Lalka na łańcuchu - Alistair MacLean - ebook

Lalka na łańcuchu ebook

Alistair MacLean

0,0

Opis

[PK]

 

Pracownik Interpolu, Paul Sherman, udaje się do Amsterdamu, aby wykonać powierzone mu zadanie specjalne, ale popełnia duży błąd zakładając, że tylko Jimmy Duclos wie o jego misji. Już na lotnisku dochodzi do nieudanego zamachu na jego życie. Sherman musi sobie szybko uzmysłowić, że gang przemytników heroiny, który ma rozpracować, zna jego ruchy. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu | Galeria Książki
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 322

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



niisTniH

mm

Urodził się 28 kwietnia 1922 r. w Glasgow w Szkocji. Mając 17 lat rzucił szkolę, by wstąpić do Królewskiej Marynarki Wojennej. W roku 1941 rozpoczął służbę bojową w Royał Navy i podczas wojny służył na niszczycielu. Po wojnie ukończył studia, po czym podjął pracę nauczyciela angielskiego. Pisywał wtedy opowiadania — głównie o tematyce marynistycznej — z których część została opublikowana w lokalnym czasopiśmie. Przełomowym rokiem okazał się 1954, kiedy „Glasgow Herald" ogłosił konkurs literacki. MacLean wziął w nim udział i wygrał główną nagrodę. Sukces w konkursie oraz zachęta ze strony wydawcy sprawiły, że MacLean postanowił zostać pisarzem. Napisał kilkadziesiąt znanych na całym świecie powieści o tematyce sensacyjnej, kryminalnej i wojennej. Wiele z nich doczekało się ekranizacji.

Zmarł 2 lutego 1987 roku w Monachium.

»Książnica« kieszonkowa

# ww.NajlepszyPrezenl.pi\ /

TWOJA KSIĘGARNIA INTERNETOWA

Zapoznaj się z naszą ofertą w Internecie i zamów, tak jak lubisz:

[email protected] +46 61 652 92 60 taaia +48 61 652 92 00 H^l Publicat S.A., ul. Chlebowa 24, 61-003 Poznań

książki S2ybko i pfZe2 ca|ą cł0bę • łatwa obsługa • pełna oferta • promocje

niisTHin

LALKA na ŁAŃCUCHU

niisTHin

MOEIEBN

LALKA

NA ŁAŃCUCHU

Przełożył z angielskiego Bronisław Zieliński

Miejska Biblioteka Publiczna

01034376

Wydawnictwo „ Książnica'

Tytuł oryginału Puppet on a Chain

Koncepcja graficzna serii i projekt okładki Mariusz Banachowicz

Na okładce wykorzystano fotografie © Fred De Bailliencourt i Warwick Lister-Kaye

Puppet on a Chain by Alistair MacLean Copyright © Devoran Trustees Ltd, 1969

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany ani przesyłany za pośrednictwem urządzeń mechanicznych bądź elektronicznych. Niniejsze zastrzeżenie obejmuje również fotokopiowanie oraz przechowywanie w systemach gromadzenia i odtwarzania informacji.

W/33784

For the Polish edition © Publicat S.A., MMVII

ISBN 978-83-245-7517-6

Wydawnictwo „Książnica"

40-160 Katowice

Al. W. Korfantego 51/8

oddział Publicat S A. w Poznaniu

tel. (032) 203-99-05

faks (032) 203-99-06

www.ksiaznica.com.pl

[email protected]

Katowice 2007

ROZDZIAŁ PIERWSZY

— Za kilka minut będziemy lądowali na lotniski Schiphol w Amsterdamie. — Miodopłynny, jednostaj ny głos holenderskiej stewardesy był dokładnie taki san jak w każdej z wielu europejskich linii lotniczych — Proszę zapiąć pasy i zgasić papierosy. Mamy nadzie ję, że lot był dla państwa przyjemny, i jesteśmy pewni że równie przyjemnie minie państwu pobyt w Amster damie.

Podczas przelotu rozmawiałem krótko z tą stewardesą. Urocza dziewczyna, ale skłonna do pewnego nieuzasadnionego optymizmu w swoim poglądzie na życie w ogólności, toteż nie mogłem zgodzić się z nią co do dwóch spraw: lot nie był dla mnie przyjemny i nie przewidywałem, żebym przyjemnie spędził czas w Amsterdamie. Lot nie był dla mnie przyjemny, ponieważ żaden lot nie sprawiał mi przyjemności, odkąd przed dwoma laty silniki DC 8 nawaliły zaledwie w parę sekund po starcie, doprowadzając do odkrycia dwóch rzeczy: że pozbawiony napędu odrzutowiec ma ślizgowe właściwości bloku betonu oraz że chirurgia plastyczna może być bardzo przewlekła, bardzo bolesna, bardzo kosztowna, a czasem nie bardzo udana. Nie przewidywałem też, żeby mi było przyjemnie w Amsterdamie, chociaż jest to bodaj najpiękniejsze miasto na świecie, z najbardziej przyjaznymi mieszkańcami, jakich można gdziekolwiek znaleźć. Po prostu sama natura moich służbowych podróży za granicę automatycznie wyklucza cieszenie się czymkolwiek.

Kiedy wielki DC 8 linii KLM — nie jestem przesądny, każdy samolot może spaść z nieba — schodził w dół, rozejrzałem się po jego zapełnionym wnętrzu. Zauważyłem, iż większość pasażerów najwyraźniej podziela moje przeświadczenie, że latanie jest absolutnym obłędem; ci, którzy nie posługiwali się swoimi paznokciami do wydłubywania dziur w kaelemowskiej tapicerce, siedzieli odchyleni do tyłu z przesadną nonszalancją albo też gawędzili z pogodnym, wesołym ożywieniem dzielnych ludzi, którzy idą na śmierć z dowcipem na uśmiechniętych ustach — takich, co mogli beztrosko machać ręką pełnym podziwu tłumom, kiedy ich wózek zajeżdżał pod gilotynę. Krótko mówiąc, dosyć dobry przekrój rasy ludzkiej. Wyraźnie praworządni. Zdecydowanie nie zbrodniczy. Zwyczajni; nawet nijacy.

Chociaż może to jest niesprawiedliwe — znaczy się to, że nijacy. Ażeby ktoś się kwalifikował do tej raczej niepochlebnej oceny, muszą istnieć jakieś porównawcze punkty odniesienia, uzasadniające jej zastosowanie; na szczęście dla reszty pasażerów, w tym samolocie znajdowały się dwie osoby, przy których każdy wyglądałby nijako.

Obejrzałem się na tę parę, siedzącą o trzy rzędy za mną po drugiej stronie przejścia. Ten mój ruch nie mógł zwrócić niczyjej uwagi, ponieważ większość mężczyzn, mających owe osoby w zasięgu wzroku, nie robiła właściwie nic innego od startu z lotniska Heathrow, tylko im się przypatrywała; dlatego też niepatrzenie na nie byłoby właśnie prawie gwarantowaną metodą zwrócenia na siebie uwagi.

Po prostu dwie dziewczyny siedzące obok siebie. Prawie wszędzie można spotkać dwie dziewczyny siedzące razem, ale trzeba by poświęcić najlepsze lata życia na znalezienie takich dwóch jak te. Jedna o włosach czarnych jak skrzydło kruka, druga olśniewająca platynowa blondynka, obydwie ubrane, wprawdzie skąpo, w minisukienki — brunetka w białą jedwabną, blondynka cała w czerni, obydwie zaś obdarzone, o ile można było dojrzeć — a można było dojrzeć całkiem sporo — figurami, które jasno wykazywały, jak olbrzymie postępy poczyniły nieliczne wybrane przedstawicielki płci żeńskiej od czasów Wenus z Milo. Nade wszystko były uderzająco piękne, ale nie tym mdłym i pustym rodzajem niedojrzałej urody, która wygrywa konkurs o tytuł Miss Świata; osobliwie do siebie podobne, miały delikatnie ukształtowaną budowę kostną, czyste rysy i niewątpliwie cechy inteligencji, dzięki którym pozostałyby piękne nawet w dwadzieścia lat po tym, gdy zwiędłe wczorajsze Miss Świata od dawna już zrezygnowałyby z nierównego współzawodnictwa.

Blondynka uśmiechnęła się do mnie zarazem figlarnie i prowokacyjnie, ale przyjaźnie. Posłałem jej beznamiętne spojrzenie, a ponieważ początkującemu chirurgowi plastycznemu, który nade mną pracował, nie całkiem się udało dopasować obydwie strony mej twarzy, mojemu beznamiętnemu spojrzeniu wyraźnie brakuje zachęty — mimo to jednak uśmiechnęła się do mnie. Brunetka trąciła swą towarzyszkę, która zerknęła na nią, spostrzegła karcące zmarszczenie brwi, skrzywiła się i przestała uśmiechać. Popatrzyłem w inną stronę.

Byliśmy teraz niespełna dwieście jardów od końca pasa startowego i aby oderwać myśli od prawie całkowitej pewności, że podwozie rozleci się, gdy tylko dotknie nawierzchni, odchyliłem się do tyłu, przymknąłem oczy i zacząłem rozmyślać o obydwu dziewczynach. Przyszło mi do głowy, że bez względu na wszelkie moje niedostatki nikt nie mógłby twierdzić, że dobieram sobie współpracowników bez uwzględniania pewnych estetyczniejszych aspektów życia. Maggie, owa brunetka, dwudziestosiedmioletnia, pracowała ze mną od przeszło pięciu lat; wybitnie inteligentna, metodyczna, staranna, dyskretna, niezawodna, prawie nigdy nie popełniała błędów, w naszym zawodzie nie ma czegoś takiego, jak osoba, która nigdy nie popełniała błędów. Co ważniejsze, lubiliśmy się z Maggie od lat, a to jest niemal podstawowy element tam, gdzie chwilowa utrata wzajemnego zaufania i współzależności może mieć konsekwencje nieprzyjemnej i trwałej natury; o ile mi jednak wiadomo, nie lubiliśmy się nadmiernie, to bowiem mogłoby być równie fatalne.

Belinda, dwudziestodwuletnia blondynka, paryżanka, pół Francuzka, pół Angielka, wykonująca teraz swoje pierwsze zadanie operacyjne, była dla mnie prawie zupełną niewiadomą. Nie zagadką, po prostu nie znaną jako ludzka istota; kiedy Surete wypożycza komuś jednego ze swoich agentów, a właśnie wypożyczyła mi Be-lindę, załączane akta owego agenta są tak wszechstronne, że żaden istotny fakt z życia czy przeszłości owej osoby nie jest tam pominięty. Wszystkim, co zdołałem dotychczas zaobserwować na płaszczyźnie osobistej, było to, że Belindzie zdecydowanie brakowało owego szacunku — jeżeli już nie bezgranicznego podziwu — którym młodzi powinni darzyć starszych oraz przełożonych w swoim zawodzie, czym byłem w tym wypadku właśnie ja. Jednakże cechowała ją ta spokojna przedsiębiorcza sprawność, która była znacznie ważniejsza od wszelkich zastrzeżeń, jakie Belinda mogła mieć w stosunku do swego pracodawcy.

Żadna z dziewczyn nie była dotąd w Holandii, co stanowiło jedną z głównych przyczyn, że mi teraz towarzyszyły; poza tym ładne dziewczyny są w naszym nieładnym zawodzie rzadsze niż futra w Kongo, i przez to mogą mniej zwracać na siebie uwagę ludzi podejrzliwych i podłych.

DC 8 dotknął ziemi, podwozie pozostało w całości, więc otworzyłem oczy i zacząłem rozmyślać o pilniejszych sprawach. Duclos. Jimmy Duclos oczekiwał mnie na lotnisku Schiphol i Jimmy Duclos mial mi coś ważnego i pilnego do zakomunikowania. Zbyt ważnego, by to przesyłać, nawet w zaszyfrowanej formie, normalną drogą; zbyt pilnego, by czekać na usługi kuriera dyplomatycznego naszej ambasady w Hadze. Nie zastanawiałem się nad prawdopodobną treścią tej wiadomości; miałem się z nią zapoznać za pięć minut. I wiedziałem, że będzie tym, czego chciałem. Źródła informacji Duc-losa były nienaganne, same informacje zawsze precyzyjne i stuprocentowo ścisłe. Jimmy Duclos nie popełniał błędów — przynajmniej takiej natury.

DC 8 zwalniał i już widziałem krokodylowy „rękaw" sięgający skosem od głównego budynku, gotów przywrzeć do wyjścia z samolotu, kiedy ten się zatrzyma. Odpiąłem pas, wstałem, zerknąłem na Maggie i Belin-dę bez żadnego wyrazu czy oznak rozpoznania i ruszyłem ku wyjściu, kiedy samolot był jeszcze w ruchu, co jest posunięciem źle widzianym przez linie lotnicze, a już z pewnością, tak jak w tym wypadku, przez innych pasażerów w samolocie, których miny wyraźnie wskazywały, że znajdują się w obecności zarozumiałego i prostackiego gbura, który nie może zaczekać na zajęcie swojego miejsca wśród reszty cierpliwej i ustawiającej się w kolejce rasy ludzkiej. Nie zwróciłem na nich żadnej uwagi. Już dawno pogodziłem się ze świadomością, że popularność nie będzie nigdy moim udziałem.

Stewardesa uśmiechnęła się jednak do mnie, ale nie był to wyraz uznania ani dla mojej powierzchowności, ani osobowości. Ludzie uśmiechają się do innych ludzi, kiedy ci budzą w nich respekt czy lęk, albo jedno i drugie. Ilekroć podróżuję samolotem — poza okresami, gdy jestem na urlopie, co następuje mniej więcej raz na pięć lat — wręczam stewardesie niewielką zaklejoną kopertę do przekazania kapitanowi samolotu, a kapitan, który zazwyczaj, tak samo jak każdy, lubi zaimponować ładnej dziewczynie, na ogół ujawnia jej treść, składającą się z mnóstwa bzdur na temat absolutnego pierwszeństwa we wszelkich okolicznościach, co jest z reguły całkowicie niepotrzebne poza tym, że zapewnia nienaganny i natychmiast podany obiad, kolację oraz usługi barowe. Natomiast całkowicie potrzebny jest inny przywilej, z którego korzysta kilku moich kolegów, a także ja sam — stosowane do dyplomatów zwolnienie od rewizji celnej, co jest korzystne, ponieważ bagaż mój zwykle zawiera parę sprawnie działających pistoletów, mały, ale przemyślnie zaprojektowany zestaw narzędzi włamywacza oraz kilka innych niecnych przyborów, na ogół źle widzianych przez władze imigracyjne bardziej rozwiniętych krajów. Nigdy nie noszę przy sobie broni w samolocie, bo poza faktem, że śpiący człowiek może niebacznie odsłonić podramienną kaburę siedzącemu obok pasażerowi powodując tym masę niepotrzebnej konsternacji, tylko szaleniec mógłby wystrzelić w ciśnieniowej kabinie nowoczesnego samolotu. Co właśnie wyjaśnia zdumiewające sukcesy porywaczy samolotów; skutki implozji mogą bowiem być nieodwracalne.

Drzwi wyjściowe otworzyły się i wkroczyłem do „rękawa" z blachy falistej. Paru pracowników lotniska usunęło się uprzejmie na bok, gdy ich mijałem zmierzając do jego drugiego końca, który wychodził na halę dworca lotniczego i dwa ruchome chodniki przenoszące pasażerów do strefy imigracyjnej oraz w odwrotnym kierunku.

Przy końcu chodnika sunącego na zewnątrz stał tyłem do niego jakiś mężczyzna. Był średniego wzrostu, szczupły i zgoła niepociągający. Miał ciemne włosy, głęboko pobrużdżoną smagłą twarz, zimne czarne oczy i wąską szparę tam, gdzie powinny znajdować się usta; nie był akurat typem człowieka, którego bym zachęcał do odwiedzania mojej córki. Ale ubrany był dosyć przyzwoicie w czarny garnitur i czarny płaszcz, i chociaż nie stanowi to kryterium przyzwoitości, trzymał w ręce dużą i najwyraźniej nowiutką torbę lotniczą.

Jednakże nie obchodzili mnie nie istniejący konkurenci do rąk nie istniejących córek. Znalazłem się już dostatecznie daleko, by się obejrzeć na ruchomy chodnik prowadzący do hali lotniska, w której teraz stałem. Było na nim czterech ludzi, a pierwszego z nich, wysokiego, chudego, szaro ubranego mężczyznę o cienkim wąsiku i wszystkich zewnętrznych znamionach zamożnego buchaltera, poznałem od razu. Jimmy Duclos. Moją pierwszą myślą było, że musiał uważać swoje informacje za naprawdę doniosłe i pilne, skoro zjawił się tutaj na moje spotkanie. Drugą moją myślą było, że musiał podrobić przepustkę policyjną, aby się dostać tak daleko na dworzec lotniczy, to zaś wydawało się logiczne, ponieważ był mistrzowskim fałszerzem. Trzecią moją myślą było, że postąpiłbym uprzejmie i przyjaźnie, gdybym pomachał ręką i uśmiechnął się do niego, co też zrobiłem. On także pomachał ręką i uśmiechnął się do mnie.

Uśmiech ten trwał ledwie sekundę i niemal natychmiast zastygł w wyraz całkowitego przerażenia. Wtedy zauważyłem niemal podświadomie, że linia wzroku Duclosa przesunęła się odrobinę.

Obejrzałem się szybko. Smagły mężczyzna w ciemnym ubraniu i płaszczu nie stał już tyłem do ruchomego chodnika. Obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, twarzą do niego, a torba lotnicza nie zwisała mu już w ręce, ale znalazła się dziwnie wysoko pod pachą.

Ciągle nie wiedząc, co się święci, zareagowałem instynktownie i podskoczyłem do człowieka w czarnym płaszczu. Przynajmniej zebrałem się do skoku. Jednakże trzeba mi było całej długiej sekundy, aby zareagować, a mężczyzna natychmiast — i to naprawdę natychmiast — pokazał całkowicie przekonywająco zarówno dla siebie, jak dla mnie, że sekunda aż nadto mu wystarcza na wykonanie każdego gwałtownego manewru, jaki chce zrobić. On był przygotowany, ja nie, i okazał się w istocie bardzo gwałtowny. Ledwie ruszyłem z miejsca, okręcił się ostro, konwulsyjnie o ćwierć obrotu i rąbnął mnie w splot brzuszny kantem swej torby lotniczej.

Torby lotnicze zazwyczaj są miękkie i wiotkie. Ta taka nie była. Nigdy nie zostałem uderzony kafarem do wbijania pali i wcale tego nie pragnę, ale obecnie mam pewne pojęcie, jakie to może być uczucie. Efekt był mniej więcej ten sam. Zwaliłem się na podłogę, tak jakby jakaś gigantyczna ręka podcięła mi nogi, i ległem tam bez ruchu. Byłem jednak zupełnie przytomny. Widziałem, słyszałem, mogłem do pewnego stopnia oceniać, co się działo dokoła mnie. Ale nie mogłem nawet się wić, do czego miałem wyłącznie skłonność w owym momencie. Słyszałem o porażających szokach umysłowych; pierwszy raz doznałem całkowicie porażającego szoku fizycznego.

Wszystko zdawało się dziać śmiesznie powoli. Duc-los rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, ale nie miał sposobu wydostać się z tego ruchomego chodnika. Zawrócić nie mógł, bo trzej mężczyźni stłoczyli się tuż za nim — trzej mężczyźni, którzy zdawali się całkiem nieświadomi tego, co się działo; dopiero później, znacznie później uprzytomniłem sobie, że musieli być wspólnikami człowieka w ciemnym ubraniu, umieszczonymi tam po to, aby Duclos nie miał innego wyboru, jak tylko posuwać się naprzód wraz z tym ruchomym chodnikiem, na spotkanie śmierci. Dzisiaj uważam, że była to dokonana z najbardziej diaboliczną zimną krwią egzekucja, o jakiej słyszałem, chociaż w swoim życiu nasłuchałem się wielu historii o ludziach, którzy nie doszli do kresu swych dni w sposób zamierzony przez Stwórcę.

Mogłem poruszać oczami, więc to zrobiłem. Spojrzałem na torbę lotniczą i oto z jednego jej końca, spod klapy, sterczał podziurkowany jak durszlak cylinder tłumika. To był ten kafar, który spowodował mój chwilowy paraliż — miałem nadzieję, że tylko chwilowy — a z uwagi na siłę, z jaką zostałem uderzony, zdziwiłem się, że nie zgiął się we dwoje. Spojrzałem na człowieka, który trzymał broń w prawej dłoni ukrytej pod klapą torby. W tej smagłej twarzy nie było ani zadowolenia, ani wyczekiwania — po prostu spokojna pewność zawodowca, który wie, jak dobrze wykonuje swoją robotę. Gdzieś czyjś odcieleśniony głos oznajmił o wylądowaniu KL 132 z Londynu — samolotu, którym przybyliśmy. Pomyślałem mgliście i niedorzecznie, że nigdy nie zapomnę numeru tego lotu, ale przecież zdarzyłoby się to samo bez względu na lot, który bym wybrał, bo Duclos musiał umrzeć, zanim by się ze mną zobaczył.

Spojrzałem na Jimmy'ego Duclosa; miał twarz człowieka skazanego na śmierć. Malowała się na niej rozpacz, ale rozpacz spokojna i opanowana, kiedy sięgał głęboko w zanadrze swego płaszcza. Trzej mężczyźni za nim padli na ruchomy chodnik i też dopiero dużo później zrozumiałem co to znaczyło. Duclos wydobył rewolwer i w tejże chwili rozległo się stłumione puknięcie i w połowie lewej klapy jego płaszcza ukazała się dziurka. Targnął się konwulsyjnie, pochylił w przód i upadł na twarz; ruchomy chodnik poniósł go do hali i jego zwłoki potoczyły się na mnie.

Nigdy nie będę miał pewności, czy moja całkowita bezczynność w ciągu tych kilku sekund poprzedzających śmierć Duclosa wynikała z rzeczywistego fizycznego paraliżu, czy też poraziła mnie nieuchronność, z jaką zginął. Nie jest to myśl, która będzie mnie prześladowała, ponieważ nie miałem broni i nic nie mogłem zrobić. Po prostu jest to dosyć ciekawe, bo nie ma wątpliwości, że dotknięcie jego zwłok natychmiast podziałało na mnie ożywczo.

Nie było to cudowne ozdrowienie. Ogarnęła mnie fala mdłości, a w miarę jak mijał pierwszy szok po uderzeniu, brzuch zaczął mnie boleć nie na żarty. Bolało mnie też czoło, i to bynajmniej nie lekko, ponieważ upadając musiałem uderzyć głową o podłogę. Jednakże w pewnym stopniu powróciło mi panowanie nad mięśniami, więc dźwignąłem się ostrożnie na nogi — ostrożnie, bo z uwagi na mdłości i otumanienie byłem przygotowany na to, że w każdej chwili dokonam mimowolnego powrotu na podłogę. Cała sala kołysała się ogromnie niepokojąco i stwierdziłem, że niezbyt dobrze widzę, toteż doszedłem do wniosku, iż uderzenie głową musiało uszkodzić mi wzrok, co było bardzo dziwne, gdyż zdawał się działać całkiem sprawnie, póki leżałem na podłodze. A potem uświadomiłem sobie, że powieki mam zlepione i kiedy zbadałem to dłonią odkryłem przyczynę: krew —jak mi się przez chwilę mylnie wydawało, masa krwi — ściekała z rozcięcia na czole tuż pod włosami. Witamy w Amsterdamie — pomyślałem i wydobyłem chusteczkę; dwa potarcia nią i wzrok znowu miałem stuprocentowy.

Cała sprawa od początku do końca nie mogła trwać dłużej niż dziesięć sekund, ale już kłębił się dokoła zaniepokojony tłum, tak jak to zawsze bywa w podobnych wypadkach; czyjaś nagła śmierć, gwałtowna śmierć, jest dla ludzi tym samym, co otwarty słoik miodu dla pszczół; uświadomienie sobie istnienia jednego i drugiego natychmiast ściąga imponującą ich liczbę z miejsc, które kilka sekund przedtem wydawały się obrane z wszelkiego życia.

Nie zwracałem na nich uwagi, tak samo jak na Duc-losa. Nie mogłem już nic zrobić dla niego ani on dla mnie, bo obszukanie go nic by nie ujawniło; tak jak wszyscy dobrzy agenci, Duclos nigdy nie przelewał niczego wartościowego na papier ani na taśmę, tylko po prostu przechowywał to w wysoce wyćwiczonej pamięci.

Smagły, morderczy mężczyzna z morderczą bronią musiał już w tym czasie zbiec; jedynie rutyna i zakorzeniony instynkt sprawdzania nawet rzeczy niesprawdzalnych kazały mi zerknąć na salę imigracyjną, aby uzyskać potwierdzenie, że istotnie zniknął.

Jednakże smagły mężczyzna bynajmniej jeszcze nie uciekł. Był w dwóch trzecich drogi przez salę imigra-cyjną, szedł beztrosko do wyjścia ruchomym chodnikiem, kołysząc od niechcenia swoją torbą lotniczą, pozornie nieświadomy zamieszania, które powstało za nim. Przez chwilę patrząc na niego nie mogłem tego pojąć, ale tylko przez chwilę, w ten sposób bowiem zawodowiec dokonuje ucieczki. Zawodowy kieszonkowiec w Ascot, który właśnie pozbawił portfela stojącego obok dżentelmena w szarym cylindrze, nie daje na oślep nura w tłum przy akompaniamencie krzyków: „Łapać złodzieja!" zapewniających, że szybko zostanie ujęty; raczej poprosi swoją ofiarę o typy na następną gonitwę. Niedbała beztroska, całkowita normalność — oto jak tego dokonują wybitni absolwenci przestępstwa. I tak też było ze smagłym mężczyzną. Byłem przecież jedynym świadkiem jego czynu, bo dopiero teraz, zbyt późno, uświadomiłem sobie po raz pierwszy rolę, jaką tamci trzej ludzie odegrali w uśmierceniu Duclosa; nadal znajdowali się w gromadzie osób zebranych wokoło zabitego, ale ani ja, ani nikt inny nie mógł im niczego udowodnić. A smagły mężczyzna był przekonany, iż pozostawił mnie w stanie, w którym przez dłuższy czas nie mogłem przysporzyć mu żadnych kłopotów.

Puściłem się za nim.

Mój pościg nie wyglądał bynajmniej efektownie. Byłem słaby, oszołomiony, a brzuch bolał mnie tak paskudnie, że żadną miarą nie mogłem się wyprostować należycie, toteż połączenie mojego chwiejnego, zygzakowatego biegu po ruchomym chodniku z pochyleniem w przód o jakieś trzydzieści stopni musiało sprawiać, że wyglądałem kubek w kubek jak cierpiący na lumbago dziewięćdziesięciolatek, goniący Bóg wie za czym.

/Bjs&łft^Rołowie chodnika, a smagły mężczyzna już prfię&ie na jef^\ końcu, kiedy instynkt czy tupot moich nóg kazał mu się obrócić z tą samą kocią szybkością, którą wykazał zwalając mnie z nóg przed paroma sekundami. Stało się od razu jasne, że bez trudności odróżnił mnie od wszystkich dziewięćdziesięciolatków, jakich mógł znać, bo jego lewa ręka natychmiast poderwała do góry torbę lotniczą, a prawa wsunęła się pod jej klapę. Widziałem, że to, co przydarzyło się Ducloso-wi, ma przydarzyć się i mnie — ruchomy chodnik wyniósłby mnie, czy też to, co by ze mnie zostało, na podłogę u swego końca, co byłoby sromotnym rodzajem śmierci.

Zastanowiłem się przelotnie, jakie szaleństwo pobudziło mnie, bezbronnego, do pościgu za wytrawnym mordercą mającym pistolet z tłumikiem, i już miałem paść plackiem na chodnik, kiedy spostrzegłem, że tłumik drgnął, a nie zmrużone oczy smagłego mężczyzny przesunęły się nieco w lewo. Nie bacząc na prawdopodobieństwo strzału w tył głowy, obejrzałem się, by spojrzeć w tym kierunku.

Grupa ludzi otaczająca Duclosa przeniosła na chwilę swoje zainteresowanie z niego na nas; ponieważ musieli uważać moje wyczyny na ruchomym chodniku za niepoczytalne, byłoby dziwne, gdyby tak się nie stało. Zerknąwszy na ich twarze spostrzegłem, że maluje się na nich wyraz sięgający od zdumienia do osłupienia, nie było natomiast nawet śladu orientacji. Przynajmniej w tej grupie ludzi. Natomiast całkowitą orientację i zimne zdecydowanie wyrażały twarze trzech mężczyzn, którzy przedtem podążali za Duclosem prowadząc go na śmierć; teraz szli szybko za mną po chodniku, niewątpliwie zamierzając uczynić to samo.

Usłyszałem za sobą stłumiony okrzyk i obejrzałem się znowu. Ruchomy chodnik dotarł do końca swego przebiegu, co widać zaskoczyło smagłego mężczyznę, bo zachwiał się usiłując zachować równowagę. Tak jak mogłem się po nim spodziewać, odzyskał ją bardzo szybko, odwrócił się tyłem do mnie i począł biec; zabicie człowieka wobec kilkunastu świadków byłoby zupełnie inną sprawą, niż zabicie człowieka wobec jednego samotnego świadka, choć miałem niejaką pewność, że tak by zrobił, gdyby uważał to za konieczne, i do diabła ze świadkami. Zastanawianie się nad przyczyną odłożyłem na później. Znowu zacząłem biec, tym razem znacznie bardziej zdecydowanie, już raczej jak żwawy sie-demdziesięciolatek.

Smagły mężczyzna, wciąż dystansując mnie, pognał prosto przez salę imigracyjną ku wyraźnemu zdumieniu i konsternacji urzędników, ponieważ nie jest przewidziane, by ludzie pędzili przez sale imigracyjne, powinni bowiem zatrzymać się, pokazać swoje paszporty i podać krótkie dane o sobie, na co właśnie są przeznaczone owe sale. Kiedy przyszła na mnie kolej przebiec tę przestrzeń, pospieszna ucieczka mężczyzny w połączeniu z moim chwiejnym, zataczającym się biegiem i pokrwawioną twarzą najwyraźniej uprzytomniła urzędnikom, że coś jest nie w porządku, bo dwaj z nich usiłowali mnie zatrzymać, ale przemknąłem się obok nich — „przemknąłem się" nie było określeniem, którego później użyli w swojej skardze — i wybiegiem przez drzwi wyjściowe, którymi przed chwilą uciekł smagły mężczyzna.

To znaczy usiłowałem wybiec, bo te przeklęte drzwi były zablokowane przez osobę, która próbowała nimi wejść. Dziewczyna — oto wszystko, co miałem czas i chęć zarejestrować w pamięci — po prostu jakaś dziewczyna. Zboczyłem w prawo, a ona w lewo, zboczyiem w lewo, a ona w prawo. Stop. Takie same zjawisko można zaobserwować prawie co chwila na każdym miejskim chodniku, kiedy dwie nadmiernie uprzejme osoby, pragnące przepuścić jedna drugą, usuwają się na bok z taką niezręczną skutecznością, że udaje im się jedynie zagrodzić sobie wzajemnie drogę; w odpowiednich okolicznościach, kiedy spotykają się dwie prawdziwie nadwrażliwe dusze, takie kłopotliwe fandango może się ciągnąć niemal bez końca.

Tak samo jak każdy, mam szczery podziw dla dobrze wykonanego pas de deux, ale nie byłem w nastroju sprzyjającym zatrzymywaniu mnie bez końca, toteż po jeszcze kilku bezowocnych uskokach krzyknąłem: „Z drogi, psiakrew!" i upewniłem się, że dziewczyna tak uczyni, chwytając ją za ramię i odpychając gwałtownie na bok. Wydało mi się, że dosłyszałem łomot i krzyk bólu, ale nie zwróciłem na to uwagi; mogłem wrócić i przeprosić ją później.

Wróciłem prędzej, niż się spodziewałem. Dziewczyna kosztowała mnie nie więcej niż parę sekund, ale te parę sekund aż nadto wystarczyło smagłemu mężczyźnie. Kiedy dopadłem do głównej hali, oczywiście zatłoczonej, nie było po nim ani śladu; wśród setek tych pozornie bezcelowo kotłujących się ludzi byłoby trudno wypatrzeć nawet indiańskiego wodza w pełnym ceremonialnym stroju. I byłoby bezcelowe alarmowanie służby bezpieczeństwa lotniska, bo zanim bym się wylegitymował, ów człowiek byłby już w połowie drogi do

Amsterdamu i nawet gdybym zdołał spowodować natychmiastową akcję, szanse ujęcia go były znikome; działali tutaj wysoko wykwalifikowani zawodowcy, a tacy ludzie zawsze mają szeroki wybór dróg ucieczki. Zawróciłem więc, tym razem ociężałym krokiem, bo teraz tylko na to mogłem się zdobyć. Głowa bolała mnie dotkliwie, ale uważałem, że w porównaniu do stanu mojego brzucha byłoby niewłaściwe uskarżać się na głowę. Czułem się okropnie, a widok w lustrze mojej bladej i umazanej krwią twarzy bynajmniej nie poprawiał mi samopoczucia.

Wróciłem więc na miejsce mych baletowych wyczynów, gdzie dwaj rośli, umundurowani mężczyźni z pistoletami w kaburach chwycili mnie zdecydowanie za ręce.

— Złapaliście nie tego, co trzeba — powiedziałem ze znużeniem — więc łaskawie zdejmijcie ze mnie wasze cholerne łapy i dajcie mi odetchnąć.

Zawahali się, popatrzyli po sobie, puścili mnie i odsunęli się prawie o pięć centymetrów. Spojrzałem na dziewczynę, do której przemawiał łagodnie ktoś, kto musiał być bardzo ważnym funkcjonariuszem lotniska, ponieważ nie miał na sobie munduru. Spojrzałem ponownie na dziewczynę, bo oczy bolały mnie tak samo jak głowa, a łatwiej było patrzeć na nią niż na stojącego obok niej mężczyznę.

Miała na sobie ciemną suknię i ciemny płaszcz, spod którego widać było pod szyją biały wywinięty kołnierz swetra. Musiała mieć ze dwadzieścia kilka lat, a jej ciemne włosy, piwne oczy, nieomal greckie rysy i oliwkowy odcień cery wskazywały jasno, że nie pochodzi z tych stron. Gdyby postawić ją obok Maggie i Belindy, trzeba by strawić nie tylko najlepsze lata życia, ale i większość schyłkowych, ażeby znaleźć taką trójkę, aczkolwiek, rzecz jasna, dziewczyna nie wyglądała najlepiej w tym momencie; twarz miała barwy popiołu i dużą białą chustką, zapewne pożyczoną od stojącego przy niej mężczyzny, tamowała krew, która sączyła się z puchnącego guza na lewej skroni.

— Boże kochany! — powiedziałem ze skruchą, którą istotnie odczuwałem, bo tak samo jak każdy nie mam inklinacji do uszkadzania dzieł sztuki. — To ja zrobiłem?

— Skądże znowu. — Jej głos był niski i ochrypły, ale może tylko dlatego, że ją poturbowałem. — Zacięłam się dziś rano przy goleniu.

— Strasznie mi przykro. Goniłem człowieka, który zabił kogoś przed chwilą, i pani zastąpiła mi drogę. Obawiam się, że uciekł.

— Nazywam się Schroeder. Pracuję tutaj. — Stojący obok dziewczyny mężczyzna, twardy i wyglądający na przebiegłego osobnik po pięćdziesiątce, najwyraźniej cierpiał na to osobliwe deprecjonowanie samego siebie, które nie wiadomo czemu nawiedza tylu ludzi osiągających wysoce odpowiedzialną pozycję. — Poinformowano nas o tym morderstwie. To godne ubolewania, ogromnie godne ubolewania. Zeby też coś podobnego zdarzyło się na lotnisku Schiphol!

— Cieszycie się doskonałą opinią — przyznałem.

Mam nadzieję, że zabity szczerze się wstydzi za siebie.

— Takie mówienie nic nie daje — powiedział ostro Schroeder. — Czy pan znał nieboszczyka?

— A skąd go miałem znać, u diabła? Dopiero co wysiadłem z samolotu. Proszę zapytać stewardesy, kapitana, tuzina ludzi, którzy byli na pokładzie. KL 132 z Londynu, przylot o godzinie 15.15. — Spojrzałem na zegarek.

— Mój Boże! Ledwie sześć minut temu.

— Nie odpowiedział pan na moje pytanie. — Schroeder nie tylko wyglądał na przebiegłego; był przebiegły.

— Nie poznałbym go, nawet gdybym go teraz zobaczył.

— Uhm. A czy przyszło panu kiedyś na myśl, panie...

— Sherman.

— Czy przyszło panu na myśl, panie Sherman, że normalni obywatele nie ruszają w pościg za uzbrojonym mordercą?

— Może jestem podnormalny.

— A może pan także ma broń?

Rozpiąłem marynarkę i rozchyliłem ją szeroko.

— Czy pan... przypadkiem... nie rozpoznał zabójcy?

— Nie. — Pomyślałem jednak, że nigdy go nie zapomnę. Obróciłem się do dziewczyny. — Czy mógłbym zadać pewne pytanie panno...

— Lemay — wtrącił krótko Schroeder.

— Czy pani rozpoznała zabójcę? Musiała pani dobrze mu się przyjrzeć. Biegnący ludzie zawsze zwracają na siebie uwagę.

— A czemu miałabym go znać?

Nie próbowałem być taki przebiegły jak Schroeder. Zapytałem:

— Czy zechciałaby pani rzucić okiem na zabitego? Może pani rozpozna jego?

Wzdrygnęła się i potrząsnęła głową. Wciąż nieprze-biegle spytałem:

— Pani czeka na kogoś?

— Nie rozumiem.

— Bo stała pani w wyjściu.

Znów potrząsnęła głową. Jeżeli piękna dziewczyna może wyglądać upiornie, to wyglądała upiornie.

— To dlaczego pani tu przyszła? Dla zwiedzania? Wydawało mi się, że sala imigracyjna na lotnisku Schiphol jest najmniej atrakcyjnym miejscem w Amsterdamie.

— Dość tego. — Schroeder był szorstki. — Pańskie pytania są bezprzedmiotowe, a ta pani jest wyraźnie wstrząśnięta. — Rzucił mi twarde spojrzenie, by mi przypomnieć, że to ja jestem odpowiedzialny za jej wstrząs. — Przesłuchiwania należą do funkcjonariuszy policji.

— Ja jestem funkcjonariuszem policji. — Podałem mu paszport i legitymację, i w tejże chwili Maggie i Belinda ukazały się w wyjściu. Zerknęły w moją stronę, zwolniły kroku i popatrzyły na mnie z mieszaniną zatroskania i konsternacji, co było zrozumiałe, jeżeli zważyć, jak się czułem i zapewne wyglądałem, ale ja tylko spojrzałem na nie spode łba, tak jak człowiek pokaleczony może spojrzeć na każdego, kto mu się przypatruje, więc czym prędzej przybrały znów zwykły wyraz twarzy i poszły dalej. Obróciłem się do Schroedera, który patrzył na mnie teraz z całkiem inną miną.

— Major Paul Sherman, londyńskie biuro Interpolu. Muszę powiedzieć, że to zupełnie co innego. To także wyjaśnia, dlaczego pan zachował się jak policjant i wypytywał jak policjant. Ale będę musiał sprawdzić pańskie pełnomocnictwa, rzecz jasna.

— Niech pan sprawdza, co pan chce, u kogo się panu podoba — odparłem. — Proponuję, żeby pan zaczął od pułkownika van de Graafa z Komendy.

— Pan zna pułkownika?

— To pierwsze lepsze nazwisko, jakie mi przyszło do głowy. Znajdzie mnie pan w barze. — Już miałem odejść, ale się zatrzymałem, gdy dwaj masywni policjanci ruszyli za mną. Popatrzyłem na Schroedera.

— Nie mam zamiaru stawiać im drinków.

— W porządku — powiedział Schroeder do obu mężczyzn. — Major Sherman nie będzie uciekał.

— Przynajmniej dopóki pan ma mój paszport i legitymację — przyznałem. Spojrzałem na pannę Lemay.

— Bardzo mi przykro. To musiał być dla pani wielki wstrząs, a wszystko z mojej winy. Może pani zechce napić się czegoś ze mną? Wygląda na to, że pani tego potrzeba.

Otarła policzek jeszcze raz i popatrzyła na mnie w sposób, który przekreślił wszelkie nadzieje na natychmiastową przyjaźń.

— Nie przeszłabym z panem nawet na drugą stronę ulicy — odrzekła bezbarwnym głosem. Sposób powiedzenia tego wskazywał, że chętnie doszłaby ze mną do polowy ruchliwej jezdni i tam mnie zostawiła. Gdybym byl niewidomy.

— Witamy w Amsterdamie — powiedziałem ponuro i powlokłem się w kierunku najbliższego baru.

ROZDZIAŁ DRUGI

Normalnie nie zatrzymuję się w pięciogwiazdkowych hotelach z tej prostej przyczyny, że nie mogę sobie na to pozwolić, ale kiedy przebywam za granicą, mam właściwie nieograniczone fundusze na wydatki, co do których pytania są rzadko zadawane, a odpowiedzi nigdy nie udzielane, ponieważ zaś te zagraniczne wyjazdy najczęściej bywają wyczerpujące, nie widzę powodu, żeby sobie odmawiać paru chwil spokoju i odprężenia w najbardziej komfortowych i luksusowych hotelach.

Hotel „Rembrandt" był niewątpliwie taki. Dosyć okazała, choć trochę zbyt ozdobna budowla, stojąca na rogu jednego z wewnętrznych kolistych kanałów starego miasta, posiadała wspaniale rzeźbione balkony, zawieszone wprost nad kanałem, tak że jakiś nieostrożny lunatyk mógł przynajmniej mieć pewność, że nie skręci sobie karku wypadając z balkonu — to znaczy, o ile nie miałby nieszczęścia wylądować na dachu jednego z oszklonych stateczków wycieczkowych, które przepływają kanałem nader często; można też było mieć wspaniały widok wprost na te statki z parterowej restauracji, która utrzymywała z niejakim uzasadnieniem, że jest najlepszą w Holandii.

Moja żółta taksówka marki Mercedes zajechała przed frontowe wejście, i kiedy czekałem, aby portier zapłacił kierowcy i zabrał moją walizkę, zwróciły moją uwagę dźwięki „Łyżwiarskiego walca", rzępolonego w najnieznośniej fałszywy i bezbarwny sposób, jaki w życiu słyszałem. Dźwięki te dobywały się z dużej, wysokiej, ozdobnie pomalowanej i bardzo staroświeckiej katarynki, ustawionej na przeciwległym chodniku, w miejscu doskonale się nadającym do maksymalnego tarasowania ruchu na tej wąskiej ulicy. Pod baldachimem katarynki, sporządzonym z resztek nie znanej bliżej ilości spłowiałych parasoli plażowych, rząd lalek, pięknie wykonanych i dla mojego bezkrytycznego oka przepysznie ustrojonych w najrozmaitsze tradycyjne ubiory holenderskie, podrygiwał w górę i w dół na końcach obszytych gumą sprężyn; moc napędowa podrygiwania zdawała się pochodzić jedynie z wibracji wywołanych działaniem tego muzealnego zabytku.

Właściciel czy też obsługujący to narzędzie tortur był bardzo starym i mocno przygarbionym człowiekiem z kilkoma kosmykami siwych włosów przylepionymi do głowy. Wyglądał na tak sędziwego, że sam mógłby skonstruować ową katarynkę, kiedy był w kwiecie wieku, choć najwyraźniej nie w pełni rozkwitu jako muzyk. W ręce trzymał długi kij z przymocowaną okrągłą puszką, którą ustawicznie pobrzękiwał, równie ustawicznie ignorowany przez nagabywanych przezeń przechodniów, wobec czego pomyślałem o moich elastycznych funduszach wydatkowych, przeszedłem na drugą stronę ulicy i wrzuciłem do puszki kilka monet. Nie mogę powiedzieć, żeby obdarzy! mnie dziękczynnym uśmiechem, ale wyszczerzył do mnie bezzębne dziąsła i na znak wdzięczności rozkręcił katarynkę na cały regulator i rozpoczął nieszczęsną „Wesołą wdówkę". Wycofałem się w pośpiechu, podążyłem za portierem i moją walizką na schody wejściowe i obróciwszy się na górnym stopniu zobaczyłem, że dziad spogląda za mną swym starczym wzrokiem; aby nie dać się przewyższyć w uprzejmości, odwzajemniłem mu spojrzenie i wszedłem do hotelu.

Kierownik siedzący za kontuarem recepcji był wysokim ciemnowłosym mężczyzną z cienkimi wąsikami, ubranym w nieskazitelny żakiet, a jego szeroki uśmiech miał w sobie całe ciepło i życzliwość uśmiechu zgłodniałego krokodyla — ten rodzaj uśmiechu, o którym się wie, że zniknie od razu, gdy tylko się odwrócimy, ale natychmiast znajdzie się na swoim miejscu, szczerszy niż kiedykolwiek, choćbyśmy nie wiedzieć jak prędko obrócili się na powrót.

— Witamy pana w Amsterdamie — powiedział ów człowiek. — Mamy nadzieję, że pański pobyt będzie przyjemny.

Nie było żadnej właściwej odpowiedzi na taki bezmyślny optymizm, więc po prostu zachowałem milczenie i skupiłem uwagę na wypełnianiu karty meldunkowej. Wziął ją ode mnie tak, jakbym mu wręczał bezcenny diament, i skinął na chłopca hotelowego, który przy-dźwigał moją walizkę odchylony w bok pod kątem około dwudziestu stopni.

— Pokój 616 dla pana Shermana.

Odebrałem walizkę z rąk bynajmniej nie sprzeciwiającego się temu „chłopca". Mógłby on bez mała być młodszym bratem owego kataryniarza z ulicy.

— Dziękuję. — Wręczyłem mu napiwek. — Chyba dam sobie radę.

— Ależ ta walizka wygląda na bardzo ciężką, proszę pana. — Troskliwość, z jaką zainterweniował kierownik, była jeszcze szczersza od jego powitalnej serdeczności. Walizka była istotnie bardzo ciężka; wszystkie te rewolwery, amunicja i metalowe narzędzia do otwierania najrozmaitszych rzeczy składały się na pokaźną wagę, ale nie chciałem, by jakiś spryciarz mający sprytne pomysły i jeszcze sprytniejsze klucze otwierał walizkę i badał jej zawartość, gdy będę nieobecny. W apartamencie hotelowym jest całkiem sporo miejsc, w których można schować niewielkie przedmioty z małym ryzykiem wykrycia, a rzadko się zdarza, żeby prowadzono pilne poszukiwania, jeżeli zostawia się walizkę starannie zamkniętą na klucz.

Podziękowałem kierownikowi za jego troskliwość, wsiadłem do pobliskiej windy i nacisnąłem guzik szóstego piętra. Gdy winda ruszyła, zerknąłem przez jedną z małych okrągłych szybek wprawionych w drzwi. Kierownik, schowawszy już swój uśmiech, rozmawiał poważnie przez telefon.

Wysiadłem na szóstym piętrze. W niewielkiej wnęce naprzeciw drzwi windy był mały stolik z telefonem, a za stolikiem krzesło, na którym siedział młody człowiek w złotem haftowanej liberii. Nie był zbyt pociągający; miał w sobie tę nieuchwytną indolencję i bezczelność, której niepodobna przygwoździć i na którą wszelkie skargi tylko z lekka ośmieszają człowieka, tacy młodzieńcy bowiem bywają zazwyczaj wysoko wyspecjalizowanymi praktykami w sztuce pokrzywdzonej niewinności.

— Sześćset szesnasty? — zapytałem.

Leniwie, tak jak można było przewidzieć, wskazał przez ramię kciukiem.

— Drugie drzwi.

Żadnego „proszę pana", żadnych prób wstania z miejsca. Powściągnąłem pokusę rąbnięcia go jego własnym stolikiem i tylko obiecałem sobie drobną, ale rozkoszną przyjemność rozprawienia się z nim przed opuszczeniem hotelu.

— Pan obsługuje to piętro? — zapytałem.

— Tak jest, proszę pana — odrzekł i wstał. Poczułem ukłucie rozczarowania.

— Proszę mi przynieść kawy.

Nie mogłem narzekać na numer 616. Nie był to pokój, tylko dość luksusowy apartament. Składał się z przedpokoju, małej, ale użytecznej kuchenki, salonu, sypialni i łazienki. Drzwi zarówno salonu, jak sypialni wychodziły na ten sam balkon. Wyjrzałem nań.

Z wyjątkiem nieznośnej, olbrzymiej, neonowej potworności niebotycznej reklamy jakichś skądinąd nieszkodliwych papierosów, łuna kolorowych świateł ponad ciemniejącymi ulicami i konturami Amsterdamu miała coś z bajki, ale moi pracodawcy nie płacili mi

— i nie dawali tych wspaniałych funduszów na wydatki

— jedynie za przywilej rozkoszowania się widokiem jakiegokolwiek miasta, choćby najpiękniejszego. Świat, w którym żyłem, był równie daleki od świata bajek jak najodleglejsza galaktyka na dostrzegalnym krańcu wszechświata. Poświęciłem uwagę sprawom bardziej bezpośrednim.

Spojrzałem w dół, gdzie było źródło bynajmniej nie przytłumionego hałasu ulicznego, który wypełniał dokoła powietrze. Szeroka arteria znajdująca się wprost pode mną — i to około siedemdziesięciu stóp pode mną — zdawała się być beznadziejnie zatarasowana dzwoniącymi tramwajami, trąbiącymi samochodami i setkami skuterów i rowerów, których kierowcy najwyraźniej byli zdecydowani na niezwłoczne samobójstwo. Wydawało się nie do pomyślenia, żeby któryś z tych dwukołowych gladiatorów mógł spodziewać się polisy ubezpieczeniowej przewidującej okres życia dłuższy od pięciu minut, ale widocznie odnosili się do swego rychłego zgonu z beztroską brawurą, która nigdy nie omieszka zdumieć każdego nowo przybyłego w Amsterdamie. Przyszło mi na myśl, iż należy mieć nadzieję, że jeśli ktoś wypadnie czy też zostanie zepchnięty z tego balkonu, nie będę to ja.

Spojrzałem w górę. Jak już nadmieniłem, znajdowałem się na najwyższym piętrze hotelu. Nad ceglanym murkiem, oddzielającym mój balkon od balkonu sąsiedniego apartamentu, było coś w rodzaju wyrzeźbionego w kamieniu barokowego gryfa na kamiennym filarze. A nad nim — o jakieś trzydzieści cali wyżej — biegła betonowa zrębnica dachu. Wróciłem do pokoju.

Wyjąłem z walizki wszystkie rzeczy, których odkrycie przez kogoś obcego uważałbym za wysoce kłopotliwe. Założyłem na ramię wyłożoną filcem kaburę z pistoletem, która jest niewidoczna pod marynarką, jeżeli ktoś ubiera się u odpowiedniego krawca, co właśnie czyniłem, i wsadziłem zapasowy magazynek do tylnej kieszeni spodni. Nigdy nie musiałem dawać więcej niż jednego strzału z tego pistoletu, a tym bardziej uciekać się do zapasowego magazynka, ale też nigdy nic nie wiadomo, sprawy wyglądają wciąż coraz gorzej. Następnie rozwinąłem opakowany w brezent zestaw przyborów włamywacza — ten pas, dzięki pomocy umiejętnego krawca, jest również niewidoczny pod marynarką

— i z owej wymyślnej obfitości wybrałem skromny, ale podstawowy śrubokręt. Posługując się nim odjąłem tył małej przenośnej lodówki w kuchni — zdumiewająca rzecz, ile jest pustej przestrzeni nawet za małą lodówką

— i tam ukryłem wszystko to, co uważałem za wskazane ukryć. Potem otworzyłem drzwi na korytarz. Kelner obsługujący piętro był nadal na swoim stanowisku.

— Gdzie moja kawa? — spytałem. Nie był to ściśle gniewny okrzyk, ale coś dosyć zbliżonego.

Tym razem natychmiast zerwał się z miejsca.

— Przyjdzie wyciągiem. Wtedy ja przyniesie.

— Tylko szybko. — Zatrzasnąłem drzwi. Niektórzy ludzie nigdy nie potrafią nauczyć się zalet prostoty i niebezpieczeństw przesadzania. Jego sztuczne próby mówienia nieudolną angielszczyzną były równie nieefektowne jak bezcelowe.

Wyjąłem z kieszeni pęk kluczy o dosyć dziwnych kształtach i kolejno wypróbowałem je w zamku zewnętrznych drzwi. Trzeci pasował — zdziwiłbym się, gdyby nie pasował żaden. Schowałem je do kieszeni, poszedłem do łazienki i właśnie odkręciłem prysznic do maksimum, kiedy rozległ się dzwonek u drzwi, a potem odgłos ich otwierania. Zakręciłem prysznic, zawołałem do kelnera, żeby postawił kawę na stole, i odkręciłem prysznic ponownie. Miałem nadzieję, że połączenie prysznicu i kawy może przekona kogoś, kogo przekonać należało, że ma do czynienia z przyzwoitym gościem przygotowującym się bez pośpiechu do przyjemnego wieczoru — ale nie założyłbym się, że tak będzie. Jednakże można przecież próbować.

Usłyszałem zamknięcie zewnętrznych drzwi, ale nie zakręciłem prysznicu, na wypadek gdyby kelner stał z uchem przytkniętym do nich — miał wygląd człowieka, który spędza dużo czasu na podsłuchiwaniu pod drzwiami albo podglądaniu przez dziurki od klucza. Podszedłem do drzwi wejściowych i schyliłem się. Nie zaglądał przez tę akurat dziurkę od klucza. Uchyliłem drzwi cofając.rękę, ale nikt nie wleciał do przedpokoju, co oznaczało, że albo nikt nie miał w stosunku do mnie zastrzeżeń, albo że ktoś miał ich tak wiele, iż nie chciał ryzykować wykrycia; jedno i drugie było bardzo korzystne. Zamknąłem drzwi, schowałem do kieszeni masywny klucz hotelowy, wylałem kawę do kuchennego zlewu, zakręciłem prysznic i wyszedłem drzwiami balkonowymi. Musiałem je zostawić otwarte podsuwając ciężkie krzesło; z oczywistych przyczyn niewiele drzwi balkonowych w hotelach ma klamki od zewnątrz.

Wyjrzałem na ulicę i okna przeciwległego budynku, po czym wychyliłem się przez betonową balustradę i popatrzyłem w lewo i w prawo, by sprawdzić, czy osoby zajmujące sąsiednie apartamenty nie spoglądają w moim kierunku. Nikogo tam nie było. Wdrapałem się na balustradę, sięgnąłem do ozdobnego gryfa, gryfa wyrzeźbionego tak wymyślnie, że zapewniał liczne uchwyty dla ręki, po czym przytrzymawszy się betonowego gzymsu wciągnąłem się na dach. Nie twierdzę, że przyjemnie mi było to robić, ale nie widziałem innej możliwości.

Płaski, porośnięty trawą dach był pusty jak okiem sięgnąć. Wstałem i przeszedłem na jego drugą stronę wymijając anteny telewizyjne, wyloty wentylacyjne oraz te osobliwe miniaturowe szklarnie, które w Amsterdamie służą za świetliki, dotarłem do drugiej krawędzi i ostrożnie wyjrzałem przez nią. Na dole była bardzo wąska i bardzo ciemna uliczka, przynajmniej w tej chwili zupełnie pusta. O kilka jardów w lewo znalazłem schodki przeciwpożarowe i zeszedłem na drugie piętro. Drzwi prowadzące ze schodków były zamknięte od wewnątrz, tak jak prawie wszystkie takie drzwi, a zamek był podwójny, ale nie stanowił przeszkody dla tych wyszukanych wyrobów żelaznych, które nosiłem przy sobie.

Korytarz był opustoszały. Zszedłem na parter głównymi schodami, ponieważ trudno jest wysiąść niepostrzeżenie z windy, która wychodzi na sam środek hallu recepcyjnego. Niepotrzebnie się trudziłem. Nie było ani śladu kierownika, boya hotelowego czy portiera, a co więcej, hall był zatłoczony nową partią przybyłych samolotami gości, którzy oblegali kontuar recepcyjny. Włączyłem się do tłumu przed kontuarem, uprzejmie dotknąłem ramion paru osób, wyciągnąłem między nimi rękę, położyłem na blacie klucz od mojego pokoju, skierowałem się niespiesznie do baru, równie niespiesznie przeszedłem przezeń i wydostałem się bocznym wyjściem na zewnątrz.

Po południu spadł rzęsisty deszcz i ulice były jeszcze mokre, ale nie było potrzeby wkładać płaszcza, który miałem ze sobą, więc przerzuciłem go przez ramię i ruszyłem ulicą bez kapelusza, spoglądając tu i tam, przystając i znowu idąc dalej, kiedy mi przyszła ochota, niejako dając się nieść wiatrowi i wyglądając — miałem nadzieję — w każdym calu na turystę, który po raz pierwszy wychodzi, aby napawać się nocnymi widokami i odgłosami Amsterdamu.

Właśnie kiedy tak wędrowałem przez Herengracht, należycie podziwiając fasady domów książąt kupieckich z siedemnastego stulecia, po raz pierwszy poczułem to dziwne mrowienie w karku. Żadna zaprawa ani doświadczenie nie wyrobi nigdy tego poczucia. Może ma to coś wspólnego z percepcją pozazmysłową. Człowiek albo się z tym rodzi, albo nie. Ja się z tym urodziłem.

Ktoś za mną szedł.

Mieszkańcy Amsterdamu, tak wybitnie gościnni pod każdym innym względem, są dziwnie niedbal: jeżeli idzie o zapewnienie swoim zmęczonym turystom — czy też swoim zmęczonym obywatelom — ławek wzdłuż brzegów kanałów. Spoglądając marząco i spokojnie na ciemne, lśniące wody kanałów w nocnej porze, najlepiej jest oprzeć się o drzewo, toteż oparłem się o jakieś dogodne drzewo i zapaliłem papierosa.