast motyw, który Benson wybrał dla ozdobienia wolnych miejsc, w niczym nie przypominał kliniki. Były to serie kolorowych fotosów filmowych, z oglądanych przeze mnie filmów rysunkowych nie zabrakło żadnej postaci, od Pixi i Dixi do Pinokia. Największy z nich przedstawiał misia Yogi pracowicie piłującego tabliczkę z napisem: „Nie karmić niedźwiedzi”.
Z sali operacyjnej przeszliśmy przez mesę i kabiny oficerskie, a następnie zeszliśmy na niższy pokład, do kabin załogi. Benson przeprowadził mnie przez błyszczące łazienki oraz schludną sypialnię, aż dotarliśmy do mesy.
Podniósł głos, aby mogło go usłyszeć siedmiu czy ośmiu mężczyzn siedzących wokół stołów, pijących kawę, palących papierosy i czytających.
Marynarze uśmiechali się pogodnie. Byli widać do tego przyzwyczajeni. Benson przesadzał i oni o tym wiedzieli. Każdy wprawdzie wyglądał na takiego, który wie, co robić z nożem i widelcem, ale tylko tyle. Było między nimi ciekawe podobieństwo, wysocy czy niscy mieli wspólną właściwość, zaobserwowałem ją już u Rawlingsa i Zabrinsky’ego, niewzruszoną aurę spokoju, odprężenia możliwego u fachowców, co czyniło z nich osobną kategorię mężczyzn, jakimi bez wątpienia byli.
Benson przedstawił mnie wszystkim, mówiąc mi, jakie funkcje spełniali na okręcie, a ich poinformował o tym, że jestem lekarzem Królewskiej Marynarki Wielkiej Brytanii w podróży aklimatyzacyjnej. Swanson musiał kazać mu tak właśnie powiedzieć. Było to dość bliskie prawdy i kładło kres spekulacjom na temat przyczyny mojej tu obecności.
Benson skręcił do małego pomieszczenia obok mesy.
Poprowadził mnie na dziób, w stronę kuchni — niewielkiego, kwadratowego pomieszczenia, całego w kafelkach i połyskującej nierdzewnej stali. Wysoki, kędzierzawy, ubrany na biało kucharz pojawił się u wejścia i wyszczerzył do Bensona zęby.
